Śmiech wadery był dźwiękiem błogim dla moich uszu, tak
spragnionych by go usłyszeć, że mógłbym się rozpłynąć. Bardziej jednak
zachwyciła mnie odpowiedź Spero, która stwierdziła, że ze mną poszłaby
wszędzie. Jednak to gest jaki wykonała później był gotów zatrzymać pracę mojego
serca. Wtuliła się we mnie ponownie, mrucząc, co sprawiło, że po całym moim
ciele przeszły dreszcze. Zupełnie jakbym był szczeniakiem. Musiałem jednak
ponownie się skupić, wolałbym żeby lądowanie było najprzyjemniejsze dla mej
towarzyszki jak tylko się da. I chyba takie właśnie było. Ostrożnie wylądowałem
na śniegu, chciałbym rzecz puchu, jednak był on już doszczętnie wydeptany,
złożyłem skrzydła, pozwalając tym samym wilczycy na zejście.
- Mały lot nie jest zły – zaśmiałem się serdecznie, ciesząc się jak głupi, że
znowu mogłem poderwać się w górę… z nią. Naprawdę czułem się jak nastolatek,
kiedy najprawdopodobniej połowa życia już za mną. Niby mogę żyć jeszcze z
piętnaście lat, może trochę dłużej, ale nie oszukuję się, nie dożyję pewnie
nawet 25 lat jako weteran. Choć podobno nas trudno dobić. To jednak nie zmienia
faktu ile czasu już zmarnowałem będąc daleko. Gdyby nie te cholerne wojny, jak
teraz to wszystko by wyglądało? Jedynie cieszyć mogę się, że wróciłem, że znów
tu jestem. Ile nocy siedząc nad mapami i planując kolejne kroki w bitwach myślałem
tym by wrócić? Móc się położyć, otulić skrzydłem Spero, albo po prostu położyć
łeb na jej boku, zasypiając. To jak się przy niej czułem przed laty nie minęło,
mogę wręcz śmiało powiedzieć, że się nasiliło.
Z mego małego zamyślenia wyrwał mnie śnieg rzucony na mój pysk.
- No, odpowiadaj co więc proponujesz? – spytała, rzucając mi szyderczy uśmiech,
dłubiąc pazurami, jakby zaraz miała obrzucić mnie kolejną dawką puchu. Ja
tymczasem spojrzałem na budynek po drugiej stronie ulicy.
- Madame czyżbyś nie pamiętała gdzie jesteśmy? – udałem urażony ton,
przyciągając ją skrzydłem do siebie. – Idziemy na tartę. To tutaj w końcu
pierwszy raz taką zjedliśmy. Chcę to powtórzyć!
- Jaki podekscytowany – skomentowała
- Oczywiście! Wiesz jak dawno nie jadłem takich dobroci? – rozmarzyłem się – A,
no i ty też tutaj jesteś, więc też fajnie – zerknąłem na nią, drocząc się, za
co oberwałem kuksańcem pod żebra. – Auć, a wyżej nie możesz? – cicho warknęła i
już chciała coś odpowiedzieć kiedy weszliśmy do tawerny, karczmy, piekarni, już
nie pamiętam jak nazywało się to miejsce. Przyjemne ciepło uderzyło w moje
Poliki, a do nozdrzy dotarł słodki zapach ciast. Radosnym i żywym krokiem
wszedłem do środka, zamykając za nami drzwi. O tej godzinie jeszcze kilka
stolików było na spokojnie wolnych. Pewnie za chwilę będzie tu więcej
przybyszy, zaczyna się wieczór. Poleciłem Spero usiąść przy jednym, ja w tym
czasie zamówiłem dla nas dwie tarty i po kubku wytrawnego wina. Nie kieliszku,
z nich w końcu ciężko pić. No i nie słodkiego, wystarczy nam już w końcu
ciasto. Z zamówieniem przyklapnąłem na poduszce, podając waderze jej porcję.
- Tęskniłem za tym – mówiąc rozejrzałem się po pomieszczeniu, utykając wzrokiem
na błyszczącym źrenicach wilczycy. – Ale należy przyznać, że za tobą
najbardziej – szepnąłem. – Smacznego – rzuciłem szybko, okazywanie emocji i
uczuć wciąż jest takie… specyficzne.
<Spero?>
Słowa: 500 = 30 KŁ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz