Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elijas i Kvisch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elijas i Kvisch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 września 2021

Od Kvischa CD. Elijasa

Donośny syk, a następnie dźwięk tłuczonego szkła zaczął echem rozbrzmiewać wśród grubych, zamkowych ścian. Albinos stał pochylony na środku pokoju, niezgrabnie trzymając kilka fiolek i starając się, by chociaż te nie zaliczyły bliskiego spotkania z lodową posadzką. Cuchnąca jakby siarką ciecz, mętnego, rdzawego koloru, spływała powoli z jego odrętwiałych i, jeszcze chwilę temu, białych łap. W trakcie wiązała się w ostatecznym tańcu z krwią, tworząc tym samym z posadzki scenę niczym z niskobudżetowego horroru. Basior warknął coś pod nosem, w jedynie sobie znanym języku. Przysiągłby, że w ostatniej chwili złapał lecącą fiolkę, ale ta przeniknęła jak gdyby nigdy nic przez jego łapy, uderzając z trzaskiem o ziemię. Mało tego, pociągnęła ona za sobą kolejne naczynia, które jak jeden mąż kończyły swój żywot w ten sam sposób. Nie mógł przyjąć do wiadomości, że stało się to przez jego własną niezdarność. Zacisnął zęby i złapał za kawałek pierwszej lepszej szmaty, która mu się napatoczyła. Teoretycznie powinien najpierw opatrzyć rany, jednak wiedział, że jeśli wystarczająco szybko nie posprząta tego całego pobojowiska, to prędzej czy później wszystko zamarznie i zostanie tam już na wieki. Takie już były uroki tego miejsca i o dziwo miało to swoje plusy- przynajmniej nauczył się nie odkładać wszystkiego na później. Szybko owinął sobie pokaleczone łapy i zaczął ścierać rozlane próbki, a wraz z nimi, niewielkie szklane odłamki. Starał się zebrać ich tak dużo, jak tylko był w stanie, jednak i tak wiedział, że przez następny tydzień będzie codziennie odnajdywał kolejne niesprzątnięte fragmenty. Jego łapy będą przyciągać je niczym magnes, tego był bardziej niż pewien. Do przypadkowego kaleczenia się na każdym kroku był mimo wszystko przyzwyczajony, to myśl, że właśnie wyrzuca do wora, niemal dwa tygodnie swojej ciężkiej pracy, przyprawiała go o największy ból głowy. Tyle nieprzespanych nocy (a właściwie w jego przypadku- dni) i wszystko tylko po to, by wszystko roztrzaskało się pod jego łapami. A był już tak blisko rozwiązania.
Cisnął pakunkiem w najdalszy kąt komnaty i odetchnął ciężko. Nie należało w jego naturze, płakać nad rozlanym mlekiem, co się stało to, się nie odstanie. Zresztą doskonale wiedział, że była to tylko i wyłącznie jego wina, gdyby bardziej skupiał się nad tym, co robi, wyczułby wcześniej, że ześlizguje mu się z łap ta cholerna fiolka. A za nią kolejna i kolejna. Łatwiej byłoby oczywiście powiedzieć, że to Bogowie we własnej osobie się na niego uwzięli i za wszelką cenę chcą uprzykrzyć jego i tak już wystarczająco nędzny żywot.
Co za utrapienie- pomyślał, biorąc kolejny głęboki wdech. Emocje opadły, a cały ten bałagan został, przynajmniej w większej części, wysprzątany. Pozostało więc jeszcze doprowadzić siebie samego do ładu. Skrzywił się lekko na ten pomysł, ale począł zbierać ze stołu potrzebne rzeczy, takie jak opatrunki i bandaże. Za mniej więcej dwie godziny zacznie się ściemniać, a to oznacza początek jego nocnej zmiany. Nie bardzo podobała mu się wizja powolnego wykrwawiania gdzieś w środku lasu o północy- a przynajmniej nie z własnego lenistwa. Niespiesznie zabrał się więc do oczyszczania ran- za każdym razem, gdy nasiąknięty różnymi specyfikami wacik dotykał jego poranionej skóry, jego łapy samowolnie drgały nieznacznie, utrudniając mu cały zabieg. Krótko mówiąc, szczypało go wszystko jak skurwysyn i nie był w stanie opanować nawet swoich naturalnych odruchów.
Nie to było jednak najgorsze, o nie- wybieranie pojedynczych odłamków szkła z ciała, to dopiero zabawa. Normalnie nie byłoby z tym tak wielkiego problemu, prawdopodobnie nawet byłoby to mniej bolesne niż samo oczyszczanie rany. Zasada ta jednak nie działa, kiedy jesteś ślepy i żeby znaleźć jeden cholerny odłamek, musisz najpierw wbić go sobie jeszcze bardziej pod skórę, próbując go wpierw wyczuć. W każdym razie była to niezmiernie ciężka i mozolna praca, dodatkowo okupiona pieczeniem, swędzeniem i drażniącym bólem.
Zajęło to również o wiele więcej czasu, niż by się spodziewał, ale w końcu mógł owinąć łapy czystymi bandażami i odetchnąć z ulgą. O ile można było to nazwać ulgą, nie wiedział nawet, w jakim stopniu udało mu się oczyścić rany, ponieważ jego łapy były już na tyle odrętwiałe i obolałe, że nie był w stanie niczego więcej wyczuć. Pozbył się przynajmniej tych większych kawałków i to mu na ten moment wystarczało. Na odpoczynek też nie zostało mu wiele czasu. Jeśli chciał jeszcze zdążyć, dojść na miejsce, przed zapadnięciem całkowitego zmroku, musiał zaraz wychodzić.
Naciągnął na siebie najlżejsze skóry, jakie miał, czując, że w tym stanie zdecydowanie nie ma siły obkładać się dodatkowym ciężarem. I tak już ciężko stawiało mu się kroki, wolał, żeby było mu chłodniej, aniżeli doprowadzić znowu do krwawienia. Niespiesznie minął domowe ściany, naciągając mocniej kaptur na łeb. Szorstkie, futro okryło go niemal całkowicie, a jedynie długi ogon ciągnął się za nim, niemal wtapiając się w otoczenie. Pogoda była całkiem przyjemna, choć faktycznie chłód nieco mu doskwierał, to przynajmniej nie wiało tak mocno, jak ostatnimi dniami. Śniegu również nieco ubyło, dzięki czemu o wiele łatwiej stawiało mu się kroki, a ubrania nie mokły tak szybko. Przynajmniej jedna przychylna mu rzecz tego dnia. Oby i noc zdecydowała się być po jego stronie, niczego więcej mu nie było trzeba. Do tego momentu droga mijała mu stosunkowo szybko i spokojnie, przez obandażowane łapy trochę ciężej było mu wyczuć wszechobecne wibracje, które ułatwiały mu omijanie przeszkód na jego drodze. Póki jednak wiatr nie nabierał na sile, mógł skupić się głównie na swoim doskonałym zmyśle węchu. Mógł być spokojny. A przynajmniej do momentu, w którym nie dotrze na miejsce. Szczerze mówiąc, gdyby nie polecenie z góry, na pewno nie wybrałby się w te rejony. Patrol w okolicy, w której ostatnio doszło do serii niewyjaśnionych zaginięć? Toż to szczyt marzeń... Nie obawiał się jednak o swoje bezpieczeństwo, obawiał się, że dojdzie do czegoś na jego warcie i będzie musiał interweniować. Ba, będzie musiał wykazać jakieś większe zaangażowanie niż siedzenie na dupie i ewentualne przejście się parę razy po okolicy. Nic tak bardzo nie psuło mu humoru, jak niespodziewane zdarzenia podczas pracy. Specjalnie wybiera warty w miejscach najbardziej oddalonych od cywilizacji, by mieć jak najwięcej spokoju. Oczywiście, jeśli nagle naparłby wróg, to właśnie on byłby najbardziej narażony na niebezpieczeństwo, dlatego niewiele osób było chętnych na patrol w tych okolicach. Czasy były jednak na tę chwilę spokojne, nie wierzył, że za porwaniami stoi ktoś z zewnątrz. Raczej jest to osoba, która dobrze zna okolice, być może mieszka niedaleko. W każdym razie, jeśli ktokolwiek chciałby się niepostrzeżenie zbliżyć, basior z pewnością go wyczuje.
Kiedy prawie był już u celu podróży, podniósł ostrzegawczo łeb, który do tej pory prawie dotykał śniegu pod jego łapami. Wyczuł jakiś nowy zapach, na który nie spodziewał się natrafić na swojej drodze. Jakże dziwna była to mieszanina- trochę wina, przypalanej trawy i dosłownie szczypta pergaminu. Czegoś takiego nie spotyka się na co dzień, a jednak w tej odmienności było coś dziwnie basiorowi znajomego. Jego pysk utkwił w bezruchu, skierowany wprost na sylwetkę Aeskerona. Był niemal pewien, że ten nawet coś powiedział w jego stronę, jednak z powodu odległości, nie był w stanie zrozumieć, co to takiego było. Nie był też specjalnie ciekaw, a jednak jego łapy niemal mimowolnie zaczęły kierować się w jego stronę. Czy to z powodu obowiązku, czy też zwykłego kaprysu, spowodowanego faktem, że znał basiora... a właściwie nie znał, ale wymienił z nim parę zdań, co sprawiało, że w pewien sposób wyróżniał się w jego głowie na tle innych członków watahy.
- Ten obszar... Jest niebezpieczny.- ochrypnięty, zmęczony głos wydobył się z jego gardła, niemal wywołując u niego napad kaszlu.
- Tak? Nic mi o tym nie wiadomo- beztroskie podejście Aeskerona przyprawiało go o mdłości. Fakt, sprawa była dość świeża, a policja starała się zatuszować wszystko, by nie wprowadzać ludzi w niepotrzebną panikę, jednak plotki szybko się rozchodzą. Kto chciał, ten już od dawna wiedział co jest grane. Co nie zmienia faktu, że ktoś powinien zadbać o to, żeby chociaż zacząć zwracać innym uwagę, by nie włóczyć się po zmroku w tych okolicach. To jak proszenie się o wypadek.Albinos westchnął bezradnie. Zdawało się, jakby wszyscy tylko chcieli dołożyć mu roboty. Nie miał ochoty na tłumaczenia, tym bardziej że bardzo prawdopodobne było, że basior i tak go nie posłucha. Jednocześnie nie chciał się tak po prostu oddalić, jeśli cokolwiek się stanie, będzie zmuszony znowu tutaj wrócić, a to niepotrzebne nadrabianie drogi. Najskuteczniejszym pomysłem byłoby więc sprawić, by to Aeskeron sam chciał sobie stąd pójść. A na to miał nawet sposób. Poprawił delikatnie skóry, którymi był owinięty, tak, by nie utrudniały mu ruchów i jak gdyby nigdy nic, usadził się niedaleko "znajomego" nieznajomego. Jeśli uda mu się sprawić, by poczuł się niekomfortowo, prawdopodobnie sam prędzej czy później sobie stąd pójdzie. Ta taktyka zadziałała już w tylu przypadkach, że nawet nie wątpił w jej powodzenie. A co lepsze, nie wymagała od niego zbyt wiele wysiłku. Zwyczajnie będzie sobie tu siedział jak posąg bez słowa, zwrócony w stronę basiora. Ten teren i tak leżał w obrębie jego patrolu, więc mógł jednocześnie wsłuchiwać się w okolice, gdyby do czegokolwiek miałoby dojść.

< Elijas? Tak jakby trochę trwało żeby panowie się ponownie spotkali h-hah > 
 
Słowa: 1460 = 93 KŁ

sobota, 26 grudnia 2020

Od Elijasa CD. Kvischa

 Siedział.

Ale gdyby wstał to najpewniej złapałby za blat i wywalił go przez okno z impetem. Jako, że nie było okien to bez wahania sam zrobiłby jedno tymże blatem, przebijając się przez grubą ścianę. Potem mógłby wszystko podpalić, tak dla zasady. Wcześniej jednak zabrałby cały alkohol. Albo właściwie to nie, przecież tu nie było nawet poważnego alkoholu. Więc po prostu puściłby to z dymem. Oczywiście musiałby liczyć się ze złą sławą ale pal licho o sławę, miałby większy problem: musiałby zapłacić za szkody.

Więc siedział. Ciepłe powietrze wentylowało w tę i z powrotem przez wrażliwe zatoki, zaś zapach mięs drażnił jego organizm, niczym mdła chmura. Gnębiło to basiora z jeszcze większym okrucieństwem. Zimne spojrzenie wbił w porzucone posiłek i napar, które wciąż były ciepłe. Artysta nie lubił nadmiernie opryskliwych dziadów, którzy wychodzą bez żadnego słowa, nie lubił też wyrzucać jakichkolwiek pieniędzy w błoto, taka ignorancja wkurwiała go niemiłosiernie, jednak nic, absolutnie nic go tak nie skręcało niż myśl, że do wyrzucenia pójdzie właśnie jedzenie. Wiele z jego znajomych oddałoby ogon za coś ciepłego, a ten prostak po prostu to zostawił.

Kiedy Elijas tak wpatrywał się w pełny talerz, dokładnie wyczuwał jak spojrzenie kelnerki przesuwa się a to po jego całym ciele, a to po posiłkach, jednak nie odważyła się podejść. Przynajmniej na początku.

Rozzłoszczony Aeskeron miał w naturze ignorowanie tego, co miał ochotę ignorować, więc zaraz powrócił do swojej gęsi, nie darząc natrętnej wilczycy nawet pojedynczym spojrzeniem. Zresztą, mimo pozornego spokoju, był w stanie wybuchnąć w każdym momencie. Dosłownie, każdym. Nie dość, że stracił czas, to dodatkowo nadzieję. To mógł być naprawdę dobry obraz z wilkiem w roli głównej, gdyby tylko ten dzikus mógł zrozumieć, jak bardzo malarzowi zależało na tej pieprzonej współpracy. Ale nie, oczywiście, skoro życie wsadzało Elijasowi kija w dupę, to teraz jeszcze go tak na siłę tam musiało dopychać, żeby miał ochotę krzyczeć. A potem inni narzekali, że marudny. Jak nie być marudnym w takich warunkach?!

Skończył jeść. Wypił zimną herbatę. Łuski na jego polikach i uszach przybierały w tamtym momencie kolor agresywnie pomarańczowy. Nie powiedział nic, kiedy kelnerka podeszła.

- Smakowało? Podać panu coś jeszcze?

Podniósł wzrok. Pozornie spokojny, acz wciąż zimny. 

- Poproszę o rachunek, dziękuję. Było smaczne- odparł, prostując się. Samica skinęła łebkiem i zaraz podała basiorowi kawałek pergaminu w taki sposób, że czerwone oczy nie były w stanie zarejestrować skąd ten się wziął. Ledwo powstrzymał się od pytającego spojrzenia, z powodu nagłej zmiany zainteresowania, ale zaraz sobie przypomniał, że przecież był wściekły na świat. Zmierzył więc papier z niesmakiem, po czym podał pracownicy zajazdu odliczoną ilość łusek. W odpowiedzi otrzymał ładny uśmiech i przyjazne “miłego dnia”. Nawet jeśli jego dzień już nie miał prawa być dobrym, podziękował i odparł “wzajemnie”. Był sfrustrowany całą sytuacją, a poczucie zostania zignorowanym tkwiło między jego łopatkami niczym jakiś przeszkadzający guz, który uwierał wilka przy każdym ruchu. Jedyna wartościowa nauka jaką wyniósł z tego wszystkiego, to że nie każdy dziwak mógł mu coś zaoferować. Poza tym stwierdził, że chyba szczeniak z kwiatkiem nie byłby takim głupim pomysłem. Szczeniaka zawsze mógł znaleźć, kwiatków też nie było mało nawet na takim lodowym zadupiu. Przynajmniej jednego był pewien w ostateczności- nawet jeśli sama królowa poprosiłaby go o namalowanie tego dzbanowatego Aeskerona, syn Ragnarooka nie zgodziłby się.

Tymczasem zszedł na ziemię i dla kontrastu spojrzał w niebo, kiedy już opuścił karczmę. Mentalnie prychnął, zdając sobie sprawę, że ma do przeżycia jeszcze pół dnia. A mógłby gdzieś się schlać i kontynuować ciąg picia, trwający niezmiennie od czterech dni. 

To chyba jest niezdrowe, pomyślał, jednak nie potrafił nic zrobić z narastającym dyskomfortem. Zabulgotało mu w żołądku. Zrobił kilka kroków w przypadkowym kierunku, udając, że cieszy się orzeźwiającym spacerem w miły dzień. Minął parę szczeniąt, paru wojowników, kilka innych wilków. Jedni byli w pośpiechu, kolejni się śmiali, jeszcze następni dyskutowali. Część z nich rzuciła na niego okiem, a druga część nawet nie zauważyła jego obecności. Odetchnął w duchu, telekinezą naciągając wyżej swoje czarne futro. Jeśli już coś ma zostać nazwane niezdrowym, to życie powinno być pierwsze na liście. 

W swej beznadziei dotarł do murów odgradzających Centrum od reszty Królestwa. Nieco otępiałe spojrzenie prześlizgnęło się bo okolicy, lustrując domki, mieszczan i inne cegłówki. Cóż za miłe, nudne miejsce. Artysta aż przycupnął w cieniu jednego z budynków, by pooglądać niebo i chmurki.

Minęła chwila...

- Pan Elijas Ragnarook!

… i przestało być nudno. Jednak łeb piaskowego wilka wciąż był skierowany na pogodny horyzont przez następne sekundy. Zimny ogień z jego oczu przeszywał na wylot każdy obłoczek, który wchodził mu w paradę, analizując kształty i kolory. Lekko się skrzywił, gdy słońce wysunęło się nagle zza dachu, atakując rombowate źrenice. Opuścił głowę, wysunął gniewnie język i skupił się w końcu na swoim rozmówcy. Zamrugał w konsternacji, zdając sobie sprawę iż uśmiechniętej wilczycy wcale nie speszyło takie oczekiwanie.

- Rzeczywiście, to moja godność- odparł, lekko się kłaniając- Wszystko w porządku?

Rozmowa z początku była luźna i niezobowiązująca, jednak Seresshmir wyczuwał podstępy lepiej niż drogie wino. Wcale się więc nie zdziwił, kiedy biała jak mleko Sivarius przeszła do sedna, pytając go o obraz. Im głębiej jednak wprowadzała go w szczegóły, tym ciekawszy się robił. 

- Zależy mi, żeby to był naprawdę duży obraz rodzinny. Wie pan, ród mojego partnera od wielu pokoleń zamieszkiwał te tereny, mój zresztą także, jednak od jakiegoś czasu planujemy przeprowadzkę poza Królestwo. Wiem, że partnerowi z trudem przychodzi ta decyzja, ponieważ jest przywiązany do tego miejsca. Wymyśliłam, że taka pamiątka mogłaby go trochę podnieść na duchu- wadera nieśmiało się uśmiechała, co jakiś czas gubiąc się w zdaniu. Malarz pokiwał głową, bacznie słuchając- Chciałabym, aby na obrazie był mój partner, jego matka, jego dwaj bracia, ja z siostrą i trójka naszych szczeniąt, a w tle byłaby nasza posiadłość. Wszyscy są teraz na miejscu... planujemy przenieść się za około dwa księżyce, więc zależy mi na czasie… No i słyszałam o panu wiele dobrego.

Gdyby jakiś przyjaciel mu powiedział, że słyszał o nim “wiele dobrego”, to Elijas zaśmiałby mu się w nos. Ale Elijas nie miał prawdziwych przyjaciół. I nieczęsto się śmiał. A przed nim stała potencjalna klientka, która ewidentnie go chwaliła. Może i powinno zrobić mu się miło po takich słowach, ale dziwnym trafem wcale się nie poczuł niczego miłego, ponieważ nie wspomniała o jego sztuce, tylko o nim samym.

- Brzmi to jak masa pracy, jednak wszystko jest do ustalenia- odparł łagodnie, spoglądając w złote tęczówki. Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że malowanie tych oczu już mogłoby być całkiem miłe.

- Oczywiście- wadera pokiwała żywo łebkiem, po czym się rozejrzała dookoła- Co pan powie na spacer przez Podziemne Ogrody, żeby nie stać pod murami?

Elijas podniósł zad.

- Proszę przodem.

Basior poświęcił nieznajomej spory kawał dnia, ponieważ go o to poprosiła, a co jeszcze ciekawsze- zadziwiająco zależało jej na tym, aby to właśnie on namalował ten obraz. Powodem mogło być to, że miał tak dobre recenzje, w końcu nierzadko się trafiało, że nawet jego miłości na jedną noc kojarzyły jakieś jego malunki (co prawda wnoszenie pracy do łóżka nie było czymś pożądanym, ale przynajmniej Elijas miał świadomość, że jest rozpoznawalny w jakichś kręgach), ewentualnie po prostu nie znała innych artystów, którzy byli na miejscu i zbierali zamówienia, właściwie, w biegu. Dwa miesiące to nie było dużo czasu, co Elijas zaznaczył od razu, ponadto sama posiadłość znajdowała się w, o ironio, Dystrykcie III. Malarz nie byłby w stanie tak podróżować z i do Centrum, żeby zdążyć ze wszystkim i przy okazji żyć w jakiś godny sposób, więc Sivarius bez problemu zaproponowała artyście na czas pracy jeden z pokoi oraz wyżywienie. Stwierdziła, że nie byłby to żaden problem, a i wciąż skłonna była wiele zapłacić za skończone dzieło. Poprosił o czas na przemyślenie sytuacji i dopięcie niektórych spraw, na co wadera przystała, codziennie przychodząc po odpowiedź. Już po trzech dniach, Seresshmir miał zapakowane na wóz najpotrzebniejsze rzeczy. Po czterech był już w Dystrykcie III, przywitany i ugoszczony przez właścicieli domostwa. Po czterech i pół, wybrał się na spacer po okolicy.

Przede wszystkim, musiał obejrzeć dom z każdej strony i wybrać najbardziej korzystną perspektywę, w końcu potrzebował zmieścić na płótnie osiem wilków w ten sposób, żeby byli na pierwszym planie, a przy tym budynek za nimi musiał być rozpoznawalny. Problemem były też drzewa ciasno otaczające całość- nie dość że ograniczały plac manewru, dodatkowo psuły padanie światła. 

Wyraz na pysku Aeskerona pozostawał tak samo beznamiętny, nawet po siódmym okrążeniu dookoła budowli. W zamyśleniu badał co do dziury w drewnianych palach, podtrzymujących dwupiętrową posiadłość. Obserwował drzewa, światło, dachówki podchodząc, a potem cofając się o kolejne metry. Malował w głowie kolejne ujęcia, a potem wybierał te najlepsze. Po jakimś czasie powrócił do środka.

Między pokojami przepływał zapachy pieczeni, kiedy skierował się do kuchni, gdzie oczekiwał spotkać panią domu. Wadera rzeczywiście krzątała się po całym pomieszczeniu w skupieniu, jednak szybko wyłapała intruza i promiennie się do niego uśmiechnęła.

- Pan Elijas! Zaraz będzie kolacja, zapraszam. Jak podoba się dom?


Wszyscy byli ożywieni pojawieniem się artysty na ich włościach. No dobra, może nie wszyscy- jeden z braci gospodarza miał we wszystko absolutnie wywalone, a sam gospodarz wyglądał na tak zmęczonego życiem, jakby nie miał sił na prowadzenie konwersacji, chociaż wyraźnie się starał. Dla odmiany, siostra gospodyni była tak niesamowicie rozgadana, że wręcz raziła Elijasa iskrami, które sypały się z jej oczu, podobnie jak trójce rozbieganych szczeniąt, które podskakiwały i nie kontrolowały swoich zdolności, zamrażając przypadkowe obiekty w zasięgu wzroku. Ledwo wyrabiał z odpowiadaniem na wszystkie pytania, w czym pomagało mu naturalnie zachowywanie spokoju. Gdyby nie to, pewnie poraziłby wszystkich obecnych prądem zanim zasiadł do stołu (może oprócz gospodarza, tego było mu prawie żal). Niemniej jednak z ulgą przyjął, że ze względu na obowiązki domostwo szybko kładzie się spać, jednak on ma się czuć jak najbardziej komfortowo. Niczego więcej nie potrzebował. Szybko podziękował za posiłek i wycofał się do swojego pokoju, skąd wziął szkicownik, węgle i butelkę wina, którą schował pod naprawdę grubym, bordowym futrem. Wyszedł z mieszkania, na zdziwione spojrzenie wadery odpowiadając wyłącznie “niedługo wrócę”. Ta skinęła głową i się uśmiechnęła, krzycząc coś jeszcze o ostrożności. Jednak Elijas nie miał czasu na ostrożności, kiedy poczucie uciekającego czasu go przygniatało z każdej strony. Skoro już wywędrował poza Centrum, to powinien poświęcić jak najwięcej życia na problemy pokroju zbliżającego się deadline’u konkursu, czy nawet braku pieniędzy, które mógłby zarobić po uprzednim namalowaniu paru obrazów. Był wolnym strzelcem, więc potrzebował jakiegoś zabezpieczenia, a teraz miał świetną okazję na uzyskanie takowego. 

Jako że w poprzednich latach bywał w okolicy z różnych powodów, z pamięci zawędrował nad Lśniący Przesmyk, który w nocnym świetle księżyca wyglądał dobrze jak zwykle. Aeskron odetchnął chmurą ciepłego powietrza i ciaśniej okrył się płaszczem, którego kaptur niemal przyslaniał mu świat. Wsłuchany w ciszę, rozmyślał o tym, jak bardzo nie lubił przebywać poza Centrum Królestwa- tam przynajmniej nie musiał podnosić swojej temperatury do tego stopnia, że pod jego ciałem trawa robiła się natychmiast sucha, bo było mu zbyt zimno. Podniósł zmęczony wzrok i przesunął nim po krajobrazie, nieoczekiwanie zatrzymując się na jakimś białym punkcie w oddali. Jak się okazało, był to wilk. Ha, oczywiście nie byle jaki wilk. 


<Panie Kvisch?>


Słowa:1813 = 135 KŁ


wtorek, 29 września 2020

Od Kvischa CD. Elijasa

Basior drgnął nieznacznie, gdy poczuł elektryczne napięcie po przeciwnej stronie stołu. Od dłuższego czasu wydawało mu się, że słyszy coś jakby bardzo delikatne strzelanie, czy też lepiej powiedzieć, wyładowania elektryczne, jednak nie był pewny, co było ich źródłem. W tawernie było tłoczno i głośno, stąd też ciężko było mu się skupić na tej jednej, tym bardziej że ledwo słyszalnej rzeczy, a irracjonalnym zdawało mu się podejrzewanie od razu o to basiora. Teraz wszystko zaczęło mu się jednak układać w składną całość, przypomniawszy sobie zresztą o jednej osobie, z którą miał niegdyś styczność, a która przejawiała podobne cechy. Nie był miłośnikiem posiadaczy umiejętności związanych z elektrycznością, ale nie był również zachwycony, że basior jest Aeskeronem i na dodatek śmierdzi wczorajszym alkoholem, więc ten szczegół zdawał się niejako znikać w tłumie rzeczy, których nienawidzi. Zresztą, trafienie na osobę, która nie miałaby chociaż jednej rzeczy z jego czarnej listy, było chyba niemożliwe. W końcu basiorowi przeszkadzało wszystko i wszyscy, wliczając to jego własną osobę. 
- Jeśli chodzi o zapłatę... - wilk przerwał na chwilę konsumpcje, nie odrywając jednak łba od talerza. Przez krótką chwilę analizował jeszcze raz wszystkie za i przeciw takiej wymiany, by być stu procentowo pewnym swojej decyzji. Właściwie miał się zgodzić, wpuścić jakiegoś obcego typa do domu i stać w bezruchu przez parę godzin dziennie. Nie, żeby to drugie mu specjalnie przeszkadzało, spędzał tak większość dnia, a jego dom to i tak była zajęta chwilowo opuszczona komnata w starym, rozpadającym się pałacu, jednak sama myśl o spędzeniu takiej ilości czasu z zupełnie obcą mu osobą, gdzie powinien się wyspać, chcąc iść w pełni trzeźwym umysłowo na wartę... Nie była specjalnie zachęcająca. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę przysługę, jaką by zyskał, mogłoby mu to co nieco wynagrodzić... Wciąż, nie miał jednak pewności czy będzie to wszystko warte. Przysługa, o którą miał go prosić, stała pod wielką niewiadomą, nie wiedział bowiem jakie informacje może dzięki temu pozyskać... Jeśli okażą się zupełnie nieprzydatne bądź fałszywe, będzie to masa nieodwracalnie straconego czasu. Jednak z drugiej strony, jeśli istniał, chociaż cień szansy, że wszystko zakończy się sukcesem, to albinos zdawał się gotowy na takie poświecenie. 
Po chwili milczenia, basior jak gdyby nigdy nic zaczął kontynuować. 
-...interesuje mnie treść pewnej książki - mruknął, sunąc powoli łuskowatym ogonem na bok. Na chwilę w przestrzeni między wilkami zawisła cisza, która szybko została przerwana przez Elijasa. 
- Mam ci ją... przeczytać? - spytał ze zwątpieniem w głosie Aeskeron. Gdyby albinos miał oczy, spojrzałby nimi w tej chwili z politowaniem na rozmówce. Ale nie miał - i to właśnie stanowiło cały problem. Cisnęły mu się na usta odpowiedzi w stylu "nie cholera jasna, zatańczyć" ale wydało mu się to zbędnym komentarzem. Basior i tak sam już sobie odpowiedział na zadane pytanie. Pozostał więc w bezruchu i jedynie czekał na jakąkolwiek dalszą reakcję. 
Jego ciało zesztywniało nieznacznie w pewnym momencie i choć nie było tego widać na pierwszy rzut oka, basior wewnętrznie aż skręcił się z bólu. Jego żołądek właśnie postanowił wywrócić się do góry nogami i toczyć zaciekłą wojnę między wszystkimi pozostałymi organami tańcząc przy tym kankana w glanach. Zabawne jak własny organizm potrafi tak się buntować przeciwko właścicielowi. Albinos na ogół przestrzegał ścisłej diety, by nie doprowadzać do takich sytuacji, jednak i tak mało prawdopodobne było, by mieli odpowiednie składniki w pierwszej lepszej karczmie, a w domu i tak nie miał żadnych zapasów, więc zdawał sobie sprawę, na co się pisze od samego początku. Nie mniej, bolało go niemiłosiernie i ledwo powstrzymywał się od grymasu na pysku. A przynajmniej, większego grymasu, bo niezadowolony wyraz pyska towarzyszył mu przez cały czas, od momentu przekroczenia bram miasta. Jedyne co mógł więc w tym momencie zrobić, to dyskretne zwiększenie sobie dawki znieczulających toksyn, i pozostanie w dalszym bezruchu. 
Jego rozmówca zakołysał się lekko na boki i odchrząknął po chwili. 
- w porządku, jaki tytuł cię interesuje? - basiorowi ponownie przesunął w zniecierpliwieniu i stresie ogonem na boki, i choć zebrał tym samym sporo brudu z podłogi, to zdawał się tym specjalnie nie przejmować. Problem tkwił w tym, że nie znał tytułu. Razu pewnego, sunąc między regałami w bibliotece, wyczuł dziwną energię bijącą od jednej z ksiąg, jednak nie miał czasu bliżej się jej przyjrzeć. Miał nadzieję udać się tam jeszcze raz, jednak nigdy nie miał okazji, zresztą z samą książką też nic by nie zrobił. Miał przeczucie, że skrywa ona coś, co może mu się przydać. Czuł to. Od tamtego zdarzenia minęło jednak parę miesięcy, nie miał nawet pewności, czy książka dalej się tam znajduje. Z drugiej strony, nawet jeśli nie ta, to na jego liście znajdowało się jeszcze parę ksiąg, o których wiedział nieco więcej, jednakże nie ukrywał, że to właśnie ta najbardziej go zainteresowała. W każdym razie basiorowi i tak nic było po samym tytule, kiedy przyjdzie co do czego, albinos sam zadba o to, by książka była w jego łapach. Nie odpowiedział więc na pytanie, a jedynie skinął głową, kończąc tym samym zarówno rozmowę, jak i posiłek, choć na talerzu zostało jeszcze dobre pół obiadu, którego z przyczyn zdrowotnych nie był w stanie już dokończyć. Zdawało się, że wyczerpał właśnie miesięczny limit energii na integracje z innymi i dopadło go już zmęczenie. Zresztą, nie uważał, by cokolwiek jeszcze wymagało większego omówienia, a przynajmniej, nie było to tak pilne, by nie można było tego przełożyć do następnego spotkania. Podniósł się więc z siadu i bez słowa, jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę wyjścia z karczmy. Głosy w pomieszczeniu jakby nagle ucichły nieco, a ciekawskie spojrzenia znów wbiły się w jego sylwetkę, jednak nie na długo, bo zaraz wszyscy znowu wrócili do własnych spraw, widocznie niezainteresowani już tak bardzo jak poprzednio. Ten zresztą niewiele już zwracając na to uwagi, czy to ze zmęczenia, czy nieco przytępienia umysłu spowodowanego zdecydowanie zbyt wielką dawką toksyn w jego ciele, wyszedł, nie obracając się za siebie. 
Dopiero gdy zamknęły się za nim drzwi, mógł w końcu nieco odetchnąć. Pogoda nieco pochłodniała, choć może po prostu zdążył przyzwyczaić się do ciepła, jakie panowało w pomieszczeniu. Nie do końca zdawał sobie chyba sprawę, z tego, w jak niezręcznej sytuacji postawił swojego rozmówcę, ale skoro tamten chciał z nim współpracować, nawet jeśli tylko przez pewien czas, to musiał być gotowy na takie "wyskoki" z jego strony, czy też częste milczenie. Niewiele wilków to wytrzymywało, więc sam fakt, że dotarli do tego momentu, zdawał się imponujący. Jedyne, nad czym się zastanawiał, to czy Aeskeron w ogóle dotrze do jego miejsca zamieszkania, w końcu jedyną wskazówką, jaką po sobie zostawił, było to, że mieszka w dystrykcie III, który do najmniejszych nie należał. O to jednak nie zamierzał się zbyt długo martwić, w końcu nie zależało mu na tej robocie tak bardzo, jak Elijasowi, poza tym, albinos wyczuje go, jeśli będzie w okolicy, w końcu jego węch jeszcze nigdy go nie zawiódł. Nie był w stanie stwierdzić, czy samo wyczucie jego obecności sprawi, że będzie chciało mu się ruszyć z łóżka i iść po niego, tonąc po łokcie w śniegu, ale przynajmniej brał tę możliwość pod uwagę. Chłodny wiatr przeszył nieprzyjemnie ciało basiora, jakby starając przeniknąć go aż po same kości, przez co owinął się szczelniej skórami i zniżając prawie do samej ziemi łeb, jak to miał w zwyczaju, przyspieszył kroku. Wyglądał w tym momencie nieco jak ogromna, futrzasta jaszczurka. Taki typ przemieszczania się jednak jak najbardziej mu odpowiadał, potrafił dzięki temu odpowiednio bilansować zarówno ciałem, jak i ogonem w taki sposób, by jak najefektywniej unikać przeszkód, jednocześnie nie tracąc tempa. W końcu do jego domu był kawałek drogi, a nie zamierzał marnować więcej czasu na przemieszaniu się z punku A do punktu B. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, czy nie skorzystać z pustej torby i udać się jeszcze szybko na dobrze znaną mu polanę, by zebrać parę ziół, które uspokoiłyby jego nerwowy żołądek. Nie było to jego ulubione zajęcie, ale też nie nienawidził tego - pozwalało mu się to uspokoić, poza tym bez problemu potrafił wyczuć potrzebne ziele nawet spod grubej warstwy śniegu. Po chwili namysłu stwierdził jednak, że jest na to zbyt zmęczony i wystarczy, że się prześpi i jakoś to wszystko będzie. Tak właściwie wygląda całego jego życie, jeśli coś jest nie tak, trzeba się przespać i jakoś żyć z tym dalej. 
Kiedy dotarł w końcu na miejsce, od razu zrzucił z siebie przemoknięte skóry i zakopał się w swojej norze, zwanej łóżkiem. Zostało mu jeszcze dobre parę godzin do warty, które postanowił spędzić na porządnym odpoczynku, niezakłócanym przez nikogo. Tym bardziej, że wciąż szumiało mu w głowie i nie mógł wyrzucić z umysłu wydarzeń z dzisiejszego dnia. Tak mocno wyprowadziło go to wszystko z rytmu, że nie był w stanie zmrużyć oka aż do zmroku. Jedyne co mu pozostało w tej sytuacji, to mieć nadzieję, że przedstawiciel jego gatunku nie postanowi z samego rana zawitać u niego i uda mu się trochę odespać. W innym wypadku jego humor będzie jeszcze paskudniejszy niż był tego dnia.

<Elijas?>


Słowa: 1462 = 93 KŁ

wtorek, 19 maja 2020

Od Elijasa CD. Kvischa

Pozwolił się prowadzić obcemu wilkowi i już przez głowę przelatywały mu nieprzyjemne myśli o tym, jak bardzo w przyszłości syn Ragnarooka może pożałować swojego wyboru. Albinos nie tyle był milczący, co najzwyczajniej w świecie opryskliwy, więc jedną łapą Elijas stał w błocie, stawiając uparcie na jego biały zad. Nie był też pewien jak miałaby wyglądać ich współpraca. Czy ślepiec będzie miał ochotę spędzać po kilka godzin dziennie, przez następne parę dni, w mieszkaniu artysty, które znajdowało się w Centrum? Bo sam mieszkać w okolicy nie mógł. Elijas zaraz by wiedział, gdyby bezoki Aeskeron z albinizmem osiadł się w okolicy, w końcu elijasowi znajomi wiedzieli wszystko i od razu. Być może nieznajomy tylko odwiedzał Królestwo i tak naprawdę nie miał nawet zamiaru dawać się namalować, a zgodził się na odwiedzenie zajazdu tylko dla darmowego posiłku? 
Piaskowy basior westchnąłby, gdyby kultura mu na to pozwoliła. Ból głowy szybko powrócił od natłoku myśli i wątpliwości, a żołądek dziwnie się kurczył, więc kiedy oboje weszli do ciepłego pomieszczenia, wypełnionego zapachami pieczonych i gotowanych potraw skąpanych w różnorodnych przyprawach, realnie zastanawiał się czy jednak nie zwymiotować. 
W milczeniu jednak usiadł na zadzie przy stoliku wybranym przez albinosa, który znajdował się na samych tyłach jadalni i zdjął z siebie płaszcz telekinezą, by obniżyć temperaturę zgrzanego ciała. Odłożył czarne futro na bok i podsunął do siebie kartę, umieszczając łapy na stoliku. Uparcie próbował zapanować nad organizmem i skupić się na ważniejszych sprawach. Nim jednak przeczytał pierwsze danie, uniósł rombowate spojrzenie ognistych oczu na swojego towarzysza. Ich pyski były skierowane prosto na siebie, jakby oboje zastygli w wyczekiwaniu. W gardle malarza znów zatrzymało się ciężkie westchnienie.
- Najpierw zamówmy. Ma pan coś wybranego, czy przeczytać na głos?
Wilk przez chwilę milczał.
- Wszystko mi jedno co spożywam… może być to samo…- zaczął, lecz nie skończył, opuszczając łeb, jakby zmęczony ilością słów, które wypowiedział w jednym zdaniu.
Tym razem nawet czujnie spoglądający Elijas wygiął kąciki pyska pod nosem, tylko dlatego, że jego towarzysz nie mógł tego zobaczyć. Niemniej jednak jego ton głosu prawie niezauważalnie się rozluźnił, co już nie był pewien, czy drugi wilk wyłapał.
- Zamówię panu to, co sobie- oznajmił i zlustrował kartę dań w milczeniu, zastanawiając się, co nie spowoduje rewolucji w jego obrażonym żołądku, a przy okazji omijał te najdroższe potrawy, bo wychodząc z domu nie przewidział, że będzie dziś płacić za dwoje.
Za chwilę do stolika podeszła młoda wadera. Przez chwilę jej oczy lśniły zainteresowaniem, bo spotkanie dwóch Aseskeronów należało raczej do rzadkości, jednak zaraz się wyprostowała.
- Dzień dobry. Mogę przyjąć zamówienie?- spytała wesoło, patrząc to na jednego wilka, to na drugiego. Pysk albinosa nawet się nie poruszył.
- Tak, poproszę dwa razy pieczony udziec z gęsi i dwie herbaty ziołowe spod numeru trzeciego- basior wskazał łapą na podany napar zapisany na karcie. Nieznajomy nie musiał wiedzieć, że wybrana mieszanka ziół była perfekcyjna na bóle brzucha, a byłoby niekomfortowo, gdyby Elijas wziął tylko jeden kubek. W końcu sam się zaoferował.
-  Dobrze, niedługo podam- kelnerka lekko się skłoniła i zaraz odbiegła. Piaskowy Aeskeron przez chwilę podążał za nią wzrokiem, kiedy w końcu przypomniał sobie o siedzącym naprzeciwko wilku. Znów byli we dwoje.
- Więc tak- zaczął, siadając wygodniej i zaczął powoli układać sobie w głowie zdania- Zazwyczaj nie atakuję na ulicy obcych wilków, jednak tym razem to było koniecznością. Biorę udział w prywatnym konkursie mojego znajomego i pan idealnie wpasowuje się w targety, niestety pozostało niewiele czasu. Nasza współpraca polegałaby na tym, że pan stałby nieruchomo przez kilka godzin, oczywiście z przerwami, przez kilka następnych dni, a ja bym malował. Po wszystkim powiedzielibyśmy sobie “do widzenia” i nasze drogi zapewne na tym by się rozeszły- Elijas zrobił krótką pauzę, prostując się. Podczas całego tłumaczenia, jego oczy wpatrywały się w stolik, a łapy niewiele się poruszały po blacie, zaledwie stosując kilka gestów- Pańska podobizna nie trafiłaby do żadnej galerii, gdyż jak już wspomniałem, jest to akcja dla wąskiego grona artystów. 
Gdybyś miał ochotę, mógłbym nawet spalić ten obraz, tylko się zgódź
Bezoki wilk nieznacznie się poruszył, a syn Ragnarooka nie był w tym wszystkim pewien, czy w ogóle słuchał. Po kolejnej chwili milczenia, malarz kontynuował.
- Ja mogę zarobić na tym pieniądze, a pan nie dość że nic nie straci, to będę miał u pana jeszcze dług. 
Próbował się nie frustrować, kiedy drugi basior spędził kolejne chwile na milczeniu w bezruchu, a kiedy się odezwał, Elijas niemal podskoczył.
- Gdzie?- wymruczał, wrzucając artystę na nowe pole do popisu.
- Najwygodniej byłoby mi w moim mieszkaniu- zaczął ostrożnie- Mieszkam na miejscu, w Centrum i…
Biały łeb poruszył się na boki, a ramiona drugiego z Aeskeronów zaczeły powoli opadać. 
- Mieszkam w Dystrykcie trzecim.
Cholera.
- Żeby się tam dostać, musiałbym przenieść masę rzeczy. To są farby, sporych rozmiarów podobrazie, oświetlenie…
- Chcesz obraz, to noś.
O wspaniała Mokashi, trzymaj swojego wiernego artystę w opiece, bo zaraz porazi przedstawiciela swej razy prądem, którym powaliłby łosia. Cóż za okropny przypadek mu się trafił.
Gdy tak jeden łypał wzrokiem na drugiego, a drugi siedział niewzruszony, do ich stołu ponownie podeszła ta sama wątła waderka. Na pyszczek przywdziała niepewny uśmiech, kiedy stawiała przed dziwnymi basiorami dwa talerze z gęsiną i dwa naczynia z ziołami.
- Smacznego- szepnęła i zaraz się wycofała.
- Dziękuję- prawie zasyczał Elijas, zastanawiając się, jak do cholery będzie się przemieszczał dwa razy dziennie między odległymi dystryktami i ile godzin będzie musiał ślęczeć przed płótnem, żeby się wyrobić na czas. Niemal dostał dreszczy na myśl o długiej trasie i natychmiast podniósł swoją temperaturę ciała za pomocą prądu, który wyładowywał się na siedzisku wilka. 
Spojrzał na gęś, a jego żołądek jasno dał do zrozumienia, że wilk za dużo myśli, a za mało je.Wypuścił powoli powietrze z płuc.
- Proszę się zastanowić nad pańską wypłatą i wtedy podejmę decyzję- oznajmił, przybierając neutralny ton głosu i wziął się za jedzenie, wcześniej jeszcze rzucając w kierunku wilka krótkie “smacznego”. Malarz nie był pewien jak bardzo mu się opłacała, lub nie opłacała, taka zabawa w podróżowanie między dystryktami. Nagroda w konkursie była pociągająco wysoka, a znając swojego kontrowersyjnego znajomego, wiedział, że takie podejście do tematu mu się spodoba. Miał szansę na lekkie podniesienie standardu swojego życia i jakąś pomoc rodzicielce, która z czasem wylądowałaby na bruku, a tego Elijas by nie zniósł. Co jednak, jeśli to wszystko okazałoby się jednym wielkim rozczarowaniem? Obraz by sprzedał za jakieś psie pieniądze, w końcu po świecie kręci się masa dziwnych wilków, jednak co dalej? Same produkty do malowania też kosztowały swoje, a on musiał się wyżywić.
Podniósł piaskowy łeb i przeżuwając w milczeniu posiłek, spojrzał na swojego towarzysza.
Gdybyś tylko mógł mi powiedzieć, że to wszystko mi się opłaci.

<Panie Kvisch?>

Słowa: 1079

piątek, 15 maja 2020

Od Kvischa CD. Elijasa

Od niedawna, basior wstawał w nieco lepszym humorze niż zazwyczaj. Choć nie dało się tego stwierdzić po wyrazie pyska, na którym zawsze gościł beznamiętny grymas. Wewnętrznie czuł jednak, że powoli przyzwyczaja się do tego miejsca. Tym bardziej że dzięki załatanej ścianie, był w końcu w stanie nieco wypocząć i zregenerować siły. Nie przeszkadzał mu w tym ani świszczący wiatr, ani przenikliwe zimno, które nie dostawało się już pod grube skóry w jego legowisku. Stanowiło to idealne dla niego ukojenie, a spokój, który temu towarzyszył, naprawdę dobrze na niego wpływał. I choć poranek ten wydawałby się wręcz idealny, to albinosa wyraźnie coś trapiło. Parę dni temu, medyk, który niegdyś opatrzył jego rany, wystosował prośbę, by ten użyczył mu parę fiolek z jego jadem. Oczywiście, miał własne preparaty i zioła, ale sporządzanie ich zajmowało nieraz bardzo dużo czasu, a dodatkowo chciał jakoś je udoskonalić. A przynajmniej tak tłumaczył swoją prośbę. Nie mógł odmówić, ze względu na otrzymaną wcześniej pomoc, jednak mimo nalegań, by medyk sam pofatygował się po nie do jego domu, ten uparcie twierdził, że ma ostatnio urwanie głowy i nie da rady udać się tak daleko, a są mu pilnie potrzebne. Basior nie był zadowolony z wizji odwiedzania miasta, ale nie był typem osoby, która zignorowałaby prośbę jedynie z tego powodu. Przygotował więc parę fiolek z truciznami o pożądanych przez medyka działaniach, a nawet dodał coś w gratisie od siebie. Wszystko poukładał delikatnie w torbie, mając na uwadze, że będzie potem musiał wszystkie potem słownie opisać, by przypadkiem nikt się nie pomylił. W końcu nie był w stanie w żaden sposób oznaczyć, czy podpisać naczyń, musieli zająć się tym sami. Nie marnując więcej czasu i chcąc wyrobić się przed południem, owinął się szczelnie skórami i przepasając torbę na biodrach, ruszył w drogę. Pogoda sprzyjała jego podróży i choć wiatr towarzyszył mu przez większość drogi, to wyjątkowo był nad wyraz delikatny, a na dodatek wiał od pleców, jakby chcąc wspomóc go, pchając go nieustannie do przodu. Nawet przez moment słońce wyłoniło się zza chmur, oddając nieco swojego ciepła i ogrzewając zmarznięte kości wilka.
Albinos zatrzymał się więc dopiero przed wejściem do miasta. Nieprzyjemny ból ścisnął wpierw jego serce, by zaraz potem przenieść się na żołądek. Szczerze nienawidził takich skupisk, obecność innych osób przyprawiała go o mdłości i zawroty głowy. Chociaż i tak było o wiele lepiej, niż kiedy przybył tu po raz pierwszy. Dobrze pamiętał ten dzień, stanął wtedy jak wryty, czuł się całkowicie bezsilny i zagubiony, kończyny odmawiały mu posłuszeństwa, a rozsądek kazał schować się albo uciekać jak najdalej. Wyczuwalna obecność tylu stworzeń przeraziła go do tego stopnia, że wszystko skończyło się wylądowaniem zawartości żołądka w pobliskich krzakach, a on sam przez następny tydzień nie opuszczał swojego mieszkania. Teraz, choć dalej z dozą niepewności, był już w stanie jakoś znieść tak liczną obecność innych osób, choć dalej wymagało to od niego wiele samozaparcia.
Chociaż gdyby nie te przeklęte próbki jadu, o które go poprosili, z pewnością by się tu dzisiaj nie zapuszczał. Przełknął powoli ślinę i wziął głęboki wdech, po czym, jakby próbując wtopić się w tło, zniżył głowę i zaczął kierować się przed siebie. Przemieszczał się skryty pod cieniami budynków, niemal nie nabijając się na ściany, w które jakby starał się przeniknąć. Niestety nie posiadał mocy, która pozwoliłaby mu zniknąć z pola widzenia przechodniów, nad czym całe życie ubolewał. Całe szczęście, o tej porze nie było jeszcze zbyt wielu ludzi, większość zajęta była albo pracą, albo domowymi obowiązkami. Nieliczni przechodnie mijali się na ulicy, jednak na szczęście nikt nie zwracał specjalnej uwagi na okrytego futrami aeskerona. Jak najbardziej mu to odpowiadało, jednak i tak zachowywał nadzwyczajną ostrożność.
Cel podróży, z tego, co pamiętał, był niedaleko centrum, ale dzięki temu dojście tam i znalezienie odpowiedniej lokalizacji nie zajęło mu więcej niż 15 minut. Nawet mimo niewielkiej wiedzy na temat rozmieszczenia budynków w tej okolicy, dotarcie na miejsce nie sprawiło basiorowi większego problemu. Wręcz ciężko było ominąć biały, sporej wielkości budynek, czuły węch basiora już z daleka wyczuł z wnętrza smród leków. Wszedł niepewnie do dość obszernego holu i od razu został przywitany przez donośny głos wadery, która akurat tamtędy przechodziła.
- O, to ty jesteś zapewne tym od trucizn! Ciężko cię z kimś pomylić - zaśmiała się i zaprosiła go gestem łapy do środka. Wyjaśniła mu pokrótce, że medyk, który się z nim kontaktował, musiał pilnie udać się do chorego, ale ona z radością go zastąpi. Jak dla albinosa, dziewczyna była nieco zbyt energiczna, co chwila po jego ciele przebiegał niekontrolowany dreszcz, gdy zaczynała co bardziej ekspresyjnie wymachiwać łapami przy opowiadaniu czegoś. Gdy jednak zaprosiła go do osobnego pomieszczenia i zabrali się w końcu do pracy, nagle z rozbieganego, podekscytowanego dziecka, zmieniła się w skoncentrowaną i bardzo dokładną osobę, co o wiele bardziej odpowiadało basiorowi.
Pobyt w tym miejscu, mimo największych chęci ukrócenia go do absolutnego minimum i tak dość mocno się przeciągnął. Dokładne opisywanie wszystkich fiolek pochłonęło zdecydowanie najwięcej czasu, szczególnie biorąc pod uwagę, że co chwilę ktoś wchodził w "bardzo ważnej sprawie niecierpiącej zwłoki" przez co musieli robić co jakiś czas przerwę. W końcu jednak basior mógł odetchnąć z ulgą, gdy pani medyk skończyła sporządzać opis ostatniej trucizny.
- Jeszcze raz bardzo dziękuje - ciepły głos wadery rozniósł się echem po pomieszczeniu. Albinos nic nie odpowiedział, jedynie skinął głową w jej stronę i podniósł się z siadu. Kości już go zaczynały boleć od nadmiernego siedzenia w jednej pozycji. Całe szczęście, wszystko było już gotowe i mógł ruszyć w drogę powrotną, by zaszyć się w końcu w swojej małej kryjówce. To była jedyna rzecz, o której marzył od samego momentu opuszczenia domu. Zagrzebać się pod stertą ciepłych futer i nie wychodzić aż do rana albo i dłużej. Słysząc, zbliżające się do tego miejsca kroki, prawdopodobnie kolejnego klienta, zawinął się ponownie w skóry i opuścił to miejsce, nim ktokolwiek zdążył zauważyć. Zupełnie, jakby go tam nigdy nie było.
Teraz nieco żwawiej i pospiesznej przemieszczał się przez miasto, czując, jak coraz więcej osób gromadzi się na ulicach. Dochodziło południe, ale to dla tych larw to najlepszy czas, do wypełznięcia na powierzchnię. Chcąc nie chcąc, co jakiś czas musiał przystanąć, by złapać oddech i uspokoić usilnie próbujące opuścić jego ciało serce. Wyczuł po chwili obecność wilka na jego drodze, przez co odruchowo zwolnił i jeszcze bliżej przycisnął do ściany. Po prostu go ominie, tak jak wszystkich i pójdzie dalej, nic trudnego, prawda? Czuł na sobie jego przenikliwe spojrzenie, jednak starał się to zignorować. Tłumaczył sobie to zwykłą ciekawością spowodowaną nietuzinkowym wyglądem basiora niczym więcej. W końcu przyzwyczajony był, do wędrujących w jego stronę spojrzeń, choć nie były one zwykle aż tak natarczywe.
Po prostu mnie nie zaczepiaj, nie zaczepia- usilne błagania w głowie basiora zostały brutalnie przerwane przez śmierdzącego farbą i alkoholem nieznajomego. Kolejny bezdomny trudniący się w budownictwie? Albinos naprawdę nie miał najmniejszej ochoty słuchać kolejnych wywodów na temat ciężkiego życia meneli ani tym bardziej marnych prób wyłudzania pieniędzy. Nawet ich za wiele ze sobą nie zabrał, więc i tak próby te byłyby nadaremne. Nie gardził tymi osobami, każdy niech żyje swoim życiem, ale niech nie zawracają jego zmęczonej głowy. Spróbował zwinnie ominąć intruza, jednak ten jakby specjalnie zastąpił mu drogę.
- Moje imię to Elijas Ragnarook Marath, z rodu Seresshmir, jestem malarzem - zaczął swój, trwający dla albinosa wieczność, wywód. Nic nie mówiło mu ani jego imię, ani tym bardziej ród, z którego się wywodził. Za to już doskonale wiedział, że basior nie da mu spokoju. Kvisch jednak również nie zamierzał się tak łatwo poddać i dać wciągnąć w kolejną sprawę, która go nie dotyczy. Już nawet obmyślał w głowie wymówki, którymi mógłby się zasłonić i drogi, którymi najszybciej mógłby się stąd wydostać.
- Proszę mi wybaczyć bezpośredniość, jednak potrzebuję konkretnie pana, aby go namalować. To dla mnie nadzwyczaj istotne. Zapłacę - basiora na ułamek sekundy zamurowało, jednak zaraz odzyskał trzeźwość umysłu. Czy on naprawdę uważa albinosa za idiotę? Chęć namalowania jego osoby, nie dość, że zdawała mu się wybitnie podejrzana, szczególnie biorąc pod uwagę ogólnie znany i niezachęcający wygląd basiora, to jeszcze bijący od nieznajomego odór alkoholu... Nie znał się na sztuce, na swej drodze nie spotkał również zbyt wielu osób pałających się tym fachem, jednak jego postać nie wzbudzała zaufania. Na dodatek, ta propozycja była przesiąknięta tak absurdalnie silnym zapachem oszustwa, że albinos aż skrzywił się w duchu.
- Na co mi twoje pieniądze - zasyczał. Jego postawa, choć złagodniała, dalej była niechętnie nastawiona wobec "artysty". Skąd miał mieć pewność o jego uczciwości? Być może zaoferuje mu portret, za który potem będzie musiał zapłacić. Dobre sobie! On nawet nie będzie mógł zrobić z tego użytku! Równie dobrze mógłby oddać mu płótno pomalowane całe na biało i powiedzieć, że to albinos w czarnym fraku na drogiej łajbie, a basior i tak by się nie zorientował. On nawet nie wie, jak wygląda czarny frak. Jednak Elijas, bo tak się przedstawił, nie dawał za wygraną i zaproponował zapłatę w inny sposób. Wyraził również chęć kontynuowania dyskusji na swój rachunek w karczmie. Albinos z początku chciał natychmiastowo odmówić, jednak coś go tknęło, by to jednak jeszcze przemyśleć.
Zaintrygowała go możliwość, o której wspomniał nieznajomy, a dokładniej, odpłacenia się w inny sposób. Taka zapłata była cenniejsza dla niewidomego, bo niektórych rzeczy nie dało się ot, tak dostać. Jednak czy było coś, czego by aktualnie potrzebował? Wszystko, co było mu potrzebne do życia, mógł zdobyć sam, ewentualnie kupić na targu... Oprócz jednej drobnej przysługi, za którą faktycznie od jakiegoś czasu się oglądał.
Dalej pozostawała jednak kwestia karczmy, która nie wydawała się basiorowi specjalnie spokojnym miejscem, a już na pewno nie zachęcała go, by tam się udać. Kojarzyła mu się z przepychem i tłumami pijanych, przekrzykujących się nawzajem wilków. Prawdopodobnie o tak, w miarę wczesnej porze, większość z nich, jeszcze prawdopodobnie odsypia po wczoraj i nie ma zbyt wielkiego tłumu, prócz garstki klientów, którzy udali się tam by, podobnie jak w planach Maratha, skonsumować jakiś ciepły posiłek. Takie miejsca budzą się do życia po zapadnięciu zmroku, a do tego brakowało jeszcze co najmniej paru godzin. Wciąż, myśl o udaniu się do zamkniętego pomieszczenia, w którym siedzi prawdopodobnie paręnaście osób, nie była dla niego zbyt zachęcająca. Nawet biorąc pod uwagę, że basior był skąpcem i wizja posiłku za darmo nie wydawała się aż tak okropna, a jego żołądek od rana nie został napełniony niczym prócz odrobiny wody. W domu zresztą też skończył mu się wszelkie zapasy. Basior westchnął ciężko, czując się coraz bardziej przekupiony. Potrząsnął głową i skierował pysk na sylwetkę nieznajomego.
- Nie do karczmy. Za dużo ludzi - odpowiedział oschle. Przypomniał sobie, że kiedyś, mijał na skraju miasta niewielki zajazd, w którym wyjątkowo nie dało wyczuć się zapachu alkoholu, za to z wewnątrz unosiły się smakowite zapachy. Prawdopodobnie było tam o wiele mniej ludzi, niż w karczmie, choć prawdopodobnie nie dało się uniknąć całkowicie zgromadzeń. Nie czekając na odpowiedź, ruszył w drugą stronę, jednego, z niewielu znanych mu miejsc. Nie bywał w mieście na tyle często, by znać układ wszystkich budynków, które się tu znajdowały, jednak całe szczęście tę jedną lokalizację udało mu się po drodze mniej więcej zapamiętać. Oczywiście, byłoby łatwiej, gdyby mógł się kierować zapachem jednak... Jego nowy znajomy idący obok, dość mocno mu to utrudniał. Przy okazji, będąc w drodze, starał się nieco więcej o nim dowiedzieć. Przede wszystkim, zdołał określić, że basior jest niewiele młodszy od niego. Mniej więcej rok lub dwa. Wyczuł w nim także typowy dla jego rasy zapach, który wcześniej zmieszał się z odorem alkoholu i farb, utrudniając identyfikacje. Normalnie poczułby jeszcze większą wrogość do jego osoby, za sam fakt pochodzenia z tej samej rasy, jednak w tym momencie było mu wyjątkowo już wszystko jedno. Dostatecznie mocno przytłaczała go już liczba osób kręcących się dookoła nich, by przejmować się jeszcze pochodzeniem nieznajomego, z którym i tak nie będzie miał potem więcej styczności. Wysłucha, co ten ma mu do powiedzenia, prawdopodobnie odmówi, ale co się naje to jego.
Po przekroczeniu progu budynku, od razu uderzyło w niego przyjemne ciepło i zapach świeżo przyrządzonych potraw. Pojedyncze osoby siedziały porozrzucane po pomieszczeniu, zajadając się swoimi potrawami, pijąc do tego nektar i gawędząc ze sobą wesoło. Od razu przypomniał sobie również, dlaczego jeszcze nie lubi tego typu miejsc. O ile w mieście udawało mu się niejako wtopić w tłum, to tutaj wygląd basiora skutecznie przyciągał wzrok gapiów. Zniżył jeszcze bardziej głowę i ruszył na sam koniec zajazdu, siadając w najbardziej oddalonym od wszystkich rogu. Choć najpierw wolałby coś zjeść. Podniósł łeb dopiero gdy oboje usiedli i poczuł choć odrobinę prywatności. Następnie skierował pysk w stronę Elijasa, w beznamiętnym oczekiwaniu. Jego towarzysz wydawał się należeć do takich, którym pysk nie zamyka się ani na minutę, więc pozwolił mu przejąć pałeczkę i samemu wyjaśnić, o co dokładnie mu chodzi z tym całym malowaniem.

< Elijas?>

Słowa: 2089

czwartek, 14 maja 2020

Od Elijasa do Kvischa

Gdy wilk się obudził, było parę minut przed południem. Wyciągnął przednie łapy, stęknął z czymś między niechęcią, a obrzydzeniem i podniósł chudy zad, jeszcze zanim wpadł na to żeby podnieść łeb. Koścista dupa zachwiała się niczym liść na wietrze kiedy tylko ciężkie futro zsunęło się z niej wprost na posłanie, a ona sama, kąsana ostrymi zębami chłodu poddała się i także upadła niczym ścięte drzewo. Z pyska wilka wysunęło się krótkie sapnięcie w stylu: “ja pierdolę”, ponieważ już wiedział, że obudził się z, o losie, kacem życia. No, może “kac życia” to wyolbrzymienie, ponieważ z tym “kacem życia” budził się każdego poranka od jakichś czterech dni, niemniej jednak Elijas już wiedział co nastąpi dalej i wcale, a wcale mu się to nie podobało. Gdy podnosił się z łoża, a ktoś inny stanąłby wtedy z boku, bez wątpienia nazwałby to zjawisko pierwszymi krokami źrebięcia. Wyjątkowo brzydkiego, przeklinającego źrebięcia, nawet jeśli Aeskeron uznawał samego siebie za niczego sobie, a przynajmniej po litrze wiśniowego. Kiedy więc wilczej wersji źrebięcia w końcu udało się podnieść, pierwszym co zrobił było mimowolne posłanie wiązki prądu w kierunku lampki, która zajaśniała nagle, agresywnie atakując migrenę potomka Ragnarooka. Aeskeron zasyczał coś pod nosem na temat pękającej czaszki mrużąc oczy, jednak postanowił być dzielny. Zignorował więc ból głowy, suchość gardła i majtanie się każdego flaka w jego brzuchu, a nawet powstrzymał chęć zwymiotowania wszystkiego co zjadł dnia poprzedniego, co nie miało szans już wyglądać jak jedzenie. Wyprostował się dumnie, nadal krzywiąc pysk niczym nastolatek po pierwszym w życiu kieliszku czegoś mocniejszego niż nektar i ustawił długie łapy tak, jak bogini przykazała. W końcu otworzył oczy, a źrenice kształtu karcianej figury karo, zwężyły się zaledwie do malutkiego plusa, aby zaraz nabrać ostrości i odnaleźć się w rzeczywistości. Rzeczywistości, w której jego delikatna skóra była narażona na odmrożenia, a głowa pulsowała agresywniej niż serce, które najchętniej chyba w ogóle by się zatrzymało. Praca w takich warunkach to nie praca, a masochizm!- powiedziałoby pewnie- niech ktoś mnie dobije, zanim zrobi to ten alkoholik! Jednak alkoholik nie zamierzał (póki co) zabijać ani siebie, ani swego serca, w związku z czym powinien skupić się na czymś, co pomogłoby mu przeżyć. Przesunął niechętnie wzrokiem po wszystkich wiszących i leżących obrazach swojego autorstwa. Portrety, krajobrazy, martwa natura, więcej portretów i krajobrazów, bo martwa natura jest do dupy. W końcu białe płótno. Białe płótno, które powinno być już dawno chociaż odrobinę zamalowane, czy choćby ubrudzone farbką. Powinno udawać, że ktoś spędził nad nim więcej, niż jedno rzucenie okiem, jednak płótno nie kłamało, a prawda była taka, że Elijas nie miał pojęcia co namalować. To nie tak, że zupełnie nie miał natchnienia, w końcu był artystą i gdyby musiał, to maznąłby pędzlem zamoczonym w kilku barwnikach po białej powierzchni i wszyscy nazwaliby to sztuką. Jednak Aeskeron nie potrzebował natchnienia, a piękna. Cokolwiek mogło to znaczyć. 
Ponownie zasyczał pod nosem, a długi język samoistnie wysunął się z paszczy, badając powietrze… 
Zostaje coraz mniej czasu
… A język wyłapał smak niedokończonego wczoraj alkoholu. 
Krótkie spojrzenie, zawrót głowy i równie krótki łyk z butelki uniesionej telekinezą. Wymioty powstrzymane.
Teraz można iść.
Nagi wilk zachwiał się, a lampa mrugnęła razem z chwilowym problemem z ciałem. W końcu przeszedł do następnego pomieszczenia, gdzie tym razem zapalenie światła nie przyniosło mu aż tak dużego bólu. Ponownie przesunął zgorszonym spojrzeniem po swoich dziełach, jakby szukając w ten sposób jakichkolwiek, najmniejszych skaz, których oczywiście tam nie było. Nie mogło być…
Gdy wyszedł ze swojego mieszkania, wyprostował się i uniósł łeb, jak na Seresshmira wypadało. Ciężkie, unoszone z pomocą mocy, futro ze Spalonego Diabelstwa spływało po obu jego bokach i tyle, niemal wlokąc się po ziemi jak czarny welon, zwiastujący krzywdę i rozstanie, natomiast gruby kołnierz osłaniał wrażliwą skórę szyi, przyozdobiony małymi, białymi kryształami. Prezentował się efektownie, jak zawsze. Nikt nie musiał przecież wiedzieć, że przez złe samopoczucie malarz miał ochotę wyrzygać swój żołądek, a potem go skopać bez litości, żeby zaczął działać normalnie... może jeszcze trochę go skrzyczeć, tak dla zasady..
Kroki skierował do najbliższej karczmy w poszukiwaniu ciepłego posiłku, jak każdego dnia. Sam przecież gotować nie potrafił, ba, on nawet nigdy w życiu nie zjadł kawałka surowego mięsa, nie wliczając tych wcześniej przygotowanych przez kucharzy. Żywił się więc jak mógł, czyli w karczmach, gdzie nie było problemów z głodem, póki miał pieniądze, a jak pieniędzy nie miał, to sprzedawał obrazy albo wygrywał konkursy.
Tylko jak wygrywać konkursy, skoro nigdzie nie ma dobrego tematu do odwzorowania? Bo Elijas mógł iść dzień, w dzień po kilka razy tymi samymi uliczkami, mógł nawet robić kółka, zakręty i inne wygibasy, mógłby nawet okrążyć ze trzy razy całe Centrum Królestwa Północy, gdyby wiedział, że znajdzie tam coś, co będzie pasowało do tematu wyzwania. Co jednak namalować, kiedy jedynie wiesz, że masz namalować piękno, ale organizator konkursu jest niesamowicie ekscentrycznym kolekcjonerem, który ma za dużo pieniędzy i nie zadowoli się byle czym? Oh, Elijas za dobrze go znał, żeby skusić się na taki banał, jak namalowanie kwiatka, niczym zachwycony światem szczeniak, któremu życie jeszcze za mało dało w kość. Czymże jest więc piękno? Dla jednego piękny będzie tenże kwiatek, dla drugiego pięknem będzie martwy motylek, jeszcze inny zachwyci się kształtną waderą… a Elijas spotkał swoje piękno kiedy tylko rzucił okiem w kierunku wielkiego budynku.
Aeskeron zatrzymał się nagle, niczym tchnięty, gdyż zobaczył dziecięcego kwiatka, martwego motylka i kształtną waderę w jednym. To nawet nie było to banalne piękno, to było przede wszystkim intrygujące. To był drugi Aeskeron, z nieznanego Elijasowi rodu. 
Ślepy wilk szedł uliczką z opuszczoną głową i ogonem, jakby próbował być niezauważony, nawet jeśli jako jedyny właśnie przechodził pod największą biblioteką w okolicy. Aeskeron pokryty łuskami do połowy, albinos, bez oczu- jeśli to nie jest piękne, to nic na tym świecie nie jest.
Elijas zbliżył się do wilka od przodu, bez jakiegokolwiek zastanowienia
- Proszę pana…- zaczął, a nieznajomy najwyraźniej wyczuwając tę zmianę, zawahał się przez chwilę, aby spróbować ominąć nową przeszkodę. Malarz jednak nie dał za wygraną i zaraz przestąpił krok w bok, zagradzając albinosowi przejście. Niespodziewanie drugi wilk zrobił krok w tył i zasyczał gniewnie. Elijas uniósł brew. Czyżby niemowa w dodatku?
- Moje imię to Elijas Ragnarook Marath, z rodu Seresshmir, jestem malarzem - zaczął, jednak widząc brak konkretnej reakcji ze strony ślepca, kontynuował. Może na innym wilku to nazwisko zrobiłoby wrażenie, jednak ten tu osobnik z konkretnego powodu mógł nie kojarzyć artysty- Proszę mi wybaczyć bezpośredniość, jednak potrzebuję konkretnie pana, aby go namalować. To dla mnie nadzwyczaj istotne. Zapłacę- wyjaśnił na szybko. Zapomniał o kacu i zapomniał o tym, że nie zjadł jeszcze śniadania, potrzebował tego Aeskerona na swoim płótnie. 
- Na co mi twoje pieniądze?- mruknął obcy z niezadowoleniem, jednak oko piaskowego wilka zdążyło wyłapać zmianę w jego postawie. Już nie robił wrażenia dzikiego węża.
- Jeśli nie chce pan pieniędzy, odwdzięczę się w inny sposób- odparł z determinacją, skutecznie chowając desperację- Moglibyśmy to omówić w spokojnym miejscu, może mógłbym pana przekonać? Właśnie byłem w drodze do karczmy aby zjeść śniadanie. Oczywiście wszystko na mój rachunek.

<Panie Kvisch?>

Słowa: 1145
Layout by Netka Sidereum Graphics