Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aarved. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aarved. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Od Aarveda do Vallieany

Wieczór.
Chłód ścinał krew w żyłach i krystalizował szpik w kościach. Wycie wiatru prześlizgiwało się między drzewami, rzucając śniegiem, męcząc każdą żywą istotę - nawet tę najlepiej przystosowaną do brutalnego klimatu Królestwa Północy. Słońce już dawno zaszło, a niebo pokryło się głębokim granatem przeciętym białą smugą galaktyki i gwiazd. Nad szczytami gór migały fale zorzy polarnej, liżąc lodowate skorupy zielonymi językami.
Aarved nie mógł ich jednak dostrzec. Gęsty las zakrywał większość nieboskłonu, widać było tylko kilka gwiazdozbiorów. Basior jeszcze przez chwilę obserwował prześlizgujące się po ciemnym tle białe punkciki, jednak w końcu nieprzyjazna temperatura przypomniała o sobie nieprzyjemnym dreszczem rozchodzącym się po grzbiecie wilka. Poprawił maskę na pysku, jeszcze raz upewnił się, że więźniowie są związani, dorzucił dwie kłody do ogniska przy ich namiocie, po czym skierował się z powrotem w stronę trzech szałasów składających się na główne obozowisko. Były to schronienia z trzema ścianami okrytymi płachtą skóry i ustawione tyłem do nawietrznej. Dochodziły z nich przytłumione rozmowy, a czasami śmiech. Rogacz obszedł jedno z nich, po czym stanął na progu, rozsuwając magią grube zasłony.
Ujrzał swoich towarzyszy: Yothiela, Enzo, Aerona oraz Beriusa popijających grzane wino oraz grających w kości, leżących w okręgu. Zerdin właśnie rzucił kilkoma z nimi, a basiory w napięciu obserwowały, jak szczątki królika turlają się po planszy ustawionej z drewnianych deseczek. W końcu zatrzymały się, a namiot wypełniło głośne wycie. Berius, śmiejąc się głośno, przygarnął do siebie stos łusek, przy okazji dając po łapie Enzoero, który próbował podebrać kilka z nich.
– Naucz się przegrywać z honorem, chciwa kutwo – upomniał go złośliwie Yothiel. Fenris stulił uszy i warknął na niego, odsłaniając zęby. Sivarius posłał mu długie spojrzenie i pociągnął ze swojego kubka. - Albo zacznij lepiej obstawiać.
Zielonooki ściągnął maskę z twarzy i wkroczył do środka. Jego poroże zahaczyło o dach z cichym tąpnięciem, zrzucając warstewkę śniegu prosto na szeroki grzbiet. Wojownik otrzepał się, pochylił mocniej głowę, zdjął odzienie i wyciągnął gliniany dzbanek z dołka z rozgrzanymi węgielkami. Nalał sobie ciepłego alkoholu do naczynia, rozkoszując się jego zapachem. Dołożył do tego płat solonego mięsa z renifera i usiadł do posiłku.
– Jak się czujesz? – zagadnął, patrząc na zabandażowane ramię niebieskookiego. Ten podniósł wzrok i strzepnął nonszalancko ogonem.
– Rilan powiedziała, że trzeba będzie szyć po powrocie do Centrum, ale… Zobaczymy. Może te jej szwy wystarczą - odpowiedział, wyginając długą, pokrytą gęstym, falowanym futrem szyję i zerknął na swoje opatrunki. Aarved obserwował, jak sierść niebieskich plamek, które pokrywały ciało towarzysza, mieni się w blasku świec i magicznych lamp przy każdym jego ruchu.
– Miejmy nadzieję, że rzeczywiście tak będzie. I że nic się nie będzie jąrzyć – odparł Lerdis.
– Najważniejsze, że tamten skurwysyn pożałował, że rozpruł ci tę łapę – dodał bez zastanowienia Enzo, pocierając czołem o gardło białego. Na pysku Yothiela pojawił się delikatny uśmiech. – Szkoda tylko, że nie byłem szybszy.
– To nie powinno ci zajmować myśli, Enzoero – odparł długouchy. – Doceniam twoją pomoc.
– Dobrze, że nic gorszego się nie wydarzyło. I obeszło się bez ofiar… – dorzucił się Aeron.
Aarved wziął łyk z kubka.
– Szkoda tylko tego szczeniaka – rzekł. Zapadła chwila ciszy.
– Wiedział, na co się pisze – przerwał w końcu milczenie najmłodszy z wojowników. – Ale to prawda, szkoda. Szkoda, że rzucił się na Eryxa z nożem i obciął mu ucho.
Widać było, że wspomnienie tego wydarzenia wzbudziło w nim dawny szok. Brązowy samiec splunął na ziemię.
– Dobrze, że nie trafił tam, gdzie celował – dodał Berius.
– Szkoda, że dzieciaki trafiają do takich środowisk – sprostował Yothiel. – I chyba nikt nie obwinia Mavera o to, co zrobił. Bronił towarzysza, którego życie było zagrożone, ale to nie zmienia faktu, że szczenię znalazło się w sytuacji, w której uznało, że zaatakowanie uzbrojonego wojownika to właściwy wybór. To jest największa tragedia. – Zerknął na Aarveda, po czym wziął głęboki oddech i uniósł wyżej głowę o eleganckim profilu. – A teraz… kto rzuca?
Zielonooki milczał, patrząc, jak nieprzyjemna atmosfera powoli mija i wraca jowialny nastrój związany z zakończeniem misji. Mimo że cieszył się, że żaden z jego towarzyszy nie został poważnie ranny podczas najazdu na norę przemytników, żal mu było tego młodzika. To była niepotrzebna śmierć, ale rozumiał też, dlaczego Maver zrobił to, co zrobił. Przypomniał sobie zszokowaną twarz towarzysza, gdy ten obrócił dźgnięte przez siebie mieczem ciało na plecy i ujrzał twarz… Szczenięcia. Żaden z nich nie spodziewał się podrostka w norze przemytniczej. To nawet nie była wataha, tylko grupka wilków wyjętych spod prawa, bez większej organizacji czy hierarchii, bez rodzinnych więzów… A przynajmniej tak się wydawało. Zastanawiał się, co doprowadziło tego szczeniaka do szajki. Jego rodzice byli jej częścią? Może został osierocony i było to jedyne środowisko, które go przyjęło? A może on i jego rodzina głodowali?
Przymknął oczy, nakazując sobie porzucić tego typu myśli i przełknął ostatni kęs renifera.
– Hej, Vedziu – Berius trącił go w bok. – Jak skończyłeś jeść, to co powiesz na partyjkę? Postaw, że wygra, masz do zgarnięcia stówkę.
Rogacz spojrzał na niego, a uśmiech pojawił się na pokrytym bliznami pysku. Sięgnął po sakiewkę przywiązaną do pasa napierśnika. Rozległ się śmiech, a Zerdin poklepał go po plecach.
– Kto rzuca? – zapytał Lerdis, przeliczając monety.
– Enzo.
– A to lepiej nie. – Schował szybko torebkę z łuskami i uchylił się przed lecącym w jego stronę butem.
– Tym razem rzucę tak, że wam w pięty pójdzie – warknął Fenris. Podniósł wzrok, patrząc, jak Aarved sięga po obuwie użyte w charakterze broni rzucanej i stawia go obok siebie. Poklepał je delikatnie po nosie.
– Ja stawiam lacza, że Enzo wygra.
Nawet Enzoero, który próbował utrzymywać swój oburzony wyraz twarzy, parsknął śmiechem.
– Dobra, zamknijcie się, bo źle wyrzucę – wykrzyknął szary wilk.
– Tak, no bo przecież… - zaczął Yothiel, ale ciemny pysk momentalnie zatrzasnął się na jego nosie.
– Morda – warknął szary, patrząc jak oburzony Sivarius teatralnie rozciera sobie skórę zdrową łapą. – A teraz patrz, jak rzuca mistrz.
– No ale czekaj! - przerwał mu Aeron. Zirytowany Fenris wymamrotał ,,Na Ciashe…” i przewrócił teatralnie oczami. – Nie powiedzieliśmy, ile jest na stole.
– To nie jest kasyno, Ron, wszyscy wiemy, że na stole jest stówka - odrzekł Berius.
– Regułom musi stać się zadość! – odrzekł najmłodszy z samców, uderzając łapą w deskę, na której stała plansza do rzucania, z takim zapałem, że aż drewniana arena podskoczyła. Rogacz szybko przycisnął ją do podłoża. – Poza tym na stole jest sto pięćdziesiąt łusek i but Enzo, trzy do jednego, bo tylko Aarved obstawia wygraną.
– Czy mogę już rzucać? – upomniał się wyraźnie zniecierpliwiony Fenris i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, podniósł kości. - Zabieraj to łapsko, Vedziu. A teraz patrzcie na kunszt mistrza, hehe!
Kości zagrzechotały, a potem poleciały między drewniane deseczki wyznaczające obszar do gry. Wilki czekały w napięciu, patrząc, jak oszlifowane szczątki uderzają o siebie, obracają się i zatrzymują, aby w końcu…
– TAK! - zawył Enzoero, podrywając się z miejsca. Zakręcił się, machając ogonem, którym Yothiel przypadkowo dostał po pysku, po czym przywarł przodem tułowia do ziemi. – TAK! A mówiłem wam, kurwie syny, że wam oko zbieleje! Ha ha! Dawajcie mi to tu!
Przyciągnął stosik pieniędzy z dumnym wyrazem twarzy i zaczął go rozkłądać na dwie mniejsze kupki.
– Czekaj kurwa, co ty dzielisz – zerwał się z miejsca Berius. – Aarved postawił buta! I to nawet nie swojego!
– Nikt nie protestował, jak to zaproponowałem – odrzekł Aarved, patrząc, jak Enzo przelicza kwotę. – A teraz jest za późno, zakład przyklepany.
– Ale postawiłeś stary, śmierdzący but! – kontynuował Zerdin, ignorując oburzone ,,Hej, dopiero co go kupiłem!” Fenrisa. - A ja siedemdziesiąt łusek!
– Ten but jest wart więcej niż twoje pierdolone siedemdziesiąt łusek – warknął Enzoero.
– Ale on nawet nie jest jego! Poza tym, widziałem, jak chwytasz tamtą kość telekinezą!
– Ja? - oburzył się rogacz.
– Co, myślałeś, że nie zauważę, jak dziwnie się chwieje? – warknął Zerdin.
– Usiądź na dupie, Berius, teraz już wymyślasz – dodał Yothiel. – Trzeba było zgłaszać sprzeciw zanim Enzo rzucił. Znasz zasady, nie odwołuje się zakładów po rzucie.
– W sumie teraz jak o tym pomyśleć to ta jedna kość rzeczywiście… – zaczął Aeron, gdy nagle urwał. Wszystkie pary uszu uniosły się momentalnie.
Przez chwilę wydawało im się, że to była to jedynie ich wyobraźnia nieco pokolorowana alkoholem i emocjami związanymi z grą oraz zakończeniem misji. Po chwili jednak dotarł do nich bardzo rozpoznawalny dźwięk - chrupanie śniegu załamującego się pod czyimiś łapami. Zbliżały się szybko, aż w końcu słyszalne były już przy samym wejściu. Ucichły.
Na progu ich schronu stanęła postać. Chwyciła plandekę przysłaniającą wejście i odsunęła ją z rozmachem.
– Popierdoliło was, że się tak drzecie? – warknął zamaskowany wojownik. Ściągnął materiał przysłaniający pysk, a oczom reszty ukazał się bandaż zakrywający większość twarzy. – Kapral zaraz wraca, a wy tak wyjecie, że słychać was na pół lasu.
Zerdin momentalnie położył uszy po karku.
Aarved przesunął spojrzeniem po reszcie wilków. Yothiel obserwował nowoprzybyłego ze swoim zwyczajnym, chłodnym spojrzeniem, jednak w jego twarzy czaiło się niespokojne oczekiwanie. Enzo przyjął wyraźnie napiętą postawę. Tylko na pysku Aerona malowała się skrucha - i tylko skrucha. Nie wiedział, jak… problematyczna relacja łączyła Beriusa i Eryxa - i jako jedyny obecny nie spodziewał się nadchodzącej kłótni
– Dobrze wiesz, że kapralowi koło chuja lata to, jak się drzemy. Szczególnie, że go tu nie ma. - Czarny samiec machnął łapą.
– Ale zaraz wróci – warknął okaleczony basior. – I nawet jeśli ma to w dupie, to ja nie. Piszczycie jak szczeniaki taplające się w błocie, a ja muszę tego wysłuchiwać.
– Ty coś jeszcze słyszysz po tym, jak pozwoliłeś temu smarkaczowi obciąć sobie ucho? – zaśmiał się drwiąco Zerdin. Ranny wyszczerzył kły i już wyciągnął łapę, żeby wejść do namiotu.
– Dobra, dobra, uspokójcie się, idioci – warknął Yothiel, wyraźnie bardziej poirytowany niż przestraszony rozwojem sytuacji. – Ty, Berius, siadaj na dupie i sklej pizdę, bo zaczynasz mnie wkurwiać, a ty idź odpocznij, Eryx. My będziemy ciszej, a ty przestaniesz nam truć, zgoda?
Nowoprzybyły jeszcze przez chwilę stał na progu, wpatrując się wściekle w Zerdina. Yothiel przewrócił oczami i przeklął pod nosem.
– Możesz być łaskaw i stąd wypierdalać? Zimno wpuszczasz.
I ostentacyjnie opatulił się kocem.
Eryx mruknął coś i ze złością odrzucił płachtę. Basiory usłyszały oddalające się kroki.
– Ale był wściekły – powiedział po długiej chwili ciszy Aeron, wypuszczając głośno powietrze przez nos.
– Odcięli mu ucho. – Aarved wziął łyk ze swojego kubka. – Ty też byś był.
– Może rzeczywiście powinniśmy być ciszej – kontynuował najmłodszy z wilków. – Żeby kapral się nie zdenerwował, jak wróci.
Rogacz kiwnął głową i spojrzał na wyraźnie zirytowanego ciemnego wilka.
– Słuchaj, Berius, jeśli ci to przeszkadza, to mogę oddać moją część Enzo. Tak, jakbym nie brał udziału w zakładzie - zaproponował zielonooki. Zerdin podniósł na niego wzrok.
– Oszukiwałeś z tamtą kością?
– Nie.
– To weź to, co ci się należy. Żeby Enzo nie miał za dużo do wydania w Jedwabnej Perle. - Uśmiechnął się złośliwie, a zielonooki parsknął śmiechem. – A ty kup coś dobrego temu swojemu sokołowi ode mnie.
– Dupek – mruknął Fenris, ale przesunął połowę w stronę Aarveda. – A ty oddawaj but. Rogacz rzucił obuwiem, które towarzysz sprawnie złapał w locie, po czym schował swoją należność do sakiewki. Usadowił się wygodniej, patrząc, jak Aeron drażni się z Beriusem, ciągnąc go żartobliwie za futro na sierści.
Po wydarzeniu z Eryxem nastroje sprzyjające hazardowi trochę stopniały. Yothiel chwycił za dzbanek z grzańcem, zajrzał do środka i rozlał wszystkim resztę wina.
– To co, macie jakieś plany na wolne po powrocie? – zagadnął Aeron, zrzucając z siebie łapę sąsiada.
– No jak to co. Odespać – rzucił Zerdin, a po chwili dodał: – Wreszcie.
Yothiel przytaknął.
– Chyba tyle mi zostało z tym ramieniem. Odpoczynek – zamieszał kubkiem.
Enzo rozejrzał się po towarzyszach z szokiem malującym się na twarzy.
– No nie, to mam sam iść do karczmy? – jęknął. – Nie poznaję was.
– A czegoś się spodziewał? Że będziemy się zapijać na dwa dni przed wizytacją generała? – warknął Yothiel. – Ty naprawdę masz pusto w tym łbie.
Aarved, który właśnie podnosił naczynie do pyska, zamarł w połowie ruchu. Obserwował, jak Fenris odgryza się towarzyszowi, a biały oddaje mu siarczystym dziabnięciem, czując, jak serce zmienia mu się w cement.
– Jak chcesz, to możemy znów się założyć, że nikt nie zauważy. I znowu przegrasz – syknął Enzo.
 ,,Jaka wizytacja, do cholery? I czemu ja nic nie wiem?”, przemknęło mu przez głowę. Dobry humor, jaki mu przed chwilą towarzyszył, umknął na myśl o wizycie ojca w oddziale.
Nie mógł zauważyć, ale Yothiel spojrzał na niego z niepokojem, pozwalając, aby szary ciągnął go za futro na szyi.
– Słyszałem, że generał Lorent ma świetny węch. I umie czytać w myślach. – Nagle odezwał się Aeron. W jego głosie słychać było niemalże dziecięcą naiwność, kiedy podniósł się gwałtownie do siadu. Rogacz zerknął na niego kątem oka. Ślepia młodego aż świeciły podekscytowaniem.  – I że nic przed nim nie umyka. Mówili, że zauważył, że szeregowy z piątego rzędu miał źle zawiązane sznurowadła na lewym tylnym bucie, bo czym go zganił przy całym oddziale. I że potrafi powalić każdego jedną łapą, nawet tą połamaną! Kiedyś Kumo mi opowiadał, że zna jednego oficera i mu opowiadał, że jak generał był jeszcze szeregowym, to zaatakował ich niedźwiedź i generał momentalnie go powalił! Rozerwał mu tchawicę jednym ugryzieniem.
Zapadła chwila ciszy.
– Kto ci takie bzdury nagadał? – w końcu odezwał się Enzo.
 – Dawno takich idiotyzmów nie słyszałem - dodał Sivarius.
Podczas gdy towarzysze tłumaczyli Aeronowi czym są plotki i jak głupim trzeba być, aby wierzyć w takie bzdury, Aarved siedział cicho. W jego głowie grała scena, jak to on został zrugany przez ojca za krzywo związane buty. To było dawno, dopiero się do niego wprowadził. Pamiętał, że wtedy nie mógł zrozumieć, czemu ktoś czepiał by się o taką błahostkę.
Dawno się nie widzieli - i wcale nie miał ochoty tego zmieniać, szczególnie w takich okolicznościach.
Nie zdawał sobie sprawy, że Yothiel dalej go obserwuje, zaniepokojony.
– A ty, Aarved, jakie masz plany? – zagadnął Sivarius, gdy najmłodszy wilk w końcu przestał dyskutować i obrażony zwinął się w kłębek.
– Właśnie, nie chcesz iść ze mną do Beczułki? – dołączył się Enzo.
– Niestety nie, jestem już z kimś umówiony – odparł zapytany, odstawiając kubek na bok. Westchnął ciężko. Nie cierpiał sytuacji, w których przypominano mu o tym, kim naprawdę jest jego ojciec.
– Na Caisheeeee… – jęknął Fenris. – Z nikim już nie można iść się napić.
– Wszyscy się boją podpaść generałowi, rzeczywiście, wilkom się poprzewracało w głowach, Enzoero – pokręcił głową Yothiel. – Idź do drugiego namiotu, może tam ktoś będzie chciał.
– E tam, drugi namiot. To z wami pije się najlepiej. Szczególnie z tym chujem – wskazał łapą na rannego, który, mimo że próbował zachować powagę, uśmiechnął się pod nosem i lekko popchnął szarego w bok. – No, ale z kim się umówiłeś, Vedziu, że nie możesz iść na piwo?
Rogacz pociągnął łyk z kubka.
– Z Vallieaną – mruknął cicho.
– Vallieaną? – zdziwił się Aeron. – Tą Zerdinką? Myślałem, że nie utrzymujecie kontaktu.
– Od kiedy daliśmy sobie nawzajem prezenty, zaczęliśmy znów rozmawiać i wysyłać sobie listy. No a teraz postanowiliśmy się spotkać – wyjaśnił pokrótce zainteresowany.
Aarved obserwował zaskoczenie malujące się na pyskach towarzyszy. W końcu Yothiel odchrząknął i uniósł swój prawie pusty kubek.
– No to za Vedzia, jego spotkanie z panią Vallieaną oraz to, aby każdy dobrze zawiązał sznurówki na wizytację! Pijemy!
– Pijemy! - zawył chórem cały namiot.
 
<Vallieano?>

Słowa: 2418 = 166 KŁ

poniedziałek, 31 października 2022

Od Aarveda - I quest z tablicy ogłoszeń

Rynek. Jak zwykle głośny, jak zwykle zatłoczony. A na środku on, Aarved. Zmęczony i biedniejszy o kilkaset łusek. Z żalem zajrzał do sakiewki, która teraz była boleśnie lekka i wygodna go noszenia - w przeciwieństwie do ciężkich toreb wypełnionych zakupami, które wisiały przy jego bokach. Do wypłaty jeszcze tyle czasu, a on i Feryia muszą coś jeść. No właśnie, Feryia. ,,Żeby jeszcze ten kurczak sam dla siebie polował", pomyślał. ,,Ale woli siedzieć w domu, gdzie ma ciepło i dobrze. Jeśli jeszcze raz pozrzuca książki z półek, to może zapomnieć o tym, że jej kuper ponownie przekroczy próg mojego domu", groził samicy białozora w myślach, wiedząc przy tym doskonale, że nie zniósłby, gdyby jego ukochana papuga musiała nocować na dworze. Mimo tego, że miała swoją własną wolierę, a czasami znikała na kilka dni, nie potrafił jej nie wpuszczać, gdy w końcu się pojawiała i stukała dziobem w okiennice. 
Jego myślom zaprzeczał też fakt, że najdroższą rzeczą, jaka ciążyła mu na kręgosłupie, było mięso z młodego łosia, które kupił tylko i wyłącznie dla Feryi. 
Ziewnął i, jakby pociągnięty nagłym wyrzutem sumienia spowodowany wydawaniem tak dużej iloci pieniędzy na raz, skierował się bezwiednie do tablicy ogłoszeń. Nie spodziewał się tego, ale jedna z kartek przykuła jego uwagę. ,,Króliki?", pomyślał basior. Stał tak jeszcze przez chwilę, pogrążony w rozważaniach, gdy w końcu uśmiechnął się do siebie pod nosem. ,,Dlaczego by nie? Niech kurczak zarobi na siebie".
~*~
- Cholera, zimno jest - mruknął samiec, ni to do siebie, ni to do białej kropki krążącej nad jego głową. Feryia, widocznie szczęśliwa, że pan zabrał ją na polowanie, nie oddalała się zbytnio. Nie było to do niej podobne - zazwyczaj pokrywała o wiele większe połacie powietrza, pojawiając się znikąd i nagle. Dawno jednak nie polowali razem. 
Aarved zatrzymał się przed linią drzew. Wiedział, że za nią znajduje się polana, gdzie zazwyczaj mieszkały króliki.
- Szukaj - rzucił w stronę gałęzi, na której usiadła Feryia. - Prosto.
Samica przez chwilę dalej iskała pióra, aż w końcu napuszyła się i bezdźwięcznie wzbiła się w powietrze. Basior przez chwilę patrzył, jak wzlatuje w górę, aż w końcu jest niemalże nie do odróżnienia na tle szarego nieba. Otrząsnał się i zaczął skradać się w kierunku polany.
Stanął na jej krańcu, mając nadzieję, że jego beżowe futro nikogo nie zaalarmuje. Trzymał się na dystans, zostawiając kilka metrów zarośli między nim, a łączką. 
Widział je. 
Co jakiś czas podnosiły długie uszy, które odcinały się bielą na tle ciemnych drzew. Czekał chwilę, aż obydwa znajdą się w jego zasięgu, po czym podniósł gwizdek do pyska. Nie mógł jej widzieć, ale był pewien, że samica białozora już zlokalizowała polanę i jedynie czekała na sygnał.
Rozległ się cichy pisk. Zwierzyna uniosła łebki. Nagle coś śmignęło w powietrzu, a jeden z osobników przewrócił się na grzbiet, kopiąc panicznie skokami w śniegu. Aarved jednak tego nie zauważył - już pędził za spłoszonym królikiem.
Po chwili było już po wszystkim. Basior wrócił na polankę, a białe ciałko zwisało bezwładnie z jego szczęk. Feryia siedziała na powalonym pniu, bardzo napuszona i wyraźnie bardzo dumna z samej siebie. Gdy tylko zauważyła Aarveda, odbiła się od drewna i podreptała do swojej ofiary. Jej łapki grzęzły w śniegu, przez co co kilka kroków łapała równowagę skrzydłami. Przycupnęła na tułowiu królika i wlepiła żółte ślepia w wilka. Ten zatrzymał się przed nią i odłożył swoją zdobycz.
- Nie dasz mi? - zagadnął. Ptak nawet nie drgnął. Wojownik uśmiechnął się i złapał magią za białą nóżkę. Pociągnął delikatnie. Feryia zasyczała i rozłożyła skrzydła, bijąc nimi wściekle w powietrzu. Rogacz się zaśmiał.
- No dobrze, dobrze - odparł, rozwiązując sakiewkę. - Masz, zasłużyłaś. Dobra robota.
I rzucił kawałek mięsa w powietrze. Ptak poderwał się, chwycił go w locie i wylądował na jednym z rogów swojego towarzysza.
Aarved czekał cierpliwie, aż ta skończy jeść, przywiązując króliki za tylne skoki do swojego boku i starał się nie ruszać zanadto głową. W końcu jednak sokolica poderwała się z powrotem do lotu, posyłając basiorowi ścianę powietrza w pysk. 
- To co, wracamy? - zagadnął, otrzepując się. Nie usłyszał odpowiedzi. - Rozumiem, że tak.
Po czym ruszył w drogę powrotną.
 
<Koniec>
 
Nagroda: 30 KŁ i 1 punkt do wybranej umiejętności: wzrok/węch/słuch/szybkość/zwinność
 

czwartek, 29 września 2022

Od Aarveda - Wspomnienia, część III

Rzecz dzieje się jeszcze przed tym, jak Aarved poznał swojego ojca

Dzień w Królestwie był wyjątkowo słoneczny - prawdopodobnie ostatnie oddechy kończącego się polarnego lata. W związku z ładną pogodą rynek był jeszcze bardziej zatłoczony niż zwykle. Zgromadzili się na nim nie tylko sprzedawcy i kupujący, ale również i zwyczajna gawiedź: grupki bawiących się szczeniąt, pary korzystające z bardziej przychylnej temperatury czy znajomi dyskutujący głośno na różnorakie tematy. 
To między innymi dlatego interes przy stoisku kupca o imieniu Cervo z rodu Creril wyjątkowo dobrze się kręcił. Nie dość, że dużo wilków wyszło na ulice, to w dodatku otrzymał on świeżą dostawę mięs wielu rodzajów. Klientów było tak wiele, że musiał wystawić kram na rynku, bo w jego niewielkim sklepie nie mieścili się wszyscy kupujący. Miał nadzieję, że jego partnerka radzi sobie za ladą. Zazwyczaj to on zajmował się obsługą, podczas gdy ona pilnowała finansów, dostaw i ogólnej logistyki związanej z zarządzaniem ich niewielkim biznesem.
Cervo nie wiedział jednak, że ten pozorny spokój jest... cóż, jedynie pozorny, a jego dobry nastrój niedługo ulegnie pogorszeniu.
Zajęty rozmową z klientami nie mógł bowiem zauważyć niewielkiego szczeniaka, który od jakiegoś czasu kręcił się w okolicy jego stanowiska. Trudno go było winić - na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że basiorek należy do grupy młodzieniaszków zajętych gonieniem za dużym szczurem na sznurku.
Dopiero po uważnej obserwacji można było dostrzec, że owy dzieciak odstawał od grupy - zarówno fizycznie, jak i wyglądem. Trzymał się na uboczu; na tyle blisko, aby nie wzbudzać podejrzeń, ale na tyle daleko, że nie wchodzić w kontakt z rówieśnikami, których najprawdopodobniej w ogóle nie znał i używał jako przykrywki. W odróżnieniu od reszty szczeniąt jego kubrak był połatany i wyraźnie znoszony, poza tym był o wiele za duży na młodego wilka - jakby kupiony na wyrost. Nie wydawał się też zainteresowany męczeniem gryzonia. Jego zielone oczy uważnie obserwowały rynek - raz podążały za przechodzącą strażą, aby potem szybko powrócić do pobliskiego stoiska z mięsem. 
Koło niego przeszedł wilk Khado, wyraźnie kierujący się w stronę kramu, ubrany w długi, ciągnący się po ziemi płaszcz.
Szczeniak zniknął.
Cervo, widząc, że podchodzi do niego następny klient, szybko zapakował porcję mięsa z dzika i wręczył ją z uśmiechem waderze stojącej przy ladzie, po czym obrócił się do nowego przybysza.
- Witam pana! Co podać? - zagadnął pogodnym tonem. Wysoki wilk odpowiedział uśmiechem i zaczął wymieniać rodzaje mięs.
Sprzedawca uwijał się jak w ukropie, ważąc i pakując jedzenie w szary papier. Z ogromną wprawą zawijał jedzenie, a następnie przewiązywał sznurkiem. W końcu przygotował wszystkie pakunki.
- Czy będzie coś jeszcze? - zapytał, telekinezą przenosząc pierwsze paczuszki nad ladą.
- Nie, to chyba wsz...
I wtedy spod długiego płaszcza wystrzeliła kremowa kulka futra.
Ostre kiełki zabłyszczały w świetle słońca, gdy szczeniak chwytał wiszące w powietrzu mięso. Reszta pakunków upadła na mokry chodnik, kilka wilków wrzasnęło, długonogi Khado odskoczył i próbował odkopnąć natręta. Ktoś z tłumu krzyknął ,,Szczur, ogromny szczur!", słychać też było wołania twierdzące, że to lis.
Szczeniak wylądował i bez chwili zastanowienia rzucił się do ucieczki.
- H... hej! - wydukał Cervo, po czym powtórzył głośniej: - Hej! Złodziej! Łapać złodzieja!
Aarved wpadł w tłum. Naciągnął kaptur na głowę i, lawirując w lesie łap, ruszył w stronę jednej z alejek wychodzących z rynku. Już miał do niej wpaść, gdy nagle coś srebrnego błysnęło tuż przed nim.
Wyhamował, ślizgając się na mokrej posadzce i wykręcił. Usłyszał, jak wojownicy, których odznaki na moment go oślepiły, coś za nim krzyczą, jednak nie miał zamiaru lepiej się przysłuchiwać. Popędził w stronę małej, ciasnej uliczki.
Wbiegł do niej, a za nim dwa rosłe basiory. Któryś z nich próbował telekinezą przewrócić jedną z beczek stojących przy ścianie, jednak Aarved zanurkował pod nią sprawnie.
- Stój! W imię królowej rozkazuję ci stać! - wykrzyknął jeden z wojowników. Chwilę później obraz przysłoniło mu pranie, które szczeniak zerwał magią ze sznurka. Potknął się, jednak szybko ściągnął je z siebie i, mimo że nieco z tyłu za swoim towarzyszem, dalej kontynuował pościg.
Drugi wojownik doganiał już młodzieńca. Mimo że szczeniak był szybki i zwinny, nie miał szans z dorosłym wilkiem. Zawiał wiatr. Kaptur opadł z głowy basiorka, odsłaniając niewielkie, bardzo podniszczone poroże oraz brązowy kark.
Aarved wiedział, że jeśli dalej tak pójdzie, to go złapią. Niestety musiał wbiec w tę alejkę, nie spodziewał się, że z tamtej ulicy wyjdzie na niego para wojowników. Miał jednak plan. ,,Jeszcze tylko jedna przecznica", grzmiało mu w głowie.
Zanurkował pod kilkoma deskami opartymi o ścianę, które musiały służyć jakiemuś bezdomnemu za schronienie. Ostatnie z nich potrącił tak, że upadły na środek alejki, wiedział jednak, że to nie powstrzyma strażników. Zmusił się, aby przyspieszyć, mimo że łapy go piekły, a obraz zaczynał lekko falować przez adrenalinę i niemożność złapania oddechu. 
Wojownik przeskoczył nad porozrzucanymi deskami. Już prawie miał gówniarza, jeszcze tylko metr lub półtora. Zauważył, że młodzik przyspiesza, jednak wiedział, że to na nic. Zmienił kurs tak, aby biec koło niego, już rozdziawiał szczęki, już schylał się, by chwycić za brązowy kark...
Gdy nagle szczyl zniknął. Wyhamował gwałtownie, zapierając się łapami i prawie siadając na zadzie, sprawiając, że wojownik kłapnął zębami w powietrzu. Zaskoczony basior jedynie patrzył, jak szczeniak skręca w lewo, wybiegając na większą, o wiele bardziej zatłoczoną ulicę i znika za zakrętem.
Zatrzymał się i nawrócił, stając na skrzyżowaniu dwóch dróg. Próbował wypatrzeć, gdzie zniknął szczeniak, ale niczego nie mógł dostrzec pośród setek wilczych łap. Obniżył głowę i razem z partnerem, który po chwili do niego dołączył, zaczęli węszyć.
Aarved prześlizgiwał się między nogami obcych wilków, starając się nie zwracać na siebie ich uwagi. Bał się, że jeśli spróbuje przemknąć do jednej z alejek, to go zauważą, albowiem tłum był o wiele rzadszy na bokach ulicy niż na środku. Wiedział, że za nim idą - cholerni szeregowi, nie potrafili odpuścić, gdy ktoś im wszedł na ambicje. Wilczek zdawał sobie z tego sprawę - to nie był jego pierwszy raz. Zawsze po tym, jak udało mu się ich prześcignąć lub przechytrzyć, następowała gra w kotka i myszkę.
Szukał kryjówki. Oni szli szybciej, w końcu mieli autorytet, przechodnie im ustępowali i nie musieli w kuckach prześlizgiwać się cichutko między dziesiątkami łap, uważając, aby nikogo nie potrącić. W dodatku młody pachniał świeżym mięsem. Musiał porzucić swoją zdobycz, aby zmylić ich ślad - albo szybko coś wymyślić.
Strażnicy byli coraz bliżej szczeniaka. Zmniejszali dystans w oszałamiającym tempie. Minęli stoisko z błyskotkami i, z nosami blisko przy ziemi przeszli koło żebraczki z miotem sześciu szczeniaków. Od złodzieja dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Nie zdawali sobie jednak z tego sprawy. Minęli się ze starym rybakiem ciągnący wóz z beczkami pełnymi ryb i zatrzymali się.
- No i gdzie on jest?
- Nie wiem, gówniarz rozpłynął się w powietrzu. Co teraz? 
Chwila milczenia.
- Jak to co? Jebać, nie płacą mi wystarczająco za uganianie się za bękartami. Wracamy - warknął pierwszy szeregowy. Odwrócił się i już miał ruszyć w stronę jednej z alejek, gdy nagle kłapnął zębami na towarzysza. - I ani słowa, bo dosypię ci oleanru do piwa.
- Uspokój się - mruknął basior. - Nie będę się chwalić tym, że wykiwał nas jakiś gówniarz.
I odeszli.
Aarved obserwował ich uważnie spod plandeki na wozie. Niemiłosiernie śmierdziało tam rybimi flakami oraz octem, więc gdy tylko stracił strażników z oczu, wygramolił się spod materiału i zeskoczył z powrotem na chodnik.
- Ble - otrząsnął się. ,,Mama pewnie będzie zła", pomyślał, chwytając lepiej pakunek w zęby. ,,Znowu muszę ci prać? Czas, żebyś zaczął bardziej szanować swoje ubranie, Aarvedzie i tak dalej". Skrzywił się na samą myśl i przewrócił oczami. To nie była jego wina... No dobra, może trochę. Ale co innego miał zrobić? Pozwolić się złapać?
Westchnął ciężko i postanowił skupić się na tym, aby prędko dotrzeć do domu i nie ściągać na siebie większej ilości problemów. Na wszelki wypadek nadłożył nieco drogi, aby mieć pewność, że nie natknie się znowu na tamtych dwóch strażników. Krążył niewielkimi uliczkami, czasami wychodząc na większe drogi, korzystał z tylko sobie znanych skrótów i przemykał niezauważony pod ścianami. Tyle czasu spędził na włóczeniu się po Centrum, że jego południową część znał niemalże na pamięć.
W końcu jednak dotarł do bramy. Nie chciał przechodzić koło strażników, głównie dlatego, że mieli w zwyczaju go zaczepiać, twierdząc, że ,,podejrzanie wygląda" i ,,wydaje im się, że gdzieś go już kiedyś widzieli" - skręcił więc na prawo, wchodząc za kuźnię. Wcisnął się w przestrzeń między ścianą budynku a wewnętrznym murem, odwrócił się do tego ostatniego tyłem i z całej siły kopnął jedną z cegieł tylną nogą. Obluzowany kawałek kamienia upadł z głuchym hukiem na ziemię, po nim jeszcze jeden i następny, odsłaniając małe przejście w grubej osłonie. Basiorek wpełzł do niskiego korytarza i zaczął się czołgać, uprzednio zasłaniając za sobą wejście. W końcu dotarł do wyjścia. Odsunął telekinezą obluzowane cegły i wyszedł na światło dzienne, tuż przy podstawie pomnika Ararina, który stał przy wejściu do najbardziej wewnętrznej części miasta. Otrzepał się, poprawił pakunek w zębach i przeszedł pod obluzowaną deską na czyjąś posiadłość - tak, aby jak największym łukiem ominąć straż. Wyszedł na ulicę i już bez większych ceregieli ruszył do domu.
Obrzeża, w przeciwieństwie do głównej części miasta, były w większości puste. Najwyraźniej znaczna część ich mieszkańców udała się w okolice rynku. ,,Tym lepiej", pomyślał Aarved. Przynajmniej nie musiał się martwić, że ktoś zabierze mu jego pakunek. Zapracował sobie na niego.
W końcu skręcił w ostatnią uliczkę. Liczył w myślach domy, obok których przechodził. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, wreszcie piąty. Przeszedł przez furtkę, która lata swojej świetności miała już dawno za sobą i wspiął się na poniszczone schody. Rozejrzał się, czy na pewno nikt go nie widzi, po czym sięgnął magią za jedną z obluzowanych desek w ścianie. Wyciągnął stamtąd gruby, ciężki klucz i otworzył z głośnym skrzypnięciem drzwi. Zastanawiał się czasami, po co je w ogóle zamykali, skoro w domu nie było niczego cennego - w końcu jednak uświadomił sobie, że to, co on uważał za ,,mało cenne" dla bardziej zdesperowanych wilków może być bogactwem. ,,I wtedy to my bylibyśmy zdesperowani. I zazdrościlibyśmy im bogactwa, które kiedyś dla nas nie było bogactwem i było nasze. A co gdybyśmy je sobie tak ciągle zabierali? Czy w końcu zrozumielibyśmy prawdziwą wartość tego czegoś, tracąc je i odzyskując cały czas?", pomyślał, przechodząc przez próg. Znalazł się w dwupokojowej izbie - jedno pomieszczenie służyło za kuchnio-jadalnię, a drugie za wspólną sypialnię. W tym pierwszym stał stary, niski stół, którego nogi Aarved obgryzł, gdy był jeszcze małym szczenięciem i ząbkował. Przy nim leżały dwie prawie zupełnie płaskie pufy. Mimo tego, że matka regularnie je cerowała, ciągle pojawiały się w nich dziury - pewnie przez myszy. 
Basiorek podszedł do kominka i zabrał się za jego rozpalanie. Nie szło mu to za dobrze - jego telekineza nie była jeszcze zbyt dobrze opanowana i zazwyczaj pomagała mu w tym mama. Teraz jednak jej nie było. Szczeniak spodziewał się, że wróci za godzinę, może dwie, ugotuje obiad (z tego, co sam dzisiaj upolował!) i pójdzie znowu do pracy.
Po wielu próbach i zmarnowanych zapałkach w końcu jednak udało mu się utrzymać ogień przy życiu. Dumny z siebie patrzył, jak pomarańczowe płomienie liżą drewno, gdy nagle mieszanka dymu i smrodu ryb gwałtownie uderzyła go w nos. Skrzywił się i podreptał do sypialni.
Pokój był kształtu prostokątnego z zaokrąglonymi rogami - naprzeciwko dwóch ścian po bokach znajdowały się łoża. Na jednym z nich leżała stara, wytarta książka, której brakowało paru stron. Na drugim znajdowało się kilka zabawek - wypchany słomą renifer bez jednej nogi, pasek skóry z zawiązanymi słupami oraz prawie przegryziona na pół kość. Wilczek jednak podszedł do dużego kufra stojącego przy jego legowisku. Zdjął z siebie kubrak i wepchnął go na samo dno skrzyni. Miał nadzieję, że mama nie będzie go otwierać. Jutro jakoś go wypierze tak, aby nie zauważyła. Jeszcze nie wiedział jak, ale wierzył, że coś wykombinuje.
Ułożył się na skórach renifera i zdecydował się wyżyć ze stresujących przeżyć tego dnia na starej kości.
Poza tym pozostało mu tylko czekać.
W końcu jednak usłyszał kroki na schodach, następnie szczęk klucza w zamku, jęk zawiasów i głośne westchnienie. Szczeniak wstał i zajrzał do głównego pokoju. Na progu stała Silence ubrana w jasny, podniszczony płaszcz.
- Cześć mamo!
Wadera spojrzał w głąb pomieszczenia z lekkim zdziwieniem na pysku.
- Vedziu? Ty już w domu? Tak wcześnie? - zapytała, głaszcząc skaczącego koło niej szczeniaka po głowie. - Nie bawisz się dzisiaj z Paerisem lub Arle?
- Nie - pokręcił głową wilczek. - Paeris jest chory, a Arle ma szlaban, bo dwa dni temu rzucał kamieniami w kruki, ale głupi nie trafił i wybił szybę sąsiadce.
- Aarved, nie mów tak o innych wil... - przerwała nagle wilczyca, zauważając pakunek leżący na blacie. Odpakowała kilka grubych płatów dziczyzny bardzo dobrej jakości. - Co to jest?
Młodzik usiadł przy stole i zaczął drapać się po policzku.
- Mięso.
- Skąd jest to mięso?
Chwila ciszy.
- Znalazłem na ulicy. 
- ,,Znalazłeś"... Aha... - mruknęła szwaczka, powoli obracając mięso i je oglądając uważnie.
- Musiały komuś wypaść z koszyka - strzepnął ogonek wilczek.
- Mhm. ,,Wypaść"...
Nie była głupia. Teraz już zrozumiała, dlaczego jej syn siedział w domu i śmierdział rybimi wnętrznościami. Prawda była jednak taka, że nie dostała dziś tyle pieniędzy ile oczekiwała, a w spiżarce pod deskami podłogi było jedynie parę warzyw, kosz jagód zebranych przez nią parę dni temu w lasku koło Centrum oraz kilka płatów suszonego mięsa.
Przez chwilę zastanawiała się, co robić. Nie była w stanie dłużej przed sobą ukrywać, że byli w ciężkiej sytuacji. Sam opał zaczął więcej kosztować - a co najgorsze w zakładzie obcięto im wypłatę...  A niedługo zima... Trzeba będzie kupić więcej kocy, cieplejsze ubranie no i uszczelnić ściany. Może w tym roku spróbuje zrobić to sama, żeby nie płacić? Jeśli jej by się udało, to nawet bez tego wydatku Silence nie wiedziała, jak wyżywi siebie oraz syna, gdy przyjdzie noc polarna.
Dlatego nie miała serca zganić dziecka za kradzież, bo to mięso, które ukradł, było pierwszym świeżym kawałkiem zwierzyny, jaki widziała od kilku tygodni. I pierwszy raz od tych kilku tygodni miała okazję zrobić Aarvedowi prawdziwy posiłek. Wiedziała, że wszedł w taki wiek, w którym musi dużo jeść, aby rosnąć, ale coraz trudniej było mu to zapewnić. 
Westchnęła więc ciężko i podeszła do niego. Usiadła na przeciwko, widząc, jak uszy wilczka kładą się po karku, a jego wzrok ucieka w bok. 
- Aarvedzie?
- Tak? - zaczął przednią łapą zataczać kółka na podłodze.
- Mam nadzieję, że ta osoba, która to zgubiła, będzie mogła kupić następną porcję. I nie będziesz zabierał jedzenia wilkom, które go bardzo potrzebują - tylko tym, którzy mogą sobie pozwolić na kolejny zakup - powiedziała cicho, ale bez cienia gniewu w głosie.
Basiorek przez chwilę milczał.
- Tak... Tak mi się wydaje, że mógł. Miał długi płaszcz, który ciągnął się po ziemi. Musi go często czyścić.
Silence kiwnęła głową.
- Pamiętaj, Aarvedzie: to, że jesteśmy w trudnej sytuacji nie oznacza, że mamy prawo odbierać innym, którzy są w takiej samej lub większej potrzebie - rzekła poważnie. - A teraz daj mi ten kubrak, pójdę go jutro uprać i umyj się, bo niedługo będzie obiad. 
Basiorek skrzywił się.
- Skąd wiesz, że jest brudny?
Wadera spojrzała na niego, odwieszając swój płaszcz na krzywy hak wbity w ścianę.
- Bo czuć od ciebie starymi rybami, więc pewnie ten kubrak również uświniłeś. Powinieneś bardziej dbać o swoje ubranie, to już drugi raz w tym tygodniu, kiedy muszę go prać i pewnie znów spóźnię się przez to do pracy, bo takie zapachy nie schodzą łatwo. Kiedy ja byłam w twoim wieku, to...
Aarved skierował się do sypialni i, uprzednio upewniając się, że matka go nie widzi, przewrócił teatralnie oczami i nadął policzki, przedrzeźniając ją.
- Aarved!
Podskoczył jak oparzony i błyskawicznie otworzył kufer z głośnym hukiem
- Tak, mamo, już!
 
<Koniec>
 
Słowa: 2537  = 202 KŁ

niedziela, 4 września 2022

Od Aarveda, CD. Jastesa

Dzwoniło mu w głowie. Pusty dźwięk blakł i rósł w siłę, zupełnie jakby jego źródło przybliżało się i oddalało. Serce Aarveda dalej biło, jednak czas między kolejnymi skurczami wydłużał się i skracał na zmianę, za każdym razem zaskakując go głośnym tąpnięciem w uszach. Przez chwilę trwał w tej ciemności, zbudowanej jedynie z tych odgłosów i pulsowania krwi w skroniach.
A potem doszedł do niego ból.
Promieniował od potylicy i klatki piersiowej, potem pojawił się na całym ciele. Miał wrażenie, że cały się dusi. Skóra go piekła. Po chwili zdał sobie sprawę, z czego to wynika - nie musiał nawet się nad tym zastanawiać, to było instynktowne, mimo że nie pamiętał, co się wydarzyło wcześniej. Tak jak zwierzę, które wiedziało, że się wykrwawia, on wiedział, że wyczerpał swoją magię, a usiłująca masowo do niego wpłynąć moc rozrywa mu żywcem skórę.
Nigdy nie zdawał sobie sprawy, jak wiele racji miały osoby twierdzące, że jedna z najokrutniejszych śmierci to umieranie z magicznego wyczerpania - nigdy. Aż do teraz, nawet jeśli było mu względnie daleko do prawdziwego zagrożenia życia. Nie był też świadomy, że katusze, przez które przechodził, to było nic w porównaniu do zupełnego braku magii w organizmie.
Nie wiedział też, że taki los był mu przez niektórych pisany.  
W pewnym momencie swojego trwania w prawie pustej nicości poczuł ostre zimno, a potem gorąco. Usłyszał czyiś głos. Po chwili znów wszystko ucichło.
Zaczął odzyskiwać przytomność. ,,Ile ja wczoraj wypiłem…?”, przemknęło mu przez głowę. Odkrztusił ciepły, metaliczny płyn, który spłynął mu po pysku przywierającym do zimnej, twardej podłogi. Westchnął głębiej, a ogłuszający zapach krwi zapiekł go z tyłu gardła. Znów kaszlnął, tym razem o wiele mocniej, a przepona spięła się boleśnie wraz z posiniaczonymi żebrami. ,,Chyba, kurwa, za dużo”. Jęknął, a ten gwałtowny przypływ bodźców nieco go otrzeźwił. ,,Albo, co gorsze… W ogóle”. Ta myśl dodała mu motywacji. Uniósł powieki, a obraz, który mu się ukazał, był zamazany i lekko falował. Przełknął ślinę i resztkę krwi, którą wcześniej odkrztusił. Zaczęło mu się kręcić w głowie, a żołądek podszedł do gardła. Wilk zamknął powieki, próbując uspokoić swoje ciało. Poczuł mrowienie w lewej przedniej łapie i zorientował się, że leży na zdrętwiałym boku. Nie wiedział, czy ból w kończynie spowodowany był odcięciem dopływu krwi, czy jakimiś obrażeniami. ,,Chyba rzeczywiście nie piłem. O kurwa...”. Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że naprawdę wolałby mieć kaca.
Nagle coś szczęknęło i rozległo się metaliczne skrzypnięcie. Otworzył oczy i ujrzał jasną plamę pod przeciwległą ścianą pokoju, ruszającą się i przyciskającą do skały oświetlonej jedynie zimnym światłem wpadającym przez drzwi. Odetchnął, a obłok pary zakrył mu oczy. Ujrzał, jak pochyla się nad nim jakaś sylwetka, poczuł obcy zapach. Do jego uszu dotarł poddenerwowany, obcy głos, a po chwili odpowiedź. Słowa zlewały mu się w jedno.
Świat wirował. Każdy skurcz serca sprawiał, że obraz pokrywał mu się czarną mgłą. Nie wiedział, co się dzieje, ani nie pamiętał tego, co stało się wcześniej.
Ostre zimno przecięło mu łapę, rozległ się krzyk, głośne przekleństwo i plaśnięcie, następnie skowyt. Do nosa wdarł się gryzący zapach metalu. Spojrzał na swoją kończynę i dostrzegł, jak wylewająca się z długiego nacięcia krew formuje pod nią niewielką kałużę. ,,Czy to… czy to moja noga…?”, przemknęło mu przez myśl, jednak zanim zdążył znaleźć odpowiedź, coś ciężkiego upadło mu za głową, powodując, że wszystko na moment zrobiło się czarne. Oddychał płytko, a z pyska wydarł się niekontrolowany krzyk, gdy głośny huk rozerwał mu czaszkę. Nieznajoma sylwetka rzuciła coś ostro, jednak Aarved był zbyt ogłuszony, aby to zrozumieć. Łapy mu drgnęły, gdy obcy wilk owijał wokół nich gruby sznur.
Zaczął walczyć o odzyskanie pełnej świadomości. Nie był u siebie w domu, nie zabalował ostro poprzedniego wieczoru, nie stracił większości swojej magii na durne zabawy z kumplami... Coś było nie tak, czuł to. Miał też wrażenie, że nie powinien próbować walczyć. Jeszcze go nie zabili. Gdyby nie mieli powodu, już dawno jego zwłoki dziobałyby kruki. Będą go torturować? Chodzi o paczkę? Może o ojca? Poddał się temu, co miało go spotkać. Przynajmniej na razie.
Poczuł, jak dwa wilki chwytają go za kark. Zagryzł zęby. Świat zawirował, gdy przeciągnęli go na nosze. Przez chwilę miał wrażenie, że się unosi. Nie czuł nic, zupełnie, jakby wyrwano mu duszę z ciała.
Przeraziło go to. Usiłował otworzyć oczy, próbując przekonać samego siebie, że dalej jest w tej zimnej, mokrej celi, jednak jedyne, co widział, to biel. Czy… Czy tak wyglądała śmierć?
Nie, dalej żył. Dalej słyszał swoje serce. Ten znajomy odgłos, który towarzyszył mu podczas nocy w domu matki, kiedy był zbyt głodny, aby usnąć. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz spotkał ojca, gdy stanął on na progu tego niewielkiego, zaniedbanego mieszkania, jego wzrok pełen troski i szoku. Nagle zieleń tęczówek znikła, zastąpił ją błękit. Yothiel uśmiechnął się w półmroku, jego pysk oświetlony był jedynie płomieniami ogniska w tle.
- Mógłbym tutaj zostać już na zawsze, razem z tobą. - uśmiechnął się ciepło, ale po chwili odwrócił głowę, spoglądając z melancholią w dal. - W takich momentach wydaje mi się, że reszta świata nie istnieje, jesteśmy tylko my i zapominam o tym, co kiedyś było… A potem muszę wrócić do tego wszystkiego. Mam wrażenie, że za każdym razem boli to bardziej niż poprzednio.
- Thi… - usłyszał swój głos Aarved. Widział, jak kładzie łapę na kończynie basiora, jednak ten nie odwrócił wzroku. - Ja…
Ale wspomnienie się urwało. Płomienie ogniska zaczęły się wić na boki, a potem rozmazywać w jasną, oślepiającą plamę. Wojownik poczuł, jak coś trąca go w bok. Rozchylił powieki.
Po przetrwaniu kilku sekund pulsującego bólu głowy, który wywołało wpuszczenie światła słońca za źrenice, zorientował się, że nie jest już w tym ciasnym, ciemnym pomieszczeniu - wręcz przeciwnie, nad swoją głową ujrzał plandekę, przez którą przebijały się promienie słońca, a obok siebie - leżącego połańca. Do nosa dostał się zapach reniferowego futra. Byli w powozie. Skierował swój wzrok na tyły furmanki, patrząc, jak jadą przez leśną ścieżkę, a mijane drzewa stają się coraz mniejsze i mniejsze.
- Jastes? Co się… - wydukał zdezorientowany wilk, próbując przypomnieć sobie, co się stało wcześniej. Khado nie odpowiedział. Uniósł przednie łapy obwiązane grubym sznurem i to wystarczyło Lerdisowi.
Spojrzał na własne kończyny. Ujrzał dwie długie rany biegnące od nadgarstków aż po łokcie. Nie były głębokie, ale sądząc po brudnej sierści wokół nich, upuściły sporo krwi. ,,Dlaczego..?”, zadał sobie pytanie. Dlaczego go nie zabili? Dlaczego próbowali go ratować przed magicznym wyczerpaniem? Zaczął się zastanawiać, czy powinien się z tego cieszyć, czy wręcz przeciwnie… Zabił kilku ich towarzyszy, a oni się nie zemścili... Jeszcze. W takim razie jak straszny los ich czeka?
Oblizał się po nosie. Znał odpowiedź. Poczuł, jak strach go paraliżuje, wiedział jednak, że poddanie się mu to najgorsze, co może teraz zrobić - mimo że to nie było łatwe. Myśli pędziły, napędzając powoli rosnącą panikę. Dlaczego ich napadli? Gdyby byli zwykłymi złodziejami, szukającymi szybkiego zarobku, nie walczyliby do upadłego. Uciekliby po pierwszej kuli ognia. Musiało chodzić o tę przeklętą paczkę, od samego początku wiedział, że coś jest nie tak, że nie wysyłaliby posłańca z obstawą, gdyby nie było to coś ważnego. Do cholery jasnej, czemu dowództwo nie poinformowało ich lepiej? Dlaczego nie powiedzieli, co jest w tej paczce?
Nagle się zatrzymali. Oba basiory napięły się, stawiając uszy na sztorc. Renifery ciągnące powóz parsknęły, a w oddali odezwały się niewyraźne głosy. Wilki wymieniły zaniepokojone spojrzenia, wspólnie przekazując sobie wsparcie.
Przy tyle powozu ukazała się wysoka sylwetka. Wilczyca była smukła, miała jasną sierść z malinowymi akcentami oraz szpiczaste uszy. Gdyby nie długa, brzydka blizna przebiegająca przez lewy policzek, prawdopodobnie spowodowana poparzeniem, mordercze spojrzenie oraz niekompletne, brudne futro, mogłaby uchodzić za uroczą.
Obok niej stanął niski basior o krępej posturze i popielatej sierści. Miał krzywo obcięte uszy, a jego oczy nie zatrzymywały się w jednym miejscu na więcej niż dwie sekundy.
Widać było, że to rzezimieszki.
Trzecia postać na pewno nim nie była.
W pole widoku wsunął się wysoki śnieżnobiały Sivarius. Jego pysk był długi i smukły, z lekko zaokrąglony, a futro na szyi, które wystawało spod koronkowego kołnierza - uczesane. Nosił kubrak z barwionej na jasny fiolet skóry oraz długi, gruby płaszcz uszyty z tchórzy.
Wzrok Aarveda zatrzymał się jednak na czymś o wiele bardziej subtelnym - niewielkiej, srebrnej broszce. Była okrągła, przedstawiała pochyloną głowę wilka, w którego pysku tkwił zielony kryształ. Łeb otaczał pierścień starych run, których rogacz nie potrafił odczytać. Biżuteria wyglądała na coś więcej niż tylko ładną ozdobę. ,,Symbol?", zadał sobie pytanie samiec. ,,Wataha?". Przeszył go zimny strach. Gorączkowo zaczął przetrząsać pamięć w poszukiwaniu znaków rozpoznawczych grup przestępczych Królestwa, ale wokół nich krążyło tyle legend, że nie potrafił oddzielić prawdy od mitów. Słyszał wiele na temat brutalności gangów i mimo że większość tych opowiadań była zmyślona na poczekaniu podczas picia piwa ze znajomymi, teraz to wszystko do niego wróciło ze zdwojoną siłą.
Poczuł, jak coś naciska na jego kark. Wstał chwiejnie na łapy, a jego ciało momentalnie poleciało na bok, na ścianę wozu. Napięty sznur oplatający jego szyję napiął się, zmuszając basiora do zejścia z platformy chwiejnym krokiem.
- Co wyście mu zrobili? - rozległ się zimny głos. - Naćpaliście go?
Wadera spojrzała na Sivariusa tak, jakby sobie z niej zakpił.
- Miał być silny magicznie, a ledwo stoi.
Aarved kierował wzrok to na białego wilka, to na wilczycę, której pysk wykrzywił się w wściekłości.
- Ciesz się, że w ogóle żyje. Najchętniej rozjebałabym mu łeb za to, co zrobił. Trzymaj - Wepchnęła mu koniec sznura w wypielęgnowane futro na sierści. - I wypierdalaj.
Kłapnęła zębami koło pyska rogacza, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, niemalże parując z furii.
- Ja bardzo za nią przepraszam - wtrącił się niższy samiec. Podkulił ciało i zadarł głowę, tak, jakby miał polizać Sivariusa po brodzie. - Bardzo przepraszam Panie, ona…
- Zamilcz - warknął basior, odtrącając go od siebie. Aarved dopiero teraz zauważył, że za wysokim samcem stała spora grupa wilków. Wszystkie ubrane był w podobne, ciemne kubraki z zielonymi szwami i wbudowanymi, szerokimi kapturami. Wszystkie wbijały swoje spojrzenie w dwóch więźniów. Zadrżał. Poczuł się jak ofiara, jak zraniona sarna otoczona przez myśliwych.
Wysoki basior, który najwyraźniej był ich przywódcą, przekazał kraniec sznura jednemu z zakapturzonych z wyraźnym obrzydzeniem. - I zejdź mi z oczu.
Rozwiązał magią poły swojego płaszcza i wyciągnął z niego wypełnioną po brzegi sakiewkę. Oczy wilka z obciętymi uszami poszerzyły się, a źrenice błysnęły. Sivarius cisnął ją na pobocze drogi. Rzezimieszek rzucił się za nią i uciekł, skomląc głośno,gdy reszta watahy pogoniła za nim w kakofonii jazgotania, warczenia i przekleństw.
- Hołota - prychnął Sivarius i splunął na ziemię. Przez chwilę patrzył za nimi z wyraźną pogardą, gdy nagle jasne spojrzenie przesunęło się na wojownika. Aarveda przeszedł zimny dreszcz. - Nie wiem, za co im płacę, skoro nie potrafią zrobić czegoś tak prostego... Weźcie ich stąd.  - Odwrócił się do reszty. - Główne wydarzenie musimy przesunąć, dopóki na powrót nie będą wysyceni magią. Miejcie się na baczności i...
Basior został pociągnięty do przodu, jednak zdołał dostrzec coś bardzo ciekawego - gdy Sivarius się odwrócił, zauważył, że jedna z kieszeni jego kubraka była pełna. Wybrzuszenie pasowało rozmiarem do paczki, którą nosił Jastes. Wojownik zmarszczył brwi i próbował jeszcze dokładniej się przypatrzeć, ale wilk trzymający za sznur, brutalnie pociągnął go do przodu.
Szli przez nie więcej niż kilka minut, gdy ich oczom ukazało się obszerne wejście do jaskini, przy którym stało kilka zakapturzonych postaci - tym razem pod bronią. Rozmawiali, jednak gdy Aarved oraz Jastes podeszli bliżej, momentalnie zamilkli. Odprowadzali więźniów wzrokiem, a rogacz nie mógł odpędzić od siebie poczucia, że na coś czekają. 
Zaprowadzono ich do zespołu szerokich jaskiń połączonych ze sobą korytarzami. Lerdis nie wiedział, ile szli - czuł, że jego ciało powoli napełnia się magią, ale poprawa była znikoma. Zaczynało mu szumieć w głowie. 
Przechodzili obok różnych pomieszczeń wyrytych w skale. Nad większością z nich wyryty był ten sam symbol, który widniał na broszcze Sivariusa - głowa wilka z kryształem
otoczona runami. Na ścianach niektórych przejść również wyryto symbole oraz zdania w starożytnym języku, którego wojownik nie potrafił odczytać.
Prowadzący ich basior zatrzymał się nagle, a rogacz ujrzał w półmroku rząd grubych, drewnianych krat. Wbite w nie kamienie magiczne błyszczały w ciepłym świetle pochodni. Obcy samiec otworzył ciężkie drzwi i bezpardonowo wepchnął oba samce za drzwi. Wojownik zatrzymał się przy ścianie, słysząc, jak strażnik odchodzi. Uniósł głowę i spojrzał na towarzysza.
 
<Jastesie? Biedny Aarved znowu ma bardzo zły dzień xd>

Słowa: 1991 = 145 KŁ

sobota, 30 kwietnia 2022

Od Aarveda - trening V, cz. I

 - Więc jak?
Aarved odwrócił się i spojrzał na Enzo, jednak pytanie nie było skierowane do niego. 
- Co jak? - odparł właściwy odbiorca, Aeron.
- Dobrze wiesz, o czym mówię - parsknął szary wilk. - Idziesz na to polowanie, czy nie?
Zapadło milczenie. Powietrze wypełniało skrzypienie łap sześciu wojowników wracających ze zwiadu Dystryktu III. Dwie wadery zamykające kolumnę dyskutowały cicho, od czasu do czasu podnosząc głos. Maszerowały kilka metrów za dwiema parami basiorów, dając im przestrzeń do rozmawiania.
Aarved pozostawał jednak nieco z boku. Był w niezbyt dobrym nastroju, zmęczony wielodniowym patrolem, wolał więc się nie odzywać. Przysłuchiwał się jednak uważnie, czując narastające napięcie. 
To on był pomysłodawcą polowania i zależało mu na tym, aby doszło ono do skutku - i to na taką skalę, na jaką się umówili; ich celem miał być byk wapiti. Wiedział, że bez Aerona nie mieli szans powalić dorosłego samca jelenia. Na samą myśl serce podchodziło mu do gardła. Wisiało nad nim widmo pustej spiżarni. Nie chciał wydawać pieniędzy, jeśli nie musiał - i tak naprawienie woliery Fayri, którą zniszczyła niedawna śnieżyca, nadszarpnęła jego oszczędności. Co jeśli pieniędzy zabraknie wtedy, kiedy będzie ich najbardziej potrzebować? Ceny mięsa rosły, ponieważ stada reniferów migrowały na południe, poza granice Królestwa.
- Dalej nie wiem - odparł Aeron, wyraźnie niezadowolony z tematu, jaki narzucił Enzo.
- Och, no proszę cię - jęknął szary wilk. Opuścił swoje stanowisko obok Aarveda i wcisnął się między swojego rozmówcę, a Yothiela.
- Co ty robisz? - zapytał zimno Sivarius. - Zbliżamy się do Centrum, jak kapral cię zauważy...
- Tylko na chwilę. Aeron - zaczął Fenris, trącając go lekko. - Stary przyjacielu. Druhu, towarzyszu podróży. Pomyśl o tym, co najważniejsze w życiu. - Uśmiechnął się szczwanie. -  Pomyśl o pieniądzach.
Biały wilk przewrócił teatralnie oczami, a Ron skrzywił się, jednak zanim zdążył otworzyć pysk, Enzo kontynuował: - Ale naprawdę pomyśl o tym przez chwilę! Ile oszczędzisz, jak położymy byka? Dwie stówy na pewno. A ile lepszych, ciekawszych rzeczy kupisz za dwie stówy! Ile pint piwa u Beczułki! Ile godzin i jakie wadery w Jedwabnej Perle!
- Enzo, kretynie, wracaj do szeregu! - uszczypnął go w szyję Yothiel. Szary basior próbował się odgryźć, ale Sivarius wdzięcznie uniknął długich kłów. Atakujący parsknął z dezaprobatą, ale przyspieszył i powrócił na swoje miejsce koło Aarveda. 
- Muszę się jeszcze zastanowić. 
Rogacz ledwo powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Enzo nie ukrywał jednak swojego zirytowania i warknął głośno. Aeron posłał mu mordercze spojrzenie. 
- Jeżeli się nie pojawię na spotkaniu, to nie czekajcie. 
- Przymknijcie się wreszcie. Wchodzimy do miasta - burknął Yoth, poganiając machnięciem głowy wadery, które błyskawicznie dogoniły resztę kolumny.
~*~
Ośnieżony czubek świerku zadrgał, kiedy duża samica białozora wzbiła się do lotu. Zaskrzeczała donośnie, szybując nad czterema plamami widocznymi na białym tle. Ścięła zakręt, gwałtownie nastawiając szerokie skrzydło pod wiatr i zniknęła za szczytami starych drzew.
Zamaskowany wilk, który zatrzymał się na chwilę, obserwował ten krótki pokaz zdolności lotniczych przepięknego ptaka. Po chwili jednak zamrugał i ruszył dalej. Żałował, że nie zabrał ze sobą Fayri, wiedział, że bardzo doceniłaby okazję do wspólnego polowania. Nie mógł jednak zabrać jej do miasta. Nienawidziła zamkniętych przestrzeni i nieważne, jak usilnie starałby się ją powstrzymać, odleciałaby w końcu i tyle by ją widział... Przynajmniej do czasu, kiedy nie wróciłaby do domu.
- Powiecie mi, którego mam zaatakować, prawda? - spytał Aeron, który widocznie przejawiał coraz większe zdenerwowanie im bardziej zagłębiali się w las.
- Będziesz wiedzieć - odparł Aarved. - Po prostu pilnuj się Yothiela. 
Najwyraźniej to jednak nie przekonało Khado, który wbił wzrok w ziemię i przygryzł wargę. 
- Najważniejsze, żebyś uważał na kopnięcie i nie ładował się za bardzo do przodu ani pod nogi. Jeśli źle ugryziesz, to nie trzymaj na siłę, bo jeśli ci się wyślizgnie, to stracisz rytm, a jak odkopnie, to w ogóle znokautuje. Puść i chwyć w innym miejscu - wyjaśnił cicho Aarved, patrząc na Yothiela, który z nosem przy ziemi krążył kilka metrów przed nimi. Zatrzymali się, nie chcąc mu przeszkadzać, jednak kiedy Sivarius ponownie złapał trop, ponowili marsz.
- A jak stanie? - dopytywał Ron.
- Wtedy puszczasz, uważasz na poroże i racice i się wycofujesz. - Rogacz delikatnie trącił go w bok. - Nie martw się tak. Polowanie polega na współpracy. Będziemy pilnować się nawzajem. Jak nie będziesz czegoś pewien, to po prostu się odsuń. Damy sobie radę.
Czerwonooki kiwnął powoli głową.  Enzo, który szedł nieco za nimi, przyspieszył i żartobliwie chwycił Aerona za pysk zębami.
- Weź, chłopie, bo aż ja się gorzej czuję, jak na ciebie patrzę. Nie bądź pizda, nie umrzesz! - roześmiał się, kiedy Khado odpowiedział uszczypnięciem go w policzek.
- Enzo, zamknij pysk, do cholery, nie mogę się przez ciebie skupić, kretynie! - warknął Yothiel. Obrzucił szarego wilka wściekłym spojrzeniem, ale jego wzrok złagodniał, jak zobaczył niepewną postawę Aerona. Podszedł i przesunął swoim czołem po jego szyi. - Nikt nie oczekuje od ciebie wybitnych umiejętności, niczyje pierwsze polowanie nie jest idealne. Jak będzie dla ciebie zbyt trudno, po prostu się wycofaj. Ale najpierw musimy znaleźć tego byka, a jak Enzo będzie się tak wydzierał, to możemy zapomnieć o jakimkolwiek wypadzie - szczeknął na szarego basiora.
- Może zająłbyś się swoją robotą, co? - odwarknął mu się Fenris. Sivarius uniósł głowę, zmierzył większego wilka lodowatym spojrzeniem, po czym strzepnął ogonem i odwrócił się, ponownie podnosząc trop. Enzoero przewrócił oczami i ruszył powolnym krokiem za nim.
Aeron stał przez chwilę z nieodgadniętą miną, patrząc, jak dwa basiory oddalają się wgłąb lasu. Aarved spojrzał na niego i uśmiechnął się pocieszająco pod maską.
- Idziemy? 
Khado wtulił nos w cętkowane futro i potarł czołem o policzek rogatego wilka. Podniósł na niego wzrok i kiwnął głową. 
Ponowili podróż. Z każdym przebytym metrem napięcie narastało, a atmosfera rozpoczynającego polowania zdała się udzielać każdemu. Nawet pełen zdenerwowania Aeron dawał ponieść się naturalnym instynktom, kiedy sam z siebie zaczął podążać śladem Ezro. Wilki utworzyły linię, brnąc bezszelestnie przez śnieg. Uszy nastawione, nosy wilgotne, a oczy wpatrzone przed siebie. Milczenie. Napięcie i zimno kłujące w powieki.
W końcu z mgły wynurzyła się polana. Na tle gór i ich rozmytych przez chmury zboczy zamajaczyły czarne sylwetki. Długie nogi unosiły silne tułowia wysoko nad śnieg. Duże oczy błyskały w zduszonym świetle słońca. Matriarcha zatrzepotała poszarpanymi uszami. Przeskanowała okolicę i wróciła do wygrzebywania korzeni spod ziemi. Jej cielę zanurkowało pod brzuchem pokrytym gęstą sierścią i zaczęło ssać, co jakiś czas bodąc matkę głową w słabiznę.
Nagle jednak coś zamajaczyło w tle. Niebo przecięło ogromne poroże, a pod nim błysnęły białka. Byk. To był jego teren, jego łanie. Blizny, których nie było w stanie zasłonić nawet zimowe futro, stanowiły świadectwo tego, jak wiele zapłacił za swój harem. Znakomitość wśród innych, zwycięstwa wielu potyczek w pełni swojej chwały. Niedługo jego siła przeminie i osunie się w cień, ustępując miejsca młodszym i silniejszym. Teraz jednak jeszcze nie czas na to. Teraz wciąż stał na szczycie.
Wszedł głębiej na polanę. Mięśnie napinały się pod skórą, kiedy wchodził między swoje samice, w pełni świadom swojego piedestału.
Wkrótce jednak miał się przekonać, jak krucha była jego władza.
Rozległo się szczeknięcie którejś z łań. Wszystkie, jak na komendę, uniosły głowę. Nim samiec zdążył się obejrzeć, aby zobaczyć, o co chodzi, usłyszał piski i tęten kopyt. Spojrzał za siebie, zdezorientowany nagłym wydarzeniem i samicami, które ruszyły w panice przed siebie, okrążając go. One miały młode cielęta, ale czego on miał się bać…?
Z pobliskiego lasu wyskoczyły dwa wilki, rozdzielając się niczym pióra wachlarzu - jeden na prawo, drugi na lewo. Za nimi pojawiła się kolejna para basiorów, biegnąca niemal noga w nogę. Ujrzał ich wyszczerzone kły, usłyszał ujadanie. Zadarł wysoko łeb i rzucił się do ucieczki, wydając z siebie spanikowany ryk.
Biały wilk wydłużył krok. Kręgosłup działał jak sprężyna, wyrzucając długie łapy w przód. Ziemia drgała, umysł szalał. Kochał ten chaos, chaos, którego był mistrzem, do którego był stworzony. Zapach wszechobecnej paniki, widok setek kopyt, które nieuchronnie doganiał. Jednak to nie one były jego celem, nie. Nie spuścił z niego wzroku, od kiedy tylko go zobaczył. Wbiegł w rów w śniegu, który utworzyły dziesiątki spłoszonych zwierząt. Krew wrzała, topiąc padający na powieki śnieg wyrzucany przez masywne racice.
Szczeknął do Aerona i obaj przesunęli się na prawo. Byk dogonił już resztę stada, jednak nie był w stanie dostać się do środka chmary spłoszonych łań. Biegł z boku, niczym taran prując przez wysoki śnieg, łamiąc po drodze wszystkie gałęzie, o które zaczepił jego wieniec. Nabiegłe krwią oczy łupiły za niego. Przyspieszył, kiedy dostrzegł błysk kłów przy swojej nodze. Ryknął i wyrzucił zad w górę.
Wilk odskoczył w bok, jednak nie dał się odgonić. Złapał zębami za kawałek luźnej skóry, która łączyła brzuch wapiti z udem i natychmiast puścił, przyspieszając, aby znaleźć się przy łopatce ofiary. Ta odbiła w bok, oślepiona nagłym bólem i skoczyła w las.
Młode drzewa łamały się pod nogami gnającego jelenia. Rwał z całych sił, mocno wbijając nogi w grunt, potykając się o kłody i zarośla, raniąc na nich skórę. Czuł, jak mięśnie zahartowane wieloma latami bitew i walk o samice z każdą fulą wyrzucają go w przód. A mimo tego drapieżca wciąż pozostawał przy jego boku.
Nadchodził główny etap polowania. Yothiel nie wiedział, jak daleko są dwa pozostałe wilki, ale już znaleźli się w lesie. Teraz jeleń już im się nie wymknie. Uniósłwszy ogon dla utrzymania równowagi, wpił się zębami pod łokieć ofiary, tam, gdzie najłatwiej utrzymać, gdzie najmniej rzuca. Zakleszczył kły, poczuł smak krwi, a euforia zahuczała w jego mózgu, zagłuszając ryki zwierzęcia.
Aeron trzymał się cały czas nieco z tyłu. Obserwował to wszystko wielkimi oczami, a adrenalina sprawiała, że kręciło mu się w głowie. Strach zupełnie zniknął. Pozostały instynkty i dzika, niepohamowana wręcz żądza: żądza pościgu, żądza zatopienia kłów w tym, co przed nim uciekało. Pragnął, aby ten pościg mógł trwać wiecznie. Wszystkie te zapachy i dźwięki były jak narkotyk. Ogłupiły go tak, że nie widział już nic poza jeleniem, jego jasnym zadem i przepięknym wieńcem nad oszalałymi ze strachu oczami. Czuł się jak we śnie.
Nie mógł się już dłużej powstrzymywać.
Przyspieszył, zmienił nogę w szaleńczym cwale i gdy tylko lewa tylna racica przemknęła mu koło głowy, skoczył i zacisnął zęby nad stawem skokowym. Poczuł, jak coś chrupnęło pod jego kłami. Odór żelaza i ciepło na języku. Czuł, że zaraz oszaleje. Jego mózg błagał o więcej. Szarpnął głową z lewa na prawo, warcząc przy tym wściekle. Uścisk trzonowców się rozluźnił, żuchwa osunęła się w dół. A potem zupełnie puściła.
Wilk nie zdążył zareagować. Poleciał w przód. Ślina zmieszana z krwią wyleciała z pyska zamrożonego w wyrazie zaskoczenia. Nie zdążyła upaść na śnieg, nim zad byka wystrzelił w górę, a racica uderzyła w młodego basiora.
 
<Koniec części I>

poniedziałek, 18 kwietnia 2022

Od Aarveda, CD. Jastesa

Zrobiło się cicho. Za cicho. Jakieś zło zawisło w powietrzu. Aarved instynktownie nastroszył sierść i nastawił uszy. Zatrzymał się. Otaczał ich przerzedzony przez burzę las. W wielu miejscach leżały pnie i powyrywane z ziemią korzenie. Skąd mogła brać się ta niepewność, to poczucie, że coś jest nie tak? Jego zwierzęca strona kazała mu uciekać, jednak silna wola, duma i poczucie obowiązku wojownika trzymały go twardo na miejscu. Poczuł, że Jastes również zesztywniał. Coś musiało być na rzeczy, skoro obaj zauważyli zmianę atmosfery. Tylko co? I jak się przed tym bronić?
Napięte mięśnie zareagowały błyskawicznie. Jeszcze zanim do uszu dotarł świst powietrza, wilk uskoczył w bok, a kula rozpędzonego śniegu gruchnęła w grunt. Fragmenty ziemi opryskały dwóch zaskoczonych podróżnych. Biała chmura uniosła się w powietrze, zakrywając pnie, zarośla i wszystkie osoby wokół. 
Wojownik zakaszlał. Z nie wiadomo skąd żelazny uścisk chwycił go za szyję i rzucił zdezorientowanym ciałem o grunt. Aarvedowi zadzwoniło w uszach, zamglony las zakrył się czarną, migotliwą winietą. Usłyszał warkot przy swojej głowie.
Na wpół świadomy chwycił kamień. Rozległo się łupnięcie, a następnie skowyt. Nacisk zelżał.
Basior zerwał się na równe nogi. Jastes, gdzie jest Jastes? Gdzie jest paczka? 
Ujrzał go. Sivarius szamotał się rozpaczliwie w uścisku jednego z napastników, który wlókł go za kark przez błoto. 
Zielonookiego przeszedł zimny dreszcz na widok kolejnego wilka, który doskoczył do posłańca i zaczął szarpać za białe futro na białym brzuchu. Po chwili, i ku jego wielkiemu przerażeniu, Ved uświadomił sobie, że w zębach napastnika tkwiła nie ubłocona sierść, a pasek doręczycielskiej torby.
Ruszył biegiem i błyskawicznie pokonał dzielącą ich odległość. Przeleciał nad Jastesem, uderzył piersią w bok przeciwnika, a zęby zacisnęły się na obcej, czarnej sierści. Zaskoczony basior upadł. Rozpoczęła się szamotanina, podczas której udało mu się wyślizgnąć z uścisku wojownika. 
Śnieg zafalował, wezbrał się i opadł.  Aarved nawet nie miał jak przygotować się na cios. Biała fala ścięła go z nóg. Huknął o podłoże z jękiem.
Dostrzegł jakiś ruch kątem oka. Przetoczył się na grzbiet i w ostatniej chwili kopnął tylnymi nogami pysk szarżującego na niego przeciwnika. Czerwone krople upadły na śnieg, a Xynth uderzył w drzewo, trzymając się za rozkwaszony nos.
Do jego uszu dotarło dziwne skwierczenie i szum. Uniósł głowę.
Kula ognia uderzyła w jego ciało, momentalnie topiąc śnieg w promieniu metra.  
Zielonooki dyszał ciężko patrząc na dwóch zbliżających się do niego przeciwników. Folix pozostała w tyle, gdy Malisabis ruszył do przodu. Podłoże zafalowało, uniosło się i ruszyło na Aarveda. Już go dosięgało, gdy nagle z miejsca wolnego od śniegu uniosła się przed nim gruba ściana ziemi. Powietrze przeszył huk, a drobiny gruntu poleciały we wszystkie strony. 
Wojownik biegł zygzakiem, a jego ślady momentalnie znikały pod poruszającym się, zataczającym koła i pełzającym puchem. 
Wojownik skoczył na drugiego samca, ten jednak nie dał się tak łatwo powalić. Odparł pierwszy cios, jego kły kłapnęły przy cielistej szyi, gdy jej właściciel wykonał unik.
Basiory natarły na siebie przodami, unosząc się na tylnych łapach. Aarvedowi udało się zepchnąć przeciwnika - w efekcie jego kark znalazł się pod Lerdisowym nosem. Wojownik otworzył pysk i już miał się wgryźć w obce futro, gdy nagle między jego zęby dostały się garście śniegu. Rozwarły mu szczęki, dostawały się do nosa, dławiły.
Spróbował zablokować fale śniegu telekinetycznie uniesioną ziemią, ale ta tkwiła pod grubą warstwą puchu. Spróbował jeszcze raz, pompując w nią więcej magii, ale wierzch nagle stwardniał. Poczuł obcą energię. Zbój zorientował się, co chciał zrobić.
Musiał wymyślić coś innego.
Śnieg momentalnie stopniał, a woda z niego powstała zawrzała gwałtownie. Z nosa wilka uniosła się para, a wewnątrz jego tchawicy zajaśniał ogień.
Gorąco przedarło się przez śnieżne fale obronne i Aarvedowi wreszcie udało się chwycić bandziora tuż pod policzkiem. Zacisnął zęby i szarpnął. Młodzieniaszek zaskomlał, zapiszczał i zadrżał. Smród spalonych włosów.
Wyrwał się, a sierść wokół czerwonego placka na jego skórze żarzyła się lekko.
Wojownik, mimo pierwotnej satysfakcji, wiedział jednak, że długo tak nie wytrzyma. Ciągłe kontrolowanie mocy i powstrzymywanie jej przed nabraniem ostatecznej formy wymagało wielkiego skupienia i doskonałego panowania nad magią. Jej zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie.
Przygotowywał się na następny ruch, gdy Malisabisa zasłoniła biała chmura. Zamarł w zaskoczeniu. Wiedział, że przeciwnik to wykorzysta. Przygotował się na atak z zaskoczenia.
Wtem jednak coś się zmieniło.
Huk. Huk wiatru zagłuszający wszystko wokół.
Powiew skręcił się, zwinął i niczym wąż owinął walczących. Wpełzł między ich łapy, przegonił śnieg i odsłonił brązową glebę. Z początku spięty rogacz po chwili zorientował się, że przybyły posiłki. Podmuch zawrócił i zamknął obydwa basiory pod świszczącą kopułą. Nici powietrza zacieśniły się, nie dopuszczając nawet najdrobniejszych płatków śniegu do Aarveda.
To dało mu szansę. Sięgnął do wolnego od białego puchu gruntu, pociągnął magią jego dolną warstwę. Ziemia zapadła się, zatapiając łapy napastnika, kiedy ten zachwiał się, odsłoniwszy wrażliwą słabiznę. Lerdis natarł na niego, jednak przeciwnik utrzymał się na nogach. Chwycił za brązowy kark tuż nad łopatkami i siłą wyciągnął Aarveda poza powietrzną barierę.
Zielonooki zawarczał wściekle, odsłaniając długie kły. Poczuł, jak krew ścieka mu po łopatce. Miał tylko nadzieję, że Malisabis nie oderwie mu kawałka skóry. Blizna Lordana wyglądała wyjątkowo paskudnie.
Przekręcił głowę i uderzył porożem w tył. Drugi basior zasyczał, ale trzymał dalej. W końcu jednak puścił, gdy jeden z rogów trafił pod udo, zostawiając po sobie długą szramę.
Zatoczył się, wlokąc za sobą tylną łapę, z której rytmicznie wypływała jasna krew. Lerdis skoczył na niego, oplótł go przednimi łapami i wycelował ugryzienie w szyję.
Pomarańczowy płomień  śmignął przez jego pole widzenia, ostry ból przeszył umięśnioną łopatkę. Jakiś obcy ciężar zawisł mu na skórze. Pociągnął go w dół, zwlókł z barków przeciwnika. Aarved zachwiał się. Chciał się odgryźć, lecz ruda istota odskoczyła błyskawicznie. 
Malisabis zatoczył się w tył, łapiąc oddech i cicho skomląc, podczas gdy niewielka Folix zaciekle napastowała rogatego wilka. Gryzła go po wnętrzach ud, łapach, brzuchu - tam, gdzie sierść była najrzadsza. Jej ciosy były nieszkodliwe, zostawiając po sobie jedynie zadrapania, ale jakże bolesne, męczące. 
I rozpraszające. 
Wilczyca tańczyła wokół niego, unikając szczęk Lerdisa. Skakała, zwijała się, zmuszała go do zmian pozycji, myliła ruchami, żeby potem ukarać każde pojedyncze potknięcie bolesnym szczypnięciem. Samiec jednak nie dawał za wygraną, próbując nadążać za ruchami małego ognika, jednocześnie unikając falującego śniegu. Nieważne jednak, jak szybki był...
Cios, atak, unik.
... ani jak zwinny...
Skok w przód i w tył, krok w bok.
...  pomarańczowa zjawa wodziła go za nos, zupełnie jakby...
Wkurwiała go. Przypominała irytującego komara. Chciał jakoś ją złapać, nie może przecież unikać jego ruchów w nieskończoność. Drażniło go to, że wiedziała, że nie ma z nim szans w bezpośrednim starciu, więc próbowała go zmęczyć, aby jej towarzysze dokończyli robotę. Tańczył morderczego walca na zmianę z Folix oraz próbującym złapać go śniegiem.  Musiał obmyślić plan.
I ten plan obmyślił.
Zaczął się cofać. Wadera, myśląc, że basior nie nadąża i kruszy się pod presją, nacisnęła  jeszcze bardziej, aż w końcu stanęła w kole odsłoniętej ziemi.
Idealnie.
,,Postaw ściany, zablokuj jej ucieczkę. Wtedy ją dorwiesz".
Nagle jednak wadera panicznie rzuciła się w bok, zatoczyła się niezdarnie i niemalże upadła, potykając się o swoje własne łapy.
Rogacz zupełnie się tego nie spodziewał. Zamrugał, o mało nie wpadając w zacieśniający się uścisk magicznego śniegu. 
,,...Zupełnie jakby czytała mi w myślach".
Telepatia?
Nie, nie telepatia. Dała zaciągnąć się na gołą ziemię. A to oznacza...
,,Przyszłość".
Folix, zorientowawszy się, że zmarnowała swoją jedyną przewagę, przypuściła zmasowany atak. Już nie odskakiwała i nie wykonywała fałszywych ciosów. Teraz każdy ruch z jej strony wiązał się z bolesnymi ugryzieniami, szczypnięciami i zadrapaniami. Chciała odwrócić jego uwagę od tego, co właśnie się stało. ,,Pieprzeni prekognici", pomyślał Aarved, usiłując trafić zębami w pomarańczowe futro. Czy widzi pewną przyszłość? Nie, na pewno nie, już dawno zemdlałaby z wyczerpania. Musiała znać kilka możliwych opcji. Różne ścieżki.
,,Jest sprytna", przyznał jej rogacz, uchylając się przed natarciem Malisabisa, który ponownie dołączył do walki. ,,Pozwoliła temu dupkowi zacząć, a sama siedziała i patrzyła. Wie, jak walczę. I jakie opcje wybieram".
Czas zmienić taktykę.
,,To będzie trudna walka".
Przeniósł ciężar ciała na tylne łapy, uchylając się przed ugryzieniem Folix,  odbił się od ziemi i przeskoczył w bok. Samica wzdrygnęła się, gdy zęby basiora wyrwały jej sierść z nasady puszystego ogona. Malisabis zareagował i z warknięciem skierował się ku wojownikowi. Naskoczył, usiłując chwycić Lerdisa, jednak ten zwinął kręgosłup w łuk, okręcił się i zripostował. Młodszy basior zaskomlał, a krew z rozerwanego ucha poleciała na sierść.
Rogacz już był z powrotem przy waderze, już z jazgotem i ujadaniem tańczył wokół niej, gryząc, kłapiąc głośno zębami, wyprowadzając prawdziwe i fałszywe ciosy, podszczypując ją tak, jak ona jeszcze przed chwilą jego. Kark, grzbiet, zmylił ją, obróciła się, ziemia kierowana telekinezą poleciała w oczy, a basior znów był za nią, para uniosła się z brązowego pyska - kula ognia? Nie, jedynie ją straszył, ugryzł w kark, przerzucił i znów tańczył, skakał, męczył i ogłupiał. I ten jazgot, ciągły warkot i skomlenie. 
Próbowała znaleźć jakąś regułę, ale gubiła się. Gubiła się w kakofonii ujadania, wrzasków, pisków, nawałnicy bolesnych ataków i wyrywnego futra, które latało jej przed oczami. Gdy wydawało jej się, że basior szykuje się do rozerwania jej tchawicy, on tylko kłapał zębami przy jej szczęce. Gdy w końcu udawało jej się podążać za nim spojrzeniem, piach zasłaniał jej oczy i Lerdis ponownie znikał z radaru. Każdą jej odpowiedź karał bolesnymi dziabnięciami, podcięciem, dosłownie zabierał grunt spod łap. Wiedziała, że zbliża się ostateczny cios, ale nie mogła przewidzieć, kie...
Zaćmiło jej w głowie, świat zawirował. Poczuła, jak coś zaciska się wokół jej szyi. Obcy zapach, obcy oddech na rudym policzku. Uderzyła w ziemię, a kły wbiły się w jej kark. Odchyliła głowę, walcząc o oddech i jej oczom ukazał się młody Eirya. Lewa część jego pyska pokryła krew z poszatkowanego ucha. Stał krzywo, jego twarz zamarła w wyrazie szoku, paniki i strachu. ,,Jebany gówniarz", pomyślała Folix, rozpaczliwie próbując wysupłać się z żelaznego uścisku. ,,Pomóż mi! Rusz się i pomóż mi, do kurwy nędzy, proszę!".
Ten jednak nie reagował. Myśli powoli zakrywały się mgłą, a w końcu również i podrostek zniknął za ciemną, migoczącą zasłoną. Wadera desperacko zebrała całą swoją silną wolę i zajrzała w przyszłość. Okropny ból przeszył jej głowę, kiedy siłą wypychała ostatnie resztki mocy ze swojego ciała.
Na swojej drodze zobaczyła rogatą postać z zamkniętymi oczami.
Zaczęła rozpaczliwie szukać innych odnóg, jednak albo napotykała tę samą wilczycę, albo były one zamazane, zamknięte na jej umierający umysł. 
Nagle jednak na horyzoncie ujrzała znajome sylwetki.
,,Szybciej, szybciej, błagam".
Zasłoniła je ciemność. Pojawił się przed nią falujący cień. 
Rogata wilczyca uniosła powieki.
 
Aarved dyszał ciężko, leżąc na zimnym śniegu. Żółto-czarne punkciki błyskały mu przed ślepiami, którymi wpatrywał się w zamrożonego ze strachu Malisabisa. Czuł, jak ból falami przepływa przez zmęczone ciało, a magia naciska na niego niczym imadło, próbując dostać się do prawie wyczerpanego z mocy organizmu.
Przesadził. Nie fizycznie, lecz magicznie. Mięśnie, krew, organy domagały się energii astralnej. Wszystko rwało. Może trzeba było zakończyć to wcześniej? I tak nie ma to już większego znaczenia. Dalsza droga będzie piekłem, szczególnie najbliższe godziny. ,,Musimy zmienić trasę", pomyślał basior. ,,Musimy unikać gościńców i utartych ścieżek. Szykuje się droga przez lasy i góry". 
Puścił martwe już ciało wilczycy i powstał chwiejnie, zaciskając zęby.  
Paczka.
Paczka i Jastes. 
Obejrzał się, lecz wśród krwawego pobojowiska nigdzie nie ujrzał Sivariusa. 
Poczuł, jak serce mu zamiera, a żołądek podchodzi do gardła. 
Zemdlone lub... martwe... ciało Jastesa było odciągane na bok przez dwa rosłe basiory. Kolejne cztery wilki wyłoniły się zza krzaków i powalonych drzew. Ich twarze wykrzywiła furia, gdy omiotły spojrzeniem okolicę, nieruchome ciało na jego środku i to, co zostało z rzezimieszka, który oberwał kulą ognia. 
Aarved ledwo zdążył przeanalizować sytuację i przygotować się na ból, który nadchodził, ale, na Eruzana, nie zamierzał sprzedać skóry tanio. Jeśli miał zginąć, to zginie z honorem.
Starał się walczyć, jednak ostre klamry zębów szybko przyszpiliły jego wycieńczone ciało do zimnego podłoża. Próbował jeszcze ratować się magią, ale szczęki zbliżające się do jego szyi szybko przebiły cienką warstwę mocy i zacisnęły się na tchawicy. Wyrywał się, lecz każda kończyna była przykuta i rozciągnięta na gruncie. Odpychał ciemność, która zalewała pole widzenia, ból rozsadzający płuca i paniczny krzyk w głowie, coraz głośniejszy, głośniejszy, głośniejszy...
 
Przedpokój zaniedbanego domu. Kurz i popiół tańczące w pomarańczowym świetle wieczoru. Zabite deskami okna. 
Szara wadera o krętych rogach, ciepły wyraz pyska. Ciepło mimo otwartych drzwi i zimnego wiatru. Prawdziwe ciepło. Błyszczące rubinem oczy. 
Pozłacana róża migocząca w pomarańczowym świetle wieczoru. 
Zabite deskami okna.
Błyszczące rubinem oczy. 
Otworzyła pysk. Wiedział, co powie, ale nie usłyszał jej głosu.
Pozłacana róża migocząca w pomarańczowym świetle wieczoru.
 
Gwałtowny ból.
Nicość. 
Cisza.
Spokój.
I ulga.
Och, gorzka ironio.
 
<Jastesie? C:>
Słowa: 2061= 149 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics