Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kvisch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kvisch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 września 2021

Od Kvischa CD. Elijasa

Donośny syk, a następnie dźwięk tłuczonego szkła zaczął echem rozbrzmiewać wśród grubych, zamkowych ścian. Albinos stał pochylony na środku pokoju, niezgrabnie trzymając kilka fiolek i starając się, by chociaż te nie zaliczyły bliskiego spotkania z lodową posadzką. Cuchnąca jakby siarką ciecz, mętnego, rdzawego koloru, spływała powoli z jego odrętwiałych i, jeszcze chwilę temu, białych łap. W trakcie wiązała się w ostatecznym tańcu z krwią, tworząc tym samym z posadzki scenę niczym z niskobudżetowego horroru. Basior warknął coś pod nosem, w jedynie sobie znanym języku. Przysiągłby, że w ostatniej chwili złapał lecącą fiolkę, ale ta przeniknęła jak gdyby nigdy nic przez jego łapy, uderzając z trzaskiem o ziemię. Mało tego, pociągnęła ona za sobą kolejne naczynia, które jak jeden mąż kończyły swój żywot w ten sam sposób. Nie mógł przyjąć do wiadomości, że stało się to przez jego własną niezdarność. Zacisnął zęby i złapał za kawałek pierwszej lepszej szmaty, która mu się napatoczyła. Teoretycznie powinien najpierw opatrzyć rany, jednak wiedział, że jeśli wystarczająco szybko nie posprząta tego całego pobojowiska, to prędzej czy później wszystko zamarznie i zostanie tam już na wieki. Takie już były uroki tego miejsca i o dziwo miało to swoje plusy- przynajmniej nauczył się nie odkładać wszystkiego na później. Szybko owinął sobie pokaleczone łapy i zaczął ścierać rozlane próbki, a wraz z nimi, niewielkie szklane odłamki. Starał się zebrać ich tak dużo, jak tylko był w stanie, jednak i tak wiedział, że przez następny tydzień będzie codziennie odnajdywał kolejne niesprzątnięte fragmenty. Jego łapy będą przyciągać je niczym magnes, tego był bardziej niż pewien. Do przypadkowego kaleczenia się na każdym kroku był mimo wszystko przyzwyczajony, to myśl, że właśnie wyrzuca do wora, niemal dwa tygodnie swojej ciężkiej pracy, przyprawiała go o największy ból głowy. Tyle nieprzespanych nocy (a właściwie w jego przypadku- dni) i wszystko tylko po to, by wszystko roztrzaskało się pod jego łapami. A był już tak blisko rozwiązania.
Cisnął pakunkiem w najdalszy kąt komnaty i odetchnął ciężko. Nie należało w jego naturze, płakać nad rozlanym mlekiem, co się stało to, się nie odstanie. Zresztą doskonale wiedział, że była to tylko i wyłącznie jego wina, gdyby bardziej skupiał się nad tym, co robi, wyczułby wcześniej, że ześlizguje mu się z łap ta cholerna fiolka. A za nią kolejna i kolejna. Łatwiej byłoby oczywiście powiedzieć, że to Bogowie we własnej osobie się na niego uwzięli i za wszelką cenę chcą uprzykrzyć jego i tak już wystarczająco nędzny żywot.
Co za utrapienie- pomyślał, biorąc kolejny głęboki wdech. Emocje opadły, a cały ten bałagan został, przynajmniej w większej części, wysprzątany. Pozostało więc jeszcze doprowadzić siebie samego do ładu. Skrzywił się lekko na ten pomysł, ale począł zbierać ze stołu potrzebne rzeczy, takie jak opatrunki i bandaże. Za mniej więcej dwie godziny zacznie się ściemniać, a to oznacza początek jego nocnej zmiany. Nie bardzo podobała mu się wizja powolnego wykrwawiania gdzieś w środku lasu o północy- a przynajmniej nie z własnego lenistwa. Niespiesznie zabrał się więc do oczyszczania ran- za każdym razem, gdy nasiąknięty różnymi specyfikami wacik dotykał jego poranionej skóry, jego łapy samowolnie drgały nieznacznie, utrudniając mu cały zabieg. Krótko mówiąc, szczypało go wszystko jak skurwysyn i nie był w stanie opanować nawet swoich naturalnych odruchów.
Nie to było jednak najgorsze, o nie- wybieranie pojedynczych odłamków szkła z ciała, to dopiero zabawa. Normalnie nie byłoby z tym tak wielkiego problemu, prawdopodobnie nawet byłoby to mniej bolesne niż samo oczyszczanie rany. Zasada ta jednak nie działa, kiedy jesteś ślepy i żeby znaleźć jeden cholerny odłamek, musisz najpierw wbić go sobie jeszcze bardziej pod skórę, próbując go wpierw wyczuć. W każdym razie była to niezmiernie ciężka i mozolna praca, dodatkowo okupiona pieczeniem, swędzeniem i drażniącym bólem.
Zajęło to również o wiele więcej czasu, niż by się spodziewał, ale w końcu mógł owinąć łapy czystymi bandażami i odetchnąć z ulgą. O ile można było to nazwać ulgą, nie wiedział nawet, w jakim stopniu udało mu się oczyścić rany, ponieważ jego łapy były już na tyle odrętwiałe i obolałe, że nie był w stanie niczego więcej wyczuć. Pozbył się przynajmniej tych większych kawałków i to mu na ten moment wystarczało. Na odpoczynek też nie zostało mu wiele czasu. Jeśli chciał jeszcze zdążyć, dojść na miejsce, przed zapadnięciem całkowitego zmroku, musiał zaraz wychodzić.
Naciągnął na siebie najlżejsze skóry, jakie miał, czując, że w tym stanie zdecydowanie nie ma siły obkładać się dodatkowym ciężarem. I tak już ciężko stawiało mu się kroki, wolał, żeby było mu chłodniej, aniżeli doprowadzić znowu do krwawienia. Niespiesznie minął domowe ściany, naciągając mocniej kaptur na łeb. Szorstkie, futro okryło go niemal całkowicie, a jedynie długi ogon ciągnął się za nim, niemal wtapiając się w otoczenie. Pogoda była całkiem przyjemna, choć faktycznie chłód nieco mu doskwierał, to przynajmniej nie wiało tak mocno, jak ostatnimi dniami. Śniegu również nieco ubyło, dzięki czemu o wiele łatwiej stawiało mu się kroki, a ubrania nie mokły tak szybko. Przynajmniej jedna przychylna mu rzecz tego dnia. Oby i noc zdecydowała się być po jego stronie, niczego więcej mu nie było trzeba. Do tego momentu droga mijała mu stosunkowo szybko i spokojnie, przez obandażowane łapy trochę ciężej było mu wyczuć wszechobecne wibracje, które ułatwiały mu omijanie przeszkód na jego drodze. Póki jednak wiatr nie nabierał na sile, mógł skupić się głównie na swoim doskonałym zmyśle węchu. Mógł być spokojny. A przynajmniej do momentu, w którym nie dotrze na miejsce. Szczerze mówiąc, gdyby nie polecenie z góry, na pewno nie wybrałby się w te rejony. Patrol w okolicy, w której ostatnio doszło do serii niewyjaśnionych zaginięć? Toż to szczyt marzeń... Nie obawiał się jednak o swoje bezpieczeństwo, obawiał się, że dojdzie do czegoś na jego warcie i będzie musiał interweniować. Ba, będzie musiał wykazać jakieś większe zaangażowanie niż siedzenie na dupie i ewentualne przejście się parę razy po okolicy. Nic tak bardzo nie psuło mu humoru, jak niespodziewane zdarzenia podczas pracy. Specjalnie wybiera warty w miejscach najbardziej oddalonych od cywilizacji, by mieć jak najwięcej spokoju. Oczywiście, jeśli nagle naparłby wróg, to właśnie on byłby najbardziej narażony na niebezpieczeństwo, dlatego niewiele osób było chętnych na patrol w tych okolicach. Czasy były jednak na tę chwilę spokojne, nie wierzył, że za porwaniami stoi ktoś z zewnątrz. Raczej jest to osoba, która dobrze zna okolice, być może mieszka niedaleko. W każdym razie, jeśli ktokolwiek chciałby się niepostrzeżenie zbliżyć, basior z pewnością go wyczuje.
Kiedy prawie był już u celu podróży, podniósł ostrzegawczo łeb, który do tej pory prawie dotykał śniegu pod jego łapami. Wyczuł jakiś nowy zapach, na który nie spodziewał się natrafić na swojej drodze. Jakże dziwna była to mieszanina- trochę wina, przypalanej trawy i dosłownie szczypta pergaminu. Czegoś takiego nie spotyka się na co dzień, a jednak w tej odmienności było coś dziwnie basiorowi znajomego. Jego pysk utkwił w bezruchu, skierowany wprost na sylwetkę Aeskerona. Był niemal pewien, że ten nawet coś powiedział w jego stronę, jednak z powodu odległości, nie był w stanie zrozumieć, co to takiego było. Nie był też specjalnie ciekaw, a jednak jego łapy niemal mimowolnie zaczęły kierować się w jego stronę. Czy to z powodu obowiązku, czy też zwykłego kaprysu, spowodowanego faktem, że znał basiora... a właściwie nie znał, ale wymienił z nim parę zdań, co sprawiało, że w pewien sposób wyróżniał się w jego głowie na tle innych członków watahy.
- Ten obszar... Jest niebezpieczny.- ochrypnięty, zmęczony głos wydobył się z jego gardła, niemal wywołując u niego napad kaszlu.
- Tak? Nic mi o tym nie wiadomo- beztroskie podejście Aeskerona przyprawiało go o mdłości. Fakt, sprawa była dość świeża, a policja starała się zatuszować wszystko, by nie wprowadzać ludzi w niepotrzebną panikę, jednak plotki szybko się rozchodzą. Kto chciał, ten już od dawna wiedział co jest grane. Co nie zmienia faktu, że ktoś powinien zadbać o to, żeby chociaż zacząć zwracać innym uwagę, by nie włóczyć się po zmroku w tych okolicach. To jak proszenie się o wypadek.Albinos westchnął bezradnie. Zdawało się, jakby wszyscy tylko chcieli dołożyć mu roboty. Nie miał ochoty na tłumaczenia, tym bardziej że bardzo prawdopodobne było, że basior i tak go nie posłucha. Jednocześnie nie chciał się tak po prostu oddalić, jeśli cokolwiek się stanie, będzie zmuszony znowu tutaj wrócić, a to niepotrzebne nadrabianie drogi. Najskuteczniejszym pomysłem byłoby więc sprawić, by to Aeskeron sam chciał sobie stąd pójść. A na to miał nawet sposób. Poprawił delikatnie skóry, którymi był owinięty, tak, by nie utrudniały mu ruchów i jak gdyby nigdy nic, usadził się niedaleko "znajomego" nieznajomego. Jeśli uda mu się sprawić, by poczuł się niekomfortowo, prawdopodobnie sam prędzej czy później sobie stąd pójdzie. Ta taktyka zadziałała już w tylu przypadkach, że nawet nie wątpił w jej powodzenie. A co lepsze, nie wymagała od niego zbyt wiele wysiłku. Zwyczajnie będzie sobie tu siedział jak posąg bez słowa, zwrócony w stronę basiora. Ten teren i tak leżał w obrębie jego patrolu, więc mógł jednocześnie wsłuchiwać się w okolice, gdyby do czegokolwiek miałoby dojść.

< Elijas? Tak jakby trochę trwało żeby panowie się ponownie spotkali h-hah > 
 
Słowa: 1460 = 93 KŁ

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Od Kvischa CD. Spero

Jeśli albinos miałby powiedzieć, czego nienawidzi w życiu najbardziej, powiedziałby, że... Wróć, nie odpowiedziałby, i to nawet nie z tego powodu, że jest praktycznie niemową, zwyczajnie na myśl przyszłoby mu zbyt wiele rzeczy, by był w stanie wymienić tę jedną jedyną. W każdym razie sytuacja, w której aktualnie się znajdował, jak najbardziej należała do tej, jakże długiej listy. Starał się brać głębokie, spokojne oddechy, ale to skutkowało tylko okrutnym bólem i próbą powstrzymania kaszlu, która jedynie bardziej go nasilała. Wzdrygnął się nieznacznie, kiedy poczuł otaczającą go magię, ale starał się zachować względny spokój. Zdołał się przekonać, że osoba przebywająca z nim w pomieszczeniu nie ma złych zamiarów. Nie oznaczało to, że czuł jakkolwiek mniejszą odrazę do niej, ale przynajmniej mógł nieco spuścić z tonu. Powoli odzyskiwał w pełni świadomość, chociaż wciąż nieprzyjemnie szumiało mu w głowie. Czuł się, jakby ktoś rzucił go na wzburzone morze, a do dyspozycji miał jedynie podziurawioną łódkę, z połamanym żaglem. 
Teraz, kiedy emocje nieco opadły, mógłby nawet pomyśleć, że ostatnim razem zbyt agresywnie zareagował w stosunku do wadery, ale nie była to rzecz, która najbardziej go w tym momencie obchodziła. Zresztą, i tak byłaby to prawdopodobnie ostatnia rzecz na ziemi, którą postanowiłby przeanalizować. To zwyczajnie nie leżało w jego naturze - tak samo, jak bezczynne siedzenie. Zmieniając w końcu taktykę, skupił się na braniu płytszych, lecz równomiernych oddechów i powoli wsłuchiwał się w bicia własnego serca. Powoli i dokładnie szacował ilość toksyn w stosunku do krążącej w jego żyłach krwi - ostatnie, na czym mu zależało w tym momencie to dobranie złych proporcji. Na tym się już przejechał w życiu, nie raz prawie doprowadzając tym do swojej śmierci. Owszem, jest odporny na trucizny, ale nie składa się jedynie z nich, potrzebuje krwi do normalnego funkcjonowania tak jak każde inne zwierzę.
Nie mniej, tak jak się tego spodziewał, sam niewiele w tym momencie mógł zdziałać ze swoim aktualny stanem, co najwyżej nieco się znieczulić, co uznał jednak za zbędne. Przynajmniej na razie, nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja. Zresztą, nie był głupi, czuł, że jego ciało jest rozpalone i ledwo radzi sobie z nadmiarem własnych toksyn, nie będzie ryzykował dla chwilowej ulgi. Chociaż tym razem to już bardziej byłaby wieczna "ulga", gdyby tak kopnął w kalendarz - przeszło mu ponuro przez głowę, ale zaraz odepchnął od siebie te myśli. Na to jeszcze przyjdzie pora, a póki co musi się jeszcze trochę pomęczyć.
- fiolka... - syczący głos przeszył pomieszczenie, przełamując tym samym głuchą ciszę która nastała. Poczuł, że wadera drgnęła nieznacznie, jakby zastanawiając się chwilę.
-Śmierdzi siarką - dodał po chwili ze znużeniem, jakby reflektując się, że wypadałoby w jakiś sposób nakierować nieznajomą. Lecz poza tym, basior nie czuł potrzeby mówienia niczego więcej, wręcz oczywistym wydawało mu się, że chodziło mu o przyniesienie mu tej jednej konkretnej fiolki stojącej dokładnie jako druga od lewej na stole. Według niego domyśliłoby się tego nawet dziecko. Tym bardziej że był na tyle łaskaw, by nawet opisać jej zapach! Całe szczęście wadera należała do tych bardziej inteligentnych (lub co najmniej kumatych) i zaraz było słychać ciche stąpanie po lodowej podłodze. Słyszał, jak postać zatrzymuje się przy stole, lecz jej oddech jakby ustał, prawdopodobnie spowodował to nasilony odór trujących substancji, czym albinos ani trochę się nie przejął. W końcu był do nich przyzwyczajony jak do tlenu i nawet przez myśl mu nie przeszło, że komuś mogłoby to zaszkodzić. Mijały kolejne sekundy, lecz słychać było jedynie kolejne szklane naczynia przesuwane z wielką ostrożnością.
Gdyby mógł, przewróciłby w tym momencie oczami. Między innymi właśnie dlatego ciężko było mu się dogadać z innymi.
- na lewo - westchnął, kiedy usłyszał, że przesuwana jest właśnie fiolka stojąca tuż obok tej właściwej. Sukces. Znowu ciche kroki wypełniły echem salę. Tym razem czułe uszy basiora od razu wyłapały cichy, nieco przyspieszony oddech, jaki jest w zwyczaju robić osoba, która przez dłuższą chwilę go wstrzymywała. Co cię nie zabije, to cię wzmocni, jak to mówią, po co się przed tym bronić - zadrwił w myślach, ale odebrał podsuniętą mu pod nos miksturę i kiwnął nawet na ten gest głową. Przemieszał nieznacznie okrągłym ruchem nadgarstka zawartość i po chwili wypił duszkiem, nie krzywiąc się nawet przez moment. Mimo że smak był prawdziwie paskudny, gorzki, wypalający wręcz wnętrze pyska. Na dodatek posmak pozostawał na długo i nie szło się go pozbyć - chyba, że wypijając inny, równie obrzydliwy napój.
Delikatny dreszcz wstrząsnął ciałem basiora, jednak poczuł się nieco trzeźwiej, a co za tym idzie, nie miotało nim już tak we wszystkie strony. Zauważył, że nawet pogoda na zewnątrz nieco się już uspokoiła. Przez brak wielkiej wyrwy w ścianie nieco trudniej było to dostrzec, jednak zdecydowanie wiatr przestał tak gorliwie atakować lodowe ściany, wszystko ucichło. Wadera najwidoczniej również to dostrzegła. Przeciągnęła się lekko, coś pogrzebała i skierowała się w stronę wyjścia, mówiąc parę słów na odchodne, które jednak Kvisch równie szybko zdążył zapomnieć. Jak większość rzeczy, które nie miały dla niego większego znaczenia, ot, taki uparty typ i nic nie idzie na to poradzić. Ze znużeniem wyczekiwał jeszcze jakichkolwiek niepokojących dźwięków, kroków czy czegoś podobnego, lecz nie doczekawszy się niczego takiego, w końcu położył łeb na ziemi i oddał zasłużonemu odpoczynkowi. Jedyna myśl, jaka jeszcze przyszła mu do głowy zanim odpłynął, to że prawdopodobnie nie pójdzie jutro do pracy, a to znowu kolejna upierdliwa rzecz.

<dziękuje ślicznie za wątek>
Słowa: 864 = 48 łusek
 

środa, 11 listopada 2020

Od Kvischa - Event Halloweenowy - Quest I

Albinos westchnął ciężko, przewracając się przy tym na drugi bok i zagrzebując głębiej w swoim ciepłym posłaniu. Mimo że zdążył obudzić się już dobrą godzinę temu, za nic nie mógł zmusić się do wstania. Szczególnie w takie deszczowe i pochmurne dni jak dziś, najmniej miał ochotę ruszać się z miejsca. Nienawidził deszczu, od kiedy pamiętał, zawsze towarzyszyły mu przy tym bóle kości, ogólne złe samopoczucie, a przede wszystkim dręczyły go koszmary i wstawał przez to w złym humorze. O ile w ogóle wstawał. Ile to razy zdarzyło się, że przeleżał jak trup cały dzień, tylko dlatego, że taka była pogoda. Tak samo tej nocy, dręczyły go koszmary i złe przeczucie, jakby miało stać się coś niedobrego. Niestety - nie miało to osobiście dotyczyć jego, to wiedział na pewno. W końcu, gdyby to jemu miało przytrafić się coś złego, przyjąłby to z ulgą. Może w końcu w spokoju opuściłby ten przeklęty świat. Basior lubił tak sobie gadać, ale w gruncie rzeczy było to spowodowane niewyspaniem się i złym humorem. Nienawidził naprawdę wielu rzeczy, w tym prawdopodobnie najbardziej siebie samego, i choć większość z nich starał się dzielnie znosić, to poranki znajdowały się zdecydowanie w jego top 5 rzeczy do usunięcia z tego świata. O ile świat byłby wtedy prostszy. Co prawda poranek zaczynał się u basiora jakoś między trzynastą a czternastą rano, ale ciężko mu się było dziwić - biorąc pod uwagę jego tryb życia, cudem było, że w ogóle zdołał wstać przed szesnastą. Niemrawym kopnięciem, w akompaniamencie jadowitych syków i marudzenia na nie działające tak ja powinny kości, niczym obrażone dziecko, zrzucił z siebie grubą skórę niedźwiedzią, służącą za kołdrę i poczłapał do łazienki. Ochlapał pysk lodowatą wodą, próbując się jakkolwiek orzeźwić, a ta od razu zaczęła drążyć w jego futrze niewielkie tunele, jakby próbując jak najszybciej od niego uciec, co i tak zawsze kończyło się roztrzaskaniem o lodową posadzkę. Głupia woda, nie wie, jak działa grawitacja - skwitował ironicznie w myślach. Przegrzebał szybko wnętrze kufra, biorąc najcieplejsze ubrania, jakie w tej chwili posiadał, i szybko się w nie odział. Z niesmakiem przekalkulował w głowie, że niedługo będzie musiał udać się do miasta, bo większość jego skór doszczętnie się już zniszczyła, a kolejną rzeczą, której nienawidził, było zimno i nawet te parę kroków bez niczego na sobie, powodowały dyskomfort i dreszcze. Nie mówiąc już o odmrożeniach i powolnej śmierci, gdyby zdecydował się jednak udać gdzieś bez grubego odzienia w zimniejszy poranek. Że też zdecydował się mieszkać w takim miejscu, musiał być doprawdy masochistą. Swoją drogą, wiecie, co jeszcze znajdowało się w top 5 znienawidzonych przez niego rzeczy? Przyjęcia. Szczególnie te, z których nie da się wywinąć. Musiał przyznać, że bardzo sprytnym posunięciem było ustawienie mu zmiany tak, żeby miał, akurat dzisiaj, do patrolowania teren, na którym organizowany jest ten cały event. Jasne, że nikt nie chciał nosić na sobie tej odpowiedzialności, gdyby cokolwiek się stało, ale albinos był naprawdę ostatnią osobą nadającą się do tego typu rzeczy. Ale nie mógł się już z tego wycofać, każdy zdążył już wciąż wolne na ten dzień. Beznadziejna sprawa.
Mrucząc pod nosem sznury wyzwisk w stronę, sam nie wiedział kogo, opuścił mieszkanie i smagany zimnym wiatrem, który jakby zdawał się nigdy nie ustawać w tym miejscu, ruszył w stronę wielkiego, ciemnego lasu. Już sama myśl o przesiedzeniu całej nocy, w obecności tylu osób przyprawiała go o mdłości. Doprawdy, przecież nie bez powodu wybrał akurat robotę, w której kontakty z innymi mogą być ograniczone do minimum. Ostatni raz daje się w coś takiego wkręcić, jak Revari kocha, jeszcze jeden taki wyskok i rzuca to wszystko w cholerę. Ale nie było tego złego, miał już nawet plan jak uniknąć niepotrzebnego wciskania się między ludzi. Znajdzie sobie jakiś miły kącik niedaleko domu, osłonięty od wiatru i śniegu i tam przesiedzi tą całą bezsensowną imprezę. W końcu nie było powiedziane, że musi brać w niej udział, a jedynie ma pilnować, żeby nikt ani nic w niej nie przeszkodził. A to może robić równie dobrze oddalony o parę metrów od tego całego zbiegowiska, ufał swoim zmysłom, a wręcz uważał, że lepiej uda mu się skupić, jeśli nikt nie będzie mu się darł do ucha. Aż wzdrygnął się na samą myśl o tym.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy dotarł w końcu do docelowego punktu. Miejsce spowił już półmrok, dzięki szerokim konarom drzew, które skutecznie utrudniały dostęp do światła. Wewnątrz starego, zdającego się, jeszcze parę godzin temu opuszczonego domu, wydobywała się teraz wesoła muzyka i bez problemu usłyszeć można było głośne rozmowy osób tam zebranych. Wszyscy wydawali się dobrze bawić. Lampy zrobione z wydrążonych dyń zdawały się dodawać temu wszystkiemu magicznego, a nawet nieco przerażającego klimatu. A przynajmniej dla innych zebranych, ponieważ Kvischa obchodziło to tak bardzo, jak pojedynczy płatek śniegu, który upadł właśnie obok jego łapy. Basior usiadł w bezruchu za przewalonym, ogromnym pniem, który osłaniał go od nieprzyjaznej pogody i sam zdawał się w tym momencie niemal przypominać dekoracje. Nie poruszał się ani o milimetr, nie licząc rytmicznie podnoszącej się i opadającego klatki piersiowej, która jednak schowana była za grubymi skórami i nie sposób było tego wyłapać. Nie zdziwiłby się, gdyby ktoś podszedł zrobić sobie z nim zdjęcie, myśląc, że to posąg. Nieszczęśnik zdrowo by się rozczarował, a aparat wylądowałby parę metrów dalej. Prawdopodobnie roztrzaskany na kawałki.
Czas mijał nadzwyczaj spokojnie. Co prawda zimno dawało o sobie już powoli znać, ale zdążył się już do tego niejako przyzwyczaić. Wszystko zdawało się przebiegać pomyślnie. Wesołe okrzyki i śmiechy nasilały się z każdą mijaną godziną i każdym kolejnym wypitym kieliszkiem. Co chwilę ktoś wychodził, jedni, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, a inni, żeby odpocząć od hałasu panującego wewnątrz. Na szczęście nikt nie zwracał uwagi na basiora siedzącego w cieniu drzewa. Zresztą, prawdopodobnie nikt nawet go już nie widział, ponieważ słońce całkowicie zniknęło z horyzontu, a księżyc odbijał zbyt nikłe i liche światło, by cokolwiek zdołało przedostać się przez ogromny dach zrobiony z drzew i śniegu. Zresztą, takie warunki były dla niego wręcz idealne. No, może nie licząc tego parszywego zimna.
Niedługo miała wybić północ, a to oznaczało jeszcze tylko parę godzin do końca jego zmiany. Da radę. Albinos przeciągnął się lekko w miejscu, wykonując pierwszy ruch od długiego czasu i z niesmakiem wsłuchując się w strzelające stawy. Ciężko było mu już nawet nie raz odróżnić, czy to jego kości strzelają, czy śnieg trzeszczy pod łapami. A przecież nie był nawet taki stary!
Zaczął zastanawiać się nawet czy nie mógłby wytworzyć jakiejś trucizny, która w jakiś pozytywny sposób oddziaływałaby na jego kości, ale zorientował się, że ktoś zmierza w jego stronę. Odruchowo pochylił nieco łeb do przodu, jakby starając się swoją białą sierścią odznaczyć na czarnym tle i przekazać nieznajomemu "hej, tu już ktoś jest, nie podchodź", ale ten zdawał się zupełnie niezrażony. Był więc albo ślepy, albo głupi, jeśli nawet mimo dostrzeżenia nieprzyjaznej sylwetki albinosa, nie wycofał się.
- Hej, tak właśnie myślałam, że będziesz gdzieś w okolicy - Kvisch rozpoznał, choć zajęło mu to chwilę, wesoły głos wadery. Młoda pani medyk, z którą wcześniej miał okazję współpracować, stała właśnie przed nim, wesoło merdając ogonem. Skąd ona miała tyle energii - nie wiedział, ale chętnie poznałby jej sekret. Albo dilera, kto go tam wie. Chociaż do używek go nie ciągnęło - nie licząc własnej trucizny, o ile można było to w ogóle nazwać używką. W każdym razie basior milczał, tak jak zawsze zresztą wobec obcych i nie zapowiadało się, żeby miał zamiar kontynuować rozmowę. Nie wydawało się również, żeby słuchał - nawet nie drgnął na wypowiedziane w jego stronę słowa. A jednak to robił, czy to z poczucia obowiązku, czy też zwykłej nudy, bo niewiele działo się tutaj od paru godzin, i chociaż nie przeszkadzało mu to, nie wzgardziłby jakąś odmianą.
- Ludzie narzekali, że jakieś dziwne odgłosy dobiegają z piwnicy, wiesz, pewnie jakiś szczur się tam zaplątał, ale każdy boi się iść i sprawdzić - zachichotała zupełnie niezrażona. Basior przekręcił lekko głowę, jakby analizując wypowiedziane do niego słowa. Ma iść i zabić im szczura w piwnicy? Dobrze zrozumiał? Wadera jakby zauważywszy ten ruch, szybko dodała zmieszana.
- Znaczy, to nic takiego, nikt się tym zbyt poważnie nie przejmuje, w tym dniu to nawet daje to pewnego dreszczyku emocji, ale parę szczeniaków się rozpłakało i no... - zaczęła kręcić głową i zataczać łapą kółka, jakby się tego wstydziła. - poszłabym tam sama ale...
- Więc? - lodowaty ton basiora zbił przez chwilę waderę z tropu i aż zatrzymała w połowie wyciągniętą łapę w celu zatoczenia kolejnego kółka.
- Chodzi o to, że się boję - westchnęła, jakby zrezygnowana oschłą postawą basiora.
- Nie poszłabyś - nie dokończył już zdania, jakby i tak zmęczony ilością słów, które wypowiedział.
Osoby, które słyszały wypowiedzi Kvischa z boku, zapewne musiały uważać go za niespełna rozumu, ale on zdawał się na to zupełnie nie zważać. Dla niego to jedno krótkie "nie poszłabyś" kryło za sobą więcej, niż ktokolwiek zdołałby wypowiedzieć. Ale niewiele osób było w stanie do dostrzec.
Wstał powoli, otrzepując się ze śniegu, który zdążył na niego napadać przez ten czas i niemrawym krokiem ruszył w stronę budynku. Miał nadzieję, że uda mu się uniknąć wchodzenia tutaj przez cały czas trwania imprezy, ale przecież szczur w piwnicy to tak ważne zadanie przeznaczone wprost dla niego. Gdy tylko przekroczył próg, a wraz z nim wadera, która zdawała się nie odstępować go na krok, wybiła północ, a wraz z nią, zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Momentalnie zgasły wszystkie światła, jakby ktoś tylko czekał, żeby co do sekundy wyjąć tę jedną wtyczkę odpowiedzialną za prąd w całej okolicy. Ale nie tylko to było przyczyną paniki, która nagle zapanowała dookoła. W momencie zgaśnięcia świateł, niebo przecięła, zdawałoby się najjaśniejsza ze wszystkich, błyskawica i nawet basior wzdrygnął się na huk, jaki po niej nastąpił. Dosłownie zabrzmiało to, jakby niebo rozdarło się na dwie części. A to nie wróżyłoby nic dobrego. Utarło się raczej, że bogowie schodzą wraz z pięknymi dźwiękami harf i anielskich trąbek niesionych przez małe potulne aniołki. A przynajmniej ci dobrzy. Ciemność, w przeciwieństwie do pozostałych zgromadzonych, nie zdołała jednak oszukać czujnych zmysłów Kvischa. Cofnął się szybko pod najbliższy filar, nie tyle ze strachu przed nadnaturalnymi siłami, co przez chęć pozostania niestratowanym przez oszalałe ze strachu wilki, próbujące jak najszybciej dostać się do wyjścia. Lecz było to daremne, mimo że basior dopiero co przez nie przeszedł, teraz zdawały się zamknięte, i to dość solidnie, bo pomimo wielu wilków napierających na nie całą swoją masą, pozostały niewzruszone. Jakby jakaś magiczna siła za wszelką cenę, nie chciała pozwolić, by ktokolwiek opuścił ten dom. Ale basior nie czuł żadnej negatywnej energii płynącej z pomieszczenia, nie było też mowy, by ktoś przed chwilą używał tutaj swoich mocy - z pewnością pozostawiłby po sobie skąd w postaci delikatnej woni. Wtedy nastąpiło coś jeszcze - z piwnicy dobiegały jakieś szepty jakby jakieś złowrogie inkantacje albo nieznany mu dotąd język. Doprawdy, basior pierwszy raz słyszał coś takiego.
- Uspokójmy się wszyscy - dało się słychać głośne nawoływania jednego z wilków, prawdopodobnie organizatora całej imprezy, ale wszyscy byli na tyle zajęci paniką, że zupełnie nie zwrócili na niego uwagi. Zresztą nie tylko na niego, wśród krzyków paniki, czułe uszy Kvischa mogły bez trudu wyłapać także co rusz ciche skomlenia, pisknięcia i okrzyki bólu wpadających na siebie, czy też na ściany, bezmyślnie wilków. Albinos wziął głęboki wdech i zaparł się łapami o podłogę, próbując odzyskać trzeźwość umysłu. Co chwila ktoś wpadał na niego, wyrywając go z koncentracji i sprawiając, że sam tracił spokój, nie mówiąc już o poczuciu bezpieczeństwa. Tylko w przeciwieństwie do tłumu, jego nie przerażały te zjawiska paranormalne, a ich własna panika i liczebność.
- Starczy - donośny, ostrzejszy niż żyletka głos rozległ się w głowach każdego znajdującego się w pomieszczeniu stworzenia. Basior dyszał już ciężko, walcząc z wymiotami. Ale podziałało, wszyscy jakby znieruchomieli. Ślepy wilk wziął jeszcze parę oddechów i wyprostował się w końcu.
- Sssskończeni idioci - syknął do tłumu i ruszył w stronę piwnicy. Wiedział, że długo tak nie ustoją w miejscu i wystarczy, że cokolwiek wyda głośniejszy dźwięk - choćby gałąź uderzy o okno, i wróci ten cały chaos. Więc musiał się streszczać, cokolwiek by to nie było.
Albinos szedł powoli, uważnie wykonując każdy krok, by nie narażać za bardzo spróchniałych, nadgryzionych zębem czasu schodów. Ostatnie, o czym marzył w tej chwili to wylądowanie z rozmachem w tej cuchnącej, zimnej i wilgotnej piwnicy. Szepty nasilały się, a to oznaczało, że idzie w dobrym kierunku. Jego nozdrza rozszerzały i kurczyły się co chwilę, wyłapując bardzo delikatną woń, która mieszała się z silnym odorem grzyba i pleśni, przez co tracił co chwilę trop. Zresztą, był to bardzo specyficzny zapach. Z jednej strony delikatny i ledwo wyczuwalny, a z drugiej zdawał się ostry, jakby wdychał pieprz, jakby wypalał go od środka. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, ponieważ jednocześnie miało ochotę wdychać się go więcej i wcale, a to były zbyt sprzeczne uczucia, by Kvisch był w stanie je zrozumieć, a co więcej, zaakceptować. Schylił łeb i przezwyciężając odrzucenie wywołane ostrym odorem bijącym od pomieszczenia, zaczął kierować się w stronę, jak mu się wydawało, przyczyny tego całego zamieszania. Wydawało mu się w pewnym momencie, jakby piwnica była nieskończona, a on sam, jakby wrzucony do czarnej dziury, błądził bezsensu. Zastanawiało go, czy to coś, porusza się równie swobodnie w tych ciemnościach co basior. Nie zapowiadało się na to, co chwilę słyszał dookoła ciche chichoty jakiejś istoty, ale udało mu się zauważyć, że porusza się cały czas w tym samym kierunku - jakby zataczała koła wokół basiora. A to mogło oznaczać, że zna tylko drogę, którą już wcześniej przeszła i nie zamierzała ryzykować nadzianiem się na jedną z wielu skrzyń znajdujących się na podłodze. Kvischowi niewiele zajęło wyczucie, gdzie i w którym momencie będzie znajdować się istota, by jak najszybciej i najskuteczniej zaatakować. Teraz czekał już tylko aż po raz kolejny okrąży jego sylwetkę i znajdzie się w miejscu, gdzie basior był pewien, nie znajdowała się na jego drodze żadna przeszkoda. Był cierpliwy - i szybki. Rzucił się w kierunku, w którym, jak uważał, znajdowało się całe źródło nieszczęść i zatrzasnął na tym szczęki, które teraz zdawały się niemal metalowymi zatrzaskami, z których nie było ucieczki. Jak na zawołanie, wszystkie szepty ucichły, a światło rozbłysło dookoła jakby jeszcze silniej niż poprzednio. Oprócz tego dało się usłyszeć głośny pisk. Dopiero w tym momencie basior zdał sobie sprawę, z czym właściwie miał przez cały czas do czynienia.
- Puść mnie ty głupi psie, puszczaj mówię - głośny, niemal piskliwy głos nie bardzo pasował do stworzenia, które znajdowało się w jego paszczy. A był to chochlik, który najwyraźniej uznał za cudowny pomysł, by wyjść i zabawić się właśnie tej nocy, właśnie w tym miejscu. Może nawet było to wcześniej zaplanowane. Ale albinos nie rozluźnił uścisku, zamiast tego, powolnym krokiem ruszył na górę, gdzie również wróciło już światło, a wszyscy zdawali się nieco bardziej opanowani i uspokojeni. Przynajmniej na tyle, by nie próbować już uciec za wszelką możliwą cenę, tratując przy okazji wszystko na swojej drodze. Wszystkie oczy zdawały się skierowane w jego sylwetkę i nie podobało mu się to. Rzucił szybko stworzeniem przed tłum, jakby starając się najszybciej jak to możliwe zakończyć swój udział w całej tej akcji i ze schylonym łbem ruszył jak gdyby nic w stronę wyjścia. Sprawa była wyjaśniona. A przynajmniej dla niego. Ale nie wszyscy myśleli jak Kvisch - ba, jedynie pojedyncze wilki zdawały się zrozumieć, co właśnie zaszło. Wśród tłumu dało się usłyszeć ciche szepty.
- Pingwin? Nigdy nie widziałem tu żadnego - niepewny głos wydostał się z tłumu
- To wydra idioto, nie widzisz tego ogona? - odpowiedział ktoś inny i zdzielił tamtego po plecach. Oboje nie mieli racji, ale basior nie zamierzał silić się na tłumaczenia. Dla niego jasne było, że to chochlik i tyle mu wystarczyło.
Zresztą, w tym momencie skończyła się zmiana Kvischa, a tym samym jego zainteresowanie tą sprawą. Od teraz mogło się dziać wszystko - jemu zależało już tylko na dotarciu do domu i położeniu się w ciepłym, wygodnym łóżku. Czuł, że pierwszy raz od dawna zaśnie naprawdę twardym snem i nic nie będzie w stanie mu przeszkodzić w zasłużonym wypoczynku. 



Treść questu:

Udajesz się na przyjęcie z okazji Święta Duchów, które zostało zorganizowane w stojącym w środku lasu wielkim, nadszarpniętym zębem czasu domu. Wszystko jest ozdobione adekwatnie do święta, wejścia bronią wydrążone dynie, w kątach przy suficie rozciągają się pajęczyny. Wszyscy uczestnicy przyjęcia doskonale się bawią w tym nawiedzonym domu... Do czasu, aż wszystko idzie nie tak, jak powinno. Bo wraz z wybiciem północy dzieje się kilka rzeczy na raz - gasną wszystkie światła w okolicy, niebo przecina błyskawica, a powietrze zaczynają wypełniać niepokojące szepty. Wilki ogarnia panika... Co się stało, co jest źródłem tych niepokojących zjawisk? Ktoś musi przecież to zbadać, a tymczasem wszyscy zdają się być zbyt przerażeni, by się tego zadania podjąć... Gdy cała budowla zaczyna drżeć, zdaje się, od czegoś, co znajduje się w piwnicy strasznej rudery, decydujesz się wziąć sprawy w swoje łapy. Czy uda Ci się dowiedzieć, co, lub kto, stoi za niepokojącymi zjawiskami?

Minimum 2000 słów
Nagroda: 200 KŁ

wtorek, 29 września 2020

Od Kvischa CD. Elijasa

Basior drgnął nieznacznie, gdy poczuł elektryczne napięcie po przeciwnej stronie stołu. Od dłuższego czasu wydawało mu się, że słyszy coś jakby bardzo delikatne strzelanie, czy też lepiej powiedzieć, wyładowania elektryczne, jednak nie był pewny, co było ich źródłem. W tawernie było tłoczno i głośno, stąd też ciężko było mu się skupić na tej jednej, tym bardziej że ledwo słyszalnej rzeczy, a irracjonalnym zdawało mu się podejrzewanie od razu o to basiora. Teraz wszystko zaczęło mu się jednak układać w składną całość, przypomniawszy sobie zresztą o jednej osobie, z którą miał niegdyś styczność, a która przejawiała podobne cechy. Nie był miłośnikiem posiadaczy umiejętności związanych z elektrycznością, ale nie był również zachwycony, że basior jest Aeskeronem i na dodatek śmierdzi wczorajszym alkoholem, więc ten szczegół zdawał się niejako znikać w tłumie rzeczy, których nienawidzi. Zresztą, trafienie na osobę, która nie miałaby chociaż jednej rzeczy z jego czarnej listy, było chyba niemożliwe. W końcu basiorowi przeszkadzało wszystko i wszyscy, wliczając to jego własną osobę. 
- Jeśli chodzi o zapłatę... - wilk przerwał na chwilę konsumpcje, nie odrywając jednak łba od talerza. Przez krótką chwilę analizował jeszcze raz wszystkie za i przeciw takiej wymiany, by być stu procentowo pewnym swojej decyzji. Właściwie miał się zgodzić, wpuścić jakiegoś obcego typa do domu i stać w bezruchu przez parę godzin dziennie. Nie, żeby to drugie mu specjalnie przeszkadzało, spędzał tak większość dnia, a jego dom to i tak była zajęta chwilowo opuszczona komnata w starym, rozpadającym się pałacu, jednak sama myśl o spędzeniu takiej ilości czasu z zupełnie obcą mu osobą, gdzie powinien się wyspać, chcąc iść w pełni trzeźwym umysłowo na wartę... Nie była specjalnie zachęcająca. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę przysługę, jaką by zyskał, mogłoby mu to co nieco wynagrodzić... Wciąż, nie miał jednak pewności czy będzie to wszystko warte. Przysługa, o którą miał go prosić, stała pod wielką niewiadomą, nie wiedział bowiem jakie informacje może dzięki temu pozyskać... Jeśli okażą się zupełnie nieprzydatne bądź fałszywe, będzie to masa nieodwracalnie straconego czasu. Jednak z drugiej strony, jeśli istniał, chociaż cień szansy, że wszystko zakończy się sukcesem, to albinos zdawał się gotowy na takie poświecenie. 
Po chwili milczenia, basior jak gdyby nigdy nic zaczął kontynuować. 
-...interesuje mnie treść pewnej książki - mruknął, sunąc powoli łuskowatym ogonem na bok. Na chwilę w przestrzeni między wilkami zawisła cisza, która szybko została przerwana przez Elijasa. 
- Mam ci ją... przeczytać? - spytał ze zwątpieniem w głosie Aeskeron. Gdyby albinos miał oczy, spojrzałby nimi w tej chwili z politowaniem na rozmówce. Ale nie miał - i to właśnie stanowiło cały problem. Cisnęły mu się na usta odpowiedzi w stylu "nie cholera jasna, zatańczyć" ale wydało mu się to zbędnym komentarzem. Basior i tak sam już sobie odpowiedział na zadane pytanie. Pozostał więc w bezruchu i jedynie czekał na jakąkolwiek dalszą reakcję. 
Jego ciało zesztywniało nieznacznie w pewnym momencie i choć nie było tego widać na pierwszy rzut oka, basior wewnętrznie aż skręcił się z bólu. Jego żołądek właśnie postanowił wywrócić się do góry nogami i toczyć zaciekłą wojnę między wszystkimi pozostałymi organami tańcząc przy tym kankana w glanach. Zabawne jak własny organizm potrafi tak się buntować przeciwko właścicielowi. Albinos na ogół przestrzegał ścisłej diety, by nie doprowadzać do takich sytuacji, jednak i tak mało prawdopodobne było, by mieli odpowiednie składniki w pierwszej lepszej karczmie, a w domu i tak nie miał żadnych zapasów, więc zdawał sobie sprawę, na co się pisze od samego początku. Nie mniej, bolało go niemiłosiernie i ledwo powstrzymywał się od grymasu na pysku. A przynajmniej, większego grymasu, bo niezadowolony wyraz pyska towarzyszył mu przez cały czas, od momentu przekroczenia bram miasta. Jedyne co mógł więc w tym momencie zrobić, to dyskretne zwiększenie sobie dawki znieczulających toksyn, i pozostanie w dalszym bezruchu. 
Jego rozmówca zakołysał się lekko na boki i odchrząknął po chwili. 
- w porządku, jaki tytuł cię interesuje? - basiorowi ponownie przesunął w zniecierpliwieniu i stresie ogonem na boki, i choć zebrał tym samym sporo brudu z podłogi, to zdawał się tym specjalnie nie przejmować. Problem tkwił w tym, że nie znał tytułu. Razu pewnego, sunąc między regałami w bibliotece, wyczuł dziwną energię bijącą od jednej z ksiąg, jednak nie miał czasu bliżej się jej przyjrzeć. Miał nadzieję udać się tam jeszcze raz, jednak nigdy nie miał okazji, zresztą z samą książką też nic by nie zrobił. Miał przeczucie, że skrywa ona coś, co może mu się przydać. Czuł to. Od tamtego zdarzenia minęło jednak parę miesięcy, nie miał nawet pewności, czy książka dalej się tam znajduje. Z drugiej strony, nawet jeśli nie ta, to na jego liście znajdowało się jeszcze parę ksiąg, o których wiedział nieco więcej, jednakże nie ukrywał, że to właśnie ta najbardziej go zainteresowała. W każdym razie basiorowi i tak nic było po samym tytule, kiedy przyjdzie co do czego, albinos sam zadba o to, by książka była w jego łapach. Nie odpowiedział więc na pytanie, a jedynie skinął głową, kończąc tym samym zarówno rozmowę, jak i posiłek, choć na talerzu zostało jeszcze dobre pół obiadu, którego z przyczyn zdrowotnych nie był w stanie już dokończyć. Zdawało się, że wyczerpał właśnie miesięczny limit energii na integracje z innymi i dopadło go już zmęczenie. Zresztą, nie uważał, by cokolwiek jeszcze wymagało większego omówienia, a przynajmniej, nie było to tak pilne, by nie można było tego przełożyć do następnego spotkania. Podniósł się więc z siadu i bez słowa, jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę wyjścia z karczmy. Głosy w pomieszczeniu jakby nagle ucichły nieco, a ciekawskie spojrzenia znów wbiły się w jego sylwetkę, jednak nie na długo, bo zaraz wszyscy znowu wrócili do własnych spraw, widocznie niezainteresowani już tak bardzo jak poprzednio. Ten zresztą niewiele już zwracając na to uwagi, czy to ze zmęczenia, czy nieco przytępienia umysłu spowodowanego zdecydowanie zbyt wielką dawką toksyn w jego ciele, wyszedł, nie obracając się za siebie. 
Dopiero gdy zamknęły się za nim drzwi, mógł w końcu nieco odetchnąć. Pogoda nieco pochłodniała, choć może po prostu zdążył przyzwyczaić się do ciepła, jakie panowało w pomieszczeniu. Nie do końca zdawał sobie chyba sprawę, z tego, w jak niezręcznej sytuacji postawił swojego rozmówcę, ale skoro tamten chciał z nim współpracować, nawet jeśli tylko przez pewien czas, to musiał być gotowy na takie "wyskoki" z jego strony, czy też częste milczenie. Niewiele wilków to wytrzymywało, więc sam fakt, że dotarli do tego momentu, zdawał się imponujący. Jedyne, nad czym się zastanawiał, to czy Aeskeron w ogóle dotrze do jego miejsca zamieszkania, w końcu jedyną wskazówką, jaką po sobie zostawił, było to, że mieszka w dystrykcie III, który do najmniejszych nie należał. O to jednak nie zamierzał się zbyt długo martwić, w końcu nie zależało mu na tej robocie tak bardzo, jak Elijasowi, poza tym, albinos wyczuje go, jeśli będzie w okolicy, w końcu jego węch jeszcze nigdy go nie zawiódł. Nie był w stanie stwierdzić, czy samo wyczucie jego obecności sprawi, że będzie chciało mu się ruszyć z łóżka i iść po niego, tonąc po łokcie w śniegu, ale przynajmniej brał tę możliwość pod uwagę. Chłodny wiatr przeszył nieprzyjemnie ciało basiora, jakby starając przeniknąć go aż po same kości, przez co owinął się szczelniej skórami i zniżając prawie do samej ziemi łeb, jak to miał w zwyczaju, przyspieszył kroku. Wyglądał w tym momencie nieco jak ogromna, futrzasta jaszczurka. Taki typ przemieszczania się jednak jak najbardziej mu odpowiadał, potrafił dzięki temu odpowiednio bilansować zarówno ciałem, jak i ogonem w taki sposób, by jak najefektywniej unikać przeszkód, jednocześnie nie tracąc tempa. W końcu do jego domu był kawałek drogi, a nie zamierzał marnować więcej czasu na przemieszaniu się z punku A do punktu B. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, czy nie skorzystać z pustej torby i udać się jeszcze szybko na dobrze znaną mu polanę, by zebrać parę ziół, które uspokoiłyby jego nerwowy żołądek. Nie było to jego ulubione zajęcie, ale też nie nienawidził tego - pozwalało mu się to uspokoić, poza tym bez problemu potrafił wyczuć potrzebne ziele nawet spod grubej warstwy śniegu. Po chwili namysłu stwierdził jednak, że jest na to zbyt zmęczony i wystarczy, że się prześpi i jakoś to wszystko będzie. Tak właściwie wygląda całego jego życie, jeśli coś jest nie tak, trzeba się przespać i jakoś żyć z tym dalej. 
Kiedy dotarł w końcu na miejsce, od razu zrzucił z siebie przemoknięte skóry i zakopał się w swojej norze, zwanej łóżkiem. Zostało mu jeszcze dobre parę godzin do warty, które postanowił spędzić na porządnym odpoczynku, niezakłócanym przez nikogo. Tym bardziej, że wciąż szumiało mu w głowie i nie mógł wyrzucić z umysłu wydarzeń z dzisiejszego dnia. Tak mocno wyprowadziło go to wszystko z rytmu, że nie był w stanie zmrużyć oka aż do zmroku. Jedyne co mu pozostało w tej sytuacji, to mieć nadzieję, że przedstawiciel jego gatunku nie postanowi z samego rana zawitać u niego i uda mu się trochę odespać. W innym wypadku jego humor będzie jeszcze paskudniejszy niż był tego dnia.

<Elijas?>


Słowa: 1462 = 93 KŁ

piątek, 15 maja 2020

Od Kvischa CD. Elijasa

Od niedawna, basior wstawał w nieco lepszym humorze niż zazwyczaj. Choć nie dało się tego stwierdzić po wyrazie pyska, na którym zawsze gościł beznamiętny grymas. Wewnętrznie czuł jednak, że powoli przyzwyczaja się do tego miejsca. Tym bardziej że dzięki załatanej ścianie, był w końcu w stanie nieco wypocząć i zregenerować siły. Nie przeszkadzał mu w tym ani świszczący wiatr, ani przenikliwe zimno, które nie dostawało się już pod grube skóry w jego legowisku. Stanowiło to idealne dla niego ukojenie, a spokój, który temu towarzyszył, naprawdę dobrze na niego wpływał. I choć poranek ten wydawałby się wręcz idealny, to albinosa wyraźnie coś trapiło. Parę dni temu, medyk, który niegdyś opatrzył jego rany, wystosował prośbę, by ten użyczył mu parę fiolek z jego jadem. Oczywiście, miał własne preparaty i zioła, ale sporządzanie ich zajmowało nieraz bardzo dużo czasu, a dodatkowo chciał jakoś je udoskonalić. A przynajmniej tak tłumaczył swoją prośbę. Nie mógł odmówić, ze względu na otrzymaną wcześniej pomoc, jednak mimo nalegań, by medyk sam pofatygował się po nie do jego domu, ten uparcie twierdził, że ma ostatnio urwanie głowy i nie da rady udać się tak daleko, a są mu pilnie potrzebne. Basior nie był zadowolony z wizji odwiedzania miasta, ale nie był typem osoby, która zignorowałaby prośbę jedynie z tego powodu. Przygotował więc parę fiolek z truciznami o pożądanych przez medyka działaniach, a nawet dodał coś w gratisie od siebie. Wszystko poukładał delikatnie w torbie, mając na uwadze, że będzie potem musiał wszystkie potem słownie opisać, by przypadkiem nikt się nie pomylił. W końcu nie był w stanie w żaden sposób oznaczyć, czy podpisać naczyń, musieli zająć się tym sami. Nie marnując więcej czasu i chcąc wyrobić się przed południem, owinął się szczelnie skórami i przepasając torbę na biodrach, ruszył w drogę. Pogoda sprzyjała jego podróży i choć wiatr towarzyszył mu przez większość drogi, to wyjątkowo był nad wyraz delikatny, a na dodatek wiał od pleców, jakby chcąc wspomóc go, pchając go nieustannie do przodu. Nawet przez moment słońce wyłoniło się zza chmur, oddając nieco swojego ciepła i ogrzewając zmarznięte kości wilka.
Albinos zatrzymał się więc dopiero przed wejściem do miasta. Nieprzyjemny ból ścisnął wpierw jego serce, by zaraz potem przenieść się na żołądek. Szczerze nienawidził takich skupisk, obecność innych osób przyprawiała go o mdłości i zawroty głowy. Chociaż i tak było o wiele lepiej, niż kiedy przybył tu po raz pierwszy. Dobrze pamiętał ten dzień, stanął wtedy jak wryty, czuł się całkowicie bezsilny i zagubiony, kończyny odmawiały mu posłuszeństwa, a rozsądek kazał schować się albo uciekać jak najdalej. Wyczuwalna obecność tylu stworzeń przeraziła go do tego stopnia, że wszystko skończyło się wylądowaniem zawartości żołądka w pobliskich krzakach, a on sam przez następny tydzień nie opuszczał swojego mieszkania. Teraz, choć dalej z dozą niepewności, był już w stanie jakoś znieść tak liczną obecność innych osób, choć dalej wymagało to od niego wiele samozaparcia.
Chociaż gdyby nie te przeklęte próbki jadu, o które go poprosili, z pewnością by się tu dzisiaj nie zapuszczał. Przełknął powoli ślinę i wziął głęboki wdech, po czym, jakby próbując wtopić się w tło, zniżył głowę i zaczął kierować się przed siebie. Przemieszczał się skryty pod cieniami budynków, niemal nie nabijając się na ściany, w które jakby starał się przeniknąć. Niestety nie posiadał mocy, która pozwoliłaby mu zniknąć z pola widzenia przechodniów, nad czym całe życie ubolewał. Całe szczęście, o tej porze nie było jeszcze zbyt wielu ludzi, większość zajęta była albo pracą, albo domowymi obowiązkami. Nieliczni przechodnie mijali się na ulicy, jednak na szczęście nikt nie zwracał specjalnej uwagi na okrytego futrami aeskerona. Jak najbardziej mu to odpowiadało, jednak i tak zachowywał nadzwyczajną ostrożność.
Cel podróży, z tego, co pamiętał, był niedaleko centrum, ale dzięki temu dojście tam i znalezienie odpowiedniej lokalizacji nie zajęło mu więcej niż 15 minut. Nawet mimo niewielkiej wiedzy na temat rozmieszczenia budynków w tej okolicy, dotarcie na miejsce nie sprawiło basiorowi większego problemu. Wręcz ciężko było ominąć biały, sporej wielkości budynek, czuły węch basiora już z daleka wyczuł z wnętrza smród leków. Wszedł niepewnie do dość obszernego holu i od razu został przywitany przez donośny głos wadery, która akurat tamtędy przechodziła.
- O, to ty jesteś zapewne tym od trucizn! Ciężko cię z kimś pomylić - zaśmiała się i zaprosiła go gestem łapy do środka. Wyjaśniła mu pokrótce, że medyk, który się z nim kontaktował, musiał pilnie udać się do chorego, ale ona z radością go zastąpi. Jak dla albinosa, dziewczyna była nieco zbyt energiczna, co chwila po jego ciele przebiegał niekontrolowany dreszcz, gdy zaczynała co bardziej ekspresyjnie wymachiwać łapami przy opowiadaniu czegoś. Gdy jednak zaprosiła go do osobnego pomieszczenia i zabrali się w końcu do pracy, nagle z rozbieganego, podekscytowanego dziecka, zmieniła się w skoncentrowaną i bardzo dokładną osobę, co o wiele bardziej odpowiadało basiorowi.
Pobyt w tym miejscu, mimo największych chęci ukrócenia go do absolutnego minimum i tak dość mocno się przeciągnął. Dokładne opisywanie wszystkich fiolek pochłonęło zdecydowanie najwięcej czasu, szczególnie biorąc pod uwagę, że co chwilę ktoś wchodził w "bardzo ważnej sprawie niecierpiącej zwłoki" przez co musieli robić co jakiś czas przerwę. W końcu jednak basior mógł odetchnąć z ulgą, gdy pani medyk skończyła sporządzać opis ostatniej trucizny.
- Jeszcze raz bardzo dziękuje - ciepły głos wadery rozniósł się echem po pomieszczeniu. Albinos nic nie odpowiedział, jedynie skinął głową w jej stronę i podniósł się z siadu. Kości już go zaczynały boleć od nadmiernego siedzenia w jednej pozycji. Całe szczęście, wszystko było już gotowe i mógł ruszyć w drogę powrotną, by zaszyć się w końcu w swojej małej kryjówce. To była jedyna rzecz, o której marzył od samego momentu opuszczenia domu. Zagrzebać się pod stertą ciepłych futer i nie wychodzić aż do rana albo i dłużej. Słysząc, zbliżające się do tego miejsca kroki, prawdopodobnie kolejnego klienta, zawinął się ponownie w skóry i opuścił to miejsce, nim ktokolwiek zdążył zauważyć. Zupełnie, jakby go tam nigdy nie było.
Teraz nieco żwawiej i pospiesznej przemieszczał się przez miasto, czując, jak coraz więcej osób gromadzi się na ulicach. Dochodziło południe, ale to dla tych larw to najlepszy czas, do wypełznięcia na powierzchnię. Chcąc nie chcąc, co jakiś czas musiał przystanąć, by złapać oddech i uspokoić usilnie próbujące opuścić jego ciało serce. Wyczuł po chwili obecność wilka na jego drodze, przez co odruchowo zwolnił i jeszcze bliżej przycisnął do ściany. Po prostu go ominie, tak jak wszystkich i pójdzie dalej, nic trudnego, prawda? Czuł na sobie jego przenikliwe spojrzenie, jednak starał się to zignorować. Tłumaczył sobie to zwykłą ciekawością spowodowaną nietuzinkowym wyglądem basiora niczym więcej. W końcu przyzwyczajony był, do wędrujących w jego stronę spojrzeń, choć nie były one zwykle aż tak natarczywe.
Po prostu mnie nie zaczepiaj, nie zaczepia- usilne błagania w głowie basiora zostały brutalnie przerwane przez śmierdzącego farbą i alkoholem nieznajomego. Kolejny bezdomny trudniący się w budownictwie? Albinos naprawdę nie miał najmniejszej ochoty słuchać kolejnych wywodów na temat ciężkiego życia meneli ani tym bardziej marnych prób wyłudzania pieniędzy. Nawet ich za wiele ze sobą nie zabrał, więc i tak próby te byłyby nadaremne. Nie gardził tymi osobami, każdy niech żyje swoim życiem, ale niech nie zawracają jego zmęczonej głowy. Spróbował zwinnie ominąć intruza, jednak ten jakby specjalnie zastąpił mu drogę.
- Moje imię to Elijas Ragnarook Marath, z rodu Seresshmir, jestem malarzem - zaczął swój, trwający dla albinosa wieczność, wywód. Nic nie mówiło mu ani jego imię, ani tym bardziej ród, z którego się wywodził. Za to już doskonale wiedział, że basior nie da mu spokoju. Kvisch jednak również nie zamierzał się tak łatwo poddać i dać wciągnąć w kolejną sprawę, która go nie dotyczy. Już nawet obmyślał w głowie wymówki, którymi mógłby się zasłonić i drogi, którymi najszybciej mógłby się stąd wydostać.
- Proszę mi wybaczyć bezpośredniość, jednak potrzebuję konkretnie pana, aby go namalować. To dla mnie nadzwyczaj istotne. Zapłacę - basiora na ułamek sekundy zamurowało, jednak zaraz odzyskał trzeźwość umysłu. Czy on naprawdę uważa albinosa za idiotę? Chęć namalowania jego osoby, nie dość, że zdawała mu się wybitnie podejrzana, szczególnie biorąc pod uwagę ogólnie znany i niezachęcający wygląd basiora, to jeszcze bijący od nieznajomego odór alkoholu... Nie znał się na sztuce, na swej drodze nie spotkał również zbyt wielu osób pałających się tym fachem, jednak jego postać nie wzbudzała zaufania. Na dodatek, ta propozycja była przesiąknięta tak absurdalnie silnym zapachem oszustwa, że albinos aż skrzywił się w duchu.
- Na co mi twoje pieniądze - zasyczał. Jego postawa, choć złagodniała, dalej była niechętnie nastawiona wobec "artysty". Skąd miał mieć pewność o jego uczciwości? Być może zaoferuje mu portret, za który potem będzie musiał zapłacić. Dobre sobie! On nawet nie będzie mógł zrobić z tego użytku! Równie dobrze mógłby oddać mu płótno pomalowane całe na biało i powiedzieć, że to albinos w czarnym fraku na drogiej łajbie, a basior i tak by się nie zorientował. On nawet nie wie, jak wygląda czarny frak. Jednak Elijas, bo tak się przedstawił, nie dawał za wygraną i zaproponował zapłatę w inny sposób. Wyraził również chęć kontynuowania dyskusji na swój rachunek w karczmie. Albinos z początku chciał natychmiastowo odmówić, jednak coś go tknęło, by to jednak jeszcze przemyśleć.
Zaintrygowała go możliwość, o której wspomniał nieznajomy, a dokładniej, odpłacenia się w inny sposób. Taka zapłata była cenniejsza dla niewidomego, bo niektórych rzeczy nie dało się ot, tak dostać. Jednak czy było coś, czego by aktualnie potrzebował? Wszystko, co było mu potrzebne do życia, mógł zdobyć sam, ewentualnie kupić na targu... Oprócz jednej drobnej przysługi, za którą faktycznie od jakiegoś czasu się oglądał.
Dalej pozostawała jednak kwestia karczmy, która nie wydawała się basiorowi specjalnie spokojnym miejscem, a już na pewno nie zachęcała go, by tam się udać. Kojarzyła mu się z przepychem i tłumami pijanych, przekrzykujących się nawzajem wilków. Prawdopodobnie o tak, w miarę wczesnej porze, większość z nich, jeszcze prawdopodobnie odsypia po wczoraj i nie ma zbyt wielkiego tłumu, prócz garstki klientów, którzy udali się tam by, podobnie jak w planach Maratha, skonsumować jakiś ciepły posiłek. Takie miejsca budzą się do życia po zapadnięciu zmroku, a do tego brakowało jeszcze co najmniej paru godzin. Wciąż, myśl o udaniu się do zamkniętego pomieszczenia, w którym siedzi prawdopodobnie paręnaście osób, nie była dla niego zbyt zachęcająca. Nawet biorąc pod uwagę, że basior był skąpcem i wizja posiłku za darmo nie wydawała się aż tak okropna, a jego żołądek od rana nie został napełniony niczym prócz odrobiny wody. W domu zresztą też skończył mu się wszelkie zapasy. Basior westchnął ciężko, czując się coraz bardziej przekupiony. Potrząsnął głową i skierował pysk na sylwetkę nieznajomego.
- Nie do karczmy. Za dużo ludzi - odpowiedział oschle. Przypomniał sobie, że kiedyś, mijał na skraju miasta niewielki zajazd, w którym wyjątkowo nie dało wyczuć się zapachu alkoholu, za to z wewnątrz unosiły się smakowite zapachy. Prawdopodobnie było tam o wiele mniej ludzi, niż w karczmie, choć prawdopodobnie nie dało się uniknąć całkowicie zgromadzeń. Nie czekając na odpowiedź, ruszył w drugą stronę, jednego, z niewielu znanych mu miejsc. Nie bywał w mieście na tyle często, by znać układ wszystkich budynków, które się tu znajdowały, jednak całe szczęście tę jedną lokalizację udało mu się po drodze mniej więcej zapamiętać. Oczywiście, byłoby łatwiej, gdyby mógł się kierować zapachem jednak... Jego nowy znajomy idący obok, dość mocno mu to utrudniał. Przy okazji, będąc w drodze, starał się nieco więcej o nim dowiedzieć. Przede wszystkim, zdołał określić, że basior jest niewiele młodszy od niego. Mniej więcej rok lub dwa. Wyczuł w nim także typowy dla jego rasy zapach, który wcześniej zmieszał się z odorem alkoholu i farb, utrudniając identyfikacje. Normalnie poczułby jeszcze większą wrogość do jego osoby, za sam fakt pochodzenia z tej samej rasy, jednak w tym momencie było mu wyjątkowo już wszystko jedno. Dostatecznie mocno przytłaczała go już liczba osób kręcących się dookoła nich, by przejmować się jeszcze pochodzeniem nieznajomego, z którym i tak nie będzie miał potem więcej styczności. Wysłucha, co ten ma mu do powiedzenia, prawdopodobnie odmówi, ale co się naje to jego.
Po przekroczeniu progu budynku, od razu uderzyło w niego przyjemne ciepło i zapach świeżo przyrządzonych potraw. Pojedyncze osoby siedziały porozrzucane po pomieszczeniu, zajadając się swoimi potrawami, pijąc do tego nektar i gawędząc ze sobą wesoło. Od razu przypomniał sobie również, dlaczego jeszcze nie lubi tego typu miejsc. O ile w mieście udawało mu się niejako wtopić w tłum, to tutaj wygląd basiora skutecznie przyciągał wzrok gapiów. Zniżył jeszcze bardziej głowę i ruszył na sam koniec zajazdu, siadając w najbardziej oddalonym od wszystkich rogu. Choć najpierw wolałby coś zjeść. Podniósł łeb dopiero gdy oboje usiedli i poczuł choć odrobinę prywatności. Następnie skierował pysk w stronę Elijasa, w beznamiętnym oczekiwaniu. Jego towarzysz wydawał się należeć do takich, którym pysk nie zamyka się ani na minutę, więc pozwolił mu przejąć pałeczkę i samemu wyjaśnić, o co dokładnie mu chodzi z tym całym malowaniem.

< Elijas?>

Słowa: 2089

niedziela, 10 maja 2020

Od Kvischa CD. Spero

Nawet najpłytszy oddech powodował okropny ból w okolicach klatki piersiowej basiora. Z trudem próbował przez cały ten czas odzyskać świadomość, lecz, choć udawało mu się to chwilowo, niemal od razu zapadał ponownie w nicość. Pamiętał jedynie niewielkie urywki zdarzeń - unoszący się wokół niego zapach magii, czyjaś obecność, futro smagane wiatrem... Oznaczałoby to, że nie został jednak przysypany toną śniegu, co już zdawało się dobrą wieścią, jednak niewiedza o tym, co dzieje się z nim w tym momencie, napawała go lękiem i niepewnością. Jego zmysły były bardzo stępione i nie mógł zmusić się do trzeźwego ocenienia sytuacji. Przez większość czasu w jego głowie panował więc jednocześnie chaos i pustka, której nie potrafił ogarnąć. Niemal fizycznie czuł, jak dusi się przez to wszystko, nie może złapać oddechu, próbował usilnie wyrwać się z otaczającej go ciemności, lecz na próżno, jego ciało było wciąż zbyt zmęczone i osłabione, by tracić kolejne siły na podtrzymywaniu basiora przy świadomości.
Kiedy ocknął się następnym razem, o dziwo nie czuł już zimna ani porywistego wiatru na swej skórze. Nie wiedział jednak, gdzie się znajduje, ile minęło czasu i czy dalej grozi mu niebezpieczeństwo. Czuł jedynie okropny ból w niemal całym ciele, tępe pulsowanie w głowie, i dotyk okrywających go... futer? Pierwszą, dość irracjonalną myślą było, że leży pod stertą ciał, lecz był one zdecydowanie zbyt lekkie, musiałyby być co najmniej dobrze wypatroszone, a i tak zdawałyby się wtedy ważyć zbyt mało. Wyczuwał także na nich utrzymujący się od długiego czasu swój zapach, co oznaczałoby, że należało do niego, choć na ten moment nie do końca jeszcze docierała do niego ta myśl.
Jego uszy zaczęło niczym małe radary wyłapywać każdy nowy dźwięk, obracając się przy tym na różne strony, co mogło wyglądać z perspektywy drugiej osoby dość zabawnie. To, co go zaniepokoiło, to fakt, że decydowanie wyczuwał w pomieszczeniu czyjąś obecność. Nawet pomijając wyczuwalną dookoła woń magii, która mogła być jedynie pozostałością po nałożonych wcześniej czarach, dokładnie słyszał czyjeś bicie serca i przyspieszony oddech. Wróg? Przyjaciel? Jeśli wróg, to na co czeka? Jeśli przyjaciel, to co jeszcze tutaj robi? Podniósł lekko łeb, a łańcuchy przyczepione do obroży zabrzmiały metalicznym dźwiękiem, uderzając o siebie nawzajem. Z jego gardła wydobyło się głębokie, bulgoczące warczenie, a na pysku ukazał się długie, ostre kły, mające za zadanie dobitnie przekazać, by się do niego nie zbliżać. Zmusił swoje ciało do wstania, ponownie mieszając w swojej krwi i napędzając się adrenaliną, choć dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że gdy wszystko opadnie, nie będzie mógł się ruszyć przez długi czas. To nie miało jednak teraz znaczenia. Choć głowa pulsowała mu niemiłosiernie tępym bólem, a łapy uginały pod jego ciężarem, musiał określić, gdzie się znajduje. Bez tego czuł się jak ćma uderzająca o ściany i błądząca po omacku. Spróbował wziąć głębszy oddech, lecz to skończyło się jedynie atakiem duszącego kaszlu i jeszcze silniejszym bólem w okolicach klatki. Skulił się nieco, próbując się uspokoić, ignorując tym samym obecność nieznajomego, którego udało mu się w końcu zidentyfikować jako waderę spotkaną wcześniej. Nieco go to uspokoiło, bo, mimo że pałał do osób swojego gatunku czystą niechęcią i nie zamierzał obdarzać zaufaniem, to zawsze była to lepsza opcja niż tamto monstrum. Schylił niżej łeb, próbując złagodzić nieprzyjemne pulsowanie, lecz na niewiele się to zdało.
- Nie odzywaj się, nie zbliżaj i nie rób gwałtownych ruchów - syknął, w przerwie od natarczywego kaszlu, odwracając przy tym pysk w stronę nieznajomej. Wysilił wszystkie swoje zmysły, dokładnie analizując swoje położenie. Już wcześniej to miejsce zdawało mu się znajome, lecz jednocześnie... zmodyfikowane? Pod łapami zdecydowanie wyczuwał swoje posłanie, dookoła unosiła się również wątła woń trucizn, które sporządzał pewien czas temu w niewielkich fiolkach, a który teraz z powodu braku płynnego przepływu powietrza, zaczął gromadzić się w pomieszczeniu... No właśnie, skoro już o przepływie mowa, nie wiedział, czy to przez stępiony, zmęczony umysł, lecz nie słyszał charakterystycznego świstu i przeszywającego zimna, choć pogoda na zewnątrz nie zmieniła się za wiele. Dopiero po czasie, oprócz śladów magii wokół niego, wyczuł także chłodną woń po użytkowaniu lodowych zdolności po drugiej stronie komnaty. Czy była to ponownie sprawka wadery? Jaki miała w tym cel? Basior nie mógł tego rozgryźć, jednak wiedza o tym, gdzie się znajduje, a tym bardziej że jest to jego własne mieszkanie, ukoiła nieco jego napięte nerwy. Znał to miejsce na pamięć, dzięki czemu mógł się czuć tutaj nieco bardziej swobodnie.
Gdy w końcu niemal całkowicie się uspokoił, usiadł na lodowej posadce i skierował ponownie łeb w stronę wadery.
- Nie wiem, co tu jeszcze robisz i czego oczekujesz, lecz zdaje się, że winien ci jestem wdzięczność - słowa z trudem przechodziły przez jego gardło. Jego pracą była pomoc w potrzebie, lecz ona nie miała tego samego zobowiązania, co oznaczało, że pomogła mu niejako z własnej woli, bądź chcąc uniknąć wyrzutów sumienia. Nie wspominając już o załatanej wyrwie w ścianie, przez co wcześniej nie poznał miejsca, w którym się znajdowali. Mimo że nie rozumiał i nie widział powodu w tym działaniu, co nieco go dezorientowało, nie mógł zaprzeczyć, że winien jest jakoś się za to odwdzięczyć.
- Pogoda jeszcze się nie uspokoiła, więc, w drodze wyjątku, możesz tu zostać, dopóki wszystko nie ustanie. O ile oczywiście ci to odpowiada, choć nie idzie zaprzeczyć, że podróż w taką śnieżycę to istna głupota - powiedział, swoim charakterystycznym, syczącym językiem, wypominając jej niejako fakt, zapuszczania się wcześniej w góry. Szczerze wolałby niczego nie proponować, jednak sytuacja widocznie tego wymagała. Tym bardziej że nieznajoma zdawał się równie zmęczona wędrówką, a on sam nie wiedział, jak daleko mieszka. Choć właściwie z tego miejsca, każda, co większa namiastka cywilizacji zdawała się być odległa o wiele kilometrów. W końcu specjalnie z tego powodu wybrał to miejsce na swoje tymczasowe mieszkanie. Ponadto, mimo że nie było to po jego myśli, to kilka godzin z inną osobą, jeszcze nikogo nie zabiło. Choć nie mógł ukryć, że odczuwał w tym momencie ogromny dyskomfort, tym bardziej że nie wiedział, jak długo jeszcze uda mu się wytrzymać przy pełnej świadomości, a nie miał zamiaru drugi raz przy kimś odlecieć. Jedynak pewnych rzeczy nie szło powstrzymać, a jego pokłady energii, które nazbierał przez ten czas, topniały równie szybko, jak wiosenny śnieg.

<Spero?>

Słowa: 1007

niedziela, 26 kwietnia 2020

Od Kvischa

Zimny, porywisty wiatr po raz kolejny zaatakował basiora, wbijając swoje niewidzialne lodowe kły w jego odsłonięte ciało. Ten, w kontrataku, jedynie zaciągnął wyżej, bo aż po sam pysk, grube, niedźwiedzie futro i zacisnął mocniej szczękę.
"I jak teraz zamierzasz się do mnie dossstać, co?" pogardliwie przeszło mu przez myśl. Zdążył się już niejako przyzwyczaić, do wiecznie panującego w tym miejscu mrozu, jednak nie mógł powiedzieć, że sprawiało mu przyjemność mierzenie się z ciągłymi ranami i oznakami wychłodzenia. To miejsce znacznie różniło się od jego rodzimych stron. Mimo przeczucia na początku, że fizycznie da sobie radę, to nie był ostatnio w najlepszej formie. Ostatnie dni nie należały do najlżejszych, jego organizm, nieustannie zalewany był coraz to silniejszymi truciznami, w celu uśmierzenia bólu, lecz nie przynosiło to oczekiwanej, długotrwałej ulgi. Zazwyczaj rzadko stosował tego typu środki, więc jego ciało nie było nawet przyzwyczajone do przyjmowania tak dużych dawek. Zdawał sobie sprawę, że doprowadzało go to powoli do skraju wycieńczenia. Nie mógł nic na to jednak poradzić, ostatnimi czasy, pogoda mocno dawała w kość, dni były koszmarnie zimne. Do tego również nie łatwo było mu się przyzwyczaić, szczególnie biorąc pod uwagę, że za rogiem czaiła się wiosna, a pogoda była tak samo marudna, jak podczas zimy. Ale żeby tego było mało, w zajmowanej przez niego komnacie przewalił się jeden z podtrzymujących sufit filar, robiąc przy okazji się sporą wyrwę w ścianie. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by ten przeklęty wiatr, nieraz wraz z towarzystwem śniegu, wdzierał się do pomieszczenia, a świst, jaki temu towarzyszył, doprowadzał go do obłędu i nie dawał spać po nocach. Przez to wszystko nie miał, nawet kiedy zregenerować sił. Obiecał sobie, że w końcu się tym zajmie, ale jakoś nigdy nie było na to czasu. Oczywiście, mógł po prostu przenieść się do innej pustej komnaty (tak jakby były tu jakieś zajęte), jednak zwyczajnie brakowało mu sił i chęci, by targać ze sobą wszystkie pakunki. Zresztą, znalezienie tutaj miejsca do spoczynku, w co najmniej akceptowalnym stanie, nie było też takie łatwe. Trzeba byłoby przejrzeć co najmniej paręnaście komnat. Przeszło mu nawet przez myśl, czy nie zejść niżej, ale wolałby to zrobić, jak już się nieco zregeneruje. Schody prowadzące do podziemi, nie były w najlepszym stanie, więc potrzebowałby sporego skupienia, by przypadkiem nie potknąć się i nie spaść. Nie wiadomo również, czy ktoś, lub coś, przed nim nie wpadło na ten sam pomysł i przypadkiem tam nie nocuje. Co prawda nie wyczuwał niczyjej obecności w pobliżu, jednak przez zmęczenie, nie do końca ufał ostatnio swoim zmysłom.
Basior leżał tak jeszcze przez chwile, zagrzebując się głębiej i korzystając z, chociaż chwilowej osłony od wiatru i skupiając co jakiś czas myśli na poszukiwaniu rozwiązania całej tej sytuacji. W końcu jednak wziął głębszy wdech i chwiejąc się nieco, podniósł z posłania. Niedźwiedzia skóra zsunęła się po nim, upadając głucho na ziemie, a ciało mimowolnie zadrżało. Jeśli by mógł, najchętniej zostałby tam do rana, jednak zbliżająca się godzina jego zmiany, stanowczo wybijała mu ten pomysł z głowy. Przepasał się nieco lżejszymi skórami, tak by chociaż trochę chroniły go przed mrozem, jednocześnie nie ograniczając jego ruchów i zaczął schodzić krętymi schodami. Te znał już na pamięć, więc z łatwością omijał każde pęknięcie i przeskakując nie raz po parę, co bardziej zniszczonych schodków, szybko znalazł się na dole. Z niezadowoleniem zauważył, że wiatr, nie tyle, co przybrał na sile, lecz zmieszał się ze śniegiem i wirując jak szalony, atakował lodowymi podmuchami, wszystko, co stanęło mu na drodze. Doprawdy, dawno nie było tak paskudnej nocy. Wychodząc, szarpnęło mocno jego ciałem, lecz zaparł się mocno nogami, dzięki czemu udało mu się nie stracić równowagi i powoli posuwać się na przód. Przynajmniej miał pewność, że jego warta będzie spokojna, w końcu żadna inteligentna istota nie będzie wychodziła w taką pogodę z domu, bez naprawdę pilnego powodu... prawda?
Wysokie konary drzew rzucały się na wszystkie strony, zrzucając z siebie kolejne pokłady śniegu, a księżyc spowił się ciemnymi chmurami, nie siląc się nawet na oświetlenie drogi. Nie, żeby basiorowi specjalnie utrudniało to drogę. Znał już te tereny na pamięć, więc bez najmniejszego problemu zaczął kierować się do dobrze znanego mu miejsca. Śnieg trzeszczał nieprzyjemnie pod jego łapami, zagłuszany nie raz przez bardziej porywiste podmuchy wiatru. Zamieć wdzierała się do nosa, szorstko ocierała o skórę i przyklejała do futra, tworząc coraz to większe zbitki, lecz Kvisch nie zwracał na to większej uwagi. Użył nieco swojej magii, mącąc w krążącej w jego ciele truciźnie i dostarczając tym samym do organizmu nieco adrenaliny, która pomogła mu szybciej się poruszać. Musiał tylko dotrzeć do punktu między skałami, skąd zwykle patrolował teren. Wysokie, zlodowaciałe głazy, stykały się ze sobą czubkami, tworząc swego rodzaju mini jaskinie i dając wystarczającą ochronę przed wiatrem, by spokojnie przeczekać noc. Jednocześnie miejsce znajdowało się w na tyle dobrej lokalizacji, by bez problemu basior mógł wyłapać każdy najdrobniejszy szelest w promieniu najbliższych kilometrów, choć nie zapowiadało się, by coś takiego miało mieć miejsce.
Choć droga była długa i żmudna, basiorowi w końcu udało się dotrzeć do wyznaczonego punktu. Wchodząc do środka, od razu zrzucił z siebie przemoczone futra i otrzepał się z pozostałości śniegu. Wiatr dalej szalał na zewnątrz, lecz basior mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Zmęczony całą podróżą, położył się przy wejściu i zaczął nasłuchiwać. Mimo niesprzyjającej pogody noc zdawała się jednak spokojna, jedyne co rzucało się basiorowi na uszy to wszelkiego rodzaju świsty wiatru, uginające się pod jego naporem drzewa i ewentualne szmery uderzających o siebie gałęzi. Po niecałej więc godzinie, mocno znużony zasnął płytkim snem.
Odpoczynek jego nie trwał specjalnie długo. Parę godzin przed świtem, obudził go ryk okrutny i trzepot ptasich skrzydeł. Podniósł się szybko na równe łapy, lecz głowa jego zdawała się cięższa niż zwykle. Zachwiał się, o mało nie lądując z powrotem na ziemi, lecz udało mu się w ostatniej chwili odzyskać równowagę. Pogoda niewiele się zmieniła przez ten czas, a może nawet i przybrała na sile. Ciężkie podmuchy zdawały się próbować przewalić już teraz wszystkie drzewa, nawet te najgrubsze i najcięższe, które skrzypiały teraz niemiłosiernie, kładąc się i oddając tym samym pokłony niewidzialnemu panu. Jego położenie zdawało się nie być już tak bezpiecznie, jak wydawało się parę godzin wcześniej, szczególnie biorąc pod uwagę wszechobecność gór w pobliżu. Nie tak mało razy, zdarzały się tu lawiny, a biorąc pod uwagę masę świeżego śniegu, którego napadało przez ostatnie dni, szanse na tragedię niebezpiecznie rosły.
Przede wszystkim należało jednak namierzyć źródło ryku, bo to ono zdawało się teraz najrealniejszym niebezpieczeństwem. Basior wyszedł ze schronienia, a jego futro od razu zostało smagane przeszywającym zimnem. Skupił się, ignorując irytujący fakt, że kręciło mu się w głowie i przeczucie, jakby zaraz jego ciało stracić miało wszelkie siły. Wmawiał sobie uparcie, że przecież nie jest tak słaby, by nie móc zrobić szybkiego obchodu, a jego ciało po prostu jest jeszcze zaspane.
Gdy skupił się na swoich zmysłach, wyczuwał niedaleko stąd obecność dwóch istot, w czym obie totalnie były mu obce, a z tej odległości i przy takich warunkach, ciężko było mu ocenić nawet ich gatunek, choć to drugie niewyraźnie wydawało się przypominać wilka. Brodząc w głębokim śniegu i słaniając się od wiatru, ruszył przed siebie, czując się odpowiedzialnym za to, by zreflektować się, kto, lub co, zakłóca spokój, bądź też czy komuś nie zagraża niebezpieczeństwo. Chociaż niespecjalnie obchodziło go czyjeś życie, chcąc pozostać w tym społeczeństwie, musiał zwracać uwagę na takie rzeczy i reagować, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Choć, kłóciło się to z jego przekonaniami. W duchu przeklinał ich nieodpowiedzialność i wychodzenie w tak koszmarną pogodę, lecz mimo to, szedł uparcie przed siebie. W pół drogi był już w stanie ocenić, że niedaleko znajduję się niewątpliwie wilk, lecz druga postać... Nie zdawała się pasować do żadnego ze znanych mu zapachów. Miała w sobie coś z niedźwiedzia, lecz zapach był o wiele silniejszy i nieco zalatywał padliną, tak jakby istota żyła już zdecydowanie za długo na tym świecie. Bez namysłu Kvisch przyspieszył kroku, by zaraz znaleźć się na terenie lasu, gdzie śniegu leżało zdecydowanie mniej i bieg stał się zdecydowanie prostszy. Jego płuca płonęły od napływu zimnego, ostrego powietrza, lecz nie zwalniał tempa. Powietrze przeszył kolejny ogłuszający ryk i zdecydowanie można było wyczuć unoszącą się dookoła woń krwi. Basior wbiegł w końcu na otwartą polanę, gdzie bez wątpienia przebywał jakiś obcy wilk i to... Coś. Doprawdy, pierwszy raz czuł coś takiego. Ziemia drżała, gdy zwierze się przemieszczało, dzięki czemu basior mógł mniej więcej oszacować jego wielkość, która swoją drogą była zadziwiająca, lecz także bez problemu mógł dzięki temu nawigować, gdzie się owo monstrum przemieszcza. Choć z początku naturalnie przeszło mu przez myśl, by nie wtrącać się w walkę, winą obcego w końcu było, że wyszedł w taką pogodę i natknął się na jakieś zwierzę, lecz niestety zdawał sobie sprawę, że jeśli ten przypadkowo umrze, wina niejako spadnie też na niego, za nie udzielenie pomocy, a to postawiłoby go w niekorzystnym świetle, nie mówiąc już o czekających na niego konsekwencjach. Przemknął więc po polanie, niemalże sunąc brzuchem, po śniegu i starając się nie zwracać na siebie uwagi. W końcu udało mu się dostać do wrogiego stworzenia na tyle blisko, że było na wyciągnięcie łapy. Po drodze udało mu się nawet przygotować silną truciznę unieruchamiającą, którą wprowadził do ciała napastnika dzięki szybkiemu atakowi pazurami. Przez jego gabaryty nie wiedział, czy taka dawka wystarczy, ale najwyżej zaatakuje ponownie. Na tę chwilę odskoczył do tyłu, po czym unikając lecących w jego stronę ogromnych pazurów, dołączył do, prawdopodobnie, członka watahy. W tym samym momencie coś innego przykuło jego uwagę.
Podczas gdy potwór wydał z siebie kolejny ryk i już zamierzał dosięgnąć ich dwójkę, Kvisch czuł, że coś się zbliża. Czuł to pod łapami, bardzo delikatne drżenie ziemi i nie było to spowodowane poruszaniem się zamierzającej atakować istoty. Gdzieś w oddali jego uszy wyłapywały jakieś nowe szumy... Szumy, które niebezpiecznie szybko się zbliżały.
- Na ziemię! - zdążył tylko telepatycznie wysyczeć wiadomość nieznajomemu wilkowi i odepchnąć go za grube skały, samemu jednak nie nadążając, by uchylić się przed niespodziewanym i silnym chwytem ze strony bestii. Zanim zdążył jednak jakkolwiek zareagować, tona rozpędzonego śniegu uderzyła z impetem w jego ciało, uwalniając z uchwytu i przenosząc go coraz to dalej i dalej, przykrywając przy tym coraz to grubszą warstwą. Walcząc o każdy oddech, starał się jakkolwiek zapanować nad swoim ciałem, lecz te bezwładnie turlało się przed siebie, niesione przez lawinę. Czuł jak zebrane razem z nim kamienie i gałęzie uderzają w niego co chwile, otwierając coraz to nowsze rany. Ostatnie co udało mu się zarejestrować, to zahaczenie o coś obrożą, potworny ból i brak możliwości złapania oddechu. Następnie zapadła ciemność.

<Ktoś?>

Słowa: 1741

piątek, 24 kwietnia 2020

Kvisch

kalambo

To, co nazywamy ślepotą to jedynie odbieranie rzeczom ich czysto zewnętrznej formy, podczas gdy cała reszta pozostaje nie zmieniona, choć spowita czernią.


Imię: Kvisch
Ród: Pochodzi z niezbyt szlachetnego, owitego pewnego rodzaju tajemnicą, choć jednocześnie bogatego i wpływowego rodu Xsechss, który od niepamiętnych lat trzyma się na uboczu, a znany jest ze swoich rygorystycznych zasad i specyficznej postawy wobec członków. Osoby, które miały bliższy kontakt z członkami rodu, mówią, jakoby bardziej przypominał swego rodzaju sektę. Sam basior nie często jednak o tym wspomina, wyrzekł się swego nazwiska już dawno temu i na samo wspomnienie o nim reaguje agresją.
Wiek: 7 lat
Płeć: Basior♂
Rasa: Aeskeron
Stan: Mieszkaniec
Stanowisko: Straż nocna
Charakter: Kvisch... Jest specyficzną osobą. Niektórzy nazywają go dziwakiem, odludkiem - zresztą nic w tym dziwnego, skoro całe życie trzyma się na uboczu, a kiedy już zapuszcza się między innych, to nawet słowem nie odpowie nawet na, chociażby, zwykłe powitanie. Różnie o nim gadają, stare, niemające co robić wilki, chętnie snują różne teorie na jego temat. Jednak czy to jego wyobcowanie jest spowodowane zwykłą nieufnością, niechęcią do innych stworzeń czy może jakąś większą traumą z dzieciństwa - do tego tak naprawdę nie dotarł nikt. Prawdę mówiąc, niewiele możemy się dowiedzieć o jego osobowości od niego samego, tym bardziej że nie jest najchętniejszym kompanem do rozmów, a już, szczególnie jeśli miałby zacząć opowiadać o sobie. Z obserwacji idzie jednak wywnioskować parę podstawowych informacji na jego temat. Przede wszystkim, jest to osoba wycofana i niechętna w nawiązywaniu nowych znajomości. Zdaje się mieć jakiś uraz do przedstawicieli swojego gatunku, wręcz traktuje innych z pewnego rodzaju pogardą, opryskliwością, ale i bojaźnią. Nie lubi konfrontacji z innymi, nie odnajduje się w społeczeństwie. O dziwo, w stosunku do innych stworzeń zachowuje jednak neutralność. Nie cechuje go wybuchowość, lecz ostrożne i przemyślane ruchy. Z drugiej strony nie raz kieruje nim zazdrość i chciwość, jednak stara się nie uzewnętrzniać zbytnio tychże emocji. Widać również, że jest sprawiedliwy i konsekwentny w swoich poczynaniach, a do pracy podchodzi sumiennie, nie można więc zarzucić mu lenistwa.
Wygląd: Kvisch jest o wiele smuklejszy od przeciętnego wilka. Zaczynając od pyska, a kończąc na tylnych łapach i długim, łuskowatym ogonie, jego ciało wydaje się wręcz słabe. Jest to w głównej mierze spowodowane krótką sierścią i powiązaniami z gadami, chociaż w pewnym stopniu przyczynia się do tego również niewielka niedowaga. Jego wzrost jest dość przeciętny, chociaż długie, spiczaste uszy nieco go zawyżają. To, co pierwsze jednak rzuci nam się na oczy, to nie jego sylwetka czy rozmiar, a łuski, które pokrywają niemal pięćdziesiąt procent jego ciała, (co jest zupełnie naturalne, biorąc pod uwagę jego rasę). Również to, że jest albinosem, dodatkowo przykuwa uwagę ciekawskich. Nie wspominając już o oczach, a raczej ich braku. Wokół szyi zaciśniętą ma grubą, ciężką, metalową obrożę, dociśniętą na tyle ciasno, że czasem sprawia mu trudności w oddychaniu.
Żywioł: Trucizna, umysł, materia
Moce: 
- W jego krwi i pocie znajduje się trucizna, której właściwości może dowolnie modyfikować, dodając do niej trochę swojej magii. Wbrew pozorom, znajduje w tym naprawdę wiele zastosowań, od oczywistej trucizny stosowanej w samoobronie, przez szybszą regenerację, aż po całkowite wyłączenie u siebie odczuwania fizycznego bólu. Jednocześnie czyni go to odpornym na większość trucizn.
- Jest w stanie zneutralizować wymierzoną w niego magię, w tym wszelkiego rodzaju próby zawładnięcia nad nim kontroli czy włamania się do jego umysłu.
- Chociaż nie mówi zbyt wiele, może komunikować się telepatycznie na spore odległości
- Nie jest to w zasadzie stricte moc, ale jest w stanie wyczuć zjawiska paranormalne. Przykładowo, gdy ktoś używa przy nim w danym momencie magii, na swój sposób odczuwa jej obecność i może określić jej położenie, nawet jeśli nie widać nigdzie śladów jej użytkowania. Dodatkowo jest w stanie wyczuć obecność szeroko pojętych niewidzialnych rzeczy, istot, w tym duchów i zjaw.
Rodzina: Jak wcześniej zostało wspomniane, wyrzekł się swojego nazwiska i odciął całkowicie od rodziny, starając tym samym zapomnieć o przeszłości.
Druga Połówka: brak
Potomstwo: brak
Miejsce Zamieszkania: nie przywiązuje specjalnie uwagi do miejsca zamieszkania, jednak najczęściej sypia w jednej z opuszczonej komnat w Pałacu Lome-Imri w dystrykcie III.
Patron: Revari
Umiejętności: 

Intelekt: 16 | Siła: 8 | Zwinność: 13 | Szybkość: 11 | Latanie: 0 | Pływanie: 0 | Magia: 12 | Wzrok: 0 | Węch: 20 | Słuch: 20 |

Inne: 
- Jego ciało jest zupełnie nieprzystosowane do życia w zimnych warunkach, przez co często pokrywają go liczne rany od odmrożeń.
- Jest szczególnie wyczulony na hałas i wysokie dźwięki. Mają na niego bardzo zły wpływ i może stać się agresywny w stosunku do rzeczy czy też osoby, która takowe generuje.
- Urodził się już pozbawiony oczu, nigdy więc nie widział naprawdę świata. Jednak dzięki pozostałym, mocno wyostrzonym zmysłom, w jego głowie pojawia się niewyraźny i mocno ograniczony obraz obszaru przed nim. Są tam oczywiście jedynie rzeczy, które jest w stanie wychwycić dzięki zapachowi, wydanemu dźwiękowi, czy też odbijanym falom i mocno różnią się wyglądem od tego, co widzą inni. Ułatwia mu to jednak w dużym stopniu poruszanie się.
- Język, którym się posługuje, nieco różni się od tego powszechnie znanego. Pomijając stylistyczne kwestie ( jego mowa jest sycząca, podobna do syku węża ), wplata nieraz w zdanie słowa, które znane są jedynie jemu i członkom rodu. Robi to mimowolnie, najczęściej pod wpływem stresu.
- Strasznie interesują go książki i ogólnie pojęta literatura - z powodu jednak swojej ślepoty nie jest w stanie sam ich zgłębiać, nad czym bardzo ubolewa.
Autor: Ravcoren@gmail.com
Layout by Netka Sidereum Graphics