Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nevt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nevt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 października 2021

Od Nevt, CD. Jastesa

Gdy Jastes zaproponował, że zajmie się noszeniem moich książek byłam dość nieprzekonana do tego pomysłu. Po pierwsze, jestem naprawdę przywiązana do swoich książek. Większość z nich to unikaty, które kupiłam za pokaźne sumy, lub książki zawierające moje notatki, spisywane przeze mnie od lat szczenięcych. Poza tym oczywiście znajdują się tam też dzienniki mojego dziadka, a one są moimi jedynymi wskazówkami do rodziny. Wiele razy zdążyłam sobie już podziękować, za położenie ich w możliwie najbardziej oczywistym miejscu, by nie zwracały uwagi. Tylko to je uratowało przed całkowitą anihilacją. Zdecydowanie nie chciałabym, by jakimś cudem Pan Jastes dowiedział się o nich przez jakąś nieprzewidzianą sytuację po drodze. Po drugie, te książki to jedyne co zostało mi z całego mojego dobytku.
Spojrzałam ostatni raz na ruiny mojego domu i westchnęłam. Mimo wszystko wilk miał rację. Wiedziałam, że ma, oraz że próbuje mi tylko pomóc. Wszelka logika mówiła mi, że noszenie tych książek oraz trzymanie bariery na naszej ulubionej bombie podczas podróży do biblioteki nie jest najmądrzejsze. Szczególnie pamiętając o moim i tak już kiepskim stanie.  
Bez dalszego ociągania się zdjęłam pakunek z grzbietu i wymieniłam się nim z Jastesem, na co posłał mi delikatny uśmiech, który w jakiś sposób mnie uspokoił. Ruszyliśmy w drogę w ciszy, zamyśleni. Zdałam sobie sprawę, że przecież paczki, które mi oddał muszą być dla niego równie ważne co moje książki dla mnie, choć może w innym znaczeniu. Myśl ta zakotwiczyła mi się w umyśle i sprawiała, iż miałam wrażenie, że nagle torba na moich plecach zmieniła swoją wagę. Choć nie miałam pojęcia, czy stała się cięższa, czy nic nie ważyła... Stwierdziłam też, że Pan Jastes jest naprawdę miły. No... i może delikatnie szurnięty... Ale w dobrym sensie! Znaczy, jaki wilk z własnej woli zostałby pomagać osobie, która dosłownie przed sekundą w dobitny sposób pokazała, że jest na celowniku pewnego zabójcy, który nadal jest na wolności, a dodatkowo aktualnie podróżuje z żywą, mogącą wybuchnąć przy najlżejszym dotknięciu bombą. A jednak jest tu, pomaga mi i stara się jak może, dodatkowo podtrzymując mnie na duchu i troszcząc się o głupi ciężar mojej torby. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej podziwiałam tego wilka. Może dręczyło go poczucie winy, że to ona dostarczył mi paczkę? A może pomyślał o innych swoich dostawach? Co gdyby i w nich kryły się bomby? Oczywiście jest też opcja, że po prostu nie mógł zostawić mnie samej na pastwę jakiegoś niezrównoważonego wariata, który z nieznanych nam powodów postanowił nagle unicestwić połowę mojego domu i okna i...
Zaraz, co? Wróć... Co gdyby bomb było więcej w innych paczkach? Wolałabym o tym nie myśleć, ale... - Panie Jastesie, - zaczepiłam nie zatrzymując się i przerywając chwilową ciszę – czy jest Pan pewny, że nie widział Pan żadnych innych paczek bez adresata w swojej torbie?
Jastes zatrzymał się w miejscu. Widziałam po wyrazie jego pyska, że intensywnie myśli. Zatrzymałam się obok i najdelikatniej jak mogłam zdjęłam torbę z pleców. Bez zbędnych słów przejrzeliśmy inne paczki i po chwili mogliśmy odetchnąć z ulgą stwierdzając, że tajemnicza przesyłka była pojedynczym przypadkiem. Oczywiście Jastes nie był jedynym listonoszem w okolicy, więc nie mogliśmy mieć pewności, że ktoś inny nie biegał właśnie po całym Królestwie z bombą lub bombami na plecach. Z pewnych powodów myśl ta bardzo mnie zaniepokoiła.  
- Powinniśmy się pośpieszyć, nadal nie ma pewności, że to była jedyna. Ostatecznie nie wiemy jaki zamiar się za tym krył. Równie dobrze mogę nie być jedyną na celowniku. - Powiedziałam szybko znów zakładając torbę i ruszając w drogę. - Zakładam, że tak sympatyczny wilk jak Pan nie ma wrogów czyhających na Pańskie życie, prawda?
Jastes popatrzył na mnie z mieszaniną zdziwienia i zakłopotania. Powiedziałam coś nie tak? Zanim jednak zdążył się odezwać kontynuowałam.
- W sumie to nie istotne, mógłby Pan o nich nie wiedzieć. Nie możemy więc zakładać, że to ja byłam celem ataku. Prawdopodobnie jednak byłam, patrząc na fakt, iż nosił Pan ze sobą tę paczkę, a nic się
nie stało. Jednakże nie możemy odrzucić opcji iż prześladowca chciał dosięgnąć nas obojga. Jeśli jest więcej bomb, jest to jednak wysoce nieprawdopodobne i w takim wypadku musielibyśmy wrócić do myślenia o mnie jako celu. Oczywiście zawsze zabójca może mieć na celowniku wszystkich kurierów... a to już było by coś! - Zorientowałam się, że mówię jednak na głos, zamiast zastanawiać się w myślach więc szybko dodałam by wybrnąć z niezręcznej sytuacji – Nie sądzi Pan?
- Ale jaki mógłby w tym mieć cel? - Zapytał basior jakby cały mój wywód faktycznie był skierowany do niego. Uf.
Dyskutowaliśmy na ten temat przez całą drogę do biblioteki, lecz nie mogliśmy wymyślić niczego sensownego. Rozbieżności było zbyt wiele, opcje były zbyt rozległe, a implikacje zbyt pogmatwane. Potrzebowaliśmy większej ilości informacji.  
Gdy w końcu dotarliśmy do biblioteki szybko podeszłam do dobrze znanego mi już bibliotekarza. Wymieniliśmy parę zdań, jak zwykle i doszłam z nim do porozumienia, bym mogła przechować tu swoje księgi w jednej z szafek obsługi. Tam będą bezpieczne i nikt ich nie dotknie. Bardzo mi ulżyło. Zostawiłam więc dobytek i wróciłam do Jastesa, który rozglądał się po wielkim holu głównym. Skinęłam na niego głową sygnalizując by szedł za mną i szybkim krokiem skierowałam się do odpowiedniego działu, lawirując między meandrami korytarzy i labiryntem półek ogromnej biblioteki. Znałam ją jak własną kieszeń, więc chodzenie po niej nie sprawiało mi najmniejszego problemu, choć wiem, że większość wilków używała przewodników, lub po prostu prosiła o przyniesienie sobie ksiąg. Skierowaliśmy się do działu magicznego, później do magicznych rośli, gdzie zebrałam odpowiednie książki i przeszliśmy do magii niebezpiecznej, tam do magii ognia, stamtąd do magii wybuchów, gdzie znów wzięłam parę woluminów, a następnie do magicznych urządzeń i artefaktów, przeszukaliśmy dział przyrządów niebezpiecznych pod kątem urządzeń powodującym wybuch i opóźniony start, a także inicjowany zapłon przyrządem trzecim.  
Miałam wrażenie, że tańczę wśród regałów i proszę do tego tańca te wszystkie książki. Natychmiast pochwyciła mnie tak znajoma ekscytacja prowadzeniem badań. Oh, jak ja kochałam to uczucie. Natychmiast zapomniałam o całym zmęczeniu i stresie tego dnia. Przez chwilę zapomniałam nawet, że jestem tu z towarzystwem, co zaowocowało rozpromienionym uśmiechem i nuceniem pod nosem do pracy. Jednak nie ma to jak dobra biblioteka po ciężkim przeżyciu.  
Gdy zebraliśmy wszystkie potrzebne mi woluminy przeszłam do mojego ulubionego miejsca do czytania i studiowania, które było ukryte w najgłębszej i najciemniejszej części magicznego działu biblioteki, do której nie wiele osób docierało. Rozsiadłam się wygodnie, upuszczając na swój stolik wiele nowych grubych woluminów. Kolejny stukot na biurku przywołał mnie do rzeczywistości, uświadamiając mi o obecności Jastesa. Natychmiast przestałam się szczerzyć jak szczeniak na widok pierwszego płatka śniegu i odchrząknęłam głośno, a na moim pysku pojawił się znaczny rumieniec.  
- Em... - wyjątkowo zabrakło mi słów, ale po chwili się otrząsnęłam, postanawiając grać jakby nic się nie stało – przeszukanie tych ksiąg może zając mi trochę czasu, może mi Pan pomóc, lub rozejrzeć się za czymś bardziej w Pańskiej tematyce. Oczywiście o tylko kilka z opcji...
Nie dokończyłam zdania, bo jeden z woluminów bardzo przyciągnął moją uwagę i postanowiłam od niego właśnie zacząć. Nieświadomie przyświecałam sobie blaskiem bomby, by móc czytać, zamiast przyzywać jak zwykle małe źródło światła. Otworzyłam wolumin i zagłębiłam się w lekturze. Nie mam pojęcia co robił basior w czasie, gdy ja czytałam. Całkowicie pochłonęły mnie badania. Nie słyszałam, ani nie widziałam nic poza książkami. Gdy coraz bardziej rozkładałam się na moim stole, zauważyłam kolejne dwa stosy stojące smętnie na rogu blatu. Przypomniałam sobie o badaniach na które tak się niecierpliwiłam jeszcze dziś rano. Zdawało się, że od tamtego czasu minęły już całe wieki.
Westchnęłam ciężko i wróciłam do aktualnego tematu zestawiając zawadzające książki na podłogę. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Do tego wrócę później.  
Nie wiem ile czasu minęło, gdy w końcu udało mi się zebrać wszystkie informacje jakie mogłam wyczytać z tych tomów. Sporządziłam szybką mapę myśli, by dokładnie sobie poukładać nowe wnioski i podniosłam głowę. Rozejrzałam się i zauważyłam Jastesa w jednym z kątów przy regałach delikatnie oddalonych ode mnie.  
- Panie Jastesie, myślę że mam wszystko co chciałam. - Oznajmiłam nie tyle dumnie co zdecydowanie. Zaciekawiony wilk podszedł do mnie i usiadł naprzeciwko, a ja zaczęłam mu opowiadać, czego się dowiedziałam.
- Bomba była zrobiona z niebieskiego mchu, odkrytego jakiś czas temu w ruinach pewnego zamku. Jest silnie łatwopalny, lecz do zapłonu potrzebuje energii, może to być silne uderzenie lub wstrząs... Myślę, że możesz wpisać to do swojego CV, przeniesienie takiego mchu w paczce na plecach tak by nie wybuchł to naprawdę duże osiągnięcie. - zaśmiałam się ze swojego stwierdzenia - Pomyślałam, że w naszej sytuacji nie wydarzyło się nic, co mogłoby zainicjować tę eksplozję, więc zagłębiłam się też w obiekty, które mogłyby umożliwić opóźnienie go, lub rozpoczęcie zdalne. Dodatkowo niepokoił mnie fakt, że siłą wybuchu zupełnie nie maleje, mimo tak długiego czasu po aktywacji. Znalazłam więc kilka informacji na temat takich przyrządów bazując na swoich podejrzeniach i okazuje się, że istnieją pewne sposoby.
Przełożyłam kilka ksiąg i wskazałam na niektóre wersy w odpowiednich miejscach gdy o nich opowiadałam.  
- Pierwszym z nich jest zaklęcie, które mogłoby zostać nałożone na mech. Zależnie od siły maga, czy to kumulujące uderzenia i wyzwalające ich siłę w jednym momencie, czy zwykła magia uderzeniowa, zależałoby to od dystansu i siły maga. Drugim jest mikstura, którą można polać mech, by wybuchł w określonej sytuacji. Do tego ktoś musiałby mieć głowę na karku i przewidzieć bieg wydarzeń do niewiarygodnego stopnia. Obie te opcje nie wyglądają za ciekawie. Mielibyśmy do czynienia albo z potężnym magiem, albo alchemistą-strategiem. Trzecią opcją jest magiczny przedmiot, ale to z kolei jest niesamowicie ciężkie do zdobycia... - przetarłam oczy łapą – Oczywiście każdy z tych sposobów ma też możliwość utrzymywania siły wybuchu do wygaśnięcia życia celu. Co niestety wiąże się z pewną niedogodnością. Jeśli wybuch jest powiązany z siłą życiową celu, to nie wygaśnie puki ten cel żyje. Żeby tego dokonać... Nawet ja musiałabym się napracować nad takim zaklęciem. Dlatego skłaniam się do magicznego przedmiotu mimo wszystko. Nie rozumiem tylko jaki cel miała w tym wszystkim ta strzała... Nie miała ona żadnego kontaktu z buteleczką, ani z nami, teoretycznie nic nie wniosła, chyba że była potrzebna jako element sytuacji określającej warunki wybuchu?
Przerwałam na chwilę, by zastanowić się nad tym na spokojnie.
- Chodźmy dalej, mam bardzo złe przeczucia, jeśli ktokolwiek inny odpakuje taką bombę, nie sądzę by wyszedł z tego bez szwanku. Trochę odpoczęłam przy okazji więc możemy ruszać nawet teraz. Odłożeniem tego zajmę się później...

<Jas? I'm back baby>  

Słowa: 1713= 131 KŁ

niedziela, 13 grudnia 2020

Od Nevt CD. Xevy

Mój dzień miał się dziś delikatnie różnić od mojej codzienności, choć zaczął się jak każdy inny. Jego inność powodowana była delikatną zmianą w planach. Zamiast jak co dzień siedzieć z nosem w książkach od rana do... no cóż, rana, chciałam przejść się na Pole Ćwiczebne położone w Dystrykcie II. Przez ostatni tydzień nie robiłam nic poza próbami przeczytania wszystkiego co udało mi się znaleźć na temat nowego zaklęcia wyszukującego i koniecznie chciałam je w końcu przetestować. Ostatniej nocy możliwe, że trochę przesadziłam z przygotowaniami, ale zaklęcie to wymaga niesamowitego skupienia i wolałam się upewnić, że doskonale je zrozumiem, zanim podejmę się prób użycia go. 
Ziewając więc solidnie i potrząsając od czasu do czasu głową dla rozbudzenia brnęłam przez nowiutki śnieg, nie poruszony jeszcze przez najmniejsze stworzenie. Zdziwiłam się jego widokiem, bo dopiero po zobaczeniu tak świeżego puchu zorientowałam się jak bardzo zaczytana musiałam być. W końcu normalna osoba, która praktycznie zarwała noc, w którymś momencie spojrzałaby na zewnątrz i zauważyła śnieg. Zastanawiałam się który to już raz coś takiego mi się przytrafiło, ale jakoś nie potrafiłam zliczyć. Nie istotne, czy powinnam się przejąć podobnym wnioskiem, bo ostatecznie wzruszyłam na to w myślach ramionami. To nie tak, że mi się to jakoś bardzo nie podoba, ale mam jakieś dziwne wrażenie, że ktoś mógłby mnie zgonić za podobne zachowanie. 
Dotarłam na Pole Ćwiczebne szybciej niż sądziłam, ale najwyraźniej godzina była dość niesprzyjająca treningom, bo nie zastałam tam żywej duszy. Dla pewności wypróbowałam zaklęcie. Przy okazji mogłam sprawdzić, czy nie wybuchnie mi jakimś niespodziewanym magicznym rykoszetem prosto w pysk. Na szczęście niczym nie oberwałam, co dość mnie ucieszyło, bo z tymi nowymi, skomplikowanymi zaklęciami, to nigdy nie wiadomo. Niestety z zaklęcia wynikało też, że naprawdę nikogo tu nie ma poza mną. Westchnęłam głęboko zawiedziona tym wyludnieniem. Może mieli dziś jakiś specjalny trening? A może specjalnie utrudniają półżywemu magowi życie? 
Zaśmiałam się z tej niedorzecznej myśli i zaczęłam rozważać gdzie mogłabym teraz pójść, by spróbować wyszukać coś żywego. Może wycieczka tutaj nie była aż taką stratą czasu. Skoro wiem, że zaklęcie jest względnie bezpieczne, mogę bez problemu użyć go w praktyce. Zaraz przyszedł mi na myśl dość prosty sposób na korzystanie z niego. Skierowałam wiec swoje łapy w stronę Bumari. W końcu proste sposoby sprawdzania w praktyce są najlepsze. Wybrałam Bumari, a nie Las Ayre, bo tam zwierzęta się aż tak nie chowają, więc nie będę miała problemów z potwierdzeniem ich obecności we wskazanym miejscu, a w końcu nie chcę przecież na nie polować, tylko ich szukać. 
Gdy szłam przez Bumari z aktywowanym zaklęciem szukając czegoś żywego w zasięgu mojej magii nagle wykryłam coś drobnego biegnącego w moim kierunku. Zatrzymałam się obserwując i nasłuchując chwilę. Zaraz zorientowałam się, że za małym zwierzątkiem biegnie z zawrotną prędkością coś większego. Zastanowiło mnie to, więc przypatrywałam się przez parę chwil tej pogoni. Jakbym na to nie patrzyła wyglądało to jak polowanie, szczególnie, że gdy większy dogonił małego za chwilę moje zaklęcie przestało wykrywać drobne zwierzątko, pozostawiając tylko większego osobnika. Postanowiłam podejść i to sprawdzić. 
Na miejscu zobaczyłam waderę z morką, uwaloną w śniegu sierścią, która nie przejmując się bożym światem z ogromnym zapałem pałaszowała coś co przypominało z ucha królika i pewnie nim było. Pokręciłam z niezadowoleniem głową. Czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę, gdzie jest?
- Zdaje sobie pani sprawę, że polowanie nad Bumari jest zabronione, prawda? - zapytałam nieznajomej, na co ona aż podskoczyła zaskoczona, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. - Możesz za to dostać sporą grzywnę.
Wadera wydawała się delikatnie zbita z tropu i trochę zaskoczona moim nagłym zintegrowaniem się tutaj. Zamrugała parę razy patrząc na mnie, po czym zasłoniła sobą królika.
- Nie oddam ci go. To mój królik. Poza tym nie upolowałam go bumerangiem, tylko zębami. 
- Czym? - Spytałam wpatrując się w dziwną waderę i zastanawiając się czym jest bumerang. - Chodziło mi o Bumeri, no wiesz, tę rzekę i jej okolicę. Nie można tu polować i grozi za to spora kara. Jeśli chciałaś gdzieś pójść po coś do jedzenia, czemu nie poszłaś do Lasu Ayre? To dość blisko stąd, a tam można polować bez najmniejszego zmartwienia. 
Wadera patrzyła na mnie bez słowa szeroko otwartymi oczami. Wydawało mi się, że naprawdę nie wiedziała o zakazie, więc zawahałam się. Nie chciałam psuć nam obu dnia zgłaszaniem tego, ale Bumari jest patrolowane i strażnicy raczej szybko znajdą całą tę krew, która rozbryzgała się na śniegu. Przemyślałam szybko sytuację. Może jeśli pójdę z nią i zaświadczę, że nie wiedziała o zakazie dadzą jej tylko upomnienie? W końcu to tylko jeden królik, a ona chyba nie jest stąd, patrząc po tym bumarangu. gdybym jednak z nią poszła musiałabym zrezygnować z dzisiejszych testów. Westchnęłam przeciągle godząc się z tą myślą. 
- Posłuchaj, - odezwałam się po chwili - mogę pójść z tobą i spróbujemy razem wytłumaczyć straży sytuację. Wtedy jest mała szansa, że nie będziesz musiała płacić kary, ale pamiętaj, żeby więcej nie polować w okolicach tej spokojnej rzeki, dobrze? 

<Xeva?>

Słowa: 808 = 45 KŁ

niedziela, 25 października 2020

Od Nevt CD. Jastesa

Wszystko działo się tak szybko... Jakimś cudem udało mi się postawić przed sobą barierę, która wytrzymała niesamowicie destrukcyjną falę uderzeniową niebieskiej bomby, ale nie miałam pewności czy wytrzyma też resztę uderzenia. Skupiłam więc całą swoją moc jaką tylko miałam pod ręką i wepchnęłam ją w zaklęcie. Światło oślepiło mnie całkowicie więc nie widziałam co robię mimo szeroko otwartych oczu. Zastanawiałam się czy udało mi się objąć choć w części biednego, bogom winnego posłańca. Chciałam odwrócić się i sprawdzić, ale wiedziałam, że choć chwila nieuwagi mogła kosztować życia nas obojga. Moc była przytłaczająca, jęknęłam gdy zorientowałam się co musiało stać się z moim domem. Przynajmniej książki były za moimi plecami. Z tego co pamiętałam pan Jastes także stał wtedy koło nich, podszedł do okna gdy wleciała przez nie strzała. Istniała więc możliwość, że faktycznie został on objęty zaklęciem. Ta iskierka nadziei wypełniła mnie silnym postanowieniem powstrzymania tego wybuchu. Natężyłam wszystkie siły i z krzykiem na ustach spróbowałam odgiąć barierę w drugą stronę tak, by zaczęła obejmować środek bomby i zamknęła epicentrum wybuchu. Później zastanowię się co go tak właściwie wywołało, musiał istnieć jakiś katalizator. Zapisałam to sobie w myślach po czym skupiłam się już tylko na siłowaniu z eksplozją.
Po sekundach, które trwały wieki, w końcu udało mi się zamknąć epicentrum wybuchu w bańce zbudowanej z zewnętrznej strony bariery. Niestety zaklęcie które rzuciłam w pośpiechu tworzyło barierę bardzo wytrzymałą od zewnątrz, lecz kruchą od środka, więc jako że bańka była zrobiona z odwróconej bariery najlżejsza trauma i cóż... bum! Wiedziałam, że muszę nałożyć drugą barierę na tę aktualną by zrobić dobrze chronioną i szczelną bańkę, ale naprawdę nie miałam na to siły. Ledwo utrzymywałam aktualną barierę. To nie była jedna z moich podstawowych mocy, ale wyuczone do kości zaklęcie, więc pobierało więcej magii niż zaklęcia żywiołowe. Na nogach utrzymywało mnie właściwie tylko wspomnienie o basiorze przy oknie. Gdy przestało mi piszczeć w uszach, postanowiłam sprawdzić co się z nim dzieje.
- Panie Jastesie? - zawołałam dysząc z wysiłku – Żyje pan tam mam nadzieję, prawda?
Chwila ciszy przeraziła mnie, ale po chwili usłyszałam kaszel i kilka spadających kamyczków. Odetchnęłam z ulgą. Nie wiem czy mnie słyszał, ale prawdopodobnie jeszcze żyje. Jakimś cudem oboje żyjemy.
Postanowiłam więc odpuścić sobie stanie, czy raczej grawitacja postanowiła to za mnie. Rozkraczyłam się na płaskim kawałku podłogi pode mną. To kolejny plus ustawiania bariery również w ziemi a nie tylko nad nią, nie musisz łapać równowagi gdy ziemia ucieka ci spod stóp i możesz spokojnie wywalić się na płasko gdy jest już po wszystkim. Uważałam tylko żeby eksplozja pozostawała niezmiennie w kuli. W myślach powtarzałam sobie, że za chwilę ją dokończę, za sekundkę... Tylko złapię oddech. Zamknęłam oczy, bo całe moje pole widzenia wypełniała biel. Czułam jak serce wyrywa mi się z piersi. O bogowie, to było straszne. Komu mam dziękować za te setki godzin spędzonych na udoskonalaniu tej reakcji?
Gdy tak leżałam dysząc i gratulując sobie nawet nie usłyszałam jak Jastes wstaje i zaczyna rozglądać się po pobojowisku. Po chwili poczułam ruch powietrza na pysku, a gdy otworzyłam oczy zobaczyłam pochylające się nade mną trzy czy cztery powidoki wilka. Gdyby nie fakt, że byłam wykończona ktoś oberwałby zaklęciem po pyszczku, bez znaczenia który z nich. Przestraszył mnie niemiłosiernie tak się skradając. Podwójnym zaskoczeniem był sam jego widok. Przez chwilę mrugałam powiekami upewniając się, że naprawdę go widzę. Zaraz zorientowałam się, że to co wcześniej wzięłam za ślepotę po wybuchu wcale nią nie było. Patrzyłam wtedy na niebo spowite jasnymi, ciężkimi chmurami. Zbierało się na śnieg. Pomyślałam, że powinnam zamknąć okna w domu, ale dotarło do mnie, że patrzę na niebo. Nieb... gdy leżę na podłodze w moim domu... Z jękiem zamknęłam oczy i przekręciłam ociężale głowę na bok. Nie chciałam patrzeć na to, co mogło zostać z mojego domu, skoro sama leżę pod gołym niebem, ale otworzyłam najpierw jedno oko, potem drugie i westchnęłam smętnie. Kamienie, wszędzie jakieś kamienie. Musiałbym wstać żeby zobaczyć więcej.
- Jak dobrze, Pani też nic nie jest. - Przywołał mnie na ziemię znajomy już głos.
Z kolejnym jękiem wróciłam do poprzedniej pozycji i popatrzyłam na basiora z wyrzutem. Jastes delikatne się skrzywił, bo przecież to tylko figura retoryczna i miał na myśli ciut co innego. Westchnęłam rozumiejąc go bez dalszej potrzeby tłumaczenia i spróbowałam się podnieść klnąc w duchu na wszystkich zamachowców tego świata. Poczułam delikatny wiatr na plecach i miałam wrażenie jakby mi pomagał, podtrzymywał przed upadkiem. Zaraz zrozumiałam, że to drobna pomoc od nowego znajomego więc uśmiechnęłam się do niego niemrawo w podzięce.
Gdy już stanęłam o własnych łapach, mimo że zakręciło mi się w głowie zmusiłam się do obrócenia się w miejscu i rozejrzenia się. Cóż, to co zostało z mojego domu można było zawęzić do jednej ściany, która właściwie się i tak rozpadła od góry, półki z książkami, połowy fotela i połowy okna. Książki całe! Bogom dzięki! Niby nie jestem za bardzo w te tematy, ale ubóstwiam was za ten łut szczęścia. Przyjrzałam się linii która wyraźnie zaznaczała miejsce, w którym stanęła moja bariera. Wyglądała jakbym zamiotła ręką wszystko wkoło po łuku.
- Osłoniłam cię? - zwróciłam się bardziej w powietrze niż bezpośrednio do basiora, zastanawiając się nad połową okna.
Basior skinął głową, co widziałam tylko kontem oka i dodał:
- Tak, mniej więcej.
- A sufit? Kiedy zniknął nam sufit?
- Zająłem się nim gdy spadał. - usłyszałam krótką i niezbyt barwnie opisującą wydarzenia odpowiedź.
Zaśmiałam się ponuro na tę jakże zwięzłą wiadomość.
- Więc zdaje mi się, że jesteśmy kwita w kwestiach ratowania życia.
Zdawało mi się, że coś ważnego wiązało się z tym oknem, czy raczej połową tego okna. Coś o nim notowałam, pamiętam... Zaczęłam rozglądać się po podłodze i kamieniach w gruzowisku za czymś o czym powinnam pamiętać i rzuciłam mimochodem do nowego znajomego:
- Nie sądzisz że pół okna to dość dziwne podejście do modernistycznej sztuki budowlanej?
- Słucham? - mogłabym przysiąc, że w jego głosie usłyszałam delikatną nutę zdziwienia. To faktycznie nie jest chyba zdanie, którego można by się spodziewać w tej sytuacji, ale miałam jakąś myśl i nie chciałam jej stracić.
- No bo widzisz, takie okno, czy raczej jego połowa byłaby potwornie nieprzydatna. Gdyby powiedzmy tak jak dzisiaj zbierało się na śnieg nie można by było go całkowicie zamknąć i śnieg mógłby... Wlecieć do środka! Tak! O to mi chodzi! Do środka, przez te pół okna! Pamiętasz? Strzała, tu była strzała, muszę się jej przyjrzeć.
Nawet jeśli basior chciał, nie skomentował mojego dziwnego toku myślenia. Zamiast tego zaczął szukać ze mną. Zanim ją znaleźliśmy minęła chwila i była całkowicie połamana, ale jakoś udało nam się odnaleźć wszystkie części.
- Dobrze, w takim razie, możemy z całą pewnością wykluczyć możliwość pomylenia adresów. Raczej nie był to przypadek, że ta strzała, zawierająca notkę „żegnajcie przegrani” wylądowała akurat w moim salonie i nagle bomba, wcześniej zupełnie nieaktywna, zdetonowała. Są plusy i minusy tej sytuacji. Plusem jest to, że przynajmniej wiemy, że ktoś obrał sobie na cel moje nic nieznaczące lub nasze życia, minusem jest to, że ktoś obrał sobie na cel moje nic nieznaczące lub nasze życia. Za plus możemy też uznać to, że nikt postronny nie jest w to wplątany i nie mamy nieznanego celu mordercy wymagającego odnalezienia i obrony na głowach. Za minus natomiast wezmę nagłą potrzebę przeprowadzki. Przynajmniej nie mam zbyt wiele do noszenia prawda? Biorąc to wszystko pod uwagę widzę więcej plusów niż minusów tej sytuacji. Dodatkowo mamy parę poszlak i możemy od czegoś zacząć. Podsumowując jest całkiem nieźle, nie sądzi Pan, Panie Jastesie?
Basior tylko przyglądał mi się z kamienną twarzą, więc wzruszyłam ramionami i otrzepałam futro z kurzu. Rozejrzałam się jeszcze raz czy czegoś nie przegapiłam. W oko wpadł mi jakiś większy kawałek materiału, który walał się między kamieniami i drewnem. Wyciągnęłam go więc ostrożnie i złożyłam w nim moje książki oraz inne przedmioty z jedynej ocalałej szafki w moim domu. Zarzuciłam sobie to na plecy, ponieważ mój nowy znajomy miał swój bagaż i spojrzałam po raz pierwszy na lśniącą kulę nadal unoszącą się w powietrzu, jakby dopiero sobie o niej przypominając.
Zmrużyłam oczy patrząc na nią i przyciągnęłam ją do siebie, by przyjrzeć się jej lepiej. Z jakiegoś powodu eksplozja nie chciała się wygasić. Zastanawiałam się nad nią oglądając ją ze wszystkich stron i rozważając wszelkie opcje. Przeglądałam w głowie przeczytane przeze mnie książki o magicznych eksplozjach i bombach inkantacyjnych. Wydawało mi się, że kojarzę książkę w której mogłabym znaleźć jakieś informacje na temat tej tajemniczej bomby, ale musiałabym zajść do Wielkiej Biblioteki i przeczytać to ponownie, by mieć pewność. Po zbadaniu kuli przyjrzałam się też strzale i zaczął rysować mi się jakiś pomysł.
Poszukałam wzrokiem posłańca, który jak się okazało przyglądał mi się z pewnej odległości. Popatrzyłam na niego chwilę w milczeniu próbując zebrać do kupy wszystkie swoje myśli i przekazać mu je w jednym prostym i zrozumiałym przekazie bez żadnych dygresji. Było to trudne zwłaszcza patrząc na poziom mojego zmęczenia. Nie mogłam jednak odpocząć, bo mogłabym wypuścić eksplozję, a zbyt mało o niej wiedzieliśmy by móc bezpiecznie to zrobić. Musiałam wyglądać potwornie jakby się nad tym zastanowić...
- Pane Jastesie. - Zaczęłam w końcu. - Mamy teraz trzy... nie, cztery opcje. Są one następujące:
Jeśli chce pan pomóc to możemy:
    a) Pójść poszukać śladów tego kto strzelał do nas przez okno, lecz mam podejrzenia, że strzała jest magiczna i nie znajdziemy za dużo. Z drugiej strony później śnieg mógłby zasypać ewentualne ślady.
    b) Przejść się do Wielkiej Biblioteki, w której złożę tymczasowo mój dobytek i spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej o tej niewygasającej eksplozji. Bo śmiem twierdzić, że skoro jeszcze nie wygasła tli się w niej jakaś magia, a jeśli tak w istocie jest, jestem przekonana, że mogę ja zidentyfikować i czegoś się o niej dowiedzieć. To samo tyczy się samej strzały. Może udałoby mi się ją odtworzyć lub naprawić.
    c) Zajść do Pańskiej pracy i popytamy o tę paczkę odpowiednie osoby.
Natomiast jeśli ma Pan już dość wrażeń to rozstaniemy się tu i teraz i nie będzie Pan już więcej zobowiązany do żadnej współpracy czy pomocy w tej sprawie.
Basior zamyślił się chwilę, podszedł do kuli i przyjrzał jej się bacznie. Miałam wrażenie, że znów o czymś zapomniałam.
- A tak, tylko niech Pan na nią uważa i pod żadnym pozorem na razie nie dotyka, bo wybuch się uwolni. Nie mogę teraz założyć warstwy izolacyjnej traum więc bariera od zewnątrz jest dość krucha i może wybuchnąć przez najmniejszy wstrząs. - Rzuciłam jakby było to mało istotne. Basior cofnął się bacznie od kuli i popatrzył na nią nieufnie, po czym spojrzał na mnie. - To jaka jest pańska decyzja?

<Jasiu? Wybierz sobie opcję XD>

Słowa: 1747 = 132 KŁ

piątek, 3 lipca 2020

Od Nevt

Czekałam. Wiecie co jest najgorsze w nieskończenie dłużącym się okresie wysyłania czegoś przez kogoś do ciebie? Czekanie. Zanim zamówi się upragnioną rzecz mijają lata, ale zanim ona przyjdzie mijają wręcz milenia. Szczególnie, jeśli bardzo się owej rzeczy pragnie, a ja niczego w tej chwili nie pragnę bardziej od moich magicznych ksiąg. Zdążyłam sprawdzić dziś skrzynkę już chyba z trzynaście razy, a nie wybiła nawet dziewiąta. To samo zrobiłam też wczoraj i przedwczoraj... zdaje się że przed przedwczoraj też mi się to zdarzyło. Próbowałam już się czymś zająć, czytałam inne książki, ćwiczyłam zaklęcia, nawet zajrzałam do biblioteki, a także na coś zapolowałam, ale wciąż wszystko o czym potrafię myśleć to te księgi. Gdy jestem poza domem zastanawiam się czy już na mnie czekają, gdy jestem w domu czy już do mnie idą oraz gdzie mogą być w tym momencie. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Zamówiłam je już cztery dni temu i teraz z każdym kolejnym dniem oczekiwania moja niecierpliwość tylko narasta. Szczególnie dręczy mnie fakt, że według przewidywanej daty dostarczenia paczki powinny tu być już wczoraj! No dobrze, może była jakaś wzmianka, że nie pracowali przedwczoraj, ale przecież trzy dni na dostarczenie to trzy dni, a nie trzy dni oraz ewentualny dzień niepracujący. Kręciłam się niespokojnie po pomieszczeniu przechodząc z jednego końca na drugi. Po jakichś dwóch minutach, które zdawały się trwać przynajmniej dziesięć razy tyle stwierdziłam, że zaraz wydrepczę dziurę w podłodze i postanowiłam podejść do mojego regału, by wybrać sobie jakąś łatwo wciągającą lekturę. Nie mogłam przecież cały dzień dreptać w miejscu bo czekam na jakąś paczkę. Przeleciałam wzrokiem po grzbietach moich kochanych woluminów, gdy mój wzrok prześlizgnął się po kwiatowym naszyjniku leżącym na jednym z rzędów mniej używanych przeze mnie tomów poczułam delikatne ukłucie żalu. Zatrzymałam się na chwilę na tym przedmiocie, wspominając. To już prawie dwa lata. Szybko jednak otrząsnęłam się z tego uczucia, powtórzyłam sobie jak mantrę moje słowo „naprzód” i przeszłam do kolejnego rzędu książek.
Orientując się, że wszystkie czytałam już przynajmniej dwa razy wzięłam jedną na chybił trafił i usiadłam na środku pokoju kartkując książkę prawie się na niej nie skupiając. Niby czytałam słowa, które były w niej zapisane, ale moja głowa wciąż uciekała w chmury i znaczenie zdań jakoś mi umykało. Zastanawiałam się ile czasu minęło od mojego ostatniego sprawdzenia skrzynki i czy posłaniec jakimś cudem mógł się już pojawić i zostawić mi moją paczkę gdy nie patrzyłam. Potrzebowałam tych książek do dalszych badań nad sprawą którą właśnie się zajmowałam i naprawdę nie mogłam się doczekać dalszego zgłębienia tematu. Gdy tylko pomyślę o brnięciu coraz głębiej w zawiłe meandry magii opisanej w tych księgach aż przebiega mnie dreszcz ekscytacji. Z impetem zamknęłam „czytaną” właśnie książkę i postanowiłam sprawdzić jeszcze raz, czy nie umknął mi żaden niesamowicie cichy, szybki i niezauważalny kurier. Z przyzwyczajenia więc wzięłam trzymaną książkę i wyszłam się rozejrzeć. Po krótkiej chwili przyzwyczajenia się moich oczu do porannego światła odbijającego się od śniegu sprawdziłam, czy na pewno nic się tu nie zmieniło przez ostatnie dwadzieścia minut. Po upewnieniu się, że naprawdę wszystko jest dokładnie tak jak było przed chwilą odwróciłam się i z westchnieniem poczłapałam do wejścia. Zanim jednak do niego dotarłam cichy dźwięk dobiegł mych uszu. Zastrzygłam nimi natychmiastowo kamieniejąc. Dźwięk ów był tak znajomy, że rozpoznałam go natychmiast. Skrzypienie śniegu pod łapami. Ktoś zmierzał w moim kierunku. Odwróciłam się w stronę dźwięku i faktycznie, zobaczyłam w oddali zbliżającą się postać. Na myśl, że to kurier zadreptałam parę razy w miejscu po czym usiadłam i czekałam w ekscytacji aż do mnie podejdzie. Mój ogon samoczynnie zaczął delikatnie zamiatać śnieg za mną, lecz nie zwróciłam na to najmniejszej uwagi. Skupiłam się na poruszającej się kropce i czekałam.
Nie trwało to długo. Już po paru chwilach mały punkcik zmienił się w długonogiego posłańca, który zwolnił kroku gdy tylko zbliżył się na tyle, że moglibyśmy się sobie nawzajem przyjrzeć. Posłałam mu jeden z największych i najszczerszych uśmiechów na jaki mogłam sobie pozwolić bez ryzyka, że przez przypadek wypadnie mi szczęka. Tak jakimś cudem. Zawsze trzeba dmuchać na zimne. Wilk podchodząc otworzył zawieszoną na boku torbę i zaczął przeglądać jej zawartość. Nie mogąc się doczekać zaczęłam delikatnie przebierać przednimi łapkami na śniegu. Wilk odgarnął z góry swojej torby parę listów i wyjął moją upragnioną paczkę. Wreszcie się doczekałam! Przyjrzał się jej uważnie, odczytując ponownie zaadresowane dane.
- Nevt Z Rodu Avirative? - Spytał po chwili studiowania paczki i potwierdzania miejsca z adresem.
Jako że bardziej byłam zapatrzona w paczkę niż zasłuchana w cokolwiek co się do mnie mówiło odpowiedziałam wręcz automatycznie:
- Wystarczy Nevt, a ty jesteś...?
Chwila konsternacji lub może bardziej zaskoczenia zawisła na moment w powietrzu dla nas obu, bo ja także zrozumiałam co właśnie powiedziałam, zamiast normalnie odpowiedzieć, ale na szczęście basior był na tyle opanowany, że moment ulotnił się tak szybko jak powstał.
- Nazywam się Jastes, miło mi panią poznać.
Uśmiechnęłam się do niego wdzięcznie, a gdy podawał mi paczkę poczułam się wręcz jak naelektryzowana. Słowa same popłynęły choć nie planowałam wypowiadać ich na głos.
- Nareszcie! Czekałam na nią jak na szpilkach. - Wilk jak gdyby mnie nie słyszał zaczął ponownie szperać w swojej torbie w poszukiwaniu innych przesyłek czy listów do doręczenia mi. - Już nie mogę się doczekać aż usiądę z tymi książkami i w końcu będę mogła kontynuować badania nad...
Nie dokończyłam myśli, bo Jastes wyciągnął ze swojej torby kolejną paczkę i po jednym spojrzeniu na adres podał mi ją. Zdziwienie, które mnie tknęło gdy ją zobaczyłam zatrzymało na chwilę moje myśli już pędzące w stronę nowych nabytków mej prywatnej biblioteczki i ich możliwej wiedzy. Zawahałam się przed przyjęciem paczki i zmarszczyłam czoło.
- Hym, dziwne, nie zamawiałam nic innego. - Powiedziałam biorąc do łap paczkę.
Była mniejsza niż standardowe książki więc zgadywałam, że książką być nie może. Właściwie rozmiarem nie dorównywała nawet większemu kubkowi. Powiedziałabym, że mógłby to być rozmiar filiżanki, gdyby nie fakt, że była odrobinę za długa na filiżankę.
- Zaczekasz tu chwilę ze mną Jastesie? - Zapytałam właściwie nie oczekując odpowiedzi skupiona już całkiem na paczce, którą obracałam w dłoniach.
- Może sprawdź czy to na pewno do ciebie? - Powiedział bez przekonania Jastes.
Poszłam za jego radą i przeczytałam uważnie adres, ale nie zauważyłam żadnego błędu. Pokręciłam głową na znak, że wszystko jest jak powinno być. Paczka z pewnością była zaadresowana właśnie do mnie. Jednak coś przykuło moją uwagę.
- Nie ma nadawcy... - zastanawiałam się na głos – Dziwne.
Spojrzałam niepewnie na czekającego wciąż w tym samym miejscu basiora, który obserwował me poczynania z niezmiennie poważną miną. Zastanowiłam się, czy nie potrząsnąć paczką, ale szybko odrzuciłam ten pomysł. Niby nie była w żaden sposób oznaczona, ale też nie miałam pojęcia co może w niej być, a patrząc na to, jakie rzeczy czasem do mnie przychodzą wolałam niczym nie ryzykować. W końcu jeśli był to jakiś magiczny przedmiot wszystko mogło się stać. Rzuciłam podejrzliwe spojrzenie paczce i podjęłam decyzję, że ja otworzę i sprawdzę co to może być. Zastanawiał mnie ten brak nadawcy. Nawet naprawdę podejrzane przedmioty magiczne z podejrzanych źródeł mają jakiegoś nadawcę, choćby i zmyślonego, by adresat mógł się domyślić jak się obchodzić z taką paczką.
- Otworzę ją i sprawdzę co to, poczekaj jeszcze chwilę. Może pomylili adresata i wpisali mnie zamiast... kogokolwiek? Nie mogę stwierdzić co to skoro nie wiem kto to nadał. - odwróciłam się i na chwilę zniknęłam w swoim domu - Przy okazji wiesz coś o tej paczce? - Spytałam mówiąc odrobinę głośniej i przez otwarte drzwi zobaczyłam tylko jak basior kręci głową.
- Ja je tylko dostarczam do adresata.
- Hyyyyym... - Mruknęłam pod nosem wyłaniając się z domu z nożykiem do otwierania listów i paczek. Kilkoma wprawnymi ruchami otworzyłam paczkę tak jak zawsze otwieram inne zawierające książki czy przedmioty magiczne.
Przybliżyłam się do Jastesa, by on też mógł zajrzeć do paczki. W środku karton został wyłożony słomą. Odgarnęłam ją delikatnie zdecydowanym ruchem nie mogąc już powstrzymać ciekawości. Pierwsze co zobaczyłam to sznurek wystający z jakiegoś metalu. Chwyciłam za metal i ostrożnie pociągnęłam do góry, by go wyjąć. Metal ów okazał się zaślepką zgrzaną na szyjce kolby. W środku znajdowało się coś niebieskiego. Na początku pomyślałam że to jakaś dziwaczna świeczka w kolbie, jednak coś zastanowiło mnie w jej zawartości. Nie wyglądało to na wosk. Przyjrzałam się więc dokładniej i zobaczyłam, że tak naprawdę kolba była wypełniona niebieską rośliną, która została w niej wręcz upchana, by zmieściło się jak najwięcej. Spojrzałam na listki i zorientowałam się, że to bardziej ulistnione łodyżki niż zwykłe liście. Mech. Niebieski mech. Spojrzałam jeszcze raz na trzymane w drugiej ręce pudełeczko wypełnione zabezpieczającą słomą i znów na buteleczkę pełną środka wybuchowego, a moje oczy rozszerzyły się w zrozumieniu. Cała ta scena trwała mniej niż sekundę zanim krzyknęłam w olśnieniu o mało nie upuszczając flakonika:
- To bomba!
Moje myśli popędziły przed siebie, liczyły się tu sekundy. Stwierdziłam, że bomba nie ma zapalnika więc sznurek może być zamoczony w czymś co podczas kontaktu z dowolną rzeczą eksploduje. Postanowiłam więc otoczyć kolbę barierą próżniową, a gdy tylko zaczęłam to robić kontem oka dostrzegłam ruch Jastesa, na który nie zdążyłam już zareagować skupiona na barierze.

<Jas?>

Słowa: 1505 = 120 KŁ

sobota, 3 sierpnia 2019

Od Nevt - Festiwal Magii - Quest II

Siedziałam w bibliotece już tydzień i szperałam w coraz to kolejnych zakurzonych księgach. Nadchodził Festiwal Magów, a ja zupełnie się jeszcze nie przygotowałam. Muszę wciąż tyle zrobić! Ale zaklęcie jest najważniejsze. Pracuję nad nim i pracuję, ale wciąż coś idzie w nim nie tak jak powinno. Studiowałam języki magii, próbowałam wymawiać czar w czternastu dialektach i pięciu odmianach, ale to nadal okazuje się bezużyteczne. Nie wiem co może iść nie tak, naprawdę nie mam pojęcia. Powoli tracę cierpliwość, może powinnam rzucić tę próbę i zastanowić się nad czymś prostszym? Moje ciężkie westchnienie tylko potwierdza przeczucie nękające mnie od jakiegoś czasu. Nie mogę iść na łatwiznę. Po pierwsze nie przystoi to przyszłemu Wielkiemu Magowi, a po drugie i tak nie mam już czasu na zmienianie decyzji i pracowanie nad czymś innym. Festiwal jest już jutro. Zamknęłam z hukiem książkę opisującą jeden z najstarszych dialektów i wstałam od stołu. Dobrze, spróbuję jeszcze w taki sposób. Przetłumaczyłam szybko słowa i powtarzając je w głowie, wyszłam z biblioteki na świeże powietrze. Słońce niemal natychmiast mnie oślepiło, lecz nie zważałam na to. Musiałam jak najszybciej znaleźć się na otwartej przestrzeni, z dala od innych wilków, by spróbować rzucić zaklęcie i nie doprowadzić do żadnej katastrofy, co było bardzo możliwe zważając na ostatnie próby. Planowałam stworzyć lewitujące kryształy, które w spektakularny sposób rozsypywałyby się w miliony iskierek, zupełnie niegroźnych, lecz pięknie wyglądających. Sam pył oczywiście powinien znikać przed dotknięciem podłoża. Można by dzięki takiemu zaklęciu wspaniale uświetnić festiwal. Równocześnie próbowałam dodać element czaru, dzięki któremu miałby on wyzwalacz czasowy i nie potrzebowałoby stałej obecności maga. Kryształy takie przed rozpadnięciem się pięknie załamywałyby światło i dawały kolorystyczny efekt. Już wyobrażam sobie, jak wspaniała byłaby sala balowa pełna takich ozdób. Zanim jednak do końca rozpłynę się w marzeniach wypadałoby w ogóle stworzyć to zaklęcie. Do tej pory, albo wybuchały w eksplozji rozsypując się na tysiąc niebezpiecznych fragmentów, przed którymi musiałam uciekać, bo by mnie zraniły, albo w ogóle nie chciały wybuchać, albo nie unosiły się nad ziemię… Wiele porażek, zero sukcesów. Tym razem mi wyjdzie. Nie ma problemów, których nie da się rozwiązać przy odrobinie pracy prawda? Tak, jeszcze jedna próba, jeszcze jeden raz. Chwilę mi zajęło, zanim dotarłam na miejsce, ale w końcu mogłam zacząć. Stanęłam przygotowania, czyli w skrócie rozejrzałam się, czy nikogo nie ma w polu widzenia, odetchnęłam głęboko, zamknęłam oczy i skoncentrowałam się na symbolach, które tworzyły zaklęcie, oraz tym co chciałam uzyskać wypowiadając je. Skupiłam się tak mocno, że mogłam wręcz usłyszeć panującą wokół mnie ciszę i poczuć otaczające mnie powietrze. Zebrałam w sobie magię, czułam dokładnie jak buzuje w moim ciele szukając ujścia. Poczułam lekki powiew wiatru na pysku i w futrze, gdy wypowiadałam pierwsze słowa zaklęcia, wypuszczając powoli magię. Czułam ją teraz na zewnątrz i w powietrzu. Wiedziałam, że udało mi się uformować kryształy, było ich pięć, czułam to i widziałam oczami wyobraźni. Nie chciałam otwierać oczu, by nie tracić koncentracji. Skoro ta część się udała, to teraz wyzwalacz czasowy. Wypowiedziałam starannie resztę zaklęcia i wypuściłam w stronę kryształów więcej magicznej mocy. Otworzyłam oczy i poczekałam dwadzieścia sekund, czyli tyle, na ile ustawiłam aktywowanie zaklęcia. Gdy kryształy w końcu wybuchły, towarzyszyło temu jasne, oślepiające na sekundę światło, ale udało mi się! Rozpadły się bezpiecznie na małe iskierki. I choć zniknęły dopiero po utraceniu mocy, a nie w momencie dotknięcia podłoża, był to sukces. Cieszyłam się jak małe dziecko, zaczęłam wręcz skakać z radości. Po tygodniu nieudanych prób i tylu przygotowaniach, wreszcie…
- Teraz tylko dopracować szczegóły. – mamrotałam do siebie, dreptając w koło po polanie - Spróbować manipulować położeniem lewitujących kryształów, przygasić odrobinę blask towarzyszący rozpadowi, poprawić czas potrzebny na zniknięcie iskier… Wszystko po kolei, najpierw spróbujmy pobawić się przemieszczaniem ich i sprawdzić maksymalną granicę czasową.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam, przyzwałam znów kryształy i ustawiłam czas ich eksplozji na godzinę. Powinno wystarczyć jak na jeden raz. Nie mam czasu na sprawdzanie ich w dłuższym okresie. Spróbowałam teraz przemieszczać kryształy, co okazało się niesamowicie proste. Mogłam dowolnie nimi manipulować, jakby były nieważkie. Sprawdziłam też ich odporność na uszkodzenia i okazało się, że są bardzo wytrzymałe. Pomyślałam o czymś co nie do końca może było przeznaczeniem tego zaklęcia, ale byłoby równie przydatne, jeśli nie bardziej. A gdyby spróbować wykorzystać to zaklęcie w inny sposób? W teorii załamują światło i są wytrzymałe, do tego wybuchają w bardzo jasnym świetle. Czy kryształy mogłyby posłużyć też jako środek, do oślepiania wroga, lub dezorientacji przeciwnika? Czy wytrzymałyby jako tarcza na zaklęcia typu świetlistego? Moja ciekawość nie pozwoliła mi tego nie przetestować. Okazało się, iż mogą być użyte także i w taki sposób. Wypełniała mnie tak ogromna radość i duma z nowego zaklęcia, że było to wręcz nie do wyrażenia. Wreszcie mi się coś udało. Muszę natychmiast pokazać to zaklęcie i opowiedzieć o nim przed Radą Magów. Poczekałam jeszcze parę minut, by minęła godzina i kryształy wybuchły, a gdy to się stało odwróciłam się na pięcie i już miałam biec do Rady, gdy nagle powstrzymał mnie głośny krzyk.
- Hej, ty tam!
Odwróciłam się w stronę głosu dochodzącego gdzieś zza mnie i z prawej. Odnalazłam wzrokiem wilka, który szybko zmierzał w moją stronę. Wyglądał na nieźle zdenerwowanego. Poczekałam na niego sprawdzając jednocześnie położenie słońca. Miałam jeszcze chwilę czasu, zdążę z nim porozmawiać, pobiec do Rady i wrócić do domu na odpoczynek. Przyda mi się trochę snu.
- Słucham, o co chodzi? – Zapytałam uprzejmie, uśmiechając się do nieznajomego.
- Czy to ty przed chwilą wyczarowałaś te latające przedmioty, które wybuchły?
- Tak, to był mój nowy czar, podobał się Panu? - Uśmiechnęłam się mocniej pełna entuzjazmu, który jednak szybko został zgaszony przez mojego rozmówcę.
- Był okropny! Oślepił mnie i przeraził! Co ty sobie myślisz, by tak czarować przy innych wilkach, narażając je na niebezpieczeństwo!? Mogłem przez ciebie oślepnąć, albo dostać zawału!
Zmieszałam się zachowaniem basiora. Może i faktycznie światło było trochę jasne, ale nie oślepiłoby nikogo na dłużej niż parę sekund, poza tym jak zaczynałam czarować nikogo nie było w pobliżu. No dobrze, mogłyby kogoś w sumie oślepić na trochę dłużej niż parę sekund, ale musiałyby wybuchnąć dosłownie przed czyimś nosem, a nie w odległości w jakiej on stał, lub w jakiej one lewitują. Postanowiłam jednak go przeprosić, w końcu mądrzejszy ustępuje.
- Przepraszam Pana, jeśli uznał Pan, że było to niebezpieczne mogę spróbować jakoś to zrekompensować…
- Oj nie! Nie wykręcisz się.
Nawet nie próbowałam… Przemknęło mi przez myśl, lecz nie wypowiedziałam tego na głos.
- Wyzywam cię na pojedynek! Zapłacisz mi za uszczerbek na moim zdrowiu i psychice w swoim własnym cierpieniu!
Szczęka mi opadła, no teraz to przesadził. Jaki uszczerbek na zdrowiu i psychice? Czy on chce mnie zdenerwować, czy tylko udaje? Nie, wydaje się naprawdę poważny. Wzięłam głęboki oddech, by się jakoś uspokoić. Nie dam się wyprowadzić z równowagi.
- Proszę Pana, niech pan będzie rozsądny…
- Teraz jeszcze mnie obrażasz!? O nie, nie pozwalaj sobie dziecko! Czy ty wiesz kim jestem? – Nie mam pojęcia, pomyślałam. – Najlepszy sztukmistrz dziedziny magii, – Sztukmistrz dziedziny magii? Kto tak mówi? - wielki i wspaniały Konv! – Nie znam… - Lepiej dla ciebie, żebyś mnie nie obrażała, bo może się to źle skończyć! Pożałujesz swoich słów, przysięgam ci! - Lunatyk jakiś… I niby kiedy ja go obraziłam?
- Skoro zna się Pan na magii, to na pewno zdaje Pan sobie sprawę, iż moje zaklęcie jest niegroźne, jeśli zachowa się odpowiednie środki ostrożności, o które naprawdę nie jest ciężko…
- Nie pouczaj mnie głupia! Jestem od ciebie starszy i wiem więcej o magii, niż ty mogłaś czytać przez całą swoją dotychczasową naukę! Kto jest twoim mistrzem? Muszę się z nim spotkać i przedyskutować to, jak wychowuje swoich uczniów. Twoje zachowanie jest niedopuszczalne, a twoja magia jest ledwo początkującą zabawą, do tego niebezpieczną! Nie powinno się uczyć takich zaklęć, takie pisklaki jak ty! Nauczę cię dobrego zachowania, zobaczysz co to prawdziwa magia!
Przesadził. Mnie może obrażać ile chce, ale nad tym zaklęciem pracowałam przez długi czas i było niesamowicie zaawansowane techniczne. Nie po to tyle nad tym siedziałam, by jakiś byle basior zaczął mi je obrażać. Straciłam mój spokój i niestety dałam się sprowokować.
- Jeśli chcesz ze mną walczyć, to proszę bardzo, ale na własną odpowiedzialność.
Przyjęłam szybko postawę, by być w każdej chwili gotowa do walki.
- Nie teraz. Najpierw zobaczę się z twoim mistrzem. Policzę się z tobą dziś o północy dokładnie w tym miejscu! Tylko nie stchórz mała dziewczynko.
Prychnęłam na niego i już miałam mu powiedzieć, że nie mam mistrza, bo już dawno przestałam być uczniem, ale on zdążył się już odwrócić i zaczął odchodzić. Zastanowiłam się, z nie jakim rozbawieniem, że ciekawe jak chce porozmawiać z moim mistrzem, skoro nie wie jak się nazywam, ani jak on by się nazywał, gdybym w ogóle go miała. Nie mogłam uwierzyć w to co się tu właśnie stało. Cham i prostak. No cóż, może przynajmniej nauczy się czegoś, jak w nocy spiorę mu futro.
Resztę dnia spędziłam na zajściu do rady, przedstawieniu jej mojego zaklęcia i otrzymania gratulacji, zjedzeniu czegoś na mieście i lekkim odpoczynku w domu. Czas płynął szybko więc skierowałam swoje kroki w stronę miejsca spotkania. Ostatecznie nie chciało mi się znów użerać z tym basiorem, ale w chwilach największego poirytowania zaistniałą sytuacją, przypominałam sobie o tym, jak obrażał mnie, moje umiejętności i moje nowe, trudne zaklęcie. Stawiłam się punktualnie i zaczekałam na wilka. Gdy już myślałam, że może stchórzył, lub poszedł po rozum do głowy i już nie przyjdzie, pojawił się na drugim końcu polany z okropnym uśmieszkiem na pysku.
- Więc jednak się pojawiłaś. Podziwiam twoją odwagę dziewczyno. Muszę ci powiedzieć, że jesteś już zgubiona. Po północy mam największą moc, gdy to księżyc wzejdzie już na niebo i widzę jego blask!
Na mój pysk wkradł się uśmieszek, gdy złośliwe słowa cisnęły mi się na usta. A co mi tam, pomyślałam.
- Jak poszła ci rozmowa z moim mistrzem? Czy dostanę kazanie po powrocie do Rady Czarodziei?
Widok wściekłego wyrazu jego pyska był więcej niż zadowalający. Nie dał mi się jednak nacieszyć, gdyż zaraz poszybowała w moją stronę wiązka jasnej mocy. Postawiłam jakąkolwiek tarczę tak szybko jak mogłam i zdążyłam na szczęście w samą porę, bo już po chwili trafiła ona w osłonę i rozprysła się.
- Nie ładnie tak atakować bez ostrzeżenia, Panie wielki i potężny.
Denerwowałam go tylko coraz bardziej, ale jakoś mi to nie przeszkadzało.
- Jak cię zwą dziecko? – Wykrztusił przez zaciśnięte zęby mój przeciwnik.
- Jestem Nevt z Rodu Avirative. Przyszły Wielki Mag i aktualnie jeden z silniejszych magów w Królestwie.
Basior nagle zbladł, w sumie mu się nie dziwie. Sądził, że wyzywa na pojedynek jakiegoś podlotka, ale cóż, to jego wina, że nie dał mi niczego wytłumaczyć. Skoro jest najpotężniejszy gdy widzi księżyc, nie mogę mu pozwolić zaatakować pełną mocą, bo mógłby naprawdę wciągnąć mnie w jakąś walkę, a nie zwykłe popisy. Albo po prostu nie pozwolić mu widzieć blasku srebrnego globu. Uśmiechnęłam się ze sprytem w oczach, gdy wpadłam na pomysł, jak zakończyć tą niedorzeczną walkę.
- Więc Panie wielki i wspaniały, mówiłeś że moje zaklęcie może być niebezpieczne i miałeś rację, ale jak wspominałam, tylko w określonych warunkach. Rozumiem, że ta walka jest na takich samych zasadach magicznego pojedynku, jak zawsze. Pozwól mi więc pokazać ci okoliczności niosące niebezpieczeństwo przy użyciu mojego nowo stworzonego czaru.
Wilk cofnął się krok, lecz było już za późno. Koncentrowałam się przez całą drogę tutaj i byłam gotowa w każdej chwili stworzyć kryształy, co oczywiście natychmiast uczyniłam. Wysłałam je wszystkie, by lewitowały w kole wokół jego głowy i rozbijałam jeden po drugim, oślepiając i dezorientując basiora. Nie miał szansy zareagować, gdy użyłam kolejnego czaru i zwaliłam go z nóg magicznym uderzeniem. Szybko przyszło, szybko poszło. Oszołomiony zbierał się z ziemi klnąc na mnie i przecierając łapą oczy, oślepione na dobre parę minut.
- Pojedynek zakończony, wygrałam. Nie wchodź mi już więcej w drogę i spadaj stąd. Miłego Festiwalu Magii. A tu masz najlepszą informację, będziesz mógł cieszyć na nim oczy moim najnowszym zaklęciem w bezpiecznej formie.
Odwróciłam się z gracją i wesołym uśmiechem zabarwionym może delikatnie zadziorą, ale nie czułam się z tego powodu źle. Dziś pierwszy dzień Festiwalu, powinnam iść się przespać. Zapowiada się naprawdę wspaniały dzień. Otworzyłam więc portal i zniknęłam w mroku nocy pozostawiając pokonanego przeciwnika światłu mroczków przed oczami.

Słowa: 2019

Treść questu: 
Właśnie udało ci się wymyślić nowe zaklęcie. Śpieszysz się, by powiadomić o nim radę magów, sądzisz, że może być w przyszłości bardzo użyteczne. Niestety po drodze ktoś cię zatrzymuje i wyzywa na pojedynek. Czymś zalazłeś mu za skórę, a to bardzo wrażliwy typ. Poza granicami miasta macie stoczyć walkę na czary.  Godzisz się, nie chcąc by twoje dobre imię zostało zszargane. Nieznajomy ma tylko jeden warunek. Musi się to dziać o północy. Dlaczego tak mu na tym zależało?
wersja a:
Minimum 1800 słów
Nagroda: 150 łusek + 2 punkty do dowolnej dyspozycji

czwartek, 23 maja 2019

Od Nevt CD. Warper

Jego słowa zdawały się mieć jakiś tam sens i zdawał się mówić szczerze, jednak gdy doszedł do momentu mówienia o przeznaczeniu zawahałam się. Czy wierzyłam w przeznaczenie? Raczej nie. Sądzę, że pewna rzeczy muszą się stać, faktycznie, ale nie definiuje to całego naszego życia i wszystkich naszych decyzji. Nie wiem, czy uświadamiając sobie to ulżyło mi czy nie, ale sama świadomość tego, że nie tylko Aska mnie nie wini, ale też pierwszy lepszy obcy, którego napotkałam przez całkowity przypadek uważa tak samo, wydawał się zdejmować jakiś niewidzialny ciężar, którego nie dostrzegałam przedtem. Wciąż było mi okropnie z tą sytuacją, ale byłam na dobrej drodze i wiedziałam to, a to duży postęp. Jak to słowa mogą zmieniać ludzi. Grają ostatnio bardzo istotną rolę w moim życiu. Ciekawy mógłby być wpływ słów na zaklęcia. Hym, zbadam to jak wrócę do biblioteki i… No, chyba naprawdę mi lepiej, skoro rozmyślam już o nowych sposobach udoskonalenia zaklęć magicznych. Pewnie ten akurat sposób będzie do niczego, ale zawsze warto sprawdzić. Zawsze warto sprawdzić… Wpadł mi do głowy pewien pomysł. Zawsze warto sprawdzić. Zacznę badania nad czarnymi dziurami i przekonam się, co mogło się stać z Sabronem. Tak, zawsze warto sprawdzić, choć nie wiem jeszcze z jakiej opcji cieszyłabym się bardziej. Raczej nikomu o tym moim małym eksperymencie nie powiem, ale zacznę się uczyć i przekonamy się. Na mój pysk wkradł się uśmiech. Mogę zrobić coś jeszcze.
- Wiesz, poprawiłeś mi nastrój, dzięki.
Basior wzruszył ramionami, lecz na jego pysku zauważyłam ten przelotny uśmieszek. Odwzajemniłam go i położyłam głowę na łapach. Teraz zostawało nam czekać.

~*~

Nie minęło parę godzin, gdy burza wreszcie się uspokoiła. Wstałam leniwie rozprostowując łapy. Podczas całego trwania tego przymusowego odpoczynku zregenerowałam całkowicie siły po przeskoczeniu z Ulove. Spędziłam czas rozmyślając głównie nad za i przeciw poszukiwaniu prawdy o losie ojca i niestety z przykrością musiałam stwierdzić, że losy są wyrównane. Patrzyłam ze swojej perspektywy oraz z perspektyw osób, które znały sytuację, by mój entuzjazm nie przyćmił złych stron tego pomysłu. Nie byłam zadowolona z rezultatu, ale czy w ogóle była szansa na to, że będę? Obok wejścia chrapał Warper, ten to się nie lubi przemęczać. Kopnęłam go lekko w drodze do wyjścia.
- Wstajemy śpiące lawendziątko, pora zapolować na jakąś dużą zwierzynę, tylko nie uszkodź mi jego skóry, bo następną mięsistą zdobyczą będziesz ty.
Nie słuchając jego gderania wyszłam na świeży śnieg i odetchnęłam głęboko. Rozejrzałam się dookoła, szukając punktu położonego wyżej niż reszta otoczenia. W pewnym momencie widok zagrodził mi jednak basior ze szczurem na plecach, który skierował się przed siebie, idąc lekko w prawo od naszej kryjówki. Nie zamierzałam się spierać w wyborze kierunku, bo on znał te tereny najwidoczniej lepiej niż ja i pewnie się domyślał, czego szukałam. Poszłam więc za nim i próbowałam ustalić porę dnia po położeniu słońca. Zdawało mi się, że było już dobrze po południu. Wypadałoby się trochę pospieszyć, ale nie zamierzam wracać bez nawet jednej skóry. Zrównałam się więc z Warper’em, akurat w momencie, gdy zbliżyliśmy się do szczytu. Wdrapanie się na niego zajęło nam kilka minut. Nie chciałam marnować energii na portal, szczególnie, że nie widziałam dobrze góry. Gdy już znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu wytężyłam wzrok, lecz niczego nie znalazłam. Już miałam zacząć narzekać na pana przewodnika od siedmiu boleści, gdy nagle zauważyłam ruch. Wydawało mi się, że jedna z gór usypanych przez śnieg właśnie się poruszyła. Spojrzałam pytająco na Warper’a.
- To jaki. Śnieżyca zasypała je śniegiem. Może podlecisz tam i sprawdzisz ile ich jest?
Moja mina i milczenie, które zaległo między nami sprawiło, że basior odwrócił się do mnie z pytającym spojrzeniem.
- Jak to podlecisz? – Zapytałam głupio, ale jak można odpowiedzieć na głupie pytanie, jak nie innym głupim pytaniem?
- No normalnie, wiem, że mnie uczyłaś, ale wciąż jestem ledwo podlotkiem. Pokaż nam jak się to robi, pani psor.
Ou… Zupełnie zapomniałam, że on wziął na poważnie mój mały żarcik na wstępie znajomości. Naprawdę próbowałam się powstrzymać, ale nie dałam rady i ostatecznie parsknęłam śmiechem. Wprost przepiękna mina Warper’a wcale nie pomagała mi się uspokoić. Wręcz przeciwnie, pogarszała tylko sprawę, a im bardziej się śmiałam, tym bardziej on wydawał się zbity z tropu.

<Warper?>

Słowa: 685

środa, 22 maja 2019

Od Nevt CD. Warper'a

Absurdalny pomysł basiora wyrył na moim pysku kpiący uśmiech i zrodził w moim gardle śmiech. Jeśli naprawdę sądził, że będzie siedział i patrzył jak zabijam dla niego obiadek to się grubo przeliczył. Co jeszcze? Może przynieść go na srebrnej tacy polanego sosem i z jabłuszkiem w pysku? Już prędzej wepchnęłabym mu to jabłuszko w jego… opanuj się Nevt. W sumie to żebym to akurat ja go zabiła nie było takim złym pomysłem. Miałabym pewność, że skóra nie byłaby naruszona.
- No nie wiem, nie wiem – zaczęłam przedrzeźniając Wrapa czy jakkolwiek – Naprawdę chciałbyś zostawić małą, biedną i delikatną waderkę, aby sama walczyła z taką ogromną, potężną i silną bestią jak jak, gdy ty będziesz obijał się i podjadał śnieg?
- Tak, dokładnie tak.
- To uważaj, bo może być żółty.
Odgryzłam się i przyspieszyłam kroku. Denerwował mnie ten śnieg. W kółko musiałam wyciągać łapy z zasp, które wydawały się stabilniejsze niż były w rzeczywistości. Denerwował mnie też uśmieszek tego basiora. Ogólnie wszystko mnie denerwowało. Byłam zła na wszechświat. Kopnęłam z frustracją śnieg przede mną i westchnęłam z rezygnacją. Wiedziałam, że głównym powodem mojej złości byłam ja sama. Wciąż ciążyło mi, że dopuściłam do śmierci ojca. Niby rozumiem, że był szalony, że próbował mnie zabić, że działałam tylko we własnej samoobronie, ale mogłam zrobić coś, cokolwiek, żeby tylko ocalić go. Mógłby wylądować w areszcie, gdzie przemyślałby to co zrobił, albo w jakimś szpitalu, gdzie by go uleczyli z szaleństwa… Wiem, że to tylko złudzenia i nie mogło się to potoczyć inaczej, ale wciąż brakuje mi tego czegoś. Mogłam coś zrobić. Na pewno mogłam. Z zamyślenia wyrwał mnie silny wiatr, który zbierał się wokół nas i narastał coraz bardziej. Spojrzałam na niebo i zobaczyłam szare, ciężkie chmury zasnuwające całkowicie niebieski bezkres. Zatrzymałam się gwałtownie i poczekałam na Warpera, żeby zdążył mnie dogonić. Uderzyłam go lekko w bok i wskazałam pyszczkiem w górę.
- Lepiej się gdzieś schowajmy, znasz jakąś dobrą kryjówkę w tych ruinach? – Zapytałam wpatrując się w niego uważnie. Cóż, przepraszam Aska, ale polowanie najwyraźniej się ciut przedłuży…
- Cóż, tak, znam jedno miejsce, ale zboczymy trochę z trasy… - Powiedział z wahaniem Warper, ale widząc moje nieustępliwe spojrzenie wywrócił oczami i z westchnieniem powiedział – Dobra, chodź. To w tamtą stronę.
Odbiliśmy więc w lewo od kierunku naszego marszu do tej pory. W miarę jak szliśmy dalej wiatr coraz mocniej nam dokuczał. Po jakichś dziesięciu minutach wreszcie ustał, lecz zaczął padać drobny śnieg.
- I tego się tak bałaś? Puszek z nieba cię przeraził? Ooo… Jaka urocza dziewczynka z ciebie.
- Uroczą może nazywać mnie tylko Askalio, a ty zamknij pysk i przebieraj szybciej łapami. To tylko cisza przed burzą.
- Askalio?
- Oh, no tak, ja mówię o wielkiej burzy, która nadejdzie w ciągu następnych parunastu minut, a ty jedyne co wywnioskowałeś to to imię, o którym napomknęłam tak? Super… Jesteś wspaniałym słuchaczem. Do tego umiesz latać i jeszcze potrafisz zamieniać się w żółwia! Spójrz ile już o tobie wiem panie Wrap.
Zaczęłam być zgryźliwa, co ze mną nie tak? Oh, naprawdę przyda mi się jakiś kopniak, który przywróci mi dawną formę. Jednak nie miałam teraz czasu o tym myśleć. Potrzebowaliśmy schronienia i potrzebowaliśmy go już.


<Warper?>

Słowa: 525

Od Nevt

Wyszłam więc z nory mojego narzeczonego i podeszłam odrobinę w lewo. Starała się przypomnieć sobie jak najdokładniej jakieś charakterystyczne miejsce znajdujące się na Aloves. A dlaczego akurat tam? Cóż, byłam tam kiedyś i zauważyłam, że po sięgającym w niektórych miejscach ¾ łap śniegu przechadzają się spokojnie zwierzęta ubrane w idealne futro, dokładnie takie, o jakie mi właśnie chodziło. Były tam jaki. To jak tam trafiłam i czemu właściwie to się stało to zupełnie inna kwestia, która wymagałaby ogniska, dobrego mięsa i paru kufelków, żebym ją opowiedziała. Zostawmy ten temat tak jak jest. Jaki trudno było znaleźć na Aloves, lecz nie było to niemożliwe. Miałam wtedy dużo szczęścia, ale myślę, że dam radę powtórzyć tamtą wycieczkę. Zaczęła się ona… od pewnej skały! W końcu znalazłam obraz miejsca, o którym byłam pewna, że nie znikną wśród zwałów śniegu. Otworzyłam więc portal. Zawahałam się odrobinę widząc go, lecz szybko otrząsnęłam się z wrażenia, że za mną zaraz otworzy się czarna dziura. Przeszłam przez portal pamiętając o kamieniu, na którym chciałam się znaleźć. Tuż przed zniknięciem całkowicie z polany obejrzałam się ostatni raz na norę, by pożegnać się i zapamiętać obraz, gdybym chciała szybko wracać. Nic więc dziwnego, że gdy wychodziłam z portalu na głazie patrzyłam w inną stronę. Zapłaciłam za to przywaleniem w coś twardego i dużego. Wszystkie moje siniaki odezwały się w bolesnym proteście. No pięknie ta wyprawa się zaczyna nie ma co. W co ja mogłam przywalić? Skupiłam się przecież na miejscu nad skałą, a nie koło niej. Nie powinno być możliwe, żebym w nią weszła. Głupie portale niedziałające na duże odległości. Podniosłam głowę w momencie, w którym usłyszałam głośne tąpnięcie anonsowane lekkim krzyknięciem. Rozejrzałam się po skale i zauważyłam, że faktycznie jestem jednak na szczycie kamienia. Śnieg wokół mnie był poruszony, jakby ktoś przewalił się na niego i zaczął tarzać. Ślady te prowadziły w kierunku końca wywyższenia. Wstałam więc i ostrożnie podeszłam do krawędzi. Może 4 metry pode mną, w grubej warstwie śniegu zauważyłam wystające w stronę nieba cztery fioletowe łapy. Czyżbym… Nie, no wspaniale. Skała na którą wpadłam po wejściu do portalu była wilkiem. Mało tego zepchnęłam tą skałę… ym, znaczy wilka, z kamienia. Ups…
- Nic ci nie jest? – Krzyknęłam w stronę łap, a gdy odpowiedziało mi tylko głośne jęknięcie zbiegłam na dół. No, przynajmniej wiedziałam, że śnieg zamortyzował trochę upadek i do kogokolwiek należą te łapy żyje. Podeszłam do leżącego z chrzęstem śniegu zapadając się co i rusz.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że też lubisz pojawiać się na skałach. – Zażartowałam kiepsko. Muszę jak najszybciej wrócić do formy… - Zaraz pomogę ci się wydostać. Jestem Nevt, profesjonalna… nauczycielka latania jak widać. – Zaśmiałam się delikatnie wyciągając łapę by pomóc wilkowi wstać - A ty?


<Warper?>

Słowa: 445

Od Nevt CD. Askalio

Burza trwająca w mojej głowie powoli cichła, gdy patrzyłam na tego basiora. Był taki wspaniały. Widziałam w jego zachowaniu gniew, ale widziała też troskę i smutek. Cała ta scena, jego postawa, każda rzecz, którą dla mnie robił wzbudzała we mnie uczucie wdzięczności. Jego obietnica mnie poruszyła. Nie byłam pewna, czy da radę jej dotrzymać, nie byłam też pewna czy chcę, by jej dotrzymał, ale samo wypowiedzenie tych słów przez mojego narzeczonego sprawiło, że przyjemna ulga spoczęła mi na barkach. Rozluźniłam się trochę i odetchnęłam głęboko wciąż patrząc Askalio w oczy. Szczerość i miłość, takie piękne uczucia, które tak wyraźnie w nich widziałam i które zdawały się przepełniać go w tamtym momencie zmusiły mnie do zebrania się na odwagę i pokazania mu lekkiego uśmiechu. Zbliżyłam powoli głowę i polizałam delikatnie narzeczonego w policzek, po czym wtuliłam się w jego klatkę. Objął mnie delikatnie i także mnie przytulił.
- Mogłabym… mogłabym u ciebie zostać? Proszę… Nie mam ochoty… - pokręciłam głową i mocniej wtuliłam się w basiora - nie jestem gotowa tam wrócić.
- Dobrze że sama prosisz, bo i tak bym się nie wypuścił. Zostań ze mną, proszę. Co prawda muszę jeszcze dokończyć kopać, ale twoje towarzystwo będzie nieocenione.
Uśmiechnęłam się wciąż tuląc mojego poetę. Myślałam jak wielkie mam szczęście, że on jest przy mnie, że czuje do mnie to , co ja do niego. Gdy myślałam o wszystkim co się ostatnio stało czułam jak miłość do niego rozlewa mi się w sercu ciepłym, miodowym wodospadem. Chciałam pomóc jakoś w jego pracy. Nie mogłam przecież siedzieć bezczynnie, gdy on będzie kopać dalej w tej zmarzniętej ziemi. Wiedziałam jednak, że w tym mu nie pomogę. Byłam zbyt obolała na taką pracę. Odsunęłam się więc odrobinę, chcąc rozejrzeć się po norze, lecz zauważyłam, że okala nas roślinność. Zrozumiałam, że to pewnie Askalio chciał zapewnić mi więcej ciepła. Jaki on jest kochany… No teraz, to zdecydowanie muszę coś dla niego zrobić. Zajmę też przy okazji myśli. Spróbowałam więc inaczej.
- A co zrobisz, jak skończysz kopać?
Askalio spojrzał na mnie po czym zapatrzył się w jedną z ścian z roślin i zaczął powoli wyliczać.
- No…  Po powiększeniu nory chciałem umocnić ją czymś i ogrzać, więc będę potrzebował zapolować na jakieś zwierzęta, które mają przyjemne futro…
- Ja się tym zajmę! – zaproponowałam ochoczo przerywając mu w pół zdania. Bardzo podobał mi się pomysł pomocy mu w tak prosty sposób jak polowanie na futra. Szczególnie, że znałam pewne miejsce, w którym mogłam znaleźć wyjątkowy jego rodzaj, który dałby Askalio dużo ciepła i byłby na tyle duży, że mógłby pokryć podłogę.
Askalio nie wyglądał na przekonanego. Zrozumiałam, że nie chce mnie puścić samej. Nie miałam pretensji, bo sama bym na jego miejscu nie chciała się puścić. Pomyślałam jednak, że podczas tego polowania mogłabym uporządkować sprawy równocześnie załatwiając sprawy dla ukochanego. On miałby lżej i ja miałabym lżej. W sumie mogłoby to pomóc nam obojgu… Albo zaszkodzić. Jednak wolę być optymistką. Nawet teraz. Spróbowałam go więc przekonać.
- No proszę cię. Robisz dla mnie tak dużo, że czuję się źle nie mogąc ci w niczym pomóc. To tylko małe polowanie na futra… Obiecuję, że nic mi się nie stanie. Będę bardzo uważać. I nie będę daleko chodzić. Wrócę zanim się obejrzysz. Będziesz mógł zrobić trochę pracy, a ja zrobię coś pożytecznego nie przeszkadzając ci przy okazji. No prooooszeeeeę.
Zrobiłam (jak miałam nadzieję) słodkie oczy szczeniaczka i spojrzałam na Askalio w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Wahał się przez chwilę lecz w końcu z ociąganiem i wyraźną niechęcią pozwolił mi iść. Wpadłam mu w ramiona i pocałowałam.
- Wrócę zanim się obejrzysz. – Obiecałam i wyszłam z nory wprost na chłodne powietrze poranka. 


<Askalio? Wrócę nocą i wszystko ci opowiem.>

Słowa: 603

czwartek, 16 maja 2019

Od Nevt CD. Askalio

Zdarzało się podczas mojego, nie przeczę, długiego snu, że wypływałam na granicę świadomości. Zauważałam wtedy przyjemne ciepło, które towarzyszyło mi za każdym razem, gdy się przebudzałam. Nie śniłam o niczym konkretnym. Raz na jakiś czas odwiedzały mnie jakieś stare wspomnienia. Widziałam też Askalio, który podchodził do mnie ostrożnie i szturchał mnie nosem. Widziałam piękne Ulove o zachodzie słońca, ale zdarzały się też momenty w których nie widziałam nic. Nic oprócz czerni. Wtulałam się wtedy mocniej w źródło mojego ciepła i starałam się nie myśleć o czarnej dziurze, która pochłonęła mojego ojca. Obudziłam się właściwie nie wiem kiedy i nie wiem gdzie. Moje oczy odmawiały współpracy, zaklejone śpiochami i suche po nocy. Pewnie co jakiś czas nadal płakałam. Było mi ciepło i wygodnie. Poczułam czyjś oddech na karku i zamarłam. Wilk ten oddychał spokojnie i miarowo. Wywnioskowałam, że śpi. Ostrożnie więc przetarłam oczy łapą dostatecznie dobrze, by móc je otworzyć i dać im się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy. Gdziekolwiek byłam, było ciemno i ciepło. Spróbowałam przypomnieć sobie wydarzenia i zorientowałam się, że wypadłam z portalu nocą w nieznanym mi miejscu. Przypomniał mi się cień zmierzający w moją stronę, a więc wilk, który leżał za mną był najprawdopodobniej moim tajemniczym wybawcą. Musiał zabrać mnie do siebie. To miłe z jego strony. Jego lub jej oczywiście. Ciekawość mnie wręcz zżerała. Może i byłam nadal zmęczona, ale wyspałam się już wystarczająco. Te zmęczenie wynikało bardziej z psychiki. Postanowiłam na razie nie myśleć o tym i zająć się czymś co odciągnęłoby mój umysł. Ostrożnie więc spróbowałam wstać, lecz gdy tylko moje mięśnie się napięły, poczułam poruszenie za moimi plecami. Najwyraźniej wilk tylko przysnął i mogłam go łatwo zbudzić. Nie lubię za bardzo być budzona, więc staram się nie budzić innych. Spróbowałam inaczej. Odwróciłam lekko głowę, by kontem oka spojrzeć na osobę za mną. Nie było to najlepsze rozwiązanie, bo nie widziałam całego wilka, a tylko jego fragment, ale nawet fragment wystarczył mi, żeby zrozumieć, kto mnie tak tuli. Mój biały narzeczony z blizną na lewym oku nie mógł być pomylony prze ze mnie z nikim na tym świecie. Wyglądał uroczo kiedy spał, choć brwi miał leciutko ściągnięte. Pewnie zmartwiłam go tym nagłym pojawieniem się w tym stanie. Którykolwiek Bóg za to odpowiada, dziękuję mu lub jej, że ze wszystkich wilków to właśnie on mnie znalazł. Choć w sumie to dość logiczne. Moja podświadomość musiała otworzyć portal właśnie do niego, gdy ostatkiem sił wyszłam z wymiaru pomiędzy. Nazywam go wymiarem mimo, że to sprytna sztuczka czasoprzestrzenna, polegająca głównie na percepcji miejsc, które są mi znajome i które widzę jako jednego punktu, ale to skomplikowane. Miedzy innymi dlatego jest to niebezpieczna sztuczka dla niewtajemniczonych. Podświadomie chciałam się przy nim znaleźć. Na mój pysk wstąpił smutny uśmiech, gdy w moim umyśle pojawiło się zbłąkana prawda. Mam tylko jego. Przeciągnęłam lekko łapy, napinając mięśnie i rozluźniając je po chwili. Nie przejmując się już więcej budzeniem przekręciłam się do takiej pozycji, w której mogłam polizać po policzku mojego poetę, budząc go przy okazji. Stwierdziłam równocześnie zastanawiając się jak on by mnie zbudził, że jego pobudki mogę nawet polubić. Położyłam się na drugim boku, by zetknąć się nosem z ukochanym.
- Dzień dobry Askalio. Jeśli jest dzień. – postarałam wykrzesać z siebie radosny uśmiech, ale chyba wyszedł mi tylko grymas – Jak się spało?
- Nevt, co się stało? Nic ci nie jest?
- Przepraszam. Musiałam cię zmartwić. Nie, prawie nic mi nie jest. Mam kilka mocniejszych siniaków, ale tak to tylko wycieńczenie. Użyłam za dużo magii, poczułam za dużo naraz.
- Chcesz mi opowiedzieć co się stało?
Westchnęłam więc i podniosłam się ciężko. Po prawdzie nadal wszystko mnie bolało, ale postanowiłam usiąść. Askalio poszedł w moje ślady i przysiadł się koło mnie. Położyłam mu głowę na ramieniu i zapatrzyłam w jeden punkt.
- Gdy wróciłam do domu byłam pod wrażeniem twojej odwagi. Postanowiłam pójść za twoją radą. Wiedziałam, że miałeś rację i czułam to, więc zamknęłam rozdział. Chciałam, żebyśmy otworzyli nową księgę. Pamiętasz? Nie zrozum mnie źle, to nie tylko ze względu na to. Sama byłam już zmęczona ukrywaniem tego i chciałam to zrobić od dawna, a ten wieczór wydawał mi się być tak szczęśliwy, że wszystko zdawało się możliwe. Pomyślałam, że to też może nie być wyjątkiem. Byłam gotowa, a myśli o tobie dodawały mi sił, więc zebrałam się i… powiedziałam ojcu. – Kontem oka widziałam malujące się na pysku basiora pytanie, którego nie mógł sformułować. Oszczędziłam mu więc trudu i odpowiedziałam na nie, zanim musiałby sam je zadać. – Nie, nie zareagował dobrze… Właściwie to zupełnie się nie spodziewałam aż takiej reakcji. – Walczyłam chwilę ze sobą, by wypowiedzieć te słowa, które zaraz miały paść. Czułam, że powiedzenie tego równałoby się z przyznaniem, że to co się działo było prawdą, że to nie był tylko koszmar. Wiedziałam jednak, że koszmary nie zostawiają siniaków. Podniosłam więc głowę, by spojrzeć narzeczonemu w oczy i wypowiedziałam te zdanie, które tak mi ciążyło. – Askalio, on próbował mnie zabić.


<Askalio?>

Słowa: 812

wtorek, 14 maja 2019

Od Nevt CD. Askalio

Patrzyłam za odchodzącym narzeczonym i nie mogłam uwierzyć. Odwrócił się by jeszcze raz mnie zobaczyć. Kochałam tego wariata, naprawdę go kochałam. Westchnęłam, gdy ostatni raz pokazał mi swój uśmiech i odszedł. Odwróciłam się i weszłam w końcu do domu. W moim brzuchu wciąż falowały motyle na wspomnienie tego pięknego wieczoru. Przyglądałam się naszyjnikowi, gdy nagle usłyszałam głos dochodzący z jednego z pokoi.
- Nevt? To ty? Myślałem, że od dawna śpisz w swoim pokoju. Przyjdź no tutaj.
To był mój ojciec. Spojrzałam na naszyjnik po raz ostatni. Przełknęłam ślinę. Askalio był dziś odważny. Naprawdę odważny. Odwaga to tak ważna cecha, która jest trudna do znalezienia i jeszcze trudniejsza do utrzymania. Dziś był długi dzień, pełen uczuć i niespodzianek, a szczęście mi dopisywało. Mój poeta kiedyś mi coś doradził. Myślę, że miał rację. Otworzyliśmy tego wieczoru wspólnie nową księgę, ale nie przewrócę kolejnej strony, jeśli nie znajdę teraz w sobie odwagi, którą tak się wykazał Aska. Czas zamknąć stary rozdział, który cytuję już na pamięć. Wzięłam parę głębokich wdechów przed tym, co miało się zaraz zdarzyć. Jak to się potoczy? Namphirze, broń mnie, Eruzanie daj mi siłę, a ty Kateris, spraw by mi wybaczył. Ruszyłam do pokoju mego ojca. Zastałam go na posłaniu z księgą na łapach. Czytał spokojnie przy świecy, a gdy weszłam nawet nie oderwał wzroku od lektury.
- Słucham cię, czemu przyszłaś tak późno? – Zapytał ojcowskim tonem.
Biłam się chwilę z myślami. Stres nie odpuszczał mi ani na chwilę. Dotarło do mnie, że się boję. Odrzuciłam jednak to uczucie i zastąpiłam je odwagą. Zamknę ten rozdział, co by się nie stało. Czekałam wystarczająco długo.
- Byłam na Zimowym Balu.
Ojciec zatrzymał się i w końcu powoli podniósł wzrok. Zmierzył mnie od stóp do głów. Wyprostowałam się pod tym spojrzeniem. Strach jest dziś moim wrogiem. Moje serce jednak galopowało w mojej piersi bez mojego pozwolenia, a gdy wzrok Sabrona zatrzymał się na naszyjniku, zamarło. Wiedziałam, że zaraz zapyta, dobrze, że przynajmniej nie zauważył jeszcze bransolety. Czemu wszyscy jej tak nie lubią? Czyżbym źle w niej wyglądała? Zaśmiałam się w duchu, najwyraźniej kiepsko żartuję gdy jestem zdenerwowana.
- Co to za wisior?
- Nie o tym chcę porozmawiać.
- Odpowiadaj jak cię pytam. – warknął Sabron. – Mówiłem ci tysiąc razy, że tak robią dobrze wychowane wilki. – wrócił jednak szybko do ojcowskiego tonu, gdy zauważył, że nie powinien się tak unosić z powodu nowego wisiorka.
- Jeśli musisz wiedzieć, to naszyjnik zaręczynowy. Ojcze, porozmawiajmy o…
- Zaręczynowy? Z kwiatów? – zaśmiał się - Przecież zaraz zwiędną. Jesteś taka głupiutka, jeśli przyjęłaś tą rzecz na znak oświadczyn. To wspaniale, że znalazłaś sobie kogoś, ale ten naszyjnik świadczy tylko o tym, że jego uczucie umrze, tak jak te kwiaty.
- One nie zwiędną ojcze. – wzięłam głęboki oddech – Są magiczne.
- Słucham!
Sabron zerwał się z miejsca, a w jego oczach błyszczał gniew i zaskoczenie. Może powinnam zdjąć naszyjnik przed tą rozmową, ale obiecałam, że go nigdy tego nie zrobię. Poza tym nie chciałam go zdejmować, dodawał mi odwagi. Odciągał nas jednak od tematu. Od czasu naszej rozmowy z Askalio zastanawiałam się jak mogę łagodnie przekazać prawdę ojcu i nigdy nie wyglądało to w ten sposób. Mój ojciec bowiem z nieznanego mi powodu nienawidził magii. Uważał ją za grzech, a jako uczeń wiary uważał, że za grzechy trzeba karać. Zabraniał mi się jej uczyć, używać jej a nawet o niej wspominać. Mówić nie wolno nam było także o matce, a na sam dźwięk słowa „dziadek” jeżyło mu się futro na karku. Nie rozumiem go, magia jest przecież wspaniała.
- Jest magiczny – powtórzyłam – zupełnie jak ja. Ojcze, chcę ci o czymś powiedzieć.
- Może powiedz mi o tym, że moja córka przyjęła oświadczyny od jakiegoś magicznego grzesznika!
- Magia nie jest grzechem ojcze! To piękna dziedzina życia, którą można używać do wielu wspaniałych rzeczy.
- Co powiedziałaś?
Ojciec zrobił krok do przodu, był naprawdę zdenerwowany. Ups. Ale teraz nie ma odwrotu. To dziś jest ten dzień.
- Powiedziałam, że magia to najcudowniejsza rzecz, jaką udało mi się poznać, na równi z narzeczonym, ale to inna kwestia. Chciałam ci to powiedzieć od dawna... Uczę się magii. - Spojrzałam w oczy ojca, w których znalazłam ogromny gniew. Nie przestawałam jednak mówić, bo gdybym teraz przerwała, odebrałoby mi głos, a ojciec miałby szansę się odezwać. – Nie, nie tylko się jej uczę. Jestem w niej naprawdę niezła. I nie pracuję jako pomocnik bibliotekarza. Jestem Magiem Białej Magii, oraz zamierzam niedługo zostać Wielkim Magiem. A właściwie najwspanialszym z Wielkich Magów i nikt mnie nie powstrzyma.
Ojciec ryknął z furią. Sierść na jego karku się zmierzwiła. Cisnął książką przez cały pokój. Stanął nisko na łapach i spoglądał na mnie. Przypominał mi dzikie zwierzę. Przeraziłam się tą myślą.
- Wielkim Magiem powiadasz? A jak zamierzasz tego dokonać co? Zabijesz kogoś, jak zrobił to potwór, hę?
- Zabiję? Potwór? O czym ty mówisz ojcze? Ja przecież…
Zaczęłam nieśmiało, lecz nie dane było mi skończyć, ponieważ stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Sabron skoczył na mnie z wyszczerzonymi kłami. Przerażenie wzięło górę nad wszystkimi moimi zmysłami i myślami. Próbowałam się bronić. Udało mi się jakoś zrzucić basiora z siebie i wstać. On jednak też wstał. W głowie miałam jedno słowo, które odbijało się echem i powracało z każdym ruchem ojca. Szalony. Co on wyprawia?
- Ojcze… co ty… co ty robisz? – Zapytałam jąkając się lekko.
- Od kiedy uczysz się tego cholerstwa?
- Od kiedy… to…
- Odpowiadaj! – Warknął na mnie wściekle.
- Znalazłam kiedyś zeszyty dziadka… - Ognisty błysk zaistniał w spojrzeniu Sabrona, poniewczasie zauważyłam, że wspominanie o tych zeszytach było chyba błędem, ale co się stało, to się nie odstanie, nie mogłam cofnąć swoich słów.
- Dziadka!? – Wzrok Sabrona stał się rozbiegany, jakby analizował coś bardzo złożonego, czego nie mógł rozwikłać przez lata i nagle znalazł ostatni fragment układanki. – Kiedy… Kiedy je znalazłaś?
- Jakoś… Jakoś dwa lata temu…
Saborn znów skupił wzrok na jakimś punkcie w podłodze.
- Dwa lata… - powtórzył cicho – grzeszyłaś przez dwa lata. Uczyłaś się z zeszytów potwora, może nawet go podziwiałaś! I ukrywałaś prawdę przede mną. Wiesz, że magia to najgorszy z grzechów. Ona doprowadza do rzeczy strasznych. Musisz zostać ukarana. Tak… kara, musisz dostać swoją karę. Jeśli Bóg cię jeszcze nie ukarał, ja to zrobię. Ukarzę cię, zanim będzie za późno.
- Za późno na co? Jak to mnie ukarzesz ojcze? Za co? Za magię? Jestem przekonana, że źle do tego podchodzisz…
Ojciec podniósł na mnie wzrok, a ten odebrał mi głos. Nie widziałam w nim żadnej litości. Czułam od niego tylko chłód i mrok. Byłam zdezorientowana jak nigdy. Pokój pociemniał, czy to mi się zdawało? Futro mojego ojca zaczęło falować, a ja czułam potężną czarną magię zbierającą się wokół niego. Nie wiedziałam, że mój ojciec umiał posługiwać się magią. Wbiło mnie to w ziemię. Patrzyłam na wilka przede mną i nie poznawałam go ani trochę. Mój ojciec nie znosił magii. Mój ojciec gardził magią. Wiedziałam o tym. Mój ojciec nigdy nie użyłby czarów. Czułam jak wzbiera w nim magia. Widziałam, jak tworzył się za nim wiatr i widziałam, jak przedmioty znajdujące się w pokoju unoszą się i zaczynają krążyć wokół niego, jakby je kontrolował. Zorientowałam się, że to moc telekinezy. Mój ojciec miał żywioł telekinezy. Schyliłam się, by uniknąć lecącej w moją stronę ramy z obrazem górzystego krajobrazu. On był szalony! Co on próbuje zrobić?
- Przestań! – Krzyknęłam na niego, lecz ten odpowiedział mi tylko okropnym śmiechem.
- Jestem posłańcem mego Boga na tej ziemi. – krzyczał do mnie między rzucaniem przedmiotami – Jestem sprawiedliwością, która karze grzeszników. Jestem posłańcem, który ma karać i ukarzę cię za twoje grzechy, zanim zabijesz kogoś jak tamten potwór, który odebrał mi ukochaną.
Czy on mówił o mojej matce? Nie wiem, byłam zbyt przerażona i skupiona na nie oberwaniu jakąś przypadkową rzeczą. Sabron jednak chyba się zdenerwował, ponieważ po rzuceniu świecą, która wciąż się paliła, krzyknął wściekle i zaczął próbować zgnieść mnie psychicznym atakiem. Wywierał na moim umyśle presję, która słabszych ode mnie mogłaby zabić. Powoli docierało do mnie, że mój ojciec był kompletnie szalony. Zaczął mówić pod nosem jakąś dziwaczną modlitwę. Opierałam się jego naciskowi za pomocą magii, jednak im bardziej walczyłam, tym nacisk stawał się większy.
- Przestań! Porozmawiajmy!
Wierzyłam w niego mimo wszystko i chciałam, żeby przejrzał na oczy. Może i był szalony, może to śmierć mojej matki pomieszała mu w głowie, ale jest jeszcze szansa, że uda mi się jakoś do niego trafić.
- Posłuchaj, posłuchaj mnie! Nie musisz tego robić. Nie zamierzam nikogo zabijać. Przestań!
Nic do niego jednak już nie mogło dotrzeć. Ogarnął go szał krwi i mroku.  
- Magia prowadzi do śmierci i zniszczenia. Nie pozwolę ci zabijać i niszczyć! - Krzyknął zupełnie mnie ignorując i podbiegł do mnie, nie zmniejszając nacisku na mój umysł. Uderzył mnie z całej siły w brzuch, aż zgięłam się w pół. Gdy ten cios odebrał mi powietrze z płuc, Sabron kopnął mnie w plecy. Wyłożyłam się na deskach i straciłam na chwilę koncentrację. Ojciec nie omieszkał wykorzystać tej okazji. Wdarł się mocniej do mojego umysłu i zaczął mnie niszczyć od środka. Wyciągał wszystkie moje najgorsze wspomnienia, wzmagał mój ból.
- Czemu to robisz!? – zawołałam z bólem.
- Chcesz wiedzieć czemu? Zabijesz kogoś. Zrobisz dokładnie to samo co on. Powstrzymam cię zanim do tego dojdzie!
- Dojdzie do czego? O czym ty mówisz? Zrobię dokładnie to samo co kto?
- Pokażę ci.
W moim umyśle nagle pojawiła się wizja. Mój ojciec pokazywał mi zdarzenia z przeszłości. Pokazywał mi notatki dziadka traktujące o śmierci, umierającą matkę i eksperyment. Ukazał mi moje najwcześniejsze wspomnienia, z paru tygodni po moim urodzeniu. Pokazał mi najczarniejszą magię, jaka mogłam widzieć. Magię, mającą na celu ujarzmienie śmierci. Pokazał mi jak zginęła Teyrani, moja mama. Pokazał mi skąd mam znaki. Pokazał mi, czemu zwariował, na punkcie magii. Mój umysł nie mógł tego pojąć, nie mogłam ogarnąć zła, które czaiło się za tą historią. Magia. Wszystko to spowodowała magia… Te… zło.
Zdałam sobie sprawę, że nacisk zelżał, a ja leżałam na podłodze palącego się odrobinę pokoju. Ogień lizał powoli ścianę za mną, a ojciec patrzył na mnie stojąc w dumnej pozie z szaleństwem na pysku.
- Tak, magia jest zła.
Myślałam o tym eksperymencie, o dziadku, o matce, o tym, co zrobili. Myślałam o daremnej śmierci, myślałam o zniszczeniu, jakie może nieść magia. Czułam coraz większy gniew i obrzydzenie do rzeczy, którą tak kochałam. Spróbowałam ułożyć się w pozycji z której najłatwiej byłoby mi się podnieść.
- Tak… Magia… magia jest…
Moja łapa natrafiła na coś o czym prawie zapomniałam. Naszyjnik Askalio. Przykład dobrego użycia magii. Pięknego użycia magii. Poczułam się nagle, jakby jakiś woal, który pokładł się na moim umyśle nagle się odsunął. Jak mogłam zapomnieć choć na chwilę o tym naszyjniku? Nagle zrozumiałam, że ojciec próbował mi namieszać w głowie. Zwieść mnie i odciągnąć. Prawdopodobnie użył jakiegoś zaklęcia zaćmiewającego zmysły, które wykorzystywało żywioł umysłu i mroku. Jednak ja też używałam wciąż magii, a do tego miałam silny bodziec, by otrząsnąć się z tego stanu zaćmienia. Oh, Askalio, nawet nie wiesz jak mi dziś pomagasz. Mój ojciec był szalony. Nie rozróżniał dobra od zła, nie pojmował piękna i wspaniałości magii. Żył tylko z nienawiści i przez to stracił zdrowe zmysły. Był niebezpieczny i potężny. Silny i całkiem dobry w magii, ale ja też miałam swoje zalety. Byłam szybsza od niego, mądrzejsza, potężniejsza i co najważniejsze, nie byłam sama, bo miałam kogoś przy sobie. Zacisnęłam łapę na naszyjniku. Mogłam go powstrzymać i musiałam to zrobić. Jeśli nie chciał przestać po dobroci, muszę go powstrzymać po staremu, czyli z użyciem siły i sprytu. Ale jak? Wstałam nie podnosząc wzroku na ojca. Miałam pomysł.
- Jest… zła. Tak. Masz rację.
- Wiedziałem, że jesteś na tyle mądra, że to zrozumiesz. Szkoda tylko, że tyle ci to zajęło… Teraz już nie możesz uniknąć kary.
- A co z tobą? – Zapytałam szybko zanim Sabron zdążył zrobić krok w moją stronę.
- Słucham?
- Każdego, kto używa magii trzeba karać, prawda? Ty też właśnie używasz magii. Powinieneś zostać ukarany, czyż nie?
Mówiąc to patrzyłam już w oczy ojca. Jego źrenice zwęziły się, wciągnął powietrze w płuca, jakbym co najmniej uderzyła go w twarz.
- Ja jestem tym, który kara. Moje grzechy zostaną mi odpuszczone, gdy wypełnię swe zadanie. Myślałem, że już rozumiesz, ale ty dalej jesteś bezmyślna. Dosyć. Pogódź się z losem i przyjmij karę.
- Powstrzymam cię.
Sabron skoczył na mnie i wywiązała się między nami walka.
~*~
Wypadłam z portalu w miejscu, którego nie rozpoznałam od razu. Mój ojciec… Łzy płynęły mi po policzkach. Byłam obolała i wyczerpana po tym, co stało się w moim domu. Resztką sił otworzyłam drugi portal i wylądowałam w tym miejscu. Wiatr nie wiał, panowała tu cisza i spokój. Śnieżny puch pode mną był tak miękki i wygodny… Nie potrafiłam się nawet poruszyć. Byłam zbyt zmęczona. Tuż przed zaśnięciem zdołałam jeszcze zobaczyć cień zmierzający w moją stronę. Nie obchodziło mnie to już, a nawet gdyby, to co mogłam zrobić?

 <Askalio? Cóż...>

Słowa:2135
Layout by Netka Sidereum Graphics