Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Artem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Artem. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2022

Od Vallieany, CD. Artema

Porachunki? Vallieana i porachunki? To się absolutnie ze sobą nie łączyło. Ta wadera zawsze była spokojna niczym zamarznięte jezioro, którego lód nie pozwalał nikomu z zewnątrz odczuć fal szarpiących się pod jego powierzchnią, a tymczasem oczy Artema zdradzały zmartwienie, które kruszyły tę jej względnie stabilną powłokę. Umysł parował, a przynajmniej próbował zatlić się chociaż jedną iskierką. Szukała w odmętach pamięci jakiejkolwiek, choćby najdelikatniejszej myśli mogącej wskazać na to, kto mógłby chcieć jej zaszkodzić… jednak było to na nic. Jej zaczerwienione, przeszklone od przeziębienia oczy na zmianę przymykały się i na powrót otwierały. Bez skutku.
W końcu odważyła się zajrzeć do torby podsuniętej przez stróża. Oboje zaczęli ostrożnie wyciągać kolejne rzeczy za pomocą własnych łap, aby nie naruszyć ewentualnego niewidzialnego odcisku magicznego, który mógł zostać tam zostawiony przez napastnika. W środku znajdowało się kilka fiolek z popularnym środkiem rozgrzewającym, parę monet, krzesiwo, a w końcu także gruby fragment materiału. Gdyby ktoś rzucił na to okiem, uznałby tę złożoną skórę za kawałek szmaty, jednak Vallieana znała tę skórę i od razu wiedziała, że coś musiało być ukryte między warstwami. Po rozpakowaniu, okazało się, że niedbale złożone futro jelenia służyło za opakowanie dla cienkiej, złotej bransolety. Biżuteria była prosta i elegancka, zdobiona grawerowanymi liśćmi. Elementy były tak dopracowane, że Vallieana natychmiast rozpoznała w listkach Pącznik Szkarłatny. To nie mogła być tania rzecz. 
– Więc… ten materiał poznaję na pewno. Pochodzi z jednego z moich płaszczy – oznajmiła, próbując brzmieć pewnie pomimo gorączki. Przełknęła ślinę, nim kontynuowała – Nie mogłam go znaleźć, więc myślałam, że po prostu go zbyt głęboko schowałam wśród innych rzeczy, lub że zostawiłam go u ojca… Najwyraźniej nie… 
– A bransoleta? – zagadnął basior. 
– Bransoleta… – szepnęła do siebie, przymykając oczy w skupieniu. Trwało to jednak zbyt krótko, bo zaraz zakaszlała i lekko zmarszczyła brwi – Zapamiętałabym ten grawer, jest piękny… Jednak… Jest w niej coś znajomego… 
Zawołała w myślach Vernona, intensywnie wpatrując się w rzecz, jednak duch jak na złość rozpłynął się w eterze wszystkich wszechświatów. 
– Przepraszam, nie skojarzę – jęknęła w końcu z rozczarowaniem. 
Sfrustrowana odłożyła delikatnie przedmiot na bok i przeniosła pomalowane chorobą i strachem tęczówki na strażnika. Ten bez słowa już wpychał łapę do torby kolejny raz, chcąc się upewnić, że w worze już nie było nic. To założenie jednak szybko okazało się być błędem, ponieważ nagle przez ciemny pysk przeskoczyło zaskoczenie. Bingo. 
Kolejny kawałek futra, a pomiędzy jego warstwami znajdował się złoty, bo jakżeby inaczej, kolczyk z zawieszką dziwnego pióra. Oboje, Vallieana i Artem, zdębieli nie wiedząc o co chodzi z tą kolekcją szmat i drogiej biżuterii, przy czym gdy wadera spojrzała na strażnika, widziała w jego oczach odbicie własnej myśli – gdyby ten bezdomny znał zawartość torby, w życiu nie przehandlowałby jej za kilka złotych monet. Prędzej wyrwałby sobie połowę sierści z łysiejącego łba. 
Złotooki pierwszy zszedł na ziemię i odchrząknął. 
– A to? Poznajesz? – zapytał ponownie, bardziej dla utwierdzenia się w tym, że mina zielarki wyrażała wszystko. Nie miała pojęcia co to za rzecz i zgodnie z tą prawdą odpowiedziała. 
– Materiał nie mówi mi nic, a kolczyk… ta sama sytuacja co z bransoletą. 
– Niedobrze. 
Wilk odetchnął z niechęcią i zaczął na powrót chować zawartość torby do jej wnętrza. 
– Oddam tę torbę specjaliście w celu przebadania magicznych pozostałości, ale proszę, pomyśl nad tym jeszcze. To bardzo ważne. 
Sztywno skinęła głową, czując jak pod skórą zbierają jej się dreszcze gniewu, sprowokowane ilością stresu którego doświadczała przez ostatnie godziny. Wilk dodatkowo mówił do niej jak do szczenięcia, tak, jakby nie domyśliła się że sprawa była ważna..! ale ostatecznie nie była nawet blisko wybuchu. Rozumiała, że uskrzydlony czuł potrzebę rozwiązania tej sprawy, ponieważ podczas kiedy ona musiała pilnować wyłącznie swojego nosa, Artem miał pod opieką tych nosów znacznie więcej jako strażnik. Odetchnęła. 
– W takim razie co teraz? Nie mogę tu siedzieć w nieskończoność, kiedy ktoś czyha na moją skórę – rzuciła z wyraźnym zmartwieniem i chociaż spojrzenie basiora mówiło, że celowo nie chciał straszyć jej wizją bycia ścianą przez ewentualnego najemnika, tak nie mógł nic poradzić na to, że sama się domyśliła. Znów zakaszlała.
Niedobrze, czemu zioła nie działają..?
Znów spojrzała na wilka. Znów z tą samą niemą prośbą, której sama nie była świadoma. Znów w jej życiu działo się coś dziwnego.
– Prosiłbym byś tutaj została jeszcze przez jakiś czas, a ja rano naradzę się z wyższą rangą. To miejsce jest strzeżone i bezpieczne, a ty potrzebujesz odpoczynku… albo leków – dodał, przechylając lekko łeb w bok. 
– Odpoczynku – sprostowała szybko i w tym samym czasie odwróciła się przodem do ogniska a tyłem do wilka, chcąc ukryć wszystkie chorobowe objawy przed wzrokiem towarzysza. Zaraz jednak zdała sobie sprawę jak niegrzeczne to było i z niezręcznością wróciła do poprzedniej pozycji, zerkając na niego.
– W porządku, zaczekam ile będzie trzeba – westchnęła przez pysk i tknięta dziwnym poczuciem spojrzała na zamkniętą torbę znajdującą się pod pieczą strażnika. Z irytacją drapnęła łapą w podłoże. I nagle zachwiała się jeszcze mocniej, niemal upadając. Zakręciło jej się w głowie kiedy zaniosła się gwałtownym kaszlem. Strażnik z automatu podbiegł bliżej, nie chcąc pozwolić by ta upadła.
– Hej, co się dzieje? – podniósł głos, przytrzymując podrygującą Vallieanę skrzydłem – Jesteś pewna, że nie potrzebujesz lekarza? – tym razem wybrzmiała w jego głosie determinacja nie znosząca sprzeciwu. Zielarka nie miała jak się z tym bronić. Gdy atak kaszlu ustał, odchrząknęła, podnosząc zalane łzami, rozgorączkowane spojrzenie. 
– Możesz kogoś w…wezwać? – poprosiła, poddając się tej obcej słabości. 
Wraz z tak dotkliwą utratą magii, utraciła wszystkie siły, a przede wszystkim argumenty.

<Artemie~?>

Słowa: 886 = 50 KŁ


czwartek, 24 marca 2022

Od Artema, CD. Vallieany

Przystanąłem za drzwiami, czując mroźny powiew. Niósł za sobą przeróżne zapachy, moje jak i nieznajomej. Głęboko wciągnąłem kłujące, mroźne powietrze żeby wyczuć tak dużo woni ile tylko się dało, bo miałem przeczucie że wrogi wilk nie odpuścił by tak łatwo, skoro tyle trudu zadał sobie na długą pogoń. Normalnie, raczej by odpuścił nie mogąc jej dogonić, chyba że był czymś bardzo zmotywowany. Zastanawiało mnie tylko, komu mogła podpaść taka drobna, niewinnie wyglądająca wadera. Wątpiłem że zrobiła coś złego, dlatego chciałem pomóc na tyle, ile byłem w stanie. Zapewnienie jej i karczmarzom bezpieczeństwa było pierwsze w kolejce - każdy niebezpieczne wilk może być tak samo niebezpieczny dla każdego innego wilka, dlatego czułem konieczność złapania go.
Lampa rozświetlająca śnieg na złotawy kolor, rzuciła cień na jeden z wąskich zaułków. Na śniegu, mimo mocnego opadu łącznie z deszczem widać było delikatne ślady łap, prowadzące właśnie tam. Nikt z nas tam nie wchodził, a mogłaby to być świetna kryjówka. Zachowując ostrożność, bezszelestnie podszedłem do miejsca między innymi chatami. Zapach który wtedy złapałem, był prawie znikomy. To utwierdziło mnie w tym, że ktokolwiek tam był - zniknął. 
- Ale dlaczego nas śledził?- To pytanie na razie pozostawało bez odpowiedzi. Czułem, że jest to jakaś głębsza sprawa, którą trzeba zbadać od podszewki. Nadzieję dawał mi zapach, który na pewno będzie unosił się jeszcze przez chwilę. Nie chciałem go zgubić, ale też pozostawienie karczmarzy i wadery samych byłoby bardzo lekkomyślne. Z tego co wiem, niedaleko patrol powinny mieć dwa inne wilki, które mógłbym poprosić o obserwowanie miejsca. No i jest jeszcze Marv, ale nie mogłem zostawić go samego. Jeszcze zanim ruszyłem przekazać pobliskim wilkom tą wiadomośc i zawiadomić Marv'a, wróciłem by pogadać z gospodarzem.
- Czegoś się dowiedziałeś?- Zostałem zapytany w progu drzwi. Po mojej minie mógł domyśleć się, że nie mam dobrych wieści.
- Niestety tylko tyle, że musicie mieć się na baczności.- pokręciłem głową- Przepraszam za narażanie was, nie myślałem że to jest poważniejsza sprawa. Jedyne co mogę wam zaoferować to możliwie największe bezpieczeństwo. Zawiadomię odpowiednie wilki żeby obserwowały waszą karczmę, a wy nie otwierajcie nikomu drzwi, zachowujcie się jakby was tu nie było. - Odrzekłem ze skruchą. Miałem nadzieję, że jednak żadna interwencja nie będzie potrzebna.
- Ale...ale skąd będziemy wiedzieć że to ktoś od ciebie się tu szwęda a nie ten bandyta?
- Cokolwiek będą od was chcieli....zapukają sześć razy. Jak to nie wystarczy, zapamiętaj te cyfry - szybko wyjąłem z torby kawałek papieru, na którym napisałem kod "8639". Jak nie będziesz miał pewności to powiedzą go. Nie mów o nim nikomu, nawet żonie - tylko ty otwieraj drzwi. W razie czego wszyscy się schowajcie tam, gdzie nikt was nie znajdzie. Postaram się wrócić jak najszybciej.- Obiecałem, po czym od razu ruszyłem pędem na teren innych stróżów. Przekazałem im wszystko co potrzebne, obiecali doglądać okolicy tak często jak to możliwe. Jakiś czas temu Spotkali też po drodze mojego kompana, mieli go znaleźć i dogadać się co do tego kto kiedy będzie doglądać karczmy - w końcu mieli też swoje zadania.  Podziękowałem im, mogąc ruszyć w dalszą drogę.
Jeszcze raz przebiegłem po okolicy karczmy, szukając zapachu który gdzieś już zdołał umknąć. Po około 15 minutach zacząłem tracić nadzieję. Musiałem na chwilę przystanąć. Zebrać myśli. Wytężyłem maksymalnie zmysły, krocząc ścieżką którą szedłem z waderą. Nasze ślady zdołały już zniknąć pod nową warstwą świeżego puchu. Ale zagłębienia, które ledwo widoczne widniały jakiś metr od naszych wydawały się być świeższe. Uważnie podążałem za nimi, aż doszedłem do zaułku z którego wbiegła na mnie drobna wadera. Z ciemności, mogłem dostrzec bardzo mało widoczny zarys postaci, która niosła za sobą odgłosy....ciągnięcia czegoś. Jakiegoś przedmiotu? Po reakcji, a w zasadzie jej braku, stwierdziłem że postać nie zdaje sobie sprawy że ktoś ją obserwuje. W tym momencie, każdy był dla mnie podejrzany - wzleciałem do góry, a dzięki opadom ruch moich skrzydeł był stłumiony. Postać w ostatnim momencie spojrzała w górę - było już niestety na to za późno. Wystraszyła się na tyle mocno, że odskoczyła akurat w lekko oświetlone latarnią miejsce. Nie był to mój podejrzany. 
- Czego mnie straszy po nocy! Ja nic nie robiłem! Sobie innych okradaj, ja nic nie mam szczeniaku!- Warknął, kładąc po sobie uszy.Poszarpane szaty, worek z jakimiś duperelami. 
- Przepraszam, nie miałem zamiaru Pana wystraszyć. Myślałem że jest Pan kimś innym. - Odparłem spokojnie, wychodząc z ciemności. Odznaka stróża, mieniła się złotawym blaskiem. Bezdomny spojrzał na nią, a w jego oczach widniała niepewność.
- Nic nie robiłem, więc nie może mnie Pan aresztować! Ja tu najmniej szumu robię a to ja zawsze podejrzany...Najpierw mnie potrącają, a potem jeszcze straszą. Od czego wy tu jesteście?! - Wyjęczał z pogardą w głosie, jednak nie to mnie zainteresowało. Wadera wspominała, że potrąciła niechcący bezdomnego podczas ucieczki. 
- Kto Pana potrącił?- Spytałem do razu.
- Ooo, teraz się Pan stróż interesuje! - wywrócił oczami, zbierając drobiazgi które wypadły z worka. 
- Proszę odpowiedzieć.- Zażądałem, stawiając łapę między nim a jakąś błyskotką po którą sięgał. - To ważne, dla bezpieczeństwa Pana i wszystkich innych.- Spojrzał na mnie spod byka, niechętnie wzdychając.
- No to spałem w zaułku a nagle słyszę że ktoś biegnie. Nie zdążyłem nawet nic zrobić a tu BUM ktoś we mnie wpada! Na Przeklinałem się, bo kurde spać nie dają i nawet żadnego przepraszam nie powie!- Zmrużył ze złości oczy. Spuściłem wzrok, słuchając dalej. Miałem nadzieję że może zauważył coś jeszcze.- Ale to nie wszystko!- Wzdrygnąłem się, wytężając słuch.- Zaraz znowu słyszę bieg, ale tym razem zdążyłem wstać! Już chciałem nakrzyczeć na te bachory, ale ten drugi tylko mi zagroził w biegu. Nie jestem jakiś postawny ani walczyć nie umiem to nie chciałem się dłużej narzucać. Siedziałem cicho to pobiegł dalej i dalej, no i coś tam mu wypadło z kieszeni to sobie wziąłem w zamian za przeprosiny.- Wzruszył ramionami, wrzucając do worka ostatnią rzecz.
- Ej chwila, ma Pan jeszcze tą rzecz?
- Mam i nie oddam! To moje, ja znalazłem!- Schował worek za dobą, dając mi do zrozumienia że za darmo nie mam nawet na co liczyć.
- A jak odkupie tą rzecz?- Wyjąłem z mojej torby monety. Minę nie miał za szczęśliwą, więc dołożyłem jeszcze kilka.- Tylko tyle mam przy sobie. Proszę, to jest dla mnie bardzo ważne. Przez tamtego wilka ktoś jest w dużym niebezpieczeństwie. - Wbiłem w niego wzrok, co wywołało w nim presję. Niechętnie, ale przystał na moją propozycję. Była to mała torba z jakimiś rzeczami w środku. Czułem na niej zapach nie tylko ten nieznajomy, ale też zapach wadery. Podziękowałem bezdomnemu i poleciłem żeby udał się w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Dowód schowałem w swojej torbie i ruszyłem z tymi informacjami z powrotem do karczmy. Dopiero tam chciałem przyjrzeć się temu co znalazłem. Kiedy byłem już w okolicy, spotkałem Marv'a przechadzającego się na tyłach chaty.
- Artem! Tamte wilki przekazały mi co się stało...wszystko w porządku?- Spytał z troską.- Nikt się tu nie kręcił, a przynajmniej nie kiedy ja tu byłem.
- To dobrze, Marv. to dobrze...Ale ta sytuacja jest dziwna. Rozmawiałem z bezdomnym który widział tą sytuację i znalazłem coś.- Pokazałem mu torbę, delikatnie otwierając ją w celu powierzchownego zbadania jej zawartości. Marv zajrzał do środka, po czym spojrzał na mnie w bardzo zmartwiony sposób.- No co jest?- przechyliłem głowę do boku.
- Ja widziałem coś takiego.- Zawahał się przez chwilę. Ten list - wskazał kawałek papieru, naznaczony jakimś znakiem.- Takie daje się komuś żeby zlecić mu...no wiesz.- Przejechał swoim pazurem po karku. Rozszerzyłem oczy, głęboko wzdychając. - Chyba musisz z nią pogadać i to szybko. Wątpię że to była jednorazowa akcja.
Miał rację. Ten ktoś na pewno tak szybko nie zrezygnuje. Nie wiedziałem tylko, jak wadera na to zareaguje, ani czy w ogóle wie o co chodzi. Podczas gdy partner dalej pilnował bezpieczeństwa, ja zapukałem sześć razy. Drzwi otworzył karczmarz, a widząc moją minę, usunął się od razu na bok. Zamknąłem szczelnie drzwi, słyszę delikatny stukot łap uderzanych o drewnianą podłogę. Ignorując jej pytanie, poleciłem żeby usiadła obok paleniska. Poprosiłem o rozmowę w cztery oczy, a po chwili zostaliśmy już sami. Spojrzałem w jej oczy, w których widać było zdenerwowanie.
- Jak się czujesz? Wyglądasz lepiej.- Zauważyłem, chcąc jakoś wprowadzić ją w temat. 
- Dziękuję, o wiele lepiej. Bardzo mi miło że mi Pan pomógł, Panie...
- Artem.-  dokończyłem za nią.
- A więc dziękuję Artemie. - Spuściła głowę. - Vallieana.- Przedstawiła się, podając mi łapę. Uśmiechnąłem się lekko, po chwili znów wracając do kamiennego wyrazu.
- Powiedz, czy podpadłaś komuś niedawno? Może jakieś porachunki z przeszłości?- Spytałem najdelikatniej jak potrafiłem. Vallieana pokręciła w zdumieniu głową.- Proszę, zastanów się, to ważne.
- Nie! Nie przypominam sobie takiej sytuacji. A co się stało jeśli mogę wiedzieć?
Wyjaśniłem jej całą sytuację. Co znalazłem, z kim rozmawiałem, o śladach, o tym że ktokolwiek ją śledził wie gdzie jest. Nie mówiłem jeszcze jednak o liście, nie wiedząc jak na to zareaguje. 
- Może poznajesz coś z tych rzeczy? - Wyjąłem znalezioną przez bezdomnego torbę.

<Vallieana?>
Słowa: 1444 = 93 KŁ

sobota, 26 lutego 2022

Od Vallieany, CD. Artema

 Tym razem zmęczenie doprowadziło Vallieanę do stanu tak intensywnej bezsilności, jaką przechodziła całe dwa razy w życiu. Raz prawie oddała życie za praktycznie martwego już szczeniaka i regenerowała się z tego… zbyt długo… A jeszcze wcześniej wpadła do lodowatej wody, i w tym momencie póki jeszcze była świadoma, grzejąc się przy kominku, nie potrafiła nie przypomnieć sobie widoku świata jaki zobaczyła pod lodem – wtedy całkowicie pewna, że widzi ten ziemski padół po raz ostatni. To nie było dobre wspomnienie, jednak teraz była starsza i wcale nie znajdowała się pod lodem, choć była równie mokra. To tylko przeziębienie – powtarzała sama sobie w myślach, zewnętrznie drżąc na całym ciele niczym osika, co skutecznie ukrywał gruby koc otulający jej niewielką posturę. Próbowała być jednak silna i rzeczywiście przez chwilę była. Rozmawiała z właścicielką zajazdu, sklejając w miarę zrozumiałe zdania, przynajmniej do momentu, w którym wzrok jej się rozjechał, a do głowy nie nalała się woda, wypełniając jej sny przerażającym śnieżnym krajobrazem. Uciekała przed tym samym nieznanym złem, z którym spotkała się zaledwie minuty wcześniej. Jednak minuty zmieniły się w godziny, a kiedy już miała spotkać się twarzą w twarz ze swoim prześladowcą, usłyszała dźwięk skrzypiących schodów i podniosła obolały łeb. 
– Oh, obudziłam panią – bąknęła wadera imieniem Lia, chociaż wcale nie wyglądała jakby było jej przykro. Vallieana w odpowiedzi kichnęła w koc przynajmniej pięć razy i nieco chwiejnie się podniosła – Jak samopoczucie? 
– Już lepiej, dziękuję – odparła Zerdinka, wbrew temu w jakim stanie było jej gardło. Nie brzmiało żeby było lepiej. Nadal odrętwiała, zdjęła z siebie mokre okrycie i podeszła bliżej kominka, by sprawdzić stan, w jakim była jej torba, która wcześniej wylądowała w tamtym miejscu, odstawionia przez właścicielkę zajazdu. Na szczęście była cała, schowane w niej zioła były suche, a i pieniądze były na swoim miejscu - Czy mogłabym prosić o zagotowanie odrobiny wody?- spytała, spoglądając na podchodzącą w jej kierunku karczmarkę. 
Lia skinęła głową i wrzuciła kilka drewien do paleniska.
– Tak, tak, zaraz nastawię, a Kaer przygotuje pani coś ciepłego do jedzenia. 
Zielarka nie była głodna, jednak nie chciała dyskutować z gościną obcych wilków, więc podziękowała, zgarnęła swoją własność i wypakowała ze środka pięć niedużych, szklanych naczyń, nie zwracając już uwagi na krzątającą się właścicielkę zajazdu. Z profesjonalną wprawą wybrała odpowiednie zioła i zaczęła je mieszać. Po niedługim czasie dostała cały czajniczek zagotowanej wody, do którego wrzuciła suszki i całość przykryła, pozwalając wywarowi się zaparzyć. 
Odetchnęła pyskiem, przewracając się na drugi bok przy kominku. Ciepłe płomienie przynosiły jej ulgę, pozbywając się wody spomiędzy jej włosów, zdejmowały z niej duży ciężar.
– To właściwie co się tam stało? 
Lia podeszła od boku i postawiła przed Vallieaną miskę z gotowanym mięsem. Lodowate oczy spoczęły na wilczycy, po czym przesunęły się na posiłek. Znów ochryple podziękowała, nim odchrząknęła i zaczęła tłumaczyć sytuację.
– Wracałam ze spotkania z klientem, a jako że nie znam za dobrze okolicy, to zabłądziłam w uliczkach – wymamrotała, po czym znów podniosła wzrok, tym razem na ogień – W pewnym momencie zorientowałam się, że ktoś mnie śledzi. Najpierw nie chciałam dać po sobie poznać, że zauważyłam, że coś się dzieje, jednak prześladowca przyśpieszył, a ja zaczęłam uciekać. Był coraz bliżej, a wtedy wpadłam na strażnika, który mnie tu przyprowadził.
Pysk drugiej wadery wskazywał na czyste przejęcie sytuacją, w której znalazła się przeziębiona Zerdinka. 
– Eh, Centrum podobno jest najbardziej cywilizowanym miejscem w Królestwie, a tu takie rzeczy się dzieją. Kto by pomyślał, żeby napadać samotne wadery i to przy takiej pogodzie – warknęła z oburzeniem – Dobrze, że są tu straże, bo kto wie co by się wydarzyło.
Zerdinka nie chciała myśleć o tym, co by się z nią teraz działo, gdyby nie postawny basior, więc zaczęła jeść w milczeniu. Po jej grzbiecie przebiegł dreszcz na wszystkie wizje tego, jak cała sytuacja mogłaby się skończyć. W żadnej nie obeszło się bez krwi. 
– Jest pani zimno, przyniosę jeszcze jeden koc – zauważyła gospodyni, a wyrwana z zamyślenia Vallieana zdążyła przełknąć posiłek, zakaszleć i pokręcić głową.
– N… nie trzeba. Zaraz wypiję napar i poczuję się lepiej – wyjaśniła na szybko – Bardzo szybko się regeneruję, tylko potrzebuję chwili. Dawno się aż tak nie wyziębiłam…
– Hm – bąknęła Lia, mierząc wzrokiem magiczne ziółka drugiej wadery, parzące się pod pokrywką czajniczka – No dobrze, ale niech zje pani dzika do końca, zyska pani więcej energii.
Pouczona Vallieana skinęła głową z lekkim uśmiechem i kolejny raz podziękowała, z tyłu głowy zachowując świadomość, że nadal znajduje się w zajeździe i prawdopodobnie będzie musiała zapłacić za grzeczność właścicieli. Tak czy inaczej, była wdzięczna za ich pomoc, tak jak za pomoc strażnika. Sama mogłaby się już tu nie dostać.
Po niedługim czasie zielarka skończyła posiłek, a także wypiła przygotowane zioła, które szybko poruszyły magię krążącą w jej ciele i rozgrzały komórki, przez co rzeczywiście poczuła się nieco silniejsza, chociaż kaszel wraz z kichaniem zostały, czym nie zamierzała się zanadto przejmować. 
Gospodyni po jakimś czasie znów zniknęła na wyższym piętrze, a sama Vallieana odpoczywała na podłodze zajazdu, zadowolona z płonącego ognia i błogiej ciszy wypełniającej pomieszczenie. W tamtej chwili nie potrzebowała niczego więcej… gdy jednak zaczęła ponownie odpływać w senną krainę, najpierw usłyszała pukanie, a potem odczuła na grzbiecie wrogi, lodowaty wiatr gryzący po skórze. 
Zaskoczona uniosła łeb, by spotkać wzrokiem basiora, który ją uratował. Podniosła się szybko i chciała zacząć dziękować i zawiadomić go o swoim stabilniejszym stanie, jednak wyczytała z ciemnego pyska, że coś było nie tak. Więc zamiast fali podziękowań, po prostu przełknęła ślinę i zapytała wprost:
– Czy… Czy wszystko w porządku?
<Artemie?>

Słowa: 891 = 50 KŁ

sobota, 19 lutego 2022

Od Artema, CD. Vallieany

Składałem właśnie pisemny raport do Dowódcy. W ostatnich dniach, sporo działo się złego, zwłaszcza nocą. Niestety, są momenty w których nawet stróże nie mogą dopilnować wszystkiego. większość moich współpracowników została wysłana na zwiad parami, tak dla bezpieczeństwa. Mi przypadł mniej doświadczony kolega, miałem za zadanie pokazać mu co i jak z nadzieją że nauczy się czegoś nowego. Nie czułem się w żaden sposób przy "władzy" nad nim ale też czułem się za niego odpowiedzialny. Zdołałem poznać go wczoraj. Pewny siebie, uważny, miał niezwykle rozwinięty słuch. Jednak brakowało mu jednego - spokoju. Był dosyć porywczy co utrudniło nam pracę, gdyż wdał się w bezsensowną bójkę, z której sprawozdanie musiałem napisać. Skończyło się na pouczeniu dla niego, a dla mnie małe skarcenie za nieutrzymanie go w ryzach. Dziś więc chciałem nadrobić to co złe, wygłaszając mu kazanie. Wyszliśmy z chaty dowódcy i przystanęliśmy trochę dalej. Widziałem po nim, że poczuł się jak szczeniak który narozrabiał. 
- Marv, nie jesteś dzieciakiem, ja to wiem, ty to wiesz. Więc zachowuj się jak dorosły i weź na klatę to co do ciebie mówię. Nie może powtórzyć się to co wczoraj, bo wywalą nas obu, rozumiemy się?- Rzekłem twardo, mając nadzieję że zrozumie o co się rozchodzi. - Sam rób co chcesz, ale nie chce żebym ja miał przez to problemy. - Cóż, w mojej głowie zabrzmiało to mniej ostro. Basior głęboko westchnął, a w końcu kiwnął głową.
- Postaram się. - Powiedział, jak mniemam niechętnie. Zaciskał zęby, to świadczyło że nie bardzo pasuje mu ten układ.
- Jesteś młody, dużo się musisz nauczyć. Czasem trzeba spuścić głowę i przyznać się do błędu. W końcu to zrozumiesz. A teraz chodź. Trzeba odpocząć, a do nocy nie zostało wiele czasu. - wstałem, czekając na jego ruch. No dobra, podpadł mi i nie byłem z tego zadowolony, ale trochę mu współczułem. Nikt chyba nie lubi jak ktoś jest na niego zły. Chciałem spróbować mu pomóc zamiast ciągle go karcić, bo mimo wszystko jesteśmy partnerami.
Spojrzał na mnie spod byka.
- Chodź coś zjeść. Znam dosyć przyjemne miejsce. - ruszyłem głową, powoli odchodząc. Chwila minęła zanim usłyszałem za mną szybkie dreptanie.

~*~

Zabrałem basiora do pobliskiej karczmy. Na ogół nie lubię tutejszego jedzenia, te wszystkie przyprawy i tak dalej... Ale miałem jedno danie które wyjątkowo podbiło moje serce. Przywitałem się z karczmarzem, kojarzył mnie, kilka razy pomogłem mu z niezbyt spokojnymi klientami. Był nieco zdziwiony że przyprowadziłem kogoś ze mną, ale po krótkim przedstawieniu sobie panów, atmosfera przybrała przyjemną, a nawet przytulną aurę. Po otrzymaniu jedzenia, usiedliśmy na poboczu. Muszę przyznać, że postawa Marv'a była całkiem inna niż ta na służbie. Był zdecydowanie bardziej wyluzowany, trochę się nawet pośmialiśmy. Czułem, że trochę się do mnie przekonał. Było tak fajnie, że prawie spóźniliśmy się do pracy.
Zaczęliśmy zmianę bardzo spokojnie. Do patrolowania znowu przypadło nam Centrum. Tu najwięcej się dzieje, więc tutaj najlepiej jest nauczyć się zawodu. W pewnym momencie, Marv zaproponował że możemy się rozdzielić i tym samym przeszukać większy teren, szybciej niż jakbyśmy szli razem. Zadowolił mnie fakt, że chciał coś zrobić sam. Ale... No właśnie. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wilk w mgnieniu oka zniknął mi z oczu. Z oddali usłyszałem tylko "nie martw się!". No tak, już się nie martwię, wszystkie smutku zażegnane. Pokręciłem głową, głęboko wzdychając.
Gdy już przeszedłem większość mojej trasy, w żołądku poczułem dziwny ścisk. Jakby coś miało być nie tak. Od razu pomyślałem o partnerze i o tym, że lepiej posłuchać instynktu. Wolałem upewnić się, że w nic się nie wpakował. Z lekkim zdenerwowaniem wsłuchiwałem się w odgłosy otoczenia. Bardziej mi to wychodziło niż próba wywęszenia wilka. Oprócz podmuchów wiatru, kropel deszczu naprzemiennego ze śniegiem, słyszałem coś jeszcze. Nastawiłem uszy, maksymalnie się prostując. Zaniepokoił mnie odgłos biegu i krzyk, a chcąc być tam szybciej, chciałem podlecieć...Ale "uciekinier" zaskoczył mnie szybciej niż się spodziewałem. Chociaż nieco się zdziwiłem...w zasadzie, poczułem jakby ktoś uderzył we mnie średniej wielkości poduszką, która pod wpływem siły odbiła się ode mnie, robiąc krzywdę sobie, a nie mi. Jeśli taki był zamysł. Od razu podbiegłem pomóc. Szybko przerwałem przemyślenia, widząc stan wadery. Była zziębnięta, zziajana i po tym upadku pewnie obolała. Nie dziwię się że jej nie zauważyłem, mimo swojego czarnego futra, zlewała się z dosyć ciemnym odcinkiem drogi. Ale to co się wyróżniało, to jasne, mroźne oczy które dalej miały w sobie krztę strachu. Dałem jej chwilę na odsapnięcie, rozglądając się dookoła. Niestety, nie widziałem niczego co spowodowałoby u niej taką panikę.
- Czy mógłby Pan, proszę, odprowadzić mnie do najbliższego zajazdu?- Spytała, po krótkiej wymianie zdań. Widząc jej stan, nawet na myśl nie przyszło mi żeby odmówić. Jej płaszcz z sarniej skóry był już na tyle przemoczony, że nie trzymał żadnego ciepła. 
- Tak ,oczywiście.- Odpowiedziałem, zrzucając z siebie swój płaszcz. Okryłem nim drobną waderę, pomagając jej utrzymać się na nogach.- Nie chciałbym Pani denerwować, ale nalegam abyśmy poszli do medyka. To był dosyć mocny...cios.
- Nie, trzeba...muszę się tylko ogrzać.- Odrzekła słabo. Zgodziłem się, w myśli krzyżując palce. Jeśli coś się stanie, niestety to będzie jedyna słuszna opcja. Najlepszym i najbliższym miejscem do którego mógłbym ją zaprowadzić, jest karczma w której byliśmy z Marv'em. Co do niego...po drodze, ciągle rozglądałem się mając nadzieję że się na niego natknę. Jeśli nie, będzie musiał poradzić sobie sam póki upewnię się że nieznajoma wadera ma zapewnioną opiekę. wierzyłem, że da sobie radę. 
 Czułem, że wadera słabnie z każdym krokiem. Kiedy byliśmy prawie na miejscu, ledwo trzymała się na łapach, więc wziąłem ją na plecy. Karczma była już zamknięta, ale mimo to zapukałem w drewniane drzwi. Głośno, kilka razy, dla pewności. Właściciel otworzył z ponurą, zmęczoną miną. 
- Wypier....O, Artem!- Rozszerzył oczy.- Co ty tu robisz?- Pokręcił głową. Zgaduję że dopiero wstał, więc dezorientacja jest jak najbardziej zrozumiała. Wystarczyło że dojrzał drżącą waderę, żeby bez większego namysłu wpuścić mnie do środka.- Połóż ją tam. Lia, rozpal w piecu!- W momencie kiedy sam wleciał na piętro, jego żona rozpaliła w kominku stojącym w kącie na końcu pomieszczenia. Ja natomiast, położyłem ją na dywaniku leżącym blisko niego, żeby mogła od razu się ocieplić. Karczmarz przyniósł ciepłą wodę. Wadera musiała być bardzo spragniona, bo wypiła cały dzbanek w kilka sekund. Kaszlała i trzęsła się, mimo iż spędziła przy ogniu kilka minut. Przykryliśmy ją kocem. Sytuacja nieco się uspokoiła, a sam byłem winny jakieś wytłumaczenia. Wziąłem właściciela na słowo, podczas kiedy jego żona z uśmiechem obiecała że dalej się nią zajmie.
Poszliśmy na piętro, gdzie były pokoje do wynajęcia. stanęliśmy na korytarzu, dalej mając widok na niższe piętro.
- Kaer, przepraszam Cię za to najście- zacząłem do razu. - Byłem na patrolu, a ona nagle we mnie wpadła. Mówiła że ktoś ją gonił. Nikogo nie widziałem. I nie chciała iść do medyka...poza tym, to daleko, nie wiem czy dałaby radę.- Basior chwilę zastanawiał się, jak zareagować. Jego mina mówiła tysiąc różnych słów.
- Masz pewność że nikt was nie śledził? - Spytał niepewnie. 
- nikogo nie widziałem. Ale i tak muszę wyjść poszukać Marv'a, przy okazji sprawdzę czy jest bezpiecznie.- Zapewniłem go. - Zajmijcie się nią, wrócę jak najszybciej się da i zabiorę ją do medyka. 
- Idź ty.- Machnął ręką - przygotuję dla niej coś do jedzenia...
- Kaer mordo, jesteś wielki. - Uśmiechnąłem się szeroko.- Obiecuję że się odwdzięczę!- Rzuciłem na odchodne, schodząc schodami w dół. W tym krótkim momencie, niebieskooka wadera zdążyła zasnąć. Podszedłem do Lii.- Co z nią?
- Lepiej. Już się nie trzęsie. Będę przy niej siedzieć.
- Dobrze, dziękuję wam. Niedługo wrócę.- Pożegnałem się, wychodząc na zewnątrz. Miałem nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. A teraz, miałem w planach szukać Marv'a.

<Vallieana? Szkoda tylko, że wszystkie się przy tym muszą zranić XD>
Słowa: 1234 = 82 KŁ

poniedziałek, 7 lutego 2022

Od Vallieany

Najbardziej w swojej pracy Vallieana nie lubiła, gdy nie była w stanie pomóc mimo dawania z siebie stu procent. Takich przypadków nie było dużo, ale gdy już występowały, to zaraz dołączały kolejne komplikacje i związane z nimi wyrzuty ze strony klientów. A jeśli w całej sprawie chodziło o szczenię? To wszystko zaogniało się w zastraszającym tempie. Nie dość, że czuła złość na samą siebie, to jeszcze niezadowoleni opiekunowie często nie szczędzili sobie niemiłych słów, wprowadzając ją w jeszcze większą irytację.
Szła teraz zimną i mokrą uliczką Centrum, otoczona zewsząd dużymi płatkami śniegu, które w sposób anarchiczny sypały się z nieba niczym cukier puder cedzony przez sito. Sarnia skóra, która leżała na wilczych plecach zaczynała powoli przemakać, jednak nadal skutecznie chroniła od wody ciało Vallieany i jej zielarską torbę wypełnioną suszonymi ziołami, a jednak łapy wadery wciąż drżały. Czy to z emocji, czy z zimna, trzęsła się jak osika. Nie jadła też nic od rana, a tymczasem kiedy wychodziła z konsultacji z klientami, słońca już dawno nie było widać. Była więc głodna i nieszczęśliwa.
Od dłuższej chwili szukała jakiegoś zajazdu, w którym mogłaby spędzić noc, jednak brak znajomości rozmieszczenia budynków w Centrum nie ułatwiał jej sprawy. W końcu bywała tu rzadko, a bez okazji – nigdy. Nie miała w końcu potrzeby się szwędać po Królestwie, kiedy była potrzebna w innych Dystryktach. Właśnie, była tam potrzebna! Potrząsnęła mokrą głową i kichnęła, czując nadchodzące przeziębienie, a lodowaty dreszcz nastroszył jej sierść na grzbiecie zakrytym przez płaszcz. Podniosła wzrok i skupiła go na otoczeniu rozjaśnionym przez nieliczne latarnie. Nie była pewna jak znalazła się na takim odludziu Centrum, jednak chciała opuścić je jak najszybciej – problem tkwił w tym, że zamiast na główną drogę, cały czas trafiała w kolejne uliczki. W końcu przeklęła pod nosem i znów się rozejrzała, zatrzymując kroki.
– Vernon, wiesz może jak się stąd wydostać? – spytała cicho, z ewidentną frustracją w głosie, zapatrzona gdzieś w półmrok. Na chwilę umilkła. Minęło parę sekund, nim zdała sobie sprawę z czegoś dziwnego. Obejrzała się za siebie, a po jej łapach ponownie przepełznęło to dziwne mrowienie. Zasyczała pod nosem, gdy jej oczy mimowolnie przeskanowały całą uliczkę w poszukiwaniu możliwych dróg ucieczki. Ściszyła głos jeszcze bardziej.
– Veronon… Czy zauwa…

Już myślałem, że nie zapytasz… i tak, zauważyłem.

Kiedy szła, od dłuższego momentu podążały za nią czyjeś kroki. Non stop słyszała dźwięk, jakby ktoś przechodził po kałużach, jednak zwalała to na omamy spowodowane zmęczeniem. Zdała sobie sprawę, że jej odczucia nie były iluzją a przerażającą rzeczywistością dopiero w momencie, w którym kroki zatrzymały się o sekundę za późno, zupełnie jakby ich właściciel schował się za rogiem budynku wyrastającego za jej plecami. Wzięła płytki wdech, nasłuchując. 

Dobra, idź przed siebie, zaraz cię stąd wyciągniemy. Jeśli będzie trzeba to go załatwimy.

I rzeczywiście zaczęła iść, nie widząc bardziej sensownego wyjścia z całej sytuacji. Dźwięki kroków również się ponowiły, budząc w waderze jeszcze większą frustrację, a przy tym panikę. Gdyby była trochę bardziej odważna, zapewne teraz zatrzymałaby się, odwróciła w kierunku ewentualnego napastnika i wykrzyczała mu w pysk, że ma się odpierdolić… jednak Vallieana nie była odważna, gdy nie miała u boku nikogo za wsparcie. Była zmęczona, głodna i przemarznięta. Bała się wdawania w bójki i bała się krzywdy. Bała się, że jeśli ten drugi rzeczywiście spróbuje jej coś zrobić, Vernon nie zawaha się zaatakować w celu uśmiercenia przeciwnika za pomocą jej ciała. Pochyliła głowę, nastawiła uszy, jakby próbując wtopić się w cień. Chciała odrzucić świadomość, że mimo wszystko nie miała możliwości nagłego zniknięcia z pola widzenia obcej istoty, jednak w jaki inny sposób mogłaby mu dać znać, że nie chce być prześladowana? 

Skręć w prawo, potem jeszcze raz – powinnaś stamtąd zobaczyć ulicę. 

Skinęła głową i przyspieszyła, napędzana wizją wydostania się z tych opustoszałych labiryntów. Mokre futro ciążące na jej plecach przyprawiało ją o wrażenie, że jest przez nie bardziej ciężka i spowolniona niż naturalnie, więc nawet nie zauważyła, kiedy jej spacerowy krok zmienił się w kłus, a potem w szaleńczy bieg o własne życie. Prawdopodobnie zostałaby przy kłusie, gdyby kroki za nią również nie przyspieszyły. Bo one były. Cały czas. Pięć metrów za nią. 
Wpadła w zakręt, rzucając się w całkowicie zacienioną uliczkę i tylko bogowie wiedzą w jaki sposób dziko sypiący śnieg wpadający w lodowate oczy i śliska powierzchnia rozmarzniętej wody pod jej kończynami nie spowodowały, że zabiła się na pierwszym śmietniku. Jednak przeciwnik również nie miał problemu z przemieszczaniem się, gdyż cały czas słyszała jego ruch. Trzy metry. Chciałaby przyspieszyć, lecz nie mogła, obawiając się rozbicia lub poślizgnięcia. 

Tu. W prawo.

I całkowicie ufając duchowi, na ślepo skręciła. Coś, co przez ułamek sekundy zdawało jej się być murem budynku, w następnej chwili okazało się przewieszonym materiałem, który zdarła ze swego rodzaju karnisza. Z impetem wlazła w coś miękkiego, co w odpowiedzi na ciężkie zdzielenie wszystkimi kończynami chudej wadery ciężko zasapało i nagle wywrzeszczało przekleństwa.

Uważaj na bezdomnego.

No co ty Vernon nie powiesz! Nieomal się zabiła robiąc wyskok z wybudzonego basiora, lecz szybko wyrównała krok i popędziła dalej, świadoma, że nieszczęśnik napadnięty przez własny namiot był deptany drugi raz, ponieważ oponent był już mniej niż metr za nią.

Lewo, Vallieana. Teraz.

I zadyszana, przysypana warstwą śniegu wyskoczyła przez wąski przesmyk między budynkami w stronę oświetlonej części Centrum. Oświetlonej tylko przez chwilę, gdyż światło lamp zostało jej przysłonięte w momencie, w którym cienkie łapy miały sięgnąć bruku. Prosto przed pysk, z nieba spadło jej uskrzydlone ciało, w które uderzyła z pełnym impetem. Gdyby była nieco większa, pewnie oboje doświadczyliby brutalnego zderzenia z glebą, jednak Vallieana nie była dużą waderą, więc szeroka pierś dzielnie utrzymała nacisk z zaskoczenia, za to jej ciało prawie złożyło się w harmonijkę. Na szczęście nic nie pękło, więc zdołała panicznie zamachać łapami w celu odbicia się w drugą stronę, przerażona faktem, że przeciwnicy zdołali ją osaczyć. Niestety tym razem mokry grunt wygrał, a ona upadła na żebra i prawą przednią kończynę ostatecznie rozbijając się, tak jak chciała tego uniknąć. 
– Proszę Pani, co się dzieje?!
Zaczęła naprzemiennie kaszleć i dyszeć, czując na raz gorąco spowodowane biegiem oraz chłód dobierający się do niej od przemoczonej głowy i mokrego bruku, a zatkany nos tylko utrudniał jej prawidłową wentylację. Nawet nie zdała sobie sprawy, w którym momencie kaptur spadł jej z głowy, rozpłaszczając się na plecach.
– Hej, czy potrzebuje Pani lekarskiej pomocy?
Zaś wadera zdawszy sobie sprawę, że obcy basior nie był porywaczem/złodziejem/innym przestępcą a stróżem, pokręciła przecząco głową, próbując zdusić kaszel. Przyłożyła ubrudzoną łapę do pyska i rytmicznie drgała w przód i w tył, wydając przy tym nieprzyjemne dźwięki. Minęły dwie minuty, podczas których stróż cierpliwie czekał, aż Zerdinka dojdzie do siebie i wyjaśni mu przed czym uciekała. W końcu podniosła się do siadu na drżących łapach.
– Ktoś… mnie gonił… – zdążyła wymamrotać, nadal uspokajając oddech. Znów brzydko zakaszlała, odwracając głowę – Nie jestem w stanie powiedzieć kto… Wydaje mi się, że używał mocy, ponieważ nie słyszałam z jego strony żadnych dźwięków... tylko... tylko kroki. 
– Hm… – wymamrotał w odpowiedzi obcy, kierując złote ślepia na wnękę, z której wyskoczyła wadera – A ten wrzask basiora?
– Potrąciliśmy bezdomnego – odparła nieco speszona, coraz bardziej drżąc z zimna. Również spojrzała w tamtym kierunku, przerażona własnymi wizjami na temat tego, kto ją gonił i co stało się z bezdomnym. Nastała chwila milczenia, po której wadera zakaszlała i ostatecznie stwierdziła, że więcej nie wytrzyma – Czy mógłby Pan, proszę, odprowadzić mnie do najbliższego zajazdu? 

<Artemie? Wadery lubią na ciebie wpadać ¯\_(ツ)_/¯>

Słowa: 1207 = 81 KŁ

Layout by Netka Sidereum Graphics