Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Quigley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Quigley. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2020

Od Vallieany CD. Quigleya

 Zdziwiona, przesunęła wzrokiem po pakunku leżącym tuż przed jej łapami.
- Jak myślisz, Vernon, skąd to się tu wzięło?

Pakunek, jednak, to było złe określenie. Pod kurtyną z roślin, prowadzącą do mieszkania Vallieany leżała nie jedna, a kilka ładnie zawiniętych w liście paczuszek. Wprawiony węch wadery był w stanie wyłapywać co niektóre bardziej znajome zapachy, a i te mniej charakterystyczne dawały o sobie nieśmiało znać, co wcale nie zmniejszało czujności Zerdinki… czujności, która i tak była rozpraszana przez dodatkowy zapach, pozostawiony na liściach i śniegu.

Ten alchemik…

Zamrugała, po czym jakby ją olśniło. Po całonocnym buszowaniu po lesie, jej szare komórki usilnie walczyły żeby odmarznąć, produkując logiczne wnioski.

- Pan Quigley, rzeczywiście- skinęła łebkiem, lekko się pochylając. Śnieg posklejany w futrze poruszył się wraz z resztą ciała, odsłaniając skórę na zimno. Otrzepała się z tej warstwy, leżącej na niej jak koc. Wzięła wdech, po czym ostrożnie złapała zębami paczki i wniosła je do środka. 

Powiedzieć, że jaskinia była ciepła i przytulna byłoby wyolbrzymieniem, jednak zielarce to nie przeszkadzało, póki nie czuła na sobie lodowatego wichru. Usiadła więc na środku głównego pomieszczenia, zaś luminescencyjne, niebieskie grzyby kąpały wszystko w tym swoim mizernym światełku, nadając sytuacji jeszcze więcej tajemniczości. Szybko odłożyła torbę ze zbieranymi przez całą noc ziołami na bok, a jej uwaga została skierowana na prezenty. Nawet jeśli dziesięć minut wcześniej myślała tylko o tym, aby odespać zarwaną noc, znajome zapachy wystarczająco ją zaintrygowały by mogła odłożyć drzemkę w czasie.

Był niedawno, pewnie się minęliście. 

Vallieana poczuła jak niematerialna masa porusza się za jej plecami, a następnie gdzieś znika, kiedy w tym czasie ona sama rozplątywała paczuszki niemal z namaszczeniem, nie chcąc uszkodzić zawartości.

Czuła je od jakiegoś czasu, ale sama nie dowierzała własnym zmysłom, gdy zmarzniętymi łapami wyjmowała rzadko spotykane nasiona oraz liście, które rozkładała na jeleniej skórze. Uniosła brwi, kiedy jej długi ogon wachlował na boki z emocji. Nie spodziewała się prezentów, a już napewno nie od niemal obcego basiora, którego ostatni raz widziała nieprzytomnego w lecznicy. Nie wiedziała wtedy co mu dolegało, a i medyk nie przekazał jej zbyt wielu konkretnych informacji. W tych okolicznościach ucieszyła ją myśl, że pan Quigley najwyraźniej już wydobrzał.


Dni mijały, a życie toczyło się swoim tempem. Wadera spędzała czas na typowych zajęciach zielarza- opiekowała się roślinami, mieszała je w różne lekarstwa i sprzedawała. Jej życie było naturalnie nudne, co wcale nie wadziło- czuła się dobrze z tym co miała, nawet jeśli nie zmieniało się to od czterech lat. Była ona, jej rośliny, był też Vernon.

Ziewnęła, a przez chude ciało przeszedł dreszcz. Pokaleczone łapy nieprzyjemnie mrowiły od świeżych cięć, jednak starała się nie zwracać na to uwagi, wszak nie był to pierwszy raz. Rośliny musiały coś zjeść, a przed nią samą była misja. Zamruczała pod nosem, wpychając do skórzanej torby pojemniki na wodę. Usilnie ignorowała też duszący zapach krwi, tak dziwnie wpływający na osobniki jej rasy. Zmierzch zbliżał się nieubłaganie szybko, a ona miała przed sobą szmat drogi do pokonania. 

Wadera po raz ostatni zbadała wzrokiem gojące się rany, aż w końcu narzuciła na grzbiet jelenie futro, które towarzyszyło jej jeszcze za czasów mieszkania u starego zielarza. Zgarnęła torbę i opuściła swoje domostwo, by ruszyć w kierunku zachodzącego słońca.


Celem Zerdinki na tę noc był Dystrykt I, a konkretniej mówiąc- Aloves. Czarna samica wiele razy słyszała w porcie, jakoby gdzieś między murami porzuconej świątyni miały znajdować się niewielkie kałuże wypełnione wodą błogosławioną przez samą Caishe. Woda podobno pojawiała się w różnych miejscach i uzdrawiała chorych, zaś zdrowych napawała spokojem ducha i wydłużała życie- nieważne jak bardzo Vallieany nie interesowali bogowie i ich ingerencje w świat, ciekawość wygrała. Był jednak w tym wszystkim pewien myk, a mianowicie, woda pojawiała się wyłącznie w czasie pełni. Rzeczywiście, pełnia wydawała się nieco przejedzonym tematem, acz zielarka była w stanie zbadać nawet taką legendę. Brodziła więc tak, niszcząc idealnie płaską pokrywę białego puchu własnym ciałem. Podążała w kierunku ścieżki, która doprowadziłaby ją do upatrzonej części Królestwa. Całe jej jestestwo wkomponowywało się w zmarznięty, martwy świat skąpany w jasnym świetle milczącego księżyca. Jednym słowem, było cicho i spokojnie, monotonnie, tak jak lubiła. 

No, przynajmniej do czasu.

Coś złego się dzieje. 

- Eh?

Wszystkie cztery łapki zatrzymały się, a czarny łeb uniósł się powyżej wysokość kłębu. Ledwo zdążyła dojść do Lasu Darminasa, a już pojawiały się problemy ze strony losu?

- Co się dzieje?- wyszeptała, nastawiając uszy.

Nie jestem pewien, ale chce mi się rzygać.

Brwi samicy uniosły się pod sam księżyc. Takie wyznania nie były czymś często spotykanym w przypadku wilka, który nawet nie miał żołądka. Zmusiła się do skupienia, wyrywając umysł z myśli owiniętych dookoła Aloves.

Zemdliło mnie. Po prostu… coś dzieje się w lesie.

Głos Vernona był stłamszony, z każdą chwilą mocniej zduszony, jakby realnie powstrzymywał wymioty. Vallieana poruszyła się na boki. Niepokój towarzysza fizycznie na nią wpływał, więc nie do końca wiedziała co ma zrobić w tej sytuacji, odczuła potrzebę rozruszania kończyn. Powinni się oddalić? Poszukać przyczyny złego samopoczucia ducha? Nie tak miała przebiec ta noc.

- Na spokojnie, Vernon. Jak mogę ci pomóc?- zapytała ponownie, odrobinę głośniej niż poprzednio, jednak wciąż w ten sposób, aby nie zwrócić na siebie przypadkiem czyjejś uwagi. Stała na ścieżce pomiędzy luźno rozmieszczonymi drzewami, zmysłami badając okolicę.

Podejdź w tamtym kierunku- usłyszała warknięcie, a następnie trzy szyszki wbiły się w śnieg wprost z drzew, wskazując jej kierunek- Nie podoba mi się to.

Kiwnęła głową, godząc się na zboczenie z drogi. Poruszała się ostrożnie niczym łowca podążający za celem, podczas kiedy sama nie wiedziała czego powinna się spodziewać. Jednak brnęła, zostawiając za sobą tylko ślady w świeżym śniegu.

Oddychała płytko z głową nisko opuszczoną ledwo nad pokrywę śniegu. 

Nie minęły dwie minuty. Odskoczyła gwałtownie na bok. Nieznajomy cień doprowadził ją do zanurkowania w śniegu i szybkiego obrotu, a z tej obronnej pozycji dodatkowo zawarczała. Lodowate oczy zalśniły ostrzegawczo, odbijając światło białego satelity.

Nagle zamrugała. Całkowicie zbita z tropu wbiła wzrok w cień, który szybko okazał się znanym przez nią pyskiem. Na miłość boską, skąd pan Quigley się tam tak nagle pojawił?! Gdzieś z tyłu głowy usłyszała niezadowolone marudzenie Vernona.

Odetchnęła nerwowo, czując jak serce wali w jej chudej piersi i się wyprostowała.

- Pan Quigley...- zaczęła, siląc się na opanowany ton głosu. Odwróciła wzrok, uśmiechając się niepewnie- Ładna dziś noc. Mam nadzieję, że wszystko u Pana dobrze.



<Quigley?>


Słowa: 1031 = 71 KŁ

środa, 15 lipca 2020

Od Quigley'a CD. Vallieany

Odkąd się przebudził. Nie pamięta prawie nic. Patrzy w wydarzenia wstecz i widzi je niemal jak przez mgłę. Woda. Dużo wody. Czuł jak wpływa ona do jego płuc, wywołując ogromny ból. Słowa wadery ciągle nękały jego myśli. Wizja? Szarpanina? Z tych wydarzeń nie pamięta zupełnie nic. Czy jego brat próbuje mu coś przekazać? A może to po prostu wspólny umysł płata mu figle? Basior co prawda ma wiele pytań, ale jedno jest pewne - ma to związek z duszą jego brata.
- Panie Quigley? Halo, słyszy mnie Pan? - Nagle Quigley zorientował się, że nie jest w pomieszczeniu sam. Rozejrzał się dookoła, jednak nikogo nie zauważył. Wlepił swój wzrok w podłogę, próbując skupić się na niej najbardziej jak może. Było mu przyjemnie ciepło, oczy same mu się zamykały. Każdy oddech wymagał od niego sporego wysiłku, z jego płuc wydobywał się nieprzyjemny dla ucha świst. Jego zmysły zdawały się nie współpracować. Próbował coś wybełkotać, ale jedyne co udało mu się stworzyć to dźwięk, przypominający jęczącego krokodyla. Nim zdołał jakkolwiek zareagować, nieznajoma postać wepchnęła mu jakieś zielsko do pyska. Quigley momentalnie otrzeźwiał. Jego oczom wreszcie ukazał się potężny basior. Rzucał mu pytające spojrzenie, podczas gdy on, totalnie oszołomiony, próbował się zorientować co się dzieje.
- Podałem Panu specjalne zielę, aby nieco Pana ocucić.
- Przepraszam że wypomnę, ale myślę że zamiast wpakowywać mi liście do pyska, mógł Pan użyć roztworu szałwiowego. Byłoby to mniej.. drastyczne - Odparł nieco obrażony. - aczkolwiek dziękuję bardzo. Mogę wiedzieć co tu robię?
- Roztwór szałwiowy przy Pana dolegliwościach mógłby wywołać u Pana niepożądane skutki uboczne - Odparł z lekkim uśmiechem na zaczepkę. Na te słowa Quigley uniósł jedną brew. - Przyprowadziła Pana tutaj Panna Vallieana. Nie wiem co Pan zrobił, ale obrażenia były rozległe. Nieźle się Pan poturbował. Liczne otarcia, spore osłabienie organizmu i co najważniejsze - podejrzewam, że miał Pan krwotok wewnętrzny. Zaobserwowałem u Pana gęstą, czerwonawą wydzielinę, wydobywającą się z pyska.
- Przecież gdybym miał krwotok to..
- Tak, tak, byłyby małe szanse na przeżycie, tym bardziej że zanim Pan się tu znalazł, minęły jakieś dwie godziny. - Przerwał medyk. - Dla mnie też to jest niemożliwe, aczkolwiek na to wskazują objawy. Oprócz tego, rokowania są dobre. Wygląda na to, że z Panem już jest wszystko dobrze. - Quigleyowi po tych słowach zaczęło przejaśniać się w głowie. Czyżby przy życiu trzymał go brat? Jeśli tak, to co oznaczały te wizje? A.. co z Vallieaną? Czy zrobił jej krzywdę? Czy jest cała?
- Przepraszam że przerwę, co tak właściwie z Panną Vallieaną? Czy jest cała?
- Tak. Przyprowadziła Cię tu cała zmarznięta i wyczerpana, ale zająłem się nią w odpowiedni sposób. Podczas gdy był Pan nieprzytomny z tego co mi wiadomo poszła do domu.
- Do domu?
- Tak, do domu. To byłoby raczej szalone, gdyby cały czas tutaj siedziała. Trzy dni to niemało czasu.
- Trzy dni?
- Tyle Pan był nieprzytomny. - Quigley poderwał się momentalnie, rzucając medykowi wdzięczne spojrzenie. Na wyjściu zapytał:
- Czy mógłby Pan podać mi jej adres?
~~~
Basior stąpał z nogi na nogę, wpatrując się w wejście do jaskini. Chciał tam wejść, jednak coś go powstrzymywało. Było dość wcześnie, słońce dopiero niedawno wzeszło, rozjaśniając pobliską okolicę. Śnieg już zaczął się mienić, co nie sprzyjało mu zbytnio. Wciąż nie był w pełni swoich sił, a po tylu dniach w niezbyt jasnej jaskini jego oczy odmawiały posłuszeństwa, co skutkowało bólem. Wreszcie wilk odpuścił, zostawiając pospiesznie małe upominki dla wadery, solidnie owinięte liściem Buke. Oddalał się, mając nadzieję, że wadera zauważy prezent przy wychodzeniu z jaskini. Zależało mu na tym, ponieważ w środku umieścił różne rzadko spotykane rośliny. Wiedząc że Vallieana jest zielarką, pomyślał że mogłoby to poprawić jej nieco dzień oraz oczywiście zrekompensować choć w najmniejszym stopniu nieprzyjemne doświadczenia, które jej zafundował. Teraz na głowie została mu sprawa wydarzeń sprzed paru dni. Musiał wrócić do domu i poskładać fakty do kupy. Być może pył Hshy pomoże mu wrócić do momentu, gdy jego świadomość przestała rejestrować wydarzenia. Dzięki niemu otwiera on sobie dostęp do podświadomości, która skrywa wszystkie tajemnice. Istnieje jednak ryzyko. Quigley nie wie która część jego ciała służy jako nośnik duszy jego brata. Jeśli zamieszkuje ona podświadomość, wilk bardzo łatwo może stracić kontrolę nad swoją własną duszą. Kątem oka dostrzegł niewielkie oczko wodne, przy którym postanowił się zatrzymać. Bardzo się ucieszył, gdy zauważył młode żaby, żyjące spokojnie swoim życiem. Basior postanowił położyć się i odpocząć przez chwilę. Widok miał bardzo ładny. Był już bardzo blisko dystryktu I. Z wysokich drzew co jakiś czas kapały kropelki topniejącego powoli śniegu. Gdy słońce zaczęło lekko przygrzewać, zamknął oczy. Przed nim trudne decyzje.
~~~
Ciemność. Wilk znalazł się w czarnej przestrzeni. Podłoże było chłodne i wilgotne. Dopiero po chwili zorientował się, że stoi w wodzie. Przed sobą zobaczył sylwetkę. Cała była zwęglona, lecz mimo to zdołał rozpoznać swojego brata. Orsena.
- Dokonaj właściwej decyzji Quigley.
~~~
Basior obudził się momentalnie. Znajdował się w swojej jaskini. Na zewnątrz było już ciemno. Wstał zdezorientowany, rozglądając się po pokoju. „Co się stało?” powtarzał sobie ciągle w głowie. Po chwili już wszystko rozumiał. Stał naprzeciwko pył Hshy wysypany na specjalnym naczyniu.
- Dokonam właściwej decyzji, Orsen. - Powiedział cichym, drżącym głosem i wziął się natychmiast za przygotowywanie rytuału.

<Vallieana?>

Słowa: 832 = 46 KŁ

sobota, 16 maja 2020

Od Vallieany CD. Quigleya

Trasa była spokojna, więc i Vallieana była rozluźniona. Mimo nadłożenia kilometrów z powodu burzy sunącej groźnie jakby przy ich głowach, wiedziała że mieli dobry czas, a poza tym podzielenie się doświadczeniami z Quigleyem było miłą odskocznią od jej codziennej samotni. Wilk w istocie był inteligentny i chętnie słuchał tego, co mówiła, zresztą ze wzajemnością. Przy okazji niebieskooka mogła się trochę bardziej rozruszać, co również wychodziło na plus.
Sporo czasu spędziła nad zastanawianiem się jakie właściwości mógłby mieć niebieski mech, którym została obdarowana, prócz tego, że wybuchał. Pierwszy raz spotkała się z podobnym tworem, więc dużo rozmyślała na jego temat, prawie gubiąc po drodze białego basiora.
Wadera zatrzymała się i, na początku ze zdziwieniem, potem z lekką konsternacją, obserwowała jak jej nowy towarzysz zaczyna wchodzić do lodowatej rzeki. Nie wyglądał jak Lotepis, więc jaki mógł mieć cel żeby ponownie się moczyć przy takich warunkach? Jeśli miał ochotę na rybę, mogli ją zdobyć w bardziej konwencjonalny sposób...
- Panie Quigley, czy aby wszystko..?
I w tamtej chwili przerwało jej głośne chluśnięcie, wraz z którym łeb alchemika powędrował pod wodę. Wadera podskoczyła w szoku, aby zaraz dobiec na brzeg rzeki.
Vallieano, mam wrażenie, że to nie jest polowanie.
Najpierw wilk stał nieruchomo, aby za chwilę zacząć się miotać, zupełnie jakby nieznana siła trzymała siłą jego głowę pod taflą wody.
- Na litość boską…- wyszeptała pod nosem zielarka i natychmiast zrzuciła z siebie swoją torbę, aby następnie rzucić się na pomoc wilkowi. Gdy tylko lodowate fale szumiącej wody objęły jej łapy i zaczęły smagać brzuch, wstrzymała powietrze, brnąc dalej. Nie wiedząc co powinna zrobić, w pierwszym odruchu złapała zębami za grube futro na karku topiącego się, jednak ten jedynie zadrżał. Zaklęła, zaciskając zęby na długim uchu. Zbyt często ostatnimi czasy widziała opętania, żeby próbować być delikatna, ponadto używanie przez nią “siły” raczej nie było szczególnie dotkliwe.
Nagle wielki łeb się podniósł i z wylewającą się z pyska i nosa wodą, zamachnął się prosto na ciało wadery, kłapiąc zębami. Ta odskoczyła w ostatnim odruchu, zaskoczona swoim własnym wyczuciem. 
- Panie Quigley, obudź się!- krzyknęła, obserwując jak kolowooki z desperacją czerpie bulgoczące hausty powietrza, patrząc w nieokreślony punkt i dławi się cieczą. To nie może być on- pomyślała, w napięciu zastanawiając się co może zrobić z tym fantem. Czy to ten moment, w którym powinna użyć krwi?
I wtedy biały łeb ponownie zatonął pod wodą. Tym razem to Quigley ją atakował, ciężko uderzając łapami o taflę i orając pazurami podłoże rzeki.
Dla własnego bezpieczeństwa tym razem Vallieana podskoczyła do białego samca od tyłu i zacisnęła zęby na jego udzie, sama ignorując wpływającą do pyska wodę. Basior zawył, prawdopodobnie z bólu i wyciągnął głowę spod wody, kiedy mniejsza wadera usilnie spróbowała zaciągnąć go, tym razem za ogon, w kierunku lądu. 
Basior zaczął kaszleć i dławić się pochłoniętymi płynami. Rozchwiane łapy dawały się prowadzić tyłem waderze, przez co wygramiolili się w końcu z odmętów Bumari.
Quilgley przysiadł na tylnych łapach i pochylił łeb w przód, próbując wziąć normalny oddech, a Vallieana stała tuż przed nim z niepokojem na pysku. Była pewna, że bez medyka się nie obejdzie w tym przypadku, bo nie miała pojęcia jak dużo wody wpadło basiorowi do płuc i z jakimi skutkami to się skończy, nie wspominając już o wychłodzeniu organizmu.
Po niedługiej chwili biały wilk podniósł na nią nieco otępiały, jednak już bardziej quigleyowy wzrok. Wypuściła powietrze z cichym świstem, a po całym jej ciele przeszły dreszcze. Alchemik zajął głos jako pierwszy.
- Dama wybaczy... co się właśnie stało? 
- Musimy koniecznie odwiedzić medyka i się ogrzać- przyznała z niepokojem- opowiem po drodze. Jest pan w stanie iść?
- Tak, tylko… sekundę…- mruknął, ponownie opuszczając łeb. Miał zamiar zemdleć? Wziąć wdech? Wypluć płuca?
Podeszła bliżej, czując jak jej własne łapy zaczynają kostnieć, z dłuższych fal futra na jej brzuchu nadal sączyła się woda. 
- Naprawdę musimy ruszać, panie Quigley- wymówiła z troską, nieco zbliżając pysk do tego należącego do jej towarzysza.
Wilk z wysiłkiem podniósł zad, co wyraźnie sprawiało mu ból. Wziął płytki wdech, mrużąc oczy, jednak stanął na wszystkich łapach. Vallieana tymczasem podniosła ze śniegu swoją torbę, tym razem nie spuszczając białego basiora z oczu. Powoli ruszyli, obierając ten sam co poprzednio kierunek. Musieli jak najszybciej dostać się do najbliższego lekarza, którego wadera umiała przypomnieć sobie dopiero w okolicach Lasu Ayre.
- Zaczęło się od tego, że wszedł pan do rzeki. Nie jestem pewna, czy to było opętanie, czy może wizja lub iluzja. Zaczął pan się podtapiać, chyba z czymś walczyć, jednak po krótkiej szarpaninie wyszedł pan z wody- wyjaśniła na szybko, specjalnie skracając fragment z jego chwilowym napadem agresji do małej “szarpaniny”.
- Szarpanina? Zrobiłem damie krzywdę?- jego głowa się podniosła, a kolorowe oczy zatopiły w tych lodowych.
- Nie, w żadnym wypadku- odparła uspokajająco, lekko kiwając łbem na boki- Bardziej miałam na myśli, że musiałam pana wyciągać za ogon.
Na chwilę zapadło milczenie. Wadera usilnie próbowała przyśpieszyć kroku, przez cały czas obok siebie słysząc kaszlącego i pociągającego nosem towarzysza. Martwiła się, co pozwalało jej zapomnieć o tym, jak sama przemarzła. 
Gdy tylko udało im się dotrzeć do jaskini znajomego medyka, Vallieana na początku wepchnęła do gabinetu Quigleya, który był w znacznie gorszym stanie, a sama usiadła w poczekalni, gdzie nie dokuczały jej już ani wiatr, ani zimno.

<Quigley?>

Słowa: 856

środa, 13 maja 2020

Od Quigley'a CD. Vallieany

Jak trafiłem do Symfonii Północy? Myślę, że gdybym opowiedział waderze historię ze szczegółami, mogłaby mnie wyśmiać. Jak jednak powiedzieć, że goniła mnie nieznana mi kreatura, przez którą zawaliłem jaskinię przy użyciu środków pirotechnicznych? 
- Ekhm, dama pozwoli że wytłumaczę jej to najkrótszą drogą. Zgubiłem drogę i przy pewnych niedogodnościach trafiłem wprost tutaj. - Vallieana nie odpowiedziała. Przez kawałek drogi towarzyszył nam dźwięk złowrogiego wiatru. "Naprawdę jestem szczęściarzem" - pomyślał. Podczas kontemplowania na temat minionych wydarzeń, wadera wreszcie się odezwała.
- Zostawia Pan za sobą subtelne, niebieskie ślady. Dlaczego? - Dyskretnie obejrzałem się za siebie, ażeby to skonfrontować wypowiedź z rzeczywistością. Rzeczywiście, wilczyca nie kłamała. Nie minęło jednak wiele czasu, aż udało mi się połączyć fakty ze sobą.
- To pewnie przez kontakt z niebieskim mchem. Wie dama co to jest? - gdy wadera przecząco machnęła łbem, pozwoliłem sobie kontynuować. - Odkryłem go, gdy zgubiłem drogę. Natrafiłem na jaskinię świecącą delikatnym blaskiem. Cała porośnięta była właśnie niebieskim mchem. Co prawda zgubiłem po drodze jedną próbkę, ale dzięki temu odkryłem jego właściwości. - Quigley wyjął delikatnie flakonik z mchem, podając go waderze. - To prezent ode mnie. Mam tego dość sporo, a skoro dama jest zielarką, to może się przyda. - Vallieana posłała mi ciepły uśmiech w ramach podziękowania. 
- W takim razie może chce Pan podzielić się tymi magicznymi właściwościami? 
- W rzeczy samej, chyba jednak nie chciałbym żeby damie stała się krzywda. Przy zderzeniu, mech wybucha. To jedyna właściwość jaką poznałem. Spróbuję przyjrzeć mu się bliżej po powrocie do jaskini, jednak jestem tylko alchemikiem. Być może dama jako zielarka będzie umiała znaleźć coś jeszcze. - To była jedyna tak istotna wymiana zdań. Oba wilki spędziły podróż na dość przeciętnej wymianie zdań. Droga okazała się niestety dość nieprzewidywalna. Quigley wraz z Vallieaną ledwo uszli ogromnej śnieżycy, która przybyła do Symfonii Północy. Ze względu na okoliczności wadera była zmuszona obrać inną trasę, która prowadziła przez Bumari. Quigley pierwszy raz odwiedzał te tereny, więc wszystko zdawało się go intrygować. Podziwiał bardzo wiedzę wilczycy na temat przeróżnych ziół. Była to dla niego pewnego rodzaju ważna lekcja. Coś jakby wrócił do czasów młodości, gdy poznał wilka imieniem Misirel. Imię nadało mu stado, na cześć boga. Był to pewnego rodzaju ojciec wszystkich zagubionych. Przygarnął Quigleya pod swoje skrzydła, gdy ten błąkał się po świecie. Nauczył go oddzielać swoje myśli, od tych należących do jego brata. Na samym początku ich wspólnej przygody wilk miewał bardzo dużo wizji, które wprawiały go niemal w szaleństwo. Zdarzało mu się budzić w nocy, wracając myślami do wydarzeń z przeszłości. Łamano mu kości, płonęło mu futro. Mdlał, wył i przeżywał wszystko na nowo. Przeżył cierpienia brata.

Gdy Quigley podniósł wzrok, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Nie otaczały go drzewa, śnieg czy nawet skały. Stał pośrodku pustkowia. Krajobraz był bardzo zbliżony do słonej pustyni. Niebo emanowało wściekłą czerwienią. Piekły go łapy, ogromne, żółte słońce przeszywało całe jego ciało. "Gdzie ja jestem? Gdzie jest Vallieana?" - pomyślał, powoli rozglądając się wokół siebie. Momentalnie poczuł niepokój. Czyżby koszmary z przeszłości wciąż go nawiedzały? Nie, to przecież niemożliwe. Aktywować je mogą tylko bardzo intensywne emocje, a ostatnie chwile jakie pamiętał, to trucht wzdłuż rzeki. Skoro nawet incydent w jaskini nie był w stanie wywołać wizji, to co go tu sprowadza? Basior ruszył. Nie kontrolował swoich kroków. Nie kontrolował ciała. Świat się zawalił.

Wyglądało na to, że basior ponownie stracił kontrolę nad rzeczywistością. Tym razem już nie znajdował się na pustkowiu. Otaczała go bujna roślinność, w przeróżnych kolorach. Trawa emanowała jasnoniebieskim światłem, drzewa porastały liczne liany. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że znajduje się na wyspie. Po krótkim rozeznaniu dowiedział się, że wyspa nie była zbyt duża. Po wyjściu z gąszczu zauważył, że otacza go przejrzysta woda, w odcieniach fioletu. Podszedł do brzegu, gdy zorientował się że nie jest sobą. Jego futro mieniło się niczym u Verdisa. Quigley nie wiedział czyją postać przyjął. Nie wiedział również, jak wydostać się z obecnego stanu. Ponownie pomyślał o Vallieanie. Co teraz dzieje się z jego własnym ciałem? Czy wadera, która zgodziła się udzielić mu
pomocy jest cała? Niestety pozostały mu same domysły. Szelest. Wilk nadstawił uszu, będąc gotowym na potencjalne zagrożenie. Jednak jedyne co zauważył, to grupka nieznanych mu istot, dryfujących w powietrzu niczym po tafli wody. Wyglądem zbliżone były do basiora, a raczej do tego, czyje basior ciało obecnie użytkuje. Quigley spróbował powoli się wycofać, lecz gdy jego łapa dotknęła wody wzdrygnął się lekko. Istoty otoczyły go, przemawiając w nieznanym mu języku. Miał wrażenie że słowa bezlitośnie przepełniają mu umysł, próbując doprowadzić go do szaleństwa. I właśnie wtedy stało się to. Basior tracąc kontrolę rzucił się do gardła jednej z istot, niczym bestia. Ta jednak rozpłynęła się w powietrzu niczym dym. Reszta istot w mgnieniu oka poszła jego śladem. Nagle wilk został sam. Pozornie. Poczuł, że coś go ciągnie w stronę wody. Siła była coraz silniejsza, aż w pewnym momencie opór wilka był totalnie bezużyteczny. W chwili całkowitego zanurzenia się pod wodę, jego oczom ukazał się jednocześnie magiczny jak i przerażający widok. Wokół niego pływały dusze. Skąd wiedział, że to dusze? Po prostu wiedział. Przeszywały go, łącząc się z jego ciałem. Właziły mu do pyska, wpływały do ciała przez uszy i nos. Zaczął się topić. Próbował krzyczeć. Łamano mu kości, palono wnętrzności.


Quigley desperacko próbował nabrać oddechu. Bolał go każdy skrawek ciała. Z pyska wylatywały mu resztki lodowatej wody. Ledwo spojrzał w górę. Wadera stała nad nim, z przerażeniem w oczach.
- Dama wybaczy.. co się właśnie stało? - powiedział resztkami sił.

<Vallieana?>

Słowa: 889

niedziela, 3 maja 2020

Od Vallieany CD. Quigleya

- Hej, Vernon, myślałeś kiedyś żeby mieć dzieci?
Zamknęłam książkę, a głuche puknięcie rozniosło się po ciszy jaskini. Uśmiechnęłam się delikatnie, słysząc znane warknięcie.
Hej, nie doczytałem do końca!
- Santhi tylko wywarczał siostrze jak bardzo nie chce iść na bal… Więc co ciekawego mi powiesz?
Ciche mruknięcie w mojej głowie, może nawet nieco rozbawione.
Po co komu potomstwo? Żebym skończył jak Latinea?
- Latinea zamordowała swojego męża i źle traktowała dzieci, dlatego teraz Santhi i Elritta planują na niej zemstę, to inna sprawa- przesunęłam łapą po grubej, skórzanej okładce. Na wierzchu widniał wyryty napis “Latinea”, a pod spodem gościło imię autora i dwa symetryczne kwiaty- A co, też byłbyś podłym rodzicem?
Podniosłam z zainteresowaniem głowę, wpatrując się wyczekująco gdzieś w przestrzeń.
Nigdy nie myślałem nad poważnym związkiem, a tym bardziej młodymi. Za każdym razem jak ktoś mi to sugerował, powtarzałem, że to nie czas na dzieciaki i jestem za młody. Ostatecznie kiedy umierałem, nadal nie byłem wystarczająco dojrzały, ale niech to pozostanie między nami. Żyłem samotnie, i umierałem również samotnie.
- A to nie tak, że miałeś pod sobą lojalnych wojowników? 
Podniosłam się na wszystkie cztery łapy i przeciągnęłam całe ciało, zrzucając z grzbietu koc z jelenia. Kiedy to, co miało trzasnąć, trzasnęło, wyprostowałam się i zaczęłam pakować potrzebne na wyprawę przedmioty do skórzanej torby.
Zerdin to Zerdin. Parszywe kundle są tam, gdzie mają korzyści albo gdzie są w stanie wywalczyć sobie te korzyści. Za dużo “moich lojalnych wojowników” czaiło się na mój łeb, bym mógł chociaż pomyśleć o rodzinie. Teraz jestem martwy, podobnie jak wszyscy ci, którzy mi wtedy towarzyszyli. Zarówno po mojej stronie, jak i po tej przeciwnej. Przynajmniej tyle spokoju. 
- Zdradzili cię?- spytałam, niby od niechcenia. Rozejrzałam się jeszcze szybko za niewielkim tomidłem, w którym przez ostatnie chwile byłam zatopiona, jednak ono już leżało przy innych książkach.
A czy Elatah był dobrym mężem dla Latinei? 
- Nie. Kochał swoje dzieci, jednak małżonkę traktował jak byle uliczną kurtyzanę, chociaż wcześniej tak uparcie zabiegał o jej względy... Jakie to ma zresztą znaczenie w twojej historii?
Nie ma żadnego, potrzebowałem tylko przeczącej odpowiedzi. Nie, to nie oni mnie uśmiercili. Pamiętaj o pojemnikach.
- Tak, już spakowałam- oznajmiłam, zarzucając na siebie przygotowaną torbę- W takim razie skoro to nie oni cię…
Ćśś, nie słyszałaś nigdy, że ducha nie powinno się pytać o sposób w jaki umarł? Nie pomyślała może panna przez chwilę, że to mogą być niezwykle bolesne wspomnienia?
Parsknęłam krótkim śmiechem, przechodząc przez kurtynę z roślin. Kiedy tylko opuściłam mrok jaskini, a zamiast niej otuliło mnie lodowato zimne światło, zadrżałam, mrużąc oczy.
- Doprawdy, jesteś niesamowicie wrażliwy...
Ile ma panienka lat, gówniaro, że pozwala panienka sobie na mówienie do mnie na “ty?”
Pełen oburzenia głos skrywał rozbawienie, jednak za długo go znałam, żeby się na to nabrać.
- A pan niby ile ma lat, stary rumplu?
Dużo za dużo jak dla panienki, a teraz ruszaj się, bo nie zdążysz przed zachodem słońca. 
Pokręciłam głową ze swego rodzaju dezaprobatą, jednak rzeczywiście przyspieszyłam, by móc jak najszybciej ponownie zaszyć się w swojej jaskini.
Wypad do Symfonii Północy planowałam od dłuższych paru dni, jednak nigdy nie było mi po drodze. Sprawa z pozoru błaha, bo chodziło o zebranie jednej rośliny do potrzebnego naparu rozgrzewającego, lecz nim zdołałam zebrać się w sobie by po nią pójść, minęło parę dni. Przez głowę nawet raz mi przeszła myśl, żeby poprosić o pomoc panicza Jastesa, w końcu mieszkał nieopodal, jednak zaraz zganiłam się za własne lenistwo.
Tak więc ostatecznie byłam dzielna i w ciągu jakiejś godziny dotarłam do upatrzonego terenu, skąd zebrałam potrzebne zielsko i już chciałam wracać do domu, gdy niespodziewanie doskoczyła do mnie obca istota.
Gdy nadbiegał z oddali, nie byłam nawet pewna czy to aby na pewno wilk, jednak po chwili nie miałam wątpliwości, że jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku. Mimo dość chaotycznych, a zarazem intrygujących oczu, paru dodatkowych kłów i gołej skóry na szyi, szybko wywnioskowałam, że nie chciał wyglądać na groźnego, a wręcz po chwili oznajmił, że potrzebuje pomocy.
- Vallieana, miło mi- skinęłam głową, uśmiechając się, gdy basior przedstawił się imieniem Quigley- Co prawda trochę nie jest mi po drodze, jednak mogę pana tam zaprowadzić.
- Oh, czy w takim razie nie będzie to dla pani kłopot?- spytał, przestępując powoli z łapy na łapę. Dopiero zdałam sobie sprawę, że białe futro wilka pokryte było drobniutkimi kropelkami wody. Nie był to częsty widok w tak zimnych rejonach, jednak skoro nie wyglądał na zamarzającego i nie prosił o źródło ciepła, postanowiłam nie wnikać.
- Absolutnie, najwyżej się trochę rozruszam. Możemy trochę pobiec?
Quigley skinął głową, więc bez pośpiechu obraliśmy odpowiedni kurs.Słońce było wysoko, a chmury daleko, więc przeprawa zapowiadała się całkiem spokojnie. Po niedługiej chwili, starszy wilk zabrał głos.
- Widzę, że pani również wybiera się na spacery po zaopatrzenie- zauważył, a podążając za jego spojrzeniem stwierdziłam, że gestem głowy wskazał na torbę przerzuconą przez moją szyję.
- Owszem- odparłam z lekkim uśmiechem- Jestem zielarzem, potrzebowałam pewnej rośliny do naparu na rozgrzanie.
- Zapewne chodzi o tego krewniaka anyżku? Minąłem go parę razy.
- W rzeczy samej- skinęłam łbem, spoglądając z zainteresowaniem na towarzysza, zaraz jednak z powrotem wbiłam wzrok w drogę przed nami- Swoją drogą, jak pan trafił do Symfonii Północy? 

<Quigley?>

Słowa: 845

czwartek, 23 kwietnia 2020

Od Quigley'a do Vallieany


Pogoda zapowiadała się obiecująco, co zdecydowanie sprzyjało dzisiejszym planom Quigleya. Mianowicie wilk zaplanował sobie wyprawę do Dystryktu II. Celem wycieczki było odnalezienie niewystępującego w Dystrykcie I kamienia, który był niezbędny do opracowania nowej mikstury. Zarzucił więc na siebie coś na wzór torby i tak rozpoczął przygodę.
Żeby dostać się do miejsca docelowego, basior musiał przejść przez ukrytą lodową jaskinię, która wyprowadzi go wprost na Las Ayre. Grota zawsze wzbudzała w nim lekki niepokój - sposób w jaki wiły się lodowe nacieki, był niemal sprośny. Gdzieniegdzie z lodu można było zauważyć większe i mniejsze skupiska drakonów, czyli fioletowych minerałów. Ich nazwa pochodzi od uderzającego podobieństwa do smoczej łuski. Nie jest to może jakiś rarytas w świecie alchemii, jednak Quigley bardzo go lubił. Minerał posiada bardzo ciekawe zastosowania. Przykładowo, gdy połączy się go z odpowiednimi ziołami, powstaje fioletowa mgła. Co prawda, dla przeciętnego wilka wydawać się to może niezbyt ujmujące, ale sam efekt jest bardzo niezwykły. Gdyby się przyjrzeć, można zauważyć w pyle święcące drobinki. Wilk od czasu do czasu stosuje ową mgłę u siebie w jaskini, fantazjując że leży pod ogromnym niebem pełnym gwiazd.
Ze stanu dumania wybiła go kropla, która spadła prosto na jego nos. Zorientował się, że jest w zupełnie innym miejscu niż zazwyczaj. Najwyraźniej musiał zboczyć z drogi. Problem polegał na tym, że nie miał pojęcia, skąd przyszedł i jak zawrócić, by wrócić na właściwą ścieżkę. Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że nie ma już zbyt wiele do stracenia. Porzucił dotychczasowe marzenia o odnalezieniu kamienia i ruszył przed siebie. Kto wie, może znajdzie coś o wiele cenniejszego?
Otaczająca go przestrzeń znacznie różniła się od klasycznego obrazu jaskini, jaki znał. Znajdowało się tu o wiele więcej stalagmitów. Niektóre emanowały nawet neonowym światłem, w kolorze przypominającym brudną zieleń. Bokiem płynął również strumień, z zadziwiająco czystą wodą. Sam zapach również był zagadkowy. Dało się wyczuć woń delikatnej truskawki, która była przecież tak rzadka w obecnym świecie. Z każdym krokiem Quigley był coraz bardziej ciekawy. Było to dość kuriozalne, ponieważ zazwyczaj nie był zbytnio przekonany do odkrywania nowych rzeczy w pojedynkę. Zdumiał się lekko, gdy jedynym, co znalazł, okazała się ogromna wyrwa. Wyjął z torby flakonik i potrząsnął nim parę razy. Gdy zaczął świecić wystarczająco jasno, ujął go w pysk i rozejrzał się.
Na jego szczęście niżej znajdowało się parę lodowych półek, po których mógł z łatwością przedostać się na dół. Parę susów później, stał w pomieszczeniu porośniętym niebieskim mchem. W swoim dziewięcioletnim życiu nigdy nie widział czegoś tak pięknego. Był tak podekscytowany swoim znaleziskiem, że pospiesznie zaczął zbierać próbki.
Nie nacieszył się jednak zbyt długo, ponieważ nie minęło wiele czasu, jak podłoże zaczęło lekko drżeć. Wilk nie zdążył zareagować odpowiednio wcześnie i jego oczom ukazał się ogromny niedźwiedź. Posiadał niewielkie poroże, a jego futro porastały neonowe grzyby, w kolorze podobnym do mchu.
Momentalnie basior rzucił się do ucieczki, gnając w stronę pierwszego zauważonego tunelu. Stwór najwyraźniej nie był zadowolony z tego posunięcia i podjął pościg. Gdyby nie charakter zdarzenia, można by to nazwać niezwykle bajecznym widokiem. Futro Quigleya mieniło się w świetle niebieskawego mchu. Łapami zostawiał małe wgniecenia w podłożu, które momentalnie zalewały się wodą. Goniąca go pokraka co jakiś czas obijała się o wąskie ściany tunelu, powodując tym wiele hałasu.
Gdy ucieczka zawała się dobiegać końca (ponieważ wilk dostrzegł szparę, przez którą z łatwością mógłby się przecisnąć), oczywiście coś musiało się spaprać. Z jego torby wyleciał jeden flakonik wypełniony wcześniej zebranym mchem, powodując wybuch wraz z momentem dotknięcia podłoża. W ten sposób basior odkrył jego magiczne zastosowanie. Eksplozja była na tyle potężna, że tunel zaczął się walić, odgradzając wilka od goniącej go poczwary. Ktoś by mógł pomyśleć - hej, przecież to wyszło mu na dobre, niedźwiedź go już nie goni! Możliwe, że sam Quigley by tak pomyślał, gdyby nie fakt, że najwyraźniej tunel zamierzał zawalić się w całości. Jego ostatnią deską ratunku, była wspomniana wcześniej szpara. Jaką miał jednak pewność, że tuż po wskoczeniu do niej nie spadną mu na głowę lodowe odłamki? Ta perspektywa zjeżyła mu sierść na grzbiecie i był zmuszony szybko zmienić plany. Zaryzykował podążanie tunelem dalej.
Mówiąc podążanie, mam na myśli oczywiście dziką ucieczkę. Gdyby trwała ona trochę dłużej, najprawdopodobniej wilk opadłby z sił, gdyż na swojej drodze napotykał przeszkody w postaci ogromnych głazów, czy  stalagnatów, na które nie raz prawie się wpakował. Niestety pojawił się kolejny niefortunny zbieg okoliczności - ścieżka się urywała chwilę za zakrętem. Prędkość jaką osiągnął była jednak tak duża, że nie był w stanie już wyhamować. W locie wyobrażał sobie jak roztrzaskuje się o skały, albo co gorsza - wpada w szczęki jakiegoś stworzenia. Los zadecydował jednak, że to jeszcze nie będzie koniec jego żywota.
Z zamkniętymi oczami wpakował się do lodowatej wody, chwilę próbując rozszyfrować, w jakiej sytuacji się znajduje. Najprawdopodobniej nadal tkwiłby w takiej sytuacji, gdyby nie kra, która błyskawicznie go uniosła. Dochodził do siebie kilka długich minut, zanim był w stanie przekalkulować swoją sytuację. Otaczały go ogromne klify, z których obwisały ogromne lodowe masywy zamarzniętej wody. Wszystko wskazywało na to, że znalazł się w Symfonii Północy.
Najwyraźniej czekała go długa droga w poszukiwaniu Lasu Ayre. Otrzepał się porządnie z resztek wody. Jego ostatnim marzeniem było zostanie chodzącym soplem. Zeskoczył z kry i postanowił się rozejrzeć po okolicy. Zauważył parę arktycznych kwiatów, ale nic poza tym. Nadszedł więc czas na improwizację.
Postanowił poszukać drogi na dół. Nie było to łatwe zadanie, gdyż wszędzie było stromo, a lód wydawał się być kruchy. Na chwilę w jego głowie zamieszkała myśl, że może mógłby użyć wybuchowego mchu, jednak szybko wybił ją z głowy. Powtórka z rozrywki raczej nie była ciekawą perspektywą na ten moment. Główkował i główkował, aż postanowił znaleźć najmniej strome zbocze. Było to jedyne wyjście z sytuacji. Nie było łatwo, ale po paru poślizgnięciach znalazł się wreszcie na samym dole. Tutaj przyszło wybawienie - zobaczył wilcze odciski łap w śniegu. Bez większego namysłu zaczął podążać śladami, mając nadzieję na odnalezienie pomocy. Powoli przed oczami zaczęła rysować się mu postura wilka. Nie wiedział czy lepiej do niego podbiec, czy może zawołać - dlatego zrobił i to i to. Zawołał głośne "Hej!" i zaczął biec w stronę postaci, która najwyraźniej zauważyła jego obecność. W duszy modlił się, żeby wilk nie odbiegł wystraszony. Na jego szczęście nic podobnego nie miało miejsca. Zadyszany stanął przed lekko zmieszanym wilkiem, który okazał się waderą.
- Przepraszam, jeśli przeszkadzam, ale zgubiłem drogę. Potrzebuję dostać się do Lasu Ayre. - Starał się wypowiedzieć słowa jak najbardziej uprzejmie, byleby tylko nie wyjść na dziwaka. Możliwe, że napotkana wilczyca to jedyna droga ratunku. Po chwili się zreflektował i dodał - Gdzie moje maniery, na imię mi Quigley. - Posłał ciepły uśmiech, licząc w duchu że niczego nie spaprał. Wilczyca odwzajemniła gest, zrzucając tym basiorowi kamień z serca.

<Vallieana?>


Słowa: 1098
Layout by Netka Sidereum Graphics