Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ros. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2023

Od Rosa - Nim bezdzień przeminie, cz. III

W mieszkaniu garbarza unosił się charakterystyczny, intensywny zapach skór i środków służących do ich bezpiecznego zachowywania, którymi przez upływ czasu zdawało się przeniknąć całe wyposażenie tego miejsca. Zapach na tyle intensywny, że Vay czuł go nawet przez całkowicie odłączony od użyteczności nos, a była to pierwsza rzecz którą poczuł tym zmysłem od paru tygodni. 

Budynek był w całości wykonany z kamienia, jednak wewnątrz było przyjemnie ciepło za sprawą rozpalonego kominka na jednej ze ścian. Całe pomieszczenie było spore i zaskakująco dobrze oświetlone, choć porozwieszane było wyłącznie parę pochodni, a prócz nich i licznych półek zapchanych przez szklane naczynia i pojemniki, ściany zdobiły również wieszaki, z których zwisały narzędzia, w tym białe struktury, wydające się być w pojedynczym oku wielkimi żebrami. Podłoga również była z kamienia i nie leżał na niej żaden dywan, jakby właściciel obawiał się, że w miejscu jego pracy podobna ozdoba nie wytrzymałaby zbyt długo. Zresztą to wcale nie było dziwne. Patrząc na ilość skór wywieszonych na specjalnym stole i stojakach, a także po szczelnie zamkniętych beczkach umiejscowionych pod przeciwległą od wejścia ścianą, łatwo można było się domyślić że to zajęcie nie było najczystszym z możliwych. 
Pośród tych wszystkich futer, szali, narzut i płaszczy okazały się być jeszcze jedne drzwi, o czym Vay przekonał się w momencie, w którym te zaskrzypiały, a po chwili basiorom objawił się starszawy Malisabis. Wilk zaskakująco wysoki jak na swoją rasę – prawdopodobnie zmieszany z jakimś Merith, jego sierść była jednak jednolicie beżowa, z charakterystycznymi ciemniejszymi odmianami na uszach i łapach oraz siwizną przypruszającą pysk i okolice oczu. Wyraz twarzy wilka wskazywał na zaskoczenie, które nabrało pozytywnego kształtu, gdy ciemne oczy wyłapały postać wesoło uśmiechniętego Arcykapłana.
– Błogosławionego dnia, Arcykapłanie! – przywitał się gospodarz, a jego wzrok od razu przeskoczył na młodego Lerdisa, który już prawie zdążył się wycofać za znajomego sobie Meritha.
– Błogosławionego dnia i tobie, panie Lothain – Erwin ukłonił się z grzecznością, nie zwracając uwagi na zachowanie młodzieńca. Przynajmniej przez chwilę, bo zaraz potem odsunął się na bok, odsłaniając zdezorientowanego szczeniaka – Vay, co robisz? Powiedz “dzień dobry” i przedstaw się. Ile ty masz lat? 
Głos basiora nie był zły, a jednak jasno wskazywał na to, że młodzieniec nie zachowuje się poprawnie. Schowany pod grubym futrem szczeniak przełknął ślinę. Z jakiegoś powodu nie chciał się pokazywać, ale jego dusza wojownika szeptała do ucha, że znowu się ośmiesza. Nie lubił się ośmieszać. Wstał, zdjął kaptur i stanął dumnie (no, może nadal lekko skwaszony) obok Arcykapłana, który wciąż uśmiechał się z boską wręcz łagodnością. 
– Przepraszam. Moje imię to Vay, pochodzę z rodu Sineoriginis. Moi rodzice zginęli w…
Fioletowooki szturchnął go bokiem.
– Już, wystarczy.
Jednak Lothain nie wydawał się być urażony ani pierwszym wrażeniem, ani drugim wrażeniem zaprezentowanymi przez Lerdisa.
– To w porządku. Moja godność to Lothain z rodu Carodoc. Miło mi cię poznać – Malisabis skinął głową na powitanie – Zapraszam panów do środka, zaraz poproszę małżonkę o zaparzenie herbaty i porozmawiamy.
Gospodarz zaginął za drzwiami którymi uprzednio wszedł, a goście podążyli za nim w milczeniu. Vay jednak wciąż był skonsternowany manierami na powierzchni. W jego stronach wilki zazwyczaj się na siebie rzucały – albo w uścisku radości, albo w tym ostatnim, po którym następowała nagła dekapitacja; nie wspominając już o ujawnianiu swojego nazwiska przy pierwszym spotkaniu, bo to tylko prosiło się o atak na bliskich. Na ukłony i szacunki także zasługiwało parę wilków, ale na pewno nie jednookie sieroty. Nie rozumiał tej przesadnej grzeczności, podążał jednak za poleceniami kapłana jak cielę prowadzone przez matkę, zakładając bezmyślnie, że ta nie wepchnie go do paszczy drapieżnika. A mogłaby. Chyba. Vay wiedziałby więcej o matkach, gdyby kiedykolwiek jakąś miał.
– Proszę, siadajcie.
Garbarz wskazał na nieduży, okrągły stolik znajdujący się w pokoju przylegającym ścianą do tego poprzedniego, a sam odszedł w stronę schodów znajdujących się na rogu, by zaraz zniknąć pod linią drewnianej podłogi.
Tutaj także była masa gotowych futer, jednak w odróżnieniu, można było je znaleźć zarówno na ścianie, jak i na podłodze, a co cieńsze i mniejsze fragmenty znalazły dla  siebie miejsce nawet na stole czy półkach. Vayowi to miejsce przypominało grotę, ale bardzo przytulną i ciepłą grotę. Ze względu na ilość sierści, ognia nie mogło być tu wiele, więc w zamian, z sufitu zwisał żyrandol wysadzony magicznymi kamieniami, na którym pojedyncze białe oko zatrzymało się na dłużej. Zaraz jednak stracił i nim zainteresowanie, a spojrzenie przesunęło się w miejsce, w którym zniknął beżowy Malisabis. Na dole pewnie była kuchnia i sypialnia. Przez myśli wilczka przechodziły przypadkowe uwagi co do życia ogólnie. Na przykład to, że sam spał kilka razy w podobnych domach, ale nie lubił tego. Czuł się za bardzo wyeksponowany bez zgrai towarzyszy z którymi spał we wspólnej komnacie, nawet jeśli czasem było gorąco, duszno i śmierdziało – tak podobało mu się dużo bardziej, niż gdy musiał siedzieć nocami sam na sam z Ivo. Potem jednak doszło do napadu na Verdisów… Też było późno, a on przecież był razem z watahą; też śmierdziało. Jakieś pięćdziesiąt wilków w jednym miejscu. Bezdzienni wpadli i urządzili sobie rzeźnię, zabijając i raniąc wszystkich, którzy brutalnie byli wyrywani ze snu i natychmiast stawiani przed wyborem – gryź albo zagryzą ciebie. Przynajmniej na początku to mogło tak wyglądać, bo w rzeczywistości nikt nie dostał tego wyboru. Wszyscy byli gryzieni lub zagryzani, ale po tylko jednej stronie. Nie miało znaczenia, czy byli we wspólnej komnacie, w magazynach, czy samotnie w gabinecie dowódcy. 
Gryzieni lub zagryzani.
– Wszystko w porządku?
Szczenię poderwało się, gdy poczuło szturchnięcie przy karku. Natychmiastowo zjeżyło się i kłapnęło zębami, wydając z siebie wysoki kwik. Otwierając oko szeroko jak lunatyk odchylił się w tył w bezwarunkowym odruchu. Wiedział, że zaraz drugi basior złapie za skórę i przygniecie całą swoją masą do ziemi, by wymierzyć mu karę, a Vay bardzo, bardzo tego nie lubił. 
Arcykapłan jednak szybko się odchylił w drugą stronę, a jego uszy powędrowały w górę razem z brwiami. Nie spodziewał się takiej reakcji, więc w pierwszej chwili był zaskoczony, jednak zaraz zrozumiał, że to on głupio postąpił. Zorientował się, że nie powinien zaczepiać w ten sposób szczeniaka z głową pokrytą otwartymi ranami, z których wciąż sączyła się gęsta ropa wspomnień.
– Przepraszam. Nie chciałem cię straszyć – powiedział szybko, na powrót się prostując, a jego mimika wyrażała zakłopotanie. 
Mina szczeniaka zaś sugerowała, że basior powinien się odpierdolić i najlepiej odpierdolić szybko i daleko stąd. Przynajmniej przez chwilę. Poszarpane uszy, do tej pory sztywno położone po karku nieco się rozjechały na boki, spojrzenie srebrnej tęczówki na powrót zmiękło, a niebieski język wylądował na opatrzonym przez medyków nosie. Chwilę mu zajęło powrócenie do poprzedniej pozycji, jednak oko nie spoczęło więcej na Arcykapłanie, a uszy nie wyprostowały się do swojej typowej pozycji. Wyglądał, jakby nigdy nie wrócił do rzeczywistości, a poprzednia reakcja wynikała wyłącznie z nawyku. Erwin nie mógł jednak spuścić z niego wzroku, zahipnotyzowany. Aż nie westchnął. Sam nie wiedział czemu. Nie powinien tak się przejmować, a jednak poczuł ukłucie gdzieś w głębi serca. Dziecko z podziemi w jego oczach stało się nagle tylko dzieckiem, choć nieco skrzywionym… a może skrzywdzonym.
W końcu Lothain wrócił na parter z czterema kubkami herbaty, a za nim przyszła jego partnerka. Merith musiał ściągnąć swój wzrok przyklejony do szczenięcia i poświęcić go waderze, która nie zamierzała ukrywać, że jest zachwycona widokiem Arcykapłana w jej mieszkaniu. Uśmiech na jej postarzałym pysku kwitł jak kwiatek z młodziutkiego pączka, a przed jej nosem sunęła taca ze świeżymi ciastkami. Biały basior oczywiście od razu odwzajemnił uśmiech, zaś Vay wbił nieco zamroczony wzrok w parę. Gdy jednak ci skończyli wymieniać uprzejmości z Arcykapłanem, młody również wyprostował się i patrząc waderze w oczy, lekko pochylił głowę.
– Vay z rodu Sineoriginis. Miło mi Panią poznać.
Zupełnie jakby nie był sobą, a może właśnie był sobą aż za bardzo. Wadera, Agropius o kolorze futra w jasnych i ciemnych odcieniach niebieskiego, również kulturalnie mu skinęła, mrużąc przyjaźnie zielonkawe oczy oddzielone od świata za parą okularków.
– Eipura z rodu Carodoc. Mi także jest bardzo miło cię poznać, Vay. Wiele o tobie słyszałam.
Wilczek na chwilę zamarł, nim rzucił kątem oka na siedzącego u jego boku Arcykapłana. Zaczął się intensywnie zastanawiać co Eipura mogła usłyszeć i dlaczego. To spojrzenie nie było jednak szczególnie dyskretne, więc atmosfera zmieniła się w coś między napięciem, a rozbawieniem. Bardzo dziwny rodzaj atmosfery, jakby ktoś próbował zawiadomić o radosnej nowinie, która wcale nie musi okazywać się równie radosna dla obu stron. Na ratunek przybył jednak zupełnie nieporuszony Erwin. Uśmiechnął się pogodnie i podniósł filiżankę do pyska całkiem zrelaksowany.
– W rzeczywistości to było tylko parę rzeczy. Sam nie znam zbyt dobrze Vaya, spędziłem z nim zaledwie kilka godzin, a to o wiele za mało, aby móc kogoś ocenić. Szczególnie mając na wzgląd jego przejścia, wiele też nie pamięta ze swojej przeszłości.
– Ah tak, oczywiście, oczywiście – naprostowała szybko wilczyca, wciąż wpatrując się z zauroczeniem w basiora. Dla odmiany Lothain spoglądał na szczeniaka, a jednooki nie wiedział gdzie powinien patrzeć. Wciąż nie wiedział dlaczego miałby podlegać tematom rozmów, ani dlaczego został przyprowadzony w to miejsce. Miał ochotę wrócić do szpitala. Lekarze przynajmniej mu o wszystkim mówili, nawet jeśli nie pytał. Ivo też mu zawsze wszystko mówił wprost. 
– Tak czy inaczej, proszę, czuj się tu swobodnie, Vay. 
Młodzieniec zastrzygł uchem, a za nim poszedł wzrok. Patrząc tak na waderę, przypominał kopniętego szczeniaka. Wszyscy nagle odnieśli wrażenie, że to spotkanie miało potoczyć się inaczej – w szczególności troje dorosłych, którzy ewidentnie mieli problem z dojściem do sedna sprawy. Nie doszli. Lothain odchrząknął.
– Może chciałbyś dowiedzieć się czegoś o mojej pracy?
Jednooki zamrugał.
– O wyprawianiu skór?
– Mhm.
– Tak, bardzo… bardzo chętnie… – szczenię kontrolnie spojrzało na Erwina, który zachęcająco pokiwał głową, chcąc niewerbalnie go wesprzeć.
Tymczasem Maisabis odszedł od stołu i skierował się do pierwszego pokoju, który poznali wchodząc do budynku. To tu było najwięcej narzędzi, które mogły wskazywać na fach starego basiora, i które od samego początku zaintrygowały Vaya. Młodzieniec z ciekawością podszedł do zawieszonych na ścianie długich, zaostrzonych na jednej krawędzi kości.
– Czy to żebro? – zapytał odważnie, zwracając łebek na basiora, który już zdejmował wyprawione materiały z jednego ze stołów i odkładał na kolejny. Słysząc jednak cienki, lekko ochrypnięty głos zareagował niemal natychmiast.
– Tak, ze specjalnej, mięsnej odmiany renifera. Można nimi łatwo ściągać wszystkie miękkie tkanki spod skóry.
Beżowy wilk odsunął jeden ze stojaków i kiwnął głową, żeby jednooki podszedł bliżej i się przyjrzał. Przed nimi stał kolejny stojak, a raczej pionowo stojąca drewniana rama z haczykami na linkach skierowanymi do wewnątrz. Zaczepiona na nich była nieduża sarnia skóra pokryta białym osadem.
– Widzisz? Ta już jest czysta – starzec pogładził łapą kawał ciała, który kiedyś stanowił dla jakiejś istoty zewnętrzną okrywę. Wbrew temu co powiedział, pod jego dotykiem biała skorupa zaczynała się kruszyć – Musi się rozciągnąć, a sól wydobędzie wilgoć. Potem trzeba będzie nasmarować tym.
Wilczek słuchał każdego zdania, chłonąc pobieżnie przekazywane mu informacje jak gąbka. Choć na początku nie czuł się szczególnie zobowiązany do zapamiętywania czegokolwiek, po pewnym czasie zaczął traktować te ćwiczenia niemal jak misję – za cel postawił sobie dowiedzieć się jak najwięcej, a potem powiedzieć o tym wszystkim Erwinowi. Chciał go zaskoczyć i zobaczyć jego reakcję, usłyszeć słowa aprobaty.

I choć wewnątrz siebie spodziewał się tego, co miało nadejść, nigdy nie zdołał się do tego przygotować. Kończył opowiadać o żebrach, a kapłan, który do tej pory słuchał z zaciekawieniem, w końcu podjął rozmowę.
– Chyba ci się spodobało garbarstwo, skoro tak dużo pamiętasz.
– Możliwe – rzucił młodzieniec, zerkając czujnie na starszego, szukając jakichś oznak zadowolenia. Tym bardziej kolejne zdanie było ciosem. Punktem bez odwrotu.
– Myślę, że byłoby ci tu dobrze. A ty jak myślisz?
Głos Erwina był tak ciepły, jak odcień nieba, które widniało przed ich nosami, gdy wracali do szpitala. Jak pomarańczowo-różowe, wieczorne kolory, przy których aura rannego Rosa, jakby na przekór dla dobrych zamiarów Meritha, drastycznie pociemniała. Niemalże sam odczuł gruby cierń, który wrzynał się w resztki tej niepewnej, szczenięcej stabilności. Cierń złożony z całego narostu stresu, obaw, który przebił duszę Vaya gdzieś w połowie całej tej pewności siebie i bezsilności, które mu towarzyszyły, i z którymi próbował przetrwać realia życia na powierzchni. Arcykapłan jednak nie chciał patrzeć w taki obrazek. Wiedział, że nie zobaczyłby tam niczego poza niewypowiedzianym “i ty też mnie zostawisz?”, więc wygodnie nie patrzył.
– A oni w ogóle mnie chcą?
– Co?
Pytanie i bezduszny ton z jakimi to pytanie padło uderzyły Erwina z podobnym impetem, z jakim sam zadał cios jednookiemu zaledwie chwilę wcześniej.
– Co mam im do zaoferowania w zamian? Wyżywienie, miejsce do spania, bezpieczeństwo - to wszystko kosztuje, prawda? Zwykłe wyrabianie futer wystarczy?
– Vay… Tak, to wystarczy, naprawdę.
Młodzieniec wpatrywał się przez chwilę w fiołkowe oczy, po czym odpuścił.
– To jest starsza para, która nie ma nikogo innego. Twoja obecność i praca będą wystarczającą zapłatą, uwierz mi na słowo. 
Jednooki nie chciał dyskutować, albo raczej chciałby, ale nie potrafił. Nie miał słów, by się sprzeciwić, więc po prostu odrzucił to wszystko w niebyt. Podpiął pod zakładkę o nazwie “zło konieczne” i znów się poddał. 

Słowa: 2108 = 151 KŁ

poniedziałek, 27 marca 2023

Od Rosa, CD. Asmodaya

Asmoday nie tylko nie miał w sobie ani grama empatii, ale również nie było w nim krzty honoru, ba, w tym czymś niemal nie było wilka i może gdyby Ros czuł, widział i wiedział nieco mniej, to byłby oburzony. Może gdyby któryś z nich w przeszłości doświadczył mniej spośród rzeczy które przeżyli na długo przed poznaniem siebie, sytuacja potoczyłaby się inaczej… a może wcale nie. Jednooki mógł tylko westchnąć, widząc jak Asmoday po raz drugi w trakcie ich niedługiej znajomości znika mu z oczu, rozpływając się w ciemności, całkiem bezdusznie porzucając Lerdisa na pastwę porywaczy. Wcześniej na pastwę potwora w korytarzu.

Żałosny egoista. 

Chyba… chyba jednak ta gorycz którą odczuwał w głębi siebie nie wynikała tylko z faktu obitego i opuchniętego już policzka, czy krwi zalegającej w zatokach. Nie, żeby miał zamiar się do tego przyznać, był ponad to. Jeszcze przez chwilę obserwował puste miejsce, które uciekinier po sobie pozostawił, po czym podciągnął się na nogi i ocenił zakre ruchu, na jaki mógł sobie pozwolić. W milczeniu, bez zbędnego wyrazu na pysku rozciągał kończyny i przeciągał łańcuchy, których charakterystyczny szczęk wypełniał przestrzeń jak zraniony drapieżnik, który pochwycił swoją ofiarę i choć nie mógł jej pożreć, nie zamierzał pozwolić jej odejść. 

Co za żałosna, żałosna sytuacja. 

Kajdany były ciężkie i pomimo braku balastu po drugiej stronie nadal znacznie ograniczały ruchy, więc gangster odrzucił je telekinezą by zrobić sobie przestrzeń, rozsiadł się wygodnie pod ścianą i przymknął oczy, czekając cierpliwie na rozwój wydarzeń. I choć był cierpliwy, nie można było powiedzieć, że całkiem spokojny. Z tyłu głowy wciąż próbował ułożyć sobie wydarzenia z poprzedniego dnia w całość. Szukał imion, rodów, pysków, znaków charakterystycznych tych, którzy go sprzedali, ładując ten nienawistny bagaż, który drażnił i stroszył sierść między łopatkami. Układał plan zemsty. Chciał ich dorwać i powiesić na drzewach, a następnie wykrwawić ich gardła jak świniom, którymi byli. Nawet nie dla przykładu dla innych potencjalnych sprzedawczyków, a dla własnej satysfakcji, by zakleić dziurę w zranionej dumie plasterkiem. Jednooki myślał też o swoim uskrzydlonym podwładnym, który zorganizował całe spotkanie. W którym miejscu całej tej sytuacji stał Truce? Czy był zamieszany w ten plan? Czy był ktoś poza nim? 

Pojedyncze oko zastrzygło w przestrzeni, gdy po dłuższej chwili ciszy zakolczykowane uszy wyłapały ruch po drugiej stronie drzwi. I choć chciał się łudzić, że to pomoc, niestety nie był w stanie. Czując aurę porywaczy, a wraz z nimi intensywną aurę czerwonookiego skurwiela miał ochotę zrzygać się żółcią i to bynajmniej nie przez tych pierwszych. Drzwi otworzyły się i zaraz za nimi, rzucony jak szmaciana lalka, wleciał nie kto inny jak nieprzytomny Xynth. Prosto na zapakowany w worek ryj. Białe aż parsknął pod nosem, czego efektem było wykrztuszenie z siebie kilku skrzepów krwi, które przykleiły się do już wystarczająco brudnej i obślizgłej podłogi. 

– Tak cię to bawi?! – ryknął Szary, pojawiając się tuż przy nieprzytomnym. 

– Podejrzewam że bawi mnie coś innego, niż mógłbyś podejrzewać – rzucił lekkodusznie na tyle, na ile mógł przy rozbitym nosie, po czym jeszcze raz obrzucił Asmodaya pogardliwym spojrzeniem, okraszonym krzywym uśmiechem i w końcu uznał, że jeszcze przez chwilę może się w tym pławić – Jestem ciekawy za którym razem zorientuje się, że sam to może zarobić najwyżej w mordę. 

Brązowe, gniewne oczy obserwowały przez chwilę skutego Lerdisa, jakby ich właściciel nagle miał zdać sobie sprawę, że ten gangster rzeczywiście został porzucony. Ha, nawet po raz drugi! Mimo wszystko zaraz prychnął, nie siląc się na żaden konkretniejszy komentarz. Poza nimi w komnacie stawiły się również dwa inne basiory, nadając celi jeszcze bardziej klaustrofobicznego wymiaru. Złapali nieprzytomnego za kark i pociągnęli go bliżej Rosa. Ten momentalnie się poderwał, jak porażony. 

– Zabierzcie ode mnie tego zapchleńca – warknął lecz bardziej niż groźnie, zabrzmiało to jak sprzeciw kogoś, kto wie, że nie ma przebicia – macie tam drugi łańcuch w ścianie. 

– I co, znowu przez nią przelezie?! 

– Drugi raz nie zdejmę mu worka z łba – odparł prostolinijnie, lecz z przekąsem – Wykaż się pomyślunkiem, dziadku, i może zostaw kogoś tu na straży. Nawet nie znasz jego mocy. 

Szary aż wrzał w środku, a dwaj pozostali porywacze zerknęli na niego z niemym pytaniem. Przez chwilę milczał, po czym wyrok zapadł. 

– Przykujcie ich do siebie i nie ma dyskusji. Nie jesteś tu na wakacjach, Cyklopie. I na jutro już oboje dostaniecie odpowiednie środki na te wasze wyskoki.

Ros przybrał obrażony wyraz pyska, jednak nie zamierzał się kłócić, mając na względzie wielki, rozbity krwiak na lewym policzku. Prawego nie planował nadstawiać.

– Co z moim listem? 

– A co, namyśliłeś się? 

Prychnął niewesoło. 

– Mój zastępca i tak ich nie odda. Z chęcią ci to udowodnię. 

– Więc go przekonaj – Szarak wyszczerzył kły, wychodząc z celi. 

W tym czasie dwójka rosłych basiorów przykuwała na powrót Asmodaya do jednookiego, który stawiał opór tylko wtedy, gdy robiło mu się za ciasno, lub gdy pokryte krwawą masakrą cielsko Xyntha miało go bezpośrednio dotykać, jakby sam nie był brudny od juchy, tyle że własnej. Na pytanie "dlaczego od razu nie wyrzucicie do go rzeki?" nie padła żadna odpowiedź, a frustrację spotęgował tylko fakt, że Ros nie był w stanie ocenić nawet ich żywiołów, więc atak w tamtym momencie minąłby się z celem szerokim łukiem. Potem wrócił Szary z pergaminem i pisadłem. 

– Możesz pisać. 

Jednooki zmierzył go od góry do dołu. 

– Tak się składa, że moce mi nie wróciły. 

– Hm, jaka szkoda – brązowookiemu nie było przykro – To ja napiszę, ale przypominam, że musisz być bardzo, bardzo przekonujący. 

– A wiesz gdzie dostarczyć? 

– O to się nie martw. Teraz mów. 

Białooki nie planował pisać dramatycznych rozprawek. Cała spowiedź zajęła kilka minut, a podczas niej basior szczególnie skupił się na podkreśleniu, że jego życiu grozi niebezpieczeństwo, że połowa jego pyska została rozkwaszona kamieniem, a co najgorsze, jest z nim Asmoday, więc Ikaharu ma jak najszybciej oddać szczenięta. Wszystko było proste, doprawione odpowiednią ilością ironii, będąc lustrzanym odbiciem wszystkich emocji, którymi białooki tak chętnie emanował. 

– Kto by pomyślał, że na tym waszym lodowym zadupiu władzę utrzymują takie pretensjonalne dupki jak ty.

– A spierdalaj.

Szarak dla dramaturgii umazał list w krwii dowódcy Krwistych i wyszedł, pozostawiając na straży jednego z pachołków. Teraz wystarczyło poczekać. Tak, tylko poczekać. Biały łeb spoczął na łapach, a jego myśli zdążyły odbiec gdzieś bardzo daleko, nim mięso po drugiej stronie łańcucha zaczęło się budzić i pomrukiwać. Odziana w wór głowa drgnęła, a następnie podniosła się z ziemi, czemu towarzyszyło ciche przekleństwo. Ros przez chwilę tylko obserwował, zastanawiając się jak długo Asmodayowi zajmie zrozumienie w jakiej sytuacji się znajduje, a potem sobie przypomniał, że przecież czerwonooki nie stracił węchu, więc nie był skazany na sam wzrok i słuch. Rozczarowany ziewnął i ułożył się w innej pozycji, podkurczając zmarznięte łapy bliżej siebie. 

– Zdejmij mi ten worek z głowy.

Zaskoczony Lerdis poruszył uchem.

– Ha ha. Masz tupet – rzucił beznamiętnie w odpowiedzi. Przez kilka następnych chwil patrzył jak rozgorączkowany Xynth samodzielnie próbuje pozbyć się utrudnienia, jednak przerwał mu pilnujący ich basior. Jedno mocne uderzenie metalowej pałki o podłoże wystarczyło, żeby czerwonooki się zatrzymał.

– Przestań …, albo … ci …– Białe nie rozumiał poszczególnych kolokwializmów z obcego języka, jednak przekaz był wybitnie prosty. 

Asmoday gardłowo burknął, jednak jego łeb ostatecznie opadł na ziemię po nieudanej próbie wyswobodzenia się, a jasnowłosy stróż znów usiadł z tym samym nienawistnym wyrazem na pysku. Na celę znów opadła zasłona pozornego spokoju. 

I w ten sposób trwały kolejne godziny, może dłużej, może były to dni. Więźniowie dostawali dawki antymagicznych środków i na zmianę spali, budzili się, następnie wymieniali się uprzejmościami, a potem dla rozładowania frustracji paskudnie się wyzywali, by znowu normalnie się odzywać. Ich mięśnie były sztywne, a żołądki puste, pomijając momenty, w których dostawali wodę i drobne posiłki. Wszyscy powoli tracili cierpliwość, a w szczególności Szary, który nie rozumiał braku reakcji ze strony mafii, której szef został porwany na okup. Cała operacja miała trwać maksymalnie dwa dni, a tymczasem tamci uparcie milczeli. W końcu i jego szlag trafił. 

Był dzień albo noc kiedy wbił do komnaty, a dwójka przetrzymywanych zabijała czas snem, ściśle przyparci do siebie. Sen ten jednak nie był snem mocnym, więc samo otworzenie drzwi skłoniło obu do podniesienia łbów - warto zaznaczyć, że Asmoday ostatecznie został uwolniony z worka.

– Bierzcie ich – warknął brązowooki w swoim języku, a trójka wilków wyłoniła się zza jego pleców i błyskawicznie dopadli do więźniów. Osłabiony Ros kilka razy próbował się szarpać, gdy jego widoczność znów została odcięta przez materiałową zasłonę i ponownie nie miał możliwości by stale rejestrować co konkretnie się z nimi działo. Na pewno zostali rozkuci i przeprowadzeni korytarzem na zewnątrz. Było zimno i cicho. Następnie przewieziono ich wozem na miejsce, w którym jednooki został zrzucony z platformy prosto z cienką warstwę śniegu, bezczelnie poderwany z powrotem na nogi i znów pchnięty w przód.

– Nie jestem głuchy, więc łaskawie mów do mnie – wyrzucił w końcu z urazą, jednak odpowiedź nie padła. Powoli posuwali się do przodu, do momentu, w którym w zasięgu skąpej magii jednookiego nie pojawiło się coś znajomego. Nagle się zatrzymał, a stojący obok niego wilk coś cicho do kogoś fuknął. Worek został zerwany. Na skąpanej ciemnością polanie stało stado mniej lub bardziej odkrytych magicznie wilków, a jeszcze większa ich część kryła się między drzewami niczym czekające na jeden sygnał demony, gotowe pożreć całe zgromadzenie. Po ich drugiej stronie, naprzeciwko przodującego Szarego, stali Lore. A za Lore może z dziesięć innych wilków. Zaskoczony jednooki uniósł brwi, obserwując z odległości paru metrów jak jego wilk coś ustala po cichu z Szarym, a potem mierzy Lerdisa wzrokiem. 

– Nie miał umierać? – spytali Lore głośno.

– Gdyby kilka dni temu był umierający to z waszym tempem załatwiania spraw dzisiaj już byłby martwy – warknął Szary z oburzeniem. 

– Ah nie, to nie tak, że na to liczyliśmy – wilk Khado o beżowo-siwym futrze zaczął machać łapą w nieokreślony sposób – trzeba było załatwić… inne sprawy, i no… tak wyszło. Rozumiesz, nie możemy rzucać wszystkiego łeb na szyję bo ktoś nam porwał jednego wilka…

Szary ewidentnie nie rozumiał.

– Jednego wilka? – wycedził przez zaciśnięte zęby – To kogo, do cholery, powinniśmy porwać, żebyście się przejęli?!

– Em, cóż… – Lore nadal beztrosko machali łapą, unikając kontaktu wzrokowego z basiorem, z którym negocjowali. Ros nawet pomimo ograniczenia mocy widział, jak Szaraka krew zalewała, podobnie jak jego towarzyszy. Sam był daleki od jakiejkolwiek formy sprzeciwu, choć to o niego była cała ta akcja.

– Nieważne – wyrzucił w końcu brązowooki, również machając łapą – Gdzie są nasze szczenięta?

– Wasze? Oh, no tak, no przecież… 

– Nasze. Gdzie one są?

– I tu jest problem.

W Szarym aż zawrzało.

– Jaki znowu problem?!

– Sprzedaliśmy je dalej. 

I cisza. Jak makiem zasiał. A po niej nagłe poruszenie i sprzeciw wszystkich wilków, które przybyły okrutnie długą trasę ze swojego kraju by odzyskać wywiezione dzieci. Las nagle zaczął huczeć od przekleństw i gróźb skierowanych w Królestwo Północy i jego mieszkańców, w Rosa, we wszystkich Krwistych, w wymyślonych bogów, nawet w śnieg i lód. 

– … Komu?

– No właśnie dlatego to tyle trwało… bo nie wiemy – Lore wzruszyli ramionami – Myślisz, że mało szczeniąt rozsyłamy po kontynentach? Takie rzeczy trwają, a poszukiwanie kupców…

Jednooki podniósł wzrok i rozejrzał się po ożywionym lesie, w którym oszczerstwa zamieniły się w jeden podniesiony, makabryczny krzyk rozłożony na wiele głosów. Zapierało dech w piersi, podobnie jak głos, który niespodziewanie pojawił się tuż obok jego ucha.

– Coś pilnego ci dolega, Szefie?

– Jestem głodny – odparł Lerdis szczerze, po czym spojrzał na stojącego obok strażnika i jego turkusowe jak spokojny ocean ślepia – Musimy dopracować te metody wyciągania z więzień, bo mam wrażenie że upłynęło mi pół życia w tej klatce… 

W oddali Szary nadal krzyczał na Lore, nieświadomy sytuacji, w której się znalazł. Za kilka chwil miał zostać spacyfikowany na dobre i tak też się stało. I nagle znów było cicho, a polankę przeszywał tylko przyjemny szept wielu głosów. Byli jak duchy, gdy znosili ciała wroga w jedno miejsce. Ile ich było? W ciemnościach ciężko było określić, pojawiali się i znikali.

– Naprawdę myślał, że tylko nasze wilki są sprzedajne. Hah, godne pożałowania – parsknęli Lore.

Ros znowu został otoczony znajomym gronem i mógł odetchnąć. Prawie. 

– Szefie, a z tym co?

Nagle do głowy jednookiego dotarło rozeźlone “puść mnie kurwo”, gdy rozkuty Asmoday był ciągnięty przez czwórkę Krwistych, otoczonych przez kolejną czwórkę. Ros niemal się zaśmiał na ten widok, zadowolony z widoku czerwonookiego w parterze. Wściekłe ślepia wyglądały, jakby ich właściciel próbował wyssać duszę Lerdisa.

– Wypuścić go. Tylko uwagażajcie na plecy, lubi w nie podgryzać – zażartował mrukliwie lider mafii. Asmoday również nie powstrzymał się od sarkastycznego uśmiechu.

– Teraz jesteś taki uszczypliwy ale kiedy zostawiałem cię samego w celi, to skomlałeś jak zasmarkane szczenię.

– Tak, tak, ja też będę o tobie myślał w bezsenne noce, a teraz zejdź mi z oczu – żachnął się jednooki w odpowiedzi machając łapą, po czym wyłapał skonsternowane spojrzenia Lore i Ikaharu – Też nie wiem jak trafił do tej klitki ze mną. 

Obrócił się szybko za siebie, jednak Asmodaya nie było już w zasięgu wzroku. Zniknął jak zawsze. Mimowolnie kącik zabrudzonego przez zaschniętą krew pyska drgnął. 

– Swoją drogą, Truce straszliwie beczał kiedy cię porwano… – rzucili Lore, zmieniając temat. Białe wrócił myślami na ziemię i zapytał od niechcenia:

– Złapaliście już tych biedaków, którzy uznali, że parę monet jest więcej wartych niż ich bezpieczne, wygodne życie?

 – Do tego zmierzamy. Tak, mamy ich, a w zasadzie to Truce…

Basior uniósł brwi w zaskoczeniu i nagle jakby cała energia wróciła do jego ciała, podniecając wszystkie komórki do działania. Pojedyncze ślepię zalśniło czymś nieopisanym, przez co większość spośród obecnych wykonała niepewny krok w tył. Ros już tego nie zarejestrował.

– Skóry tego ścierwa będą wisieć na ścianie w moim gabinecie. Przyprowadzić ich tu. 

A potem las wypełnił się krzykiem jeszcze jeden raz, tym razem już, na szczęście, ostatni.


<Asmoday?>

Słowa: 2223 = 157 KŁ

piątek, 3 marca 2023

Od Rosa, CD. Asmodaya

Myśli skłębione między jego uszami huczały donośnie jak młot uderzający o kość od wewnątrz, a kolejne skacowane  impulsy, jeden za drugim doprowadzały niemal do spazmów. Czuł się dziwacznie. Czuł się pusto. Przed okiem miał czerń, nos czuł wilgoć, zaś zmysł magiczny nie odpowiadał na żadne pytanie. Dodatkowo pierwszą rzeczą jaką po przebudzeniu usłyszał był czyjś niski głos. Może nie byłoby to takie znowu najgorsze, gdyby nie fakt, do kogo ten głos należał.
– Ze wszystkich wilków… – wymamrotał na początku, jednak każde kolejne słowo przepełnione było coraz większą ilością nerwów – Ze wszystkich na świecie wilków, musieli mnie związać akurat, kurwa, z tobą.
– Bardzo długo zamierzasz nad tym płakać?
Biały basior warknął pod nosem i specjalnie się szarpnął, tylko po to żeby zrobić drugiemu na złość. Łańcuchy zachrzęściły i choć Ros w ten sposób dał radę nieco się odsunąć i dostał nieodczuwalnie więcej luzu, pęta owijające Asmodaya wyraźnie poruszyły dużym ciałem, ciągnąc go za Białem. 
– Zrób to jeszcze raz, a przysięgam…
Jednooki nie dał się zastraszyć. Najciaśniej związani byli ze sobą łapami, co już rozgryzł, i choć już przy pierwszym podejściu udało mu się przewrócić z brzucha częściowo na bok, przy następnym zdał sobie sprawę, że na jego szyi również była duża, ciężka kajdana, która zatrzymała go w powietrzu. Szarpnął jeszcze raz, z ciekawości, by wyczuć jak skonstruowane było zapięcie ograniczającego jego ruchy, jednak w tej samej chwili łańcuch na szyi został poluźniony, a biały łeb uderzył o podłoże. Wszystkiemu towarzyszył wściekły jazgot ze strony Asmodaya, którego ciężkie cielsko nagle przygniotło to jednookiego. Przez chwilę umysł Rosa zaalarmowała myśl, że być może czerwonooki wcale nie miał worka na łbie, jednak zareagował instynktownie. Również z krzykiem poderwał się możliwie w górę, czego wynikiem było silne uderzenie między oczy. Odbili się od siebie jak piłki i przez ograniczone możliwości ruchu, Asmoday z pomrukiem zaślizgnął się bezwładnie z mniejszego ciała, ciągnąc je za sobą, a Ros boleśnie zajęczał. 
– Zamorduję cię we śnie – warknął wściekle Xynth, a odpowiedź nadeszła zaraz po tym, tylko, że nie nadeszła od tej strony, z której mógłby się spodziewać. 
– Czarny może zdychać, biały jest potrzebny.
Zabarwiony obcym akcentem głos, śliski i lodowaty jak leżący pod głazem padalec wślizgnął się między ich wymianę obelg. Jednooki aż drgnął z obrzydzeniem, choć porywacz znajdował się kilka metrów dalej. 
– Czyli – mruknął, skrzywiony – związaliście go ze mną tylko po to żeby mnie wkurwić, tak?
– Wsuwając ciekawski nos do każdej napotkanej jamy, powinien liczyć się z tym, że kiedyś zostanie ugryziony. 
Brwi jednookiego basiora zacisnęły się, tworząc między sobą zmarszczkę, kiedy zaczął zastanawiać się nad zdarzeniami sprzed porwania. Do tej pory był zbyt przytłumiony, żeby sięgać pamięcią dalej niż pięć sekund, jednak przy tych słowach… 
Co takiego mógł robić, że Asmoday był razem z nim tu i teraz?
Nim udało mu się skupić myśli, nacisk na jego tchawicę częściowo zelżał, a zaraz po tym pojedyncze ślepię zostało obdarzone możliwością spojrzenia na porywacza w całej okazałości. Niemal całej, ponieważ stojący przed nimi masywny, ciemno szary wilk nie miał aury, podobnie jak Asmoday, którego łeb wciąż nie został wyswobodzony spod mroku worka. Lerdis zdał sobie sprawę, że jego moce zostały odcięte. No oczywiście. 
– Dobra, mów czego chcesz – rzucił bez ogródek, całkowicie wyzbywając się nuty złośliwości z głosu. W ułamek sekundy stał się oschły i poważny, wyzywająco wpatrując się w brązowe ślepia porywacza, którego postawa była identyczna. Aparycja tamtego, pomimo zupełnego braku wyraźnych blizn, wskazywała na to, że był zdecydowanie starszy od porwanej dwójki razem wziętych i swoje już w życiu przeszedł.  
– Wepchnąłeś się w politykę, gangusie, i to nawet nie swojego Królestwa. 
Białooki przez chwilę milczał, łącząc kropki.
Polityka. Obce królestwo. 
Oh.
– Wyglądam ci na kogoś, kto pchałby się w politykę? – parsknął bez grama wesołości – Mów wprost, dziadku, zanim się wkurwię.
Szary wzruszył ramionami.
– A wkurwiaj się ile chcesz, w końcu to ty jesteś związany, Krwawe Oko.
– Czego chcesz? – przecedził. 
– Krwi chcę, Szefie. Chcę krwi. Ale nie byle jakiej, tylko tej królewskiej, którą przetrzymujecie w tych swoich obrzydliwych podziemiach. Niech twoi ludzie oddadzą nam szczenięta, a wypuścimy cię bez szwanku. 
Jego spojrzenie było tak intensywne i uparte, że gdyby było w stanie, rozbiłoby rosową czaszkę na pół. Ros nie lubił być obdarzany takimi spojrzeniami.
– To wszystko? Moje zdrowie lub życie? – jego brwi najpierw uniosły się w zaskoczeniu, jednak z każdym kolejnym słowem, wyraz pyska nabierał coraz większego zacięcia – Nie wiesz chyba z kim rozmawiasz, śmieciu. Jeszcze raz mi zagroź, a moje wilki zetrą w popiół to twoje zasrane, mikroskopijne państewko, a zwłoki poległych obleją ciepłym moczem. I w chuju będziemy mieć czyja będzie to krew. 
Boki szarowłosego nagle zaczęły chodzić coraz ciężej, jakby basior zapomniał jak się oddycha. Był na krawędzi tak bardzo, że Ros zaczął dostrzegać wibracje jego duszy. Nie, on już był daleko za tą granicą. Brązowe ślepia płonęły, zaczerwienione w kącikach od niewysłowionego gniewu, łapy zaczęły się trząść, tak samo ekstremalnie zaciśnięte żwacze. Niczego jednak nie mówił, nie poruszał się. Przez chwilę. Najwyraźniej wolał czyn. 
Jego oczy nagle przesunęły się po okolicy z boku na bok, gdy tak stał, a następnie gwałtownie doskoczył do skrępowanego wilka i zaczął okładać jego pysk kamieniem, który wziął się znikąd. Ciskał raz za razem wściekle przy tym sapiąc i w poważaniu miał zarówno próbę walki ze strony jednookiego, którego lewa połowa pyska nagle zaczęła zalewać się soczyście czerwoną posoką, jak i to, że drugi wilk wciąż był skrępowany łapami i szyją razem z okładanym, więc wbrew własnej woli został pociągnięty za nimi i też oberwał kilkoma razami, zanim w pierwszym odruchu zdążył odsunąć się od zagrożenia, a w drugim zaatakować. Z tym drugim nie zdążył, bo zasapany szarak odsunął się równie nagle, wciąż ciskając piorunami z oczu. Na sam koniec dopadł jeszcze raz do leżącego, przygniatając jego łeb w obślizgły kamień i ubrudził własne łapy jego krwią. Coś zdawało się zagruchotać, a jednooki mimowolnie zawarczał szarpiąc czym mógł, w impulsywnej potrzebie uwolnienia bolącego miejsca od nacisku.
– Znaj swoje miejsce, kurwi synu. Czy będziesz żywy czy martwy odzyskamy to co nasze. 
Wściekły basior zeskoczył z rosowego łba, który tylko wydał z siebie ciężkie westchnięcie.
– Za godzinę. Wrócę tu za godzinę, a ty się dobrze zastanów, co chciałbyś zawrzeć w liście do tych swoich tak lojalnych poddanych.
I wtedy z rozbitego pyska wyszedł głośny, wesoły śmiech. Choć nie był w stanie oddychać przez nos, a krew gęstym glutem spływała mu wzdłuż gardła, poczuł jak część jego magii regeneruje się pod wpływem stresu, a wraz z nią szczątki wspomnień. Przecież poprzedniej nocy był z Truce’m i jego znajomymi w karczmie i to tam odcięło mu film. Został sprzedany jak renifer na mięso. Potem i kac odszedł. Dopadła go świadomość, że przecież i tak czego by nie zrobił, Ikaharu nie odda szczeniąt ani za pieniądze, ani tym bardziej za dowódcę. Tak się umówili na samym początku. Nigdy nie chodziło o pieniądze, a co do Rosa... Ros jeszcze raz parsknął z westchnieniem.
Obecność szarego została odcięta wraz z donośnym trzaśnięciem drzwi, które poniosło się po obu ich stronach. Lerdis w końcu się podniósł na tyle, na ile mógł i spojrzał na Asmodaya.
– Zdejmiesz mi to w końcu? – to były pierwsze słowa czerwonookiego, a że jednooki nie miał niczego do stracenia wzruszył ramionami, splunął w bok i sięgnął palącym od okładania kamieniem pyskiem w stronę szyi nielubianego wilka, pokracznie próbując rozwiązać supeł. 
Co za absurdalna sytuacja.
<Asmoday?>
Słowa: 1200 = 80 KŁ

sobota, 18 lutego 2023

Od Rosa, CD. Asmodaya

Piski i zawodzenie przerażonych wilków przeszyły łeb białego basiora jak niekończąca się wiązka prądu. Aż się skrzywił i zasyczał, a jednak wciąż nie był w stanie zdjąć spojrzenia z, o ironio, kolejnego mutanta. Tłum w panice rozstępował się na obie strony, włażąc na siebie, potrącając i spychając na niższe rzędy trybun – w obliczu ogniście rudej bestii górującej nad nimi; bestii, której ślina zmieszana z krwią zamordowanych wojowników kapała na widownię, każdy stracił rozum. W zatrważającej walce o swoje życie nikt nie był w stanie dostrzec, że monstrum miało jeden cel, a ten cel właśnie próbował wtopić się w tłum i zwiać najbliższym wyjściem. Stojący między nimi Ros również nie miał na co czekać. Jak raz postanowił posłuchać swojego ciała, które kazało mu brać błyskawicznie nogi za pas i obrócił się w kierunku jednego z pustych korytarzy, wbiegając w jego światło. Nie zdążył jednak postawić równo łap, gdy nagły trzask drewnianego szkieletu areny zmieszał się z kolejną falą krzyków, jednak nie tyle przerażonych, co wybitnie cierpiących. Kamienna ściana musiała się zawalić i przygnieść widownię ale problem Lerdisa leżał gdzieś indziej – razem ze ścianą, również wyjście z korytarza zostało zablokowane, a wilk został uwięziony. Tia, zawalona ściana… Nie zawaliła się przecież sama!

Jak silne jest to kurestwo?!

Nagle i ostatnie wyjście z korytarza zostało przysłonięte, a charakterystyczna, czarna sylwetka potrąciła Rosa, niemal zwalając go z nóg. Czerwone ślepia błysnęły wściekle, kiedy ich właściciel łapał równowagę. 

– I czego tu kurwa stoisz?! – ryknęła czaszka, a dwie mniejsze postacie minęły jednookiego, nawet na niego nie spoglądając. W oczach niebieskookiego Khado, którego Ros rozpoznał jako Edena, zalśnił strach, gdy zdał sobie sprawę, że przecież stąd też nie było wyjścia.

– Musim…

Nie zdążył dokończyć .

Rudy, a w zasadzie już rudo czerwony pysk wepchnął się do korytarza i choć spomiędzy rozszczepionych szczęk zwisało ciało jakiegoś wciąż zawodzącego nieszczęśnika, oszalałe oczy były zafiksowane na tylko jednej postaci. Za potworem do środka wyślizgnęły się długie kończyny, pozwalające mu przesunąć się w przód korytarza, bliżej uwięzionych postaci.

Asmoday znów głośno zaklął, a Ros wiedział, że nie chce tak umierać. Skupił się. Musiał tylko dobrze złapać… jakoś… coś..? Więc jednym szarpnięciem telekinezy zrzucił z siebie płaszcz, po czym chwycił z całej siły to, co kiedyś było aurą bestii. Rzucił rozkazem: W tył! Jednak ten zaryczał i pokręcił łbem, ledwie wypluwając ciało poprzedniej ofiary. Nie o to chodziło. Ros tylko spojrzał w bok i zmierzył się spojrzeniem z Benaresem, który najwyraźniej nie spodziewał się, że jego magia po prostu odbije się od tej należącej do białookiego, który wpadł na podobny pomysł. 

– Wypierdalajcie stąd! – wypluł Ros i jak ostatni szaleniec podszedł do potwora, niezmordowanie krzycząc – Do tyłu! No już, cofaj się, cofaj, cofaj!

Bestia warczała i marudziła, zapluwając wszystko spienioną śliną i kręcąc łbem, gdy ta mała istota nieumiejętnie próbowała nią kontrolować. Lerdis za to miał wrażenie, że zanim to monstrualne coś całkiem wypełznie z korytarza, on sam zdąży się zrzygać i po prostu tam zdechnie. To co kiedyś było kwintesencją istoty świadomej, to co tak uparcie próbował utrzymać, z każdą chwilą kruszyło się coraz bardziej, niczym zwisający nad oceanem klif. Wpadało w zimną, czarną otchłań jakiejś martwicy, a Ros stał na krawędzi i próbował utrzymywać ją w ryzach. Gdzieś z tyłu zabrzmiał głos Asmodaya i niespodziewanie, gdy tylko monstrum wychyliło łeb z wejścia przeraźliwie przy tym  zawodząc, oba pionki czerwonookiego wyskoczyły wykorzystując okazję. Sam ich dowódca jednak był zbyt niewymiarowy na takie akcje i zaraz zrównał się z Rosem, jakby próbując się zorientować jak długo Lerdis był w stanie jeszcze wytrzymać. Po rosowej minie i coraz agresywniejszych ruchach  bestii łatwo było dojść do wniosku, że nie za długo. Czerwonooki zaklął, a Rosowi przeszło przez myśl, czy czarnowłosy basior nie wykorzysta go jako żywej tarczy, a potem znów wrzeszczał na samego siebie w myślach, że bestia z każdym krokiem coraz bardziej mu się wymykała. Niespodziewanie Asmoday sam rzucił się w przód, a resztki kontroli jakie białooki miał nad monstrum pękły. Po wszystkim. Monstrum wyczuło swojego przeklętego twórcę. Lerdis zaklął na głos, gdy zamrowiło go pod czaszką a widok zafalował, lecz zaraz się ogarnął i spojrzał za Xynthem, który… którego już nie było w korytarzu razem z nim. Bestia wściekła się na powrót i wgramoliła do środka jeszcze bardziej, pobudzona zapachem wroga, próbując dosięgnąć jednookiego umysłowego natręta. Wilk nawet nie miał czasu na wyklinanie tego, że został wykorzystany i porzucony. W pośpiechu stworzył z lodu gruby taran i podjął się desperackiej próby odgruzowania pogrzebanego wejścia, uciekając jak najdalej od długich, powykręcanych kończyn. Bestia ledwo zdołała smagnąć szponem łapę basiora, gdy kamienna ściana osunęła się, powalając Rosowi wyślizgnąć się niebezpieczeństwu. Wychodząc poza mrok korytarza momentalnie spojrzał w górę, by ocenić stan zniszczonej ściany, jednak tak jak się spodziewał – mury rzeczywiście się skruszyły, jednak siatka otaczająca arenę wciąż uniemożliwiała wydostanie się na zewnątrz. 

– Niesamowite, żyjesz.

Białe uszy zastrzygły, a mordercze spojrzenie padło na Asmodaya, który nonszalancko siedział na trybunach, jakby oczekując na rozwój wydarzeń. Ros zeskoczył z gruzu i obejrzał się na zad monstrum, które ewidentnie wcisnęło się za daleko niż powinno w korytarzu. Wciąż przeraźliwie wyło i szarpało, a jego uwolnienie się było kwestią czasu.

– Ja jeszcze żyję ale chciałbym zobaczyć jak sam sobie z nim radzisz – fuknął Lerdis, który pomimo ogólnej wrogości podszedł do czerwonookiego. Tamten w odpowiedzi prychnął – Widzę, że ty też nie możesz się tego doczekać. 

– Przezabawne. – wymruczał Asmoday bez grama wesołości, a jego wzrok wciąż świdrował trzęsącą się kopułę kamieni – Właśnie zablokowali wszystkie wyjścia. Jesteśmy uwięzieni.

Jednooki przez chwilę milczał. Miał w głowie tak dużo pytań, że nie wiedział, które powinien zadać jako pierwsze. 

– Jakie ma słabe punkty?

Czerwone ślepia ześlizgnęły się na to białe.

– Dlaczego miałbym to wiedzieć? – prychnął Xynth, jednak wystarczyło jedno, dosadne spojrzenie To ty masz skaner w głowie. Jak ci się wydaje?

Ros miał ochotę złapać za ten martwy, cyniczny ryj i wgnieść go w kamień. Mógłby to zrobić. Chciał to zrobić. Ostatecznie zacisnął zęby i odwrócił swoje myśli od Asmodaya, skupiając się na sytuacji. Poprzedniego dnia przybył w to miejsce z Bisigalem i szóstką jego wilków. Powinni już się zorientować, że ich dowódca nie wyszedł z terenu areny i oczywiście będą go szukali, nie wspominając o tym, że ktoś z zarządu przecież musiał także pozbyć się w końcu potwora. Ros więc miał kilka opcji, na przykład mógł się schować i przeczekać albo… 

– I co, wpadłeś na coś?

 Nim podjął decyzję, ruda powykręcana poczwara wygrzebała się z gruzów i głęboko zaciągnęła się zapachem otoczenia. Gdyby nie ten gest, Lerdis zapomniałby o ilości ciał porozrzucanych po całej arenie. Zerknął na Asmodaya.

– Jesteśmy w punkcie bez wyjścia. Jak ci się wydaje?

Xynth powstał i choć siedział w rzędzie niżej niż Ros, ich głowy były na tym samym poziomie. Białe poszedł w jego ślady. Stali przez chwilę nieruchomo, podobnie jak zasapana, połamana bestia, szukająca w jakiś sposób tropu stwórcy. Nastał ten moment, w którym już nie było opcji na dalszą dyskusję i sytuacja wymagała czynu. Jednooki nawet nie potrzebował poleceń ani planu. Obserwując całą nieruchomą sylwetkę samozwańczego naukowca, mógł do pewnego stopnia odczytać jego zamiary, choć wizja była bardzo skomplikowana i zwyczajnie dziwna. Ktoś inny mógłby podskoczyć przy nagłym ruchu tego wychudzonego cielska gdy wystrzeliło w dół trybun, lecz Ros tylko skrzywił się pod nosem, nim sam ruszył do akcji. Potwór planował zabić Asmodaya, to było jasne i tak samo jasne było to, że Xynth nie miałby szans w starciu jeden na jednego. Białooki byłby następny w kolejce, a jego szanse wcale nie byłyby większe.

Do dupy.

Ruda bestia podkurczyła kończyny, odnajdując tego, którego szukała, a następnie puściła się za nim w szaleńczym pędzie, ślepym do tego stopnia, że nie zdążyła zahamować i spadając w dół areny zdołała tylko wyrwać z trybun kilka ławek. Ze środka nagle rozbrzmiał wrzask kolejnych istnień, a ryk mutanta zatrząsł areną. W górę poderwały się tumany piasku odcinając widoczność, gdy bestia wzięła się za uciszanie uwięzionych z nią dusz. 

Białe oko tylko na chwilę spoczęło na Asmodayu, który odwzajemnił to spojrzenie, lecz żaden się nie odezwał. Chwile mijały, a w ich głowach nie powstawał nawet zalążek planu. W końcu dopadając do dolnej części trybun, Białe złapał za kilka z naruszonych desek, będących do tej pory siedziskami, i bezczelnie wyrwał je razem z gwoździami. Z braku lepszego zajęcia (ani możliwości obrony) drugi wilk do niego dołączył, jednak krzyki jeszcze nie ustały, kiedy rozdziawiona paszcza ponownie wychyliła się z piaskowego obłoku. Wszystko zadziało się błyskawicznie. Ogromne pazury wyorały w kamieniu grube doły, kiedy powykręcane cielsko ukazało się dwójce wilków. W następnej już chwili monstrum zaszarżowało i zanim ktokolwiek mógł zareagować Asmoday znajdował się dwa metry dalej, między jego zębiskami. Podniósł się wrzask jeden, dołączył do niego drugi, a potem trzeci, kiedy brzuch bestii został przebity drewnianym palem. Bestia szarpnęła i wypluła czarnego basiora, jednak jej niezadowolenie nie opadło, a wręcz wzniosło się na wyżyny wkuriwenia. Lerdis nagle odniósł wrażenie, że ta tylko urosła, prostując się na krzywych łapach, z deską wystającyą z jednego boku. Martwe oczy pociemniały jeszcze bardziej, a z nozdrzy buchnął kłąb pary. Niezdolny do zamknięcia się pysk niespodziewanie zawisł nad łbem jednookiego, wydając z siebie bolesne pomruki, jednak ten nie zamierzał się przyglądać. Nim potwór ruszył, basior uskoczył w bok, a za nim leciał kolejny drewniany pal. Drewno świsnęło i odbiło się tuż pod żuchwą bestii, która jeszcze próbowała złapać za zad napastnika. Mając jednak większe od niego cielsko, jej naturalnie łatwiej było się przemieszczać między trybunami, zaś mniejszemu wilkowi… zdecydowanie łatwiej było stracić równowagę. Padł na brzuch jak długi, a jego tylną nogę przeszedł gwałtowny impuls w miejscu pięty. W następnej chwili był już ciągnięty w tył i choć próbował się wyrwać, miał wrażenie że w ten sposób tylko straci nogę. Wrzeszczał z bólu, wyżynając w podłożu kolejne koleiny, gdy zębiska chwytały coraz dalej i dalej. W desperacji próbował przewrócić się na grzbiet żeby złapać kontakt wzrokowy z potworem, jednak to nie był już wilk. Tam nie było co łapać. Był zbyt zniszczony, a Lerdis wciąż ujadał jak oszalały. Miażdżący uścisk w nodze odbierał mu zdolność widzenia i racjonalnego myślenia. W ostatniej chwili przestał się szarpać i wziął pazerny wdech, a ból przeszedł na całą lewą kończynę, rozciągając się do rdzenia kręgowego. Nacisk nagle zelżał. Wilk pod wpływem adrenaliny zerwał się na bok i podniósł łeb, próbując poznać napastnika, choć pierwszym co zobaczył na kolorowej plątaninie futra był intensywnie czerwony kłębek chaotycznie czepiających się siebie nici. Wiedział czym był ten kłębek i nim do końca odzyskał zmysły, na powrót rzucił się na wroga. Tym razem innego wroga, niż wspomniany kłębek. Asmoday nie mógł nawet wzrostem konkurować z bestią, a co dopiero masą, więc z każdą chwilą zdawał się znikać pod krwisto rdzawą masą. Poszarpane drewno wypadło z jej boku, pozostawiając poszerzającą się dziurę. Wzajemnie kąsali się po szyjach, kończynach, uszach, warcząc i rozdzierając skórę i choć ta bestii zdawała się być dużo grubsza, po chwili Ros nie był w stanie określić który z nich nagle zalał się strumieniem szkarłatu. Którykolwiek by to nie był, oboje zaczynali się krztusić, tarzając w posoce, charcząc i plując w walce o przetrwanie. Biały wilk natychmiast do nich dołączył, karykaturalnie skacząc i odciążając nogę. W końcu doskoczył i zacisnął szczęki na uchu bestii. Zaparł się na wszystkich czterech kończynach i całej siły pociągnął w swoją stronę, odsłaniając Asmodayowi tchawicę. Ostre zęby czerwonookiego nie potrzebowały zaproszenia, natychmiast tnąc i rozgryzając tkanki do momentu, w którym ilość krwi wystarczyłaby, żeby cała ich trójka mogła się w niej wykąpać. Bestia szybko straciła dech. Walczyła i szarpała, jednak dwaj pchani żądzą przetrwania napastnicy nie dali jej szans. Białe oparł się o nieruchomy łeb i głośno zasyczał, patrząc na swoją nogę.

– Kurwa, znowu lewa – wymamrotał, podciągając ją pod siebie, a dopiero potem spojrzał na drugiego wilka. 

Asmoday tymczasem zaniósł się kaszlem, a z pyska i otworów nosowych wycharczał krwiste gluty. Wyglądał gorzej niż po ich własnej walce. Boki jego ciała były brutalnie pokaleczone, podobnie jak drżące, przednie łapy, a zziajany Ros zastanawiał się co z tym faktem zrobić. Dostrzegł jednak coś jeszcze. Podniósł się, marszcząc brwi.

– Ej, ty.

Rozdygotana czaszka podniosła się, a spod fałdu skóry niespodziewanie wylała się mała kałuża, już chuj wie czyjej, krwi. Nie to jednak zwróciło uwagę Rosa.

– Ty nie czujesz bólu – wymruczał z konsternacją.

Czerwone ślepia jakby zabłysnęły bardziej i choć głos czarnowłosego zazwyczaj był niski, tym razem brzmiał jakby jego krtań była ściskana przez imadło.

– No co ty… 

Białe patrzył na niego i nie mógł powstrzymać złośliwego uśmiechu, nawet krótko się zaśmiał. Po tym jednak minął rannego basiora i podskakując skierował się do wyjścia, stale czując na grzbiecie palące, czerwone ślepia. Nie przejmował się tym jednak. Podszedł do zamkniętej bramy i przyłożył nos do zapieczętowanego przejścia. Wziął wdech.

– OTWIERAJCIE TO KURWA – ryknął. Sekundę później zamki trzasnęły, a w przejściu pojawił się nie kto inny, jak sam organizator wydarzenia. 

– Dowódco B… Białe! Naprawdę tu byłeś! Na bogów, jesteś cały we krwi, czy ty...? Czy ja..?! – jąkał Kolano, wyraźnie przejęty całym wydarzeniem. Jego oddech był nierówny, a wzrok rozbiegany, gdy śledził całe ciało białego - teraz już czerwono białego - wilka. Nie zwrócił uwagi, że zaraz za nim do środka wbiegli Benares i Eden, którzy natychmiast zlokalizowali swojego dowódcę, a potem cały tłum gapiów wyższej i niższej rangi. Każdy chciał zobaczyć wynik masakry, niektórzy szukali bliskich, płakali i skomleli, piszczeli i wymiotowali.

– Szefie! – krzyknął nawet skądś Bisigal, jednak gdzie Ros by nie spojrzał, widział tylko te głupie, przeszkadzające wilki. Nie miał czasu.

– Przy zwłokach wykrwawia się jakiś wilk, niech ktoś go połata – rzucił, nie odpowiadając na przejęty ton Kolana – Może być na mój koszt, niech stracę – dodał z syknięciem, podciągając pod siebie kulawą nogę.

Basior kiwnął głową i od razu machnął na kogoś łapą. W tłumie i zamieszaniu Lerdis nie był w stanie się zorientować w sytuacji, więc zwrócił łeb na czarne ciało, podpieranie przez dwie mniejsze sylwetki w oddali. Obserwował go do momentu, w którym niski bas Kolana przedarł się przez cały tłum i kazał wszystkim wypierdalać, a do akcji wkroczyli osiłkowie. To nie była najbardziej elegancka gala, więc niejedna osoba wyleciała na kopniakach. Wykorzystując sytuację, Białe po prostu próbował wtopić się w tłum, choć nie pomagało mu w tym to, że tłum się przed nim rozstępował jakby roznosił zarazę. Zakrwawiony, kulejący, z mordem w oczach. W końcu pozwolił sobie na odetchnięcie, gdy u jego boku pojawiła się sylwetka dowódcy piątej frakcji jego gangu. Bisigal z chłodnym wyrazem na pysku nachylił się nad zakolczykowanym uchem.

– Potrzebuje Szef medyka? 

– Nie, ale daj mi płaszcz.

– Oczywiście. 

Płaszcz Bisigala nie był w stanie zakryć ani wyraźnej kulawizny, ani plam z krwi okrywających pół rosowego pyska, jednak jeśli basior miał czuć się jak obrazek na wystawie, to przynajmniej gapie zapamiętają jego pysk, a nie odniesione obrażenia. Nagle miało to niezwykłą wagę. Zawsze miało. Możliwie szybko wysunęli się z tłumu, a za ich plecami słychać było krzyki Kolana, który prawdopodobnie pierwszy raz w życiu nie był w stanie opanować sytuacji. Wilki były roztrzęsione. Jedni chcieli odzyskać zwłoki, inni żądali zwrotu pieniędzy, a jeszcze kolejni dociekali czy to była część programu. Ros rozmasował czoło.

– Wracamy do domu, Bisigal. Ten kurwidołek doprowadza mnie już do szaleństwa – zawarczał, a kolejne spojrzenia opadały na jego sylwetkę. Ich głosy stawały się tym bardziej natrętne, im więcej wilków go rozpoznawało. Łączyli kropki. Bestia była martwa, a dowódca Krwistych wyszedł z tego żywy. Co tam zaszło? Czy był ktoś jeszcze? Czy bestia naprawdę została pokonana? To naprawdę był ten wilk? Ilu poległo?

Renifer został wezwany, a tymczasem Bisigal znów usiadł blisko dowódcy i zerkał na niego z ekscytacją, całkiem zrzucając maskę.

– … na pewno nie potrzebujesz medyka?

– Nie, to tylko głupota. Zaraz się zagoi – wymamrotał Białe przez zęby, a przed jego oczami ponownie stanęła bestia, a potem zamglony, czerwony kłębek. Gdyby nie ten zasrany kłębek, który potem wziął na siebie większość obrażeń, głupota zmieniłaby się w odgryzioną nogę. 

– A opowiesz mi co tam zaszło?

Głos Bisigala był jeszcze cichszy, tak, aby nikt nie słyszał. Już czuł tę nową, naradzającą się na jego oczach legendę. Białooki jednak wciąż przeżywał odbyty pojedynek i choć jego pysk był po prostu chłodny, basior czuł, że to adrenalina jeszcze utrzymuje go w ryzach. Zaczął się nagle zastanawiać czy ten czarny dziad w ogóle z tego wyjdzie. 

Co za… co za nonsens.

– Szefie?

Ros zadrżał. Zamrugał. Zrobiło mu się niedobrze.

– Może kiedyś. 

<Asmoday?>


Słowa: 2672 = 129 KŁ

niedziela, 29 stycznia 2023

Od Rosa - Trening IV

Taniec od zawsze był nieodłączną częścią życia istot świadomych. Metodą na wyrażenie siebie. Choć brzmi to jak lipny wstęp do równie lipnej rozprawki, tak właśnie było. Wilki tańczyły czy to w celu czczenia bogów poprzez ruchy ciała i poświęcanie im swojej energii, czy to aby wyrazić swoje emocje, dzielić z kimś magiczną chwilę lub po prostu chciały zachować dobrą kondycję ciała, o ile ktoś nie był fanem bezsensownego biegania po lasach w tę i z powrotem. Można to robić zawsze, o każdej porze dnia i nocy; można samemu, z partnerem, a można w całej grupie. Ba, można urządzać bankiety, które polegają tylko na tym, żeby wilki kręciły się jak bączki po parkiecie i to też sprawiałoby frajdę. Można też tańczyć tylko swoim ciałem, a można przecież przy tym używać atrybutów.

Ros też lubił tańczyć. Zazwyczaj konkurować z innymi, machając przy tym jakimś ostrym przedmiotem; w domyśle nożem, lub mieczem. Skakał w tę i we wtę, aż nie padł on, lub jego przeciwnicy. Kręcił się, unikał i rzucał, machając wściekle swoim narzędziem, i choć była to raczej kontrowersyjna metoda na walkę, niezwykle różna od tego, jak wyglądały tradycyjne potyczki to jednak wszyscy, którzy kiedykolwiek zobaczyli jak ten wilk w przepełnionym pasją tańcu kroi swojego rywala, zgodnie przyznawali, że nie dało się oderwać od niego wzroku. Każdemu dech zapierał w piersi, za każdym razem gdy srebrzyste, mieniące się niebieską perłą futro migało na lewo i prawo, z czasem barwiąc się na czysty szkarłat, dopóki nie pozostawały tylko te jaskrawe, zalane obsesją białe ślepia, które nie odwracały się od wroga, dopóki ten nie wydał ostatniego oddechu. 

A przynajmniej tak słyszeli Gwynn i Akan, którzy gdy tylko dostali zaproszenie na wspólny trening od samego dowódcy, odczuli oboje gwałtowny skurcz żołądków i odebrało im mowę, a łebki zalały się gorącem ze stresu. Oczywiście zaproszenie nie miało formy zaproszenia, więc i młodzi nie mogli odmówić. Zresztą, nawet gdyby Białe ich poprosił o to by wzajemnie się pozabijali, ich zdanie nie miałoby najmniejszego znaczenia. Mógł ich zmusić do wykonywania swoich rozkazów bez kiwnięcia najmniejszym palcem. Wiedzieli o tym, więc tym bardziej obawiali się treningu. 

Przebywali na ziemi Krwistych od jakichś dwóch miesięcy i nadal nie do końca orientowali się w sytuacji – komu mogli ufać, a komu nie powinni; kto mógłby ich zabić i za co; gdzie wchodzić, a gdzie absolutnie nie mają prawa. Nie, nawet nie byli na ziemi Krwistych, bo parka bardzo szybko trafiła do Zerdinów, pod opiekę Travki i więcej czasu spędzali na powierzchni Centrum, niż wśród swoich. Na samym początku usłyszeli od wilka o oczach w kolorze morza, że gang zapewni im stuprocentowe bezpieczeństwo, i że nie muszą się już obawiać, gdyż to jest ich miejsce, a zaraz potem zostali ooddani na trening do Spaleeńców. Na początku naprawdę uwierzyli wemu wilkowi i mieli nadzieję na to, że w końcu zaznają godnego życia i… cóż, od tamtej pory nie było można powiedzieć, że ich życie było niegodne, bo rzeczywiście mieli co jeść i gdzie spać, a także nikt się nad nimi specjalnie nie znęcał… jednak po całym ich doświadczeniu z czarnym rynkiem odnieśli wrażenie, że po prostu wpadli z jednego więzienia, do drugiego, a potem do trzeciego i we wszystkich tych miejscach wciąż mieli tylko siebie. Wciąż byli tylko czyjąś własnością, a konkretniej własnością najstraszniejszego wilka, jaki tułał się po podziemiach. Było to dosyć przygnębiające spostrzeżenie. Fakt faktem, wilki z gangu Ślepaków interesowały się dwójką – w szczególności Ikaharu, który przez cały pierwszy tydzień tydzień pojawiał się codziennie, by ich zapytać o samopoczucie, a potem raz na parę dni; sam Ros przyszedł tylko raz i to raczej do zerdińskiej dowódczyni, a nie do nich, aby omówić jakieś istotne, prywatne kwestie. Szczeniaki wtedy usłyszały, że mają się pilnie uczyć i być grzeczni, choć w tamtym momencie było im już bliżej do nastolatków niż szczeniąt. Oboje codziennie wstawali o poranku i od razu sama Travka zabierała ich na ćwiczenia. Uczyli się głównie praktyki z innymi młodocianymi spośród czerwonookich – używali mocy, bili się i rywalizowali na inne sposoby, bo nie mieli większego wyboru. To był pierwszy raz od miesiąca, jak zobaczyli swojego szefa. 


Gwynn odwzajemnił spojrzenie swojego brata bez przekonania, wiedząc podświadomie, że podzielali tę samą myśl – jesteśmy w dupie. Spodziewali się, że zaproponowany przez lidera trening będzie jakimś większym wydarzeniem, w którym weźmie udział chociaż ze dwadzieścia wilków. Mieli nadzieję poobijać się trochę, poodbijać od innych, może gdzieś schować. Byli przy tym święcie przekonani, że Białe i tak by ich znalazł i w końcu złoił skórę, jednak w jakiś sposób zaakceptowali tę myśl. Tymczasem byli tu tylko we trójkę. A skoro Białe doskonale czytał w myślach nawet przez ściany, to na pewno słyszał ich ciche rozmowy o tym, jak bardzo nie chcieli uczestniczyć w tym treningu, albo jeszcze gorzej - słyszał ich plotkowanie na jego temat. Czy zdarzało im się przesadzić w ocenie białowłosego? Phi, a komu się nie zdarzyło. Właściwie, to wilczki były już gotowe na śmierć. 


– A co wy tacy bez życia? – skonsternowany pomruk Lerdisa wywołał dreszcz na karku obu Somnum, których fioletowe oczy tylko wpatrywały się w siebie wzajemnie, jakby na świecie nie było niczego bardziej interesującego. Ich głowy były lekko pochylone w dół, a sylwetki skulone, gdy tyłki posadzili na śniegu. Wyglądali jakby mieli rozmawiać sobie wyłącznie za pomocą myśli, jednak było to niemożliwe.

Jednooki przechylił łeb w braku zrozumienia, a jego brwi się zacisnęły, powołując do powstania oddział zmarszczek na czole. Widział ewidentnie, że coś było nie w porządku i oboje byli zestresowani, jednak póki żaden nie pokusił się o rozmowę albo chociaż spojrzenie na niego, nie był w stanie absolutnie niczego wywnioskować. Zniecierpliwiony odrzucił na bok pakunek, który do tej pory przewieszony był u jego boku i jednym szarpnięciem za sznurek (poprzez telekinezę) rozpakował zawinięte w niedużą plandekę tyczki, które rozsypały się na śnieg  z charakterystycznym dźwiękiem obijającego się o siebie drewna. W mgnieniu oka złapał za jedną z nich i przyłożył Gwynnowi do głowy, a następnie lekko go szturchnął między uszami, wypełniając milczenie trzema pustymi puknięciami.

– Widzę, że nie jesteście chorzy. O co chodzi? Obraziliście się?

Jednak młodziak z roztopioną na pysku maską najpierw zmrużył oczy, przerywając kontakt wzrokowy z bratem, a po chwili syknął i złapał się za głowę, w miejscu, w którym nastąpiły uderzenia, choć wcale go to nie zabolało. W odpowiedzi Białe wydał z siebie rozbawiony pomruk. Najwyraźniej jednak nie widział sensu w znoszeniu dziwnych humorków wilcząt, ponieważ po chwili odwrócił się do nich bokiem i sięgnął po kolejną tyczkę. 

– Jak się namyślicie o co wam właściwie chodzi, to dajcie znać. Ale nie ma mowy żebyście stąd odeszli sami – rzucił bez cienia wyrzutu, czy złośliwości i wziął się za samodzielny trening, ku zdziwieniu bliźniąt. Zresztą, jego spokój i duma były imponujące nawet dla niego samego. Oczywiście mógłby zmusić ich do współpracy, nawet usłyszał z tyłu głowy podszept, który zachęcał go do naprostowania szczeniąt siłą, jednak mijało się to z celem. Ros wcale nie miał ochoty się nad nimi znęcać, a zmuszanie kogoś do robienia czegoś wbrew ich woli było przecież oczywistą przemocą. Poza tym Erwin nigdy nie skrzywdził tego półślepego szczenięcia, więc i to szczenię po latach nie czuło potrzeby, żeby krzywdzić kolejne sieroty. Agresja skierowana do kogoś, kto w przyszłości mógł urosnąć i zapragnąć zemsty za wszelkie krzywdy byłaby zresztą strzałem w kolano. Mieli sobie wzajemnie ufać, a nie dokuczać. Zaśmiał się pod nosem, bo można było śmiało powiedzieć, że wpływ Arcykapłana bardzo ukształtował osobowość dowódcy gangsterów. Prawdą było, że sam Ros za dzieciaka też parę razy obrywał w mniej lub bardziej dotkliwy sposób od Ivo lub Barona, ale to było coś innego i wilk nie chował żalu. W tamtym momencie życia akceptował, że wszyscy przez to przechodzili, a jednak nie chciał tego powielać.


Wybrał fragment łączki otoczony kukłami i zaczął się rozgrzewać w milczeniu, co jakiś czas rzucając kątem oka na rodzeństwo, które coś między sobą mamrotało w konspiracyjnym szepcie. Miał dobry humor, więc znów uśmiechnął się sam do siebie. Polana, którą wybrał na trening w rzeczy samej nie była do końca zwykłą polaną, a starym odłamem terenów ćwiczebnych dla wojsk w Dystrykcie II. Kiedyś były one intensywnie użytkowane, aby z dnia na dzień zostać całkiem porzuconymi, gdy wybudowano w tym samym dystrykcie nowe i większe pola treningowe. W dużym skrócie, stare tereny miały zostać rozebrane i zapomniane, jednak ostatecznie nigdy się tego nie doczekały. Przez lata więc niestabilne półki lodowe nadal mogły być użytkowane jako tor przeszkód dla wariatów, a przybite do pali kukły, choć już obdarte z każdej strony przez jelenie i dziki, nadal nadawały się do uderzania w nie pałkami. Zatopiony w swoich myślach basior w końcu zaczął obskakiwać kukłę dookoła i z maksymalnym skupieniem zadawał ciosy w, jak sobie wyobrażał, punkty witalne nieożywionych istot, które mogły tylko bezwładnie odpierać ataki machając wzbudzonymi w drgania kończynami i odnogami. Jedne tylko stały, biorąc uderzenia na klatę, zaś kolejne podskakiwały lub bujały się, gdy tylko ich środek ciężkości odchylił się w którąkolwiek stronę. Basior był bezlitosny zarówno dla kukieł, jak i dla swojego ciała, które choć nie zapominało techniki, bardzo szybko lubiło zapominać o tym, że przez cały czas powinno być przygotowane na wszystko. Białe jakiś czas wcześniej walczył na poważnie i, o zgrozo, przegrał z kretesem. Po krótkiej rehabilitacji wrócił do sprawności, choć nadal nieco obolały, lecz jakie to miało znaczenie, skoro już raz przegrał? Jego kondycja była niewystarczająca, powodując frustrację, a przebiegnięcie kilku kilometrów z punktu A do punktu B nie dawało mu tyle adrenaliny, co bezpośrednie starcie, nie wypełniało jego pyska krwią swoją, lub czyjąś. Kukły też tego nie zapewniały, jednak wciąż celował. Ciągle uderzał jak oślepiony, jakby mając nadzieję, że zaraz drewniane konstrukcje otworzą przed nim swoje sztywne ciała, z których wypłyną miękkie flaki i zabrudzą śnieg swoją jeszcze parującą posoką, o którą toczyła się stawka. W wyobraźni to widział i czuł zapach. 

Otumaniający. Uzależniający. Ten, do którego tak tęsknił.

Wraz z ostatnim uderzeniem drewnianego pala o kukłę, z gardła wilka wydobył się głośny, wzburzony warkot. A następnie pal upadł, zaś wilk wstrzymał oddech na sekundy. Jego wzrok złagodniał, gdy wyobraźnią wciąż utrzymywał wspomnienie tego charakterystycznego zapachu, który już nigdy nie wróci. W końcu jednak musiał znów go wypuścić, by nabrać powietrza. Po tym już tylko ziajał, uspokajając myśli. Zapach odszedł, pozostał mdły posmak. Spieniona ślina kapała po obu stronach jego pyska, więc rozciągnął się w śniegu i wytarzał całe ciało, a grudy chłodnego puchu zaraz chętnie oblepiły gęste futro. Chwilę zajęło, nim na powrót usiadł i otrząsnął się. Już od nowa chwytał za pal, aby móc zacząć kolejną serię, gdy przypomniał sobie o dwóch pierdach, które miały przy nim być. Rzucił na nich okiem, nadal ciężko oddychając i z zadowoleniem zdał sobie sprawę, że przyglądali mu się z rozdziawionymi mordkami. Przynajmniej udało mu się zmusić ich do jakiejkolwiek formy zainteresowania, nie używając przy tym siły.

Cieszyło go to. Miał nie tylko świetne umiejętności walki, ale był też świetnym pedagogiem.

– Chcecie też spróbować? – rzucił niby od niechcenia, tylko po to, żeby szczeniaki spojrzały po sobie w niemym zaskoczeniu. Gdy zajęło im to zbyt dużo czasu, Lerdis chwycił mocno za pal telekinezą i przeciągnął nim po śniegu, po czym podrzucił i postawił pionowo metr od dwóch nosów. 

– No? – popędził. 

Po chwili Białe odczuł, jak pałka jest nieśmiało przejmowana przez telekinezę Akana. Choć basior nie był szczególnie wyczulony magicznie, wyraźnie czuł jak aura szczeniaka delikatnie mizia jego własną, więc sam zaczął puszczać, cały czas obserwując wilczka.

– I… I szef to telekinezą robi? – młody wyraźnie był podekscytowany, choć brak zaufania do srebrnego wilka ewidentnie tę ekscytację dławił. Ros się tym nie przejął i skinął głową.

– Mhm. Przez długi czas swojego dzieciństwa nie mogłem uczyć się żywiołu umysłu, więc w zamian trenowałem ciało razem z innymi wilkami. Potem któregoś dnia zaobserwowałem jak wojownicy walczą prawdziwymi ostrzami i spodobało mi się to… – rzucił, odwracając wzrok na tyczkę z sentymentem. Na chwilę się zawahał, jednak ostatecznie na jego pysku pojawił się delikatny, cwany uśmiech – I tego samego dnia ukradłem miecz jednemu z wojowników. Byłem rocznym gnojkiem, więc gdy mój mentor, Baron, się o tym dowiedział, oczywiście chciał mi go zabrać. A ja nie chciałem oddawać mu swojego łupu! Więc przez przypadek trochę go pociąłem…

Choć Ros wspominał o tym z kwaśnym uśmiechem, Gwynn patrzył na niego z czymś między przerażeniem a podziwem, zaś Akan tylko z podziwem.

– Ostatecznie dostałem wpierdol, zabrali mi miecz i oddali temu wojakowi – Lerdis nieznacznie się skrzywił, jednak zaraz potem znów złagodniał – Za to dali mi tyczki.

– Te tyczki? – spytało wilczę z połową maski.

– Nie, tamte już dawno połamałem. Ale te są lepsze. Choć cięższe, to lepiej wyważone. Zresztą podnieś i zobacz. Jeśli nie czujesz jak ciężar tyczki wbija cię w ziemię, to znaczy, że ta tyczka jest do dupy. 

I rzeczywiście wilczek złapał stabilniej za drewniany pal, który był gruby jak łapa lidera, długi jak trzech liderów, a ciężki jak… Akan uniósł pal na zaledwie kilka centymetrów, a już zaraz wygiął się jak wściekły kot, jęcząc z determinacją. Drewno jednak szybko wpadło w tę samą dziurę w śniegu, z której zostało wyciągnięte. Przynajmniej dalej stał. Gwynn patrzył na to wszystko w milczącym zaciekawieniu.

Ros parsknął wesoło. 

– To… to też nie jest dobry pal – uznał, po czym chwycił za przedmiot bez większego wysiłku i odłożył go na bok, a w zamian podszedł do rozsypanych parę metrów dalej narzędzi, spośród których wybrał dwie o połowę krótsze tyczki, które, w jego mniemaniu, idealnie nadawały się dla o połowę mniejszych niż on wilczków. Wzrostowo aż tak nie odbiegali, jednak kwestia umiejętności i masy robiła swoje. Sam zaczynał na takiej wykałaczce, gdy jeszcze wyglądał jak bezbronne jagnię. Bez większego zaangażowania rzucił szczeniakom paliki pod łapy i machnął głową.

– Zapoznajcie się. 

Ten bardziej nieśmiały zrobił krok w tył, ale dla odmiany drugi szybko pochwycił pal i zaczął nim niezgrabnie obracać, próbując naśladować wcześniej zaobserwowane u szefa ruchy. Białe przez chwilę go obserwował, po czym wziął swoją własą ciężką tyczkę i stanął obok młodzieńca.

– Musisz poprawić postawę. Pomoże ci to nie tylko przy tyczce, ale ogólnie przy kontroli telekinezy. No już, stań stabilniej, noga do tyłu – basior zaprezentował, cały czas kontrolując słownie ruchy Akana. Następnie nagle zmienił pozycję, a fioletowooki po nim powtórzył. Całość zapętlała się parę razy, póki ruchy szczeniaka nie stały się wystarczająco płynne, by Ros je zaakceptował. 

– Idziemy spróbować na kukle?

Wilczek entuzjastycznie pokiwał głową. 

– A ty, Gwynn? 

Jednak szczenię wciąż nie wyglądało na przekonane, choć po "zdradzie" ze strony brata przestał być taki skwaszony. Niechętnie wstał, jednak nie wziął ze sobą pala.

– Nie rozumiem po co te tyczki. 

Lerdis pokręcił lekko głową, jakby szukając wyjaśnienia

– Ja po prostu lubię używać narzędzi. Są wygodne, pozwalają zachować dogodną odległość od przeciwnika, nie musisz już na samym początku obawiać się, że niepostrzeżenie przeciwnik przerwie ci zębami którąś z tętnic i się wykrwawisz nim konfrontacja dobrze się zacznie… Jednak niewielu poza wojownikami sięga po broń w walce, więc wam się mogą przydać z kontrolą telekinezy. Często w krytycznych momentach mózg podejmuje decyzje zanim w ogóle zdążymy przemyśleć opcje. Dobrze jest mieć zaufanie co do swoich odruchów warunkowych i  dobrze jest mieć pewność, że jak będziesz musiał trafić w punkt, to trafisz, a tego trzeba się najpierw nauczyć.

Lerdis kilka razy obrócił tyczką w powietrzu, nim zwrócił się do Akana, machnął głową i oboje podeszli do kukły. Gwynn za ich plecami złapał za dobrany mu pal i parę razy go wyważył telekinezą, nim ostatecznie odrzucił przedmiot na śnieg i skupił się na obserwowaniu poczynań brata i lidera. 

– Jeszcze ich dobrze nie znasz, więc uważaj żeby nie dostać od nich wpierdolu. Ja za pierwszym razem dostałem. Zresztą za drugim i trzecim też. Zaczynajmy. 


Niestety ani Akanowi nie udało się zbyt wiele załapać, ani Rosowi udowodnić, że potrafi nauczać, ponieważ nie minęło pięć minut, gdy niespodziewanie zaszedł ich intruz. Jeszcze nie zdołał wyjść z zarośli, kiedy białowłosy Lerdis obrócił łeb w jego kierunku z konsternacją.

– Nudzisz się, Bisigal? – rzucił obojętnie.

Zanim się pojawił, słychać było jego wesoły śmiech. 

– Podziwiałem cię w pracy, Królu Podziemia– brązowy Fenris objawił się trójce wybitych z rytmu wilków, nonszalancko stawiając łapy jedna za drugą. 

Bisigal był wielkim basiorem o mocnej budowie. Dowodził piątą frakcją w Watasze Krwistych, która trudziła się handlem żywym towarem, porwaniami i sutenerstwem i rzeczywiście wyglądał jak ktoś, kto zabrałby ci spod nosa dziecko, a następnie puścił kwiecistą wiązankę przekleństw i jeszcze dał w ryj. Sam też niejednokrotnie dostawał, o czym świadczyły między innymi wyszarpane do połowy lewe ucho oraz trzy, długie szramy na piersi, wyraźnie widoczne pomimo ciemnego futra w tym miejscu. Z niejaką dumą spojrzał na jednookiego i skłonił się nisko, a następnie zerknął na szczenięta.

– Okażcie szacunek, jest od was wyżej rangą – burknął Ros, szturchając Akana. Młody basior podskoczył z zaskoczenia, jednak zaraz kiwnął w kierunku Fenrisa, a Gwynn poszedł w ślady brata.

– Dowódco Bisigal…– bąknęli oboje.

Na pysku wspomnianego wciąż tkwiła jakaś uciecha zmieszana z rozbawieniem, lecz ewidentnie nie był zainteresowany wchodzeniem w interakcje z wypierdkami.

– Uczysz swoje pionki? – zapytał luźno, zbliżając się bez pośpiechu. Mógłby krzyczeć na całą polanę, miał do tego wystarczająco mocny głos i wysokie ego.

– Pionkiem możesz być co najwyżej ty. Oni są jeszcze za młodzi żeby być moimi pionkami – odparł Lerdis, jakby wyjaśniał najbardziej oczywistą rzecz na świecie – Powtórzę pytanie: nudzisz się, Bisigal?

W końcu na pysku wilka o czarnych oczach pojawiło się pasywne oburzenie.

– Jak możesz oskarżać mnie o takie rzeczy?

– Ja miałbym oskarżać ciebie? Gdzieżbym mógł, to tylko kulturalne pytanie. Przeszkadzasz nam – rzucił Ros z podobnie udawaną urazą, po czym chwycił od niechcenia pal i zakręcił nim parę razy w powietrzu z kpiącym uśmieszkiem. 

Siedzące z boku szczenięta wyraźnie nie wiedziały o co chodzi, więc nawet nie próbowały się wtrącać. Akan jednak najwyraźniej poczuł zbyt duży stres związany z powodu kilkumetrowej separacji z bratem, więc szybko do niego uciekł, robiąc miejsce Fenrisowi. Białe przy tym był całkowicie beznamiętny, tak jak zawsze, kiedy ktoś okazywał mu za dużo zbędnej atencji. Nie przepędził jeszcze natręta tylko z tego powodu, że Bisigal ewidentnie czegoś chciał, a Ros był ciekawy o co chodzi.

– Mogę dołączyć do treningu?

Białowłosy parsknął.

– Po to był ten przydługi wstęp? Możesz.

Ewidentnie podekscytowany basior zbliżył się niepotrzebnie blisko, a jego ogon kiwał się na boki bardzo nieadekwatnie do sytuacji.

– To może na początku zaprezentujemy młodym jak się walczy wręcz?

Ros zrobił krok w tył, nie akceptując tej niezdrowej energii.

– Dziś trenujemy z tyczkami.

Bisigal tupnął i machnął łbem.

– Oj no weź, na co dzień jedyne tyczki z jakimi mamy do czynienia to te w słowie “potyczki”. Niech popatrzą jak wygląda rzeczywistość. Może podłapią jakieś dobre techniki. Co nie, dzieciaki? Przekonajcie go – ciemne spojrzenie poleciało w kierunku wilczków, które z oczywistych względów nie chciały się angażować w dyskusję. Gwynnowi wszystko było jedno i tylko Akanowi może było nieco przykro, że lekcje zostały przerwane. Białe oczywiście zauważył tę przykrość i westchnął pod nosem.

– Ty jesteś niereformowalny, Bisigal – zamarudził i zrobił kilka ślamazarnych kroków, jakby zastanawiał się się między dwoma niewygodnymi opcjami. 

Czy chciał znów walczyć? Niby trochę się wyleczył po ostatniej konfrontacji z Asmodayem, jednak druga porażka w tak krótkim odstępie czasu ewidentnie wpędziłaby go w kompleksy. Jeszcze z takim pomiotem jak Bisigal, phi. Z drugiej strony Ros bił się z tym konkretnym wilkiem już kilka razy w przeszłości z różnym wynikiem. Poniekąd znali swoje sztuczki i białooki wiedział, czego się mniej więcej spodziewać po tej kupie mięśni. Wilk nie był też kukłą, stanowił większe wyzwanie, a Ros lubił niepewne wyzwania. W końcu się wyprostował, zdecydowany.

– Treningowo, tak? Zgoda, ale tylko raz.

– Jesteś wspaniały, Szefie.

– A wy obserwujcie ale się nie zagapcie, żeby żaden z was przypadkiem nie pojawił się między nami – powiedział, nawet nie zerkając na rodzeństwo Somnum. Z nisko zawieszonym łbem odsunął się od placu z kukłami i stanął na środku polany, gdzie była masa otwartej przestrzeni. Brunatny basior szedł za nim jak cień, wciąż rozanielony tym, co miało nastąpić, po prostu jak dziecko. Oboje stanęli naprzeciw siebie i zaczęli się rozgrzewać, ciągnąc gadkę szmatkę jeszcze przez chwilę.

– To może jakiś zakład? – zaproponował Bisi.

– Co? Myślałem, że walczymy na śmierć i życie – parsknął Białe wyzywająco.

– Uwielbiam kiedy mi tak mówisz.

– Przestań mnie podrywać i mów czego chcesz.

Tym razem Fenris się zaśmiał, wyciągając przednie łapy i rozciągając klatkę piersiową.

– Jak wygram, pozwolisz mi pobić Truce’a. Nie mocno. Tylko tak trochę-trochę. 

– Zalazł ci za skórę? – spojrzenie Rosa było szczerze rozbawione. W swojej wyobraźni już widział, jak Truce wkurza Bisigala jakąś największą na świecie głupotą, a ten szuka argumentu, który byłby dobry żeby sprawić Valerdijczykowi legalny wpierdol, jednak ostatecznie żadnego nie znajduje, więc zaczyna szukać możliwości gdzieś indziej. I znalazł. 

– Zalazł mi za skórę i teraz żyje tam bez płacenia podatków. Wkurwia mnie, pierdolony ptasi mózg. 

– Zgoda – Ros kiwnął łbem.

– A ty czego sobie życzysz, najdroższy Królu?

Basior przez chwilę milczał, zastanawiając się.

– Jak wygram, zaproponujesz Truce’owi, że osobiście posprzątasz jego ptasią wolierę.

W nagłym przebłysku, Bisigal przez chwilę był przerażony, a jego aura zrobiła się ekstremalnie niespokojna. Nie przeżyłby takiego upokorzenia i Ros doskonale o tym wiedział. Ale to były zaledwie sekundy. Lerdis nie zdołał otworzyć pyska by rzucić kąśliwą uwagą, bo czarnooki momentalnie zrobił się bardziej nabuzowany nadchodzącą walką. Oczywiście, że nie planował przegrywać.

– Zgoda. Jakie zasady? Jakieś ograniczenia?

– Chcę tylko, żebyś przekazał szczeniakom coś przydatnego.

Oba ciała były coraz bardziej spięte, a ich ruchy nerwowe. Gdy jeden przestępował z łapy na łapę i drapał grunt, drugi poruszał się po niewielkiej ósemce, nie odwracając ślepia od przeciwnika.

– Zgoda. Ja chcę, żebyś nie używał mocy umysłowych. 

– Zgoda, to rozsądne. I tak planowałem rozłożyć cię bez nich.

Bisigał zaśmiał się, jednak w tamtym momencie brzmiało to już złowrogo. Gdyby stał przed nim ktoś inny, odnosiłoby się wrażenie, że ten potwór chce już tylko szarpać i wyrywać, najlepiej od razu całe kończyny. Zresztą bardzo pasowało to do jego stylu walki.

W tym samym momencie Ros wziął głęboki wdech. Świat dookoła spowolnił, a gdy powietrze wydostawało się z jego uchylonego pyska, był już gotowy.

– Walcz.


Tak jak się spodziewał, ogromna wilcza masa w pierwszym ruchu rzuciła się prosto na niego w celu powalenia wroga z nóg. Bisi zawsze walczył w ten sposób. Napierał na przeciwnika, przewracał, osaczał go, a gdy już się wczepił, nigdy się nie wycofywał. Jedno ugryzienie tego wilka zaraz zmieniało się w dziesięć, potem piętnaście, nieważne gdzie trafił, drążył aż nie pokruszył każdej kości jaka trafiła między jego szczęki, jak kret drążący podziemne tunele. Niestety miał też znakomitego cela. Więc gdy zaszarżował, zaznajomiony z tego technikami Ros mógł tylko odskoczyć w bok i wykorzystać czas, żeby szybko się obrócić przodem do wilka i stanąć na tylnych nogach. Brunatny wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu i natychmiast podążył za ciosem. Zaczęli się tak przepychać, wymierzając ataki w pysk, szyję, poliki przeciwnika, oboje głośno przy tym warcząc. Byle go trafić. Byle się zachwiał. 

Bisi jako pierwszy stracił oparcie. Ros natarł na niego mocniej, jednak tamten złapał się białej sierści na gardle i pociągnął za sobą. Lerdis runął zaraz za nim. Garść włosia oderwała się od skóry, a jednooki odczuł w tamtym miejscu paskudne pieczenie, lecz było zbyt wcześnie żeby przejmować się głupotami. Wylądował na górze w niewygodnej pozycji  i stale obrywał kopniakami po pysku. 

– Rzucasz się jak jakaś cnotka, Bisigal – warknął w końcu, wkurwiony.

– Jeśli twoje cnotki tak się rzucały zanim się do nich dobrałeś… – sapnął w odpowiedzi, i nagle jednym, mocnym uderzeniem tylnych łap zrzucił z siebie jednookiego – To nie świadczy o tobie za dobrze… 

Lerdis wygrzebał się ze śniegu, odzyskując równowagę, a Fenris wstał, sapiąc.

– Nie wiedziałem, że lubisz takie zabawy, Szefie

Ros próbował przetrzeć łapą pustą przestrzeń po lewym oku, do której wpadły mu lodowate drobiny.

– Nie brnij w to dalej – wywarczał ostrzegawczo, i gdy w końcu poddał się ze śniegiem, na powrót przyjął konfrontacyjną postawę. 

Bisi zarechotał , tym razem pozwalając dowódcy na wyprowadzenie pierwszego ataku, który Białe z chęcią wykonał. Zaatakował na wprost, więc oczywistym było, że brązowy basior będzie próbował tego uniknąć, odsłaniając wrażliwe punkty. Ros działał przy tym jak maszyna na zakodowanych schematach – gdy tylko widział okazję kątem oka, uderzał. Gryzł i rwał, a Fenris odwdzięczał mu się niemal w równym tempie, sprawiając intensywny, a przy tym zaćmiony za mgłą hormonów ból. Żaden z nich jednak nie zbliżał się do poddania. Ros zorientował się o popłynięciu pierwszej krwi, dopiero gdy ta rozlała się na jego języku i pysku Bisigala. Szkarłat nagle był wszędzie. Ros splunął w bok i spróbował staranować rywala na wprost, jednak tamten wykorzystał sytuację. Błyskawicznie skłonił się i gdy wylądował pod piersią Lerdisa, odepchnął go na bok i przygwoździł do ziemi. Zziajany, praktycznie leżał na równie zmęczonym basiorze, a krew z jego pyska wsiąkała w brunatną sierść. Niespodziewanie Ros zaśmiał się w głos, choć mocno stłumiony ciężkim cielskiem uniemożliwiającym wzięcie głębszego wdechu. 

– Oko też sobie wydłubiesz? – parsknął Białe, a kiedy dostrzegł niezrozumienie Bisigala, wygrzebał spod niego łapę i niedbale otarł prawy policzek rywala. Zorientowawszy się, że Ros ma szeroką bliznę pod tym samym okiem, również się zaśmiał, rezonując na całe ciało pod spodem i nieco się podniósł. Nie spodziewał się, że następnym co zobaczy będzie jego dowódca oblizujący własną kończynę z jego krwi. Szkarłat rozmazał się na białym futrze, gdy szary język przesuwał się po nim bez pośpiechu. Bisi otworzył pysk bo nagle zrobiło mu się bardzo, bardzo ciepło. Ciepło do tego stopnia, że gdy w następnym momencie dostał kopniaka w podbrzusze, nie wiedział co go trafiło. Jego zad odleciał, a przód stracił orientację, więc gdy ledwo udało mu się złapać równowagę na czterech łapach, Białe zdążył przewrócić się na brzuch i wybrać kolejny cel na szyi rywala. Znów złączyli się we wściekłą kupę gryzącego futra. Stopniowo granica bezpiecznej, treningowej walki przestawała ich obowiązywać. Po odkryciu krwi Bisigala oba basiory coraz bardziej dawały się porwać. Ugryzienia robiły się coraz silniejsze i coraz mniej przypominały przepychanki. Zaraz nie tylko Fenris był zalany krwią, ponieważ jednooki nie był w stanie bronić się przed jego napierającą agresją. Z czasem tracił oddech, widoczność stawała się ograniczona, a zalegająca między zębami sierść raniła dziąsła. Czas działał na niekorzyść obojga, gdy powoli tracili siły, a szala nie przechylała się na żadną ze stron.

Do momentu.

Brak oka Lerdisa nie stanowił dużej przeszkody przy walce w zwarciu, jednak inaczej sytuacja się miała, gdy w grę wchodziła kontrola otoczenia. Tarzali się w śniegu, na zmianę zmieniając się z tym kto był na górze. Akurat wtedy Ros był na dole. Nim poczuł przy swoim policzku ciepło, najpierw odczuł zmianę w sferze aury Bisigala. Usłyszał ostrzegawczy krzyk stojącego w odległości kilku metrów Akana, ale Akan był zbyt powolny. Gdyby Ros czekał na Akana, jego łeb zmieniłby się do tego czasu w pochodnię. Instynktownie postawił między sobą a Fenrisem lodową tarczę i telekinezą odepchnął przedmiot, a tym samym rywala. Zaskoczony Bisi upadł w śnieg, barwiąc go na około krwią, a Białe bez chwili zwłoki przewrócił się na brzuch i uderzył łapą o ziemię. Nim krzyk Akana dobiegł końca, szyja Bisigala była przytwierdzona do gruntu grubym na dwadzieścia centymetrów kajdanem z lodu. Wściekły Fenris zaryczał i zaczął się szarpać, jednak został uziemiony. Roztrzęsiony Ros nie ruszał się przez dłuższą chwilę nie licząc ciężkiego sapania. Wciąż czuł na policzku tylko delikatne ciepło bisigalowego ognia. Ognia, którego nie był w stanie zobaczyć. Zacisnął na moment szczęki tak mocno, że znajdujące się na nich szkliwo zdawało się trzaskać. W końcu podniósł się na nogi i podszedł brunatnego basiora od tyłu. Ten był cały brudny, podobnie jak znajdujący się wokoło wygnieciony śnieg. Leżał w poddańczej pozycji z brzuchem do góry i ziajał, już nie próbując się walczyć. Na początku próbował z ogniem, ale on też zawiódł.

– Bisigal – wywarczał dowódca – Ty podła gnido.

Położył łapę na pyska rywala i przez chwilę patrzył wściekły w te ciemne oczy, żeby po chwili wbić czarny ryj w śnieg, jakby próbował złamać mu w ten sposób kark. Kręgi strzeliły, basior zapłakał, ale nadal sapał i jęczał, zaciskając powieki. Jego brzuch nadal świecił unieruchomiony ku słońcu.

– Kurwa, spalić mnie chciałeś.

– N..ni…

– Nie? To co, planowałeś mnie połaskotać?

Czyste wkurwienie. Właśnie to czuł Ros, gdy patrzył na swojego podwładnego. Jeszcze chwilę tak go wgniatał w śnieg, gdy w końcu dał sobie spokój i podszedł do szczeniąt. Wyglądał jak makabryczna lalka, zalany krwią swoją i Bisigala. Dwójka rodzeństwa była zdecydowanie przerażona, a przy tym ekstremalnie podniecona całą sytuacją. Ostatnie chwile walki rozegrały się tak szybko, że po prostu siedzieli z rozdziawionymi mordami. 

– Bisigal dobrze zrobił. Atakujcie słabe punkty wroga... ale nie wtedy, kiedy wiecie, że ma umysłowy żywioł – wymamrotał basior i splunął w bok – Bo wtedy tylko się wkurwią. Załapali lekcję?

Wilki skinęły głowami. 

– To było super – sapnął rozemocjonowany Gwynn

– To teraz zmierzcie się ze sobą. Nie będę tu sam tak stał jak jakiś kryminalista.

– Ale… – mruknął Akan, spoglądając na rozłożonego jak na krzyżu Fenrisa.

– Ja chciałem polubownie. Skoro był taki sprytny żeby celować ogniem w moją stronę, to niech teraz ten ogień go wyciągnie – prychnął basior i wzruszył ramionami – Może do wieczora się wygrzebie. No już, pokażcie czego was nauczyli u tych Zerdinów. 


Resztę popołudnia trójka wilków spędziła na treningu, jednak tym razem naprawdę skupili się na rozwijaniu umiejętności młodzieży. Na szczęście w ich przypadku obyło się bez rozlewu krwi, a tym samym niepotrzebnych ran i blizn. Ros nie mógł powiedzieć tego samego o sobie. Był obolały, poharatany i brudny, jednak widok zaangażowania szczeniąt sprawiał mu przyjemność i uspokajał. Zupełnie inny rodzaj przyjemności basior odczuwał, gdy patrzył na leżącego nieopodal Bisigala, który przez godzinę próbował pozbyć się grudy lodu ze swojej szyi. Gdy w końcu mu się to udało, posłusznie podszedł do Rosa i w milczeniu położył się koło jego łap, jak kundel którym przecież był. 

– To była dobry trening – zaczął w którymś momencie – A ja użyłem ognia tylko dlatego, bo wiedziałem że Szef jakoś się obroni. Poza tym w zasadach nie było nic o mocach, więc nie zrobiłem niczego złego.

Ucho Rosa zadrżało w irytacji, bo basior miał rację z tym regulaminem. Choć wzroku nie spuścił z atakujących się wzajemnie basiorków, Bisi przełknął ślinę, dostrzegając jak przesiąknięte czerwienią, dotychczas białe łapy wrzynają się w grunt..

– Jakoś? – zawarczał cicho, a ten drugi nagle zarechotał.

– I miałem rację. Jesteś, kurwa, przerażającym draniem.

Lerdis prychnął, jednak potraktował epitet jako komplement.

– Ah, jeszcze jedno. Co do tych cnotek. Trzeba z tobą chodzić, czy od razu się…

W białookim coś pękło. W jeden moment podniósł łapę i przydeptał łeb Bisigala do ziemi, jak wielkiego robala.

– Dobrze ci radzę, nie brnij w to dalej.


Nagroda: 10 punktów do siły x 4

Layout by Netka Sidereum Graphics