Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halley I Wenus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halley I Wenus. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2024

Od Wenus, CD. Halley

 Budynki centrum piętrzyły się niczym wieże Babilonu, ponad nimi, jak mity zapisane w starych zakurzonych książkach o mętnym prawdopodobieństwie bycia prawdą. Ale jednak. Byli tutaj, piękne chodniki i wspaniałe budowle przed nimi. No i oczywiście.
„Jak myślisz, gdzie będą te podziemia?” Wenus zagadnął do siostry, która tylko uniosła ucho.
„Musimy popytać” Prawda. Nie znajdą ich tak prosto! „Na razie wypadałoby się pozbyć naszej niani!”
„Prawda.” Wenus zmierzył wzrokiem swojego brata. Jowisz rozglądał się nieco panicznie po szyldach sklepów, jakby nieco zagubiony. „On zupełnie nie jest w swoim żywiole w tak dużym mieście” Wenus prychnął, jego małe łapki zeskakując na chodnik.
–EJEJ! Nie schodź. Nie chcę cię zgubić w tłumie! — Jowisz sapnął na swojego brata zatrzymując się w pół kroku.
„Może to jest właśnie najprostsze rozwiązanie? Zgubmy się!” Puff spojrzała na niego z góry jednym okiem, szeroki uśmiech rozciągłą się na jej pysku.
„Jak się znajdziemy?”
—Wskakuj powrotem, nie mamy na to czasu!— jego brat sapnął, schylając się aby chwycić go za futro, na co Wenus tylko prychnął, niebieskie płomienie buchając wokół niego.
„Weź Eff i jakoś się znajdziemy.” Mała pchełka zeskoczyła na nos Muffa, który od razu, z szerokim uśmiechem rzucił się między wilki powodując parę zaskoczonych krzyków.
—WENUS! — Jowisz mało się nie potknął, a zaraz potem oblał go zimny deszcz paniki. Jego plecy były lekkie. Za lekkie. Jego oddech stanął mu w gardle kiery spojrzał na swoją wyklepaną sierść. Wenus uciekł. Halley zniknęła, a on został pozostawiony sam na sam z zimnym porannym powietrzem i twardym chodnikiem.
Wenus musiał przyznać, że plan był dość prosty, ale na ten zbędny balast najprostsze plany były najlepsze. Najgorzej, że w trakcie tego ganiania, rozbiegli się z siostrą w różne kierunki, co stanowiło pewną dozę problemów i dodatkowych komplikacji w ich niesamowitym planie przejęcia władzy i zyskania sławy jako najgorsi na świecie. Albo coś w ten deseń. W każdym razie. Znalezienie siostry mogło stanowić pewien problem, zwłaszcza, że Wenus nie został obdarzony długimi nogami czy wzrostem. Nawet odrobina genów z tym elementem nie trafiła się im w tym niesprawiedliwym rozdaniu. Zalety zaletami, ale aktualnie, Wenus miał ochotę wymordować cały rynek wilków z frustracji.
Poranek zmienił się w południe, równie chłodne w tym przemarzniętym świecie. Niekontrolowane widzi mi się natury sprawiło, że i słońce zaszło za ciemne chmury. Zapowiadał się deszcz, a Wenus nadal nie znalazł się na tyle blisko siostry aby jej pchełka uruchomiła się.
„Czerwony dom. Widzę czerwony dom!” Ale to im nic nie dawało. Centrum, Centrum było pełne różnych kolorów cegieł i dachów.
„Wiesz co… znajdź jakąś karczmę!” Wenus w końcu sapnął głęboko. W jego głowie utworzył się chytry plan zabicia dwóch ptaków jednym kamieniem. Jeśli odnajdą wejście do podziemi, jakimś cudem, to odnajdą też siebie. Ich własna kryjówka… z dala od kontroli rodziców. O resztę pomartwią się potem. Teraz należało zadbać o informacje i unikanie Jowisza jak ognia, bo brońcie ich bogowie, jeszcze by ich zabrał sportem, a cała ta szopka poszłaby na marne. A jeszcze pewnie spod oka matki nie wyszliby do dorosłości, a to nudne. Teraz, kiedy są najmłodsi, najsłodsi i mają najwięcej mocy przekonywania mają największe szanse na realizację jakichkolwiek nikczemnych planów w ich głowach. Cóż za cudowne osiągnięcie, teraz trzeba tylko wprowadzić je w tą ponura i niebezpieczną rzeczywistość.
—Oh nie zgubiłeś się przypadkiem? — padło pytanie kiedy jego małe łapki stanęły całym ciałem na blacie baru. Wenus tylko przewrócił oczyma i spojrzał na barmana.
—Nie. — Specjalnie wyniósł się w bardziej podejrzane uliczki aby dojść w miejsce jak to. Szare od dymu ściany, podarte skóry na brudnej podłodze, która swoją światłość widziała ledwo jak ją wybudowano lata temu. Do tego zapach mocnego alkoholu i szyld, który ledwo trzymał się w całości.
„Znowu nic! Nikt nie chce mi nic powiedzieć, nawet jak się odgrażam. Do tego robię się głodna!”
„Zjemy jak znajdziemy siebie i kryjówkę. Jowisz nie może nas znaleźć, a z każdą sekundą coraz więcej osób nasz szuka” A to i były powody za które chcieliby być szukani. Szukać ich powinni za wszelkie katastrofy, które sprowadzą na ten biedny świat. Niechaj tylko najpierw zgubią z siebie trop.
—Chyba jednak tak. To nie miejsce dla małych dzieci. —
—Doprawdy… Ale widzisz… Jest pewna sprawa. — Wenus nigdy nie używał swoich mocy na nikim spoza swojego kręgu rodzinnego, a i to należało do rzadkich sytuacji. Ale parę słodkich słówek i barman patrzył na niego zamglonymi oczętami, śpiewając wszystko co wiedział. A wiedział niewiele. Ale jakiś trop był.
„Musimy znaleźć studnię niedaleko samego rynku!” Jego siostra pisnęła w jego głowie z ekscytacji. Cóż to był za dzień. A wypadałoby też znaleźć coś do jedzenia.
–Zanim pójdę. Daj i coś na wynos dla 4 osób. Raz dwa! — Bycie niewinnym dzieckiem czasami naprawdę się opłaca. Nikt nie podejrzewać cię będzie o okradnięcie niewinnego staruszka.
„Mam!” Halley mruknęła. „Jest między sklepem z czapkami i piekarnią, w tej uliczce, totalnie zakurzona i zamknięta na cztery spusty.”
„Niedługo tam będę… I mam trochę prowiantu!”
 
<Halley? Wybacz za zatrważającą długość , ale mój mózg ostatnio ma artbloka>
Słowa:807

niedziela, 30 kwietnia 2023

Od Halley, CD. Wenus

    Uczepiłam się łapy najstarszego brata ponaglając go jakby świat miał się skończyć, jeśli nie ruszymy natychmiast. Wiedziałam, że muszę dramatyzować najmocniej jak tylko umiałam, żeby naszej matce przypadkiem nie odwidziało się nagle odwołać całego przedsięwzięcia. Jedno małe zawahanie mogło skutkować odesłaniem mnie do domu, lub w ogóle zdecydowaniem, że tylko Jowisz pobiegnie kogoś zawołać, gdy my będziemy stać tu i czekać. Nie mogłam do tego dopuścić, gdyż przekreśliłoby to wszystkie nasze plany. Płakałam więc i piszczałam, jak nowonarodzone szczenię, tuptałam łapkami i zamiatałam ogonem, trzęsąc się teatralnie. Próbowałam jak tylko mogłam przeszkadzać dorosłym w ustaleniu wszystkich szczegółów, aby ich plany miały jak najwięcej dziur i luk, które później moglibyśmy wykorzystać. Gdy w końcu zirytowani podjęli decyzję, a mama pozwoliła mi pójść z bratem, aby choć trochę powstrzymać moje zawodzenie. Praktycznie nie zapiszczałam z radości, ale na szczęście udało mi się zdusić głos. W rezultacie wyszło coś, co przypominało bardziej zniecierpliwione ponaglenie i zmartwienie, niż ekscytacje. Odetchnęłam z ulgą, a Wenus prychnął na mnie w myślach. On też powstrzymywał się od śmichu już jakiś czas. Miałam ochotę spiorunować go wzrokiem,  ale nie miałam czasu, bo Jowisz podniósł mnie i posadził sobie na grzbiecie, podchodząc do mamy. Gdy usłyszałam charakterystyczne brzęczenie monet w skórzanym woreczku, wędrującym z łap Mars do Jowisza, natychmiast pomyślałam, że w trakcie podróży trzeba wymyślić jak go zgrabnie zwędzić bratu. W końcu nie wypada zostawić w spokoju takiego pięknego kąska, podanego jak na srebrnej tacy. Wenus chyba myślał o tym samym, bo aż wyczuwałam jak trybiki w jego głowie zaczęły pracować. Dobrze, w końcu to on tu był od planów. Mimo całego tego zamieszania ja dalej, jak przystało na wprawiony element wykonawczy, plakałam i pośpieszałam brata. Mars wyraźnie zirytowana całą tą szopką machnęła na Jowisza łapą, by już biegł, a sama zabrała się za ogarnianie tłumu wilków. Nasza matka miała naprawdę duży respekt w społeczeństwie i co trzeba jej przyznać, nie bez powodu, ale o tym kiedy indziej. 
    Jowisz położył Wenusa przede mną i kazał mi go trzymać, gdy w końcu ruszyliśmy. Puch szeleścił pod łapami dużego brata, który próbował mnie pocieszać. Raz po raz zagajał konwersację, ale ignorowałam go chlipiąc. Szczerze wolałam ustalić z bliźniakiem nasze plany, niż rozmawiać z naszym wiecznie rozgadanym rodzinnym gigantem. Nie lubiłam tego ogromnego kluska, a szczególnie faktu, że traktował nas jak dzieci. Przecież byliśmy już pełnoprawnymi i wprawionymi złoczyńcami! Nawet mieliśmy własne przezwisko, a wiadomo, że tylko prawdziwi złoczyńcy je mają. Jak mógł nie rozumieć, jak poważna to jest sprawa!? Byłam dumną Kulką Chaosu, to przecież mówiło samo przez się. Na szczęście dało się nim tak łatwo manipulować, że była to wręcz codzienna zabawka. Trochę jak kukiełkowa marionetka. Szczególnie Wenus potrafił tak pociągać a jego sznurki, że robił cokolwiek. Niesamowicie miło się na to patrzyło. Teraz jednak stawał się już męczący z tym ciągłym pocieszaniem i odwracaniem uwagi. Czy nikt go nie nauczył, że co za wiele to nie zdrowo? Oparłam głowę na plecach Wenusa, obserwując las dookoła. Irytowało mnie, że Jowisz biegł tak wolno. Co i rusz pociągałam nosem, by dalej udawać płacz. Widok zaczynał mnie nużyć.
- "Wenuuuuus?" - Zagadałam w myślach do brata. - "Jak myślisz, która część Centrum będzie najlepsza na naszą bazę?"
- "Hym..." - Zastanowił się chwilę. - "Co powiesz na coś blisko naszego celu?"
- "Myślisz, że coś by się tam znalazło?"
- "Można poszukać."
- "Słyszałam o jakichś podziemiach w Centrum! Może sprawdzimy tam?"
- "O, to brzmi idealnie!" - Ożywił się Wenus, ale zaraz musiał się powstrzymać, by nie poruszyć się na grzbiecie Jowsza, który dalej gadał swoje.
- "Prawda? Słyszałam to od sąsiada, który rozmawiał z barmanem, który słyszał to od wilka, który mieszka w Centrum, który znał waderę, która badała jakieś rzeczy i znała legendę o wilku, który je odkrył!"
- "Brzmi wiarygodnie, skoro tyle wilków o tym słyszało."
-"A najlepsze jest to, że nikt nas tam nie znajdzie! Nawet Mars!" - Ekscytowała się w myślach waderka, dalej pociągając nosem, już bardziej z przyzwyczajenia i chłodu, niż dla zachowania pozorów.
- "Wiesz jak tam trafić?" - Spytał rozentuzjazmowany już Wenus.
- "Nie..." - Odpowiedziała powoli Halley. - "Ale od tego mam ciebie!" - Powiedziała pewnie i polizała brata po nosie.
    Większość podróży rozmawiali między sobą o tym, co zrobią, gdy dotrą już do Centrum i znajdą swoje podziemia. Fantazjowali o pięknej kryjówce, którą urządzą, i której nikt nie będzie mógł znaleźć. Snuli plany co komu zwędzą by ją udekorować i wymyślali cóź to ludzie by mówili jakby ją zobaczyli. W skrócie, zabijali czas, bo podróż była długa. Planowali też w ciszy jak pozbyć się zbędnego balastu, ale ten problem był dość prosty do rozwiązania, gdy miało się dwie tak diaboliczne i śliczne główki. Nie zauważyli, gdy Jowisz przestał do nich mówić. Prawdopodobnie stwierdził, że Halley zasnęła z wyczerpania, bo w pewnym momencie przyspieszył kroku. Słońce wisiało już wysoko na niebie, gdy zamajaczyły przed nimi budynki Centrum. Halley podniosła główkę i uśmiechnęła się radośnie, a w jej oczach zabłyszczały iskierki.
- "Wenus, jesteśmy!"

<Wenus?>
Słowa:801

piątek, 3 lutego 2023

Od Wenus, CD. Halley

Ogon Wenusa zadrżał z przeszywającego chłodu. Jednak jego determinacja i ekscytacja narastająca w sercu pomagały zachować jakieś pozory. Musiał się jednak nieźle starać aby nie próbować wyrwać się z objęć chłodnej pułapki.
„Więc jak się za to zabierzemy?”
„Wykorzystamy swój urok. Plan: Szczeniaki w potrzebie! Zrobimy tak, abyśmy wcale daleko do tego centrum iść nie musieli! Sami nas zaniosą. Wystarczy tylko, że ja poudaję wystarczająco rannego, a ty… musisz ich tylko dobłagać, żeby zabrali cię ze sobą”.
Plan był w końcu taki idealny. Chociaż Muff pewien nie był na ile jest w stanie wypalić. Ich rodzice nie byli tak naiwni, jak ich starszy brat. A przynajmniej matka miewała ciężką łapę. Ojciec jakoś oprzeć się tej kobiecie nie umiał, więc jeśli rodzicielka nie postanowi o wysłaniu ich do lekarza w centrum, niewiele się ich plan zda. Jednak, komu zaszkodzi spróbować.
—Pomocy! — szczenięce łapki ledwo powstrzymały się przed zaryciem w śniegu. Śmiech został zduszony w głębi płuc męczonych śniegiem. Jedynie paluszki u tylnych łapek poruszyły się z niepokojem. — Pomocy! Mój brat... Mojego brata przysypała lawina! Jest tu ktoś!? Pomóżcie! Błagam! Ktokolwiek...!—
Po chwili delikatna budowa lawinowego śniegu zatrzęsła się pod naciskiem łap wilków stanowczo większych niż dwójka zabójczych rozrabiaków. Jego siostra także poinformowała go o tej cudownej sytuacji. Wenus musiał głębiej odetchnąć, aby zatrzymać w sobie wszystkie te emocje, dobre i złe, ale głównie dobre. Jego ogon cudem nie drżał z całej tej radości. Poświęcał na to tak wiele skupienia, że poprzez warstwy śniegu słyszał jedynie stłumione, niezrozumiałe szczekanie. Miał wrażenie jakby ktoś niedaleko niego kopał. Bardzo się nie pomylił.
„Co robić dalej?” jego siostra zapytała zaskoczona.
„Przerażenie. Udawaj przerażenie. Ja… Em… Em… Nieprzytomny. Będę nieprzytomny!” odpowiedział żwawo. Do jego zamkniętych szybko powiek dotarła odrobina jasności. „Oh co za ból!" zaśmiał się do bliźniaczki.
Akcja ratunkowa trwała dłuższą chwilę. Głównie przez fakt, że świeża warstwa śniegu sypała się nieustannie i utrudniała wykopanie małego puszku z tej bieli. Jednak kiedy w końcu się udało, Wenus mógł usłyszeć jak wiele głosów zebrało się wokół.
—Wezwał ktoś lekarza? — jakiś basior sapnął nad jego ciałkiem. Oczywiście, muff starał się być nieruchomy jak skała. Pozwalał tylko aby jego klatka piersiowa unosiła się miarowo. Nie mógł też za bardzo rozmawiać z siostrą, aby jego powieki broń bożu nie zadrgały. Dlatego milczał. Jakby martwy. Jednak tego wymagał ich zgrabny plan przemieszczenia się w kierunku centrum szybciej niż ich małe nóżki by im na to pozwoliły. Ha! Plan był genialny. Potrzeba było im tylko odrobinę szczęścia.
—Uratujcie mojego braciszka! — jego siostra musiała najwyraźniej ronić łzy, gdyż wzbudziła niezłą panikę wśród dorosłych, którzy łagodnym głosem próbowali ją uspokajać. Ale ta przytuliła się do jego ciała. Zasłoniła jego twarz.
„Sprytnie.” Przyznał.
„Uczyłam się od najlepszych. Ale co dalej?”
Nie zdążył odpowiedzieć, gdyż niebo zesłało im znak i szczęście, jakiego nie mogli się spodziewać.
—Nie ma medyka! — jakiś wilk hamując sypnął w ich kierunku śnieżynkami, które opadły na ich nosy.
—Co znaczy, że nie ma medyka? — ten sam basior z początku warknął panicznie.
—No. Wszyscy medycy z okolicy… poszli do centrum na jakiś zlot. Zostawili tylko leki i książki!—
„Ha!”
„Ha!” oboje zgrali się reagując identycznie. Ich szanse wzrastały, z każdą sekundą.
—Jasna… — słuchać było ze ledwie powstrzymał się od przeklęcia, ale nie wypowiedział zdania do końca chyba tylko ze względu na obecność małej Puff. Mniej niewinnej niż myślał, ale lepiej, aby w ich oczach pozostawali aniołkami.
—Uratujcie gooo. — zawyła jego siostra. Na tyle głośno, żeby dorośli znowu się zmieszali.
—Eh. Powiedzcie Mars, że jej dziecko się porządnie poobijało i … ktoś musi wybrać się z nim do centrum. — odrzekł ten sam męski głos.
„Udało się!”
„To było prostrze niż przypuszczałem, że będzie. Myślałem, że będę musiał sfingować parę zemdleń po tym wypadku” przyznał Muff.
„Ten zlot oszczędził nam zachodu”.
Minęła dłuższa chwila, zanim Wenus usłyszał głos swojej matki i brata.
—Co się stało?— zawarczała. Jej ciężka łapa stanęła mocno na śnieg. Ten zbił się pod jej naciskiem i mało nie spowodował, że Wenus posunął ciałem w jej stronę.
—Lawina zasypała ci dziecko. —
— Cudownie… — wściekłość w jej głosie była w stanie uciszyć wszystkich szepczących i plotkujących dorosłych wokoło.— A gdzie medyk w takim razie? — zawołała.
—Na… Na zlocie psze pani! — jakiś młodszy ze stadka raczył ją o tym poinformować.
—Cudownie… — to cudownie było jeszcze ostrzejsze niż poprzednie. — Jeszcze powiedzcie mi ,że w centrum co? —
— T… tak. —
—Jowisz, synu. — samica westchnęła ciężko. — Bierz Muffa pod pachę i zpie… maszeruj do centrum. Jak wrócicie ma być zdrowy, zapłać ile będzie trzeba. — woreczek pieniążków zaszeleścił.
„Nie mogą mnie wziąć samego! …ym… błagaj! Panikuj! Cokolwiek!”
—Ja też chcę! Ja też chcę! Ja idę! IDĘ! — Puff tupała nogą.
—Nie. — matka warknęła.
—ALE TO MÓJ BRAAAAAT.— i zaczęło się przedstawienie. Płacz, łzy, szczekanie i wycie. Matka nie umiała odmówić ich cierpieniu.
—No dobrze. Już… już… możesz… O ile Jowisz się zgodzi. —
— Pewnie! Razem zawsze raźniej! —

<Halley?>
Słowa: 795 = 50 KŁ

sobota, 14 stycznia 2023

Od Halley, CD. Wenus

  - Wenus! - Zawołała z pretensją w głosie jedna mała kulka na drugą. Jej łapki, grząznąc w śniegu próbowały jak najszybciej przedostać się przez mokry puch, który osówał się przy każdym kroku. - Mówiłeś, że nie od razu!
  - Naprawdę masz teraz na to czas!? - Odgryzł się Wenus, biegnąc tuż za swoją siostrą.
  - Zawsze mam czas by ponarzekać na twoje głupie plany! - Zawołała oglądając się przez ramię Halley.
  - Skoro tak, to wykorzystaj go, żeby biec szybciej!
  Lawina była zbyt szybka. Dwa szczeniaczki na swych malutkich łapkach lepiąc się do podłoża nie miały z nią szans. Biała ściana w końcu porwała małych uciekinierów, a ich krzyki utknęły gdzieś w puchu. Huk śniegu był zbyt głośny, by mogły cokolwiek słyszeć. Halley machała desperacko łapkami, próbując utrzymać się na powierzchni, lecz śnieg raz po raz zasypywał ją i ciągnął w głąb. Nabrała głębokiego oddechu, zanim śnieg zdążył zakryć ją całkiem i zniknęła pod białą zaspą. Minęła dobra chwila nim lawina się uspokoiła. Wokół zapanowała absolutna cisza, jakby świat wstrzymał oddech. Wydawało się, że oczekuje najmniejszego poruszenia, najdrobniejszej oznaki nawrotu osuwiska. Na szczęście jedynym dźwiękiem, który nadszedł, było drobne chrupnięcie, gdy Halley udało się podnieść głowę i wydostać ją ze śniegu. Dyszała ciężko, próbując się uspokoić. Gdy trochę wyrównała oddech, spróbowała wygramolić się spod puchu, co wcale nie było tak proste jak początkowo założyła. Z wysiłkiem praktycznie wyczołgała się na wolność. Na jej szczęście, przednie łapki miała stosunkowo blisko powierzchni, więc łatwiej było jej się odkopać. Rozejrzała się dokoła, lecz wszędzie widziała tylko biały puch. Z przerażeniem odkryła, że czegoś jej obok brakuje.
  - Wenus? - Zapytała cicho licząc, że jej bliźniak zaraz pojawi się, próbując ją wystraszyć w kolejnym głupim żarcie. Odpowiedziała jej jednak tylko cisza. Natychmiast zmroziło ją absolutne przerażenie. 
  - Wenus!? Weeenuuus!? Nie wygłupiaj się! Wenus! Wuff!? - Zaczęła wołać biegając to w tą to w tamtą i węsząc po śniegu, lecz świeżo osypany zatarł wszelkie zapachy.
  "Wenus! Wenus! Wenus! Wenus!"..." - wołałą ciągle w głowie, nawołując brata przez tleff.
  W końcu spod śniegu obok niej wyrosła biała, zakręcona kitka.
  "Nie krzycz, głowa mnie boli od tego huku." - odpowiedział jej Wenus dalej pogrążony do połowy w śniegu. Halley natychmiast podbiegła do ogona brata i objęła go.
  "Tak się cieszę, że nic ci nie jest!" - powiedziała, po czym puściła jego kitkę i zdzeliła ją łapką. 
  "Jak możesz mnie tak straszyć!? Głupek! Eff jest już lepszy! Głupek!" - przez wszystkie te
emocje nie bardzo wiedziała, jak inaczej mogłaby go nazwać.
  "Mam nadzieję, że przynajmniej ten plan wypalił." - burknął Wenus w odpowiedzi próbując wyciągnąć się ze śniegu. Nad śnieg wystawał mu tylko ogon, więc majtał nim na boki, starając się wydostać tylne łapki odsuwając puch, co wyglądało dość uroczo.
  Halley nawet nie pytając wysłała Eff'a na zwiady, ale po chwili jej minka przybrała nadąsany wyraz. Gdyby ktoś na nią teraz spojrzał, rozpłynąłby się na miejscu. Wyglądała przeuroczo, w przeciwieństwie co wydobyło się z jej pyszczka sekundę później.
  - Niech to. Dalej żyją karaluchy.
  "Co? Zdajesz sobie sprawę, że mam uszy pełne śniegu i zupełnie cię nie słyszę tak?"
  "Mówiłam, że przeżyli." - powtórzyła, dalej z naburmuszoną minką dziecka, któremu zabrali cukierka.
  "Taką dużą lawinę!?" - Ogon zastygł na chwilę w miejscu, zszokowany.
  "Dużą dla nas. Wygląda na to, że im sięgnęła najwyżej do brzuchów..." - powiedziała Halley grzebiąc lapką w śniegu ze puszczoną główką.
  Szczeniaki trwały chwilę w ciszy, po czym Wenus znów zaczął próbować się wydostać.
  "I co teraz?" - Spytała waderka brata dalej bezczynnie obserwując brata i czerpiąc z tego jakiś ułamek satysfakcji.
  Wuff szarpał się jeszcze chwilę, po czym dał za wygraną.
  "Zmiana planów." - oznajmił – "Wykorzystamy ich, żeby zabrali nas do miasta. Zobaczysz, zrobią to niosąc nas na ich grzbietach!"
  "Czyli nici z zabijania?" - zapytała trochę zasmucona Puff.
  "Zabijemy ich po tym jak ich wykorzystamy!" - oznajmił rozradowany Wuff.
  Oba szczeniaki ucieszyła ta myśl i zaczęły delikatnie chichotać, a ich ogonki drgały w
podekscytowaniu.
  "Więc jak się za to zabierzemy?" - Zapytała znów uśmiechnięta od ucha do ucha Halley.
  Wenus zamilkł na chwilę, a jego siostra wiedziała, że obmyśla swój plan.
 "Będziesz musiała mi pomóc. Wykorzystamy swój urok! Plan: Szczeniaki w potrzebie! Zrobimy tak..."
  Wenus szybko wytłumaczył swój plan siostrze i już po chwili szczeniaki wzieły się do roboty.
  - Pomocy! - Zaczęła wołać Halley z udawaną rozpaczą w głosie. - Pomocy! Mój brat... Mojego brata przysypała lawina! Jest tu ktoś!? Pomóżcie! Błagam! Ktokolwiek...!
  Po chwili usłyszała skrzypienie śniegu i odgłosy gdzieś od strony, w której wcześniej przebywała grupa wilków. Z satysfakcją poinformowała o tym brata przez tleff. Zaraz skakało wokół nich całe stadko wilków.

<Wenus?>
Słowa: 734 = 42 KŁ

czwartek, 22 grudnia 2022

Od Wenus, CD. Halley

 — Otóż… — Wenus uśmiechnął się szeroko. Jego ciemne oczka przesunęły po białym krajobrazie. Zmrużone i błyszczące tęczówki zalały się na chwilę zamyśleniem. Oddech uciekł w powietrze chmurką półprzeźroczystego dymku. — Wolisz opcję bardziej niebezpieczną czy grzeczniejszą? — zerknął na siostrę, przemieszczając się powoli po nieprzyjemnej powłoce śnieżnej. Jego łapki zostawiały za sobą śmiesznie niewielkie ślady.
—Oczywiście, że niebezpieczną! — odpowiedź padła prawie od razu. Więc Wenus zatrzymał się w miejscu i powoli odwrócił, w kierunku przeciwnym niż szedł.
—Więc idziemy pod górę! — zaczął przedzierać się przez niewielkie zaspy, które dla jego ciała były jak góry.
—Ale po co? — spytała wadera, posuwając się za nim.
—Jak to po co. — zaśmiał się wilk. Jego oko błysnęło zawadiacko. Zapłonęła w nim iskra dumy ze stworzonego planu. — Otóż. Widzisz ten śliczny kamyczek tam, u góry? — machnął głową w kierunku ich najbliższego celu.
—No widzę. I co z nim? — dogoniła go szybko. Puch pod łapami zachrupał, nawet jeśli ich ciałka ważyły mniej niż parę piórek.
—I powiedz mi… gdzie jest wilk? — zagadnął. Przeskoczył nad nieco większą zaspą, wpadając w śnieg pyskiem. Jego tylne łapy zamachały panicznie. Jego siostra przybyła na ratunek, wyjmując go za ogon. Otrzepał się szybko i spojrzał na nią.
—No wiesz. Siedzą przy ognisku na dole. — wskazała. Jej sierść była oklejona w lodowe zbitki śniegu, więc łapa unosiła się z wielkim trudem. Wenus pokiwał głową i uśmiechnął się od ucha do ucha.
—Otóż. Jak już tam dojdziemy, to go stoczymy! — powiedział.
—Ale to dość mały kamień. — samiczka miała wątpliwości, a byli coraz bliżej celu.
—Ale droga do dołu jest daleka. Może nie stroma, ale wystarczająca, aby kamyczek nasz nabrał śniegu, hihi. — podskoczył, a przy lądowaniu wbił się w śnieg po brzuszek. Zadrżał i zmarszczył nos. — Nigdy więcej przygód po takim śniegu. Zazwyczaj się nie zapadamy! — ponarzekał, próbując się wygrzebać. — do centrum idziemy po mrozie! — zagroził, tylko nie wiadomo do końca komu i po co. W końcu to byłoby dla nich wyłącznie ułatwienie.
— Oh. Czyli będziemy próbować kogoś zgładzić odrobiną śniegu? — spytała. Odrobina sarkazmu wdarła się w te słowa. Zmierzyli się nawzajem wzrokiem.
—Możemy ewentualnie tego śniegu ściągnąć na nich więcej niż tylko to, co na kamieniu… — odetchnął, zadzierając głowę na tereny położone jeszcze wyżej.
—Co masz na myśli? — szli dalej, zatrzymując się przy głaziku.
—No wiesz… śnieg jest dzisiaj mokry, luźny i nie potrzeba wiele, aby lawina stoczyła się wzdłuż zbocza.— uśmiechnął się szeroko.
—Tak! Chcę to! — zawołała Puff. Muff powoli przysiadł na śniegu. Musiał poważnie zastanowić się jak spuścić lawinę tak, aby nie zabrała ich ze sobą w dół i broń świecie nie zakończyła ich zabaw na amen.
—Wiem! — w końcu szczeknął. Jego ekscytacja poruszyła jego siostrę.— Potrzebujemy trochę drewna! — zawołał, zeskakując niżej. Widział jak samiczka wzdycha ciężko, bo przecież ledwo się wspięli!

Chwilę im się zeszło. Zwłaszcza że trzeba było wszystko przynieść, zebrać, położyć, obliczyć. Ale znalazło się miejsce idealne do wykonania ich słodkiej igraszki.
—Nadal tam siedzą? — w końcu Wenus zadał ważne pytanie, które powinno było zostać zadane godziny temu. Puff zastrzygła uszami i przywołała swojego robaczka. Ten przesunął po puchu zaraz w nim znikając.
—Nie, ale tak. To nie ci sami, ale nadal tam ktoś siedzi. Teraz jest ich więcej! — ucieszyła się.
—Cudownie. Będzie można pogrzebać ich w śniegu! – zaśmiał się mały diabeł ubrany w puchatą powłoczkę. — Dobra. Słuchaj. Stajemy tam, daleko! Podpalamy te patyki i pozwalamy im stopić śnieg podtrzymujący tę wielką zaspę. Jak stoczy się ta zaspa, za nią pójdzie następna i tak dalej. My tymczasem powinniśmy być bezpieczni, schowani tam pod kamieniem. Nawet jeśli śnieg spadnie to nas nie zasypie… tak od razu! — skrzywił się. Wszystko w końcu było możliwe. Natura to nieprzewidywalna siła.

Plan szedł po ich myśli tylko przez chwilę. Bo rzeczywiście, po chwili płonięcia śnieg zaczął staczać się z góry. Tyle że każda następna warstwa była coraz to szersza, więc dwie małe kulki musiały się ewakuować. TERAZ…

<Halley?>
Słowa:631 = 37 KŁ

środa, 21 grudnia 2022

Od Halley do Wenus

    "Nienawidzę śniegu"- pomyślała Halley, gdy po raz kolejny dziś jej niesamowicie krótkie nóżki oblepione białym puchem utknęły w zbyt wysokiej zaspie, powodując, że wadera wylądowała pyszczkiem w naturalnej poduszce. Co prawda było to bardzo widowiskowe i prawdopodobnie słodkie, ale czwarty raz dziś to było trochę za wiele. Szczególnie, że wyszli z domu dosłownie godzinę temu. Podnosząc się z trudem usłyszała delikatny chichot brata, który ciągnął ją za ogon, próbując pomóc jej w jakikolwiek sposób. Nie żeby to wiele dawało.
    - Zobaczysz, następnym razem to będziesz ty. - wymamrotała podnosząc się i odlepiając od sierści zlepione grudy śniegu, który niemiłosiernie kleił się nie tylko do niej, ale też do reszty puchu na ziemi. Prawdą było, że Wenus wywrócił się już równie dużą ilość razy co Halley. - Muff, nie sądzisz, że powinniśmy kazać Jowiszowi nas dziś zanieść? Ten śnieg jest nie do wytrzymania!
    - Musiało być dziś wyjątkowo ciepło w nocy. Śnieg jest zbyt wilgotny. - zauważył trafnie Wenus. - Jeden z minusów tak puchatej sierści. Ale doskonale zdajesz sobie sprawę, że gdybyśmy rozkazali Jowiszowi nas zabrać, zaniósł by nas do tych nudnych szczeniaków na Ulove i całe nasze dzisiejsze plany poszłyby na marne. Już wolę wywracać się co kwadrans niż słuchać jak traktują nas jak dzieci.
    - Prawda, nie jesteśmy już dziećmi! - Powiedziała dumnie wypinając pierś Halley. - Ale... długie łapy Jowisza by się przydały. Daleko jeszcze?
    - Szczerze mówiąc nie wiem. Przez ten śnieg ciężko określić ile przeszliśmy.
    Halley naprawdę zaczynała żałować, że gdy tylko jej łapa dotknęła dzisiejszej ziemi nie
zawróciła się na pięcie i nie zaproponowała jakichś ciekawych zajęć w domu. Z drugiej strony wiedziała, że planowali ten wypad z bratem już od dawna i jej ekscytacja wygrywała ze zmęczeniem. Podniosła więc obklejoną nóżkę i postawiła kolejny, skrzeczący krok wyglądając przy tym jak mały bałwanek. Śnieg utrudniał jej każdy ruch. 
    Plan nad którym właśnie pracowali był ogólnie dość prosty, ale wymagał sporej ilości przygotowań przed wykonaniem. Niestety, by je zrobić trzeba było przejść kawałek. Muff i Puff w swoich szczenięcych ciałkach mieliby nie małe problemy nawet gdyby byli normalnych rozmiarów, a przecież byli dodatkowo o połowę mniejsi niż ich rówieśnicy. Ale byli też dwa razy słodsi od kogokolwiek kogo znali. Ba, nawet i cztery razy! Pokładali w tej cesze wielką dumę jak i wielkie pokłady wrodzonej przebiegłości. Prawdę mówiąc właśnie tę cechę planowali wyzyskiwać w następnym dowcipie.
    Kierowali się ku centrum, gdzie było dużo uliczek, sklepów, a przede wszystkim dużo wilków. Oznaczało to bowiem, bardzo, ale to bardzo dużo rozmaitych sytuacji do wykorzystania i ofiar do rozrywki. Niestety "kierowali" to było niesamowicie odpowiednie słowo w stosunku do sytuacji w której się znajdowali.
    - Wenus, w ten sposób nigdzie nie dojdziemy. Nie mam nic przeciwko nocowaniu pod jakimś krzaczkiem, wiesz że idealnie zmieścilibyśmy się pod kopułą śniegu na którymkolwiek z nich i to nawet we dwójkę, ale wtedy nasze plany pójdą na marne. Przecież wiesz, że to musi być jutro!
    Bliźniak zamyślił się poważnie nie przestając brodzić w śniegu, co spowodowało, że łapka utknęła mu w lepkiej grudce śniegu i wyłożył się płasko na brzuszku. Puff podeszła do niego i usiadła przechylając łepek. Jej paciorkowe oczka wpatrywały się w pyszczek brata, gdy ten podmuchem powietrza poprawiał swój loczek.
    - Widzisz? 
    - No dobrze, sprawdź czy w okolicy ktoś jest. Wykorzystamy swoją słodycz. 
    Halley rozpromieniła się natychmiast i przywołała Effa. Mały trylobitowaty robaczek z metalu wykopał się gdzieś spod w jej futerka i po chwili już czmychnął po śnieg. Puff zamkneła oczy by się mocniej skupić, a Muff jakby od niechcenia złapał ją za przednią łapkę, dalej leżąc w śniegu. Minęło kilka chwil nim Halley z uśmiechem otworzyła oczy i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z bratem przesyłając mu obraz znalezionego wilka myślami.
    - Więc jaki jest plan? - Spytała absolutnie podekscytowana, a w oczach obojga zaświeciłysię psotne iskierki.

<Wenus?>
Słowa:615 = 36 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics