Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asmoday. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asmoday. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 kwietnia 2023

Od Asmodaya CD. Xevy

Asmoday utkwił w bezruchu, nie do końca wiedząc, jak zachować się w tak nietypowej dla niego sytuacji. Jego całe ciało zostało wręcz sparaliżowane, przez pół nocy wstrzymywał oddech i wbijał wzrok w jeden punkt, zszokowany całą sytuacją. Kotik raz po raz uśmiechała się, gdy jej wzrok lądował na czarnym basiorze, który bardziej przypominał marmurową statuę niż żywą istotę. Przez długi czas tkwili w ciszy, nie do końca pewni czy mogą rozmawiać. Ostatecznie nie znali zagubionej wadery i nie mogli mieć pewności, że ich nie podsłuchuje. Jednak z czasem stawali się coraz bardziej rozluźnieni, ich pewność rosła równolegle z głośnością chrapania ich gościa.
- Lubisz się ostatnio zabawiać w damę w opałach?- wypaliła w końcu Kotik.
- Proszę?
- Nie umknęło moim uszom to, że cię porwano. Po raz kolejny- w jasnych ślepiach zatańczyła iskierka rozbawienia.
- Podoba mi się taka forma rozrywki, czysto rekreacyjnie. Mam powód, by użyć agresji i nie sprowadzić tym na siebie problemów- samiec wzruszył ramionami, na jego pysku zakwitł delikatny uśmiech.
- I na pewno nie ma to żadnego związku z tym, że w każdą z tych sytuacji zamieszany byli Krwiści- mruknęła ironicznie.
Jej uśmiech powiększył się, gdy została zmierzona zirytowanym spojrzeniem czerwonych ślepi.
- Nie patrz tak na mnie, moja praca wymaga ode mnie tego, bym wiedziała wszystko, co się dzieje w Królestwie- machnęła od niechcenia łapą.
- A czy jesteś w stanie to obrócić i sprawić, by Królestwo nie wiedziało nic?- basior spoważniał, rzucając pytanie w ciemność.
- Co masz na myśli?
- Odpowiadasz za przepływ informacji w Królestwie. Czy jesteś w stanie go zatrzymać? Albo, chociaż na moment wstrzymać.
Wadera wytrzeszczyła oczy, w pokoju zapanowała cisza, przerywana jedynie strzelaniem płomieni i odgłosami wciąż szalejącej za oknami zamieci.
- To podchodziłoby pod zdradę stanu, Asmoday.
- Twoje życie jest chyba warte więcej niż honor. Chyba że się mylę- zamruczał wilk.
Nic w jego zachowaniu się nie zmieniło. Wciąż stał bez ruchu, z pustym wyrazem na dziwnym pysku, nawet ton jego głosu nie uległ zmianie. Jednak wciąż jego słowa sprawiły, że Kotik poczuła się, jakby na jej szyi zacisnęła się pętla.


Pusty dźwięk pazurów uderzających o kość rozległ się po pomieszczeniu, a razem z nim jęk niezadowolenia ogromnego basiora. Kotik natychmiast zerwała się z miejsca, podążając za spłoszoną waderą i tym samym stając między swoimi gośćmi. Drzwi chatki stanęły otworem, zimne powietrze wtargnęło do środka z małą zaspą śniegu. Asmoday również zerwał się z miejsca i pomógł gospodarzowi wciągnąć ich zbłąkanego gościa z powrotem do ciepłego wnętrza. Wadera wyglądała na zmieszaną i przerażoną, jej oddech był płytki i szybki, jednak nie z powodu zimna czy rozwijającej się w jej płucach choroby.
- Shh, shhh- szeptała Kotik, gładząc ją po grzbiecie.
- Co się stało?- zapytał Asmoday.
- Ko-koszmar- zająknęła się Xeva, jej pełne paniki oczy nerwowo przeskakiwały między wilkami.
Basior westchnął.
- Wyprawa ci widocznie nie służy. Jeśli pozwolisz, odprowadzę cię do domu- wyciągnął łapę i z wahaniem pogładził waderę po głowie ciężką łapą.
- Oh- wilczyca zamarła na chwilę.- Ja dziękuję, Panie Asmoday. Tylko to daleko jest.
Kotik spojrzała na niego podejrzliwie, próbując rozszyfrować czego wilk chciał od odkrywczyni.
- Nie stanowi to żadnego problemu. Jestem pewien, że masz dużo historii do opowiedzenia.
Wadera uśmiechnęła się wesoło, jakby cały strach i niepokój, który męczył ją jeszcze kilka minut temu nagle zniknął. Zachichotała, energicznie kiwając głową.

Asmoday jęknął, chcąc położyć się na zimnym śniegu i zakopać się pod grunt na co najmniej kilka miesięcy. Odkąd odpuścili chatkę Kotik, Xeva nie przestawała mówić i skakać wokół niego. Był pewien, że jej głos wyrył się już w jego mózgu i gdziekolwiek by nie uciekł, wciąż słyszałby jej słowa dźwięczące w jego uszach. Nie miał zielonego pojęcia skąd wytrzasnęła tyle energii, by przez dobre kilka godzin nieustannie trajkotać, nie dając sobie nawet minuty odpoczynku. Dawno nie był tak wyczerpany przez interakcję z innym wilkiem, chociaż było w tym coś odświeżającego. Wadera nie zwracała uwagi na jego wygląd, nie płaszczyła się pod jego spojrzeniem. Był przyzwyczajony do oceniających wzroków, do tego, że wilki instynktownie przechodziły na drugi koniec ulicy kiedy spacerował po miastach. Nawet kiedy nie odczuwały przy nim strachu, wyrażały jasne obrzydzenie jego obecnością. Jednak szczebiocząca przy nim wadera całkowicie ignorowała to, jaką energię roztaczał wokół siebie. Była do tego pocieszna i przyjemna, promieniowała ciepłem, które sprawiało, że chciało mu się rzygać.
Straszliwie przypominała mu Arashi, powodując, że co chwila musiał od siebie odpędzać urywki dawnych wspomnień, które dawno odrzucił w zapomnienie. Widział w oczach Xevy tę samą życzliwość i miłość do otaczającego ją świata. Tę samą, którą sam zgasił.
- Wszystko w porządku, Panie Asmoday?- usłyszał gdzieś z boku, nieco głośniejszym tonem.
Dopiero sobie uświadomił, że od dłuższej chwili stał w miejscu, zagubiony we własnych myślach.
- Hm? Tak, jak najbardziej.
Jego wzrok wrócił do wadery, która skierowała się w stronę jednego ze stojących w alejce domków. Był biały i niewielki, bardziej przypominał ruinę niż coś, w czym ktoś rzeczywiście mógł mieszkać. Tynk odpadał od ścian, odsłaniając starą, odbarwioną cegłę, okna na drugim piętrze były wybite. Za rozsypanym i krzywym płotem krył się niewielki ogródek, całkowicie porośnięty chwastami i wysoką trawą.
- To tu- powiedziała, jednak poprzedni entuzjazm opuścił jej głos.
Na swój sposób unikała również wzroku basiora, jakby wstydziła się tego, co kryje się za jej plecami. Nie spieszyła się również z otwieraniem drzwi, przysiadając na progu niskich schodków. Asmoday odchrząknął, po czym zaczął w milczeniu przyglądać się stojącej przed nim chatce. W końcu wyciągnął sakiewkę pełną łusek i rzucił ją przed siebie. Sakiewka wylądowała pod łapami wadery z brzękiem.
- Jeśli się rozchorujesz, na pewno wystarczy na leki- oznajmił.
Wilczyca zamarła, wbijając wzrok w sakiewkę. Patrzyła na nią tak, jakby w życiu nie widziała takiej sumy.
- Nie mogę- zająknęła się, odtrącając od siebie sakiewkę.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz z nich korzystać. Ale nie zamierzam ich zabierać, więc będą tu leżeć- rzucił pewnie.
Xeva skinęła głową, po czym przysunęła pieniądze bliżej w stronę basiora, jakby oczekiwała, że jednak je zabierze. Basior nawet nie spojrzał na skórzany woreczek, uparcie tkwiąc w miejscu.
- Dziękuję za wszystko, Panie Asmoday. W tej zamieci stracić życie mogłam- wadera uśmiechnęła się, w jej oczach zabłyszczała wdzięczność.
Podniosła się i rzuciła się basiorowi na szyję. Wilk stał bez ruchu, na jego skórze pojawiło się dziwne obślizgłe uczucie, którego chciał jak najszybciej się pozbyć. Odsunął się nagle, uciekając z objęć wilczycy, po czym otrząsnął się, jakby z odrazą.
- Miło było poznać- skinął głową, obdarzając odkrywczynię lekkim uśmiechem.
Nie dał jej szansy na pożegnanie się, rozpływając się w powietrzu i zostawiając po sobie tylko smugę cienia.


<Xeva?>

Słowa: 1062

sobota, 25 marca 2023

Od Asmodaya CD. Rosa

Worek został ściągnięty z jego łba, dzięki czemu mógł już wyraźnie dostrzec każdy szczegół piwnicy, w której się znajdowali. Ciężkie kajdany opadły z brzękiem na kamienną posadzkę, gdy czarny wilk w jednej chwili rozpłynął się w powietrzu, zostawiając za sobą jedynie czarny dym i powrócił do stanu materialnego kilka centymetrów dalej. Mimo że Asmoday opuścił ich dziwne, niewygodne ustawienie, drugi basior wciąż nie był wolny, niektóre z kajdan dalej przetrzymywały go w miejscu. Spojrzał z nadzieją w czerwone ślepia, na co czarny wilk uśmiechnął się z kpiną. 
- Wydaje mi się, że masz tu jeszcze niedokończone sprawy- zamruczał basior.
- Przecież ci pomogłem, skurwysynie!- warknął jednooki, wyszczerzając kły.
Asmoday wzruszył ramionami, zaglądając przez mały zamek od klucza w drzwiach, wychodzący na korytarz poza ich celą. Znajdowali się głęboko pod ziemią, pojedyncze świece zapewniały jedynie tyle światła, by gangsterzy czy strażnicy nie pogubili się w plątaninach kamiennych korytarzy, wyglądających praktycznie identycznie. Każdy kąt i zagłębienie były całkowicie pochłonięte przez czerń, tworząc idealne środowisko dla kogoś takiego jak Asmoday. Dopóki jego wizja nie była niczym przysłonięta, mógł swobodnie przemykać się przez nawet najmniejsze szczeliny. Po upewnieniu się, że korytarz jest pusty, basior bez żadnego trudu przeskoczył w widziany przez dziurkę od klucza cień, wydostając się z celi. Za nim podążył przepełniony rozczarowania jęk jednookiego, który został pozostawiony na pastwę losu przez swojego towarzysza w niedoli.
Z pewnością porywacze nie rozważyli możliwości, że ich więźniowie będą w stanie na własną rękę wydostać się z celi, więc korytarze były całkowicie opustoszałe, pomijając parę karaluchów i innego robactwa, które beztrosko wędrowały po zimnej podłodze. Ciemność otaczała go z każdej strony, opatulała go ciepłym kocem bezpieczeństwa, szeptała słodkie nicości do jego uszu. 
Kroczył cicho i powoli, uważnie rozglądając się wokół siebie i bacznie nasłuchując każdego szmeru. Skręcając w pierwszy zakręt, ujrzał na końcu tunelu dwa wilki, które beztrosko sobie gawędziły. Z pewnością pełnili rolę jakichś strażników, ale raczej nie brali swojej pracy zbyt poważnie. Może dlatego, że nie spodziewali się, że ktokolwiek będzie w stanie opuścić swoją celę. Na widok strażników, krew zagotowała mu się w żyłach. Jakby nagle coś się w nim obudziło i puściło parę przez jego nos i uszy, obiecując zniszczenie. Oblizał zęby, przeskakując niemal całą długość korytarza i stając za plecami nieświadomych strażników. Jeden z nich zamilkł, po czym delikatnie obejrzał się za ramię. Asmoday posłał mu uśmiech, kiedy ich oczy się spotkały. Spowity w ciemnościach, ze swoimi czerwonymi rozgniewanymi ślepiami pewnie bardziej przypominał demona niż wilka. Strażnik odwrócił wzrok, wbijając spojrzenie w swoje łapy i zaczął drżeć, nie wydając z siebie nawet pisku. 
- Ej, wszystko okej?- zapytał jego towarzysz po chwili, gdy cisza stała się zbyt niezręczna. 
Milczenie zostało gwałtownie przerwane hukiem, który zatrząsł całym podziemiem. Razem z nim dało się usłyszeć trzask łamanych kości i wrzask bólu, kiedy ciała strażników z ogromną silą zderzyły się z pułapem. Czarny basior z kocią gracją wylądował na suficie, przylegając do niego jak do normalnego gruntu. Gdzieś w głębi korytarza otworzyły się drzwi. 

Jego łapy zostawiały krwawe odciski na szarej, betonowej podłodze. Dumnie kroczył przed siebie, przysłuchując się mokrym odgłosom, które towarzyszyły jego krokom. Wszystko jakby zamilkło, martwa głuchość przerywana była jedynie wilgocią. Slop, slop, slop... plask. Kawałek mięsa odkleił się od sufitu ociekającego rubinem i wylądował w szkarłatnej kałuży pod sobą. Asmoday był zdecydowany, by w końcu odnaleźć wyjście i wydostać się z tego przeklętego miejsca. Skręcając w korytarz, miał wrażenie jakby symfonia wrzasków i płaczu wciąż rozchodziła się echem po podziemnych tunelach, prawie jakby utknęła w ścianach. Zachichotał zadowolony, znikając za zakrętem. W końcu dotarł do ciężkich, metalowych drzwi, które wyróżniały się od tych odgradzających więźniów od wolności. W porównaniu do drzwi od cel były znacznie szersze i widocznie cięższe, jednak i one nie stanowiły dla niego problemu. 
Prawdziwy problem czekał na niego z zewnętrznej strony drzwi. Problem o bardzo delikatnej budowie i smukłej sylwetce, o jadowicie zielonych oczach i złotej, gładkiej sierści. Niemal natychmiast rzucił się do ataku, z warknięciem skacząc na mniejszego od siebie wilka. W odpowiedzi chmura dziwnego dymu uderzyła go prosto w pysk, natychmiastowo paraliżując jego mięśnie i sprawiając, że bezwładnie padł na zimną posadzkę, pomimo swoich starań i wysiłków znowu będąc skazany na łaskę swoich porywaczy.


<Ros?>


Słowa: 687 = 40 KŁ
Bo trzeba doić sytuację ile się da. Przepraszam, że krótkie: nie potrafiłam więcej domyślić. It sucks: ale ważne że jest.

czwartek, 23 lutego 2023

Od Asmodaya CD. Xevy

Pacjent nr. ■■■■■. Dorosła samica Malisabis. 

Pacjentka zgłosiła się ze złamaniem nogi i siniakach na całym ciele. 
Wpływ leczenia: Ogromna poprawa całej aktywności komórek; całkowite wyleczenie wszystkich ran. Złamana kość zrosła się w tydzień.
Skutki uboczne: Zdobyte zdolności widzenia w ciemnościach; może wykonywać zadania w całkowitej ciemności za pomocą słuchu i dotyku.
Uwagi: Próbka odmówiła wszelkich operacji przed zażyciem serum. Mogło mieć to wpływ na szybkość leczenia. 

Streszczenie: Serum może stymulować potencjał biologiczny u badanych.

Nie było słychać nic poza wściekłą burzą śnieżną szalejącą na zewnątrz, bielą odbijającą się od szklanych okien. Nawet trzaskający ogień w otwartym palenisku był zagłuszany wyciem wiatru i jękami chłodu, tak gwałtownych w swojej furii, jakby osobiście go w jakiś sposób rozgniewała. Jak długo trwała zamieć? Określenie pory dnia było wręcz niemożliwe w mroku burzy pokrywającej cały świat bezwzględną bielą. Ogień pod jej łapami zaczynał dogasać, ostatnie kłody zabarwiły się czernią od sadzy i szarością od popiołu. Mamrotała do siebie i do cholernego wiatru, który nie pozwalał jej zasnąć. Zeskoczyła z wygodnego fotela, karmiąc płomienie wyschniętymi i gotowymi na opał jodłowymi konarami. Ogromny, czarny demon siedzący w rogu pokoju ziewnął, ostre jak sztylety zębiska zabłyszczały, jego intensywnie szkarłatne oczy śledziły jej każdy ruch. 
- Nie musisz się tak na mnie patrzeć, wiesz. Gdyby coś miało się stać, już by się stało- przemówiła w końcu. 
Ogromne cielsko podniosło się, stare deski zajęczały pod ciężarem łap basiora. Jego czerwone spojrzenie było jedyną widoczną częścią jego postaci w otaczających go cieniach. Jeszcze raz zmierzył waderę wzrokiem. Jej ciało wyglądało całkowicie naturalnie, nawet noga, która niedawno została przebita przez jej własną kość wyglądała nienagannie. Szare futro już całkowicie zakryło odsłonioną wcześniej skórę.  
- Jeśli cokolwiek się wydarzy, poczujesz ból czy cokolwiek odbiegającego od normy, skontaktuj się ze mną najszybciej jak to możliwe, Kotik- rzucił basior.
Nie planowała go powstrzymać, wiedziała, że byłoby to marnowanie czasu i energii. Skinęła głową, próbując ukryć zawód, który wykwitł na jej pysku. Wskakując na swój fotel, opatuliła się grubym, wełnianym szalem, szykując się na nadbiegający chłód.
Basior odsunął grubą deskę podtrzymująca wejście, po czym otworzył drewniane drzwi, pozwalając by wyślizgnęły się z ramy, gdy ciężki śnieg uderzył w nie od zewnętrznej strony. Uderzył w niego mroźny wiatr, siejąc śmierć w domku, podczas gdy płomienie tańczyły za nim, rzucając długie, tańczące zjawy na ceglane ściany. Chłód nadszedł jak grzmot, uderzając w podłogę i kładąc zimną warstwę śniegu na jego łapy, zadrżał całym domem. Samiec wyszedł za próg, niewzruszony zimnem i zatrzasnął za sobą drzwi. Ekstremalne warunki pogodowe nie stanowiły dla niego problemu, tym bardziej że wcale nie było tak daleko z laboratorium. Słońce świeci. Zamiecie przechodzą. Wilki umierają. Takie było po prostu życie.
Szedł niewzruszony przed siebie, wpatrując się w mrok i ciemności i śniegu, wszystko zalane czernią i szarością. Linia drzew iglastych otaczających domek stanowiła jedynie niewyraźne, fantazmatyczne kształty rodem z horrorów. I wśród okropnego odbicia zachmurzonego nieba majaczał poruszający się cień. 

════ ⋆★⋆ ════

Przechylił łeb, wpatrując się w wilczycę, która praktycznie wlazła mu pod nogi. Jej ciało pokrywała brązowa sierść, całkowicie obklejona śniegiem i soplami lodu. Trzęsła się jak każdy normalny wilk, który stawiał czoło zimowym wiatrom, z ustami zabarwionymi na ciemnoniebiesko od zimna. Gdy uniosła wzrok i ujrzała przed sobą basiora, nagle zamarła, a blask w jej oczach jakby zgasł. Asmoday obdarzył waderę szerokim uśmiechem, szczerząc ostre kły. 
- Wybacz za zaskoczenie, nie mam złych zamiarów- zapewnił spokojnym głosem.- Jedynie zauważyłem, że zbłądziłaś.
Wilczyca otworzyła pysk, jakby starała się coś powiedzieć, jednak jej zęby szczękały tak mocno, że ostatecznie znowu go zatrzasnęła. Zamiast tego jedynie energicznie pokiwała głową. 
- Może chcesz wejść do środka?
Kolejne energiczne pokiwanie głową. 
Tyle wystarczyło?
Rozumiał, że sytuacja wadery była tragiczna. Była uwięziona praktycznie na lodowym pustkowiu, nie wiedząc, w którą stronę się skierować, z zakrwawionymi bandażami na łapach i niemal na skraju wychłodzenia. Nie chciał jednak pokazać, że jej reakcja zbiła go z tropu, więc zamiast tego obdarzył ją kolejnym uśmiechem, po czym pokierował w stronę chatki, którą niedawno opuścił. Starał się osłaniać ją od ostrego, mrożącego wiatru, trzymając ją w cieniu swojego ciała. Wilczyca sama przyległa do niego, zapewne wyszukując ciepła i więcej ochrony od zamieci. 
Zatrzymali się na betonowych schodkach, po czym ogromna łapa uderzyła kilka razy w poranione śniegiem drzwi. Zaledwie kilka sekund później, drzwi stanęły przed nimi otworem, a biała wilczyca przywitała ich z szerokim uśmiechem.
- Jednak nabrałeś rozumu...- zaczęła, po czym nagle zacięła się, gdy dostrzegła waderę przyklejoną do boku samca.- Oh, ojej! Wchodźcie, proszę. 
Zbłąkany wędrowiec wtoczył się do ciepłej chatki i od razu podbiegł do palącego się ogniska. Drzwi zatrzasnęły się, gdy Asmoday pchnął je zadem i przysiadł, blokując wyjście. Kotik już kręciła się przy zmrożonej waderze, opatulając ją milionem kocyków i dorzucając kłody do ognia. 
Po zamieceniu części śniegu, który został pozostawiony na drodze od drzwi, podała im dwie filiżanki ostrej herbaty z miodem, z posmakiem korzenia imbiru i suszonych ziół. Niedługo potem goszczona przez nich wadera przestała się trząść, trzymając w łapach dymiący kubek. Jej skóra znowu przybrała zdrowego koloru i śnieg rozpuścił się na jej sierści, dzięki czemu w końcu przypominała bardziej wilka niż ducha. 
- Ja dziękuję- powiedziała w końcu, choć jej głos dalej trząsł się od zimna. 
- Ależ skarbie, nie ma za co dziękować- zaszczebiotała Kotik. 
- Co robiłaś na zewnątrz w taką pogodę?- Spytał Asmoday, starając się by jego głos zabrzmiał jak zmartwiony.
- Z wyprawy wracałam- odparła wadera.- Xeva jestem. 
Samica wyciągnęła łapę w stronę basiora, jakby sama nie wiedząc, czy dobrze zrobiła. Czarny wilk uśmiechnął się i delikatnie uścisnął wyciągniętą w jego stronę łapę. 
- Asmoday- przedstawił się, po czym spojrzał na ich gospodynię.- A to Kotik.
Kotik uśmiechnęła się, podczas gdy Asmoday mocniej ścisnął łapę Xevy i wbił wzrok w jej bandaże. Były przemoczone, zakrwawione, pokryte brudem i ziemią. Skrzywił się, po czym uśmiechnął się do wilczycy.
- Jeśli pozwolisz, zmienię bandaże. Przeczekamy tu zamieć- zamruczał leniwie.
- Ja dziękuję, panie Asmoday. Taki uprzejmy Pan jest- wadera odwzajemniła jego uśmiech, jej ogon wesoło uderzał w drewniane deski, na których siedziała. 
Wyciągając apteczkę z kuchni, zdjął bandaże i przemył rany. Jej kończyna pokryta była małymi nacięciami, na tyle głębokimi, by puścić krew, lecz nie na tyle, by wyrządzić poważniejszą krzywdę. Nie zadawał pytań, opatrywał różne rany i już dawno przestał się interesować ich pochodzeniem. Gdy wszystko zostało dokładnie wyczyszczone, obwiązał jej łapy świeżym bandażem. Xeva bardzo szybko poczuła się bezpiecznie w ich towarzystwie i w pewnym momencie nagle zasnęła na jego ramieniu, pewnie z wymęczenia. 
- Myślisz, że jest głupia?- zapytał Asmoday, wędrując wzrokiem między waderą śpiącą na jego ramieniu, a Kotik.
Malisabis wzruszył ramionami. 

<Xeva?>

Słowa: 1070 = 74 KŁ

środa, 22 lutego 2023

Od Asmodaya CD. Rosa

W głównej części laboratorium panowała bezwzględna cisza. Eden i Benares bez słowa siedzieli przy stole. Benares coś czytał, leniwie przerzucając kolejne kartki grubego tomu. Eden z kolei niespokojnie wpatrywał się w zakurzony blat. Pyłki tańczyły po gładkiej powierzchni przy każdym jego oddechu, który tak usilnie starał się wstrzymywać. Chciał oddychać najciszej i najwolniej jak tylko mógł, by nie wpaść w spiralę własnej paniki. Drżał, co chwila zerkając na swojego współpracownika, jakby szukając w nim otuchy, jednak rogaty wilk nie odrywał wzroku od swojej lektury.
Od wypadku na arenie minęło kilka tygodni i był to okres drastycznych zmian w laboratoriach. Zdawało się, jakby Asmoday zachłysnął się własnym sukcesem. Początkowo niebieskooki był jedynie zmartwiony, gdy jego przełożony rzucił się w wir badań, odmawiając jedzenia czy snu i całkowicie się od niego odciął, nie pozwalając mu nawet na opatrzenie jego poważnych ran. Jednak tylko on był zmartwiony tą całą sytuacją, Benares pozostawał obojętny i w ogóle nie podzielał niepokoju młodszego wilka. Zachowywał się tak, jakby w ogóle nie zauważył nic nadzwyczajnego, poza większą ilością wolnego czasu, z którego bardzo chętnie korzystał. Po wydarzeniach na arenie dostali rozkaz, by wykraść z kostnicy ciało zmutowanego wojownika, by ich szef mógł zacząć jego badania. Po tym, jak udało im się je odzyskać, Asmoday zamknął się w sali autopsyjnej i nie widzieli go przez dobre kilka dni. Ich separacja zakończyła się, gdy samiec nagle ogłosił wyruszenie na wyprawę poza granice Królestwa.
Podczas wyprawy znaleźli kolejne części do budowanych przez Asmodaya maszyn. Dla nich nie było to nic specjalnego, zwykłe śmieci, które będą zagradzać najniższe piętro. Jednak ich szef był nadzwyczaj zadowolony nowymi znaleziskami, jakby odkrył jakiś niepojętny skarb. Całą drogę powrotną szczebiotał wesoło o możliwościach, jakie zapewniają mu te graty, jednak zarówno Eden, jak i Benares zagubili się w jego słowach i zasadniczo nie zrozumieli z nich absolutnie nic. Po powrocie powrócili do dawno porzuconych eksperymentów, jednak na znacznie większą skalę niż wcześniej. I zaskakująco, powoli zaczynali coś osiągać. 

Przed Edenem leżała mała góra akt i dokumentów, jednak to nie one były źródłem jego niepokoju. To, co naprawdę budziło jego przerażenie był sadystyczny, pełen satysfakcji śmiech i bolesne krzyki dobiegające zza jego pleców. Jednak to nie eksperymenty go martwiły, lecz podejście Asmodaya. Jego szef zachowywał się, jakby całkowicie zapomniał o istnieniu Khadosa i to wypełniało go terrorem tak głębokim, że od kilku dni wręcz nie był w stanie myśleć. Bał się, że zostanie znowu wyrzucony na bruk, że jest bezużyteczny. Nieustannie był na skraju łez, lękając się każdego kolejnego dnia, że zostanie porzucony. Asmoday nawet przestał się do niego odzywać, czy go dotykać, nawet na niego nie patrzył. 
Winowajca tego wszystkiego, jedynie od czasu do czasu opuszczał salę operacyjną i robił sobie krótką przerwę. Mijając swoich pomocników, rzucał kolejne raporty na piętrzącą się przed nimi górę, rzucał na nie okiem i kazał wprowadzać małe poprawki. Każdy papier, którego dotknął, nabierał miejscami koloru głębokiej czerwieni. Czasami barwa plam się różniła, jednak nikt nie miał wystarczająco odwagi, by chociaż spróbować odgadnąć ich pochodzenie.  
Długi, ostry pazur zapukał o blat, kiedy Asmoday wskazał jedną z danych na spisanym raporcie.
- Ta liczba powinna wynosić 4200. Nawet najmniejszy błąd wpływa na przebieg badań, staraj się ich nie popełniać.
- Przepraszam- mruknął Eden, opuszczając łeb. 
Czarny wilk zamruczał niezadowolony, przeskakując wzrokiem między wilkami. Coś było zdecydowanie nie tak w atmosferze ich otaczającej. Benares uniósł wzrok znad swojej książki, spoglądając na Asmodaya i posyłając mu mały uśmiech. To na pewno nie był problem z rogatym. Na chwilę przystanął, by uważnie przyjrzeć się swojemu młodszemu pomocnikowi. Wystarczył moment, by zauważył, że Eden trzęsie się w niekontrolowany sposób, jakby ze strachu. 
Ogromna łapa podsunęła się pod pysk niebieskookiego i powoli uniosła go, zmuszając wilka do spojrzenia w szkarłatne ślepia. 
- Coś nie tak?- zagruchał większy wilk, przechylając masywny łeb. 
Czuły ton wystarczył, by z turkusowych oczu pociekły łzy. W jednej chwili wszystkie emocje z ostatnich tygodni wylały się z Khadosa, sprawiając, że przepełniony żalem ryk rozszedł się po ogromnej przestrzeni. Asmoday gwałtownie odsunął się jak spłoszona zwierzyna, jego pysk wykręcił się w nieodgadnionym wyrazie, jakby przerażenia czy obrzydzenia. Jego reakcja jedynie pogorszyła sytuację i lament nasilił się, zmuszając Benaresa do odłożenia książki i podbiegnięcia do wilka, który bezsilnie opadł na podłogę, by skulić się pod oceniającym spojrzeniem czerwonych oczu. 
- Shh, shhh, no już- szeptał rogaty, pochylając się nad Edenem i delikatnie głaszcząc czarną sierść. 
Ogromny samiec stał bez ruchu, wpatrując się w swoje pionki. Ostatecznie westchnął ciężko i pokręcił głową. Nawet nie miał ochoty pytać. Schariacowi często zdarzały się różne wybuchy, szczególnie w rzeczach które dotyczyły Asmodaya. Jednak zazwyczaj same mijały po jakimś czasie. 
- Jak wrócę, sale mają być posprzątane- rzucił niedbale. 
Ruszył przed siebie leniwym krokiem, omijając szerokim łukiem swoich pomocników. Słyszał za sobą narastający lament i uspokajające szepty, jednak nie miał siły ani ochoty radzić sobie z tym całym cyrkiem. Miał wystarczająco rzeczy na głowie i uspokajanie Edena z kolejnego tantrum na pewno nie było na jego liście ulubionych zajęć. Mógł się zająć tym jak wróci, potrzebował oczyścić umysł i odetchnąć. 
- Zawsze tak robisz, do cholery. Mógłbyś choć raz przynajmniej spróbować pomóc- zarzucił Benares.
- Benares, możesz po prostu milczeć jak nie masz nic sensownego do powiedzenia- westchnął samiec.- Powinienem był zmodyfikować wasze usta, albo chociaż zapieczętować je na dobre. 
Metalowe drzwi zatrzasnęły się za nim, odcinając korytarz od hałasu rozbrzmiewającego w głównym pokoju.
Przez ostatnie tygodnie był zbyt zajęty pracą, by myśleć o czymkolwiek innym. Jednak gdy ten cały teatrzyk wygonił go z laboratoriów, dopiero sobie uświadomił, jak wiele rzeczy go ominęło. Otoczony pracą ze wszystkich stron zwyczajnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że on również miał normalne wilcze potrzeby, choć nie były one dla niego tak ograniczające. Potrafił bez trudu znieść głód, nawet ten trwający po kilka dni, tak samo, jak zmęczenie. Jego kondycja zdecydowanie przewyższała normę, mógł również bez problemu unikać snu przez przedłużone okresy. Jednak było kilka rzeczy, których nawet on nie potrafił uniknąć, albo zwyczajnie też nie chciał. 
W końcu oddychając świeżym powietrzem, poczuł frustrację, którą ignorował przez tygodnie. Była to rzecz której czasami szczerze nienawidził, gdyż w pewnym momencie przyciemniała wszystkie jego zmysły i skazywała go na myślenie tylko o tym, jak się od niej uwolnić. 

Wadera spojrzała na niego zeszklonymi od zgromadzonych łez oczyma. Siedziała skulona w kącie pomieszczenia, dalej drżąc. Ledwo mogła się ruszyć, jej sierść była zmierzwiona, skóra na jej karku była splamiona krwią, która dalej toczyła się z małych ran, śladach po ostrych zębach. Asmoday rzucił sakiewkę wypełnioną łuskami pod jej łapy.
- Przepraszam za szkody- rzucił na odchodnym, po czym opuścił mały pokój na drugim piętrze karczmy.
Drewniane schody zajęczały pod ciężarem jego kroków, uginając się pod jego masą. Karczma była wypełniona po brzegi, wilki tłoczyły się jak sardynki w puszce, co chwila niezdarnie zderzając się ze sobą ciałami. Na samą myśl o wciśnięciu się w harmider zadrżał. Przecisnął się przez tłum tłoczący się przy barze. Powietrze przesączone zapachem mokrego psa, potu i alkoholu aż piekło w gardle. Poziom upicia alkoholowego w karczmie był zdecydowanie ponad normę, więc wyjątkowo Asmoday był w stanie uniknąć ciekawych spojrzeń innych wilków. Przemknął się między ludźmi i wyszedł jednym z tylnych przejść, w końcu będąc w stanie oddychać świeżym, rześkim powietrzem. Sam wypił kilka kufli i dalej czuł posmak alkoholu na języku, jednak nie było to dla niego problemem. Alkohol nie miał na niego mocnego wpływu, pił go dla smaku i tego specyficznego pieczenia w gardle. Nie potrafił sobie przypomnieć żadnej sytuacji, w której rzeczywiście odczuł skutki alkoholu. Nie przepadał jednak za karczmami, najczęściej omijał je szerokim łukiem. Było tam zawsze zbyt tłoczno i zbyt duszno, i nigdy nie mógł uciec przed wścibskimi spojrzeniami innych wilków. Kręcąc się po ulicach, w końcu skręcił w jedną z pobocznych alejek. Obrzydliwy, intensywny zapach natychmiast wypełnił jego nozdrza, sprawiając, że skrzywił się i zadrżał. Wiatr niósł różne wonie, gnijącego jedzenia, rozgrzanej smoły, palonych śmieci czy rozlanego na bruku piwa. Niemal natychmiast się wycofał, odskakując w tył i niemal przewrócił się o leżącego na ziemi wilka, który najwidoczniej przesadził z ilością alkoholu i nie był w stanie się nawet podnieść. Odwrócił łeb, gotowy na zjebanie pijanego wilka, gdy kątem oka zauważył błysk znajomego płaszcza. Natychmiast przykuło to jego uwagę, tym bardziej że sytuacja zdawała się dosyć nietypowa. Białemu samcowi towarzyszyły trzy wilki, z czego dwójka z nich zdawała się podtrzymywać jednookiego, który ledwo trzymał się na nogach, choć nie wyglądał w żadnym stopniu na rannego. Możliwość, że sam przesadził z trunkami, jak nieprzytomna kłoda pod nogami Asmodaya była wysoce nieprawdopodobna, jako że w ogóle nie wyglądał na kogoś, kto ma do tego skłonności. Czarny wilk pomyślał przez chwilę, obserwując jak grupa znika za zakrętem, po czym wzruszył ramionami i ruszył za nimi, z czystej ciekawości. Zdawali się unikać głównych ulic, co chwila skręcając w poboczne uliczki i alejki. Ostatecznie grupa wilków wyprowadziła go w ciemny las. Po kilku minutach gry w kota i myszki, podczas których Asmoday wprawnie pozostawał ukryty w cieniach, grupa wilków w końcu się zatrzymała. 
- A ty tu kurwa czego? Guza szukasz?
Asmoday podniósł łeb, szukając źródła głosu i z zaskoczeniem odkrył, że między wysokimi drzewami czaił się wilk. Utrzymywał się na strukturze podobnej do pajęczyny, zrobionej z dziwnego materiału, na oko przypominającego zwykłe nici. Nagle zeskoczył, stając przed czarnym wilkiem. Z bliska okazało się, że była to wadera, prawdopodobnie Quatar i to strasznie młody. Jej sierść była śnieżnobiała, poza tą na jej szyi, która przyjęła kolor żywego błękitu. Gdy stanęła przed basiorem, w jej świecących się jak diamenty oczach błysnął strach. Korzystając z chwili zawahania, gdy wadera stała bez ruchu, Asmoday wyminął ją i ruszył dalej, bliżej śledzonej przez siebie grupy. 
- Hej! Mówię do ciebie!- krzyknęła za nim. 
To zwróciło uwagę grupy stojącej zaledwie kilkanaście metrów dalej. Niemal natychmiast obejrzeli się, a zza licznych drzew i skrytek wyskoczyły kolejne wilki, których wściekłe ślepia wgapiły się w czarnego basiora. Asmoday zamarł, rozglądając się uważnie i rozważając kolejne ruchy. Najwidoczniej wpakował się w jakąś grubą zorganizowaną akcję. Najłatwiejszym rozwiązaniem było poddanie się, albo wycofanie. Nie wiedział kim były te wilki, ani czego chciały. Nie był w stanie też przewidzieć, ilu ich współpracowników czaiło się w lesie, ani jaki rodzaj magii posiadały. 
Rozmyślanie nad kolejnymi krokami jednak zajęło mu zbyt długo, i gdy ponownie się rozejrzał, większość ślepii świecących w ciemnościach zdążyła zniknąć. Zza drzew wyszedł kolejny wilk, o złotej sierści i jadowicie zielonych oczach. Z jego uchylonego pyska toczyła się dziwna mgła, która rozlewała się po ziemi i wędrowała w stronę Asmodaya. 
- Dobranoc.
Delikatny, aksamitny głos dalej dźwięczał w jego uszach, gdy nogi nagle się pod nim ugięły. Masywne cielsko opadło na śnieg, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu czy reakcji. Miał wrażenie, jakby jego płuca wypełniły się wodą, a oddech utknął mu w piersi. Próbował się szarpać, niczym ryba wyciągnięta z wody, jednak nieważne jak mocno się starał, nie mógł drgnąć nawet mięśniem.  
Jego świadomość pogrążyła się w bezkresnej ciemności. 

Chłód w powietrzu otaczającym go zdecydowanie pasował do wszechobecnej ciemności. Było mu zimno i wilgotno, ledwo mógł oddychać przez worek narzucony na jego łeb i nawet gdy otwierał oczy, nie był w stanie niczego dostrzec. Czuł ciężar łańcuchów, które oplatały całe jego ciało i wiązały kończyny, uniemożliwiając mu ruch. Jedyną ostoją stanowiła ciepła i miękka puchata sierść opierająca się o jego plecy, choć jej ciężki, zmęczony oddech powoli doprowadzał go do szału. Zapach wilgoci i zagrzybiałej powierzchni zdecydowanie dominował, jednak wciąż mógł wyczuć w pokoju obecność znacznie delikatniejszych nut piżma i środków do wyrabiania skór, które pewnie mógłby rozpoznać z kilku metrów. Łańcuch zadzwonił, gdy wilk zwrócony do niego tyłem w końcu gwałtownie się wybudził.
- Dzień dobry, śpiąca królewno- rzucił Asmoday, jego monotonny, przesączony jadem głos odbił się echem od pustych, zimnych ścian. 
- Co jest, kurwa- drugi wilk wzdrygnął się, po czym zaczął szarpać się w swoich uwiązach.
- Przestań się wiercić, bo wygryzę ci tchawicę- ostrzegł czarny samiec, gdy w wyniku szarpaniny łańcuchy krępujące ich razem zacisnęły się mocniej na jego ciele. 
- Miałem nadzieję, że nie żyjesz. 
- A ja miałem nadzieję, że więcej cię nie spotkam. Widzisz Przywódco Białe, teraz oboje jesteśmy rozczarowani. 

<Ros?>

Słowa: 1979 = 144 KŁ

piątek, 17 lutego 2023

Od Asmodaya, Trening XIII, cz. II

"Leave me alone" the wounded whispered.
"See, I can't do that. You happen to play a big part in my current job. I can't let you bleed out" Katori remarked.
"Are you a bounty hunter?" the younger raised his head, looking at his tormentor.
Golden eyes flashed, as Katori cocked his head. He wasn't massive or imposing, but his presence still seemed overwhelming. He was an average-sized wolf, with beige, thick fur that sometimes taking on shades of gray. His specialty was that, apart from his eyes, he was unremarkable. He was not mighty, he had no distinguishing features, no scars, nothing that made him stand out from other wolves. Therefore, he was the perfect match for his job. Inconspicuous, discreet, able to blend in with the crowd. He worked in this profession for years and was satisfied with his work. Of course, he had a hard time dealing with the remorse at first, but over time he got used to the blood on his hands, it helped that everyone he was chasing were criminals, terrible wolves. He was not afraid of his profession, just as he was not afraid of taking responsibility for it.
"Something has to pay the bills."
"You never learn, now do you?" the young wolf hissed.
"What do you mean by that?" the male frowned, cocking his head in consternation.
"The bounty hunters have been chasing me for weeks, and all they've found is death" the wolf lowered his voice, a subtle threat hanging in the air, thickening the atmosphere in the room.
"And now look at you, peak of health" Katori teased, then smiled, pleased with his little joke.
"My current condition is a result of my own will. Why would I let myself get suddenly caught when I was so good at hiding in the shadows? In fact, you can just let me die here." The young wolf said in a voice that sounded like the wheezing of a vanishing soul.
Katori shivered, overwhelmed with a sensation as if a cool breeze passed through him. He looked at the cub. The young wolf just stared at the ceiling. It had a calm expression on its face, as if it had just told him its age, there was no emotion or implication. He didn't even sense sadness in his words, which was simply terrifying. What must have happened in this pup's life if he was ready to die at such a young age?
"Sure, you can die. But not before I hand you over to my client. I don't want anyone dying in my house, it's bad luck" the older wolf shrugged.
He looked into the younger wolf's eyes again, it didn’t even feel like there was something alive there. Supposing it was late at night instead of a brisk early morning, he would have thought it was a ghost or a hallucination. Why did he even try? It's not like the injured will repay him in some way. He probably won't even thank him for saving its life. Not to mention that the pup was his target, he was supposed to kill him, not take care of him. Was it his buried conscience? In fact, it was the first time he had met such a young wolf as his bounty. Maybe some fucking maternal instinct kicked in?
"You don't have to cooperate, I really don't feel like babysitting a criminal" Katori sighed.
Wendigo looked at the elder wolf and fell silent for a moment.
"That's bold. Aren't you a criminal yourself?"
"Bounty hunters act as an extension of justice" the elder wolf grunted, as if the words were etched into him, and he was extremely bored with them.
"Not when they kill outside their jurisdiction."
Katori frowned, wondering if that was a bluff or an actual threat. He might have problems if it turned out that he was taking orders from the underworld, and that he had literally become the same garbage he was officially exterminating.
"I know who you are, Albatross."
Surprise flickered across his face at first, when the cub's words reached his ears. But he was not fooled, and in the twinkling of an eye he returned to his cool indifference. What if his prisoner knew a little too much? He had no actual power anyway. The whole underground was after him, partly the whole Kingdom as well, though on paper they still did not know his identity. Either way, wherever he spread that info, he would be met with mockery. He posed no real threat, he could say whatever he wanted and no one would believe him.
He blinked a few times, then sniffled and looked at his prisoner with disappointment in his eyes. The pup seemed to understand that his words had no real effect or shock value, and disappointment crossed his face as well, amusingly quickly replacing the flash of satisfaction. They stood in awkward silence for a few moments.
"Well, that didn't work out. Do you want some coffee? Tea, perhaps?" Katori returned to the kitchen, taking a can of fresh cream.
No reply.
"So, how did you become the most coveted morsel in the underground at such a young age?"
No reply to this either.
"How do you know about me? No one knows, so you must have been watching me for a long time; and you were good enough at it that I didn't even realize. That begs the question, did you know I had a contract regarding your capture?"
As expected, no reply.
He felt like he was having a conversation with a wind fairy. A character from a picture book, who unexpectedly visited his house on a peaceful morning. That is, if the wind fairy was a bully covered in blood and a wanted criminal.
Katori poured the coffee into two cups and added cream. He took his sweet time stirring it, watching the steam. Then he noticed, that come to think of it, there was no sign of anyone in the next room. No audible breathing. No indication of death in the air. His prisoner was certainly unable to escape on his own, so after one deep breath, golden eyed peeked out the doorway.
The young wolf was crawling towards the front door. If its legs had been able to move, it would have walked out, but it did not seem to have recovered that much strength. He was crawling on the floor, awkwardly and clumsily creeping forward. Luckily, this time there was no trail of smeared blood. After feeling the elder wolf's piercing gaze on its neck, he stopped. The pup turned his head and donned a resigned, yet mocking smile.
"You don’t want me to die while I’m in this house, do you? If that’s the case, then if I leave the house, you’re irrelevant. No need to help. No need to think or worry. Just stand and watch" he blurted out.
"Don't abuse my good attitude. I won't hesitate if you give me a reason to hurt you. "
The cub shrugged, then resumed moving forward. Katori watched as he sipped his coffee. The young wolf’s progress was slow and pathetic. He took another drink of the coffee. The pup continued without hesitation, it no longer even looked at him.
Albatross sighed, finally moving. The pup tried to speed up, when he sensed a movement behind him.
It muttered something dissatisfied under its breath as its tormentor grabbed it again by the skin on his back and began to drag him deeper into the house. Resigned, he didn't even try to break free, he just accepted his fate. Katori threw the cub on the mattress, then looked at him, wondering how to deal with the whole situation. Suddenly, a brilliant idea dawned on him. Pulling out leather ropes, he wrapped the delinquent, tied his paws together and then knotted the ends to the metal bed fixtures. Then, he raised pillows, to give his prisoner at least a small sense of comfort, replaced the quilt with a new one, and opened the skylight to allow fresh air to reach the room.
"You’ll accept staying like that until the time has come that my client will get here" Katori announced.
Then he looked down at the pup and added.
"Anything you want?"
"My nose is itchy" the young wolf looked at him with increasing resentment in his eyes, whilst squirming and trying to move.
"Well. Sorry to hear that" the elder wolf smiled, then turned on his heel and returned to the kitchen for coffee.
Behind him, the young wolf's torrent of verbal abuse filled the air. The bundles of filthy words that the prisoner was making up exceeded any norms or standards, truly proving his magnanimous creativity. The hut was far enough from civilization that Katori did not have to fear that the prisoner's words would corrupt his neighbors. In fact, even if the pup screamed and cried, no one would hear him.

And that is how Wendigo and Albatross began their strange, brief time living together. 

Słowa: 1508
Nagroda: 15 punktów magii 

piątek, 10 lutego 2023

Od Asmodaya, Trening XIII, cz. I

The bloody remains were thrown on his carpet. Katori looked at the body, then with doubt written on his face turned his head at the two wolves who dragged the corpse into his home. He raised an eyebrow, to which one of the brutes answered him with a shrug.
Dead bodies always seemed to be things strangely exaggerated, but for them, it was something closer to the norm. He couldn't count how many wolves had already fallen from his hand or how many corpses he had seen with his own eyes, probably the same as his current associates. It was not a profession for the faint-hearted, especially when any assignment could cost them their lives as well. 

"What am I supposed to do with that?" he asked, waving his paw suggestively at the corpse lying on the carpet. His expensive, sophisticated beige rug was slowly turning scarlet, and he was losing hope of ever being able to wash it. His heart ached a little, that fucking rug was the most valuable thing he owned. 
"I don't know, I don't care. Just make sure it doesn't run away" one of the thugs mumbled as he headed for the exit, then slammed the door so hard that all the furniture trembled.  
Run away?
He felt like a total idiot, or as if someone had just spit in his face. After a little while, he noticed why those were his orders. The dead body’s chest was feebly rising and falling. Well, then it was not a dead body. It was alive. 
He scanned the body. It was of medium size, as if it belonged to a small wolf or pup, completely covered in night-black fur. It was slightly unnaturally proportioned, as if it had been stretched out, or it has undergone rapid growth and has not had time to expand reasonably. Blood oozed from numerous wounds, which he probably obtained while defending himself against bandits. Bits of fur were missing here and there, revealing sensitive skin of an odd shade. However, by far the strangest thing was the head of a corpse, replaced by a bare skull, that was unlike anything he had ever seen. 
He touched the body with the tip of his paw, nudging it lightly. It was surprisingly light. He didn't really want to do anything about it, he seriously considered simply leaving the wounded wolf on his carpet and letting him bleed to death. He would carry out his order, and at the same time he could relax and use the time freed up in this way. However, this plan had several flaws. He did not know when his client would return, so he could risk spending days or even weeks in one hut with a decomposing body. And if he did that, he'd feel like a bastard. He may have been one of the best bounty hunters in the Kingdom, but he wasn't a coldhearted, unfeeling monster. Still, getting involved felt like a huge pain in the ass. Especially considering who was bleeding out on his carpet. The juvenile was obviously not something the public should have anything to do with. At merely the sight of that creature, a normal wolf would turn on their heel and fleece as far as they could.
He looked at the juvenile, inspecting him from a different angle, and finally sighed heavily. He decided to act and with a bit of luck could save the young wolf's life. This option was also not the best solution, alive and in better condition his little prisoner was more likely to escape, and his main job was to keep him in place after all. He knew who was lying on his rug, and he was aware of the consequences he could face for being part of this whole conspiracy. But it was precisely that risk that got this job into his hands. 

First, he approached the juvenile, then he lifted him off the ground, grabbing the skin on the back of its neck with his teeth. However, he was unable to pick it up completely, so he ended up dragging the half-dead body across the floor, leaving a trail of fresh blood on the wooden panels. After throwing the juvenile on the bed, he quickly inspected his wounds. There were a lot of them, and they were quite deep, so the amount of blood was definitely not unnatural. What was more shocking was how his guest was still alive despite being in such a bad condition. 
He pulled out a basic first aid kit that was always conveniently stored under the bed, to give the juvenile some simple first aid. He washed and disinfected the wounds, noting with surprise that the wounded did not even twitch. Then, to stop the blood flow, he tightly tied a clean cloth around the injured parts of the juvenile's body, substantially covering his whole figure with bandages. The wounded wolf was lucky to be in the hands of Katori, who could tend to such injuries with his eyes closed.
After finishing, he looked at the juvenile, while sitting down in a chair which he pulled up to the edge of the bed. The young thing's breathing was steady. His respiratory system and bones appeared undamaged. However, he didn’t appear to be waking up. 
"You shouldn't have helped him" said the voice inside his head.
A smart wolf would agree, and, if possible, finish off the wounded so that he would not cause problems later. He tilted his head and looked at his target's face once more. It was almost impossible to tell what it truly looked like, but that was rather obvious, given that its whole face was replaced by a skull. He still wondered, how something so young and potentially vulnerable could become something so… desirable that half of the best bounty hunters chased after it for weeks.
A dangerous criminal was resting on his bed and Katori literally just saved his life. But maybe it will give him some ground for cooperation. After all, he didn't know how long it would take his client to get here. Actually, he wasn't convinced about the job from the beginning, catching the target was one thing, but finding out it was just a juvenile was definitely a surprise. He himself had not been able to decipher how something like this pup was able to commit such acts. There must've been something clearly wrong with him, but who was Katori to judge that.
He decided to make something to eat for himself and his prisoner, but he couldn't leave him alone for fear that the juvenile would run away. He jumped off the chair and bent down under the bed again to grab the leather straps with which to tie the wounded man to the cradle. In the presence of the Wendigo, he should even watch out for the motion of raising and lowering a spoon in front of him. The wolf body has approximately 320 bones, but it wouldn't be strange for him to be torn up into as many pieces at the slightest mistake. 
When he straightened up, a hoarse voice reached his ears.
"Put it down."
Unbeknownst to Katori, the wounded wolf had opened his eyes and was looking at him with one creepy eye.
"What if I don't?"
"I will kill you."
For the juvenile, it was a phrase as ordinary as fresh wounds on his body. He could see it in his eyes, it was just a normal vocabulary for him, despite young age. 
"And how would you do it? You are badly injured, your body is almost unable to move. In your position, you'd need at least five of you to even scratch me" Katori spoke with a slight sneer in his voice. 
"Do you know who I am?" 
Under the furious glare of the younger wolf, he slowly put the restraints down. 
"That's it" the injured praised him.
Katori stared at the target for a few seconds, before turning around and heading to the kitchen. Through the open door, he could still see his prisoner. 
"All I did was emergency first aid, how do you feel about your wounds? You know, you could die" he said, putting the kettle on the burner and watching the flames grazing the metal dish.
"Don't worry about it. It's nothing, I'm used to getting hurt." The deep voice did not suit the young wolf at all. 
But nothing really suited him, everything was not as it should be. Such a weird, little thing. 
"It's a good thing to be obedient for a while, especially in your condition. At first, I assumed you were dead" Katori laughed.
"I don't have to submit to anyone-" after the pup had said that much, he started coughing and then threw up blood.
Katori quickly rushed over and turned the younger’s head to the side, so he wouldn’t choke on his own bloody vomit. He checked inside his mouth. It was hard to determine where the bleeding was coming from under the circumstances. It could just be a cut inside his mouth, or it could be the damage on his internal organs. He really couldn't tell. 

Słowa: 1533
Nagroda: 15 punktów szybkości

środa, 8 lutego 2023

Od Asmodaya, "The Beast" (cz.2.5)

[W opowiadaniu zawarty został akt kanibalizmu]

"Devour me whole" she cried. "Devour so that I may not rot"
I craved her with untold hunger, with passion. I craved to be with her, next to her, inside her. I had this hunger to touch her skin, to taste every inch of her. To feel her tender flesh and sweet blood. 
She was made to be crawled upon, to be devoured, to be consumed.
A swirling sensation began to rumble about in my stomach as the rage grew and grew at my defiance. As time wore on, the faintest hint of copper tainted my lips. 
She'd open up her belly and chest for me and let me take chunks of her organs. She fed me so graciously, I could never get enough. She didn't cry, she didn't try to run away. Her being was devoid of any movement or emotion, except for a paw that stretched lazily towards the violently opened door.
She left me hungry for her soul, my heart longing and always starving.

Everything was burning. Every nerve. Every hair. Every fiber of my being was lit ablaze by this perversion of my mind.
A heavy black goo dripped from my eyes and mouth as I watched the abomination unfold before my eyes. 
I tried to scream, but not even a strangled squeak escaped my throat, replaced by a wave of black vomit that landed under my paws. The whispers that had danced in the corners of my mind, had begun to transition into a deafening roar.
Agony filled my eyes, as I was forced into a life of unspoken internal suffering. 

I rattled the beads of my rosary as if they were her ribs. I rub the wood against my lips, as if it was a kiss. I take the words in my mouth, as if it was flesh and blood. 
"Please" I cried.
Nobody cared to save this child from destruction. Nobody listened nor heard the pleas of surrender. 
To get out of here, you ought to promise me a kiss. 

Słowa: 337 = 22 KŁ

wtorek, 7 lutego 2023

Od Asmodaya, "The Beast" (cz.2)

Each day I look in the mirror of God and still see my own scrambled image. 

"Are you scared of death, Ashmedai?" GOD asked, glancing down at the pup by his side. It was slender and tall, at first glance fragile and delicate, as if any stronger gust of wind could break it like a twig. It was an illusion, though. The puppy was strong and agile, and at the same time unbearably intelligent. It stole through the deadwoods like a wraith, and moved with a grace that told it was born a predator. There was not an iota of childlike innocence in it, it seemed to know more about the nature of this world than the elders, as it had seen all its curses and darkness. 
Its eyes were by far the worst part of the whelp. Despite young age, they were bleached with time – a dead thing’s eyes, drained of all light and life. There was a strange flame in its scarlet, bloody optics, which immediately caused discomfort, as if all you could see in them was sin and suffering. 
At first, as soon as he looked into its eyes, he wanted to grab the little body in his teeth and smash it against the cobbled wall. But he gave it a chance, realizing the puppy's boundless potential.
The cub's parents were unable to care for him, so GOD took him under his wing. However, the whole village was aware of the puppy's nature and no one was able to treat him as an equal. Both him and Ashmedai's parents were aware of their failure, but others were unable to see it. 
Thus, the pup still was portrayed as a savior, sent from the Gods. If his plan to raise a pup as his right hand failed, he would present it as an offering to the Gods and dispose of it in a holy sacrament. 
GOD was worshiped by the villagers. He was present everywhere in the village, heard every conversation, saw every step. He forged the entire village as an illusion, it was like a ship built to sink. Poison flowed through the veins of the city, they were all equally delusional and blind. Too busy running from their past to notice the whole structure's unsound. He took advantage of this by presenting himself as a prophet preaching divine words, and they believed him. 
However, he himself became so dispersed in his lie that he began to believe that he was one of the Gods. His pride, as well as his own, blind belief that the Gods were indeed whispering in his ears, commanded him to create Ashmedai. 
The pup was begot on bedsheets stained with sacrificial blood, rose from pain and rage. 

The GOD's name was Flauros. He was tall and mighty, nothing like any other wolf in the Kingdom. Completely covered with dark, long fur, illuminated by greenish runes that were constantly glowing. Long spines, like those of a porcupine, sprouted along his back. The fur on his tail was long enough to drag itself along the ground like the most beautiful shawl. His nape was covered with beautiful plume-like feathers that bristled when he wanted to appear more dignified, and braids framing his muzzle. His whole body was covered with pendants and beads engraved with spells, which, jingling with his every move, informed of his presence. Flauros was beautiful. 
And in the beginning, Ashmedai was also beautiful. 

"I am not scared. Are you?" the pup inquired, raising his head and looking straight into Flauros' eyes. 
That was the most terrifying thing. Ashmedai was fearless. He feared neither death nor the Gods. While other puppies were still afraid of the dark and hid in the paws of their parents at night, Ashmedai stood in front of it, staring blankly into its depths. 
"No. Death is a gift, little one" he spoke. 
The wolves bowed to them, then left the church to return to their homes. Life in the village was rather quiet, orderly. Each day began and ended with a gathering where they worshiped the Gods and performed rituals. Everyone had their assigned role, which they performed for the rest of the day, the most important rule was to never leave the village without consulting GOD. Not as if anyone wanted to escape. They were all outlaws, cursed and exiled. And even if they did, they could never escape Flauros' gaze. Once a month, deliveries from the Center arrived containing medicines or supplements, the rest of the time they had to be self-sufficient. This system, however, worked, despite many objections and opinions that it should not.
Ashmedai's parents had no function. There were stories that after his birth they both lost their minds. Tehe official version claimed that his birth was a moment of enlightenment for them, and madness was their price for conceiving a divine creation. Out of respect, other residents avoided their home, and only GOD had the authority to visit them. He came there twice a day, first thing in the morning to pick up Ashmedai before morning prayer and just after dark to wean the pup. However, even when he haunted their house, he never crossed the vestibule, afraid to see what was going on inside the inconspicuous hut. 
He did the same that night, disappearing into the darkness as soon as he confirmed that the pup had crossed the threshold of its home. 

Ashmedai crept through the shadows, trying not to alert his parents that he had already returned. His house was dark most of the time. Mother didn't like the daylight, sometimes even a candle flame was a problem for her. Their windows were permanently boarded up from the inside, planks nailed to the walls with rusty nails. If it wasn't for his excellent night vision, he probably wouldn't have known what their house looked like until now. He still had no idea what the colors of the walls or furniture were, but their tones weren't that important anyway. 
 However, inadvertently, he stepped in shattered pieces of glass mirror that had not been there a few hours earlier. Glass crunched under his paw, and in the darkness he saw two pairs of glowing eyes that suddenly stared at him. Angry growls made the house tremble, and the little pup curled up against the wall, as if he thought the less space he took up, the less likely he would be noticed.
- Are you back already?- his father's melodious and colorful voice echoed in the darkness, but the whelp wasn't naive enough to answer.
Instead, he started backing up slowly towards the door, his black fur blending perfectly into the shadows, allowing him a potential escape.
- Your father asked you a question, bastard. - His Mother's dead voice reached his ears, causing him to stop mid-step.
His mother rarely spoke. 
- Forgive me, Mother - he whined.
As soon as the words left his mouth, he heard the groan of one of the old, thin boards that lined the entire floor. Out of the corner of his eye, he saw the flash of teeth baring in the darkness. 
- Who fucking let you speak. - Father spat with contempt.
Two bodies collided as his parents lunged at each other, with a bang that made the pup jump. Without thinking, he turned and ran out of the house, fleeing into the night, driven away by the sounds of broken dishes, growls, and roars as his parents once again indulged in their anger. Fights were not uncommon in their home. His parents were constantly ready to throw themselves at each other's throats, every louder murmur or whisper provoked them, made them furious, burned them from the inside out. The same flame that bound their souls and hearts, consumed them and made them shed each other's blood. 
But that's what love looked like. The purest form of it. 
Love wasn't beautiful.
Love was pain, love was a curse. Love was suffering and darkness, fangs bared in the shadows, dirty rags in the sink and mouths filled with the taste of iron. 
He ran, his heart pounding in his chest, his veins buzzing with fear. He knew exactly where to go, he spent more nights in caves than in his own home. Maybe they were damp and empty, smelling of rotting flesh and lost hopes. Full of strange machines trapped under the stones.
But even the coldest nights, spent inside the caves, were warmer and more welcoming than his own home. 
His home was truly a nightmare, with two furious, unstoppable forces that constantly puffed and huffed above his head.
Waiting for the right moment to finally consume him. 

Słowa: 1448 = 93 KŁ

czwartek, 2 lutego 2023

Od Asmodaya CD. Rosa

Głos tłumu niósł się jak grzmot. Wibrował w kamieniu, rozlegał się echem wśród zapoconych, pustych ścian. Pył osypywał się z belek podtrzymujących sufit, drżących pod dudnieniem setek łap. Ogłuszające dzwony okrzyków zachwytu męczyły uszy, głośne wycie rozchodziło się brzękiem po kościach. Trybuny były wypełnione po brzegi, wilki niemal z całego Królestwa zjechały się, żeby obejrzeć rozlew krwi i obstawiać najsilniejszych wojowników.
Raksha zadrżał, gdy jego łapy w końcu stanęły na ochrzczonym krwią piasku. Brakowało mu tego uczucia, przypływu adrenaliny, tłumu wykrzykującego jego imię.
Dumnie uniósł łeb, przechodząc przez arenę, którą równie dobrze mógł nazywać swoim domem. To, kim był wcześniej nie miało tu żadnego znaczenia. Teraz był czempionem, Niezwyciężonym. Śmiercią i furią, wybrańcem Bogów. 

Jeszcze nie tak dawno był przekonany, że już nigdy nie wkroczy na arenę. Jego ciało zawiodło podczas ostatniej walki i mimo że wygrał, obrażenia, jakie poniósł pozostawiły go w tragicznym stanie, niemal nieodwracalnie przygważdżając go do łóżka. Przez kilka pierwszych dni walczył jedynie ze śmiercią, tkwiąc w ciemnościach i z trudem nabierając kolejne oddechy. Lekarze i sponsorzy już spisywali go na straty, gdy w drzwiach jego posiadłości stanął niezapowiedziany gość. Raksha widział w swoim życiu wiele dziwactw. Potworów, wilków zniszczonych przez stoczone pojedynki, dziwnych stworzeń, z którymi musiał się czasami mierzyć na arenie. Jednak nigdy nie spotkał czegoś tak... innego, jak przybysz który tamtej nocy pojawił się w jego domu. Było mu bliżej do jednej z bestii, o których wojownicy opowiadali sobie przy kuflu zimnego piwa niż do wilka, ale było oczywiste, że czymkolwiek się stał, kiedyś musiał być jednym z nich. Przedstawił się jako medyk i zaproponował sponsorom innowacyjną serię zabiegów, aby przywrócić sprawność ich czempionowi. Jako że postrzegali Rakshę już jako jedynie truchło, zgodzili się bez chwili zastanowienia, z kpiną śmiejąc się przybyszowi w twarz. 
Ból, jaki czempion doświadczył przez te kilka dni, do tej pory wypełniał go trwogą i sprawiał, że jego wnętrzności wypełniały się lodem. Był również przekonany, że kościsty pysk medyka już na zawsze pozostanie w jego koszmarach. 
Wiercił się i szarpał w ciężkich, skórzanych uwiązach, które przytrzymywały go na blacie metalowego stołu. Medyk powoli zanurzył kolejną igłę w ciało wojownika, wbijając ją aż po samą kość. Poczuł ogień, palący ból. Wytrzeszczył oczy, źrenice błękitnych ślepi rozszerzyły się, a ból przenikł jego całe ciało i pozbawił go tchu. Zaciskając powieki, zobaczył w ciemnościach blade gwiazdy, pewien, że za chwilę straci przytomność. Cierpienie, jakie zaczęło przeszywać jego ciało było nieporównywalne do niczego, co kiedykolwiek doświadczył. Ryk agonii przeszył pracownię, gdy kolejne urządzenie zostało wprowadzone pod jego skórę. Poczuł ciężar dziwnej substancji wypełniający jego żyły, a później przez każdy jego nerw, każdy mięsień rozlał się ból tak potężny, że zawartość jego żołądka podeszła mu do gardła. Gdy uchylił powieki, zobaczył przed sobą wściekłe spojrzenie czerwonych ślepi i zaskomlał, szukając w nich, choć odrobinę empatii, ciepła. Czegokolwiek co załagodziłoby cierpienie pulsujące w jego ciele i rosnące z każdą sekundą. Wilk jedynie przechylił łeb i odsunął się, odwracając się do skrzynki rozstawionej za jego plecami. Zaczął otwierać kolejne fiolki i mieszać komponenty, zanim sięgnął po jeszcze kolejną żelazną igłę. Zanurzając jej koniec w płytkiej szklanej miseczce, uśmiechnął się do pacjenta, którego całe ciało skręcało się w konwulsjach. 
Brzdęk jego pazurów uderzających o podłogę, gdy kuśtykając okrążał stół raz po raz, do tej pory rozbrzmiewał w tle jego każdego snu.

Asmoday patrzył, jak Raksha wychodzi na arenę, wśród okrzyków i wiwatu zgromadzonego na trybunach tłumu. Krótka, ruda sierść okalała ogromne, muskularne ciało czempiona, które mogłoby być wyrzeźbione przez samych Bogów. Był umięśniony i twardy, ale jednocześnie gibki, szept zatrważającej zwinności krył się w napiętych liniach jego ciała. Każdy jego krok wypełniony był niespotykaną siłą, ciężkie łapy opadały na piasek, gdy wojownik dumnie kroczył przed siebie. Jego jasnoniebieskie oczy wypatrzyły Asmodaya w tłumie i Niezwyciężony uśmiechnął się, pochylając głowę w wyrazie wdzięczności. 
Czerwonooki widział sprzedawców handlujących mięsem i winem. Nic tak nie zbliżało wilków do siebie jak miłe popołudnie z masakrą. 
Podłoże zadrżało, gdy mechanizmy pod piaskami ożyły. Mimo aplauzu publiki, wciąż dało się usłyszeć potężny, narastający zgrzyt pod podłogą. Początkowo uniosły się kraty z trzech stron areny, wypuszczając na piaski pozostałych wojowników. Komentator stał w jednej ze specjalnych loży, odziany w czerwone szaty, które wyróżniały go na tle innych wilków. Samiec mówił przez ogromny róg, jego barwny głos niósł się wzmocniony po rozległej przestrzeni.
- A teraz!- krzyknął.- Zacni przyjaciele, panie i panowie! Wyrwany z głębin Południa! Patrzcie, obywatele, Kostnonóg!
Krzyk przewalił się przez tłum, krata w północnym murze areny uniosła się ze zgrzytem. Z ciemnej, głębokiej otchłani wynurzyła się zgroza, jakiej większość zgromadzonych nigdy nie widziała na własne oczy. Ogromny terophes o sześciu kończynach wybiegł na sam środek areny, spieniona ślina kapała z jego potwornej, rozdziawionej paszczy. Monstrum ryknęło i ziemia zatrzęsła się, a tłum odpowiedział, podrywając się, wiwatując i wyjąc. Wilki na piaskach od razu ruszyły do ataku, w końcu byli to najlepsi wojownicy w królestwie, którzy nie lękali się niczego- ni śmierci, ni bólu. Jedynym lękiem czempionów był wstyd klęski. 
Czerwonooki skupiał się jedynie na Rakshy. Na tym, jak porusza się z gracją pod ogromnymi łapami potwora, na tym, jak jego mięśnie poruszają się pod krótką, szorstką sierścią. Był to jego pierwszy udany eksperyment, jedyny, który przeżył. Wciąż nie mógł wyjść z podziwu, jak ten sam wilk, który jeszcze kilka dni temu nie był w stanie samodzielnie unieść łapy, teraz bez żadnego wysiłku poruszał się z taką płynnością. A to wszystko jego zasługa. W końcu robił postępy, w końcu widział owoce swojej ciężkiej pracy. 
Bestia ryknęła znowu i rzuciła się w stronę tłumu, kiedy ten wrzasnął chórem. Na szczęście żelazny kołnierz i grube łańcuchy zatrzymały monstrum na arenie, nie pozwalając mu zbliżyć się do widowni. Kiedy publiczność zdała sobie sprawę, że nic im nie grozi, zaczęli na nowo wiwatować i skandować, wykrzykując raz po raz imiona swoich faworytów. 
Konferansjer uniósł łapę, prosząc o ciszę. 
Tłum nagle znieruchomiał, jakby powietrze zamarło w piersiach wszystkich zgromadzonych. Ekscytacja panująca na trybunach wypełniała powietrze, kilka niespokojnych łap zatupało, ich dźwięk rozniósł się echem po całej arenie. 
- Zabić!- krzyknął.
Publiczność ryknęła ogłuszająco i entuzjastycznie. Bestia uwięziona pośrodku areny zaczęła wić się, kołysząc się na boki i rozpaczliwie machając zamkniętymi w łańcuchach kończynami. 
- Za mną!- ryknął Raksha na całe gardło.
Wojownicy bez słowa zareagowali na jego wezwanie, rzucając się naprzód z bojowymi okrzykami.

Bestia w końcu padła jak długa na piach, unosząc w powietrze kłęby kurzu i pyłu. Jeden z wojowników poległ, po tym, jak bestia rzuciła nim w jedną ze ścian areny. Raksha radził sobie znakomicie, nawet lepiej niż przed jego urazem, w czasach swojej świetności. To on powalił bestię i teraz stojąc na jej grzbiecie, wyprężył pierś, machając łapą i zachęcając publiczność to dalszego skandowania jego imienia. Zeskakując z ogromnego cielska, podszedł do najbliższego wojownika i pomógł mu podnieść się z piasku, podając mu łapę. Jednak gdy ich łapy zetknęły się, Raksha odskoczył jak poparzony i skulił się kilka kroków dalej. Widownia zamilkła, wilki wychyliły się ze swoich siedzisk, aby bliżej przyglądnąć się wojownikowi, który nagle zaczął kołysać się i zataczać. Dwójka pozostałych wojowników podbiegła do niego, jakby zatroskani zastanawiali się co stało się z ich współpracownikiem. Raksha opadł na grunt, zakrywając pysk łapami i wijąc się na piasku. Do uszu widowni dotarło skomlenie i wycie, wypełnione bólem, zanim ciało czempiona zaczęło wyginać się w nienaturalnych pozycjach. Jego kości zaczęły pękać z gruchotem, z nagle rozrastających się mięśni trysnęła krew. Ciało wojownika zaczęło nagle rosnąć, wśród jego jęków i krzyków. 
Asmoday niemal od razu podniósł się, trącając ramionami swoich pomocników i zrywając ich z trybun. Przeciskając się między zmartwioną widownią, zaczęli po kryjomu uciekać z trybun.
- Co się stało?!- syknął Benares, doganiając swojego szefa.
- Serum jest jeszcze niestabilne. Musimy upewnić się, że...
Głośne, potworne warknięcie zatrząsnęło areną. Wojownik na arenie ryknął tak, że niebiosa zadrżały.
Asmoday obejrzał się przez ramię, zerkając na piaski w dole. Nie dostrzegł nigdzie Rakshy, jednak jego wzrok padł na ogromną bestię, która dyszała, rozglądając się po publiczności. Bestia była wielkości niedźwiedzia, pokryta znajomą, rudą sierścią. Jej błękitne oczy tliły się, jakby z jej ślepi buchał ogień. Przez zaskoczoną widownię przeszło westchnięcie zdziwienia, jednak z inicjatywy komentatora przerodziła się w kolejny krzyk ekscytacji. Wszyscy zepchnęli szok na drugi plan, zakładając, że cała sytuacja została zaplanowana. 
Asmoday kłapnął szczękami na idącego przed nim Edena, który zagapiony wpatrywał się w arenę. Mniejszy basior zaskomlał, gdy ciężkie zęby uszczypnęły jego ogon i przyspieszył krok, przemykając się między rozbawioną widownią z opuszczonym łbem i wzrokiem wbitym w swoje łapy. Skręcili w jedną z trybun, kierując się do wyjścia z całego przybytku. 
- A skąd taki pośpiech?- znajomy głos rozbrzmiał za nimi, sprawiając, że Asmoday zatrzymał się w pół kroku i obejrzał przez ramię. 
Tuż za nimi u ujścia korytarza stał basior o białej sierści, odziany w płaszcz, który doskonale zakrywał wciąż gojące się części ciała. 
- Widzisz, Przywódco Białe- syknął czarny wilk.- Moja praca wymaga więcej wkładu, niż podpisywanie głupich papierków. 
Jednooki obejrzał się za siebie, jego wzrok padł na arenę.
Bestia, w którą przemienił się Raksha ryknęła ponownie, rzucając się na jednego z pozostałych na piaskach wojowników. Publiczność zawyła z zachwytem, trybuny zatrzęsły się pod nagłym ruchem. 
 - Wiesz coś, o czym my nie wiemy [...]- wilk urwał w pół słowa, wycie publiki było na tyle głośne, że kontynuowanie jego wypowiedzi nawet nie miało głębszego sensu. Biały wilk wykręcił pysk, gdy łapa jednego z wojowników została brutalnie wyrwana z jego ciała. 
- Białe- czarny basior westchnął.- Rzeczy, które ja wiem, a ty nie, mogłyby, kurwa, wypełnić cały Lodowy Ocean. 
Asmoday wyciągnął łeb, aby zerknąć na arenę. Gdy tylko jego spojrzenie padło na siejącą zamęt bestię, Raksha gwałtownie uniósł łeb ponad ciało wojownika, które właśnie rozrywał na strzępy, aby jego oczy spotkały się z czerwoną pustką ślepii jego stwórcy. Potwór natychmiast rzucił się przed siebie, gnając w stronę widowni. Dopiero wtedy, publiczność zdała sobie sprawę, że to wcale nie był element zaplanowanego widowiska. Tłum zamarł, gdy wilki uświadomiły sobie, że w porównaniu do Kostnonoga, ta bestia nie była ograniczona ciężkimi łańcuchami. 
Stwór odbił się z zakrwawionych piasków areny, jego przednie łapy wylądowały na trybunach, tuż przed oczami widowni. Gdy podciągnął się, a wielki, nienaturalnie powykręcany pysk kłapnął ogromnymi zębiskami, na trybunach wybuchła panika.
Kurwa.

<Ros?>

Słowa: 1671 = 129

piątek, 20 stycznia 2023

Od Asmodaya, CD. Rosa

Laboratoria posiadały zaawansowane systemy obronne, które miały za zadanie chronić całą zawartość podziemi. Nie tylko przed intruzami i wtarciami, lecz również przed tymi samymi przedmiotami i substancjami, które były tam przechowywane. Asmoday pracował z nadzwyczaj wrażliwymi materiałami i maszynami, momentami wystarczył nawet mocniejszy oddech czy zbyt szybki ruch, by spowodować ogromną tragedię. 

Jednak nawet tak rozbudowane struktury czasami zawodziły. Wystarczyło małe potknięcie, przeoczenie, malutki detal, który nie został przewidziany przez kod. Blokada jednych z drzwi wejściowych spowodowała, że system nie wykrył malutkiej fiolki wypełnionej zielonkawym płynem, która wtoczyła się przez niedomknięte wrota. 
Gdy tylko tajemnicza fiolka zetknęła się z przeszkodą w dalszej części korytarza, w powietrze wyciekł gaz, nadzwyczaj szybko roznosząc się po całych laboratoriach przez system wentylacji. Dopiero gdy odgłos pierwszej eksplozji dotarł do ich uszu, system obronny zorientował się, że coś jest nie tak. Natychmiast całe zasilanie wyłączyło się, przechodząc w tryb awaryjny, jedynie czerwone, migające światło pozwalało dostrzec cokolwiek w całkowitych ciemnościach. Skonsternowane wilki niemal straciły grunt pod nogami, gdy wybuch zatrząsł całą strukturą. 
Gdy tylko szykowali się do pobiegnięcia w stronę hałasu, rozległ się kolejny wybuch, a później szereg huków, gdy segmenty korytarzy zaczęły stopniowo zatrzaskiwać się, jak kolejne płytki upadającego domino. Niedługo później zostali zatrzaśnięci w centralnej części pracowni, z głośnym wyciem alarmu dręczącym ich uszy i migającą czerwoną poświatą, jednak na całe szczęście, nie było słychać już żadnej dalszej eksplozji.
- Kurwa, co to było?- warknął Asmoday, od razu zerkając na Benaresa, stojącego kilka kroków dalej.
Nigdzie nie widział Edena, jednak po chwili z ulgą dostrzegł drżącą kulę czarnego futra, która niezauważalnie wbiegła mu wcześniej między nogi i schowała się pod jego ciałem. 
Z westchnięciem rozczarowania przewrócił oczami, jednak zaczął gładzić głowę pomocnika swoją łapą, by go uspokoić. Pod jego dotykiem Eden rozluźnił się i przestał się trząść, po czym spojrzał z wdzięcznością na większego basiora, mrucząc ciche "Przepraszam".
- Korytarz od IV Dystryktu, druga w korytarzu od III- powiadomił Benares, ostrożnie podchodząc do zamkniętych drzwi. 
- To niemożliwe, by coś tam wybuchło samo z siebie- mruknął Asmoday.
Omijając Edena pod swoimi łapami, skierował się na wyższą część pokoju, od razu zaczynając majstrować przy ogromnej, rozciągającej się na kilka metrów maszynie. Stanowiła ona swego rodzaju centrum dowodzenia, choć na razie musiał wszystkiego domyślać się na ślepo. Gdyby tylko był w stanie jakoś przechwycić obraz i ujrzeć go przed swoimi oczami w czasie rzeczywistym...
Na oślep wcisnął łapą dwa guziki. To spowodowało wyssanie całego powietrza ze wspomnianych przez Benaresa korytarzy, razem z ewentualną dodatkową zawartością, jak przypadkowo trucizna, czy opary, które mogły się wydobyć z przechowywanych w magazynach substancji, jeśli cokolwiek zostało uszkodzone w wybuchu. Później, stukając pazurem w czytnik nad jednym przełącznikiem, upewnił się, że system sam domyślił się, by wymienić wyssane powietrze. 
Na szczęście, w tamtych częściach nie znajdowało się nic wyjątkowo wartościowego, o ile pamięć go nie myliła. Jedynie kilka gabinetów i składzików, których zawartość potencjalnie byłby w stanie wypełnić, choć będzie to kosztować dużo pracy i przede wszystkim, pieniędzy.
Materiały były drogie, szczególnie jeśli potrzebował te najwyższej jakości lub importowane spoza Królestwa. Nie wszystko, co często wykorzystywał w pracy było łatwo dostępne, czy możliwe do znalezienia na własną rękę. 
Oczywiście, nigdy nie bał się posuwać do rabunku czy napaści na handlarzy. To jednak bardzo często bywało kłopotliwe, bo ciężkie do zdobycia towary często były mocno chronione przez specjalnie zatrudnionych strażników. Czarny rynek również nie był w stanie oferować wszystkiego. A zarówno pierwsza, jak i druga opcja potencjalnie mogła ponownie sprowadzić na niego wymiar prawa. Potrafił się dobrze ukryć, jednak nie na tyle dobrze by uciec przed wzrokiem całego Królestwa. 
Nie byli aż w takim finansowym dołku, by nie mieć co włożyć do pyska, jednak na pewno nie byli w stanie pozwolić sobie na bezmyślne marnowanie drogich wyrobów. 
- Wasza dwójka sprawdza III, ja sprawdzę IV. W razie czego krzyczeć. Intruzów zabić- rozkazał Asmoday.
Łapiąc w zęby specjalną dźwignię, pociągnął ją w dół. Zasilanie od razu wróciło do laboratorium, a wycie syreny ustało. Jego pomocnicy bez zwlekania podbiegli do odpowiedniego korytarza. Benares uderzył łapą w duży guzik po prawej stronie metalowych drzwi, by rozsunęły się przed nimi. Ostrożnie ruszyli w głąb tunelu, kolejne lampy zapalały się, oświecając ich drogę. Większość systemów oświetlania polegających na prądzie była aktywowana ruchem, by oszczędzać jego pobieranie. Ostatecznie generatory też miały ograniczone możliwości, tym bardziej, gdy działały na oparach, pozbawione głównego źródła wytwarzania energii.
Drzwi otworzyły się przed nim, gdy ruszył wzdłuż korytarza. Dźwięk pazurów uderzających momentami w metalową płytę odbijał się echem po pustej przestrzeni. Oglądał się ostrożnie wokół siebie, nieustannie węsząc i szukając znaków czyjejś obecności. W końcu musiał stworzyć jakiś system, który w porównaniu z obecnym, rzeczywiście coś dawał. Po dziś dzień pamiętał majestatyczną maszynę, którą ujrzał po raz pierwszy, gdy postawił nogę w tych podziemiach. Tą, którą sam musiał zniszczyć, by uratować swoje życie. Nigdy nie przestał żałować decyzji, którą podjął mierząc się ze strachem. Gdyby udało mu się ją uwięzić czy zwyczajnie zdezaktywować, mógłby przeprowadzić na niej dokładne badania i dowiedzieć się czym różniła się od reszty. Była jedyną, która działała, jedyną, która rzeczywiście była w stanie coś osiągnąć. 
W zamyśleniu niemal nie zauważył fiolki, którą przez przypadek uderzył. Dopiero gdy usłyszał odgłos szkła toczącego się po podłożu, zerknął w dół. Była ona niewielka, może miała z dziesięć centymetrów długości. Górna i dolna część wykonane były z metalu, prawdopodobnie żelaza, a cały środek z nadzwyczaj kruchego szkła, które rozpadało się przy każdym zetknięciu z jakąkolwiek przeszkodą. 
- DO MNIE!- ryknął wzdłuż korytarza. 
Jak na zawołanie, od razu gdzieś dalej usłyszał odgłos pędzących do niego wilków, gdy ich łapy uderzały o metalowe blachy. Właśnie to lubił w nich najbardziej. Nie pytali, nie czekali, jedynie wykonywali jego rozkazy bez mrugnięcia. Ich bezzwłoczne reakcje na polecenia były jednak tylko jego zasługą. Nie mógł ryzykować posiadaniem pomocników, którzy mogliby potencjalnie zniszczyć jego plany, sprzedać o nim informacje czy go zdradzić. Dlatego nie dość, że byli jego wiernymi wyznawcami i czcili go jak swojego boga, to nie mieli możliwości nawet się mu sprzeciwić czy wątpić w jego plany. Ich umysły były specjalnie podporządkowane, by byli idealnymi niewolnikami, narzędziami do wykonywania jego woli. 
Gdy tylko stanęli przed nim, od razu pokazał im szklaną fiolkę, którą znalazł na ziemi. 
- To na pewno nie należy do nas, prawda?- spytał, zaciekawiony obracając ją i przyglądając się z każdej strony.
- Nie - potwierdził Eden, przejmując naczynie. 
- Ktoś musiał to podrzucić, kto ostatni patrolował ten korytarz?- Asmoday zerknął na swoich pomagierów.
- Ja - Benares uniósł łapę.- Pewnie niecałe pół godziny temu, jeśli dobrze myślę. 
- Czyli jeżeli ktoś to podrzucił, to wciąż powinien być w okolicy- czerwonooki oblizał zęby.
Jeszcze raz rozglądnął się uważnie po korytarzu, po czym westchnął, gdy nie znalazł nic prócz rozbitych kawałków szkła.
- Zbadajcie fiolkę. Co w niej było, kto takie produkuje, chcę wiedzieć wszystko, co się da. Idę zbadać sytuację na zewnątrz, w międzyczasie bądźcie ostrożni. W wolnym czasie spiszcie raport co zostało uszkodzone- dodał.- Jeśli nie wrócę za pół godziny, zacznijcie mnie szukać. 
- Uważaj na siebie- Eden spojrzał na niego z prośbą w swoich dużych, niebieskich oczach. 
Asmoday skinął głową, po czym obrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Gdy tylko ujrzał drzwi wyjściowe, od razu zauważył, że coś było nie tak. Nie były całkowicie domknięte, między dwoma płytami znajdowała się mała szpara, przez którą najwidoczniej ktoś musiał wtoczyć fiolkę. Zmarszczył brwi, uderzając łapą w przycisk otwierający wrota. Było to nadzwyczaj dziwne, rzadko zdarzały się takie awarie czy przeoczenia. Musiało pojawić się jakieś zwarcie czy błąd w systemie, jeśli były w takim stanie. 
Potrząsnął głową, nie miał teraz czasu na analizę sytuacji. Miał szansę odnaleźć wilka odpowiedzialnego za całą sytuację i na pewno nie był w stanie porzucić jej w celu badania głupich drzwi. Upewnił się jedynie, że tym razem zamknęły się za nim w całości i wybiegł przed siebie. 
Ktoś musiał mieć to zaplanowane. Na pewno nie był to losowy wilk, który natknął się na drzwi przez przypadek, bo raczej nie znał nikogo, kto swobodnie nosił przy sobie fiolki z dziwnymi substancjami. Nie mógł też pomyśleć o żadnym przeciwniku, który byłby w stanie znaleźć wrota i podrzucić flakonik. Chyba że...
Kurwa. 
Oczywiście, że musiały być to Ślepaki. Tylko oni wcześniej węszyli w okolicy, niewykluczone, że natknęli się na wejście. Na pewno mieli też dostęp do takich pierdół, znalezienie substancji wybuchowej z ich dojściami musiało być proste jak bułka z masłem. Jego pierwszym instynktem powinno być połączenie ich z tą całą sytuacją, tym bardziej że był już pewien o istnieniu konfliktu. Nie był pewien jak to działało, gdyby podchodzili do tego poważnie, to już dawno byłby pewnie martwy. Chyba że Przywódca Białe podchodził do ich wojny personalnie. 
Jego przypuszczenie było jak zazwyczaj nieomylne, bo po kilkunastu minutach szybkiego biegu, dojrzał w odległości trójkę wilków. Od razu rozpoznał jednego z nich, bo odziany był w ten głupi płaszcz, który oczywiście dawno wyszedł z mody, a na dodatek zapewne przesiąkł smrodem krwi i Bogowie jeszcze wiedzą czego. 
Z durnym uśmiechem na pysku od razu przyspieszył, by ich dogonić. Pokonanie trzech wilków mogło być nieco kłopotliwe, jednak nie bał się grać brudno. I w końcu miał okazję rzeczywiście odwdzięczyć się Rosowi za jego zagrywki. Na samą myśl o zanurzeniu kłów w ciele jednookiego i poczuciu jego krwi na języku, jego ciało zadrżało. 
Jego obecność została dosyć szybko wyczuta, bo Białe nagle zatrzymał się i zerknął za siebie przez ramię. Nawet nie mrugnął, gdy dostrzegł gnającego na nich stwora, czerwone ślepia błyszczące w refleksie zachodzącego słońca. Szybko warknął coś do swoich podwładnych, co sprawiło, że od razu odskoczyli w tył jak poparzeni. Czarny basior wybił się, rzucając się na mniejszego z głębokim, niskim warknięciem bulgoczącym w jego gardle. Reakcja Rosa była wręcz natychmiastowa, gdy zaparł się całym ciałem, by tylko nie zostać przewróconym przez giganta. Po szybkim zderzeniu się ciałami oba wilki odskoczyły od siebie, od razu przywierając do gruntu, jakby w każdej chwili gotowe by rzucić się na przeciwnika i rozszarpać mu gardło. 
Asmoday wpatrywał się wściekle w srebrzystą tęczówkę, jeżąc się na całym ciele i obnażając zęby. Żaden jego mięsień nawet nie drgnął, a atmosfera między dwoma wilkami była tak gęsta, że można by było zawiesić w niej siekierę. Po kilku oddechach, które zdawały się przeciągać wieczność, czarny basior znowu wyskoczył. Stojąc na samych tylnych łapach od razu spotkał się z twardą ścianą w postaci ciała jednookiego, po czym od razu zaczął kąsać i wierzgać, nawet nie zastanawiając się gdzie wbijają się jego zęby. W kakofonii warknięć i pisków, kły i pazury raz po raz raniły ich ciała, wyrywane kłębki sierści unosiły się w powietrzu, świeża, szkarłatna krew splamiła czysty śnieg. Im więcej słodkiej, ciepłej posoki spływało jego gardłem, tym dzikszy się stawał, oślepiony furią i żądzą mordu. Przez to stawał się jednak bardziej niechlujny i niestabilny, co dało Rosowi możliwość przewrócenia go na ziemię, by od razu wbić zęby w jego krtań. Machając ogromnymi łapskami w końcu udało mu się wyrwać z morderczego uścisku szczęk białego basiora, jednak gdy tylko odepchnął napastnika, pozostała dwójka Ślepaków od razu dorwała się do jego ciała, kąsając jego nogi, które rozpaczliwie kopały i wierzgały, gdy basior próbował wstać.
- ZOSTAW- ryknął Ros, jego niski, zachrypnięty głos niemal zjeżył sierść na karku czerwonookiego.
Wilki posłusznie odsunęły się, kuląc pod siebie ogony i skomląc pod wściekłym spojrzeniem swojego dowódcy. Asmoday wykorzystał tę okazję, by się podnieść i z nowo znalezioną ekscytacją, ponownie rzucić się na jednookiego. 
Traktował to bardziej jako zabawę, niż coś, co mogło mu rzeczywiście zaszkodzić. Zdawał sobie sprawę z tego, że poniósł duże rany i pewnie będzie musiał spędzić najbliższe dni przykuty do łóżka, jednak nie przejmował się tym. Adrenalina buzująca w jego żyłach sprawiała mu tyle radości i satysfakcji, że nawet gdzieś między kolejnymi kęsami zaczął się śmiać. Jeszcze lepsze było obserwowanie, jak jego przeciwnik powoli traci siły, a jego kolejne ugryzienia stawały się na tyle słabe, że jego kły ledwo były w stanie przebić skórę większego wilka. 
Ros z pewnością był wprawiony w walce, w starciu z normalnym przeciwnikiem już dawno by wygrał. Każdy jego ruch był przemyślany i wykalkulowany, skupiał się na taktycznych miejscach, starając się zimmobilizować przeciwnika. Jednak nawet on nie był w stanie złamać większego od siebie berserkera, którego żaden cios czy ugryzienie zdawało się nie przejmować. 
W końcu jednooki został powalony na ziemię, a ogromne, pokryte czarną sierścią cielsko wbiło go w grunt, więżąc go między nogami. Jedna z masywnych łap stała na jego ogonie, każdy gwałtowniejszy ruch jedynie sprawiał mu ból. Wszelkie próby wyszarpania się z uścisku kończyły się porażką, więc został zmuszony do bezwładnego leżenia na grzbiecie, machając na oślep łapami, by odsunąć od siebie kościsty pysk. Asmoday patrzył na niego z góry, ogień płonął w jego karmazynowych oczach, gdy nieodgadniony przechylił łeb, opierając głowę na jednej z łap, które odpychały go od przeciwnika. Oboje byli w opłakanym stanie, posoka sączyła się ze świeżych ran i otwartego pyska czarnego basiora, opadając ciężkimi kroplami na sierść jednookiego, plamiąc ją jeszcze mocniej. 
Warknięcie mniejszego wilka zostało uwięzione w jego gardle, gdy masywne łapsko nadepnęło na jego szyję, niemal miażdżąc mu krtań. 
- Czy to naprawdę wszystko, co możesz mi zaoferować?- wydyszał Asmoday, z wyraźnym rozczarowaniem w głosie. 
Zbliżył swój pysk bliżej, zawieszając go zaledwie kilka centymetrów od głowy rywala. Ich gorące, zmęczone oddechy mieszały się, unosząc się parą w zimnym powietrzu. Jednooki nagle splunął, gęsta mieszanina śliny i krwi wylądowała na czarnej sierści. Asmoday zamruczał niczym kot i rozdziawił swoje ogromne szczęki, jakby zaraz miał odgryźć całą głowę mniejszego wilka.
Wtedy jakaś dziwna, obca siła szarpnęła olbrzymem w tył z taką siłą, że niemal stracił równowagę. Ros zerwał się na nogi i natychmiast odskoczył, szczerząc kły i małymi kroczkami się wycofując. Asmoday z satysfakcją zbliżył się na nowo, ostrzegawczo kłapiąc ogromnymi zębiskami, trzask jego szczęk rozniósł się echem po pustej polanie. 
Jednooki nie dał się jednak zastraszyć, na drżących kończynach wyprostował się i zmusił do uśmiechu, jakby wcale właśnie nie uciekał.
- To jeszcze nie koniec!- ostrzegł z dumą, zanim jego ciałem nie wstrzęsła fala kaszlu, którą usiłował zdusić. 
- Och, na samą myśl drżę ze strachu- Asmoday oblizał zęby, szczerząc zbrudzone krwią zębiska.
Czarny wilk patrzył jak Ros wycofuje się ze swoimi pomocnikami, bez ruchu stojąc w miejscu i przyglądając się im szyderczo. 
Dopiero gdy cała trójka zniknęła w ciemnościach nocy, pozwolił sobie na rozluźnienie. 
Kurwa, nie jest dobrze.
Ciągnąc za sobą ciężkie łapy, ruszył w stronę swoich laboratoriów, licząc na to, że jego pomagierzy już czekają gdzieś w okolicy. Szczerze, cały ten konflikt ze Ślepakami mógł się zakończyć dla niego tragicznie i uświadomił to sobie już kilka nocy temu. Obawiał się jednak, że teraz było już za późno by się wycofać.

<Ros?>

Słowa: 2398 = 165 KŁ

Layout by Netka Sidereum Graphics