Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2022

Od Jastesa - I quest z tablicy ogłoszeń

Przeczytawszy treść wywieszonego ogłoszenia Jastes westchnął cicho, czując ciągnący go do ziemi ciężar paczek i listów, a nade wszystko zmęczenia, wiążącego się z roznoszeniem ich przez większość dnia. Poczuł jednak litość do szczenięcia, ono bowiem musiało być właścicielem zaginionego kota. Mały na pewno martwi się o swojego podopiecznego... Czy już zdołał go odnaleźć? Czeka dalej? A może zwierzak nie żyje, w końcu kot pozostawiony samopas w wilczym środowisku to nienajlepszy pomysł. Tak, pewnie zginął, o ile dalej nie wrócił do swojego domu. Lecz czy należy stawiać na nim krzyżyk i zostawić go na śmierć, nawet nie próbując go odszukać? Przejść obojętnie obok smutku dziecka?
Warknął, mrucząc o swoim zbyt miękkim sercu, lecz nie było w nim złości. Cieszył się nawet, że może mieć chwilową przerwę od nudnej pracy, zdawał sobie jednak sprawę, że przez to zajmie mu ona dłużej czasu niż zazwyczaj. Mimo tego zdecydował się pomóc nieznanemu szczeniakowi. 
Przywołał wiatr, rozczłonkował go na kilka nurtów, po czym puścił w cztery strony świata, dając mu większą swobodę, aby zbytnio się nie zmęczyć. Jednak cały czas utrzymywał wszystkie odłamy w kontakcie, pilnując by żaden nie wyrwał się spod jego luźnej kontroli. Powiewy krążyły po ulicach, zbierając zasłyszane odgłosy, natomiast Jastes przygotowywał się na cios, który za kilka chwil miał przyjąć jego mózg. Po kilku minutach wziął głęboki oddech, delikatnym naciągnięciem wyimaginowanej liny skierował wiatr z powrotem ku sobie i pozwolił, by ten przemykał wokół jego uszu, dbając by dwa powiewy nie zmieszały się ze sobą nawzajem. Uderzyła go kakofonia dźwięków: fragmenty rozmów, śmiechy, krzyki, płacz, kroki stawiane na śniegu, drapanie pazurów o kamień, ptasie gwizdy, szum liści i wiele, wiele innych. W pierwszej chwili zabrakło mu oddechu, szybko jednak ponownie skupił się na zadaniu- poszukiwaniu ściśle określonych odgłosów. I Kiedy zdawało się, że wiatr nie zdołał złapać ich w swoją sieć basiora dobiegło ciche, żałosne kocie wołanie. Z nową energią otworzył oczy, które nie wiadomo kiedy się zamknęły, po czym wniknął umysłem w niosący je powiew, biorąc głęboki wdech, aby poczuć jak najwięcej. Dzięki temu wiedział w którą stronę się kierować.
Kilkanaście minut później basior odnalazł przyczajoną pod jakimś kartonem, czarną, odpowiadającą podobiźnie na ogłoszeniu zgubę, tak przerażoną, że aż zastygłą. Jastes nie czekał na to, by kot otrząsnął się z szoku i szybko złapał go delikatnie na miękką skórę na karku. Z początku zwierzak wisiał cicho i spokojnie, lecz z czasem, jakby uświadamiając sobie, że nie znajduje się w niebezpieczeństwie zaczął dawać coraz głośniejsze oznaki swojego niezadowolenia. Przechodnie obrzucali Jastesa zdziwionymi spojrzeniami, a ten miał coraz większą ochotę, aby upuścić drącego mu się pod pyskiem kota. Oczywiście nie zrobił tego, a zwierzę zaniósł na zapamiętany wcześniej adres. Jakież było szczęście mieszkającej tam rodziny, gdy ich oczom ukazała się ta niewielka czarna kulka! Matka załzawionego szczeniaka wcisnęła basiorowi kilkanaście łusek, a ten na progu przypomniał sobie, że niesie przecież listy. Po sprawdzeniu czy przypadkiem któryś nie był zaadresowany do spotkanych wilków, upewnieniu się, że nie tym razem i pożegnaniu wyszedł, odprowadzony przez żarliwe podziękowania wdzięcznego szczeniaka. 

Nagroda: 15 KŁ + 1 punkt umiejętności

środa, 28 września 2022

Od Jastesa CD. Vallieany

Wracając ze spaceru, zaczął odzywać się mój pusty brzuch. Słońce stopniowo zniżało się na niebie, wyznaczając późną porę popołudniową, a tym samym narzuconą sobie porę obiadową. Kiedy po raz kolejny poczułem skręt kiszek, zwróciłem się do towarzyszki.
- Co powiesz na wspólne polowanie, jak za dawnych, dobrych czasów?- uśmiechnąłem się krzywo, przypominając sobie początek naszej znajomości i osobliwe łowy, od których zaczęła się nasza przygoda z Caiasem. Vallieana zastanawiała się krótko, po czym skinęła głową.
- Jak mogłabym odmówić? - parsknęła cicho, schodząc ze ścieżki w las. Podążyłem za nią, nastawiając uszu i wdychając zapach sosnowego boru.- Mam jednak nadzieję, że ominą nas takie atrakcje jak wtedy. Niespecjalnie widzi mi się dzisiaj uciekanie przez cienistą armią. - zaśmiałem się krótko, chociaż sprawa nie bardzo była zabawna, cóż nam jednak pozostało?
Rozeszliśmy się, pilnując, aby przez większość czasu być w zasięgu wzroku, a jeśli nie, to przynajmniej  słuchu. Nie zdecydowałem się na użycie wiatru, w końcu moje uszy wcale nie były najgorsze, w dodatku chciałem również odpocząć od używania mocy. Cieszyć się polowaniem tak, jak moi pozbawieni mocy przodkowie. Zbliżyłem więc nos do ziemi i pozwoliłem instynktowi przejąć kontrolę, budząc głęboko skrywaną dzikość. Sekundy przemieniały się w minuty, a minuty w kwadranse bez żadnego obiecującego tropu. Kiedy jednak poszukiwania zbliżyły się do godziny, dobiegło mnie krótkie wołanie Vallieany. Truchtem przeciąłem dzielącą nas odległość, skulony i uważny, aby nie spłoszyć ofiary, jeżeli znajduje się w pobliżu. Szybko uświadomiłem sobie, że tak jednak nie jest, ponieważ zapach, który unosił się w powietrzu był dopiero lekko wyczuwalny. Gdyby zwierzęta znajdowały się niedaleko, byłby tak mocny, że ledwo dałoby się wyczuć cokolwiek innego. Był to bowiem bardzo dobrze rozpoznawalny zapach dzików.
Stanąłem obok skupionej przyjaciółki i zamarłem, wsłuchując się w las. Woń przybierała na sile z każdą chwilą, zwiastując rychłe pojawienie się zwierząt. Milczeliśmy w oczekiwaniu. Wtem usłyszeliśmy odległe chrząkanie, sekundy później przytłumione przez śnieg tętnienie biegnącego stadka. Przywarliśmy brzuchami do śniegu, licząc na to, że wiatr w ostatniej chwili nie zmieni biegu (jak już bowiem wspomniałem, postanowiłem tym razem się nim nie posługiwać) i że nie zaalarmuje dzików. Odgłosy jednak zbliżały się nieustająco, pobudzając nasze organizmy ekscytacją. Jeszcze tylko krótki moment... są! Przebiegną obok! 
W odległości kilku metrów śmignął ciemnobrązowy kształt, zaraz za nim kolejny. Chwila przerwy i następny, z głośnym chrząknięciem torując sobie drogę przez śnieg. Byliśmy tak blisko, że ziemia niemal trzęsła się nam pod łapami, dziki jednak wydawały się nie zdawać sobie sprawy z naszej obecności. Być może spłoszyło je coś innego? 
Nie mieliśmy jednak czasu na zastanawianie się. Z grupy, która już nas minęła rozległy się ostrzegawcze burknięcia. Czyżby nas wyczuły? Jeszcze jeden dzik przemknął obok nas. Teraz! Wyprułem z miejsca, skacząc za samicą. Wzburzony śnieg wirował w powietrzu, przesłaniając obraz biegnącego przede mną zwierzęcia. Wyczułem obecność Vallieany tuż za sobą i poczułem nagły przypływ radości. Jak to dobrze być wolnym, choć na chwilę!

<Valli? A propos biegania po lesie x'DDD>

Ilość słów: 470 = 29 KŁ

środa, 31 sierpnia 2022

Od Jastesa - II Quest z tablicy ogłoszeń

Zastanawiał się czemu zdecydował się pomóc waderze. Jasne, wyglądała na zrozpaczoną ucieczką królika i chciał jej pomóc, jednak samo to zadanie wydawało mu się trochę... niepoważne.  Być może był zbyt przyzwyczajony do misji, w których na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo. W ostatnim czasie naprawdę był magnesem na wszelkiego rodzaju przeszkody: złodziei, asasynów, wyrastające spod ziemi magiczne lodowe szpikulce, nawet demona, a pogoń za królikiem siliatijskim była w porównaniu z tym czymś wręcz, no, nierealnym. Miał tylko nadzieję, że nie wykracze sobie czegoś, co zmieni jego proste zadanie w piekło.
Podążał śladami uciekiniera, coraz bardziej wgłąb Obrzeży. Spod ścian lepianek wbijały się w niego niezbyt przyjazne spojrzenia okolicznych mieszkańców, którzy jednak ani raz nie zaczepili basiora. W końcu Jastes był posłańcem i zdarzało mu się przenosić albo dostarczać listy w granicach slumsów. Nie był zatem całkowicie obcy, lecz nie był też przyjacielem. 
Dzielnica zaczynała się kończyć, a ślady, ku zaskoczeniu sivariusa, prowadziły dalej. Kiedy usłyszał, że wadera zgubiła trop na samym początku Obrzeży postawił na króliku krzyżyk. Szanse na przetrwanie w tym miejscu potencjalnego posiłku/szansy na wzbogacenie dla miejscowych były bardzo niewielkie, a w dodatku nie wiedział wtedy, że wadera była naprawdę kiepskim tropicielem. Zapowiadał się więc szybki spacer na zabicie nudy, teraz jednak bardziej przypominało mu to trening myśliwski, z czego w sumie był zadowolony. Nie wspominając już o tym, że robił dobry uczynek. Naprawdę miał nadzieję, że odnajdzie królika żywego, bo z łatwością mógł sobie wyobrazić reakcję wilczycy na złe wieści, a wolałby tego uniknąć. Nigdy nie wiedział jak się wtedy zachować i co powiedzieć, by rozmówca przyjął smutną dla niego wiadomość lepiej. 
Ślady przekroczyły granicę drzew za miastem i prowadziły w las. Basior zastanawiał się przez chwilę czy nie lepiej byłoby pozwolić zwierzęciu żyć na wolności, szybko jednak zrezygnował z takiego myślenia. Króliki siliatijskie często hodowano, nie znały więc realiów innych niż niewola. Szybko zginąłby, zjedzony przez jakiegoś drapieżnika albo nawet przez wilka, nie znającego wartości tego stworzenia. O ile już coś go nie dopadło.
Te spekulacje wkrótce okazały się błędne, bowiem po chwili uszy basiora wykryły jakieś delikatne szuranie kilkadziesiąt metrów przed nim. Zbyt ciche na duże zwierzę. Jastes opadł nisko na łapy i bardzo powoli zaczął zbliżać się do źródła dźwięków. Skierował wiatr w swoją stronę i zaciągnął się powietrzem, wyczuwając charakterystyczny zapach. Jeszcze tylko kilka ostrożnych kroków i... basior wyskoczył zza krzaków, wprost na niespodziewającego się niczego królika. Ten pisnął przerażony i w sekundzie zebrał się do skoku, lecz Jastes przydusił go łapami na tyle delikatnie, na ile się dało, po czym złapał zwierzaka zębami, pilnując by w razie możliwości nie stała się mu żadna krzywda. Biedne stworzenie zamarło ze strachu i gdyby nie szybki oddech na podgardlu sivariusa, wydawałoby się, że umarło. Masz ogromne szczęście, mały, że cię jak dotąd nic nie dopadło, pomyślał wilk, odwracając się w stronę, z której przyszedł. Teraz pozostało tylko oddać zgubę właścicielce.

~*~


-Jeszcze raz bardzo panu dziękuję. Co ja bym zrobiła bez mojego skarba? Jak mogłeś mi to zrobić, maluchu, widzisz jak się o ciebie martwiłam?- z pyska wadery Malisabis nieustannie płynęły słowa, raz kierowane w stronę Jastesa, a chwilę później do króliczego uciekiniera, siedzącego już w przeznaczonym dla niego miejscu w domu wilczycy. Widać było, że nie posiadała się z radości.- Należy się panu nagroda. Proszę chwilę zaczekać.- nie zareagowała na próbę machnięcia łapą na pieniądze i na minutę zniknęła w głębi swojego domu. Kiedy wróciła, miała ze sobą mały woreczek z łuskami, który zaraz wręczyła Jastesowi.- Proszę i jeszcze raz dziękuję za pomoc. Niech bogowie mają pana w swojej opiece, panie Jastesie. - basior uśmiechnął się lekko, skinął głową, przejął lewitujący w jego stronę przedmiot i odparł:
-I panią również. Do widzenia! 

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Od Jastesa, CD. Vallieany

-Dzień dobry.- przywitałem się, posyłając Vallieanie nieśmiały uśmiech.-Wybacz to najście, ale nie odpowiadałaś na wołania.- wyjaśniłem i przystanąłem w progu pomieszczenia. Reszta zdania została niedopowiedziana, ale zawisła w powietrzu jak zły omen: "bałem się, że stało się coś niedobrego". Wadera przez parę sekund wpatrywała się we mnie bez słowa, a atmosfera w momencie nabrała ciężkości. Jednak nie zdążyłem poczuć się niezręcznie, gdyż zaraz jej zmartwienie zastąpił, a przynajmniej przykrył ciepły uśmiech.
-Nie, spokojnie. Zapraszam. Herbaty?
-Dziękuję. Dopiero co spożyłem posiłek.- przeniosłem spojrzenie na flakoniki, które jeszcze sekundy temu musiały pochłonąć jej uwagę. Podszedłem i przyjrzałem im się z bliska, a potem leżącym obok liściom i korzeniom, czekającym na swoją kolej.- Widzę, że praca wre.- rzuciłem bez szczególnych emocji, trącając nosem jedną z wystających roślin.
-Cóż, kiedyś trzeba się za nią zabrać, bo klienci czekają. A niektórzy są naprawdę niecierpliwi- parsknęła, lecz bez złości. Pokiwałem głową, bo dobrze wiedziałem co znaczą niecierpliwi klienci, a w moim przypadku raczej niecierpliwi adresaci, którzy gotowi są odgryźć pysk za choćby jednodniowe opóźnienie. 
-Lubisz to robić, prawda?- nie tyle spytałem, co stwierdziłem, będąc świadomym ogromnej liczby roślin, świeżych i suchych, które znajdowały się w domu wadery. 
-Nie tak trudno zauważyć.-zaśmiała się cicho, przelewając płyn ze zwykłej, przezroczystej fiolki do eleganckiego, kryształowego flakonika. W milczeniu obserwowałem jak ostatnie krople spływają za resztą, jak Vallieana odkłada fiolkę i zawiązuje tabliczkę z nazwą wywaru na szyjce flakonu.
-Ale, ale, co cię do mnie sprowadza?- spytała, odkładając towar na specjalną półkę i kierując na moją osobę całą swoją uwagę. Zastanawiałem się co odpowiedzieć, żeby nie zabrzmieć inwazyjnie, żałośnie albo jakbym miał do niej jakieś uczucia. Tyle czasu ostatnio razem spędziliśmy, że czuję się dziwnie sam? Chciałem nawiązać kontakt w innej sytuacji, niż z mieczem wiszącym nad głową? Musiałem upewnić się, że żyjesz?  Mam przerwę, ale nie mogę zasnąć, bo dręczą mnie koszmary? Wpadam w paranoję i próbuję się przed nią ratować rozmową z kimś żywym? Albo może po prostu "szukam pomocy"?
Bogowie, te iluzje naprawdę popsuły mi umysł. A bezczynność doprowadzi do szaleństwa.
-Co powiesz na spacer?- to jedyne co w końcu powiedziałem i nie byłem pewien czy śmiać się z siebie czy raczej zacząć martwić. 
-Z chęcią.- odparła po chwili zastanowienia, lecz nie umknęło mi jej szybkie spojrzenie na zastawiony szkłem i roślinami stół.
-Skończ, poczekam. O ile nie przeszkadza ci wzrok widza.- zmusiłem się do uniesienia kącików pyska bo, szczerze mówiąc, nie było mi dzisiaj do śmiechu. Jeżeli wadera wyczuła mój kiepski humor, nie dała tego po sobie poznać.
-Na pewno? To może jeszcze chwilę potrwać, a godzina mnie nie zbawi.- machnąłem na to łapą.
-Nie przeszkadza mi to. Możesz mi co nieco opowiedzieć o tych swoich wyrobach.- na to Vallieana uśmiechnęła się łagodnie i zaczęła tłumaczyć, co, z czego, jak i po co. Starałem się słuchać z uwagą, jednak po pewnym czasie nazwy oraz zastosowania całkowicie mi się pomieszały i dopadła mnie nagła świadomość, że zielarzem to ja już nie zostanę.

~*~

Kilkadziesiąt minut później przechadzaliśmy się wzdłuż Bumari, ciesząc się komfortowym milczeniem. Pogoda dopisywała spacerowi, bowiem słońce świeciło na nas prawie nieprzerwanie, a wiatr nie wymagał wprowadzania żadnych ograniczeń z mojej strony. Na początku próbowaliśmy rozmawiać, ale raczej z "przyzwoitości", bo ani jedno, ani drugie nie miało na to szczególnie ochoty. Daliśmy więc sobie spokój i czerpaliśmy przyjemność z niewymagającej starań bliskości, przystając co jakiś czas, by obserwować ptactwo lub ślady. Moje myśli jednak ciągle prześladował niepokój, z którego zamierzałem zwierzyć się już na samym początku spotkania, lecz wciąż odpychałem go od siebie, próbując... właściwie co? Przedłużyć stan niepewności, by nie musieć spojrzeć w twarz prawdzie? W końcu jednak zebrałem się na odwagę.
-Vallieano... Jest pewna kwestia, która nie daje mi spokoju. Dotyczy naszego niefizycznego problemu.- bańka pseudorelaksu prysła, sprowadzając myśli na celowo spychany przez nas od dłuższego czasu tor- A może tylko mojego.- wadera zmarszczyła brwi i zatrzymała się. Lekko pomarańczowe światło powoli zachodzącego słońca spłynęło po boku jej pyska. 
- Od dwóch dni mam poważne problemy z zaśnięciem, nawiedzają mnie tak realne koszmary, że nie wiem czy to jawa, czy sen... czy iluzja. To uczucie wydaje się być identyczne, jak wtedy. Ale nie jestem w stanie ocenić. Tobie się coś śniło?- spytałem, siląc się na opanowany ton.
-Tak, ale nie wydaje mi się, by było wywołane przez demona.- zamyśliła się, uwidaczniając wyryte w rysach zmęczenie emocjami.
-To dobrze. Albo źle. Sam nie wiem.- bezradność znowu zaczynała dawać o sobie znać, ale trzymałem ją na wodzy.- Zażywam zioła od Adrila, nie czuję demonicznej obecności. Dlatego przyszedłem dopiero po dwóch dniach. A jednak boję się, czy zaraz coś się nie stanie. Boję się, że ten skurwiel zrobił coś z moją głową, że pewnego razu nie będę mógł się obudzić i to będzie prawdą, że utknę tam i już się nie wydostanę.- mój oddech przyspieszył.- Albo gorzej, że za każdym razem to naprawdę się dzieje, a demon zdobył nade mną kontrolę, słyszy i widzi wszystko, wszystkie myśli, wszystkie lęki!- gdzieś w głowie odezwał się głos rozsądku, że takie sny dręczą mnie tylko od dwóch dni, a ja już wariuję, poza tym Vallieana tego słucha i trzeba się ogarnąć. Wziąłem więc głęboki wdech, potem wydech i z wymuszonym spokojem kontynuowałem:- Ale, jak już mówiłem, biorę zioła od Adrila i ufam w jego umiejętności oraz wiedzę. Jednak wcześniej było w porządku, a sny zaczęły się gwałtownie. Może dlatego, że wcześniej byłem zbyt zmęczony, nie wiem. Jeśli to nie demon... Boję się, że tracę nad sobą kontrolę. Że popadam w szaleństwo. Już od dłuższego czasu czuję się zagubiony, zdekoncentrowany, prześladują mnie zawroty głowy, nudności. Może to po prostu...- zawiesiłem na chwilę głos, wyobrażając sobie rozczarowany wyraz twarzy ojca. Tak dumny ze swojej kontroli nad emocjami, która okazuje się tylko ułudą, taki słaby psychicznie! Wściekłe łzy zapiekły pod powiekami.- załamanie nerwowe. Tak czy inaczej, chciałbym cię prosić...- ponownie przerwałem, szukając odpowiednich słów i zbierając odwagę, by je wypowiedzieć- o poradę. Znasz się na ziołach jak mało kto, więc czy coś mogłoby pomóc? I... zapewne to tylko problem w mojej głowie, ale proszę, miej się na wszelki wypadek na baczności. Dla mojego spokoju duszy. 


<Valli? Czy to faktycznie załamanie, czy też zwiastun nadchodzących wydarzeń, decyzja należy do ciebie ;*>

Ilość słów: 1003= 70 KŁ

wtorek, 31 maja 2022

Od Jastesa, CD. Aarveda

W powracającej świadomości odezwał się odległy, trudny do zlokalizowania ból. Próbowałem zepchnąć go z powrotem w głębinę, z której sekundy temu wypłynąłem, lecz wysiłki okazały się próżne- uparcie dawał o sobie znać i po chwili przybrał na sile, skupiając się w kilku konkretnych miejscach. Wkrótce dołączyły do niego inne doznania, w tym ciężki oddech dobiegający gdzieś z pobliża, zimno wnikające w  ciało i odgłos monotonnie odbijających się o podłoże kropel wody. 
Otworzyłem oczy na ciemność. 
Kark rwał niemiłosiernie, tak samo jak głowa i nadgarstki oraz śródstopie. Próbowałem rozprostować nogi, jednak przeszkodził mi w tym nagły i ból i jakaś duża siła. Zdezorientowany skierowałem wzrok na łapy i wziąłem gwałtowny oddech, widząc że przednia para, jak i tylna została mocno związana czymś podobnym do powrozu. W tym samym momencie uświadomiłem sobie, że leżę rozciągnięty na lewym boku, zdrętwiałym od chłodu promieniującego z podłoża, z grzbietem przylegającym do wilgotnej ściany i zaciśniętą na szyi obrożą. 
Zamarłem, czując wzbierającą w środku panikę. Leżę związany. Zapewne przykuty. Porwany. Co się do jasnej cholery stało? Strzępy wspomnień zaczęły wirować mi przed oczami, jednak ułożenie ich w spójną całość było za trudne. Myśli pędziły jakby pędzone batem, składając się w coraz to gorsze wyobrażenia.
Po chwili zmusiłem się do uspokojenia oddechu i z trudem, bo z trudem, ale zdusiłem chaos zalewający umysł, tłumacząc sobie, że tylko spokój da mi możliwość wyjścia z tej sytuacji. Oparłem pysk o kamień, przymykając powieki i dając sobie chwilę na odzyskanie kontroli. Skupiłem uwagę na palącym karku, próbując dociec co było przyczyną jego obecnego stanu. Warknąłem, gdy jedynym, co udało mi się wychwycić z pamięci był czarny błysk i kołyszący się przed oczami śnieg. Co mogło być przyczyną mojego porwania?
O jasna cholera, przesyłka! Z sapnięciem poderwałem pierś w górę, nerwowo poszukując wzrokiem torby w pobliżu, lecz ta zniknęła. Nie było jej ani przy mnie, ani gdziekolwiek w zasięgu wzroku, więc z pewnością została zabrana przez porywaczy. Zagadką pozostawało to, czy to na niej najbardziej im zależało i zabrali mnie jako dodatek, czy to ja miałem być daniem głównym, a ona jedynie przystawką. Bałem się nawet zastanawiać co byłoby lepsze. Jeżeli chodziło o pakunek, wzięli mnie tylko po to, bym się im na coś przydał, albo został sprzątnięty. Jeśli o mnie, do tych dwóch opcji dochodziły jeszcze osobiste porachunki. Przełknąłem ślinę. Tak czy inaczej wdepnąłem w naprawdę wielkie gówno, być może największe w życiu i od samej tej myśli zaschło mi w gardle.
Coś mi tu jednak nie pasowało, tak jakbym zapomniał o jeszcze jednym bardzo ważnym elemencie. Co mogło nim być? Jakieś okoliczności zajścia? Natrętne, nieuchwytne wspomnienia? Głosy? Twarze? Obmyślany miesiącami prezent na urodziny siostry?
Ktoś naprawdę musiał mocno przyłożyć mi w głowę. Porzucając denerwujące przeczucie, szarpnąłem łapami, sprawdzając czy nie uda mi się wyciągnąć ich z powrozów. Bez efektu. Kto by się spodziewał? Szarpnąłem raz, drugi, trzeci, czwarty. Nic oprócz fal bólu, idącego od skrępowanej skóry. Przestałem, nie widząc szans na uwolnienie się w ten sposób. Parę chwil rozważałem próbę wstania, jednak i ten pomysł odrzuciłem, widząc w wyobraźni jak chwieję się, opadam na pysk, podrażniam stare rany i tworzę nowe. Co by to dało? Iść i tak bym nie mógł. 
Stęknąłem, próbując jakoś się obrócić, by dać sobie ulgę w odrętwieniu, lecz zalała mnie nagła fala bólu, a zmęczone łapy same opadły ku podłożu. Nie zrezygnowałem jednak, mając skrystalizowany cel: zorientować się, czy obroża trzyma mnie przykutego do ściany. Czułem jakiś lekki ciężar odchodzący od niej, lecz chciałem mieć pewność i wkrótce ją pozyskałem. Leżąc niezręcznie na grzbiecie z łańcuchem wpijającym się w bolący jak skurwysyn kark, ujrzałem koniec okowów wystający z kamienia kilka metrów dalej. Musiałby mieć co najmniej dwa metry długości, skoro zbytnio nie dawały się we znaki. 
Z głuchym jękiem powróciłem do swojej poprzedniej pozycji która, o ironio, była najwygodniejsza. Pole widzenia zajęły mroczki, pochłaniając je całe w kilka sekund, głowa jakby straciła na wadze. Całe szczęście ten stan nie potrwał długo, więc gdy tylko wzrok wrócił do porządku skierowałem uwagę na pomieszczenie, w którym się znalazłem.
Z pewnością była to jaskinia, wilgotna i zimna, a gdyby nie dobiegające zza ściany po drugiej stronie słabe światło płomieni, niewątpliwie byłaby pogrążona w mroku. Parę chwil głupio wpatrywałem się w odbicie ognia w strużce wody spływającej po kamieniu, próbując zebrać myśli. 
Ah tak. Zimno szło od dołu, nie czułem wiatru. Jaskinia musi być na tyle duża, by nie docierało do niej nic ze świata zewnętrznego... Nie czułem wiatru. Do jasnej cholery, czy wszystko musi się sprzysiąc przeciwko mnie? Nie ma wiatru, nie ma mocy, a przynajmniej takiej, na której mógłbym oprzeć swoją walkę o przetrwanie. Nie zostało mi nic oprócz dyplomatycznych zagrywek i kontroli nad emocjami, którą kiedyś uważałem za swój najlepszy atut. Niestety, mroczny byt bawiący się moją głową podczas przygód z Vallieaną zostawił po sobie ślad w postaci wyrwy w murze, blokującym moje uczucia przed resztą świata. Jednak wierzyłem, że pomimo zdarzających się załamań nerwowych nadal udaje mi się je na ogół całkiem nieźle przytłumiać lub raczej odstępować od krawędzi w ostatniej możliwej chwili. Dlatego postanowiłem sobie w tej kwestii zaufać, nie mając za bardzo innych sposobów na wydostanie się z obecnej sytuacji w jednym kawałku.
Rozmyślania przerwało sapnięcie z drugiego końca pomieszczenia. Szybko skierowałem tam spojrzenie i na chwilę zamarłem, dostrzegając potężne wilcze ciało przykute do ściany w podobny sposób, co ja. Aarved! Jak mogłem o nim zapomnieć? Jak mogłem go wcześniej nie dostrzec? Ktoś NAPRAWDĘ mocno przyłożył mi w głowę. Skrzywiłem się, gdy tylko myśl skrystalizowała się w umyśle, zaraz przypominając o uporczywym bólu w czaszce. Wydawał się jednak nieco mniej gwałtowny niż wcześniej co, mimo wszystko, trochę polepszyło mi humor. 
Obrzuciłem sylwetkę wojownika uważnym spojrzeniem, próbując dostrzec stan, w jakim się znajdował. Z pewnością był nieprzytomny i nawet pomimo bardzo słabej widoczności mogłem powiedzieć, że wyglądał na ledwo żywego. Do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać czy w ogóle się wybudzi. Sądząc po odgłosach oddech miał płytki, a mój nos podrażniony był zapachem świeżej krwi. Nie powiedziałbym, że darzyłem basiora sympatią, jednak nie chciałem, by skończył w tak marny sposób. Można to nazwać jak się chce, współczuciem, uznaniem, lojalnością wobec towarzysza, strachem przed zostaniem samym w tej dziurze czy nicią porozumienia pomiędzy więźniami, grunt, że postanowiłem zrobić wszystko, by pomóc mu się stąd wydostać. 


<Vedziu?>

Słowa: 1032= 72 KŁ

wtorek, 19 kwietnia 2022

Od Jastesa, CD. Vallieany

Życzyłem waderze miłego dnia, po czym odprowadziłem ją wzrokiem do czasu aż zniknęła w swoim mieszkaniu. Odwróciłem się i wolnym krokiem skierowałem w stronę z której przyszliśmy, z początku podążając za pozostawionymi przez nas śladami. Później odbiłem na wschód, szukając wbitych sobie podczas wielu wypraw do głowy znaków rozpoznawczych, trasy prowadzącej do jednej z moich kilku schronień. Po parudziesięciu minutach stałem już przed zakrytą pokrytym śniegiem bluszczem jaskinią, węsząc w poszukiwaniu zapachu ewentualnych niemile widzianych rezydentów kryjówki, lecz nic takiego nie wyczułem. Wkroczyłem więc między biały puch, szybko otrząsając się, by sierść nie zamokła i sekundę potem znalazłem się w ciemnym, przestronnym wnętrzu. Położyłem pakunek pod ścianą, gdzie stała niezbyt duża, zamknięta skrzynka, podarowana mi niegdyś przez maga, po czym chuchnąłem na wieczko. Zamki od razu puściły, ukazując wnętrze z kilkoma kocami i płaszczami, liną oraz starą torbą poselską. Włożyłem do niej zioła od Adrila, zamknąłem i będąc pewnym bezpieczeństwa zawartych w niej przedmiotów, wyszedłem z jaskini.
Skierowałem się ku Centrum, obierając za główny cel Urząd Pocztowy. Kiedy dotarłem pod jego drzwi obrzuciłem niezbyt imponującą placówkę zrezygnowanym spojrzeniem, po czym przekroczyłem próg, będąc niemal staranowanym przez zdenerwowaną waderę. W ostatniej chwili udało mi się zejść jej z drogi i przepuścić w drzwiach. 
Przywitałem się z siedzącą za szkłem sekretarką skinieniem głowy i wkrótce znalazłem się w dziale ekspozycji, gdzie odebrałem gotówkę oraz wszystkie listy i pakunki, będące moim dzisiejszym przydziałem. Westchnąłem, widząc że, choć jest mniejszy niż zwykle, to i tak zajmie mi cały dzień.
Pokwitowałem odbiór, zawiązałem na przednich łapach specjalne czarne owijacze z niebieskim pasem po środku- przepisowy element rozpoznawczy listonosza- po czym założyłem na grzbiet jedną z większych toreb, które przechowywałem na miejscu i spakowałem do niej cały pakunek, lekko stękając, nadal nie odzyskawszy formy po ostatnich tygodniach stresu. Tak wyposażony ruszyłem w teren. 
Mimo bolącego kręgosłupa, siwiejących ze stresu przed pomyłkami piór, kontaktów z  nieprzyjemnymi adresatami oraz świadomości pociągnięcia do odpowiedzialności za zgubienie bądź odebranie sobie pakunku, roznoszenie listów, małych przesyłek, wystawianie awizo i wypłacanie emerytur starszym obywatelom Królestwa pozwalało mi na skupienie się na pracy bardziej niż na natrętnych myślach o czającym się gdzieś tam demonie. Co nie oznacza, że zniknęły one całkowicie, bowiem raz po raz przyłapywałem się na poszukiwaniu w pyskach przechodniów oblicza Caiasa. 
Całe szczęście mój dzisiejszy zakres pracy nie wykraczał poza Dystrykt I i Centrum, nie musiałem więc szykować się na roznoszenie przydziału przez kilka dni i, choć zrobiłem dużo kilometrów, nie byłem aż tak bardzo zmęczony. Czułem się również bezpieczniej. 
Po drodze minąłem parę razy plakaty, przedstawiające podobiznę opętanego szczeniaka i zmusiłem się, by przyjrzeć się lepiej chociaż jednemu. 
Słowo "ZAGINĄŁ" zajmowało większą jego część, wraz ze zdjęciem. Pod spodem typowe informacje: kiedy mniej więcej zniknął, w którym Dystrykcie, gdzie mógł pójść, adres domu rodziców, pod który można by zaprowadzić odnalezionego bądź wysłać list z radosnymi wieściami... Prosimy o kontakt, w razie natknięcia się na niego. 
Czułem się rozdarty.  Z jednej strony żal mi było i dzieciaka, i jego rodziców, a wściekłość na demona podsycała chęć, by ten dostał za swoje. Z drugiej, miałem niewielką, ale jednak nadzieję, że byt na dobre wyniósł się z mojego życia. 
Dalsza część dnia minęła tak samo jak pierwsza, czyli bez większych niespodzianek, może poza tym, że zostałem zaproszony na kawę w domu jednej z adresatek. Chodzenie w tę i z powrotem zaczęło mnie już nużyć, więc z chęcią przystałem na propozycję i nie musiałem nawet martwić się, że będzie niezręcznie, ponieważ pani Nutria mówiła za nas dwoje. 
Wraz z zachodem słońca w końcu przekroczyłem próg Urzędu Pocztowego i od razu wziąłem się za rozliczanie z rozniesionych dzisiaj listów. Gdy i to było skończone z ciężkim westchnieniem zdjąłem owijacze i wraz z położoną na stole wcześniej torbą, włożyłem je do swojej szafki. Ta szafka często okazywała się być prawdziwym darem niebios i dziękowałem sobie w duchu, że udało mi się ją tu sobie załatwić, co wcale nie było tak prostym przedsięwzięciem. Na szczęście byłem darzony przychylnością pracowniczki obsługi klienta, która była darzona przychylnością kogoś innego.
Następnie udałem się do dowódcy zmiany, by poprosić o przydzielanie pakunków w obrębie bliskim Dystryktowi II. Byłem tak zmęczony, że nie poświęciłem lękowi większej uwagi, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w swojej-nieswojej jaskini i pobyć w samotności. Szybko więc wyłożyłem przełożonemu przyczyny mojej prośby i, choć na początku wyglądał jakby chciał mną wytrzeć podłogę, po usłyszeniu o pozbawionym szczegółów problemie demona zgodził się spróbować coś z tym zrobić. Rozumiałem, że biorąc pod uwagę bardzo małą ilość dostępnych wilków będzie to trudne, dlatego podziękowałem i szybko wyszedłem, marząc już tylko o wieczornym posiłku i odpoczynku. 
Te dość szybko przeobraziły się w rzeczywistość, bowiem nie bawiłem się już w polowanie, tylko po drodze zakupiłem zająca, którego zjadłem już w swoim prowizorycznym mieszkaniu, a po ułożeniu koców na ziemi oraz połknięciu ziół od Adrila od razu położyłem się spać i spałem snem spokojnym, nieprzerwanym aż do samego rana. 

<Valli? Tym razem wgląd w dzień pracy Jaśka>

Ilość słów: 807= 45 Kł

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Jastesa, CD. Vallieany

Zdenerwowany informacjami dostarczonymi przez Adrila nie mogłem usnąć. Leżąca po drugiej stronie pokoju Vallieana z początku towarzyszyła mi w milczeniu i umysłem, i ciałem, lecz teraz pozostało jedynie ciało, uśpione wpierw zmartwieniem o opiekuna, a później ulgą, gdy w końcu znalazł się z powrotem w zasięgu jej widzenia. Ja natomiast tkwiłem z głową opartą na łapach, śledząc wzrokiem poruszające się za oknem migoczące światełka. 
Zacząłem zastanawiać się nad propozycją starego basiora. Trzymać się w pobliżu kogoś, kto zna się z magią jak łyse konie było niewątpliwie opcją nie do odrzucenia. Czy powinienem jednak zdecydować się na przebywanie u tego kogoś w domu na, póki co, niemożliwy do określenia czas? Odpowiedź znałem jeszcze przed tym jak pytanie skrystalizowało się w mojej głowie. Nie. Mowy nie ma, nawet jeżeli miałby czuwać wtedy nade mną nasz ulubiony demoniczny anioł stróż. Oczywiście, perspektywa bezpieczeństwa i prawdziwego odpoczynku wydawała się bardzo kusząca, jednak niezręczność i potrzeba samotności do odzyskania kontroli nad nerwami była dla mnie zbyt przytłaczająca, by przyjąć zaproszenie. Będę musiał zaszyć się w jednej ze swoich poznanych w trakcie wycieczek dziur i tam oczekiwać demona pukającego ponownie do drzwi. Zaś co do mojej własnej jaskini, faktycznie koniecznym będzie porzucenie jej na jakiś czas, przynajmniej dopóki oznaki burzy na horyzoncie nie znikną lub ta na dobre się nie przewali. 
Nie byłem też pewien czy powinienem wziąć urlop w pracy. W końcu nie znałem terminu powrotu ani nie miałem pojęcia czy miałoby to jakikolwiek sens. Bo, chociaż nie bardzo w to wierzyłem, ale modliłem się, by stało się to rzeczywistością, zły duch może zniknąć i nigdy ponownie nie schrzanić mi życia. Nie uśmiechało mi się również odcięcie się od dopływu gotówki i zwykłe schowanie głowy w piasek przez właśnie taki byt. Sama myśl o tym wydawała się być godzącą kpiną. Dlatego, mimo wszystko postanowiłem kontynuować wypełnianie zleceń i w miarę normalną egzystencję, jednocześnie pozostając w bliskim kontakcie z Vallieaną oraz jej opiekunem (opiekunami? Myśl o zaklętym w ząb zmarłym wojowniku dalej była... no... nieważne). 
Zamknąłem oczy, czekając wśród gonitwy myśli na nadejście snu.

<Valli?>

Słowa: 338= 22 Łuski

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Od Jastesa, CD. Aarveda

Nareszcie pozostawiliśmy Centrum i jego głośne ulice za sobą, mijając coraz mniej i mniej wilczych mieszkań, aż w końcu i one pozostały w tyle. Powitał nas jakże upragniony bezruch, białe fale prowadzące do Przełęczy i cisza, błogosławiona cisza. Cisza, którą muszę porzucić, westchnąłem z rezygnacją, czując nieustępujące bolesne i mocne jak cholera pulsowanie w głowie. Mój towarzysz usłyszał wydany przeze mnie dźwięk i rzucił mi niechętne spojrzenie, ale nie przerwał niezręcznego milczenia, które panowało między nami od dobrej godziny. Zadbałem, by nie zdradzić się z najmniejszą oznaką irytacji, nie odrywając wzroku od linii horyzontu. Pewnie myśli, że już jesteś zmęczony, a niech go. Nie popisałeś się wcześniej profesjonalizmem, to fakt. Jak zwykle zawaliłeś i to w sytuacji, w której zazwyczaj czujesz dumę ze swojego "i-de-al-ne-go" opanowania. Nie jesteś w stanie nie wywrzeć złej opinii o sobie, brawo! Masz szczęście, że Aarved nie ochrzanił cię słownie. Tak, to jedyny dobry aspekt tej sytuacji, inaczej straciłbyś resztki dumy nie umiejąc zareagować.
Odgoniłem natrętne, co chwila powracające myśli i skupiłem się na przepływie powietrza wokół nas. Wyczułem całkiem spory strumień silnego, zimnego wiatru i czym prędzej chwyciłem go, naginając do swojej woli. Chwilę miotał się w uścisku, rozszalały, lecz gdy oderwał się od bratnich prądów osłabł, zwiotczał i dał się prowadzić. Przynajmniej tyle dobrego, zamrugałem czując jak od jego nagłego podmuchu lekko szczypią mnie oczy. Dzisiaj szczególnie nie miałem ochoty szarpać się z silnym nurtem.
-Krąż, słuchaj, informuj- wymruczałem z przyzwyczajenia, nawet nie rozważając porzucenia tego drobnego zwyczaju w obecności wojownika. Rozmawianie z wiatrem, który i tak nie rozumie słów często zdawało się przyjemniejsze niż rozmawianie z przedstawicielem tego samego gatunku. Mniej irytujące, mniej sztuczne, mniej męczące. A wiatr, choć martwy, odpowiadał w swój niesamowity, oryginalny sposób. Odpowiadał kojącym szumem liści wśród drzew, stukaniem dzięcioła poszukującego posiłku, pluskiem wody obiecującym zaspokojenie pragnienia, dobrym słowem pochwyconym w przelocie. Mając możliwość posiadania takiego rozmówcy któż chciałby narażać się na złośliwości, burknięcia i śmiechy, oferowane przez wypełniający kraj wilczy naród?
Rozszczepiłem okiełznany powiew, rozciągnąłem każdy z jego elementów i puściłem w przestrzeń, kierując go w różne kierunki, równocześnie kontrolując by żaden nie uciekł, nie zlał się z mijającymi go braćmi, nie porzucił danego mu przez zmęczony umysł zadania. Wszystkie połączone były ze mną drobnymi nićmi, pozwalając na niemal natychmiastowy przepływ dźwięków do moich uszu. W zasadzie prowadziłem wiatr na smyczy. Zabawna myśl, nie pozbawiona dotknięcia groteski.
Zaraz napłynęły do mnie odgłosy lasu, które niestety dawały się we znaki bardziej niż zwykle. Natężenie dźwięku uderzyło ze zdwojoną siłą i zanim zyskałem kontrolę nad kakofonią odgłosów ból głowy z pulsującego stał się świdrujący. W końcu jednak udało mi się zepchnąć większość gdzieś na skraj świadomości i skutecznie filtrować napływające informacje, nie doświadczając ich zalewu. 
Szliśmy i szliśmy, w równym tempie zbliżając się do Przełęczy, pokonując ośnieżone pagórki i co rusz nurkując w płynący wzdłuż ich stóp gęsty las. 
Wtem przez naturalną barierę przedarł się obcy, niepasujący do reszty dźwięk. Dźwięk bolesny, niechciany, taki który wyrywa ze snu w środku nocy, towarzyszy pustce pozostawionej po ukochanej osobie, wodzi na pokuszenie i jednocześnie skowycze: UCIEKAJ! 
Pomimo lodowatego dreszczu oblewającego ciało zmusiłem się do zachowania spokoju, nie wypadając z obranego tempa, nie napinając mięśni. Starałem się go uchwycić, jednak zniknął tak szybko, że nie miałem szans stwierdzić skąd dochodził, ani co lub kto mógłby być jego przyczyną. Nie mógł być to zwykły odgłos, nie. Instynkt mało kiedy mnie zawodził, zwłaszcza w kwestiach dotyczących słuchu. Jak jednak upewnić się, nie wzbudzając podejrzeń? Jak zawiadomić Aarveda? 

 
<Vedziu?>

Ilość słów: 577
 

sobota, 8 stycznia 2022

Od Jastesa - Święto Wielkiego Obdarowywania - quest I, cz. 2

Rozejrzałem się po rynku, w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego dla wadery. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia co powinienem wybrać i przyłapałem się na lekkiej panice. Co jeśli wybiorę coś, co jej się nie spodoba? Nie znałem jej tak dobrze jak Vallieany i nie miałem okazji poznać jej gustów oraz zainteresowań. No, poza magią i książkami oczywiście. Zaśmiałem się cicho, przypominając sobie szczerą miłość wilczycy do opasłych tomisk. Chyba lepiej postawić na pewny traf, a nie los w ciemno?
Dochodząc do wniosku, że takie wyjście będzie najlepsze wybrałem się na wycieczkę po stoiskach z książkami. Skinąłem głową sprzedawczyni, u której kupiłem woluminy dla mojej przyjaciółki i pobieżnie przejrzałem jej dzisiejszy towar. Nic jednak nie skłoniło mnie do podjęcia decyzji o zakupie, więc poszedłem dalej.
Kilka namiotów dalej w końcu trafiłem na coś, co mogłoby waderę zainteresować. Było to stare wydanie "Legend Rubieży", z oryginalnymi rysunkami Padma z Nex, co znacznie podwyższało wartość księgi. O dziwo nie była ona jednak tak droga jak zakładałem. Była nawet tańsza od kupionej wczoraj encyklopedii dla Vallieany. Z jednej strony ucieszyłem się, bo kiedyś kosztowały fortunę, z drugiej strony szkoda, że coraz mniej wilków je doceniało...
Nie zastanawiając się dłużej kupiłem zbiór i ruszyłem do stoiska obok, na którym błyszczała w słońcu piękna biżuteria. Sprzedawczyni widząc, że nieco ogłupiałem i ze zmartwieniem wodziłem wzrokiem po ozdobach, nie mając zielonego pojęcia co pasowałoby do Nevt, a jeszcze większego co tutaj mogłoby jej wpaść w oko, zapytała jak może pomóc. Poddałem się i opisałem jej wilczycę najlepiej jak umiałem. Koniec końców zdecydowałem się na srebrną bransoletę z czerwonymi kamieniami, zapłaciłem i czym prędzej wyniosłem się z rynku, czując narastający ból głowy, spowodowany nie tylko hałasem, ale i zmęczeniem. Nienawidziłem zakupów.

~*~

Położyłem prezenty pod drzwiami do nowego domu Nevt i zapukałem, po czym ukryłem się za rogiem sąsiedniego budynku, by móc obserwować jej reakcję. Musiałem czekać parę minut, lecz w końcu wadera wyjrzała na zewnątrz. Widząc prezenty zmarszczyła brwi i rozejrzała się, zapewne w poszukiwaniu tego, który je dostarczył. Nie mogąc oprzeć się pokusie posłałem w jej stronę delikatny powiew, który zawirował wokół jej pyska i wychyliłem się zza ściany. Kiedy wilczyca skierowała wzrok w moją stronę kiwnąłem jej głową, po czym odszedłem. Jednak nie dość szybko, by umknął mi jej wdzięczny uśmiech.



Nagroda: 300 KŁ + 3 punkty do statystyk

piątek, 7 stycznia 2022

Od Jastesa - Święto Wielkiego Obdarowywania - quest I

Wkroczyłem na rynek z budowaną przez ostatnie dwadzieścia minut pewnością siebie, która niemal od razu prysnęła. Tyle potencjalnych prezentów, tyle wariantów... Jak mam wybrać odpowiedni? Przywołałem na myśl wcześniej stworzoną przez siebie listę, zawierającą zainteresowania wadery i powoli krocząc wśród rzeki przechodniów przyglądałem się prezentowanym towarom. Piękne drewniane figurki. Wymyślna odzież. Obrazy. Biżuteria. Co chwila przystawałem, by podziwiać wyroby, zastanowić się chwilę nad poprawnością wyboru bądź dostrzec cenę. Do niczego nie byłem przekonany, a nawet jeśli coś przykuło moją uwagę zaraz ruszałem dalej, popędzany kumulującym się za mną tłumem. Wszystkie te przedmioty jednak zapisywałem w pamięci, by w razie czego móc wrócić jeśli dalsze polowanie na prezenty okaże się stratą czasu.
Wkrótce okazało się, że wcale tak nie było, a szczęście uśmiechnęło się do mnie, gdyż moim oczom ukazało się ukryte stoisko z książkami i zeszytami, a wśród nich tom z napisem "Encyklopedia roślin Królestwa". Czując, że mogłem w końcu trafić na coś, co wilczycy się spodoba, podszedłem.
-Dzień dobry, ile za tę książkę?- spytałem delikatnie zbudowanej wadery, która zajęta była układaniem zbioru, jakby dopiero przed chwilą go rozłożyła.
-40 Łusek.- odparła, rzucając okiem na wskazywany tom tak szybko, że aż zastanawiałem się czy na pewno spojrzała.
-W takim razie poproszę.- powiedziałem, wyjmując z portfela odpowiednią sumę. Wadera oderwała się od swojego zadania i telekinezą przekazała mi książkę. Już chciałem dziękować i mówić do widzenia, lecz to co ukazało się w miejscu mojego nowego zakupu wyglądało również zachęcająco.
-Uh, przepraszam jeszcze na chwilę. Tę również poproszę.- już kilkanaście sekund później kierowałem się pod mieszkanie wadery z "Encyklopedią roślin Królestwa" oraz "Przyrodniczymi odkryciami Rodana z Sasetów".

~*~

W końcu stanąłem pod znajomymi drzwiami, ogarnięty przez nagłą niepewność czy Vallieana na pewno ucieszy się z prezentu. Było już jednak za późno, by cokolwiek zmieniać, więc po chwili zapukałem, czując nagłą niezręczność. W końcu mogłem je jakoś ładnie zapakować...
-Jastes!- drzwi otworzyły się, a w nich ukazała się trochę zaskoczona, ale jednocześnie uśmiechnięta zielarka.
-Wszystkiego najlepszego.- bąknąłem, wyciągając przed siebie dwie książki i wręczając je wilczycy. Ta zamilkła na parę sekund, a ja już zacząłem się bać, że się nie cieszy, że mogłem kupić coś innego, że  bogowie zabierzcie mnie stąd... Moje obawy jednak szybko zostały przerwane, gdy jej oczy zabłyszczały, a z piersi wydobył się cichy śmiech.

<Póki co załóżmy, że Rodan jest odkrywcą, który badana faunę i florę poza granicami Królestwa, a ja może niedługo wrzucę go do NPC :*>
 

Nagroda: 300 KŁ + 3 punkty do statystyk

sobota, 30 października 2021

Od Jastesa, CD. Vallieany

 -Wygląda na to, że mamy chociaż jeden dzień odpoczynku.- uśmiechnąłem się lekko, wplatając w uśmiech nutki goryczy. Byłem pewien, że nawet tydzień mógłby nie starczyć żebyśmy się odpowiednio zrelaksowali, lecz nawet perspektywa tylko tych zwykłych dwunastu godzin wydawała się czymś cudownym i bardzo pożądanym.
-Tak, chyba nie mamy wyboru.- zaśmiała się Valliena, bez zbyt dużej wesołości czy energii, ale z wyraźną ulgą. Zaraz jednak zamilkła i wpatrzyła się kartkę pozostawioną przez jej opiekuna niewidzącym wzrokiem. Założyłem, że pewnie się o niego martwi. Staliśmy kilka chwil w ciszy, ona głęboko pogrążona w myślach, a ja niezręcznie stojący obok i zastanawiający się co powiedzieć. Szybko się jednak poddałem, nie mając zielonego pojęcia jak odpowiednio zareagować, jak zwykle przeklinając w głowie swój brak obycia i umiejętności odczytywania wilczych emocji.
Mój problem szybko rozwiązał się sam, ponieważ wadera sama powróciła do rzeczywistości.
-Skoro mamy taką okazję, nie rozmawiajmy dzisiaj ani o demonach, ani o nawiedzonych szczeniakach, duchach, iluzjach i tym wszystkim, proszę. Niech to będzie najlepszy odpoczynek jaki możemy mieć.
-Jestem za.- po raz kolejny zapadła cisza, podczas której nagle uświadomiłem sobie, że znajduję się sam na sam z waderą, w domu jej zastępczego ojca. O bogowie, co by pomyśleli moi rodzice? 
-Chodźmy zjeść. Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu.- rzuciła Vallieana i nie czekając ruszyła w stronę kuchni. Ja bez słowa podążyłem za nią, rozglądając się po pomieszczeniu, pełen podziwu dla Adrila za tak imponujące roślinne zbiory, w których ono właściwie tonęło.
-Wszystkie mają w tym domu jakieś zastosowanie czy służą jako element dekoracji?- Wskazałem głową rozwieszone pod sufitem pęki ziół, korzeni i cokolwiek tam jeszcze było. Wilczyca nie musiała się nawet odwracać, by zrozumieć o co mi chodzi.
-Z wielu z nich jest użytek, Adril niemal codziennie uzupełnia swoje zbiory. Są jednak takie, których nie ma potrzeby ściągać chyba że, przykładowo, chcesz kogoś otruć.- wyjaśniła, wyjmując z przykrytej dywanem, jaśniejącej dziury w ziemi spory kawał mięsa, które oczywiście też musiało być zawinięte w jakąś zieleninę. Interesujący osobnik z tego starego basiora, nie ma co.
Podzieliliśmy się posiłkiem, zjedliśmy i dopiero potem wypiliśmy "mieszanki wspomagające magiczne bariery". Podobno nie były dobre na pusty żołądek, a ja wolałem nie ryzykować, w tej kwestii ufałem wilczycy całkowicie. Po wypiciu herbaty, przy której rozwinęła się długa acz interesująca konwersacja na temat naszych zainteresowań postanowiliśmy pobyć trochę w milczeniu. Vallieana zaproponowała mi wybranie książki z imponującej kolekcji stojącej po drugiej stronie kominka, lecz odmówiłem, zauważając stojące na jednej z półek karty. Wilczyca pozwoliła mi ich używać, więc czym prędzej zabrałem się za układanie pasjansów przy pomocy delikatnych podmuchów. Moja towarzyszka natomiast przysiadła w pobliżu, zaczytując się w "Sposobach na zachowanie optymizmu" niejakiego Prulia. Miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś pożyczyć tę książkę, ponieważ brzmiała jak coś, co by mi się naprawdę przydało. 
Gdy obudziliśmy się po drzemce, w dalszym ciągu nie do końca wyspani, ale już w lepszych humorach wadera postanowiła oprowadzić mnie po królestwie swojego opiekuna, opowiadając o zastosowaniu różnych roślin, płynów i przedmiotów, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Było widać, że jest w swoim żywiole- w jej głos wkradł się entuzjazm, oko rozbłysło blaskiem, a uśmiech stał się szczery. Wydawało się, że choć na chwilę udało jej się zapomnieć o... a tak. Dzisiaj o tym nie myślimy. 
Podczas tworzenia z wykorzystanych, ale już niepotrzebnych kartek ptaków oraz owadów i puszczania ich na moim wietrze zastał nas zmierzch, ponownie dociskając nasze powieki ciężarem senności. Zjedliśmy kolację, dołożyliśmy do kominka i zasnęliśmy.


<Valli?>

Słowa:570=34 KŁ

czwartek, 14 października 2021

Od Jastesa CD. Nevt

Nevt coraz bardziej mnie zaskakiwała. Jej nieposkromiona energia, słowa wylatujące jak z karabinu maszynowego, niezachwiany optymizm. Bogowie, gdybym tylko ja taki miał... Niestety na tym świecie potrzebne jest zróżnicowanie, a mi w udziale przypadło nadmierne zrzędzenie plus upodobanie do użalania się nad sobą. Cóż, taki mój urok. Ale wracając do poznanej zaledwie dwie godziny wcześniej wadery: gdy tylko zobaczyłem sposób w jaki patrzyła na książkę- przeraziłem się. To spojrzenie było bardziej napełnione uczuciem niż szczenię, które w końcu dostało prezent na który czekało przez lata. Ah, chciałbym żeby ktoś kiedyś patrzył na mnie jak ta wilczyca na woluminy... 
Już jakiś czas temu wyszliśmy z biblioteki i zmierzaliśmy w kierunku poczty. Sam nie wiedziałem czy chcę usłyszeć niewątpliwie czekającą mnie burę od szefostwa czy nie.W końcu przez moje niedopatrzenie ktoś mógł albo zostać kaleką do końca swoich dni, albo stracić życie. Mojego poczucia winy wcale nie osłabiała myśl, że mogłaby to być taka sympatyczna dusza jak Nevt, więc po części pragnąłem by dostać jakąś karę, może nawet zostać zwolnionym. Znalazłoby się coś innego... Z drugiej jednak strony nie lubiłem być objeżdżany z góry do dołu. Kto lubił? W dodatku przy obcych, przy waderze. Nie, już lepiej być opieprzonym w samotności, duma zbyt mocno by ucierpiała. Lepiej by góra dowiedziała się nieco później, gdy problemowi się zaradzi. A jeżeli wadera od razu postanowi wyjawić prawdę, nie będę jej winił, w końcu na to zasługuję.
Westchnąłem ciężko przeklinając w duszy mój los. Ciągle coś musi się dziać. Dlaczego nie mogę mieć chociaż chwili spokoju, w samotności i bez uczucia nieustannego zagrożenia? Może powinienem rzucić to wszystko w cholerę i w ogóle nie wychodzić z domu. Chociaż znając moje szczęście, nawet tam spotkałaby mnie przygoda, a co za tym idzie- kłopoty. Ciekawe czy na starość będę mieć problemy z sercem. Niewykluczone. Nawet prawdopodobne. Chyba, że coś mnie po drodze zabije. To też by mnie nie zaskoczyło. 
-Najpierw trzeba będzie przejrzeć wszystko, co znajduje się na miejscu. Listy, paczki, raporty, kwitki, warto też popytać pracujących. Jak znajdziemy coś na miejscu- rekwirujemy. Jak znajdziemy coś w papierach- ruszamy w pościg, modląc się by nie było za późno. Jeżeli nie znajdziemy nic- dobra nasza. Chociaż chyba nie tego określenia powinnam użyć.- zaśmiała się krótko.- Wtedy trzeba będzie mieć na oku placówkę, masz może jakichś znajomych, którzy mógłby sprawdzać kto co przynosi, jak kto się zachowuje?-po niedługim zastanowieniu skinąłem głową. Nie miałem tam co prawda żadnych przyjaciół, ale było kilka wilków którym wyświadczyłem przysługę i większość wyraziła chęci odwdzięczenia się. Oczywiście nie poznaliby wszystkich szczegółów, tylko tyle by wiedzieli na co zwracać uwagę.
-Świetnie. Można by też poczytać o jakichś specjalnych zaklęciach do tego celu... ale to potem. Myślę, że jeśli na nic tu nie trafimy powinniśmy skierować się w stronę sklepów z magicznymi przedmiotami bądź eliksirami. Popytać sprzedawców, dobrze by było też mieć tam jakieś trzecie oko.- w milczeniu przysłuchiwałem się wywodowi wadery, od czasu do czasu kiwając głową w geście zgody. 
W polu widzenia pojawił się budynek głównej poczty, niezbyt ciekawy i zdecydowanie nie powalający pięknem. No ale spełniał swoją powinność i to się liczyło.
-Powinniśmy być na baczności.- po długim okresie nie odzywania się w końcu rzuciłem.- Ktoś musiał obserwować któreś z nas. Pewnie dalej to robi.- nie musiałem mówić nic więcej, wadera na pewno zdawała sobie z tego sprawę i nie omyliłem się.
-Tak, to prawda. Jednak nie możemy wykluczyć, że robi to za pomocą magii. A jeśli nawet, to pieruńsko dobrej, skoro nie mogę jej wykryć.
-Szpieg też musi być niezły, ponieważ jak dotąd mój wiatr niczego nie wykrył.- wymamrotałem trochę podupadły na duchu. 
-Może jest niewidzialny?- spytała, kierując na chwilę wzrok na mój pysk. 
-Usłyszałbym go, a węch też mam całkiem niezły. Chyba, że dosłownie rozpłynąłby się w nicość... 
-To także jest możliwe. Wolę sobie nie wyobrażać gdyby tak w istocie było, niematerialny potężny mag...brrr- otrząsnęła się.- Mógłby być bezkarny. Gdybym ja miała taką moc to no, nie wykorzystywałabym jej na innych wilkach w celu ich zabicia, ale miałabym o wiele więcej możliwości niż mam teraz. Oczywiście istnieją zaklęcia, które dematerializują, ale pochłaniają bardzo dużo energii, w dodatku nie zawsze udaje się pozbyć zapachu. Nie można wykluczyć, że nasz przyjaciel się takimi nie posługuje, jednak musiałby być mistrzem, absolutnym mistrzem, skoro nie potknął się ani raz. Albo się potknął, ale my tego nie wykryliśmy. Lecz to jest, wydaje mi się, mniej prawdopodobne. Tak czy inaczej, nie jest za wesoło. Szkoda, że musieliśmy się poznać w tak nieprzyjemnych warunkach, panie Jastesie. 
-Zgadzam się z panią. Jeżeli uda nam się przeżyć, musimy to nadrobić czymś bardziej przyjemnym.
-Trzymam pana za słowo!

<Nevt? ;*>


Słowa: 759= 43 KŁ 

czwartek, 30 września 2021

Od Jastesa CD. Vallieany

Nawiedzony szczeniak. Bawiący się ciałami i umysłami demon. Taki chaos, że ledwo da się to wszystko pomieścić w głowie i nie zwariować. A teraz jeszcze od dawna nieżywy zerdiński wojownik, zaklęty w pieprzony ząb. 
Dlaczego, na tym etapie, mnie to w ogóle dziwi? Oczywiście, że było za mało atrakcji, w końcu wydarzenia ostatnich miesięcy to przecież przeciętne życie każdego wilka. Co tam jakiś duch, który widzi lepiej niż ty, słyszy lepiej niż ty i czuje lepiej niż ty, w dodatku jest obecny niemal cały czas, tylko go nie widać...
Nie dziwota, że cały czas czułem się obserwowany. A co, jeśli to tylko jego wyczuwałem, a nie demona? Co jeśli demon w ogóle nie istnieje, a ja po prostu mam halucynacje wywołane paranoją, spowodowaną obecnością tego...Vernona? Wtedy Vallieana też musiałaby oszaleć... Może oszalała. I ja też. Może oboje oszaleliśmy i właśnie uciekamy przed ścigającymi nas lekarzami z psychiatryka. Albo ja przez cały czas leżę na swoim posłaniu, śpię i nie znam żadnej Vallieany, żadnego Adrila i przede wszystkim żadnego Caiasa, Vernona, kogokolwiek z tej mocno walniętej historii. Przewracam się z boku na bok i mocniej wciskam w przyjemne, cieplutkie skóry. Tak. Śpię w swojej jaskini, mam gdzieś cały świat, śpię i zaraz się obudzę.
-Jastesie?- oderwałem wzrok od skocznego płomienia w kominku, przenosząc go na skuloną na podłodze sylwetkę wadery. Obudziłem się, ale najwidoczniej nie tak jak chciałem. Naprawdę znajduję się w jaskini (ojca, opiekuna, przyjaciela?) wilczycy, z nieczystą siłą na samym szczycie listy problemów i duchem gdzieś w pomieszczeniu, w trakcie omawiania wydarzeń ostatnich tygodni. 
-A tak...cóż.- zacząłem, wyrwany nieco z kontekstu. Adril pozostał niewzruszony, wpatrując się we mnie bez mrugnięcia okiem. Poczułem się jeszcze gorzej, jak owad pod mikroskopem.- Moje osobiste przeżycia nie dotyczą doznań fizycznych, jak Vallieana, a psychicznych. Mam wrażenie, że ten demon siedzi mi w głowie, miesza myśli, zsyła iluzje, które wydają się bardziej prawdziwe niż rzeczywistość. Do tego stopnia, że nieustannie zastanawiam się czy nie oszalałem.- przełknąłem ślinę, unikając spojrzeniem pozostałem dwójki, szukając komfortu w znajomym kształcie kwiatów Yolderna, podtrzymywanym przy życiu przez magię. Przez chwilę milczałem, czując jak wyczerpanie ciąży mi w kościach, rozmywa widzenie, igra z równowagą, postarzając, dobijając. Szczerze mówiąc nie bardzo chciałem dzielić się wrażeniami z koszmarów, ale skoro nawet Valliena była zmuszona wyjawić tajemnicę swojego niewidzialnego przyjaciela, to moja spowiedź również wydawała się nieunikniona. 
-Opowiadałem już, że kilkakrotnie w czasie naszej wcześniejszej podróży dopadały mnie iluzje. Jedne mniej wstrząsające, inne bardziej...-spętane łapy, wlewający się do gardła potok lepkiej śliny, powoli rozrywane na pół ciało...Wzdrygnąłem się.- Wszystko zaczęło się od mojego pierwszego kontaktu z Caiasem, gdy szarżowała na nas horda cienistych stworzeń. Pamiętacie jak mówiłem, że posłałem w jej stronę potężny powiew, nad którym wcześniej walczyłem o kontrolę? Przylgnął do mnie, a wraz z nim jego połączenie z moimi myślami. Sprawy związane z mocą panowania nad wiatrem.-wyjaśniłem, gdy wyczułem ich zdezorientowanie.- Dzięki temu łączu coś mroźnego i odpychającego dostało się do mojej głowy i...-tak bardzo zaschło mi w gardle, że aż głos mi się urwał.- I boję się, że od tamtego czasu się z niej nie wyniosło.- umilkłem, ogarnięty nagłym strachem, że to coś, a przynajmniej jakaś tego część siedzi również we mnie, jest nieustannym świadkiem naszych zmagań, widzi wszystkie moje wspomnienia, myśli, emocje i dzięki temu wie, za jakie sznurki może ciągnąć. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej?! Bogowie, sprawcie, by to nie okazało się prawdą.
-Będziemy musieli to sprawdzić. Rozumiem, że w ostatnich dniach również stało się coś, co skłoniło pana do odwiedzenia Eany?
-Tak. Miewałem koszmary, ale nie jestem pewien czy były one iluzjami. Natomiast ten, z którego obudziłem się dzisiejszego ranka zdecydowanie jedną był. Jednakże różnił się od poprzednich. Czułem emocje, słyszałem głos, lecz nie pamiętam czyje. Być może moje własne.  
-A więc coś się zmieniło?- spytała Vallieana, przykuwając mój wzrok. Niepokój skumulowany w pomieszczeniu odurzał. Zacząłem czuć lekkie pulsowanie z przodu czaszki, zwiastujące nadchodzący ból głowy. Niebieskie tęczówki wadery zdawały się być światełkiem na końcu długiego, ciemnego tunelu.
-Tak. Na samym początku widziałem tylko skrawki zdarzeń, których znaczenia nie potrafiłem zrozumieć. Potem iluzje ewoluowały i połykały mnie w całości, sprawiały że zapomniałem jak wygląda rzeczywistość, blokowały pamięć o sobie, dostęp do emocji, nawet przepływ myśli. To wszystko uwalniało się dopiero na samym końcu. Natomiast dzisiaj potrafiłem myśleć. Rozpoznałem jakieś uczucie.
-A są jakieś elementy, które powtarzają się za każdym razem?- powoli skinąłem głową. Coraz bardziej nie podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa, lecz wiedziałem, że takie informacje mogą się kiedyś okazać istotne i zatajać je było co najmniej nierozsądnym posunięciem. Zwłaszcza przed kimś, kto może wiedzieć co się tu odkurwia i być może potrafi pomóc. 
Wyczuwałem ich pełne napięcia wyczekiwanie. Głęboko westchnąłem. Mięsista, mokra macka torująca sobie drogę przez gardło do żołądka... Zadrżałem. Krótkie urywki z koszmarów coraz częściej pojawiały się na jawie w postaci wspomnień. Za każdym razem coraz mniej wierzyłem, że były to jedynie senne mary.
-Tak. Zawsze dryfuję w nieskończonej przestrzeni. A potem pojawiają się języki.- wlepiłem spojrzenie w wyblakłe kolory dywanu pod moimi łapami i bałem się je unieść, by nie zobaczyć pytających oczu. Tak przynajmniej mogłem udawać, że nie zdaję sobie z nich sprawy. Gdzieś z boku dobiegło krótkie, niskie chrząknięcie i dźwięki wydawane przez podnoszone na cztery łapy ciało. 
-Widzę, że oboje ledwo trzymacie się na nogach. Zasługujecie na ciepły posiłek i porządny odpoczynek, później wrócimy do tematu. Zaczekajcie chwilę.- po chwili Adril wyszedł. W głowie odezwała się chęć rozwiązania problemu od razu, ale szybko została przekrzyczana przez głód, zmęczenie i tak ogromna ulgę że, bogowie, miałem ochotę całować starego basiora po łapach. Miałem świadomość, że co się odwlecze to nie uciecze, ale przynajmniej będę mieć choć trochę czasu na odzyskanie sił i pozbieranie się mentalnie do kupy. A tego potrzebowałem w tej chwili najbardziej. 
Zobaczyłem jak Vallieanie opadają powieki i zaraz sam poczułem obezwładniającą senność, potęgowaną przez ciepło od ognia wywołujące przyjemne dreszcze na grzbiecie. Tu, w tym przytulnym pomieszczeniu pełnym ziół czułem się bardziej bezpiecznie niż gdziekolwiek indziej w przeciągu ostatnich tygodni. I choć prawie nie znałem jego właściciela wierzyłem, że nam pomoże. 

<Valli?>

Słowa: 1004=70 KŁ

środa, 11 sierpnia 2021

Od Jastesa CD. Aarveda

Może i nie wstałem dzisiaj z posłania lewą nogą, jednak błoto, w którym tonęło miasto tego ponurego poranka, widok kujących w oczy, jaskrawych kolorów zdobiących bogate płaszcze zamożniejszych dam i kontrastujących z nimi łachmanów chudych wilków wyglądających zza rogów, a także niewyobrażalny hałas, który wraz z wiatrem wdzierał mi się gwałtem do mózgu zdecydowanie popsuł mi humor. Kiedy po raz piąty (od pięciu wilków!) usłyszałem, że Faraon (kimkolwiek on jest) jest oszustem i/lub zwykłą świnią, po raz dziewiąty (on innej dziewiątki), że ceny mięsa z dzika w ostatnich tygodniach to jest jakiś żart, po raz nie wiadomo który dobiegły mnie krzyki i wyzwiska kłócących się mieszkańców, a na dodatek wyłapałem pełną uniesień przemowę o końcu świata, który według mówcy ma nastąpić już jutro, nie wytrzymałem i wydałem z siebie głośne, poirytowane warknięcie. 
-Przestań mi wciskać te bzdury do uszu.- wiatr, jak to wiatr, nie zrozumiał i ani trochę się nie przejął, więc złapałem go jak denerwującego bachora i kazałem mu krążyć tak, by omijał moją nieprzystosowaną do takiego hałasu osobę. Gdzieś z tyłu głowy odezwała się Ostrożność, posyłając wizję knujących złoczyńców, których dzięki mocy mógłbym usłyszeć, lecz tym razem zmusiłem się do nieprzejmowania się nią, w ostatnim momencie unikając bólu głowy. Gdy odgłosy zewsząd znacznie ucichły westchnąłem z ulgą i posłałem wgłąb szerokiej ulicy spojrzenie pełne niechęci i zdegustowania. Co życie w samotności robi z wilkiem...
Dopiero po chwili zauważyłem lekko zdezorientowany oraz zabarwiony podejrzliwością wzrok Aarveda. Basior co prawda nie odwrócił głowy w moją stronę, lecz niewątpliwie obserwował moje dziwne zachowanie i mimikę kątem oka już od dobrych kilku minut.
-Proszę o wybaczenie, panie Aarvedzie. Nie kierowałem swoich słów do pana.- próbowałem wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji, ale wkopałem się jeszcze bardziej. Świetnie, teraz pomyśli, że musi pracować z wariatem, gadającym do siebie szaleńcem. Nic jednak nie dopowiedziałem, bo zapomniałem języka w gębie ze stresu wywołanego tą kłopotliwą wpadką i by oszczędzić sobie dalszej świadomości kompromitacji, która niewątpliwie napływałaby jak fale, odwróciłem głowę, byle tylko nie patrzeć na wojownika dopóki nie odzyskam wewnętrznej kontroli. Zamiast niego wpatrzyłem się zatem w wyloty małych uliczek, a raczej w wychodzących z nich mieszkańców, obserwując czy nie ma wśród nich jakichś podejrzanych typów. Zawstydzenie wracało jeszcze kilka razy, jednak w końcu powiedziałem sobie w myślach, że "przynajmniej nie będzie uważał, że go obrażam" i zmartwienie powoli odpłynęło w niebyt.
Jasność już na dobre rozlała się po zakrytym chmurami niebie, jak wylane przez nieuwagę mleko. Z każdą minutą wilków opuszczających swoje ciepłe domy przybywało, tak samo jak i tych, dla których życie w tym aspekcie okazało się mniej łaskawe. Nikt nas jednak nie zaczepiał, za co byłem niebiosom naprawdę wdzięczny. 
Mijaliśmy sklepy, prezentujące przechodniom wachlarze różnorakich produktów, od oczyszczonej i zapakowanej dziczyzny dla wyższych sfer, przez gryfy ogrodowe, aż po magiczne zapałki i zmieniające kolory pióropusze na bal maskowy. Do naszych nosów docierały wspaniałe zapachy wymykające się z otwieranych co parę chwil drzwi cukierni i lokali, do których spieszyli na śniadanie głodni mieszkańcy, którzy albo nie mieli czasu, aby zjeść w domu, albo nie mieli motywacji, by samemu sobie coś przyrządzić, bądź upolować. Nadal nie do końca byłem w stanie zrozumieć jak całe życie można żywić się tylko i wyłącznie tym, co się kupiło w sklepie. Moja wilcza natura otrząsała się z odrazą nad tym, jak niektórzy dla wygody byli w stanie poświęcić swoje dzikie korzenie. I nie tylko! Dla mnie polowanie stanowiło swego rodzaju przyjemność, a świadomość własnej sprawności zawsze polepszała samopoczucie i ogólną samoocenę. Lecz, jak widać, nie wszyscy podzielali moje zdanie, a ja oprócz wyrażenia swojej opinii w głowie nie miałem innej możliwości jak po prostu to zaakceptować i próbować starać się zrozumieć motywy takiego postępowania. Postanowiłem jednak nie roztrząsać tak błahej kwestii i z rezygnacją pokręciłem głową.
Szliśmy i szliśmy, omijając główny nurt rzeki głów, by nie przyciągać niepotrzebnej uwagi. Niewiele to jednak dało, ponieważ i ja i Aarved górowaliśmy nad większością mijających nas wilków, a wojownik był w dodatku niewątpliwie napakowany. Byłem pewien, że czuć od nas na kilometr ważną misją, nawet jeśli paczka nie była widoczna dla oczu przechodniów, ponieważ spoczywała bezpiecznie tuż przy moim boku w specjalnie przeznaczonej do takich torbie. Jednakże torba była już wystawiona na spojrzenia, a z moich obserwacji wynikało, że nikt z wilków przemieszczających się dzisiaj po Centrum podobnej nie posiada. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby przyciągała wzrok, lecz o dziwo niewielu było takich, którzy patrzyli się na nią z zainteresowaniem. Raczej łapała go przypadkowo i zaraz wypuszczała, by przeniósł się na błoto pod łapami bądź pyski mijanych wilków. Dopiero kiedy jeden z mieszkańców po drugiej stronie ulicy kiwnął mi głową przypomniałem sobie, że wielu z nich kojarzy mnie jako listonosza, a nie posłańca. Tak, to wiele wyjaśniało.
Skręciliśmy w o wiele mniej zatłoczoną ulicę, lecz prawie tak samo nieciekawą jak poprzednia. Było tu jednak spokojniej, więc nieco uspokojony pozwoliłem sobie na lekkie rozluźnienie, które jednak zaraz zniknęło, gdy na wprost siebie ujrzałem oblepionego błotem basiora z wyzywającym spojrzeniem i złośliwym grymasem na pysku, który szedł prosto na mnie i wcale nie wyglądał jakby miał zamiar zejść mi z drogi. Niewątpliwie szukał zaczepki, co tylko wywołało bardzo szybki pogardliwy uśmieszek na moim pysku, którego szarżujący nie mógł dostrzec. Jak niefortunnie, że trafił na kogoś takiego jak ja. W normalnych okolicznościach ustąpiłbym bez żadnego problemu (nieprzyciąganie niepotrzebnej uwagi do swojej osoby na misjach było niemal świętym przykazaniem, którego każdy posłaniec musiał przestrzegać, o ile chciał mieć jak najmniej przeszkód na swojej drodze oraz więcej pewności, że nie wyleci z roboty na zbity pysk, jeśli oczywiście w ogóle wróci), jednak powracający ból głowy, kiepski humor i ten paskudny grymas oraz dobrze znany mi z dzieciństwa wyraz oczu nieznajomego nie pozwolił mi na to. Obudziła się we mnie tajona przez lata wściekłość i jedyne czego chciałem w tej chwili to zetrzeć dupkowi ten szyderczy wyraz z głupiej mordy. Upewniłem się tylko, że moja zwykła maska spokoju i powagi nie ma prawa się ześlizgnąć i czekałem na dalszy rozwój sytuacji.
Korzystając z mojego nie byle jakiego wzrostu, który dawał przewagę nad przeciwnikiem uniosłem wyżej głowę i wpatrzyłem się gdzieś w punkt nad jego głową, jakby kompletnie go ignorując. Chyba musiało go to lekko zdenerwować, gdyż po chwili usłyszałem warknięcie, bury kształt pojawił się gdzieś w pobliżu mojego nosa i zaraz ciało z impetem uderzyło w moją lewą pierś, nie oszczędzając kawałka szyi (gdyby nie mój delikatny ruch wparowałby w prawo, a to mogłoby zagrozić towarowi w paczce, lecz nie tak łatwo zapominam o takich ważnych kwestiach, spokojnie panie Aarvedzie, widzę to pańskie spojrzenie). Nie dałem się jednak popchnąć i wytrzymałem kontakt bez zachwiania, w dalszym ciągu nie patrząc na agresora, tylko rzucając szybką wiadomość oczami Aarvedowi, zapewniając że wszystko jest pod kontrolą. Już miałem ruszać dalej, gdy z boku błysnęły gniewne żółte oczy i spod mojego podbródka rozległ się ochrypły warkot:
-Przeproś.- uparcie trzymałem głowę na tym samym poziomie, w żaden sposób nie uznając prezencji natręta i wpatrując się w milczeniu w jeden z szyldów daleko przed nami, który niespokojnie kołysał się na wietrze.  
-Przeproś mówię!- głos przybrał na sile, kropelki śliny na parę chwil wskoczyły w moje pole widzenia, a ja poczułem nagły niepokój, gdy wyczułem kłapnięcie zębami tak blisko mojej odsłoniętej szyi. Świadomość obecności Aarveda uspokoiła mnie nieco. Obcy nie był chyba tak głupi, żeby zagryźć towarzysza takiego mięśniaka jak wojownik. 
-Może to zrobię jeśli się pan umyje. Bo póki co nie jestem w stanie pana dostrzec, miesza się pan z tłem.- odpowiedziałem chłodno, wskazując wymownie na otaczające nas morze błota. Nieznajomy aż zatrząsł się z wściekłości, lecz krok który poczynił ku nam stojący jak dotąd z boku lerdis, wybił mu z głowy jakiekolwiek sztuczki i tylko wpatrywał się we mnie, mrucząc pod nosem przekleństwa. W końcu cofnął się o kilka kroków i szybko odszedł. Puściłem za nim wiązkę wiatru na wszelki wypadek, gdyby chciał zwołać kolegów, dziwiąc się jak pomysłowym trzeba być, aby wymyślić takie wyzwiska jakimi mnie właśnie obrzucił. Kątem oka obserwowałem go jak znika za rogiem i wbiłem sobie do głowy, by przywołać powiew za jakieś dwadzieścia minut. Złapałem kolejny i nakazałem mu krążyć, zwiększając środki bezpieczeństwa i dopiero wtedy się rozejrzałem. Całe szczęście większość przechodniów nie uznała sceny za wystarczająco interesującą, bowiem przykuła uwagę tylko trzech osób: dwóch podrostków, którym jęzory jeszcze wisiały po przerwanym truchcie i stojącej w oknie naprzeciwko klientki sklepu z biżuterią. A więc żadnych żebraków, żadnych sprzedawców, nikogo, kto mógłby się tu o nas dopytywać. Dzięki bogom. 
Teraz dopiero spłynęła na mnie świadomość jak bardzo emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Ryk plującej jadem bestii w środku mnie nieco ucichł, lecz nie zniknął całkowicie, a targane gniewem cielsko tak bardzo zranione i rozwścieczone przez lata słowami i czynami, kpinami i bólem nie garnęło się do spoczynku. Jednak satysfakcja z przezwyciężonego strachu i duma z tego działała jak balsam, powoli uspokajając moje rozedrgane ciało. 
Lecz zaraz nadpłynął głęboki wstyd i złość na siebie, że nawet coś, co było według mnie moim głównym atutem, czyli panowanie nad emocjami, zawiodło w tak ważnej chwili i wystawiło nie tylko mnie, ale i Aarveda na niebezpieczeństwo. Bezużyteczny idiota. Przecież doskonale wiedziałem czym ryzykuję, nie zapomniałem o tym nawet na chwilę, a i tak wpadłem w pułapkę swojego głębokiego rozżalenia oraz wspomnień. Chociaż... Gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że gdybym znowu podwinął pod siebie ogon i skulił uszy byłbym jeszcze bardziej znękany niż teraz. 
Drżenie w końcu zaczęło ustawać, bieg myśli zwolnił do odpowiedniego tempa, lecz napięcie trzymało się jak rzep psiego ogona. Lecz to nieważne, ponieważ bestia została już okiełznana, a ja jakimś cudem zdołałem przez cały ten czas utrzymać pokerową twarz, nie dokładając sobie zawstydzenia przed Aarvedem, który teraz stał tuż przede mną i szukał swoimi poważnymi, może zirytowanymi czy też karcącymi oczami mojego spojrzenia. Nie kazałem mu dłużej czekać.


Słowa: 1611 = 126 KŁ

środa, 16 czerwca 2021

Od Jastesa CD. Vallieany

Gdy tylko usłyszałem odpowiedź wadery, w mojej głowie zaczęła kotłować się taka masa dręczących pytań, że miałem ochotę złapać Vallieanę i trząść nią dopóki nie odpowie na wszystkie. Opamiętałem się jednak i nawet nie próbując zmienić wyrazu pyska z jednego, wielkiego znaku zapytania skinąłem głową, nadal wstrząśnięty widokiem, który miałem przed sobą. Ścieżkę wydrążoną w śniegu znaczyła rzeka krwi, spływająca po pysku, szyi, piersi i łapach wilczycy, sklejając jej sierść w czarne strąki, które musiały być niezbyt przyjemne w dotyku. Z niepokojem szukałem gdzieś jakiejś rany, lecz wszystka posoka zdawała się wydostawać jedynie z nosa i pyska Vallieany. Lecz czy to możliwe, by aż taka ogromna ilość?
Wadera wyminęła mnie i ciągle charcząc zaczęła torować sobie drogę przez śnieg. Stanąłem ogłupiały i przez parę długich sekund wodziłem za nią wzrokiem, patrząc to na jej sylwetkę, to na zostawione przez nią czerwonobrunatne ślady, aż w końcu nie wytrzymałem.
-Masz zamiar iść w takim stanie? Mokra, w mróz?- zawołałem z niedowierzaniem. Wilczyca odwróciła się na krótką chwilę.
-Nie ma czasu.- warknęła z wyraźnym zniecierpliwieniem, po czym bezceremonialnie ruszyła dalej, sapiąc i parskając. Gapiłem się za nią, w dalszym ciągu nie mogąc dojść do siebie.
Koszmar zdecydowanie zbyt mocno wytrącił mnie z równowagi i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, jednak nie mogłem nad tym zapanować. Do diaska, nie chciałem. Miałem serdecznie dość duszenia w sobie emocji i braku możliwości pozbycia się ich, poprzez gniewny gest czy choćby płacz. Do tego doszedł jeszcze znienawidzony brak zorientowania w sytuacji, który był dla mnie najgorszym uczuciem, przerastającym nawet wściekłość czy strach. Wszystko to, plus zmęczenie niewyspaniem, obawy o zdrowie, a nawet życie i Vallieany i siebie samego, wściekłość na los oraz podejrzenia, które zaczęły kiełkować w mojej głowie sprawiły, że mało brakowało, a wylałbym to wszystko na oddalającą się, od tak, waderę. Już otworzyłem pysk, już zaczerpnąłem głęboki oddech, by spożytkować go na przepełniony gwałtownymi emocjami wrzask, lecz w ostatniej chwili zacisnąłem z powrotem zęby, czując jak z oczu powoli zaczynają spływać mi łzy, znacząc mokry tor wśród czarnobiałej sierści. Bogowie, te koszmary mocno dawały mi się we znaki. Być może umiejętność panowania nad sobą, za każdym razem, gdy tkwiłem w nieskończonym więzieniu własnego uśpionego umysłu była wykradana przez nieczyste moce, mieszające mi w głowie. Albo po prostu potrzebowałem długiego urlopu, z dala od nawiedzonych dzieciaków, plujących krwią wader i mających ból dupy duchów.
Prawdopodobnie obie opcje były poprawne.
Weź się w garść, do diab... urwałem, zdając sobie sprawę, że w obecnej sytuacji lepiej nie wywoływać wilka z lasu, więc jedynie skierowałem delikatną dłoń wiatru na swój mokry pysk i pozwoliłem, by subtelną pieszczotą osuszał słone koleje. Przez chwilę mało to jednak dawało, bowiem łzy dalej płynęły bez żadnych przeszkód, szloch walczył o wyrwanie się z targanem niepokojem piersi, a unurzana we krwi, rozmyta w mojej wizji wilczyca oddalała się z każdym ciężkim krokiem, powoli zostawiając za sobą krwistą wstęgę, którą zaczął już wypłukiwać śnieg. Wypuściłem w przestrzeń parę cichych łknięć, mając nadzieję, że Vallieana znajduje się wystarczająco daleko, by nie móc ich usłyszeć i stałem tak w bezruchu, czerpiąc komfort z szeptanych mi do ucha słów wiatru i jego pewnego dotknięcia.
Nagle dotarło do mnie, co ja tak naprawdę robię i mentalnie cisnąłem sobie błyskawicą w ten pusty łeb. Beczysz jak słabe, nowonarodzone szczenię, a Vallieana, w kondycji w żaden sposób odpowiedniej do walki, zaraz zniknie ci z oczu! Wstyd rozlał się gorącą falą po moim ciele, rozgrzewając zastygłe w bezruchu na mrozie mięśnie i już po chwili sadziłem susy przez śnieg, momentalnie przestając płakać, jednocześnie przybierając swoją zwykłą maskę spokoju i powagi. 
Gdy znalazłem się przy boku zmarnowanej wadery, ta przystanęła i uniosła ku mnie pytający wzrok, a ja, za wszelką cenę próbując uspokoić rozszalały oddech i zamaskować mój obecny niezbyt dobry humor złapałem w zęby swój długi płaszcz i zarzuciłem jej na grzbiet. 
-Co ty wyprawiasz?- spytała karcąco, uchylając się przed poprawianiem materiału na jej ciele, a ja w odpowiedzi posłałem jej zirytowane spojrzenie, którego nawet nie próbowałem pohamować. 
-Jeszcze tego brakuje, żebyś mi tu zamarzła. Daj spokój, geny Sivariusa do czegoś zobowiązują.- dodałem nieco zachrypniętym głosem, widząc jak pragnie zaprotestować i tylko upewniłem się, że odzież nie ma prawa się zsunąć, po czym odsunąłem się i uciekłem spojrzeniem w bok, czując denerwujące pieczenie oczu i powracające falami zawstydzenie. 
-Chodźmy już.- mruknąłem, odwracając głowę i rozglądając się po okolicy, tak na wszelki wypadek. Od wyjścia nie mogłem pozbyć się tego paskudnego uczucia niechcianych ślepi wiercących dziury w moim karku, lecz niczego nie byłem w stanie wyczuć. Paranoja?
Coś oślizgłego owinęło się wokół mojej łapy i z lubością przejechało po każdym pazurze, zostawiając lepki śluz. Gwałtownie odskoczyłem, rzucając się na obrzydliwie pękaty język z zębami i wściekłym warkotem. Kły zatrzymały się zaledwie parę cali od zwykłej, wolnej od jakiegokolwiek dziwnego bytu kończyny. 
-Jastesie?- wypuściłem wstrzymywany od parunastu sekund, rozszałały oddech, zezując na czyste, białe włosy, a gdy byłem już stuprocentowo pewny, że na pewno nie ma na nich śliny czy innego śluzu, uniosłem głowę i szybko nią potrząsnąłem. 
-Chyba wpadam powoli w szaleństwo. Nie przejmuj się.- skrzywiłem się, gdy dotarł do mnie sens słów, ale nie chciało mi się już nic wyjaśniać ani dopowiadać, więc zostawiłem tę kwestię do interpretacji waderze i zamilkłem.  Vallieana jeszcze parę sekund obrzucała mnie zmęczonym, podejrzliwym spojrzeniem spod zmarszczonych brwi, lecz nie drążyła, za co byłem wdzięczny.
-Nie zwlekajmy.- powiedziała tylko i ruszyła w dalszą drogę, niezbyt szybko, ponieważ niewątpliwie chwiała się na nogach, ale za to z widoczną determinacją. Ja od razu znalazłem się przy niej. Nieco z tyłu, tak bym w razie czego mógł zapewnić jej oparcie, lecz jednocześnie pełniąc stanowisko "tylnej straży".  Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wietrze, wiesz czego od ciebie oczekuję. Posłałem lotnego zwiadowce między drzewa wokół nas, już w pełni opanowany i zebrany do kupy, jednak nie mogłem powstrzymać się od spoglądania za siebie co jakiś czas, mimo iż nic nie wskazywało na nieproszoną obecność. Lecz, jak to mówią, ostrożności nigdy za wiele, a ja z natury byłem wilkiem zwracającym sporą uwagę na otoczenie, nie było więc dla mnie problemem całkowite skupienie się na zapachach, dźwiękach i obrazie. Przez dalszą drogę pozostawiłem Vellieanę na pastwę jej własnych myśli. 


<Valli? Przepraszam kochana, że tak krótkie opko tyle mi zajęło>



Słowa: 1016 = 70 łusek

niedziela, 10 stycznia 2021

Od Jastesa do Vallieany

Dryfowałem w nieskończonej czarnej przestrzeni, bez wyrazu patrząc w jeden, nieróżniący się niczym od innych punkt. Nie musiałem mrugać. Nie musiałem oddychać. Nie mogłem czuć. Ale czy to mi w jakikolwiek sposób przeszkadzało? Sam nie byłem pewien. Jeszcze zaledwie chwilę temu jakieś nieuchwytne wspomnienie wyślizgnęło się z mojego zasięgu i tak jak wszystkie rozpłynęło w nicość. Czy aby na pewno? Może one wszystkie tam były, a ja po prostu oszalałem? Nie trudno zwariować, gapiąc się w ten sam punkt przez całe dekady... Ale jeśli były to tylko sekundy? Co wtedy? Czyżby nie ja, a cały świat upadł na głowę? 
I ta nieograniczona pustka, wypełniająca całe moje wnętrze do tego stopnia, że nie wiedziałem czy nie stałem się zwykłą kukłą, niemającą niczego poza tą zachłanną potęgą w środku. Jak jednak mógłbym wtedy myśleć?
Myśleć. Ja MYŚLĘ. 
Myślę, że powinienem się bać. I to bardzo. Myślę, że muszę stąd uciec. Dlaczego? Czyż ta nie jest po prostu zwykły sen? Ta czerń taka nęcąca... Ukryta gdzieś na skraju mojego umysłu teraz ujawniła się przede mną w pełnej chwale. A skoro zachowałem ją w pamięci, wiedziałem że to zrobiłem i nie zapomniałem o niej, jak o wszystkich innych, najwyraźniej nieistotnych rzeczach to... była czymś wyczekiwanym? Dobrym? 
Przeszedł mnie dreszcz. Jakim cudem skoro nic nie czuję? Jakim cudem zdaję sobie z tego sprawę, wiedząc że śnię? Skąd mam tak ogromną pewność, że to tylko sen?
Tylko sen...Tak, to tylko sen, nic więcej. Tylko. Sen. 
Sen? 
Tak. 
Koszmar? 
Nie. 
A zatem co, skoro wiem że powinienem się bać?
Nie ma czegoś takiego jak strach, Jastesie. Jest tylko nic. Ja jestem niczym, ty też jesteś niczym, cały ten świat jest meandryczną, nieprzeniknioną pustką, zbyt potężną dla twoich nic nieznaczących myśli, którymi tak się ekscytujesz. Jak więc można czuć lęk, a raczej jego potrzebę będąc częścią nicości? W tym świecie nie ma czegokolwiek, nieświadomy wilku. Tak naprawdę ciebie także tu nie ma.
Gdzie więc jestem?
Pytam się, GDZIE JA JESTEM?
Zacząłem opadać. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej. Skąd wiedziałem, nic nie widząc i nie czując niczego, co by na to wskazywało? Nie miałem zielonego pojęcia, po prostu zdawało mi się, że w tym momencie to jakaś niepodważalna prawda. 
O nie. Nie, NIE!
Chropowate, oślizgłe kształty oplotły się wokół mnie, dotykając łap, szyi, pyska, pakując się do uszu i gardła, docierając aż do mózgu, by odblokować skotłowane uczucia, które niemal pozbawiły mnie przytomności. Strach tak obezwładniający że zastygłem, pozwalając językom wić się wokół mojego ciała i robić z nim co chciały. Obrzydzenie tak ogromne, że nawet nie próbowałem powstrzymać wymiotów, wywoływanych ekspansywnym, rozpychającym mi się w gardle mięśniem. Nienawiść tak potężna, że... nie moja.
NIE MOJA.
Nagle zacząłem się dusić, czując odcięcie zbawczej pustki, jak dotąd utrzymującej mnie przy życiu. 
Ktoś włączył światło.
Głowy wijących się jak węże języków zamknęły się nade mną, pogrążając nic nieznaczącego wilka w jego najgorszym koszmarze.

Gwałtownie otworzyłem oczy, czując szaleńcze kołatanie serca i ogromny smród, który wywołał natychmiastowy grymas niesmaku na moim pysku. Przez pierwsze chwile nie mogłem złapać oddechu, zbyt przerażony, by uświadomić sobie że koszmar już minął, jestem sam w swojej jaskini, w swoim świecie. Kiedy w końcu to do mnie dotarło otworzyłem oczy, rozbieganym spojrzeniem omiatając wnętrze mojego domu, jakby w poszukiwaniu zagrożenia, które mogło czyhać w każdym kącie. Ruszyłem językiem, mając wrażenie jakby w nocy zmienił się w kołek, za wszelką cenę próbując pozbyt się obrzydliwego smaku w moim pysku.
Zwymiotowałem. Przede mną leżała trudna do określenia koloru kałuża, z niestrawionymi dotąd resztkami i zapachem, który lada chwila mógł wywołać kolejną falę odruchów wymiotnych. Wstałem więc czym prędzej i zataczając się lekko, a nawet raz potykając wyszedłem na zewnątrz, po drodze łapiąc w zęby stojące przy wejściu wiadro. Oddech jeszcze nie wrócił do normy, wzburzone morze emocji nie miało zamiaru tak szybko się uspokoić, a ja sam byłem tak rozbity i nieskupiony, że nie zauważyłem jak zapadam się w głębokim śniegu po łokcie, jak przeraźliwe zimno dotyka mojej ubrudzonej w rzygach piersi oraz pyska i jak nowy dzień powoli budzi się do życia. W mojej głowie jedynym przewijającym się w kółko obrazem był okropny sen. Jeżeli to w ogóle był sen, od tego zacznijmy. 
Od wydarzeń z nawiedzonym szczeniakiem minęło już kupę czasu, wystarczająco by Vallieana wróciła do zdrowia. Z Caiasem widziałem się tylko raz, z waderą nieco więcej z powodu częstych odwiedzin w szpitalu, lecz jak dotąd wszystko było w porządku. Jasne, czasem dręczyły mnie koszmary, jednak bez dwóch zdań były to po prostu zwykłe mary senne, a nawet jeśli nie, to nie tak rzeczywiste i dziwne jak ten. Jak bardzo trzeba być przerażonym, aby zwymiotować?
Kilka razy zdawało mi się wprawdzie, że widziałem gdzieniegdzie podejrzaną czerwoną substancję, którą uznawałem za wymysł lekko straumatyzowanego umysłu, bowiem kiedy ponownie kierowałem w tamtą stronę wzrok już jej nie było. Teraz jednek nie byłem już pewien, czy to była tylko wyobraźnia. 
Dotarłem do strumienia, który szybkością pokonał panowanie lodu i warto biegł wyznaczoną sobie trasą. Rzuciłem wiadro w śnieg i zdesperowany zanurzyłem głowę w lodowatej wodzie. Idiotyczny pomysł, ale przynajmniej skuteczny.
Wynurzyłem ją sekundę później, łapiąc powietrze jak ryba, ale ze znacznie bardziej przytomnym umysłem niż jeszcze kilka chwil temu. Pochyliłem się nad wodą olewając zimno, kapiące z brodu krople, lekko szczypiące oczy i ogólny dyskomfort, dając sobie czas na posegregowanie wszystkich odczuć, myśli i ponownie odzyskując kontrolę nad ciałem. W końcu ponownie otworzyłem powieki i spojrzałem w swoje godne pożałowania odbicie- uwalony wymiotami smętny basior z przekrwionymi ślepiami i przerażoną miną, wyglądający jak główny bohater horroru. I jeżeli tylko nie oszalałem, co jest bardzo prawdopodobne, to może nie być tak dalekie od prawdy.
-Weź się w garść.- mruknąłem, czując złość na siebie, że jeden durny sen tak mną wstrząsnął. Z drugiej jednak strony tak dobrze jest usłyszeć swój prawdziwy głos, a nie ten w głowie. 
Głos w głowie. Zwariowałem, nie ma co. Może to i lepiej? Przynajmniej Vallieany i szczyla nic nie będzie chciało ponownie zabić.
Przybrałem swoją zwykłą maskę powagi i głęboko odetchnąłem, ciesząc się z poskromionego chaosu oraz powrotu do kontroli, po czym domyłem pysk i wyczyściłem pierś, nareszcie pozbywając się drażniącego nosa odoru. Po stanięciu na brzegu przypomniałem sobie co to jest zimno, więc nie tracąc więcej czasu złapałem wiadro, napełniłem je wodą i wróciłem do jaskini, tym razem z większą trudnością poruszając się w głębokim śniegu. Gdy stanęłam na progu poczułem ogarniające obrzydzenie, lecz przemogłem się i wszedłem do środka, natychmiast podchodząc do jednej z półek, łapiąc sprzedane mi na targu kostki i wrzucajac je na ułożony wcześniej stos drewna, który momentalnie zapalił się jasnym płomieniem. Mając zapewnienie sobie ogrzewania z głowy wyciągnąłem jakieś szmaty i zająłem się czyszczeniem podłogi z całkiem pokaźnej kałuży rzygów. Po skończeniu tej żmudnej i niezbyt przyjemnej czynności wyrzuciłem przemoknięte szmaty na śnieg, przywowałem wiatr by przewietrzyć pomieszczenie tak, aby nie tknął ognia i nieco się wysuszyć, po czym zarzucając na siebie jakiś stary płaszcz wyszedłem ponownie na zewnątrz, by zaprać brudne kawałki materiału pozostałością wody z wiadra. Kiedy i to miałem za sobą zaniosłem je do jaskini i rozłożyłem na ziemi, natomiast pojemnik do przenoszenia drogocennego płynu znalazł się w tym samym miejscu w jakim wcześniej był. Lekko zmęczony postanowiłem nie wybierać się ponownie nad strumień tylko wymyć łapy w śniegu, a po wykonaniu również tego wróciłem do środka i położyłem się na skórach służących za posłanie. Chętnie uciąłbym sobie drzemkę w celu odzyskania sił i pełni spokoju, lecz z rozgoryczeniem odrzuciłem ten pomysł, mając ciągle świeży obraz języków w głowie. Nie pozostało mi więc nic innego jak wpatrywanie się w ognisko i pogrążenie we własnych niewesołych myślach. 
Wcześniejsze kszątanie pozwoliło choć na chwilę uwolnić się od dręczącego duszę niepokoju, teraz jednak uderzył on z jeszcze większą siłą, nie dając mi wypocząć. Co jeśli to demon wpływa na moje sny? Co jeśli decyzja o porzuceniu próby rozwiązania Caiasa była błędem, który mógł kosztować kogoś życie? Co jeśli zarówno szczaw jak i Vallieana są przez to zło nękani tak jak ja? 
Uniosłem gwałtownie głowę, doznając olśnienia.
-Muszę ją spytać, czy także ją prześladuje. Musze się dowiedzieć, czy naprawdę zwariowałem.- wiedząc, że spokoju tu raczej nie zaznam powoli podniosłem się na nogi i zamiotłem ogonem podłogę, odwracając się ku jednej ze ścian. Złapałem bardziej elegancki płaszcz od tego którego wciąż miałem na grzbiecie, zarzuciłem go, po czym zasypałem ognisko i wyszedłem z jaskini.


<Valli? Środek jest dość chaotyczny, lecz pisałam to bez zastanowienia. Po przeczytaniu chyba nie jest taki zły. Mam nadzieję xD>




Słowa: 1372 = 88 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics