Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Imera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Imera. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2019

Od Imery CD. Spero

Długo czasu, tak? Chyba jednak nie chcę mi się czekać. Może by tak...
- Tak więc... Poradzisz sobie sama? - zapytałem, smacznie się przeciągając. Mój kręgosłup wyglądał tak, jakby zaraz miał przebic skórę.
- Tak. - odpowiedziała krótko i zwięźle, jak zwykle.
- To dobrze. - objaśniłem, gdy już skończyłem prostować ciało - Bo i tak nie zamierzam ci pomagać. - Spojrzałem na horyzont. Między drzewami, gdzieś w oddali, przebijały się ostatnie promyki słońca.
- Rzeczywiście. Późno już. - przyznałem i ostatni raz spojrzałem na waderę - Adiós, madame. - pomieszałem nieznane mi języki, byleby choć w tej niepowtarzalnej chwili sprawić wrażenie dostojnika - Powiedziałbym, żebyś pożegnała ode mnie stado, ale i tak nikt mnie nie zna, a ja nie znam nikogo. Wasz północny klimat mi nie sprzyja. - odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę zachodzącej gwiazdy.
- Tak właściwie - krzyknęła, gdy byłem dość daleko, zapewne zrozumiała, że odchodzę w "nieznane" - Na zachodzie spotkasz się jedynie ze zlodowaciałym oceanem.
Czyżby chciała ustrzec mnie od niechybniej śmierci? Nie sądze. Po prostu miała okazję do pokazania swojej mądrości i oczywiście wykorzystała ją. Skinąłem w "niewdzięcznej podzięce" i skierowałem się na południe. Nie myślałem pozytywnie - bałem się, to głupie, ale prawdziwe. Bałem się, że nie dam rady. Początkowo droga była całkiem przyjazna, jednak gdy wyszedłem z lasu w szczere pole... Powiedzieć, że było gorzej, to jak nic nie powiedzieć. Drżałem, byłem słabszy niż kiedykolwiek. Było zimno. Śnieżnie. Mogłem poprosić kogoś o pomoc wcześniej, ale moje cholerne ego nie przeżyłoby takiego upokorzenia. Z minuty na minutę było coraz chłodniej, także wietrzniej. Po krótkim czasie słońce już całkowicie schowało się za horyzontem i przestało ogrzewać moje zziębnięte ciało. Moja szczęka drżała, a kruche zęby co chwilę obijały się o siebie. Zmrożony śnieg zaczął wbijać mi się w opuszki łap, sprawiając ból, a do tej pory roztopiający się lód zamarzł na moich portkach dodając ciężkości. Nadciągała burza. Śniegu było coraz więcej, coraz wyżej musiałem podnosić łapy. Nie wiem czemu, byłem pełen nadziei. Pierwsze, delikatne płatki białego puchu zaczęły spadać na ziemię. Przyciągneły za sobą zimny, arktyczny wiatr, który przeszywał mnie na wskroś. Podmuchy były coraz silniejsze, przynosiły coraz więcej opadów. W oddali widziałem jedynie gęsto wirujące, białe śnieżynki. To, co szalało, niby że w oddali, zaczęło się przybliżać. Co gorsza wichry mi nie sprzyjały - wiały mi prosto w pysk. Nie wiem co sobie myślałem, idąc w sam środek burzy śnieżnej. Traciłem widoczność. Gdyby chociaż było jasno, ale nie - trwał wieczór. Te delikatne, urocze opady zamieniły się w prawdziwą nawałnicę. Moja chuda sylwetka również nie sprzyjała. Gdybym miał trochę tłuszczu, wtedy być może byłoby lepiej. Nie dawałem rady. Chciałem się zatrzymać, ale doskonale wiedziałem, że jeśli to zrobię, już nie dam rady ruszyć na nowo. Wiatr stawiał niewyobrażalny opór. Śniegu przybywało, sięgał mi niemal do brzucha, a na klatce zlepiały się kolejne bryły. Było zimno. Mroźno. Instynkt nakazywał uciec, użyć umiejętności, ale tak bardzo bolało mnie, że przed żywiołem nie da się uciec. Nie widziałem kompletnie nic. Gdy na chwilę otworzyłem oczy, wleciał w nie cięty śnieg. Szło się coraz ciężej. Przestałem czuć uszy oraz zalęgnięte w śniegu łapy. Spostrzegłem, że od kilku chwil tkwię w tym samym miejscu, nie mogąc się ruszyć. Opadłem na śnieg, który teraz mnie przysypywał. Mróz przeszywał moje ciało, już nie tylko od zewnątrz. Czułem go w środku. Skuliłem się, chcąc dodać sobie otuchy, ciepła. Będzie dobrze. Przetrwam burzę i pójdę dalej, na południe, do ciepłych krajów. Będę wygrzewał się na słońcu, z dala od zimna, z dala od śmierci. Ujrzałem słońce, jaśniejsze niż kiedykolwiek. 

Ale później nastała ciemność. Niczym nie zmącona ciemność. I tu kończy się życie czarnego basiora. Następnego ranka nikt nie znajdzie jego ciała. Nikt nie dowie się, co tak naprawdę zdarzyło się tej nocy

Słowa: 603

wtorek, 18 czerwca 2019

Od Spero CD. Imery

- A nie pomyślałeś, że dobrze byłoby wiedzieć co to jest i skąd się wzięło? - zapytałam.
Jego mina była wystarczającą odpowiedzią.
Westchnęłam ciężko. Ostrożnie podeszłam do drzewa, wypuszczając jednocześnie przed siebie wiązki magii, które miały zbadać dziwne zjawisko. Prześlizgnęły się po drzewie i oplotły jakieś dziwne skupisko energii we wnętrzu pnia.
- I? - odezwał się Imera. Skrzywiłam się, zirytowana, że mi przerywa. Ale nie odezwałam się. Zaczynałam powoli dochodzić do wniosku, że nie ma sensu okazywać przy nim złości ani zwracać mu uwagi. Na nim i tak nie robiło to wrażenia.
- To nie jest takie hop-siup - powiedziałam spokojnie, przypatrując się badawczo pniu. - Magia musi dotrzeć do źródła tego czegoś i odkryć, co to jest. A że władam czarną magią, która bywa kapryśna, może zająć to chwilę.
Imera westchnął przesadnie, demonstrując swój stosunek do takich badań. Zakręcił się  w kółko, podreptał przez chwilę, po czym położył się w cieniu pobliskiego drzewa i zamknął oczy.
- Daj znać, jak skończysz - mruknął. I więcej się nie odezwał.
Dla mnie to nawet lepiej. Bez rozpraszającego gadania w tle, o wiele łatwiej było mi się skupić.
Nie minęła minuta, gdy w końcu coś znalazłam. Nic poważnego, jak się okazało, ale wystarczającego do zatrucia jeziora. Choć musiało spędzić w wodzie trochę czasu, skoro poczyniło takie szkody.
Teraz poza zlikwidowaniem źródła, trzeba będzie jeszcze oczyścić wodę. Spojrzałam na niebo, oceniając swoje szanse. Do zachodu zostało jeszcze trochę czasu.
Krótkim, prostym zaklęciem zniszczyłam drzewo, rozsypując je na popiół, po czym resztki, które po nim zostały, zabrałam na jedną kupkę i zamroziłam w kostce lodu. Zutylizuje się to później. Teraz została tylko sprawa zatrutej wody... Musiałam przejść się brzegiem rzeki i jeziora, niwelując truciznę. Proste zaklęcie, niewymagające nawet inkantacji. Ale, jak każde zaklęcie, męczy. Zastanawiałam się, czy dam radę po czymś takim wrócić do domu, ale w sumie nie miałam wyjścia.
- Imera - zwróciłam się do basiora, który nie ruszył się na krok, odkąd zaległ pod drzewem. Można by założyć, że jest martwy, gdyby nie ledwo widoczne ruchy klatki piersiowej, świadczące o oddychaniu. - Już wiem, co zatruło jezioro. Problem polega na tym, że pozbycie się tego może trochę potrwać, więc jeśli nie chce ci się czekać, to możesz już wracać do domu. I tak niedługo zrobi się ciemno.

<Imera?>

Słowa: 363

niedziela, 16 czerwca 2019

Od Imery CD. Spero

Rozpoczęli badanie brzegu. Nie ma sensu jednak ukrywać, że Imera nie miał pojęcia co robi się podczas takiego badania. Pusto patrzył na granicę wody z lądem udając, że widzi rzeczy niezauważalne dla innych wilków. Chciał sprawiać wrażenie zaintrygowanego i całkiem dobrze mu to szło.
- Masz coś? - zapytał z czystej grzeczności. Może i jest jaki jest, ale gdy trzeba, umie się zachować. Tylko musi też chcieć, a to zdarza się już rzadko.
- Niestety nie. A ty?
Ich dialogi były takie wymuszone, takie sztuczne i nienaturalne... Gorzej niż w amatorskich teatrzykach. 
- Ano nie. - skwitował i leniwie usiadł nad brzegiem. Woda coraz bardziej zaczęła przypominać niezbadaną, oleistą ciecz.
- Jak to się mówi? Po nitce do celu, problemu szukaj u źródła, czy jak to tam... Cokolwiek się stało musi mieć początek tam, gdzie zaczyna się rzeka. - wymamrotał nawet nie chcąc jakkolwiek pomagać w tej rzekomo nurtującej sprawie.
- Niezupełnie. Równie dobrze mogło się to stać gdzieś tak w połowie koryta. 
- Kur... - agresywnie zaklnął pod nosem tak, że wadera usłyszała tylko początek - I tak wiesz o co mi chodzi. Jak pójdziemy pod prąd, to w końcu znajdziemy sprawcę tego syfu. Nie denerwuj mnie i idź. - warknął zdenerwowany, a ostatnie słowa zabrzmiały jak rozkaz. Sam się zdziwił, że potrafi mówić tak śmiało.
- Nie pozwalaj sobie. Miałeś pomagać, nie nadzorować. - odparła atak, równocześnie wydając się być nim niewzruszona.
- Idziesz czy nie? - spytał już spokojniej, choć w środku wciąż cały buzował.
- Idę. 
No i poszli. Idąc wciąż obserwowali spokojnie płynącą rzekę, która powoli zamieniała się w mroczny potok. Czarnej cieczy przybywało w oczach, ale w pewnym momencie kompletnie jej nie było - dalej rzeka zachowała krystaliczną czystość. Gdzieś tutaj musi być początek tego syfu i oboje to wiedzieli. Nikt jednak nie podzielił się swoim wnioskiem. To takie... rozumienie się bez słów, nie? Śledząc czarną substancje, bez problemu można było zauważyć, że to coś ma źródło gdzieś na lądzie. Nie wiadomo gdzie, ale poza korytem rzeki. Poszli za śladem ubruzganej cieczą trawy. Poszukiwania, przynajmniej dla Imery, wydawały się nie mieć końca. Powoli mu się to nudziło, ale zawsze lepsze łażenie za obcą waderą i działanie jej na nerwy, niż bezcelowe siedzenie na zadzie. Kolejną iskierkę zapalił w nim widok gnijącego konaru drzewa.
- No, o to nasze pożądane źródło. Możemy być z siebie dumni.
- A nie pomyślałeś, że dobrze byłoby wiedzieć co to jest i skąd się wzięło?

<Spero?>

Słowa: 386

poniedziałek, 20 maja 2019

Od Spero CD. Imery

Wpatrywałam się ze zmarszczonymi brwiami w zatrutą wodę. Przyczyn jej złego stanu mogło być wiele, a źródło mogło pochodzić zarówno spod wody, jak i z lądu. Chociaż wątpiłam, by ktoś umyślnie zatruł jezioro. To było jedno z najlepszych miejsc do polowań.
W zasadzie nie słuchałam Imery, który zdawał się niesamowicie zadowolony lokalnym problemem. Zdałam sobie sprawę, że coś do mnie mówił dopiero, gdy zamilkł, wyraźnie czekając na moją odpowiedź.
- Słucham? - rzuciłam, patrząc na niego nieprzytomnie. Myśli nadal błądziły mi wokół rozciągającego się przede mną problemu.
- Pytałem, czy nie potrzebujesz może pomocy - wysyczał, patrząc na mnie słodko. Zbyt słodko. Coś kombinował.
- Raczej sobie poradzę - odpowiedziałam, starając się zachować możliwie neutralnie. Boczenie się na niego nie miało sensu, basior zdawał się jeszcze bardziej tym cieszyć i tym bardziej starał się mnie zirytować. Takie błędne koło. Na które nie miałam w tej chwili czasu. - Ale, tymczasem, muszę niestety zakończyć naszą wycieczkę krajoznawczą...
- Prooooszę - nagle pojawił się tuż przede mną i spojrzał na mnie wielkimi oczami. Cofnęłam się odruchowo. - Naprawdę mogę ci się przydać...
Dlaczego mogłabym przysiąc, że znowu próbuje wodzić mnie za nos?
- W czym niby? - warknęłam w końcu.
- W czym tylko zechcesz - zaoferował się, niemal płaszcząc przede mną.
No taaak, powiedzieć, że zachowywał się nieco dziwnie byłoby wielkim niedomówieniem. Ale z jakiegoś powodu odnosiłam wrażenie, że robi to wszystko specjalnie. To całe przymilanie się i irytowanie mnie na zmianę... Przypomniały mi się wtedy też jego słowa, gdy odpuścił walkę ze mną, wtedy, przy króliczej norze. "Nie zawaham się ciebie zabić". Jakoś dziwnym trafem nie wątpiłam, że w tamtym momencie mówił zupełnie szczerze.
Po plecach przeszły mi ciarki. Coraz mniej podobało mi się towarzystwo tego basiora...
- Dobrze - zgodziłam się w końcu, ale powiedziałam to cicho i z doskonale słyszalną groźbą, zamkniętą w tym jednym słowie. - Możesz pomóc mi szukać źródła problemu. Ale do ewentualnej walki nie będziesz się wtrącał - zmierzyłam go morderczym wzrokiem. - Możesz zniknąć, czy co tam, tak jak było w przypadku niedźwiedzia.
Zgodził się, entuzjastycznie mi przytakując. Przystąpiliśmy więc do badania brzegu.

<Imera?>

Słowa: 331

Od Imery CD. Spero

- Przestań, tacy jak ja nie zajmują się polowaniem - oznajmił oburzony, z odrazą wypowiadając ostatnie słowo. I na to Spero wolała nie reagować; nie ukrywając niechęci ruszyła z miejsca. Basior ucieszony tym, że znów jest dla kogoś problemem, podążył za nią. Już od samego początku czuł, że ma go dość i to diabelsko go satysfakcjonowało.
Drogę nad jezioro pokonali w milczeniu - i to dobrze. Nie byli sobą zafascynowani i choć całe to spotkanie było jakby wymuszone, to przynajmniej Imerze ten fakt nie przeszkadzał w ogóle. Spero traktowała go jak każdy inny, więc on nie widział w tym żadnego ewenementu. Czuł się stosunkowo dobrze, tak właśnie działały na niego toksyczne relacje.
- A jak się to jezioro nazywa? - przerwał ciszę, gdy w oddali było już widać lśniącą taflę wody.
- Eleonory. Jezioro Eleonory. - zaspokoiła jego ciekawość na chwilę nawet zapominając o istnieniu towarzysza. Imera miał wrażenie, że pochłonęło ją odległe uczucie zwane pięknem. Rzeczywiście, jezioro cieszyło oko.
- Głupie imię. - stwierdził - Trudne do wymowy.
Teraz Spero spojrzała na niego w taki sposób, że gdyby można zabijać wzrokiem, on leżałby już martwy.
- Nie przyznasz mi racji, wiem. Ale ty wiesz, że tą rację mam.
- Łżesz. - warknęła, nawet na niego nie patrząc. Po oglądaniu tak pięknego miejsca mogłaby doznać szoku.
- Dobra, wyluzuj. To gdzie to jezioro? - zadał kolejne pytanie, tym razem jednak nie oczekując odpowiedzi. Energicznie machnął ogonem i idiotycznym krokiem wybiegł do przodu. Gdy był już na tyle blisko, że jego łapy były już w wodzie, złowieszczo się uśmiechnął. Woda na skraju przybierała delikatnie ciemnozielony kolor, a po jej powierzchni pływały martwe ryby. Ten właśnie widok zapalił w nim tajemniczą, radosną iskierkę. Otworzył usta chcąc powiadomić przewodniczkę, ale finalnie stwierdził, że lepiej będzie gdy sama się o tym dowie. Długo czekać nie musiał - podeszła do zbiornika i skrzywiła pysk. Ewidentnie nie była zadowolona z zaistniałej sytuacji. Poukładała myśli w głowie i spojrzała na Imerę, jak gdyby to on był sprawcą całego zła. Basior dobrze znał ten wzrok.
- O nie, myśl co chcesz, ale to nie moja wina. Przysiągłbym, ale przysięgi są dla miękkich faj... - usprawiedliwił się i ponownie spojrzał na jezioro, w tym na martwe stworzenia.
- Plus jest jeden. Nie trzeba polować. - oblizał się i wszedł w głąb wody.
- Naprawdę będziesz to jadł?
- No, a co?
- Nic. - ale wcale nie takie nic. Ryby mogły być zatrute.
- Zastanawiasz się może - zaczął z pełnymi ustami - Jak do tego doszło?
- Robię to przez cały czas, a ty mi przeszkadzasz. - odburknęła, z zamyśleniem patrząc na zanieczyszczoną wodę.
- Nie wiem, czy zależy ci na tej nieszczęsnej florze i faunie... ale w ramach przysługi mogę pomóc ci znaleźć źródło problemu i zgasić je. Co ty na to? - zaproponował dyplomatycznym głosem, tylko nie dajcie się zmylić - nie chciał pomagać, bo to nudne. Musiał przebywać w jakimś towarzystwie, bo jeszcze by zwariował. No, może przy okazji użyczy swojej osoby.

<Spero?>

Słowa: 465

środa, 15 maja 2019

Od Spero CD. Imery

Ten wilk to chyba jakiś cholerny magnes na kłopoty, przemknęło mi przez myśl, gdy przed nami w zasadzie znikąd pojawił się niedźwiedź śnieżny. Do tego ewidentnie na coś chory. Sądząc po symptomach, późne stadium wścieklizny.
No i zdecydowanie już nas zobaczył, maskowanie zapachu na ostatnią chwilę nic nam nie da.
- Biegnij w stronę lasu - poleciłam spokojnie. - Nie przekroczy linii drzew...
Widać nie musiałam dawać Imerze wskazówek, bo gdy spojrzałam w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał, kończąc zdanie, już go koło mnie nie było. W zasadzie, to nigdzie w zasięgu wzroku go nie widziałam. Westchnęłam zawiedziona. W głębi duszy miałam nadzieję, że basior jednak zdecyduje się cokolwiek w zaistniałej sytuacji zrobić. No cóż, myliłam się...
Niedźwiedź zaszarżował na mnie.
W ułamku sekundy, nie poruszywszy się nawet, postawiłam między nami magiczną barierę. Bestia wyrżnęła w nią, rozpłaszczyła śmiesznie i odbiła na kilka kroków. Zaraz na powrót przypuściła szarżę, jednak z identycznym skutkiem.
Usłyszałam, że Imera znowu pojawił się koło mnie. Jakby z powietrza. Teraz pewnie wpatrywał się zaskoczony w niedźwiedzia, który zdawał się toczyć walkę z powietrzem...
Nie chciałam, by drapieżnik skończył swój żywot z mózgiem rozpłaszczonym o moją magię. To byłaby doprawdy nieprzyjemna śmierć. Postanowiłam więc skrócić jego męki.
Oszczędnym ruchem łapy sprawiłam, że naprzeciwko jego klatki piersiowej wyrósł z ziemi gruby, ostro zakończony lodowy szpikulec. Celowałam prosto w serce tak, by lodowa tyka minęła żebra i wbiła się w tkankę, przy odrobinie szczęścia przebijając nieszczęśnika na wylot.
Opuściłam magiczną tarczę akurat w momencie skoku... a niedźwiedź, tak jak przewidywałam, wpakował się centralnie na lodowy sopel.
Przebił go na wylot. A zaraz potem, pod wpływem ciężaru, złamał się u podstawy i truchło runęło na ziemię, wzbijając tumany kurzu.
Mieliśmy szczęście, że był osłabiony chorobą. Zdrowy niedźwiedź mógłby się wywinąć...
- No no no, nie powiem, ładnie go urządziłaś - usłyszałam głos nowopoznanego wilka, gdy tylko pył opadł, a naszym oczom ukazała się niedźwiedzica. Jej niewidzące oczy zdawały się być nadal wpatrzone we mnie. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Parszywa wizja.
- Czyli, tak jak mówiłam - kontynuowałam przerwaną wycieczkę krajoznawczą, jakby nic się nie stało. Przechodząc koło truchła niedźwiedzicy wyrysowałam na jej futrze runę, uważając, by nie dotknąć zakażonej krwi. Ciało rozpadło się w proch. Żeby nikt się przypadkiem od niej nie zaraził. - W tym miejscu, które swoją nazwę wzięło od tego wspaniałego lodowego łuku - wskazałam łapą wspomnianą konstrukcję. Nie starałam się nawet ukrywać sarkazmu i niechęci w głosie. Dlaczego w ogóle zabrałam tu tego basiora? No cóż... było po drodze. - Generalnie nie pada tu śnieg, dlatego można tu znaleźć sporo roślin, którym nie przeszkadzają arktyczne warunki.
- Jak ty to zrobiłaś? - wysapał Imera, przerywając mój wywód. Rzuciłam mu w odpowiedzi spojrzenie spode łba. - Wcześniej, w lesie... też coś zrobiłaś. W jednej sekundzie byliśmy pod drzewem, a potem...
- Następnym przystankiem w naszej wycieczce krajoznawczej będzie jezioro Eleonory - wycedziłam, ignorując jego pytanie i mordując basiora wzrokiem za zadawanie głupich pytań.
- Naprawdę jestem ciekawy - powiedział Imera przymilnie. Sztucznie.
- A jakim cudem ty rozpłynąłeś się w powietrzu? - spytałam ostro, zatrzymując się i stając twarzą w twarz z Imerą.
- Ja? W powietrzu? - zapytał, przybierając minę niewiniątka.
- Nie rób ze mnie idiotki - warknęłam. - Jak zaatakował nas niedźwiedź, rozpłynąłeś się w powietrzu. Byłeś, i już cię nie było, a ja zostałam sama - zgromiłam go wzrokiem. - Wyobraź sobie, że ja zrobiłam to samo, co ty, tylko z innym skutkiem - powiedziałam, już spokojniej. Z mniejszą zjadliwością.
- Ale to było... spektakularne - Imera uśmiechnął się brzydko. Wolałam nie myśleć, co mu chodziło po głowie. - Co jeszcze potrafisz?
- Nic, co powinno cię obchodzić - fuknęłam.
- Ale jednak masz wysokie predyspozycje...
- Bo jestem cholernym magiem czarnej magii? - warknęłam. - Nie bez powodu nim zostałam, możesz mi uwierzyć. I dlatego wiem - zgromiłam go wzrokiem - że użyłeś magii, by zniknąć. I będę wiedziała, gdy zrobisz to ponownie.
- To groźba?
- Przyjacielskie ostrzeżenie - odpowiedziałam. Już bez agresji, ale nadal niezbyt życzliwie. - Chodźmy już. Jezioro pewnie bardziej cię zainteresuje niż ten Lodowy Łuk. Jest tam pełno ryb, na które możesz polować.

<Imera? ;P >

Słowa: 646

sobota, 11 maja 2019

Od Imery CD. Spero

Basior ciężko dysząc znów sztywno stał na śniegu w rozkroku, gotowy do ponownej walki. Oblizał zęby z krwi i znów poczuł jej zbawienny smak. Propozycja była kusząca, a on nie chciał, żeby taka była - wtedy mógłby ją z czystym sumieniem odrzucić.
- Och błagam, działam zgodnie z naturą. Silniejszy zabija słabszego, takie są zasady, więc proszę, nie mów mi, że to ja mam się ogarnąć. - przeciwstawił się z urazą, okazując pełne oburzenie. Po chwili jednak natychmiastowo zmienił nastawienie, przynajmniej z zewnątrz - wymusił nieśmiały uśmiech, a jego oczy wypełniła fałszywa nadzieja.
- Ale jeśli chodzi o jelenia, czy co tam... Gdybyś mogła. - oh, jak on pięknie grał! Udawanie zawstydzonego wychodziło mu znakomicie.
- Wiesz, przepraszam za te zajączki. Poniosło mnie. - dodał, po czym jego pysk wypełnił ciepły uśmiech. Ale wadera nie była naiwna. Życzliwa, ale nie naiwna. Niestety, przemknęło mu przez myśl. Podejrzliwie wpatrywała się centralnie w niego, po czym z dozą odrazy skinęła głową i odeszła.
- Poczekaj tu. - dorzuciła, nawet na chwilę się nie zatrzymując. Imera odprowadził ją wzrokiem, po czym znudzony lęgnął na śniegu. Poczuwszy swąd w okolicach grzbietu, zaczął się tarzać. To bardzo rzadki widok.
Wilczyca przyszła po chwili, ciągnąc za sobą dorodną, dorosłą łanię. Imerę bardzo to zaintrygowało, ale nie chciał pytać, jak to zrobiła w tak krótkim czasie. Poza tym za bardzo zajęty był udawaniem.
- D-dziękuję, ale... - wymamrotał, że niby zawstydzony - Nie. Nie mogę tego przyjąć.
- Mój drogi, czy ja wyglądam na idiotkę? - wadera niespodziewanie ostro zareagowała na jego gierkę.
- Ja... nie rozumiem. 
- Daruj sobie i jedz tego jelenia. Na zdrowie. - to było wredne z brzmienia. 
- Nawet się nie przedstawisz? - zawiedziony spojrzał jej w oczy.
- Spero. - przedstawiła się już bez tej nuty nienawiści, ale wciąż od niechcenia.
- Imera. - basior wykrzywił usta w najbrzydszy uśmiech, na jaki było go stać. Nieustannie patrząc na nową znajomą wziął pierwszy kęs zdobyczy, rozrywając jej ciało.
- I jesteś pewna, - wycedził żując soczyste mięso - że to nie jest zatrute?
- Spokojnie. - uśmiechnęła się - Ale spróbuj jeszcze raz tknąć te zajączki, to...
To? W walce wydawało się, że są sobie równi. Ale wcale tak nie jest. Basior prędzej czy później musiał się z tym pogodzić.
- Nie zjesz? - zaproponował z czystej grzeczności, bo w cale go nie interesowało, czy wadera jest głodna czy też nie. Po prostu nie mógł znieść gdy tak się na niego patrzyła.
- Nie, ja dziękuję.
- Dobra, mam sprawę. - zaczął, nieprzyzwyczajony do proszenia o cokolwiek - Raczysz oprowadzić mnie po tej nieszczęsnej zimnicy?
Wyszło całkiem nieźle. Zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć - beznamiętnie, troszkę może dostojnie. Oczywiście Spero była nieco podejrzliwa, jak większość w jego obecności.
- Teraz przysięgam, że nic nie kryje się za tą prośbą. - rozwiał jej obawy, wciąż jednak nie do końca - Tylko wiedz, że jeśli będę miał okazję Cię zabić, to ani przez chwilę się nie zawaham. - dodał, złowieszczo rechocząc pod nosem. Być może wadera odebrała to jako żart, lub nic nieznaczącą groźbę, w każdym razie - zgodziła się i tylko to się liczyło. Ruszyli od razu, Spero wciąż jednak pozostawała podejrzliwa wobec basiora.
Nie wiedzieć czemu, pierwszym miejscem do jakiego przybyli był lodowy łuk.
- Wiesz, chciałem żebyś pokazała mi raczej bardziej praktyczne sfery.
Uniosła jedną brew i spojrzała na niego z dozą zażenowania. Najwyraźniej lepiej się było nie odzywać.
- A, panie przewodniku - zakpił - Może coś o faunie?
- A więc - nabrała powietrza i już miała coś powiedzieć, jednak zamiast tego rozwartymi ślepiami spojrzała w oddalony punkt. Niedźwiedź. Śnieżny? Olbrzymi? Niedźwiedź! Imera zaniepokoił się i spojrzał w to samo miejsce. Wcale nie było tak daleko - ledwo 15 metrów od nich stała zaśliniona, charcząca bestia. Ciężko dyszała i, o zgrozo, wyglądała na zarażoną wścieklizną. Jej ogromne, teraz puste ślepia podchodziły krwią. Delikatnie czerwona, gęsta ślina znajdowała się już wszędzie - na pysku i na klacie. Z zasady miękkie futro pozlepiane zostało bryłkami śniegu. Jej pochrząkiwania były coraz głośniejsze i bardzo nieregularne. Wydała ryk chłapiąc śliną jeszcze bardziej i ociężale, na razie powoli ruszyła w stronę dwójki wilków.


<Spero? Przepraszam za ten oklepany wątek oprowadzania po terenach, ale czas leciał, a weny brak :[>

Słowa: 640

poniedziałek, 6 maja 2019

Od Spero CD. Imery

Generalnie to nie pytajcie mnie, co ja tu robię. To dość długa historia z "niewielką" kłótnią z pewnym wilkiem w tle. Najwidoczniej to jedno zadanie na okazję zostania moim asystentem, które polegało na kontrolowaniu i, w razie potrzeby, dostarczaniu potrzebnych mi ziół do mojej pracowni, przerastało jego możliwości, musiałam się wiec zająć sprawą sama. No ale nieważne.
W każdym razie na widok zabiedzonego wilka, tkwiącego przed norą, gdzie kuliło się przerażone małe króliczątko, a jego brat zaledwie kilka kroków dalej rozdzierany był właśnie pazurami, coś przewróciło mi się w żołądku. Chwilę wcześniej wpadła na mnie prawdopodobnie ich matka. Odbiła się od moich łap, przeturlała po śniegu. W pierwszym odruchu chciała uciekać, ale zaraz obejrzała się za siebie i, jakby wyczuła, że nie zrobię jej krzywdy, poczęła skakać w miejscu niczym sprężynka, na migi pokazując mi, gdzie mam się udać.
No więc jestem.
- Ładnie to tak znęcać się nad słabszymi? - wyrzuciłam z siebie, gdy wilk sięgał po ostatnie młode.
Basior zamarł w pół ruchu, po czym przejechał łapą po pysku, wyraźnie niezadowolony moim niespodziewanym pojawieniem się. Gdy po chwili odwrócił się w moją stronę, chyba pierwszym, co ujrzał, była kuląca się za mną mama królik. Rzucił jej nienawistne spojrzenie. Przesunęłam się, niby przypadkowo, żeby ją zasłonić.
- Co ty właściwie robisz? - spytałam po dłuższej chwili milczenia.
- A na co to wygląda? - warknął basior w odpowiedzi. Prawie się na to skuliłam.
Prawie.
- Jeśli jesteś głodny i masz problem ze zdobyciem pożywienia, wystarczy poprosić o pomoc - zauważyłam, starając się zachować spokojny ton. - Nie musisz maltretować biednych królików...
- To nie moja wina, że jestem wyżej w łańcuchu pokarmowym od nich - mój rozmówca wzruszył ramionami i już miał sięgać z powrotem do gniazda, ale powstrzymało go moje ostre syknięcie.
- Zostaw.
- Nie będziesz mi mówiła, co mam robić - padło w odpowiedzi.
Niczym niewzruszony wyciągnął z nory małą, wierzgającą kulkę i ostentacyjnie zbliżył ją do pyska.
No chyba jaja sobie robi.
- Nie wolisz zjeść czegoś większego? Jelenia na przykład? - propozycję wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Ym, i niby jak miałbym go upolować?
- Zrobię to za ciebie - warknęłam.
- Ha! A to dobre - prychnął. Ale jak na razie nie zjadł króliczka, co uznałam za dobry znak. - Jak niby masz zamiar upolować samodzielnie sarnę? - zakpił.
- Zobaczysz - błysnęłam zębami. Jak się zaraz nie zamknie, to nie ręczę za siebie.
Mruknął coś pod nosem w odpowiedzi. Po czym wrzucił sobie króliczka do pyska.
Zagotowało się we mnie. Z głośnym warczeniem rzuciłam się na basiora i wspomagając się krótkim, acz szybkim magicznym skokiem w przestrzeni, zdołałam chwycić biedne zwierzątko w powietrzu. Jednocześnie odepchnęłam nieznajomego, własnym ciałem blokując mu dostęp do nory, w której po chwili na powrót złożyłam przerażone zwierzę. Jego matka dokicała do mnie i także schowała się w norze.
- Powiedziałam ci, że masz je zostawić - warknęłam, nie kryjąc już wrogiego tonu. - Jeśli jesteś głodny, to...
Skoczył na mnie.
Zaparło mi dech w piersi, gdy uderzywszy we mnie, wepchnął mnie z impetem na drzewo za mną. A następnie złapał zębami za gardło.
Sapnęłam zaskoczona. Gdy tylko dotarło do mnie, co się właśnie wydarzyło, zaczęłam się szarpać. Co jednak spowodowało tylko zwiększenie siły, z jaką napastnik zaciskał zęby na moim gardle.
Nie mogłam przeskoczyć. Zostawiłabym wtedy basiorowi wolny dostęp do nory. Ale jeśli zaraz nie przestanie...
Zęby przebiły skórę, po błękitnej sierści spłynęła strużka krwi. Zaczynało brakować mi powietrza.
Desperacko machnęłam łapami, orając ziemię wraz ze śniegiem, kłapnęłam zębami, starając się w jakikolwiek sposób dosięgnąć basiora, uwolnić się od niego. Wszystko na nic.
Wzrok zaczynały przesłaniać mi już ciemne plamy, gdy sięgnęłam po magię lodu. Gruba bryła zamarzniętej wody zaczęła wyrastać w wejściu do nory królików, blokując do niej dostęp.
Przeskoczyłam.
Nieświadomie pociągnęłam jednak za sobą basiora.
Wylądowaliśmy więc w śniegu kawałek dalej, przetoczyliśmy się po nim, aż w końcu, wykorzystując zaskoczenie basiora niespodziewaną zmianą miejsca w przestrzeni, uwolniłam się z jego szczęk.
Oddychając ciężko, zaparłam się łapami w śniegu. Utkwiłam w czarnym wilku wyzywające spojrzenie i czekałam na jego reakcję. Po wyrazie jego oczu uznałam, że istnieje szansa, iż już mnie nie zaatakuje. Pewnie przeliczył się i patrząc na mój niski wzrost oraz raczej lichą warstwę tkanki mięśniowej uznał, że da radę mnie pokonać. "Zabić", szepnęło zaraz coś w mojej głowie, ale to zignorowałam.
- No dalej - warknęłam. - Próbuj jeszcze raz - najeżyłam sierść, położyłam uszy i pokazałam zęby. - Albo się ogarnij, to upoluję ci to śniadanie.

<Imera?>

Słowa: 711

niedziela, 5 maja 2019

Od Imery

W dzień mroźny jak każdy inny, Imera wstał jak zwykle późnym popołudniem. Promienie chylącego się ku zachodowi słońca przyjemnie ogrzewały jego siwo czarne futro. Leniwie wyprostował stare kości i wygiął strzykający grzbiet. Od razu poczuł ścisk w żołądku, no tak - od dwóch dni niczego nie jadł. Chwiejnym krokiem wylazł z tymczasowej nory. Jego oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do wszechobecnej jasności, dlatego przymrużył je, a wręcz zamknął i szedł na ślepo, zostawiając za sobą liczne ślady. Z wielu a'la syberyjskich zapachów, jego uwagę przyciągnęła woń potencjalnej zdobyczy. Zając. Tak, to pewnie był zając. Na potwierdzenie nie trzeba było długo czekać - za niewielkim wzniesieniem znajdował się sznur zajęczych śladów, który wychodził ze świerkowego lasu. Na śniegu łowy są o niebo łatwiejsze. Skoro tylko basior podszedł do tropu od razu stwierdził, że odciski są świeże. Można by powiedzieć bardzo świeże. Bezzwłocznie podążył tym śladem, nie odrywając nosa od zimnego śniegu. Dopiero po kilku minutach truchtu zdecydował się podnieść łeb, a wtedy ujrzał swoją zdobycz, która sztywno stała w miejscu. Tak szybko, na ile to możliwe, podbiegł do niej, lecz spłoszyła się i dalej już nie było sensu jej ścigać. Jednak ku zdziwieniu Imery, po kilku susach znów zatrzymała się i zaczęła obserwować. Basior również się rozejrzał i zobaczył to, czego oczekiwał: odpowiedź na wszystkie pytania. W małym zagłębieniu leżały trzy małe, ślepe jeszcze zajączki. Basior spode łba uśmiechnął się do dorosłego osobnika, najpewniej do matki tych nieszczęsnych kuleczek. Mięso z młodziaków jest takie przepyszne! Bez skrupułów wziął jedno niemrawe młode i ze smakiem pożarł je na oczach matki. Wówczas dwójka pozostałych dzieci zaczęła dziwnie skwierczeć i żałośnie przebierać łapkami. Na te odgłosy ich matka jeszcze wyżej uniosła uszy i wołana instynktem, a może głupotą, podbiegła do gniazda. Wciąż nie miała bezpośredniej styczności z drapieżnikiem. Zaczęła wrogo pomrukiwać oraz tupać nogą w miękki śnieg, co jednak nie przyniosło oczekiwanego efektu.
- Chcesz walczyć za swoje młode, bezbronne dzieci? Oh, jakie to słodkie. - zakpił, wiedząc, że i tak go nie rozumie - Szkoda tylko, że mam nad tobą przewagę ewolucyjną. - dodał ponuro i obnażył kły. Wydał z siebie ciężki, chrapliwy pomruk i przepuścił pierwszy skok na zajęczą mamę. Była zwinniejsza, to fakt - w porę zdążyła uciec. Zdenerwowała tym tylko napastnika. Basior ruszył po raz drugi, pełen głodu i żądzy zabijania. Znów ucieczka, w tył zwrot i odejście na bezpieczne kilkanaście metrów. Drapieżnik nie miał już psychicznej raczej siły się za nią uganiać, wrócił więc do łatwiejszej zdobyczy. Po raz kolejny, nie wierząc własnemu szczęściu spojrzał na słodkie, puszyste kuleczki. Był głodny, ale wolał delektować się ich cierpieniem, a przede wszystkim - cierpieniem ich matki. Dostojnie położył się przed zagłębieniem i ostrożnie złapał jedno młode za niewyrośnięte uszy. Zaczęło przeraźliwie piszczeć, miauczeć, czy co tam małe zajączki robią. Na te odgłosy matka znów trochę się przybliżyła, jednak na mniejszą odległość niż poprzednim razem. W jej wnętrzu rozgrywała się ostra walka. Matczyny instynkt kontra rozsądek. Na jej szczęście, rozsądek znów zaczął górować. Kto wie, co byłoby, gdyby zdecydowała się na walkę z tym odrażającym wrogiem. A może tak by było lepiej? Nie musiałaby oglądać tego, co teraz się dzieje. Nie patrzyłaby na to, jak znęca się na jej dziećmi. Poczułaby jedynie drobne szarpnięcia. Wszystko by odeszło, koniec. A teraz? Widzi, jak oprawca przejeżdża pazurem po brzuszku malca, rozrywając jego delikatną skórę. Strużki krwi spływają po jego łapie. Ukazuje szczerbate uzębienie w obrzydliwym uśmiechu. Nie. Lepiej byłoby się zabić. Zajęcza mama nie chce na to patrzeć. Z niemożliwymi do opisania uczuciami ucieka, byleby jak najdalej stąd. Imera uśmiecha się i odrywa głowę zmaltretowanemu maluszkowi. Leje się jeszcze więcej krwi, a ostatnie młode siedzi skulone z uszami postawionymi po sobie. Basior jeszcze tylko dojada korpus poprzednika, po czym złowieszczo patrzy na osamotnionego wypłosza.
- Mamusia cię zostawiła, hm? - zarechotał i już skłonił się, by rozerwać jego małe ciało. Wtem całą rozkosz przerwał obcy głos.
- Ładnie to tak znęcać się nad słabszymi?
Imerę opuściły resztki zadowolenia. Przejechał łapą po pysku i zmarszczył brwi, nie ukrywając uprzedzonej niechęci do obcego.

<Nieznajomy?>

Słowa: 657
Layout by Netka Sidereum Graphics