Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aarved i Jastes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aarved i Jastes. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2022

Od Aarveda, CD. Jastesa

Dzwoniło mu w głowie. Pusty dźwięk blakł i rósł w siłę, zupełnie jakby jego źródło przybliżało się i oddalało. Serce Aarveda dalej biło, jednak czas między kolejnymi skurczami wydłużał się i skracał na zmianę, za każdym razem zaskakując go głośnym tąpnięciem w uszach. Przez chwilę trwał w tej ciemności, zbudowanej jedynie z tych odgłosów i pulsowania krwi w skroniach.
A potem doszedł do niego ból.
Promieniował od potylicy i klatki piersiowej, potem pojawił się na całym ciele. Miał wrażenie, że cały się dusi. Skóra go piekła. Po chwili zdał sobie sprawę, z czego to wynika - nie musiał nawet się nad tym zastanawiać, to było instynktowne, mimo że nie pamiętał, co się wydarzyło wcześniej. Tak jak zwierzę, które wiedziało, że się wykrwawia, on wiedział, że wyczerpał swoją magię, a usiłująca masowo do niego wpłynąć moc rozrywa mu żywcem skórę.
Nigdy nie zdawał sobie sprawy, jak wiele racji miały osoby twierdzące, że jedna z najokrutniejszych śmierci to umieranie z magicznego wyczerpania - nigdy. Aż do teraz, nawet jeśli było mu względnie daleko do prawdziwego zagrożenia życia. Nie był też świadomy, że katusze, przez które przechodził, to było nic w porównaniu do zupełnego braku magii w organizmie.
Nie wiedział też, że taki los był mu przez niektórych pisany.  
W pewnym momencie swojego trwania w prawie pustej nicości poczuł ostre zimno, a potem gorąco. Usłyszał czyiś głos. Po chwili znów wszystko ucichło.
Zaczął odzyskiwać przytomność. ,,Ile ja wczoraj wypiłem…?”, przemknęło mu przez głowę. Odkrztusił ciepły, metaliczny płyn, który spłynął mu po pysku przywierającym do zimnej, twardej podłogi. Westchnął głębiej, a ogłuszający zapach krwi zapiekł go z tyłu gardła. Znów kaszlnął, tym razem o wiele mocniej, a przepona spięła się boleśnie wraz z posiniaczonymi żebrami. ,,Chyba, kurwa, za dużo”. Jęknął, a ten gwałtowny przypływ bodźców nieco go otrzeźwił. ,,Albo, co gorsze… W ogóle”. Ta myśl dodała mu motywacji. Uniósł powieki, a obraz, który mu się ukazał, był zamazany i lekko falował. Przełknął ślinę i resztkę krwi, którą wcześniej odkrztusił. Zaczęło mu się kręcić w głowie, a żołądek podszedł do gardła. Wilk zamknął powieki, próbując uspokoić swoje ciało. Poczuł mrowienie w lewej przedniej łapie i zorientował się, że leży na zdrętwiałym boku. Nie wiedział, czy ból w kończynie spowodowany był odcięciem dopływu krwi, czy jakimiś obrażeniami. ,,Chyba rzeczywiście nie piłem. O kurwa...”. Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że naprawdę wolałby mieć kaca.
Nagle coś szczęknęło i rozległo się metaliczne skrzypnięcie. Otworzył oczy i ujrzał jasną plamę pod przeciwległą ścianą pokoju, ruszającą się i przyciskającą do skały oświetlonej jedynie zimnym światłem wpadającym przez drzwi. Odetchnął, a obłok pary zakrył mu oczy. Ujrzał, jak pochyla się nad nim jakaś sylwetka, poczuł obcy zapach. Do jego uszu dotarł poddenerwowany, obcy głos, a po chwili odpowiedź. Słowa zlewały mu się w jedno.
Świat wirował. Każdy skurcz serca sprawiał, że obraz pokrywał mu się czarną mgłą. Nie wiedział, co się dzieje, ani nie pamiętał tego, co stało się wcześniej.
Ostre zimno przecięło mu łapę, rozległ się krzyk, głośne przekleństwo i plaśnięcie, następnie skowyt. Do nosa wdarł się gryzący zapach metalu. Spojrzał na swoją kończynę i dostrzegł, jak wylewająca się z długiego nacięcia krew formuje pod nią niewielką kałużę. ,,Czy to… czy to moja noga…?”, przemknęło mu przez myśl, jednak zanim zdążył znaleźć odpowiedź, coś ciężkiego upadło mu za głową, powodując, że wszystko na moment zrobiło się czarne. Oddychał płytko, a z pyska wydarł się niekontrolowany krzyk, gdy głośny huk rozerwał mu czaszkę. Nieznajoma sylwetka rzuciła coś ostro, jednak Aarved był zbyt ogłuszony, aby to zrozumieć. Łapy mu drgnęły, gdy obcy wilk owijał wokół nich gruby sznur.
Zaczął walczyć o odzyskanie pełnej świadomości. Nie był u siebie w domu, nie zabalował ostro poprzedniego wieczoru, nie stracił większości swojej magii na durne zabawy z kumplami... Coś było nie tak, czuł to. Miał też wrażenie, że nie powinien próbować walczyć. Jeszcze go nie zabili. Gdyby nie mieli powodu, już dawno jego zwłoki dziobałyby kruki. Będą go torturować? Chodzi o paczkę? Może o ojca? Poddał się temu, co miało go spotkać. Przynajmniej na razie.
Poczuł, jak dwa wilki chwytają go za kark. Zagryzł zęby. Świat zawirował, gdy przeciągnęli go na nosze. Przez chwilę miał wrażenie, że się unosi. Nie czuł nic, zupełnie, jakby wyrwano mu duszę z ciała.
Przeraziło go to. Usiłował otworzyć oczy, próbując przekonać samego siebie, że dalej jest w tej zimnej, mokrej celi, jednak jedyne, co widział, to biel. Czy… Czy tak wyglądała śmierć?
Nie, dalej żył. Dalej słyszał swoje serce. Ten znajomy odgłos, który towarzyszył mu podczas nocy w domu matki, kiedy był zbyt głodny, aby usnąć. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz spotkał ojca, gdy stanął on na progu tego niewielkiego, zaniedbanego mieszkania, jego wzrok pełen troski i szoku. Nagle zieleń tęczówek znikła, zastąpił ją błękit. Yothiel uśmiechnął się w półmroku, jego pysk oświetlony był jedynie płomieniami ogniska w tle.
- Mógłbym tutaj zostać już na zawsze, razem z tobą. - uśmiechnął się ciepło, ale po chwili odwrócił głowę, spoglądając z melancholią w dal. - W takich momentach wydaje mi się, że reszta świata nie istnieje, jesteśmy tylko my i zapominam o tym, co kiedyś było… A potem muszę wrócić do tego wszystkiego. Mam wrażenie, że za każdym razem boli to bardziej niż poprzednio.
- Thi… - usłyszał swój głos Aarved. Widział, jak kładzie łapę na kończynie basiora, jednak ten nie odwrócił wzroku. - Ja…
Ale wspomnienie się urwało. Płomienie ogniska zaczęły się wić na boki, a potem rozmazywać w jasną, oślepiającą plamę. Wojownik poczuł, jak coś trąca go w bok. Rozchylił powieki.
Po przetrwaniu kilku sekund pulsującego bólu głowy, który wywołało wpuszczenie światła słońca za źrenice, zorientował się, że nie jest już w tym ciasnym, ciemnym pomieszczeniu - wręcz przeciwnie, nad swoją głową ujrzał plandekę, przez którą przebijały się promienie słońca, a obok siebie - leżącego połańca. Do nosa dostał się zapach reniferowego futra. Byli w powozie. Skierował swój wzrok na tyły furmanki, patrząc, jak jadą przez leśną ścieżkę, a mijane drzewa stają się coraz mniejsze i mniejsze.
- Jastes? Co się… - wydukał zdezorientowany wilk, próbując przypomnieć sobie, co się stało wcześniej. Khado nie odpowiedział. Uniósł przednie łapy obwiązane grubym sznurem i to wystarczyło Lerdisowi.
Spojrzał na własne kończyny. Ujrzał dwie długie rany biegnące od nadgarstków aż po łokcie. Nie były głębokie, ale sądząc po brudnej sierści wokół nich, upuściły sporo krwi. ,,Dlaczego..?”, zadał sobie pytanie. Dlaczego go nie zabili? Dlaczego próbowali go ratować przed magicznym wyczerpaniem? Zaczął się zastanawiać, czy powinien się z tego cieszyć, czy wręcz przeciwnie… Zabił kilku ich towarzyszy, a oni się nie zemścili... Jeszcze. W takim razie jak straszny los ich czeka?
Oblizał się po nosie. Znał odpowiedź. Poczuł, jak strach go paraliżuje, wiedział jednak, że poddanie się mu to najgorsze, co może teraz zrobić - mimo że to nie było łatwe. Myśli pędziły, napędzając powoli rosnącą panikę. Dlaczego ich napadli? Gdyby byli zwykłymi złodziejami, szukającymi szybkiego zarobku, nie walczyliby do upadłego. Uciekliby po pierwszej kuli ognia. Musiało chodzić o tę przeklętą paczkę, od samego początku wiedział, że coś jest nie tak, że nie wysyłaliby posłańca z obstawą, gdyby nie było to coś ważnego. Do cholery jasnej, czemu dowództwo nie poinformowało ich lepiej? Dlaczego nie powiedzieli, co jest w tej paczce?
Nagle się zatrzymali. Oba basiory napięły się, stawiając uszy na sztorc. Renifery ciągnące powóz parsknęły, a w oddali odezwały się niewyraźne głosy. Wilki wymieniły zaniepokojone spojrzenia, wspólnie przekazując sobie wsparcie.
Przy tyle powozu ukazała się wysoka sylwetka. Wilczyca była smukła, miała jasną sierść z malinowymi akcentami oraz szpiczaste uszy. Gdyby nie długa, brzydka blizna przebiegająca przez lewy policzek, prawdopodobnie spowodowana poparzeniem, mordercze spojrzenie oraz niekompletne, brudne futro, mogłaby uchodzić za uroczą.
Obok niej stanął niski basior o krępej posturze i popielatej sierści. Miał krzywo obcięte uszy, a jego oczy nie zatrzymywały się w jednym miejscu na więcej niż dwie sekundy.
Widać było, że to rzezimieszki.
Trzecia postać na pewno nim nie była.
W pole widoku wsunął się wysoki śnieżnobiały Sivarius. Jego pysk był długi i smukły, z lekko zaokrąglony, a futro na szyi, które wystawało spod koronkowego kołnierza - uczesane. Nosił kubrak z barwionej na jasny fiolet skóry oraz długi, gruby płaszcz uszyty z tchórzy.
Wzrok Aarveda zatrzymał się jednak na czymś o wiele bardziej subtelnym - niewielkiej, srebrnej broszce. Była okrągła, przedstawiała pochyloną głowę wilka, w którego pysku tkwił zielony kryształ. Łeb otaczał pierścień starych run, których rogacz nie potrafił odczytać. Biżuteria wyglądała na coś więcej niż tylko ładną ozdobę. ,,Symbol?", zadał sobie pytanie samiec. ,,Wataha?". Przeszył go zimny strach. Gorączkowo zaczął przetrząsać pamięć w poszukiwaniu znaków rozpoznawczych grup przestępczych Królestwa, ale wokół nich krążyło tyle legend, że nie potrafił oddzielić prawdy od mitów. Słyszał wiele na temat brutalności gangów i mimo że większość tych opowiadań była zmyślona na poczekaniu podczas picia piwa ze znajomymi, teraz to wszystko do niego wróciło ze zdwojoną siłą.
Poczuł, jak coś naciska na jego kark. Wstał chwiejnie na łapy, a jego ciało momentalnie poleciało na bok, na ścianę wozu. Napięty sznur oplatający jego szyję napiął się, zmuszając basiora do zejścia z platformy chwiejnym krokiem.
- Co wyście mu zrobili? - rozległ się zimny głos. - Naćpaliście go?
Wadera spojrzała na Sivariusa tak, jakby sobie z niej zakpił.
- Miał być silny magicznie, a ledwo stoi.
Aarved kierował wzrok to na białego wilka, to na wilczycę, której pysk wykrzywił się w wściekłości.
- Ciesz się, że w ogóle żyje. Najchętniej rozjebałabym mu łeb za to, co zrobił. Trzymaj - Wepchnęła mu koniec sznura w wypielęgnowane futro na sierści. - I wypierdalaj.
Kłapnęła zębami koło pyska rogacza, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, niemalże parując z furii.
- Ja bardzo za nią przepraszam - wtrącił się niższy samiec. Podkulił ciało i zadarł głowę, tak, jakby miał polizać Sivariusa po brodzie. - Bardzo przepraszam Panie, ona…
- Zamilcz - warknął basior, odtrącając go od siebie. Aarved dopiero teraz zauważył, że za wysokim samcem stała spora grupa wilków. Wszystkie ubrane był w podobne, ciemne kubraki z zielonymi szwami i wbudowanymi, szerokimi kapturami. Wszystkie wbijały swoje spojrzenie w dwóch więźniów. Zadrżał. Poczuł się jak ofiara, jak zraniona sarna otoczona przez myśliwych.
Wysoki basior, który najwyraźniej był ich przywódcą, przekazał kraniec sznura jednemu z zakapturzonych z wyraźnym obrzydzeniem. - I zejdź mi z oczu.
Rozwiązał magią poły swojego płaszcza i wyciągnął z niego wypełnioną po brzegi sakiewkę. Oczy wilka z obciętymi uszami poszerzyły się, a źrenice błysnęły. Sivarius cisnął ją na pobocze drogi. Rzezimieszek rzucił się za nią i uciekł, skomląc głośno,gdy reszta watahy pogoniła za nim w kakofonii jazgotania, warczenia i przekleństw.
- Hołota - prychnął Sivarius i splunął na ziemię. Przez chwilę patrzył za nimi z wyraźną pogardą, gdy nagle jasne spojrzenie przesunęło się na wojownika. Aarveda przeszedł zimny dreszcz. - Nie wiem, za co im płacę, skoro nie potrafią zrobić czegoś tak prostego... Weźcie ich stąd.  - Odwrócił się do reszty. - Główne wydarzenie musimy przesunąć, dopóki na powrót nie będą wysyceni magią. Miejcie się na baczności i...
Basior został pociągnięty do przodu, jednak zdołał dostrzec coś bardzo ciekawego - gdy Sivarius się odwrócił, zauważył, że jedna z kieszeni jego kubraka była pełna. Wybrzuszenie pasowało rozmiarem do paczki, którą nosił Jastes. Wojownik zmarszczył brwi i próbował jeszcze dokładniej się przypatrzeć, ale wilk trzymający za sznur, brutalnie pociągnął go do przodu.
Szli przez nie więcej niż kilka minut, gdy ich oczom ukazało się obszerne wejście do jaskini, przy którym stało kilka zakapturzonych postaci - tym razem pod bronią. Rozmawiali, jednak gdy Aarved oraz Jastes podeszli bliżej, momentalnie zamilkli. Odprowadzali więźniów wzrokiem, a rogacz nie mógł odpędzić od siebie poczucia, że na coś czekają. 
Zaprowadzono ich do zespołu szerokich jaskiń połączonych ze sobą korytarzami. Lerdis nie wiedział, ile szli - czuł, że jego ciało powoli napełnia się magią, ale poprawa była znikoma. Zaczynało mu szumieć w głowie. 
Przechodzili obok różnych pomieszczeń wyrytych w skale. Nad większością z nich wyryty był ten sam symbol, który widniał na broszcze Sivariusa - głowa wilka z kryształem
otoczona runami. Na ścianach niektórych przejść również wyryto symbole oraz zdania w starożytnym języku, którego wojownik nie potrafił odczytać.
Prowadzący ich basior zatrzymał się nagle, a rogacz ujrzał w półmroku rząd grubych, drewnianych krat. Wbite w nie kamienie magiczne błyszczały w ciepłym świetle pochodni. Obcy samiec otworzył ciężkie drzwi i bezpardonowo wepchnął oba samce za drzwi. Wojownik zatrzymał się przy ścianie, słysząc, jak strażnik odchodzi. Uniósł głowę i spojrzał na towarzysza.
 
<Jastesie? Biedny Aarved znowu ma bardzo zły dzień xd>

Słowa: 1991 = 145 KŁ

wtorek, 31 maja 2022

Od Jastesa, CD. Aarveda

W powracającej świadomości odezwał się odległy, trudny do zlokalizowania ból. Próbowałem zepchnąć go z powrotem w głębinę, z której sekundy temu wypłynąłem, lecz wysiłki okazały się próżne- uparcie dawał o sobie znać i po chwili przybrał na sile, skupiając się w kilku konkretnych miejscach. Wkrótce dołączyły do niego inne doznania, w tym ciężki oddech dobiegający gdzieś z pobliża, zimno wnikające w  ciało i odgłos monotonnie odbijających się o podłoże kropel wody. 
Otworzyłem oczy na ciemność. 
Kark rwał niemiłosiernie, tak samo jak głowa i nadgarstki oraz śródstopie. Próbowałem rozprostować nogi, jednak przeszkodził mi w tym nagły i ból i jakaś duża siła. Zdezorientowany skierowałem wzrok na łapy i wziąłem gwałtowny oddech, widząc że przednia para, jak i tylna została mocno związana czymś podobnym do powrozu. W tym samym momencie uświadomiłem sobie, że leżę rozciągnięty na lewym boku, zdrętwiałym od chłodu promieniującego z podłoża, z grzbietem przylegającym do wilgotnej ściany i zaciśniętą na szyi obrożą. 
Zamarłem, czując wzbierającą w środku panikę. Leżę związany. Zapewne przykuty. Porwany. Co się do jasnej cholery stało? Strzępy wspomnień zaczęły wirować mi przed oczami, jednak ułożenie ich w spójną całość było za trudne. Myśli pędziły jakby pędzone batem, składając się w coraz to gorsze wyobrażenia.
Po chwili zmusiłem się do uspokojenia oddechu i z trudem, bo z trudem, ale zdusiłem chaos zalewający umysł, tłumacząc sobie, że tylko spokój da mi możliwość wyjścia z tej sytuacji. Oparłem pysk o kamień, przymykając powieki i dając sobie chwilę na odzyskanie kontroli. Skupiłem uwagę na palącym karku, próbując dociec co było przyczyną jego obecnego stanu. Warknąłem, gdy jedynym, co udało mi się wychwycić z pamięci był czarny błysk i kołyszący się przed oczami śnieg. Co mogło być przyczyną mojego porwania?
O jasna cholera, przesyłka! Z sapnięciem poderwałem pierś w górę, nerwowo poszukując wzrokiem torby w pobliżu, lecz ta zniknęła. Nie było jej ani przy mnie, ani gdziekolwiek w zasięgu wzroku, więc z pewnością została zabrana przez porywaczy. Zagadką pozostawało to, czy to na niej najbardziej im zależało i zabrali mnie jako dodatek, czy to ja miałem być daniem głównym, a ona jedynie przystawką. Bałem się nawet zastanawiać co byłoby lepsze. Jeżeli chodziło o pakunek, wzięli mnie tylko po to, bym się im na coś przydał, albo został sprzątnięty. Jeśli o mnie, do tych dwóch opcji dochodziły jeszcze osobiste porachunki. Przełknąłem ślinę. Tak czy inaczej wdepnąłem w naprawdę wielkie gówno, być może największe w życiu i od samej tej myśli zaschło mi w gardle.
Coś mi tu jednak nie pasowało, tak jakbym zapomniał o jeszcze jednym bardzo ważnym elemencie. Co mogło nim być? Jakieś okoliczności zajścia? Natrętne, nieuchwytne wspomnienia? Głosy? Twarze? Obmyślany miesiącami prezent na urodziny siostry?
Ktoś naprawdę musiał mocno przyłożyć mi w głowę. Porzucając denerwujące przeczucie, szarpnąłem łapami, sprawdzając czy nie uda mi się wyciągnąć ich z powrozów. Bez efektu. Kto by się spodziewał? Szarpnąłem raz, drugi, trzeci, czwarty. Nic oprócz fal bólu, idącego od skrępowanej skóry. Przestałem, nie widząc szans na uwolnienie się w ten sposób. Parę chwil rozważałem próbę wstania, jednak i ten pomysł odrzuciłem, widząc w wyobraźni jak chwieję się, opadam na pysk, podrażniam stare rany i tworzę nowe. Co by to dało? Iść i tak bym nie mógł. 
Stęknąłem, próbując jakoś się obrócić, by dać sobie ulgę w odrętwieniu, lecz zalała mnie nagła fala bólu, a zmęczone łapy same opadły ku podłożu. Nie zrezygnowałem jednak, mając skrystalizowany cel: zorientować się, czy obroża trzyma mnie przykutego do ściany. Czułem jakiś lekki ciężar odchodzący od niej, lecz chciałem mieć pewność i wkrótce ją pozyskałem. Leżąc niezręcznie na grzbiecie z łańcuchem wpijającym się w bolący jak skurwysyn kark, ujrzałem koniec okowów wystający z kamienia kilka metrów dalej. Musiałby mieć co najmniej dwa metry długości, skoro zbytnio nie dawały się we znaki. 
Z głuchym jękiem powróciłem do swojej poprzedniej pozycji która, o ironio, była najwygodniejsza. Pole widzenia zajęły mroczki, pochłaniając je całe w kilka sekund, głowa jakby straciła na wadze. Całe szczęście ten stan nie potrwał długo, więc gdy tylko wzrok wrócił do porządku skierowałem uwagę na pomieszczenie, w którym się znalazłem.
Z pewnością była to jaskinia, wilgotna i zimna, a gdyby nie dobiegające zza ściany po drugiej stronie słabe światło płomieni, niewątpliwie byłaby pogrążona w mroku. Parę chwil głupio wpatrywałem się w odbicie ognia w strużce wody spływającej po kamieniu, próbując zebrać myśli. 
Ah tak. Zimno szło od dołu, nie czułem wiatru. Jaskinia musi być na tyle duża, by nie docierało do niej nic ze świata zewnętrznego... Nie czułem wiatru. Do jasnej cholery, czy wszystko musi się sprzysiąc przeciwko mnie? Nie ma wiatru, nie ma mocy, a przynajmniej takiej, na której mógłbym oprzeć swoją walkę o przetrwanie. Nie zostało mi nic oprócz dyplomatycznych zagrywek i kontroli nad emocjami, którą kiedyś uważałem za swój najlepszy atut. Niestety, mroczny byt bawiący się moją głową podczas przygód z Vallieaną zostawił po sobie ślad w postaci wyrwy w murze, blokującym moje uczucia przed resztą świata. Jednak wierzyłem, że pomimo zdarzających się załamań nerwowych nadal udaje mi się je na ogół całkiem nieźle przytłumiać lub raczej odstępować od krawędzi w ostatniej możliwej chwili. Dlatego postanowiłem sobie w tej kwestii zaufać, nie mając za bardzo innych sposobów na wydostanie się z obecnej sytuacji w jednym kawałku.
Rozmyślania przerwało sapnięcie z drugiego końca pomieszczenia. Szybko skierowałem tam spojrzenie i na chwilę zamarłem, dostrzegając potężne wilcze ciało przykute do ściany w podobny sposób, co ja. Aarved! Jak mogłem o nim zapomnieć? Jak mogłem go wcześniej nie dostrzec? Ktoś NAPRAWDĘ mocno przyłożył mi w głowę. Skrzywiłem się, gdy tylko myśl skrystalizowała się w umyśle, zaraz przypominając o uporczywym bólu w czaszce. Wydawał się jednak nieco mniej gwałtowny niż wcześniej co, mimo wszystko, trochę polepszyło mi humor. 
Obrzuciłem sylwetkę wojownika uważnym spojrzeniem, próbując dostrzec stan, w jakim się znajdował. Z pewnością był nieprzytomny i nawet pomimo bardzo słabej widoczności mogłem powiedzieć, że wyglądał na ledwo żywego. Do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać czy w ogóle się wybudzi. Sądząc po odgłosach oddech miał płytki, a mój nos podrażniony był zapachem świeżej krwi. Nie powiedziałbym, że darzyłem basiora sympatią, jednak nie chciałem, by skończył w tak marny sposób. Można to nazwać jak się chce, współczuciem, uznaniem, lojalnością wobec towarzysza, strachem przed zostaniem samym w tej dziurze czy nicią porozumienia pomiędzy więźniami, grunt, że postanowiłem zrobić wszystko, by pomóc mu się stąd wydostać. 


<Vedziu?>

Słowa: 1032= 72 KŁ

poniedziałek, 18 kwietnia 2022

Od Aarveda, CD. Jastesa

Zrobiło się cicho. Za cicho. Jakieś zło zawisło w powietrzu. Aarved instynktownie nastroszył sierść i nastawił uszy. Zatrzymał się. Otaczał ich przerzedzony przez burzę las. W wielu miejscach leżały pnie i powyrywane z ziemią korzenie. Skąd mogła brać się ta niepewność, to poczucie, że coś jest nie tak? Jego zwierzęca strona kazała mu uciekać, jednak silna wola, duma i poczucie obowiązku wojownika trzymały go twardo na miejscu. Poczuł, że Jastes również zesztywniał. Coś musiało być na rzeczy, skoro obaj zauważyli zmianę atmosfery. Tylko co? I jak się przed tym bronić?
Napięte mięśnie zareagowały błyskawicznie. Jeszcze zanim do uszu dotarł świst powietrza, wilk uskoczył w bok, a kula rozpędzonego śniegu gruchnęła w grunt. Fragmenty ziemi opryskały dwóch zaskoczonych podróżnych. Biała chmura uniosła się w powietrze, zakrywając pnie, zarośla i wszystkie osoby wokół. 
Wojownik zakaszlał. Z nie wiadomo skąd żelazny uścisk chwycił go za szyję i rzucił zdezorientowanym ciałem o grunt. Aarvedowi zadzwoniło w uszach, zamglony las zakrył się czarną, migotliwą winietą. Usłyszał warkot przy swojej głowie.
Na wpół świadomy chwycił kamień. Rozległo się łupnięcie, a następnie skowyt. Nacisk zelżał.
Basior zerwał się na równe nogi. Jastes, gdzie jest Jastes? Gdzie jest paczka? 
Ujrzał go. Sivarius szamotał się rozpaczliwie w uścisku jednego z napastników, który wlókł go za kark przez błoto. 
Zielonookiego przeszedł zimny dreszcz na widok kolejnego wilka, który doskoczył do posłańca i zaczął szarpać za białe futro na białym brzuchu. Po chwili, i ku jego wielkiemu przerażeniu, Ved uświadomił sobie, że w zębach napastnika tkwiła nie ubłocona sierść, a pasek doręczycielskiej torby.
Ruszył biegiem i błyskawicznie pokonał dzielącą ich odległość. Przeleciał nad Jastesem, uderzył piersią w bok przeciwnika, a zęby zacisnęły się na obcej, czarnej sierści. Zaskoczony basior upadł. Rozpoczęła się szamotanina, podczas której udało mu się wyślizgnąć z uścisku wojownika. 
Śnieg zafalował, wezbrał się i opadł.  Aarved nawet nie miał jak przygotować się na cios. Biała fala ścięła go z nóg. Huknął o podłoże z jękiem.
Dostrzegł jakiś ruch kątem oka. Przetoczył się na grzbiet i w ostatniej chwili kopnął tylnymi nogami pysk szarżującego na niego przeciwnika. Czerwone krople upadły na śnieg, a Xynth uderzył w drzewo, trzymając się za rozkwaszony nos.
Do jego uszu dotarło dziwne skwierczenie i szum. Uniósł głowę.
Kula ognia uderzyła w jego ciało, momentalnie topiąc śnieg w promieniu metra.  
Zielonooki dyszał ciężko patrząc na dwóch zbliżających się do niego przeciwników. Folix pozostała w tyle, gdy Malisabis ruszył do przodu. Podłoże zafalowało, uniosło się i ruszyło na Aarveda. Już go dosięgało, gdy nagle z miejsca wolnego od śniegu uniosła się przed nim gruba ściana ziemi. Powietrze przeszył huk, a drobiny gruntu poleciały we wszystkie strony. 
Wojownik biegł zygzakiem, a jego ślady momentalnie znikały pod poruszającym się, zataczającym koła i pełzającym puchem. 
Wojownik skoczył na drugiego samca, ten jednak nie dał się tak łatwo powalić. Odparł pierwszy cios, jego kły kłapnęły przy cielistej szyi, gdy jej właściciel wykonał unik.
Basiory natarły na siebie przodami, unosząc się na tylnych łapach. Aarvedowi udało się zepchnąć przeciwnika - w efekcie jego kark znalazł się pod Lerdisowym nosem. Wojownik otworzył pysk i już miał się wgryźć w obce futro, gdy nagle między jego zęby dostały się garście śniegu. Rozwarły mu szczęki, dostawały się do nosa, dławiły.
Spróbował zablokować fale śniegu telekinetycznie uniesioną ziemią, ale ta tkwiła pod grubą warstwą puchu. Spróbował jeszcze raz, pompując w nią więcej magii, ale wierzch nagle stwardniał. Poczuł obcą energię. Zbój zorientował się, co chciał zrobić.
Musiał wymyślić coś innego.
Śnieg momentalnie stopniał, a woda z niego powstała zawrzała gwałtownie. Z nosa wilka uniosła się para, a wewnątrz jego tchawicy zajaśniał ogień.
Gorąco przedarło się przez śnieżne fale obronne i Aarvedowi wreszcie udało się chwycić bandziora tuż pod policzkiem. Zacisnął zęby i szarpnął. Młodzieniaszek zaskomlał, zapiszczał i zadrżał. Smród spalonych włosów.
Wyrwał się, a sierść wokół czerwonego placka na jego skórze żarzyła się lekko.
Wojownik, mimo pierwotnej satysfakcji, wiedział jednak, że długo tak nie wytrzyma. Ciągłe kontrolowanie mocy i powstrzymywanie jej przed nabraniem ostatecznej formy wymagało wielkiego skupienia i doskonałego panowania nad magią. Jej zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie.
Przygotowywał się na następny ruch, gdy Malisabisa zasłoniła biała chmura. Zamarł w zaskoczeniu. Wiedział, że przeciwnik to wykorzysta. Przygotował się na atak z zaskoczenia.
Wtem jednak coś się zmieniło.
Huk. Huk wiatru zagłuszający wszystko wokół.
Powiew skręcił się, zwinął i niczym wąż owinął walczących. Wpełzł między ich łapy, przegonił śnieg i odsłonił brązową glebę. Z początku spięty rogacz po chwili zorientował się, że przybyły posiłki. Podmuch zawrócił i zamknął obydwa basiory pod świszczącą kopułą. Nici powietrza zacieśniły się, nie dopuszczając nawet najdrobniejszych płatków śniegu do Aarveda.
To dało mu szansę. Sięgnął do wolnego od białego puchu gruntu, pociągnął magią jego dolną warstwę. Ziemia zapadła się, zatapiając łapy napastnika, kiedy ten zachwiał się, odsłoniwszy wrażliwą słabiznę. Lerdis natarł na niego, jednak przeciwnik utrzymał się na nogach. Chwycił za brązowy kark tuż nad łopatkami i siłą wyciągnął Aarveda poza powietrzną barierę.
Zielonooki zawarczał wściekle, odsłaniając długie kły. Poczuł, jak krew ścieka mu po łopatce. Miał tylko nadzieję, że Malisabis nie oderwie mu kawałka skóry. Blizna Lordana wyglądała wyjątkowo paskudnie.
Przekręcił głowę i uderzył porożem w tył. Drugi basior zasyczał, ale trzymał dalej. W końcu jednak puścił, gdy jeden z rogów trafił pod udo, zostawiając po sobie długą szramę.
Zatoczył się, wlokąc za sobą tylną łapę, z której rytmicznie wypływała jasna krew. Lerdis skoczył na niego, oplótł go przednimi łapami i wycelował ugryzienie w szyję.
Pomarańczowy płomień  śmignął przez jego pole widzenia, ostry ból przeszył umięśnioną łopatkę. Jakiś obcy ciężar zawisł mu na skórze. Pociągnął go w dół, zwlókł z barków przeciwnika. Aarved zachwiał się. Chciał się odgryźć, lecz ruda istota odskoczyła błyskawicznie. 
Malisabis zatoczył się w tył, łapiąc oddech i cicho skomląc, podczas gdy niewielka Folix zaciekle napastowała rogatego wilka. Gryzła go po wnętrzach ud, łapach, brzuchu - tam, gdzie sierść była najrzadsza. Jej ciosy były nieszkodliwe, zostawiając po sobie jedynie zadrapania, ale jakże bolesne, męczące. 
I rozpraszające. 
Wilczyca tańczyła wokół niego, unikając szczęk Lerdisa. Skakała, zwijała się, zmuszała go do zmian pozycji, myliła ruchami, żeby potem ukarać każde pojedyncze potknięcie bolesnym szczypnięciem. Samiec jednak nie dawał za wygraną, próbując nadążać za ruchami małego ognika, jednocześnie unikając falującego śniegu. Nieważne jednak, jak szybki był...
Cios, atak, unik.
... ani jak zwinny...
Skok w przód i w tył, krok w bok.
...  pomarańczowa zjawa wodziła go za nos, zupełnie jakby...
Wkurwiała go. Przypominała irytującego komara. Chciał jakoś ją złapać, nie może przecież unikać jego ruchów w nieskończoność. Drażniło go to, że wiedziała, że nie ma z nim szans w bezpośrednim starciu, więc próbowała go zmęczyć, aby jej towarzysze dokończyli robotę. Tańczył morderczego walca na zmianę z Folix oraz próbującym złapać go śniegiem.  Musiał obmyślić plan.
I ten plan obmyślił.
Zaczął się cofać. Wadera, myśląc, że basior nie nadąża i kruszy się pod presją, nacisnęła  jeszcze bardziej, aż w końcu stanęła w kole odsłoniętej ziemi.
Idealnie.
,,Postaw ściany, zablokuj jej ucieczkę. Wtedy ją dorwiesz".
Nagle jednak wadera panicznie rzuciła się w bok, zatoczyła się niezdarnie i niemalże upadła, potykając się o swoje własne łapy.
Rogacz zupełnie się tego nie spodziewał. Zamrugał, o mało nie wpadając w zacieśniający się uścisk magicznego śniegu. 
,,...Zupełnie jakby czytała mi w myślach".
Telepatia?
Nie, nie telepatia. Dała zaciągnąć się na gołą ziemię. A to oznacza...
,,Przyszłość".
Folix, zorientowawszy się, że zmarnowała swoją jedyną przewagę, przypuściła zmasowany atak. Już nie odskakiwała i nie wykonywała fałszywych ciosów. Teraz każdy ruch z jej strony wiązał się z bolesnymi ugryzieniami, szczypnięciami i zadrapaniami. Chciała odwrócić jego uwagę od tego, co właśnie się stało. ,,Pieprzeni prekognici", pomyślał Aarved, usiłując trafić zębami w pomarańczowe futro. Czy widzi pewną przyszłość? Nie, na pewno nie, już dawno zemdlałaby z wyczerpania. Musiała znać kilka możliwych opcji. Różne ścieżki.
,,Jest sprytna", przyznał jej rogacz, uchylając się przed natarciem Malisabisa, który ponownie dołączył do walki. ,,Pozwoliła temu dupkowi zacząć, a sama siedziała i patrzyła. Wie, jak walczę. I jakie opcje wybieram".
Czas zmienić taktykę.
,,To będzie trudna walka".
Przeniósł ciężar ciała na tylne łapy, uchylając się przed ugryzieniem Folix,  odbił się od ziemi i przeskoczył w bok. Samica wzdrygnęła się, gdy zęby basiora wyrwały jej sierść z nasady puszystego ogona. Malisabis zareagował i z warknięciem skierował się ku wojownikowi. Naskoczył, usiłując chwycić Lerdisa, jednak ten zwinął kręgosłup w łuk, okręcił się i zripostował. Młodszy basior zaskomlał, a krew z rozerwanego ucha poleciała na sierść.
Rogacz już był z powrotem przy waderze, już z jazgotem i ujadaniem tańczył wokół niej, gryząc, kłapiąc głośno zębami, wyprowadzając prawdziwe i fałszywe ciosy, podszczypując ją tak, jak ona jeszcze przed chwilą jego. Kark, grzbiet, zmylił ją, obróciła się, ziemia kierowana telekinezą poleciała w oczy, a basior znów był za nią, para uniosła się z brązowego pyska - kula ognia? Nie, jedynie ją straszył, ugryzł w kark, przerzucił i znów tańczył, skakał, męczył i ogłupiał. I ten jazgot, ciągły warkot i skomlenie. 
Próbowała znaleźć jakąś regułę, ale gubiła się. Gubiła się w kakofonii ujadania, wrzasków, pisków, nawałnicy bolesnych ataków i wyrywnego futra, które latało jej przed oczami. Gdy wydawało jej się, że basior szykuje się do rozerwania jej tchawicy, on tylko kłapał zębami przy jej szczęce. Gdy w końcu udawało jej się podążać za nim spojrzeniem, piach zasłaniał jej oczy i Lerdis ponownie znikał z radaru. Każdą jej odpowiedź karał bolesnymi dziabnięciami, podcięciem, dosłownie zabierał grunt spod łap. Wiedziała, że zbliża się ostateczny cios, ale nie mogła przewidzieć, kie...
Zaćmiło jej w głowie, świat zawirował. Poczuła, jak coś zaciska się wokół jej szyi. Obcy zapach, obcy oddech na rudym policzku. Uderzyła w ziemię, a kły wbiły się w jej kark. Odchyliła głowę, walcząc o oddech i jej oczom ukazał się młody Eirya. Lewa część jego pyska pokryła krew z poszatkowanego ucha. Stał krzywo, jego twarz zamarła w wyrazie szoku, paniki i strachu. ,,Jebany gówniarz", pomyślała Folix, rozpaczliwie próbując wysupłać się z żelaznego uścisku. ,,Pomóż mi! Rusz się i pomóż mi, do kurwy nędzy, proszę!".
Ten jednak nie reagował. Myśli powoli zakrywały się mgłą, a w końcu również i podrostek zniknął za ciemną, migoczącą zasłoną. Wadera desperacko zebrała całą swoją silną wolę i zajrzała w przyszłość. Okropny ból przeszył jej głowę, kiedy siłą wypychała ostatnie resztki mocy ze swojego ciała.
Na swojej drodze zobaczyła rogatą postać z zamkniętymi oczami.
Zaczęła rozpaczliwie szukać innych odnóg, jednak albo napotykała tę samą wilczycę, albo były one zamazane, zamknięte na jej umierający umysł. 
Nagle jednak na horyzoncie ujrzała znajome sylwetki.
,,Szybciej, szybciej, błagam".
Zasłoniła je ciemność. Pojawił się przed nią falujący cień. 
Rogata wilczyca uniosła powieki.
 
Aarved dyszał ciężko, leżąc na zimnym śniegu. Żółto-czarne punkciki błyskały mu przed ślepiami, którymi wpatrywał się w zamrożonego ze strachu Malisabisa. Czuł, jak ból falami przepływa przez zmęczone ciało, a magia naciska na niego niczym imadło, próbując dostać się do prawie wyczerpanego z mocy organizmu.
Przesadził. Nie fizycznie, lecz magicznie. Mięśnie, krew, organy domagały się energii astralnej. Wszystko rwało. Może trzeba było zakończyć to wcześniej? I tak nie ma to już większego znaczenia. Dalsza droga będzie piekłem, szczególnie najbliższe godziny. ,,Musimy zmienić trasę", pomyślał basior. ,,Musimy unikać gościńców i utartych ścieżek. Szykuje się droga przez lasy i góry". 
Puścił martwe już ciało wilczycy i powstał chwiejnie, zaciskając zęby.  
Paczka.
Paczka i Jastes. 
Obejrzał się, lecz wśród krwawego pobojowiska nigdzie nie ujrzał Sivariusa. 
Poczuł, jak serce mu zamiera, a żołądek podchodzi do gardła. 
Zemdlone lub... martwe... ciało Jastesa było odciągane na bok przez dwa rosłe basiory. Kolejne cztery wilki wyłoniły się zza krzaków i powalonych drzew. Ich twarze wykrzywiła furia, gdy omiotły spojrzeniem okolicę, nieruchome ciało na jego środku i to, co zostało z rzezimieszka, który oberwał kulą ognia. 
Aarved ledwo zdążył przeanalizować sytuację i przygotować się na ból, który nadchodził, ale, na Eruzana, nie zamierzał sprzedać skóry tanio. Jeśli miał zginąć, to zginie z honorem.
Starał się walczyć, jednak ostre klamry zębów szybko przyszpiliły jego wycieńczone ciało do zimnego podłoża. Próbował jeszcze ratować się magią, ale szczęki zbliżające się do jego szyi szybko przebiły cienką warstwę mocy i zacisnęły się na tchawicy. Wyrywał się, lecz każda kończyna była przykuta i rozciągnięta na gruncie. Odpychał ciemność, która zalewała pole widzenia, ból rozsadzający płuca i paniczny krzyk w głowie, coraz głośniejszy, głośniejszy, głośniejszy...
 
Przedpokój zaniedbanego domu. Kurz i popiół tańczące w pomarańczowym świetle wieczoru. Zabite deskami okna. 
Szara wadera o krętych rogach, ciepły wyraz pyska. Ciepło mimo otwartych drzwi i zimnego wiatru. Prawdziwe ciepło. Błyszczące rubinem oczy. 
Pozłacana róża migocząca w pomarańczowym świetle wieczoru. 
Zabite deskami okna.
Błyszczące rubinem oczy. 
Otworzyła pysk. Wiedział, co powie, ale nie usłyszał jej głosu.
Pozłacana róża migocząca w pomarańczowym świetle wieczoru.
 
Gwałtowny ból.
Nicość. 
Cisza.
Spokój.
I ulga.
Och, gorzka ironio.
 
<Jastesie? C:>
Słowa: 2061= 149 KŁ

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Od Jastesa, CD. Aarveda

Nareszcie pozostawiliśmy Centrum i jego głośne ulice za sobą, mijając coraz mniej i mniej wilczych mieszkań, aż w końcu i one pozostały w tyle. Powitał nas jakże upragniony bezruch, białe fale prowadzące do Przełęczy i cisza, błogosławiona cisza. Cisza, którą muszę porzucić, westchnąłem z rezygnacją, czując nieustępujące bolesne i mocne jak cholera pulsowanie w głowie. Mój towarzysz usłyszał wydany przeze mnie dźwięk i rzucił mi niechętne spojrzenie, ale nie przerwał niezręcznego milczenia, które panowało między nami od dobrej godziny. Zadbałem, by nie zdradzić się z najmniejszą oznaką irytacji, nie odrywając wzroku od linii horyzontu. Pewnie myśli, że już jesteś zmęczony, a niech go. Nie popisałeś się wcześniej profesjonalizmem, to fakt. Jak zwykle zawaliłeś i to w sytuacji, w której zazwyczaj czujesz dumę ze swojego "i-de-al-ne-go" opanowania. Nie jesteś w stanie nie wywrzeć złej opinii o sobie, brawo! Masz szczęście, że Aarved nie ochrzanił cię słownie. Tak, to jedyny dobry aspekt tej sytuacji, inaczej straciłbyś resztki dumy nie umiejąc zareagować.
Odgoniłem natrętne, co chwila powracające myśli i skupiłem się na przepływie powietrza wokół nas. Wyczułem całkiem spory strumień silnego, zimnego wiatru i czym prędzej chwyciłem go, naginając do swojej woli. Chwilę miotał się w uścisku, rozszalały, lecz gdy oderwał się od bratnich prądów osłabł, zwiotczał i dał się prowadzić. Przynajmniej tyle dobrego, zamrugałem czując jak od jego nagłego podmuchu lekko szczypią mnie oczy. Dzisiaj szczególnie nie miałem ochoty szarpać się z silnym nurtem.
-Krąż, słuchaj, informuj- wymruczałem z przyzwyczajenia, nawet nie rozważając porzucenia tego drobnego zwyczaju w obecności wojownika. Rozmawianie z wiatrem, który i tak nie rozumie słów często zdawało się przyjemniejsze niż rozmawianie z przedstawicielem tego samego gatunku. Mniej irytujące, mniej sztuczne, mniej męczące. A wiatr, choć martwy, odpowiadał w swój niesamowity, oryginalny sposób. Odpowiadał kojącym szumem liści wśród drzew, stukaniem dzięcioła poszukującego posiłku, pluskiem wody obiecującym zaspokojenie pragnienia, dobrym słowem pochwyconym w przelocie. Mając możliwość posiadania takiego rozmówcy któż chciałby narażać się na złośliwości, burknięcia i śmiechy, oferowane przez wypełniający kraj wilczy naród?
Rozszczepiłem okiełznany powiew, rozciągnąłem każdy z jego elementów i puściłem w przestrzeń, kierując go w różne kierunki, równocześnie kontrolując by żaden nie uciekł, nie zlał się z mijającymi go braćmi, nie porzucił danego mu przez zmęczony umysł zadania. Wszystkie połączone były ze mną drobnymi nićmi, pozwalając na niemal natychmiastowy przepływ dźwięków do moich uszu. W zasadzie prowadziłem wiatr na smyczy. Zabawna myśl, nie pozbawiona dotknięcia groteski.
Zaraz napłynęły do mnie odgłosy lasu, które niestety dawały się we znaki bardziej niż zwykle. Natężenie dźwięku uderzyło ze zdwojoną siłą i zanim zyskałem kontrolę nad kakofonią odgłosów ból głowy z pulsującego stał się świdrujący. W końcu jednak udało mi się zepchnąć większość gdzieś na skraj świadomości i skutecznie filtrować napływające informacje, nie doświadczając ich zalewu. 
Szliśmy i szliśmy, w równym tempie zbliżając się do Przełęczy, pokonując ośnieżone pagórki i co rusz nurkując w płynący wzdłuż ich stóp gęsty las. 
Wtem przez naturalną barierę przedarł się obcy, niepasujący do reszty dźwięk. Dźwięk bolesny, niechciany, taki który wyrywa ze snu w środku nocy, towarzyszy pustce pozostawionej po ukochanej osobie, wodzi na pokuszenie i jednocześnie skowycze: UCIEKAJ! 
Pomimo lodowatego dreszczu oblewającego ciało zmusiłem się do zachowania spokoju, nie wypadając z obranego tempa, nie napinając mięśni. Starałem się go uchwycić, jednak zniknął tak szybko, że nie miałem szans stwierdzić skąd dochodził, ani co lub kto mógłby być jego przyczyną. Nie mógł być to zwykły odgłos, nie. Instynkt mało kiedy mnie zawodził, zwłaszcza w kwestiach dotyczących słuchu. Jak jednak upewnić się, nie wzbudzając podejrzeń? Jak zawiadomić Aarveda? 

 
<Vedziu?>

Ilość słów: 577
 

czwartek, 14 października 2021

Od Aarveda CD, Jastesa

Niedowierzanie. To właśnie wypłynęło na twarz Aarveda. Po chwili dołączyły do niego również irytacja i zawód. Mógł się pożegnać z wątłą nadzieją na przyjemną, łatwą misję. Kto w ogóle dopuścił tego idiotę do paczki? Pomyślał o tych wszystkich posłańcach, na których mógł trafić... A przypadł mu akurat TEN element. Jak ograniczonym i krótkowzrocznym trzeba być aby zwracać na siebie uwagę podczas tajnej (no bo przecież nie powiedziano im nic więcej, niż to, gdzie i do kogo mają iść) misji? I to akurat przy jego boku spoczywa ważny pakunek!
Nic nie powiedział, nie było nawet warto. Musiał oszczędzać swoją energię i słowa. Przypomniały mu się te wszystkie chwile, kiedy w wojsku karcono go za najmniejsze przewinienia i na moment pojawiła się ochota, idąc śladami swojego kaprala, wcisnąć nos Sivariusa w błoto. Powstrzymał się jednak. ,,Nieudacznik ma szczęście, że w jego zawodzie toleruje się takie... Pomyłki". Lerdis wziął głęboki wdech i odetchnął powoli, co spowodowało, że odrobinę frustracji z niego uleciało.Spojrzał na Jastesa spod zmarszczonego czoła, próbując wyrazić swoją ogromną dezaprobatę w niewerbalny sposób - wiedział bowiem, że gdyby otworzył usta, nie potrafiłby się powstrzymać, i posłaniec usłyszałby ostrą wiązankę.
Chwila ciszy.
Druga.
Trzecia.
,,Dalej mam ochotę zdzielić cię w łeb za ten idiotyzm, ale nie mam siły", mówił zielony wzrok. W końcu Lerdis pokręcił powoli głową i ruszył do przodu w milczeniu.
Było zbyt wcześnie, zbyt zimno i zbyt wietrznie, żeby marnować energię na głupotę jego towarzysza. Nie uciszyło to jednak sfrustrowanych myśli wojownika. ,,Na Eruzana", przechodziło mu przez głowę, gdy stąpał po brudnej, mokrej ulicy. ,,Za jakie grzechy?". Dobrze, że tamten włóczęga przestraszył się wojownika. Nie wszyscy mają tyle rozumu lub dostatecznie małej ilości promili we krwi.
Aarved znowu westchnął, wypuszczając z otwartego pyska chmurkę pary. Najwyraźniej czeka go jeszcze więcej pracy, niż się spodziewał. Miał nadzieję, że przynajmniej w Centrum będzie mógł nieco opuścić gardę - jak się jednak okazało, to nie tylko potencjalni złodzieje będą stanowić niebezpieczeństwo, ale również i jego współpracownik. Z początku jedynie podejrzane, może nie do końca bezpieczne zlecenie zaczęło przemieniać się w irytujące i ryzykowne. W dodatku nie wiedział, co może stracić, jeśli coś pójdzie nie tak. Tylko pracę? Zdrowie? A może nawet życie?
Przymknął oczy, czując narastający ból głowy. Chciał zadać sobie pytanie, czym na to zasłużył; znał jednak odpowiedź zanim myśl zdążyła się w pełni uformować w jego umyśle. ,,Trzeba było urodzić się w innej rodzinie". Westchnął po raz kolejny. Nic nie da się już zmienić, wyruszyli w drogę. Nie ma mowy, że wróci z podkulonym ogonem. Wiedział, że być może duma przemienia się w brawurę, ale nie miał energii, żeby nad tym rozmyślać, a tym bardziej aby znieść wstyd wiążący się z porzuceniem zadania, odsunął więc swoje obawy od siebie i zaczął powtarzać jak mantrę, że obowiązkiem wojownika jest bronienie obywateli Korony - nieważne jak durnych i nieprofesjonalnych. W duchu dalej jednak żywił nadzieję, że zlecenie nie okaże się tak trudne, jak podpowiadało mu serce. 
Ledwo zauważył, że przeszli przez bramy Centrum. Im dłużej szli w głąb Krainy Wiecznie Skutej Lodem, tym bardziej cichł hałas miasta. Pozwoliło to Aarvedowi na zanurzenie się w myślach i rozgoryczeniu. Przynajmniej migrena słabła.

~*~

Włóczęga wtoczył się do obskurnej uliczki. Przez chwilę rozglądał się lekko zaskoczony, jednak w końcu dostrzegł zakapturzoną postać zlewającą się z cieniem pełznącym po ścianach z odpadającym tynkiem. 
- Już wyruszyli - zapowiedział chrypliwym głosem, po czym odchrząknął i splunął w błoto.
Żółte, jadowite oczy zmrużyły się, a długie kły błysnęły złotem w świetle słońca, gdy wyśliznęło się spomiędzy nich kolejne pytanie:
- Jak dawno?
- A nie wiem panie, godzinę temu żem ich widział. Pewnie już przez bramę przeszli.
Ciemna postać kiwnęła głową. Spod jej płaszcza wydobyła się sakiewka. Przeleciała przez uliczkę i upadła koło żebraka z głośnym plaskiem.
- A teraz znikaj mi z oczu. 
Włóczęga skrzywił się.
- Zaraz zaraz, umawialiśmy się na pięćdziesiąt. Czemu tu jest tylko trzydzieści?
Żółte oczy błysnęły. Świat wokół pijaka zbladł, a potem ściemniał. Podkulił ogon, upuszczając pieniądze w przerażeniu i cofnął się pod ścianę, ogłuszony głośnym dudnieniem w uszach.
- Powiedziałem zzzznikaaaj - rozległ się syk wewnątrz jego głowy. - Albo to ty sssstanieszzzz się moją nagrodą...
Ciemność puściła. Ślina ciekła po brudnym futrze. Biedak podniósł przerażone, zaszklony szokiem wzrok, ale nie odważył się spojrzeć wprost na tego dziwaka. Chwycił sakiewkę i pędem wybiegł z uliczki.

<Jastesie?>
Słowa: 701= 41 KŁ

środa, 11 sierpnia 2021

Od Jastesa CD. Aarveda

Może i nie wstałem dzisiaj z posłania lewą nogą, jednak błoto, w którym tonęło miasto tego ponurego poranka, widok kujących w oczy, jaskrawych kolorów zdobiących bogate płaszcze zamożniejszych dam i kontrastujących z nimi łachmanów chudych wilków wyglądających zza rogów, a także niewyobrażalny hałas, który wraz z wiatrem wdzierał mi się gwałtem do mózgu zdecydowanie popsuł mi humor. Kiedy po raz piąty (od pięciu wilków!) usłyszałem, że Faraon (kimkolwiek on jest) jest oszustem i/lub zwykłą świnią, po raz dziewiąty (on innej dziewiątki), że ceny mięsa z dzika w ostatnich tygodniach to jest jakiś żart, po raz nie wiadomo który dobiegły mnie krzyki i wyzwiska kłócących się mieszkańców, a na dodatek wyłapałem pełną uniesień przemowę o końcu świata, który według mówcy ma nastąpić już jutro, nie wytrzymałem i wydałem z siebie głośne, poirytowane warknięcie. 
-Przestań mi wciskać te bzdury do uszu.- wiatr, jak to wiatr, nie zrozumiał i ani trochę się nie przejął, więc złapałem go jak denerwującego bachora i kazałem mu krążyć tak, by omijał moją nieprzystosowaną do takiego hałasu osobę. Gdzieś z tyłu głowy odezwała się Ostrożność, posyłając wizję knujących złoczyńców, których dzięki mocy mógłbym usłyszeć, lecz tym razem zmusiłem się do nieprzejmowania się nią, w ostatnim momencie unikając bólu głowy. Gdy odgłosy zewsząd znacznie ucichły westchnąłem z ulgą i posłałem wgłąb szerokiej ulicy spojrzenie pełne niechęci i zdegustowania. Co życie w samotności robi z wilkiem...
Dopiero po chwili zauważyłem lekko zdezorientowany oraz zabarwiony podejrzliwością wzrok Aarveda. Basior co prawda nie odwrócił głowy w moją stronę, lecz niewątpliwie obserwował moje dziwne zachowanie i mimikę kątem oka już od dobrych kilku minut.
-Proszę o wybaczenie, panie Aarvedzie. Nie kierowałem swoich słów do pana.- próbowałem wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji, ale wkopałem się jeszcze bardziej. Świetnie, teraz pomyśli, że musi pracować z wariatem, gadającym do siebie szaleńcem. Nic jednak nie dopowiedziałem, bo zapomniałem języka w gębie ze stresu wywołanego tą kłopotliwą wpadką i by oszczędzić sobie dalszej świadomości kompromitacji, która niewątpliwie napływałaby jak fale, odwróciłem głowę, byle tylko nie patrzeć na wojownika dopóki nie odzyskam wewnętrznej kontroli. Zamiast niego wpatrzyłem się zatem w wyloty małych uliczek, a raczej w wychodzących z nich mieszkańców, obserwując czy nie ma wśród nich jakichś podejrzanych typów. Zawstydzenie wracało jeszcze kilka razy, jednak w końcu powiedziałem sobie w myślach, że "przynajmniej nie będzie uważał, że go obrażam" i zmartwienie powoli odpłynęło w niebyt.
Jasność już na dobre rozlała się po zakrytym chmurami niebie, jak wylane przez nieuwagę mleko. Z każdą minutą wilków opuszczających swoje ciepłe domy przybywało, tak samo jak i tych, dla których życie w tym aspekcie okazało się mniej łaskawe. Nikt nas jednak nie zaczepiał, za co byłem niebiosom naprawdę wdzięczny. 
Mijaliśmy sklepy, prezentujące przechodniom wachlarze różnorakich produktów, od oczyszczonej i zapakowanej dziczyzny dla wyższych sfer, przez gryfy ogrodowe, aż po magiczne zapałki i zmieniające kolory pióropusze na bal maskowy. Do naszych nosów docierały wspaniałe zapachy wymykające się z otwieranych co parę chwil drzwi cukierni i lokali, do których spieszyli na śniadanie głodni mieszkańcy, którzy albo nie mieli czasu, aby zjeść w domu, albo nie mieli motywacji, by samemu sobie coś przyrządzić, bądź upolować. Nadal nie do końca byłem w stanie zrozumieć jak całe życie można żywić się tylko i wyłącznie tym, co się kupiło w sklepie. Moja wilcza natura otrząsała się z odrazą nad tym, jak niektórzy dla wygody byli w stanie poświęcić swoje dzikie korzenie. I nie tylko! Dla mnie polowanie stanowiło swego rodzaju przyjemność, a świadomość własnej sprawności zawsze polepszała samopoczucie i ogólną samoocenę. Lecz, jak widać, nie wszyscy podzielali moje zdanie, a ja oprócz wyrażenia swojej opinii w głowie nie miałem innej możliwości jak po prostu to zaakceptować i próbować starać się zrozumieć motywy takiego postępowania. Postanowiłem jednak nie roztrząsać tak błahej kwestii i z rezygnacją pokręciłem głową.
Szliśmy i szliśmy, omijając główny nurt rzeki głów, by nie przyciągać niepotrzebnej uwagi. Niewiele to jednak dało, ponieważ i ja i Aarved górowaliśmy nad większością mijających nas wilków, a wojownik był w dodatku niewątpliwie napakowany. Byłem pewien, że czuć od nas na kilometr ważną misją, nawet jeśli paczka nie była widoczna dla oczu przechodniów, ponieważ spoczywała bezpiecznie tuż przy moim boku w specjalnie przeznaczonej do takich torbie. Jednakże torba była już wystawiona na spojrzenia, a z moich obserwacji wynikało, że nikt z wilków przemieszczających się dzisiaj po Centrum podobnej nie posiada. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby przyciągała wzrok, lecz o dziwo niewielu było takich, którzy patrzyli się na nią z zainteresowaniem. Raczej łapała go przypadkowo i zaraz wypuszczała, by przeniósł się na błoto pod łapami bądź pyski mijanych wilków. Dopiero kiedy jeden z mieszkańców po drugiej stronie ulicy kiwnął mi głową przypomniałem sobie, że wielu z nich kojarzy mnie jako listonosza, a nie posłańca. Tak, to wiele wyjaśniało.
Skręciliśmy w o wiele mniej zatłoczoną ulicę, lecz prawie tak samo nieciekawą jak poprzednia. Było tu jednak spokojniej, więc nieco uspokojony pozwoliłem sobie na lekkie rozluźnienie, które jednak zaraz zniknęło, gdy na wprost siebie ujrzałem oblepionego błotem basiora z wyzywającym spojrzeniem i złośliwym grymasem na pysku, który szedł prosto na mnie i wcale nie wyglądał jakby miał zamiar zejść mi z drogi. Niewątpliwie szukał zaczepki, co tylko wywołało bardzo szybki pogardliwy uśmieszek na moim pysku, którego szarżujący nie mógł dostrzec. Jak niefortunnie, że trafił na kogoś takiego jak ja. W normalnych okolicznościach ustąpiłbym bez żadnego problemu (nieprzyciąganie niepotrzebnej uwagi do swojej osoby na misjach było niemal świętym przykazaniem, którego każdy posłaniec musiał przestrzegać, o ile chciał mieć jak najmniej przeszkód na swojej drodze oraz więcej pewności, że nie wyleci z roboty na zbity pysk, jeśli oczywiście w ogóle wróci), jednak powracający ból głowy, kiepski humor i ten paskudny grymas oraz dobrze znany mi z dzieciństwa wyraz oczu nieznajomego nie pozwolił mi na to. Obudziła się we mnie tajona przez lata wściekłość i jedyne czego chciałem w tej chwili to zetrzeć dupkowi ten szyderczy wyraz z głupiej mordy. Upewniłem się tylko, że moja zwykła maska spokoju i powagi nie ma prawa się ześlizgnąć i czekałem na dalszy rozwój sytuacji.
Korzystając z mojego nie byle jakiego wzrostu, który dawał przewagę nad przeciwnikiem uniosłem wyżej głowę i wpatrzyłem się gdzieś w punkt nad jego głową, jakby kompletnie go ignorując. Chyba musiało go to lekko zdenerwować, gdyż po chwili usłyszałem warknięcie, bury kształt pojawił się gdzieś w pobliżu mojego nosa i zaraz ciało z impetem uderzyło w moją lewą pierś, nie oszczędzając kawałka szyi (gdyby nie mój delikatny ruch wparowałby w prawo, a to mogłoby zagrozić towarowi w paczce, lecz nie tak łatwo zapominam o takich ważnych kwestiach, spokojnie panie Aarvedzie, widzę to pańskie spojrzenie). Nie dałem się jednak popchnąć i wytrzymałem kontakt bez zachwiania, w dalszym ciągu nie patrząc na agresora, tylko rzucając szybką wiadomość oczami Aarvedowi, zapewniając że wszystko jest pod kontrolą. Już miałem ruszać dalej, gdy z boku błysnęły gniewne żółte oczy i spod mojego podbródka rozległ się ochrypły warkot:
-Przeproś.- uparcie trzymałem głowę na tym samym poziomie, w żaden sposób nie uznając prezencji natręta i wpatrując się w milczeniu w jeden z szyldów daleko przed nami, który niespokojnie kołysał się na wietrze.  
-Przeproś mówię!- głos przybrał na sile, kropelki śliny na parę chwil wskoczyły w moje pole widzenia, a ja poczułem nagły niepokój, gdy wyczułem kłapnięcie zębami tak blisko mojej odsłoniętej szyi. Świadomość obecności Aarveda uspokoiła mnie nieco. Obcy nie był chyba tak głupi, żeby zagryźć towarzysza takiego mięśniaka jak wojownik. 
-Może to zrobię jeśli się pan umyje. Bo póki co nie jestem w stanie pana dostrzec, miesza się pan z tłem.- odpowiedziałem chłodno, wskazując wymownie na otaczające nas morze błota. Nieznajomy aż zatrząsł się z wściekłości, lecz krok który poczynił ku nam stojący jak dotąd z boku lerdis, wybił mu z głowy jakiekolwiek sztuczki i tylko wpatrywał się we mnie, mrucząc pod nosem przekleństwa. W końcu cofnął się o kilka kroków i szybko odszedł. Puściłem za nim wiązkę wiatru na wszelki wypadek, gdyby chciał zwołać kolegów, dziwiąc się jak pomysłowym trzeba być, aby wymyślić takie wyzwiska jakimi mnie właśnie obrzucił. Kątem oka obserwowałem go jak znika za rogiem i wbiłem sobie do głowy, by przywołać powiew za jakieś dwadzieścia minut. Złapałem kolejny i nakazałem mu krążyć, zwiększając środki bezpieczeństwa i dopiero wtedy się rozejrzałem. Całe szczęście większość przechodniów nie uznała sceny za wystarczająco interesującą, bowiem przykuła uwagę tylko trzech osób: dwóch podrostków, którym jęzory jeszcze wisiały po przerwanym truchcie i stojącej w oknie naprzeciwko klientki sklepu z biżuterią. A więc żadnych żebraków, żadnych sprzedawców, nikogo, kto mógłby się tu o nas dopytywać. Dzięki bogom. 
Teraz dopiero spłynęła na mnie świadomość jak bardzo emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Ryk plującej jadem bestii w środku mnie nieco ucichł, lecz nie zniknął całkowicie, a targane gniewem cielsko tak bardzo zranione i rozwścieczone przez lata słowami i czynami, kpinami i bólem nie garnęło się do spoczynku. Jednak satysfakcja z przezwyciężonego strachu i duma z tego działała jak balsam, powoli uspokajając moje rozedrgane ciało. 
Lecz zaraz nadpłynął głęboki wstyd i złość na siebie, że nawet coś, co było według mnie moim głównym atutem, czyli panowanie nad emocjami, zawiodło w tak ważnej chwili i wystawiło nie tylko mnie, ale i Aarveda na niebezpieczeństwo. Bezużyteczny idiota. Przecież doskonale wiedziałem czym ryzykuję, nie zapomniałem o tym nawet na chwilę, a i tak wpadłem w pułapkę swojego głębokiego rozżalenia oraz wspomnień. Chociaż... Gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że gdybym znowu podwinął pod siebie ogon i skulił uszy byłbym jeszcze bardziej znękany niż teraz. 
Drżenie w końcu zaczęło ustawać, bieg myśli zwolnił do odpowiedniego tempa, lecz napięcie trzymało się jak rzep psiego ogona. Lecz to nieważne, ponieważ bestia została już okiełznana, a ja jakimś cudem zdołałem przez cały ten czas utrzymać pokerową twarz, nie dokładając sobie zawstydzenia przed Aarvedem, który teraz stał tuż przede mną i szukał swoimi poważnymi, może zirytowanymi czy też karcącymi oczami mojego spojrzenia. Nie kazałem mu dłużej czekać.


Słowa: 1611 = 126 KŁ

środa, 17 lutego 2021

Od Aarveda CD. Jastesa

Mury Centrum otaczały jedyne miasto Królestwa niczym gruba, wierna zbroja, która nie ugina się ani pod wpływem czasu, pogody czy oddechów wilków zamieszkujących jej wnętrza. Każdy kamień opierał się siłom próbującym naruszyć nadany przez wilki porządek, chroniąc zależnych od siebie mieszkańców - jedna z wielu gór Krainy Wiecznie Skutej lodem. Jedyna wzniesiona wilczą łapą, ale nieustępująca siłą, oporem czy potęgą swoim naturalnym krewniaczkom, pnąca się dumnie szarym obliczem ku zachmurzonemu niebu, wznosząc swój ciemny łeb i przebijając się nim przez wiatr, niewzruszona ani jego zimnem, ani druzgocącą mocą. 
W szarówce późnozimowego poranka zdawały się być jeszcze bardziej przytłaczające. Przez bramę, do której zbliżały się basiory, wyzierał ogień pochodni i latarni ulicznych. Przez rzadką mgłę przedzierał się widok czterech strażników stojących po dwóch przy każdym z filarów przejścia. Z ognisk rozpalonych przy ich stanowiskach unosiły się popielate smugi.
Aarved poprawił nieco paski od płaszcza, które uwierały go pod brzuchem, a skóra szarego muflona zatrzepotała nieco na wietrze. Kiwnął głową otulonym w futra strażnikom. Ci uważnie przeskanowali go spojrzeniem, które na chwilę zatrzymało się na odznace wojsk lądowych, ale w końcu również mu potaknęli. Najwyraźniej tego dnia było im za zimno na dogryzanie wojakom. Rogacz cieszył się z tego. Jego towarzysz nie musiał wiedzieć o niezbyt przyjemnej komitywie od pokoleń panującej między lądowymi, a miastowymi. 
Basior odwrócił głowę, znów spoglądając przed siebie, a z jego potężnego pyska uniosła się para. Pomknęła z wiatrem, prześlizgując się po jego szerokich, regularnie unoszących się i opadających barkach, a potem zniknęła. Cztery pary łap naznaczyły świeży śnieg leżący na głównej drodze Centrum, które jeszcze nie zdążyło się na tyle rozbudzić, aby zatrzeć ślady zeszłonocnej śnieżycy. Jedynymi wilkami poza dwoma samcami była para żebraczek zwinięta pod schodami jednego z budynków.
Wiatr zawiał, pędząc po ulicy i cisnął w pyski podróżników drobinki śniegu i zapach zaspanego miasta przesiąkniętego dymem z powoli dogasających kominków. Lerdis zmrużył oczy i otrzepał się, strosząc ciemną sierść na karku. Po chwili zapadła cisza, w której czaiło się napięcie i oczekiwanie na nowy dzień. Została może godzina spokoju, zanim ulice po raz kolejny wypełnią się mieszkańcami Centrum.  
Rogacz pomachał głową, otrzepując nos ze spadającego powoli śniegu i postanowił skorzystać ze zbliżającej się ku końcowi ciszy, aby przedstawić swojemu towarzyszowi plan na podróż:
- Panie Jastesie - zaczął. Biały wilk podniósł na niego pytający wzrok. - Myślę, że dzisiaj przejdziemy przez całe Centrum i wejdziemy do Dystryktu III. Planuję, że zatrzymamy się wczesnym popołudniem przed wejściem w góry.
- Mógłbym spytać, dlaczego tak wcześnie planuje pan odpoczynek?
Aarved kiwnął głową.
- Zatrzymamy się przed rozpoczęciem najtrudniejszej części wędrówki. Niech mi pan wierzy, nie chce pan przechodzić przez Przełęcz nocą. 
- Chyba panu zaufam w tej kwestii - kiwnął głową posłaniec i umilkł. Zielonooki zerknął na niego ukradkiem, akurat gdy mleczny obłok zasłonił obce mu złote spojrzenie. Wojownik westchnął lekko i wbił wzrok z powrotem przed siebie, koncentrując się na własnych myślach. 
Nie zanosiło się na ciekawą wędrówkę. Jego towarzysz wydawał mu się wyjątkowo małomówny, a Aarvedowi nie zależało aż tak na tej znajomości, aby próbować wywabić go z jego skorupy. Ot, kolejny posłaniec, niemało takich służy pod Koroną. Brak okazji do rozmowy oznaczał dla rogacza dwie rzeczy: nieuchronny skok na główkę we własne rozmyślania, ale i większe skupienie na przydzielonym mu zadaniu. A czuł pod skórą, że będzie go potrzebował. Droga, którą mieli przebyć nie była w końcu aż tak niebezpieczna; posłańca wystarczyło porządnie poinstruować i przykazać mu, aby nie wchodził na górny szlak po zmroku. To powinno wystarczyć, aby bezpiecznie przebył góry, a jeśli obecność przewodnika byłaby niezbędna, to lepiej w tej roli sprawdziłby się odkrywca, a nie jakiś podrzędny wojaczyna. Z tego, co Aarved wiedział, wielu odkrywców od lat przypisanych jest do jednego obszaru Krainy Skutej Lodem. Nie chodziło jednak o przewodnictwo - to musiała być jedynie wymówka. 
Dlaczego jednak dowódca nie powiedział mu od razu, o co chodzi? Aarved zagryzł zęby w zamyśleniu. Może zagrożenie było względnie niewielkie, tak niewielkie, że nie wymagało nawet roztrząsania? Albo dotyczyło niezbyt wygodniej dla wojska sprawy? 
Wojownik przypomniał sobie, jak kilka miesięcy temu grupa przemytników zaszyła się w jaskiniach Przełęczy Śnieżnej i przez dwa księżyce praktycznie grała dowództwu na nosie, chowając się, przemykając i bunkrując w podziemnych korytarzach. Co kilka dni do koszarów wracała nowa grupka wojowników - wyziębionych i poobijanych, bo a to na któregoś zostało wylane wiadro wody, a jakiś inny wpadł do genialnie zamaskowanego dołu pełnego błota. Szopka trwała przez kilka tygodni, póki kapral nie poszedł po rozum do głowy i nie wysłał do Przełęczy zorganizowanego garnizonu. Oddział młodziaków nie mógł się doczekać starcia ze sprytnymi rzezimieszkami, o których tyle słyszeli. Jednym z nich był Aarved, funkcjonujący jako starszy szeregowy - jeden z niewielu wilków z tego tłumu mającego jakieś doświadczenie w walce. Do walki zresztą nie doszło, bo przemytnicy poddali się, gdy tylko ujrzeli wojowników, których było więcej niż pięć.
Kapral nakazał wszystkim trzymać język za zębami pod groźbą tygodnia spędzonego na czyszczeniu koszar, jednak nie zdołało to uciszyć pysków, które rozwiązywał karczemny alkohol. Z tego, co rogacz wiedział, paru kadetów rzeczywiście spędziło długie godziny na szorowaniu toalet, ale nie powstrzymało to innych. Panowało przeświadczenie, że lepiej zaryzykować, imponując kilku waderkom ciekawą opowieścią przy kuflu (przy okazji coś dobarwiając, aby opowiadający historyjkę młokos wyszedł na prawdziwego herosa, a nie gówniarza z mlekiem pod nosem).
Aarved westchnął głęboko, patrząc, jak z domów powoli wychodzą mieszkańcy. To właśnie na tej ,,misji" udało mu się poznać Przełęcz. I wiedział, że ta droga nie wymagała obecności przewodnika. Czy powinien o tym porozmawiać ze swym towarzyszem? Na pewno nie tu, na powoli wypełniających się ulicach. Poza tym nie miał pewności, że może im grozić coś poważnego - może po prostu był przewrażliwiony i za bardzo roztrząsał najprostsze zagadnienia. Nie mógł jednak ignorować tego przeczucia, że coś jest nie tak.
Dlatego rozglądał się uważnie, acz dyskretnie, badając przechodzących obok nich obywateli Korony. Część z nich ubrana w grube futra, niektórzy z krwi Sivariusa pozbawieni okrycia. Dwaj młodziacy z powietrznych kiwnęli mu głową, jak nakazywały niepisane obyczaje wojska. Również się z nimi przywitał, patrząc, jak wiatr mierzwi ich pióra. ,,Nawet oni nie mają ochoty na latanie w taką pogodę", pomyślał basior, patrząc na zachmurzone niebo. Może i nie zanosiło się na burzę (przynajmniej według Jastesa), ale wiatr był zimny i przeszywający, miotając nielicznymi krukami, które odważyły się wzbić w powietrze. Basior nie wiedział, na ile może ufać mocom czy przeczuciom swojego współpracownika, dlatego postanowił uważnie obserwować pogodę.  
Miasto zaczęło budzić się do życia. Coraz więcej wilków zaczęło mijać dwóch podróżników, rozległy się rozmowy, śmiechy i kłótnie. Ani Aarved się obejrzał, a śnieg na chodnikach zmienił się w breję, którą koła dwukółek rozchlapywały na około. Rogacz podziękował sobie za ocieplacze na łapy, które założył jeszcze w dystrykcie II i telekinezą poprawił rzemyki, które przytrzymywały grube futro niedźwiedzia przy jego skórze.

<Jastes? Niezbyt ciekawie, bardzo przepraszam ;w ; >


Słowa: 1108 = 45 KŁ

środa, 6 stycznia 2021

Od Jastesa CD. Aarveda

W oddali zamajaczyła sylwetka pokaźnych rozmiarów basiora, która skutecznie pomogła mi wydostać się ze strumienia wartkich myśli, które parę minut temu zakryły mi oczy obrazami z przeszłości. Delikatnie się spiąłem, zaraz jednak na powrót rozluźniłem rozpoznając w zbliżającym się wilku towarzysza wczorajszego polowania i dzisiejszej podróży, którego ciało zakrywał wyglądający na dobrze trzymający ciepło płaszcz. Przeniosłem ciężar ciała z jednej łapy na drugą i rzuciłem okiem na swój grzbiet, sprawdzając czy wszystkie torby są dobrze zabezpieczone przed potencjalnym zerwaniem z pasków, a gdy inspekcja wypadła pomyślnie poprawiłem ciasno owinięty wokół mojej szyi gruby szal, którego długie ramiona niemal pławiły się w śniegu. Po odpowiednim poluzowaniu go lekkimi szarpnięciami uniosłem głowę i skierowałem oczy na Aarveda, któremu do mostu zostało już tylko kilkadziesiąt metrów. Z oddali skinął mi głową na powitanie, a ja odpowiedziałem tym samym, chwilę potem zastygając w bezruchu spowodowanym oczekiwaniem na lerdisa.
-Dzień dobry, panie Jastesie.- dobiegły mnie pierwsze słowa, gdy ów znalazł się naprzeciwko i mierzył mnie poważnym spojrzeniem.
-Witam pana.- odpowiedziałem równie formalnie i uniosłem oczy ku górze, studiując szare na całej połaci niebo jednocześnie głęboko wciągając powietrze. Od rana nie wyczuwałem mocą możliwości zmiany pogody, zawsze jednak sprawdzić kilka razy, prawda? Gdy nie doleciało mnie nic, co mogłoby zwiastować jej rychłe załamanie pokiwałem głową z satysfakcja i zwróciłem się do basiora.
-Możemy wyruszać. Dzisiaj nie grozi nam ani deszcz ani śnieżyca.
-Dobrze to słyszeć.-odparł, ruszając lekko barkiem by wbijająca mu się nieprzyjemnie w bok torba zmieniła pozycję na nieco bardziej wygodną, po czym nie tracąc więcej czasu ostrożnie wstąpił na most ze szkła i uważnie stawiając łapy przeszedł na drugą stronę. Ruszyłem tuż za nim, woląc nie kusić losu równaniem się na niezbyt szerokiej powierzchni, zwłaszcza gdy niosę ważną paczkę, która w razie upadku i zetknięcia z wodą niemal na pewno uległaby uszkodzeniu. Przez pazury rzuciłem spojrzenie na lodowatą rzekę, pokrytą cienką powierzchnią lodu, która bez problemu mogłaby roztrzaskać się w razie kontaktu z wilczym ciałem i zaśmiałem się niewesoło w środku. Niezła by była wyprawa, gdybym schrzanił sprawę już na samym początku. A jeszcze lepsza wizyta w biurze szefa, konieczność wypłacenia odszkodowania i wylanie z roboty na zbity pysk. Mała szansa na to, ale pozwoliłem sobie na rozluźnienie dopiero po przekroczeniu rzeki i zejściu na pokrytą śniegiem ziemię, dziękując za to że nie jestem aż takim pechowcem. Zaraz nadałem nieco szybsze tempo, doskonale zdając sobie sprawę z poziomu jaki muszę zachować a jakiego się wystrzegać, mając zwisające z grzbietu torby pełne mięsa i przesyłkę, a Aarved bez słowa dostosował się do niezbyt szybkiego marszu, utrzymując dystans między nami, za co szczerze mówiąc byłem mu wdzięczny.
A więc przez Centrum, potem Przełęcz Śnieżną i w końcu zbocze Ur'Atuhy. Cieszyłem się na tę podróż na samo wspomnienie przepięknego widoku ze szczytów pasma na granicy I i III dystryktu, po których nie miałem okazji przemieszczać się już dobre kilka miesięcy. Te szybko zmieniające kształty chmury, nasuwające się na siebie jak kolejne fale podenerwowanego morza. Zmieniające co rusz kolor niebo, rozlewające się aż po nam horyzont jak niezmącona niczym tafla jeziora. Orzeźwiająco zimne powietrze, otulone śniegiem skały i tak cudnie namacalna obecność wiatru. Poczucie obejmowania świata spojrzeniem, świadomość górowania nad niemal wszystkim i uwolniony od upierdliwych myśli umysł, mogący napawać się zapierającym dech widokiem, spychając wszystkie kłopoty i nieprzyjemne skojarzenia na dalszy plan.
Tak, zdecydowanie za tym wszystkim tęskniłem.
Zatopiony we wrażeniach z ostatnich wizyt potknąłem się o wystający ze śniegu na dobre piętnaście centymetrów kamień, momentalnie wracając do rzeczywistości z niezmienionym wyrazem pyska. Aarved rzucił mi krótkie spojrzenie kątem oka, lecz nie zareagowałem, czując zalewającą mnie złość na samego siebie za pokazanie się jako fajtłapa przy niemal obcym basiorze. Całe szczęście nie skomentował i po chwili skierował oczy przed siebie, pozwalając moim rozchwianym ostatnio emocjom na uspokojenie oraz skupienie się na otoczeniu zamiast na obrazach w swojej głowie.
Jak nic znajdowaliśmy się w Skalistej Dolince. Wszędzie wokół lekko ośnieżone wzgórza prawie całkowicie ogołocone z drzew, za to pełne wystającym z ziemi skał i kamieni. Piękne, cieszące oczy spokojne miejsce, w którym jednak lepiej uważać gdzie się stawia łapy, chyba że pragnie się upaść, poobijać a w skrajnie fatalnych przypadkach nawet połamać kości.
Czując brak chęci do dłuższej rozmowy z również milczącym basiorem a nieustannie walcząc, by ponownie nie zagłębić się we własnych myślach obiecałem sobie, że jak tylko miniemy przyjazne wzgórza i wyjdziemy na w miarę płaski teren nie będę się dłużej opierać. Od tego momentu droga do Centrum nie kryła w sobie niespodzianek, jedynie wiła się prosto przez pola i lasy, tworząc świetne warunki do kontemplacji. 
-Zakładam, że miał pan okazję zwiedzić Przełęcz Śnieżną?- spytałem, chcąc nie wyjść na całkowitego gbura, a jednocześnie znaleźć wspólny temat który może umiliłby trochę czasu wojskowemu, przynajmniej dopóki nie opuścilibyśmy granic Skalistej Dolinki.
-Tak, na służbie zdarzało mi się podróżować tą trasą.- odpowiedział po chwili namysłu, lekko ruszając uszami. Wiatr na parę chwil poderwał jego płaszcz w górę odsłaniając kawałek pokrytego plamkami ciała.
-I jakie miał pan odczucia?- drążyłem, faktycznie zaciekawiony. Zawsze lubiłem poznawać wrażenia innych, ich myśli i oczekiwania, różne spojrzenia na świat...
-Nie miałem zbyt dużego szczęścia do pogody. Zdarzyła się śnieżyca, zdarzyła się burza, także silny wiatr dawał się we znaki, więc nie wspominam tych wędrówek zbyt dobrze.- wyznał posyłając mi spojrzenie tuż przed zeskoczeniem ze sporej skały na mniejszą tuż pod nią i kontynuowaniem schodzenia z ośnieżonego wzgórza równocześnie ze mną. Kilka kamyków potoczyło się na dół.
-Tym razem nie musimy się zbytnio o to martwić, o ile zjawiska te nie zostaną stworzone nienaturalnie. Zajmę się tym.- zapewniłem, wiedząc jak świetną kontrolę nad wiatrami można uzyskać na górskim szczycie i na samą myśl humor mi się poprawiał. 
-Dobrze to słyszeć.- dobiegła mnie odpowiedź Aarveda, którego chwilę temu wyprzedziłem. 
Będąc niezręcznym mówcą nie bardzo wiedziałem jak podtrzymać rozmowę, więc umilkłem decydując się na przekazanie inicjatywy w tym zakresie basiorowi. Jak będzie chciał kontynuować niech mówi, a jeśli nie... cóż, witajcie otchłanie myśli wilczej! 
Coraz bardziej zbliżaliśmy się do niskich drzew iglastych, będących progiem lasu prowadzącego prosto do Centrum. Niepowstrzymywany przeze mnie wiatr gładził nasze sierści, zapraszał do zabawy odzież i unosił włosy z mojego ogona swoją delikatną dłonią, jednocześnie szepcząc mi do ucha słowa usłyszanej przez niego gdzieś w pobliżu pieśni.


<Vedziu?>



Słowa: 1026 = 71 KŁ




"-Możemy wyruszać. Dzisiaj nie grozi nam ani deszcz ani śnieżyca."

-Nie! Nie możemy! Zostań tu ze mną na zawsze, wielbiąc mnie i dożyjmy swoich dni oglądając te piękne glony na stalaktytach jaskini!!! A stałegnaty, stalanginy i staregliny przeróbmy na posągi naszej wiecznej miłośierności!
 
E makarenaaaaa

-Ależ najdroższy, my nie jesteśmy w jaskini a na świeżym powietrzu

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Od Aarveda CD. Jastesa

Nagle w Aarvedzie i Jastesie obudziła się potrzeba walki o przetrwanie. Nadejście konkurującego drapieżnika nie było już jedynie niewygodnym wydarzeniem, przeszkodą, z którą trzeba sobie poradzić. W głowie wilków, które stały nad odurzającą je swoim zapachem posoką, był on realnym zagrożeniem. Czymś, z czym trzeba walczyć, czego obecność bezpośrednio zagraża im lub ich szczeniętom - nieważne czy je mają, czy nie. Co zagraża ich przetrwaniu i przetrwaniu ich genów.
 Powietrze było ciężkie, niemalże przyklejało się do sierści psowatych. Nos wypełniał zapach świeżej krwi, spalonego futra i smrodu niedźwiedzia. Poza cichymi warknięciami obu łowców i jękami wielkiej bestii las był cichy, zupełnie jakby wszystkie stworzenia zamarły w cichym przerażeniu, obserwując starcie dwóch tytanów. 
Patrzyły, jak wilki odrzucają mozolnie lepioną przez wieki maskę postępu i poczucie wyższości nad resztą zwierząt, powracając do najbardziej podstawowych instynktów. Pięknie tkane materiały, ocieplane domy czy wielkie biblioteki - to wszystko odchodziło na dalszy plan, gdy świeża krew przypomniała im, kim tak naprawdę są. Pięknie tkane materiały, ocieplane domy czy wielkie biblioteki nigdy nie były w stanie doprowadzić wilka do takiego transu, jaki wywoływało w nim parujące, ledwo zabite cielę renifera. Wielkie miasta, zdobycze architektury i filozofii - nic nie było z wypielić z nich pierwotnych korzeni, zwyczajów ich przodków. 
Wilki próbowały zamalować swoje dzikie odruchy grubą warstwą moralności, postępu i arogancji, jednak dalej prześwitywały one przez pigmenty. Obraz wilka był pełen takich prześwitów, pełen był zagłębień, których artysta nie zamaskował. Nieważne, jak bardzo widownia próbowała ignorować te niedoskonałości - im mniej uwagi im poświęcali, tym wyraźniejsze się one zdawały, gdy w końcu przykuwały oko. Część widzów uważało je za pomyłki, niedopatrzenie po stronie autora. Ale może taki właśnie był zamiar malarza? 
Wielu już próbowało naprawić obraz. Im więcej jednak nakładali farby, im dokładniej wypełniali luki i prześwity, tym bardziej widoczne były owe defekty. Być może kiedyś pojawi się wybitny umysł, doskonały rzemieślnik, który swoimi delikatnymi, acz stanowczymi ruchami, doświadczeniem i wiedzą pokona te ułomności... 
Na razie nikomu się to jednak nie udało, a wilczy rodzaj będzie musiał jeszcze długo czekać na istotę, która wyrówna ich płótno. 

Niedźwiedź oderwał obie łapy od pyska i spojrzał paciorkowatymi oczami na wilki. Podciągnął gumowate wargi i ryknął na psowate, kropelki jego śliny zamigotały w świetle księżyca. Jedna część jego łba była wyraźnie mniejsza - to właśnie z niej unosił się smród palonych włosów. Aarved jednak nie był w stanie zauważyć, czy realnie uszkodził drapieżnika, czy jedynie spowodował zmianę jego fryzury. 
Kula ognia, którą posłał w niedźwiedzia, nie była zbyt duża, więc nie zdziwiłby się, jeśli czarna masa zupełnie nie została uszkodzona. Nie miał zamiaru marnować całej swojej energii na głupiego zwierza - będzie jej przecież bardzo potrzebował w ciągu następnych kilku dni .
Jeśli jednak misiek nie odpuści, nie miał zamiaru poświęcać całej ich pracy i kolejnego dnia, który musieliby poświęcić na następne polowanie. Z doświadczenia wiedział, że jeśli przydzielają posłańcom ochronę, oznacza to, że niosą oni ważne przesyłki. A w dostarczaniu ważnych przesyłek liczył się czas. Czas, czas i jeszcze raz czas.
Basior nastroszył gęste futro, które podniosło się na karku i piersi, przypominając grzywę lwa. Wyprostował się i wyciągnął w górę, po czym przycisnął brodę do szyi, tak, aby krzywe rogi się podniosły, a ciemna, nastroszona sierść była lepiej widoczna. Z jego gardła wydarł się charkot przypominający dudnienie kopyt spłoszonych jeleni, który po chwili przerodził się w pełnoprawny ryk. Białka oczu błyskały wściekle i dziko, kiedy spomiędzy kłów wydostały się drobne iskierki, tańczące w kłębach szarego dymu wychodzącego z rozjuszonej paszczy. Ślina skapująca uprzednio z języka zaczęła skwierczeć i parować.
Wojownik odsłonił zęby w pełni, rzucając głową na boki. Mimo podciągniętej skóry na pysku zachodzącej na policzki, dalej było widać jego jadowicie zielone tęczówki, rzucające ostrzegające, ale jednocześnie wyzywające, spojrzenia. 
Niedźwiedź kilka razy jęknął, przystępując z łapy na łapę, uważnie obserwując oba basiory. Parsknął, a luźna warga zatrzęsła się niczym galareta, rozpryskując ślinę na około. Przesuwał się z lewej do prawej, najwyraźniej badając grunt, ale zbyt zestresowany, aby podejść bliżej. Widać było, że w jego ogromnym łbie zaczęły przekręcać się trybiki. Bestia powoli ważyła za i przeciw, łapczywie zerkając na zwierzynę, aby po ułamku sekundy zerknąć z powrotem na wilki, najwyraźniej próbując kontrolować sytuację. Widać było, że czuje respekt do tych dziwnych, małych stworzeń wypluwających ogień, ale była bardzo głodna. I chciwa.
Trwało to za długo jak na gust rogacza. Nie miał zamiaru dać niedźwiedziowi szansy na podjęcie niekorzystnej dla niego i Jastesa decyzji. Jeśli jeszcze nie zarejestrował informacji, to on mocniej mu ją przekaże. Być może to, co zamierzał zrobić, będzie trochę brawurowe, ale basior czuł się pewnie ze swoim poziomie energii, który w razie czego pozwoliłby mu użyć kamiennej skóry.
Ryknął wściekle i wystrzelił do przodu, błyskawicznie zaciskając zęby na czarnej sierści.
Zwierzę wrzasnęło. Jego ciało momentalnie rzuciło się w tył. Machnął łapą na ślepo, jednak koło niego nie było wilka.
Aarved już znajdował za nim. Podwinął pod siebie tylne łapy i wymierzył niedźwiedziowi niezbyt mocny, ale na pewno bolesny, cios w pośladek.  
To już przelało czarę goryczy czarnego zwierzęcia. Odwrócił się i kłapnął w powietrze szczęką, po czym odbiegł, a z każdym krokiem jego śmierdzące sadło trzęsło się na tle śniegu. W świetle księżyca, które podczas ucieczki bestii padało na jej pysk, dało się zauważyć, że zarówno jego warga, jak i skóra na łopatce krwawią.
Aarved patrzył za nim, strzygąc uszami, lekko dysząc z napięcia. Atmosfera powoli rzedła, a leśne życie wokół wilków wracało do normalności. Dopiero teraz wojownik dostrzegł, jak wiele istot budzi się po zmroku i jak bogata jest nocna flora lasu. 
Jego ucho skierowało się na zachód, kiedy sowa zahukała, zaciskając szpony na piszczącej ze strachu myszy. Niedaleko lemingi drążyły tunele pod śniegiem. A w końcu rogacz dowiedział się, gdzie uciekło stado reniferów - zatrzymało się na południe od nich, przy niewielkim jeziorku. 
W końcu wojownika z zadumania wyrwał dźwięk rozrywanej skóry i łamanych kości. Odwrócił się, nadal jednak uważnie nasłuchując, czy ich nowy kolega przypadkiem nie zmienił zdania, i podszedł do Jastesa, który już rozpoczął porcjowanie mięsa. 
Zielonooki zabrał się za grzbiet, podczas gdy pierzasty wilk pracował nad lewą tylną nogą. Aarved z zadowoleniem stwierdził, że cielę miało idealną ilość tłuszczu, a w dodatku część jedzenia najprawdopodobniej mu zostanie. 
Co jakiś czas podnosił głowę, aby upewnić się, że już nikt nie przeszkodzi im w rozbieraniu zwierzyny. Czasami pojawiały się lisy albo kuny, których oczy świeciły z krzaków, ale wystarczyło na nie warknąć, aby odpuściły sobie próbę ukradzenia kilku kąsków. 
W końcu skończyli. Aarved oblizał zakrwawiony pysk i spojrzał na górę mięsa, którą udało im się zgromadzić przez niecałe półtorej godziny. 
- To nam chyba wystarczy, prawda? - zapytał białego samca. Ten tylko kiwnął głową. Wojownik wyciągnął długi sznurek z torby i zaczął przewiązywać kawałki jedzenia tak, że był w stanie przewiesić je sobie przez grzbiet i biodra.
Tak obładowane basiory ruszyły w drogę powrotną, która nieco się wydłużyła. Aarved widział, że Jastes wyraźnie odczuł dodatkowe kilogramy, którymi został obładowany. Nie dziwił się, że posłaniec spowolnił trucht - on sam też przygotowywał się mentalnie na niezły trening.
Ved rozstał się z Jastesem niedaleko lasu Ayre. Pożegnali się szybko i bardzo formalnie po czym poszli w swoje strony.
Na szczęście Aarveda jego dom znajdował się niecałe pół godziny drogi od miejsca rozłąki. Wszedł zdyszany do zimnego mieszkania, błyskawicznie rozpalając paleniska za pomocą kilku ostatnich kłód, jakie mu zostały, i ruszył do spiżarni, gdzie zostawił mięso. Mimo zmęczenia zaczął pakować się na przyszłą wyprawę. Wiedział, że może ona zająć kilka, a nawet kilkanaście dni - byłby to najgorszy scenariusz, ale trzeba się przygotować na wszystko. 
Wziął dwie duże torby, które wypełnił jedzeniem, głównie mięsem zawiniętym w papier liścienny oraz kilka sucharów wojskowych wypieczonych z krwi i podrobów. Do tego dołożył koc oraz grubą skórę, sztylet i krzesiwo oraz ognisty kwarc, który miałby im uratować skórę, gdyby błyskawicznie potrzebowali ognia. 
Po uważnym skompletowaniu ekwipunku i sprawdzeniu go trzy razy, basior udał się do legowiska, z ulgą stwierdzając, że pomieszczenie już wypełniło przyjemnie ciepło. Postanowił położyć się od razu, żeby zyskać jak najwięcej snu i obudzić się wypoczętym. Zasnął bardzo szybko, zwijając się uprzednio na jelenich skórach. 
Następnego ranka rozbudziło go zimno, które wkradło się do jaskini. Otrząsnął się, parsknął, zjadł szybkie śniadanie i zaczął się ubierać. Zapiął idealnie czysty napierśnik z odznaką wojownika i przypiął do długiego paska przebiegającego przez jego grzbiet ciężkie torby. Na koniec okrył się starym płaszczem podbijanym futrem górskiej kozy z długim kapturem (z zapinanymi, własnoręcznie dorabianymi dziurami na rogi), po czym wyszedł z mieszkania. 
Udał się w stronę Szklanego Mostu, gdzie umówił się zeszłego wieczoru z Jastesem. Pogoda była neutralna - ani wybitnie dobra, ani specjalnie zła. Niebo pokrywały szare chmury, jednak nie zapowiadały one opadów. Zasłaniały jednak słońce i przez to mocno odczuwało się spadek temperatury, co sprawiło, że Aarved nagle niesamowicie docenił swoją starą, skórzaną narzutę.
W końcu na horyzoncie ukazała się błyszcząca balustrada i biała sylwetka przyozdobiona czerwonymi piórami.
< Jasiu? >


Słowa: 1449 = 92 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics