Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ingrid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ingrid. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 czerwca 2019

Od Ingrid

Biegłam ile sił w nogach, próbując za wszelką cenę dosięgnąć mieniącego się na przeróżne kolory futra. Łapy zaczynały mi powoli drętweć, futro robiło się coraz to bardziej mokre a moja dotychczas nieugięta determinacja, zaczęła powoli maleć. Próbowałam krzyczeć najgłośniej jak potrafiłam, ale przy każdej próbie wyglądało to, jakby ktoś rozszarpał moje struny głosowe, uniemożliwiając mi tym wydawanie z siebie dźwięków. Cała energia wydobywająca się ze mnie, głucho ginęła tuż po zetknięciu się ze światem zewnętrznym. Niebiesko biały ogon zaczynał ginąć w oddali z sekundy na sekundę. Zaczynałam krztusić się powietrzem, zasysając je coraz intensywniej. Mimowolnie zaczęłam gubić kroki, aż w pewnym momencie padłam na ziemię, niczym postrzelona zwierzyna. Powieki miałam ciężkie, a ciało zdawało się przybrać zdecydowanie na wadze. Leżałam w ten sposób niczym truchło, biernie poddając się działaniu czasu. Niestety sam czas nie okazał się litościwy dla poszkodowanego zwierzęcia jakim byłam. Trudno określić czy całe zajście trwało bardzo długo, czy chwile perfidnie się wydłużyły, ale najważniejsze jest to, że to wszystko nie trwało wiecznie. Kuliminacyjnym momentem okazał się ten, w którym znalazłam się w samym środku jednej z bitew. Dookoła widziałam wilki z różnych nacji. Każda z nich zrzeszała o dziwo nie wilki jednej rasy, czy pochodzenia, tylko wilki, które stosowały wybrany styl walki. W ten sposób otaczały mnie wilki posługujące się wyłącznie magią oraz takie, które ograniczały się tylko do swojego żywiołu. Koło mnie przebiegł wilk, który natomiast używał jakiegoś nieznanego mi oręża. Z chwilowego stanu dezorientacji wyrwał mnie niesamowity hałas. Odwróciłam się w stronę mieniącego się wilka i ujrzałam w nim coś, co zawirowało moimi uczuciami. Jednocześnie czułam do niego nienawiść i uwielbienie. Otrząsnełam się i gdy chciałam już popędzić w jego stronę, znowu coś mnie zatrzymało. Jakaś forma niewidzialnej siły skutecznie mnie powstrzymywała. Walczyłam niemalże sama ze sobą, patrząc jak mój cel ponosi powoli klęskę. Robiło mi się przed oczami na przemian czarno i biało. Miałam wrażenie że już nic ze sobą nie współgra - czas, grawitacja i siły oddziaływania, czy nawet sami bogowie. Szczególnie Ci ostatni sprawiali wrażenie nieobecnych. Wpadłam w furię, która okazała się tylko marnowaniem ostatków sił. W jednym momencie wszystko ustało. Z mojego położenia mogłam bez problemu zobaczyć hektary martwych wilków. Nogi mi zadrżały, źrenice rozszerzyły się, a umysł zdawał się wariować. Wtem zobaczyłam jego. Błyszczące futro nie błyszczało już tak jak na początku. Błoto i świeża krew zabijały dobre pierwsze wrażenie. Wilk leżał nabity na parę pali, z rozerwaną krtanią. 
~~~~
Obudziłam się wydając z siebie niekontrolowany dźwięk, coś na kształt warknięcia. Nastąpiło to jak zwykle w momencie zobaczenia ciała. Z pyska kapała mi krew, której pozbyłam się błyskawicznie, wycierając ją w śnieg. Obudziłam się pośrodku niczego, przepełniona furią, spowodowaną tak ogromną niewiedzą. Ten sam nieznajomy wilk, to samo zakończenie. Pobudka z krwią w pysku, oraz w kompletnie nieznajomym miejscu. Spojrzałam w niebo, które wskazywało nie więcej niż to, że noc trwała w najlepsze. Księżyc święcił jasno, dzięki czemu okolica była dobrze widoczna. Usiadłam jeszcze na chwilę, próbując obmyślić plan działania na najbliższe godziny. Przypadkiem dostrzegłam ślady na śniegu. Mogłam się łudzić, że dotrę po nich do mojego pierwotnego położenia, które pamiętałam jak przez mgłę. Nic więcej mi nie pozostawało, więc ruszyłam w drogę. Oczywiście, jeśli ślady były moje...

<Ktosiu?>



Słowa: 526

niedziela, 12 maja 2019

Od Ingrid - Bal Zimowy - Quest I

Gdy zbliżał się wieczór, wskoczyłam do jednego z pobliskich zbiorników wodnych, chcąc w ten sposób się odświeżyć. Wiadomo, Bal Zimowy to niecodzienna i wyjątkowa okazja. Mojej kąpieli towarzyszył zachód słońca, który tego dnia przybierał nietypowe barwy. Podczas gdy zazwyczaj dominowały barwy ciepłe, takie jak pomarańcz, czerwień czy żółć, tak teraz wmieszało się wiele fioletu, niebieskiego, a nawet i nieco zieleni. Nie zaniepokoiło mnie to, ponieważ jak wiadomo, podczas balu występuje wiele atrakcji, a to mogła być właśnie jedna z nich. 
~~
Królewski Zamek niemal mienił się wśród wszystkich lodowych gór. Wyraźnie czuć było od niego bijącą magię, która była zaszczepiona we wszystkim, znajdującym się w promieniu paru kilometrów. Śnieg w tej części królestwa wydawał się o wiele bardziej biały, czasem miałam wrażenie że staje się niemal przezroczysty. Sama droga nie była może jakaś zachwycająca, między innymi ze względu na to, że w tych okolicach trudno było o jakiekolwiek rośliny. Dlatego szłam w towarzystwie paru innych wilków, po porządnie ubitej ścieżce. Gdy tylko wielka budowla ukazała mi się w pełnej jej krasie, zaparło mi dech w piersi. Szczerze mówiąc, to jest mój pierwszy raz, jak wezmę udział w Zimowym Balu. Wcześniej po prostu mi tego zabraniano. Byłam bardzo podekscytowana i naprawdę nie mogłam się doczekać wszystkiego co czeka mnie w środku, jednak musiałam stłumić mój popęd. Jak to mówią - wszystko w swoim czasie. Pierwsze co uderzyło we mnie najbardziej, po przejściu przez ogromne bramy zamku, to zdecydowanie frekwencja. Nie bez powodu mówi się, że to uroczystość skupiająca wilki z całego królestwa. Sala główna była tak ogromna, że mogłaby spokojnie pomieścić jeszcze dwa razy więcej obecnie zgromadzonych. Dodatkowo była tak pięknie ozdobiona, że nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie takich widoków. Staranne zdobienia dumnie ornamentowały potężne posągi, które przedstawiały bóstwa. Warto wspomnieć również o podłodze. Ah.. ta wspaniała podłoga. Wyglądała, jakby wykuta była z czystego lodu. Dookoła sali poustawiane były stoły, na których znajdowały się talerze, puchary i półmiski, które tylko czekały na to, żeby je napełnić. Wszystko było godne oczywiście wydarzenia o tak podniosłym znaczeniu. Z mojego stanu ogólnego zachwytu wyrwała mnie sama Królowa Naira. Wstępnie podziękowała wszystkim za przybycie. Powiedziała, że gdyby nie my - królestwo, a co za tym idzie - święto - by nie istniało. W ten sposób przeszła do wspominania minionych wydarzeń, które ukształtowały nasze obecne życie. O tych zawziętych smokach, które usiłowały zapanować nad naszą krainą. Wszyscy słuchali jak zahipnotyzowani. Po wypowiedzeniu ostatnich słów, z sufitu zaczął padać wspaniały, niemal błyszczący śnieg, który okazał się być bardzo realistyczną iluzją. Wpatrywałam się mieniącymi się oczami we wszystkie dobrze bawiące się wilki. Wypełniała mnie radość, którą trudno określić. I nagle wszystko się skończyło. Cały ten efekt upadł. Zorientowałam się, że światła zdecydowanie pociemniały i teraz w sali panowały takie same kolory, jak te, towarzyszące zachodowi słońca. Stoły nagle stały przepełnione po brzegi, a orkiestra grała muzykę, do której wszyscy nadal tańczyli. Teraz ostatnim co można było o mnie powiedzieć, to że jestem szczęśliwa. Nikt jednak nie wydawał się niezadowolony z obecnej sytuacji. Zaczęłam biegać po sali nerwowo, wpadając przy tym na jedną z par. Jednak mimo to, nie zdawała się być tym szczególnie przejęta. Nawet sama królowa tańczyła, nie zwracając uwagi na otoczenie. Nagle coś złapało mnie za łapę. Moim oczom ukazało się sporo mniejsze ode mnie stworzenie. Wyglądało jak kot, jednak miało małe rogi, kozi ogon i skrzydła. Futro do tego przybierało kolory gwieździstego nieba. Na początku miałam ochotę się bronić i już zaczęłam przygotowywać się do ataku, jednak stworzenie szybko mnie uspokoiło.
- Spokojnie, nie musisz się mnie obawiać. Na imię mi Ui. Pochodzę z zupełnie innego wymiaru. - Nieznajomy przedstawił mi się i już po pierwszych słowach udało mu się wprowadzić mnie w jeszcze większe zakłopotanie.
- Co się tutaj dzieje? Co masz na myśli, mówiąc "z innego wymiaru"? - Spytałam więc przybysza. Chwilę później nie miałam już wątpliwości, że sprawa jest poważna.
~~
W krainie Nzardah, nie było mowy o czymś takim jak dzień i noc. Niebo zawsze miało taki sam kolor - czerwień i żółć, zmieszana z dominującym fioletem, oraz niebieskim. Z powierzchni planety wyraźnie było widać wysepki i przeróżne skały, dryfujące w powietrzu. Tego dnia Ui miał dokonać ze swoim mistrzem przełomowego odkrycia. Jako iż był jego niezastąpionym uczniem, ale i wspólnikiem, to diargon - bo tak zwali tę rasę - miał dostęp do wszystkich tajemnic i zbiorów mistrza Xe. W tym miejscu pragnę zaznaczyć parę szczegółów różniących tych dwóch osobników od siebie. Oboje byli diargonami, co już wiadomo. Jednak mistrz posiadał duże, rozbudowane poroże i w porównaniu do Ui'a, jego uszy były małe. Jego ogon wyglądał jak gadzi, przypominający wyglądem smoczy - podobnie jak skrzydła. Tylne łapy zakończone miał kopytami. Do tego wyglądem przypominał bardziej wilka, aniżeli kota, jakiego natomiast przypominał jego uczeń. Od paru lat hodowali roślinę niezbędną do wykonania pewnego ważnego zabiegu, jaką było zagięcie czasoprzestrzeni. Mistrz był w stanie podać dokładną datę, w jakiej powinni spodziewać się owoców kwiatu, jednak coś poszło nie tak. Od paru dni roślina jakby obumarła. Zaniepokojony Ui pobrał wiele próbek, próbując dociec w czym problem, jednak na próżno. Jednak ten dzień, miał być tym przełomowym. Mianowicie właśnie dzisiaj mistrz Xe, postanowił nie zwlekać już dłużej, ponieważ roślina zaczęła poważnie umierać. Ui jako iż był doświadczony, bardzo intensywnie odradzał tę opcję i proponował ponowne podjęcie się eksperymentu, jednak staruszek nie mógł znieść myśli o straceniu tylu lat, przez małe niedopatrzenie. Odciął on łodygę, dokładnie przypalając końcówki rośliny, żeby nie stracić soków, jakie zawierała ona w sobie. Ich ośrodek badawczy, do tego jeden z większych w krainie, znajdował się na jednej z latających wysp, przez co niezbędne było specjalne połączenie magiczne, które otrzymywałoby wyspę w jednym miejscu. Gromadząc wszystkie niezbędne rzezy, obaj udali się w podróż do ośrodka. Od paru dni wszystkie sprzęty czekały cierpliwie na to, żeby wziąć udział w tym - jak pierwotnie zakładali twórcy - wspaniałym wydarzeniu. Ui w przeciwieństwie do jego mistrza, który cały w skowronkach niemal leciał nad schodami, był pełen pesymistycznych myśli. Oczywiście nie przeszło to niezauważone - ktokolwiek ich widział, od razu rzucał tekstem w stylu "rozchmurz się, to wielki dzień!". Przy okazji - tak, na wyspie każdy wie kto co robi. Wszelkie badania i eksperymenty mają charakter publiczny. Gdy weszli do głównej sali, ich oczom ukazała się ogromna maszyna, z dość masywnym lejem, który znajdował się po prawej stronie. Ten właśnie lej miał być elementem, przez który stworzenia miały się przemieszczać między wymiarami. Maszyna posiadała osiem elementów, w których trzeba było umieścić poszczególne składniki. Podczas gdy mistrz zajął się uzupełnianiem ich, zadaniem Ui'a było odseparowanie niezbędnego płynu z zebranej łodygi. Nie było to trudne, ponieważ wystarczyło trochę prostej magii i już fiolka była napełniona białym płynem. To był już tej ostatni moment. Ostatnia prosta. Dlatego więc Ui podał mistrzowi fiolkę, który powoli wlał płyn do maszyny, włączył ją i.. nic. Naprawdę. Nic się nie stało. Nagle cała ta energia wyparowała z pomieszczenia. Na jej miejsce weszło niemałe rozczarowanie. Wtedy też się stało. Ui podszedł do maszyny, próbując sprawdzić w czym tkwi problem. Machnął ogonem, zrzucając tym fiolkę, która wywołała pewnego rodzaju zwarcie. Właśnie to zwarcie przyczyniło się do otworzenia portalu, którego siła była tak niespodziewanie silna, że Ui został tam niemal wessany i zniknął.
~~
- Czyli wszystko co się dzieje z moją krainą, dzieje się z Twojej winy? - Rzuciłam Ui'emu wymowny wzrok. 
- Ale patrz jakie są tego plusy! Dzięki mojej niezdarności, odkryłem składnik, niezbędny do otwierania portali czasoprzestrzennych. Co prawda, magia trochę zmutowała, przez nagłą i niespodziewaną reakcję, ale istnieje wiele plusów tego zajścia. - Mówiąc to, szczerzył się jak głupi. Nie wiem czy obracanie obecnej sytuacji w żart jest dobrym rozwiązaniem, ale jeżeli to pozwala mu nie zwariować po zaistniałych wydarzeniach, to już wolę nic nie mówić. Tym bardziej, że istnieje sposób na odkręcenie całej tej sytuacji. Sam przybysz nie zdradził mi całego swojego plany, natomiast póki co wiem, że z momentem otworzenia portalu, na wilki zaczęła działać silna magia, która z czasem całkowicie przejęła nad nimi kontrolę. Dlaczego nie działa ona również i na mnie? Ui powiedział mi, że musiałam jako jedyna dostać cząstką magiczną, którą oni nazywają szklakiem. Jest to coś na wzór drobnego kawałka szkła, który jest złożony z samej magii. Nie widać go ani nie czuć, dlatego mogłam nawet nie zorientować się, że coś jest nie tak. 
- Ui, opowiesz mi coś o swojej planecie? - Stworzenie wydawało się być zaskoczone moim pytaniem. Jednak wolę zabić tę niezręczną ciszę. Przy okazji - to przecież jakby nie patrzeć kosmita, nie?
- Z wielką przyjemnością. Moja kraina zwie się Nzardah. Żyją na niej przeróżne gatunki, jednak moja rasa, jaką jest diargon, jest zdecydowanie dominująca. Wyróżnia nas to, że imię każdego z nas składa się tylko z dwóch liter. Jak wiadomo, takich kombinacji nie istnieje tak wiele jak w imionach złożonych z większej ilości liter, dlatego często same imiona się powtarzają. Nasz wygląd również jest bardzo ciekawy. Możemy urodzić się z cechami, których nasi rodzice nie mają. na przykład najwięcej diargonów to coś na wzór kojota z rogami, oraz gadzim ogonem. Można powiedzieć, że to taki wyjściowy wygląd każdego z nas. Na przykład mój mistrz różni się ode mnie bardzo. Jego ciało ma wygląd wilka. Nieco mniejszego niż ty, ale to zdecydowanie wilk. Do tego ma kopyta na tylnych łapach i ogromne poroże. Mówi się, że diargony im bardziej odstają wyglądem, tym są inteligentniejsze. - Gdy Ui skończył mówić, doszliśmy do lodowej jaskini, z której buchało delikatne światło. Wchodząc do środka, mój nowy znajomy zaczął wprowadzać mnie bardziej w jego plan.
- Żeby dojść do portalu, musimy przejść jeszcze przez trzy inne jaskinie. W niektórych są urwiska i ubytki skalne, z którymi sam nie dałbym sobie rady, jednak z Twoją pomocą, myślę że nie będzie stanowiło to większego problemu. - W tym momencie spojrzałam wymownie na jego skrzydła. - Ah, tak. Nie wiem dlaczego, ale moje skrzydła w Twoim świecie są totalnie bezużyteczne. Wydaje mi się jednak, że to wina nieostrożnej podróży przez portal. Wracając do mojego planu. Gdy już dotrzemy do portalu, będę musiał wejść do niego z powrotem. W najlepszym wypadku zamknie się i wtedy wszystko wróci do normy. W najgorszym, będę musiał wrócić do Twojego wymiaru i dać Ci odpowiednią fiolkę, którą będziesz musiała rozbić w miejscu największego ugrupowania wilków. Zdejmie to z nich działanie magii przez pewien czas. Gdy większość uwolni się spod jej wpływu - siła magii osłabnie, dzięki czemu portal powinien zamknąć się sam. Będziesz musiała zrobić wszystko sama, ponieważ w przeciwnym wypadku zostanę tu na zawsze. - Czy podobał mi się ten plan? Niezbyt. Czy miałam inne wyjście? Nie za bardzo. Szczerze mówiąc, podróż przez jaskinie nie była jakaś szczególna. Dlatego pozwolę sobie ominąć ten fragment i przejść do tego, co zwróciło moją uwagę najbardziej. Była to oczywiście moja konfrontacja z portalem. Zobaczenie czegoś takiego, jest czymś, czego nie da się opisać słowami. Niech mi bogowie wybaczą, ale zamkowe sale w porównaniu do tego, były jak drewno przy diamentach. Nigdy nie widziałam tak ogromnego skupiska energii, które do tego mieniło się wszystkimi występującymi na świecie kolorami. Przy okazji buchało od niego przyjemnie ciepłe powietrze. Chciałam zbliżyć się troszkę bliżej, ale Ui zdecydowanie mi tego odradził. Powiedział, że mogłoby wciągnąć mnie do jeszcze zupełnie innego świata, co wiadomo - nie skończyłoby się dobrze. Dlatego usiadłam w bezpiecznej odległości, czekając na to, co diargon zrobi. Gdy znajdował się już bardzo blisko portalu, oboje zorientowaliśmy się, że tak naprawdę, to może być ostatni raz jak go widzę. Nie pożegnaliśmy się i Ui zdecydowanie chciał to zmienić, ale siła była zbyt duża i po prostu zniknął. Cisza. Portal pozostawał otwarty. Czyli nie zadziałało. Wypuściłam nerwowo powietrze. Co jeśli nie znajdzie fiolki? Albo jeśli ta fiolka nie zadziała? Czekać długo nie musiałam. Jednak z portalu zamiast postaci, wyleciała sama fiolka, z przyczepioną do niej kartką. Fiolka leciała w zupełnie przeciwnym kierunku, dlatego poderwałam się szybko, próbując ją złapać. Oczywiście chybiłam. Przerażonym wzrokiem patrzyłam jak naczynko odbija się od wszystkich lodowych ścian.. właśnie. Odbija się - i nic. Końcowo przyturlała się prosto pod moje łapy. Rozwinęłam liścik, w którym sam Ui napisał do mnie:

"Droga Ingrid. Szczerze ufam Ci, że nie złapałaś tego flakonika zębami, ponieważ skutkowałoby to rozbiciem go. Specjalne szkło jest odporne na uderzania o przeróżne powierzchnie. Jeśli jednak rozbił się to cóż.. Musisz poczekać aż sami zamkniemy portal, jednak nie obiecuję, że Twoi przyjaciele wciąż będą żyć. Jeśli jednak udało Ci się utrzymać go przy życiu, to jak najprędzej udaj się do pałacu i rozbij tam flakonik, najlepiej rozgryzając go. Ciecz może być lekko gorzka, ale nic Ci nie zrobi. Jej obecność na takiej powierzchni, powinno spowodować przebudzenie wszystkich wilków. Z góry przepraszam, że nie pojawiłem się osobiście, ale ponowna podróż, mogłaby spowodować poważny uszczerbek na moim zdrowiu. Cieszę się, że miałem okazję Cię poznać i bardzo Cię przepraszam za to zamieszanie."

Pierwsze co przyszło mi do głowy - skąd on w ogóle zna moje imię? Mimo wszystko nie przedstawiłam mu się, co było raczej niezbyt przyzwoitym zagraniem z mojej strony. Mniejsza z tym, teraz najważniejsze są losy królestwa. Złapałam buteleczkę delikatnie w zęby, patrząc ostatni raz w stronę portalu. Poczułam dziwne ukłucie w sercu, jakbym nie chciała opuszczać tego miejsca już nigdy. Musiałam jednak wziąć się w garść. Dlatego bez zbędnego przedłużania czasu - wróciłam w drogę powrotną.
~~
Wrota stały przede mną otworem. Już tak niewiele dzieliło mnie od tego, by wyzwolić moich pobratymców. Wciąż jednak pewna siła próbowała mnie powstrzymać. Ruszyłam powoli, kierując się w stronę głównej sali. Znowu poczułam ogromny niepokój, pomieszany ze strachem. Ujrzenie wilków, które wykonują tę samą czynność już którąś godzinę, może okazać się dużym ciosem. Gdzieś z tyłu głowy istnieje myśl, że jeśli płyn nie zadziała, będą uwięzieni w tym jeszcze dłużej, a istnieje możliwość że tego mogą już nie przeżyć. "Eruzanie, dopomóż mi" - pomyślałam błagalnie i po prostu rozgryzłam fiolkę. Gorzki smak rzeczywiście wystąpił, ale oprócz tego poczułam bardzo duże dreszcze w całym ciele. Momentalnie również barwa panująca w sali zaczęła się zmieniać na pierwotną. Wilki powoli przestawały tańczyć. Wybiegłam z zamku, byleby nie zostać zauważoną. Zdecydowanie nie chciałam być powiązana z tą sprawą. Zdecydowanie ulżyło mi, widząc że wszystko zaczyna wracać do normalności. Nie uczestniczyłam już więcej w wydarzeniach rozgrywających się w środku, ale wyglądało na to, że zmęczone wilki zaczęły się rozchodzić. Siedząc jeszcze chwilę z boku nasłuchiwałam, że mimo wszystko - dobrze wspominają ten wieczór. Tuż przed zaśnięciem, leżałam jeszcze przez chwilę, myśląc o minionych wydarzeniach. Czy dane mi będzie zobaczyć jeszcze kiedyś Ui'ego? Z tą myślą, zasnęłam z widniejącym na moim pysku lekkim uśmiechem.


Słowa: 2366

Treść questu:
Bal Zimowy rozpoczął się jak zawsze. Kracja i mieszkańcy przybyli do zamku na zaproszenie Królowej. Pani wychodzi i wygłasza przemówienie, wspominając nadejście pierwszej zimy. Gdy kończy wilki znów wracają do rozmów. Zaczyna grać muzyka. Wszyscy przystępują do tańca oprócz ciebie. Obserwujesz to z boku. Przypadkiem wpadasz na tańczoną parę, ale oni nie zwracają na ciebie uwagi, nawet nie odpowiadają. Zauważasz, że tylko ty nie dałeś się ponieść muzyce. Pozostali zachowują się jakby byli w transie, nie jesteś w stanie ich obudzić. Co sprawiło, że tak się zachowują? Czy uda ci się coś zaradzić? A może już po kres czasów Królestwo będzie tańczyć? Jak potoczy się ta historia?
Minimum 2000 słów
Nagroda: 200 łusek + 5pkt do dowolnego zagospodarowania

poniedziałek, 6 maja 2019

Od Ingrid

Wygrzewałam się leniwie w wiosennym słońcu, o które o tej porze roku niełatwo. Mimo to warunki pogodowe i tak nie były w pełni zadowalające. Znalezienie w Dystrykcie I miejsca suchego, lub chociażby niepokrytego lodem bądź białym puchem, graniczyło niemal z cudem. Jakże więc dumna byłam, gdy znalazłam skałę, usytuowaną centralnie w słońcu. Szczerze mówiąc, leżenie i grzanie się, jest ostatnim co powinnam w tamtym momencie robić. Pierwotnie zmierzałam do miejsca, w którym dzień w dzień, spędzam praktycznie cały wolny czas. Jest to jedno z tych super tajnych miejsc, w których wilk może się łudzić, że jest sam - a jak wiadomo, ja sobie tę samotność i święty spokój cenię. Tak więc kierowana tym jakże uświęconym celem nie spodziewałam się, że coś przykuje moją uwagę na tyle, że dosłownie zbije mnie z tropu. To jest w takim razie mała historia, jak wyglądało moje spotkanie z ową skałą. Dreptałam nieśpiesznie, jednak mało dyskretnie, po śniegu. Krzywe, sporych rozmiarów ślady bezwstydnie ukazywały się na śniegu z każdym moim krokiem. Otaczający krajobraz nazwałabym malowniczym tylko wtedy, gdybym była tu pierwszy raz. Teraz to tylko niczym nie wyróżniająca się kupa białego puchu, która pokrywa i grunt, i drzewa, których i tak jest siedem na krzyż. I wtedy zobaczyłam ją - idealną, wspaniałą, niemal lśniącą w słonecznym blasku skałę. Najprawdopodobniej znalazła się tu wskutek wietrzenia. Wysnucie tego wniosku nie wymagało zbyt wysokiego ilorazu inteligencji, sądząc po widocznych gołym okiem dowodach - leżała mniej więcej w połowie niewielkiego zbocza, na którego szczycie stała podobnych rozmiarów bryła, z widocznym ubytkiem. Dodatkowo nie przypominam sobie, żeby w ostatnich dniach wystąpiły jakiekolwiek opady, a odłamek był aż do przesady wysuszony. W ten właśnie sposób skusiłam się na posadzenie swojego cielska akurat na tym, a nie innym kamieniu. W tym miejscu przechodzimy do bardziej aktualnych wydarzeń, kiedy to usilnie próbowałam dosięgnąć nosem zimnego śniegu. Jak widać czegoś mi brakowało, bo nie ważne jak bardzo wydłużyłam szyję i napięłam cielsko - zawsze istniały te przeklęte dwa centymetry. W przypływie negatywnych emocji wysunęłam język, chcąc tym wyrazić dezaprobatę względem moich wcześniejszych poczynań. Trudne do opisania jest moje zdziwienie, które nastąpiło tuż po tym, jak ciepły język dotknął puchu, o mniej pożądanej temperaturze. Przez całe moje ciało przeszedł dreszcz, należący zdecydowanie do tych mniej przyjemnych. Tak więc mój język znalazł się z powrotem na swoim miejscu, nie myśląc już więcej o wyłażeniu na zewnątrz. Przymrużyłam oczy chcąc jeszcze przez chwilę podelektować się fantastycznym znaleziskiem, jednak nie potrwało to za długo. Przyjemną ciszę przerwał mi dźwięk skrzypiącego śniegu. Zostałam w ten sposób z jednym otwartym okiem, wypatrując źródła dźwięku. Chwilę później otworzyłam drugie, ponieważ miałam poważny problem z namierzeniem sprawcy tego poruszenia, co ani trochę nie napawało mnie optymizmem. Tym razem podniosłam jedno ucho, co zdecydowanie przyniosło oczekiwane skutki. Moim oczom ukazało się młode łosię, które najwyraźniej oddaliło się ciut za bardzo od swojej mamy. Obserwowałam je jeszcze przez dłuższą chwilę, szacując moje szanse na wykorzystanie okazji na posiłek. Zdawałam sobie sprawę, że wraz z postawieniem pierwszego kroku, od razu będzie mnie słychać. Ocena sytuacji nie była tak szybka jakbym sobie tego życzyła, jednak wynikło z niej to, że jeśli nie potknę się gdzieś przy okazji, to mam dość spore szanse na powodzenie. Do realizacji przeszłam niewiele później, odbijając się spektakularnie od skały. Lądowanie było już nieco niezgrabne, jednak można powiedzieć, że w pewien sposób nadrobiłam to sprintem, który i tak nie był moją mocną stroną. Słusznym stwierdzeniem będzie jednak, że miałam sporo szczęścia, ponieważ zwierzę nie zareagowało w porę, a gdy tylko znajdowałam się w odpowiedniej odległości, skoczyłam w stronę tylnej nogi cielaka. Tym razem jednak chybiłam, co postawiło mnie w niekorzystnej sytuacji. Bez wahania wznowiłam pościg, tym razem próbując podbiec bliżej. Tutaj zaczynają się wyboje i bieg pod górkę tej historii, albowiem znikąd pojawiła się mama-łoś, która za wszelką cenę kierowana matczynym instynktem, próbowała się mnie pozbyć. Wykonałam ponowny skok, mając nadzieję że z chwilą zranienia zwierzęcia, matka się odczepi, jednak jedynie lekko zadrapałam młode zwierzę. Za to w zamian dostałam porządnego kopa, a jakby tego było mało, to na dokładkę dostałam od dorosłego osobnika porożem, prosto między żebra. Takiego obrotu zdarzeń się nie spodziewałam, dlatego zadecydowałam o wstrzymaniu pościgu, jednak samica chyba nie była tego taka pewna. Stanęła w niewielkiej odległości ode mnie, przyjmując pozycję, która sugerowała, że jest gotowa do ataku. Mój naiwny charakter nie pozwolił mi uciec w takiej sytuacji, nawet jeśli nikt nie byłby świadkiem mojej spektakularnej porażki. Tak więc również przyjęłam pozycję o charakterze agresywnym, czekając na przebieg wydarzeń. Klępa zaczęła zbliżać się powoli, wciąż kierując swoje poroże w moją stronę, a ja miałam dosłownie parę sekund na przemyślenie strategii, umożliwiającej mi przeżycie spotkania z tym narzędziem tortur. Zamiast robić uniki, postanowiłam sama zaatakować z zaskoczenia. Tak też robiąc, wyprowadziłam samicę z ogólnego stanu koncentracji. Przebiegłam obok niej, zatapiając zęby w jej nogę. Zwierzę zaczęło wierzgać na tyle intensywnie, że tym razem dostało mi się w pysk. Jak to mówią - oko za oko. Po tym incydencie obie strony odpuściły, co przyznam - bardzo mnie cieszyło. Patrzyłam zrezygnowana na oddalający się potencjalny obiad. Nie podobało mi się również to, że zaczęło mi się kręcić w głowie - uderzenie nie należało do najłagodniejszych. Czułam również metaliczny posmak, który bezpośrednio sugerował o krwi znajdującej się w mojej jamie ustnej. Mimowolnie zaczęłam jeść śnieg, próbując pozbyć się nieprzyjemnego smaku. Podczas tego niecodziennego aktu, do mojego nosa trafił zupełnie nowy zapach. Był wyraźny, ale nie należał do tych nieprzyjemnych. Podniosłam głowę i zobaczyłam kształt, niemal zlewający się ze śniegiem. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że tym kształtem jest postać, a dokładniej wilk. Im bliżej się znajdował, tym więcej szczegółów byłam w stanie wyłapać. Cieszyło mnie to, że przynajmniej zaczęłam rozróżniać futro od śniegu. Szybki rekonesans pozwolił mi na określenie podstawowych informacji o wilku. Dokładniej - była to wadera, dość wysoka, jednak nie przewyższająca mnie. Początkowo najwyraźniej nie miała w planach na mnie trafić, jednak pech tak chciał, że znajdowałam się prosto na jej drodze. Obstawiałam dwa scenariusze - jeśli wykazałaby dobre intencje, mogłabym przyjąć pozycję ofiary. To jest na pewno najbardziej bezpieczny i korzystny scenariusz dla mnie w tym stanie. Jeśli jednak przyjęłaby pozycję agresywną.. to miałabym problem, ponieważ tej opcji nie rozważyłam. Pozwoliłam sobie z góry założyć, że skoro wadera nie wygląda agresywnie, to taka pewnie nie jest. To chyba była jedyna dobrze podjęta decyzja dzisiaj. Na początku wilczyca obserwowała mnie podejrzliwie, jednak widząc brak jakichkolwiek nieprzewidywalnych reakcji z mojej strony, odważyła się podejść do mnie, co oczywiście postanowiłam wykorzystać.
- Zechciałabyś mi może pomóc odzyskać orientację w terenie? Miałam mały incydent, który nieco wyprowadził mnie ze stanu mojej świetności. - Wypaliłam, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bezpieczniejszym miejscu. Pytanie obcego wilka o drogę mogło równać się z samobójstwem, aczkolwiek chyba to i tak lepsze wyjście, niż siedzieć gdzieś w śniegu, mając znikomą wiedzę o obecnym położeniu.



<Arvena?>

Słowa: 1118

sobota, 4 maja 2019

Ingrid

vao-ra
Zawsze bierz pod uwagę fakt, że możesz się mylić.

Imię: Ingrid
Ród: Sikkus
Wiek: 4 lata 6 miesięcy
Płeć: Wadera
Rasa: Fenris
po matce Zerdin i ojcu Fenris
Stan: Mieszkaniec
Stanowisko: Wojownik lądowy
Charakter: Ta stosunkowo młoda wadera jest zlepkiem wielorakich charakterów. Nie trzyma się z nikim zbyt blisko, ponieważ większość uważa ją za niezrównoważoną wariatkę. Ze względu na jej wiek, wilczyca nie przejmuje się takim stanem rzeczy, ponieważ praktycznie od początku swojego życia miała paru opiekunów, którzy również nie dążyli do nawiązywania z nią bliższych relacji. Także Ingrid po prostu nie jest nauczona życia w społeczeństwie. Jeśli poczuje się atakowana w sposób słowny, może się stać albo złośliwa i marudna, albo podkuli ogon i okaże uległość. Jest zdecydowanie szczeniakiem, który osiągnął dorosłość, jednak stara się naśladować starsze i bardziej doświadczone wilki. Często wycofuje się z różnych zobowiązań dotyczących jej sfery emocjonalnej. Można śmiało powiedzieć że nawiązywanie jakichkolwiek relacji sprawia jej trudność. Często reaguje nerwowo. Uważa, że samotność jest jej pisana, dlatego jest bardzo podejrzliwa w stosunku wszystkich, którzy próbują wejść z łapami w jej życie. Czym to jest spowodowane? Tym, co spotkało ją w niedalekiej przeszłości. Porywczość i niedbanie o własne bezpieczeństwo to jej cechy charakterystyczne. Nie można powiedzieć że jest posłuszna. Zdecydowanie często robi wszystko po swojemu, ignoruje zalecenia i denerwuje tym wszystkich naokoło. Bo co jeśli ktoś chce zadziałać na jej szkodę? Sama w stosunku do siebie jest bardzo surowa. Nienawidzi okazywać słabości i stara się pokazać że we wszystkim jest dobra, nawet jeśli wychodziłoby jej to bardzo źle. Dodatkowo wywiązywanie się z obietnic, stanowi kwestię sporną. Często zajmuje jej to dłuższy czas, jednak zdarzają się sytuacje jak po dłuższym namyśle dochodzi do wniosku, że ta obietnica nie jest niczego warta. Za to zdecydowanie jest dobrym kompanem, czy to w podróży, czy to na polu walki, ponieważ wyróżnia ją niebywała czujność i waleczność. Jedną z jej większych wad jest to, że często nie robi tego, o czym myśli. Potrafi wewnętrznie bardzo komuś współczuć, mieć ochotę kogoś wesprzeć, pomóc mu, a w rzeczywistości wyśmiać go, pogardzić, lub po prostu zignorować. W życiu kieruje się przecież dwoma najważniejszymi aspektami - dbaj o siebie i nie daj się zabić. Chęci, a rzeczywiste czyny, to dwa różne pojęcia. Dlatego zamiast spokojnej, pomocnej wadery, widzimy ociekającą ironią, ignorancją i samolubnością personę. Wolicie jednym słowem? Zołza. Czy to możliwe żeby ktoś był aż tak negatywną postacią? Oczywiście że tak. Jednak Ingrid nią nie jest. Chcesz zatem poznać jej drugą stronę? Śmiało, spróbuj przekonać ją do siebie, a nie pożałujesz.
Wygląd: Jeśli widzisz postawnego wilka, znacznie różniącego się wielkością od innych ras - jest to Fenris. Jednak jeśli ten Fenris jest puchaty na ogonie i klatce piersiowej, a do tego krzywo chodzi, to tak - jest to Ingrid. Wilczycę można poznać właśnie po jej sposobie poruszania się. Urodziła się ze źle zbudowaną przednią prawą łapą, przez co kiwa się na różne strony, stawiając każdy krok. Gdyby pomimo tego ktoś nadal miał problem z identyfikacją jej tożsamości, może spojrzeć na futro. Przyozdabia ją szara barwa z widocznymi białymi akcentami w wyżej wymienionych puchatych miejscach oraz na łapach. Wróćmy do anomalii, których wilczyca ma zaszczyt być nosicielem. Albowiem oprócz wady postawy, jej oczy znacznie odstają od normalności - nie dość że nie posiada białych elementów, jakimi oczywiście są białka, to jeszcze jej oczy różnią się od siebie kolorem. Jedno ma barwę zieloną, a drugie czerwoną. Jej pysk zdobią również dwie blizny, których pochodzeniem wadera nie ma zwyczaju się chwalić.
Żywioł: Ogień
Moce:
- Wilczyca ma zdecydowanie większą odporność na ogień, dzięki czemu płomienie nie powodują żadnych poparzeń, ani zapalenia sierści.
- Jeżeli wokoło panuje pożar, Ingrid może stać się ich częścią, żeby uciec, lub zmienić szybko położenie. Nie może jednak używać tej umiejętności zbyt długo, ponieważ w ten sposób może dojść do przegrzania organizmu.
- Ostatnią i zupełnie nieprzydatną mocą są urojenia i wizje, które warunkują nietypowe oczy. Występują one zupełnie losowo i zazwyczaj nie trwają dłużej niż parę sekund.
Rodzina: Jak już wiadomo, Ingrid pochodzi z rodu Sikkusów. Jej ojciec, Zervan, mentor i najważniejszy aspekt jej życia, był Fenrisem. Całe swoje życie poświęcił matce wilczycy, której imienia Ingrid nie zna. Wynika to z tego, że matka była Zerdinem.
Partner: brak
Potomstwo: brak
Patron: Eruzan
Umiejętności:

Intelekt: 20 | Siła: 21 | Zwinność: 12 | Szybkość: 10 | Latanie: 0 | Pływanie: 10 | Magia: 3 | Wzrok: 7 | Węch: 12 | Słuch: 10 |

Historia: Ingrid jest owocem miłości Fenrisa i Zerdina. Jej ojciec kochał swoją partnerkę bardziej niż kogokolwiek innego i poświęcił jej całe swoje życie, dlatego gdy na świat przyszła mała Ingrid, zrobił wszystko by ich córka była bezpieczna. Problem stanowiła rasa wilczycy, która nie była na początku tak łatwo rozpoznawalna. Oddał więc waderę swojej rodzinie. Ze względu na pochodzenie, nawet rodzina trzymała szczenię na dystans. Wszyscy obawiali się, że zamiast Fenrisa, wychowują Zerdina. To właśnie ze względu na te wydarzenia, wadera stała się niemal martwa dla świata zewnętrznego. Jakie więc było jej zdziwienie, gdy po osiągnięciu wieku dorosłego, wszyscy wokół zaczęli próbować nawiązać jakąkolwiek bliższą relację - bo to właśnie wtedy było już jasne, że wilczyca jest Fenrisem. Jedyne co jednak robiła, to wciąż broiła, robiąc wszystkim dookoła na złość. Przełomowym momentem był ten, kiedy poszła o krok za daleko - by uniknąć konsekwencji, po prostu uciekła z watahy, otrzymując tym samym status dezertera.
Autor: Sosik112 (howrse), ᵞᵘᵘᵉ#2236 (discord)

Layout by Netka Sidereum Graphics