Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarin i Valerian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarin i Valerian. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 maja 2020

Od Valeriana CD. Sarin

Miałem co do tego planu mieszane uczucia. Czy skradziona biżuteria była tego warta? Gdyby nie należała do matki, a babka nie chodziła by przez następne tygodnia zła, nie była by. Robiłem to tylko ze względu na sentyment… i myśl, że żaden ze strażników, czy sługów tamtego domu, nie weźmie sprawy tak poważnie, a nawet brutalnie, jak ja. Po za tym, nastraszanie takich małych wypierdków nie jest trudne, tym bardziej, jak sami mają co nieco za uszami. 
- Jesteśmy – odezwała się po chwili ciszy. Spomiędzy drzew widziałem niewielką osadę oraz lisie futra. - Ty tu zostań, a ja ich zwabię – powiedziała i po tych słowach ruszyła do miasta. Jej futro i rozmiar pozwoliło jej wtopić się w tłum i szczerze powiedziawszy, gdyby ktoś kazał mi ją teraz odnaleźć, prawdopodobnie nie podołałbym temu zadaniu.
Tak więc czekając na nią, aż ich znajdzie i przyprowadzi, usiadłem pod drzewem i czekałem, zastanawiając się, jak mam ich nastraszyć. Czy pokazanie kłów wystarczy? Cóż… byli ode mnie trzy razy mniejsi, a złodzieje i oszuści zazwyczaj boją się wszystkiego, co może im zrobić krzywdę, nie ważne jak bardzo by udawali odważnych. Dla pewności cicho zaryczałem pod nosem i jedynie się zaśmiałem na ten dźwięk. „Na pewno od niego narobią pod siebie”. Ojciec słysząc by to, co z siebie wydałem, też by się zaniósł głośnym śmiechem i pewnie powiedziałby „więcej serca w to włóż”. Minęło kilka minut, a samica się jeszcze nie pokazywała. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem mnie nie okłamał i nie uciekła, ale po chwili nabrałem podejrzeń, czy sama nie wpadła w ich pułapkę. Przecież tak się mogło stać, sama chciała zastawić sidła, jednak sama wpadła w czyjeś. O dziwo uśmiechnąłem się na tę myśl, jakoś mnie rozbawiła. Czekałem dalej.
W końcu spośród drzew wyskoczył wilk, przypominający lisa. Wstałem i obserwowałem, jak za samicą wyskakują kolejne dwie rude kity, ale na mój widok momentalnie się zatrzymują. 
- Co jest… - odezwał się jeden z nich, kiedy jego kolega zdążył się już odwrócić i chciał uciekać. Szybko stanąłem mu na ogonie, ten pierwszy za to grzecznie stał w miejscu, nie chcąc się ruszać.

<Sarin? czekałam na odpowiedź>
Słowa: 342

sobota, 11 kwietnia 2020

Od Sarin CD. Valeriana


- Tak właściwie to jak chcesz, żebym ich nastraszył? – usłyszałam w odpowiedzi pytający ton basiora. Moim spostrzeżeniom nie umknął również fakt, że dotychczas idący potulnie za mną samiec teraz znajdował się na równi ze mną. W dalszym ciągu zachowywał jednak bezpieczną odległość, co przyjęłam z ulgą.
- Cóż… widzisz, kwestia tych przemiłych osobników jest dość skomplikowana – odparłam. – Teoretycznie rzecz biorąc, wiszę im pieniądze. I to dość sporo. W praktyce nie mam zamiaru ich oddawać.
Wypowiadając te słowa, czułam, jak wzrok basiora dosłownie wżera się w tył mojej głowy. Jego kroki stopniowo zwalniały, aby ostatecznie zupełnie stanąć.
- Nie mama zamiaru pomagać ci w terroryzowaniu lisów. Potrzebuje informacji, ale nie cudzym kosztem – prychnął z niezadowoleniem samiec, rzucając mi wyzywające spojrzenie. – Mam zamiar złapać lisich złodziei, ale nie przy pomocy wilczego złodzieja.
- To nie wygląda aż tak źle, jak brzmi w teorii. Chodź, wytłumaczę ci w drodze. Nie mam zamiaru robić postoju po środku niczego – powiedziałam, po czym ruszyłam dalej przed siebie. Gdy usłyszałam ciężkie kroki basiora wlokące się za mną, kontynuowałam. – Widzisz, często grywam z nimi w karty. Głównie dlatego, że żaden szanujący się wilk nie podejmie się wyzwania karcianego od kogoś, kto wygląda na lisa. Nawet, jeśli w rzeczywistości nim nie jest. Tym dwóm natomiast gatunek przeciwnika zwyczajnie zwisa – tłumaczyłam. Gdy wijąca się przed nami ścieżka powoli zaczęła przyjmować znajomy kształt, zwolniłam, żeby zdążyć odpowiedzieć basiorowi całość zanim dojdziemy do celu. – Ogólnie rzecz biorąc, kantują jak cholera. Ja naturalnie nie jestem całkowicie czysta pod tym względem, przy czym robię to z klasą. Oni za to są oczywiści. Przy ostatniej rozgrywce, jaką razem z nimi prowadziłam, orżnęli mnie w tak banalny sposób, że szkoda opowiadać. Wytknęłam im wszystkie kanty tej gry i powiedziałam, że nie mam zamiaru oddawać im tego, co wygrali przez oszustwo. Oni natomiast stwierdzili, że dopóki nie otrzymają pieniędzy, nie mam życia w ich wiosce.
Przez chwilę wędrowaliśmy w całkowitej ciszy, w trakcie której mój towarzysz analizował moją opowieść. Ja za to skupiłam się na bacznym badaniu szlaku – byliśmy już bowiem bardzo blisko lisiej osady, a to mogło oznaczać napotkanie na swojej drodze jednego z patroli. O ile moja obecność dałoby się wytłumaczyć w jakikolwiek sposób, z moim dużym kolegom mógłby być mały problem.
- Dobrze, a jaka w tym wszystkim jest moja rola? – spytał po chwili basior.
- Poczekasz przy obrzeżach wioski. Ja w tym czasie pójdę do Informatorki, od której postaram się coś wyciągnąć. Założę się, że w międzyczasie kilku kapusiów zdąży na mnie donieść. Moi „przyjaciele od kart” znają się z dość rozpoznawalną na tym terenie szychą… ZARAZ – momentalnie stanęłam, powoli uświadamiając sobie jak bardzo beznadziejny był mój poprzedni plan, w połączeniu z tym, co mogliśmy zrobić w zamian. Basior stanął w milczeniu, z widocznym zmieszaniem czekając na moje dalsze tłumaczenia.
- Zapomnijmy o Informatorce. Kto może mieć największą wiedzę o lisim półświatku, jak nie lisi mafioso?
- Chyba nie chcesz pakować się w sam środek gangu?
- Jestem spontaniczna, ale nie głupia. Posłuchaj – wystarczy, że wejdę do miasta, a już będę miała na karku gości od długu karcianego. Dla przypomnienia – dobrych kolegów tutejszej grupy przestępczej. Wystarczy, że zwabię ich na obrzeża osady. Z twoją pomocą możemy ich unieruchomić i przepytać! Ty masz informacje, oni robią pod siebie ze strachu przed kolosalnym lwo-wilku i w efekcie ja mam spokój. Wszyscy kończą zadowoleni, każdy ma to co chciał. Rozchodzimy się do domów i zapominamy o całej sytuacji. No, przynajmniej ja zapominam, bo ty dalej szukasz złodzieja.


<Valerian?>

Słowa: 563

wtorek, 7 kwietnia 2020

Od Valeriana CD. Sarin

Ruszyłem w pościg za obcym stworzeniem. Dlaczego? Skoro uciekało, musiało mieć coś na sumieniu. Samica okropnie przypominała lisa, ale mówiła, że była wilkiem. Nie znałem tak naprawdę wszystkich wilczych ras, moja wiedza opierała się na tym, co widziałem i rzadko kiedy pogłębiałem tę wiedzę. O prostu starczała mi informacja, że wszyscy tutaj są wilkami, a przynajmniej większość. Drugi powód, dla którego pobiegłem za nią, była chęć wyciągnięcia z niej jakichś informacji, chociaż nie byłem pewny, czy ona mi dostarczy. Po za tym… nawet, jeśli była w stu procentach czysta i niewinna, chciałem też naprawić to okropne, pierwsze wrażenie i przeprosić ją za przygniecenie jej do ziemi.
Nieznajoma była ode mnie szybsza, ale słabsza. Ani na chwilę nie zgubiłem jej zapachu, który tylko się osłabił, gdy była daleko, a zaraz wzmocnij, gdy opadła z sił. W pewnym momencie się zatrzymałem, bo poczułem, że jej zapach nigdzie się nie rozchodził. Stał on w jednym miejscu i kiedy podążałem w którymś kierunku, on znikał, więc się cofałem. Zacząłem krążyć po tym terenie, w końcu wpadając na pomysł, aby znaleźć jej ślady łap. Moje i jej bardzo się od siebie różniły, więc nawet jeśli moich było znacznie więcej, z łatwością rozpoznałem te małe, wilcze łapki (teraz byłem pewny, że nieznajoma nie była lisa, ich ślady wyglądały nieco inaczej). Zobaczyłem, że one się nagle urywają przy wielkim drzewie, więc zadarłem łeb do góry i wtedy zobaczyłem tę rudą istotkę na drugiej gałęzi.
- Mówisz, że jesteś wilkiem? Chyba lisy się tak wspinały – zapytałem zdziwiony.
- Cóż, jestem dość kreatywna. Zwłaszcza, kiedy nie mam zbyt wielu opcji – przyznała ostrożnie się wychylając.
- Tak właściwie, to czemu zwiałaś? Masz coś na sumieniu?
- W stosunku do ciebie? Raczej nie. A przynajmniej wolałabym nie mieć.
- Ciesze się. Może zejdziesz na dół? - osobiście uważałem, że rozmowa na tym samym poziomie jest o wiele przyjemniejsza, niż ciągłe zadzieranie łba do góry, by spojrzeć na swojego rozmówcę (chociaż nawet kiedy tu zejdzie, jedno z nas będzie musiało zadzierać głowę). 
- Wolałabym nie. Bardziej odpowiada mi trzymanie bezpiecznego dystansu – rozluźniła się i wygodnie ułożyła się na gałęzie. Trochę ją rozumiałem, najpierw ją zaatakowałem (w pewnym sensie), potem goniłem jak ofiarę… no i byłem od niej trzy razy większy. Też bym nie schodził.
- Chciałem przeprosić za ten wyskok. Szukam lisiego złodzieja – wyjaśniłem w końcu o co tu chodziło.
- Lisi złodziej... Jest ich dość sporo w tej okolicy. Co prawda lisem nie jestem, ale z powodu swojego wyglądu dość łatwo nawiązuje z nimi kontakty. Lisie społeczeństwo stygmatyzuje tego typu występki, więc nie raz nie dwa nasłuchałam się o zuchwałych kradzieżach tutejszej szajki – nastawiłem uszy, to było to, czego potrzebowałem.
- To może mi pomożesz? - zaoferowałem.
- Wyglądam na chętną? - przewróciłem oczami, a ona się chwilę zawahała. - Mogę zaprowadzić cię do najbliższej lisiej osady. Mam dwa warunki: po pierwsze nie zbliżasz się do mnie bliżej niż na dwa metry, nie ma więcej skakania. Po drugie, jak będziemy już na miejscu, pomożesz mi w nastraszeniu dwóch lisów, które ostatnimi czasy grają mi na nerwach – pierwszy warunek był oczywisty, mogłem się bez problemu na nie zgodzić. Drugi był dość zabawny i widziałem w tym niezły ubaw.
- Zgadzam się na oba, ale to ty zapytasz ich o lisiego złodzieja. Mam wrażenie, że na mój widok zwieją – powiedziałem szczerze. Samica przez chwilę się nie ruszała, aż w końcu powoli i niepewnie zeszła z drzewa. Spełniając pierwszy warunek, odsunąłem się od drzewa.
- To umowa stoi?
- O ile w międzyczasie nie zrobisz niczego głupiego. A teraz chodźmy, trochę drogi przed nami – to powiedziawszy, wyznaczyła kierunek i ruszyła pierwsza. Szedłem za nią umówiony dystans, chociaż na oko dość ciężko wymierzyć dokładne metry, tym bardziej, jeśli nie jesteś budowniczym. Ciekawe czy oni mają miarkę w oczach…
Szliśmy w kompletnej ciszy, dopiero gdy samica oznajmiła, że to już nie daleko, postanowiłem się odezwać.
- Tak właściwie, to jak chcesz, żebym ich nastraszył? - podszedłem kilka centymetrów bliżej. Rozmowa z kimś, kogo oglądam tył, była dziwna, dlatego stanąłem trochę bardziej z boku.

<Sarin?>
Słowa: 648

niedziela, 5 kwietnia 2020

Od Sarin CD. Valeriana


Prawo. Lewo. Prawo, prawo. Szybki sprint w kierunku najbliższego straganu, a następnie gwałtowny skręt w uliczkę obok. Nie powiem – przeciskanie się wśród tłumu drepczących w bliżej nieokreślonym kierunku wilków nie należało do najłatwiejszych zadań. Niestety, wychodząc rankiem z domu nie pomyślałam o tym, że wracanie środkiem miasta w godzinie szczytu nie zapowiada się zbyt przyjemnie. Mimo swoich usilnych starań, co chwilę nieumyślnie wpadałam na kogoś, jednocześnie potykając się o własne nogi. Całości zdecydowanie nie ułatwiała drobna skórzana torba. Wewnątrz niosłam bowiem zakupione przed chwilą szklane kałamarze. Wizja gęstego, czarnego atramentu rozlewającego się po wnętrzu mojej jedynej sakiewki skutecznie zachęcała mnie do możliwie ostrożnego omijania zgromadzonego na targu tłumu.
 - Przepraszam – rzuciłam nieśmiało w kierunku potrąconej przeze mnie pary starszych wader, szybko wymijając idącego przodem basiora. Jedynym, o czym myślałam w tamtym momencie, było wydostanie się z tej niewygodnej sytuacji. Ulga, jaką poczułam, gdy zeszłam z głównego traktu targu, kierując się w stronę lasu, był nie do opisania. Momentalnie przyśpieszyłam, poganiając samą siebie wizją spokojnej przechadzki wśród absolutnej ciszy, która po kilku godzinach spędzonych w samym centrum miasta zdawała się być czysta abstrakcją.
Gdy znajdowałam się zaledwie kilka metrów od granicy lasu, usłyszałam cichy szelest trawy. Po chwili upadłam, całkowicie tracąc równowagę w chwili starcie z ciężarem wilka, który zaszedł mnie od tyłu. W pierwszym odruchu zamarłam. Oprawca bez słowa wyjaśnienia zwolnił lekko nacisk, tym samym pozwalając mi na swobodne obrócenie się na grzbiet. Następnie oparł swoje łapy na moich żebrach, przyszpilając mnie do ziemi. Pierwszym, co zauważyłam tuz po szybkim zbadaniu sytuacji, było wypisane na jego pysku zaskoczenie. Dopiero później zwróciłam uwagę na to, że istotą przyciskającą mnie do ziemi nie jest wilk a… lew? A przynajmniej lwio-podobna hybryda wilka, spoglądająca na mnie ze zmieszaniem.
 - Jesteś wilkiem czy lisem? – spytał, nachylając się bliżej. W pewnym momencie jego pysk znalazł się na tyle blisko, że byłam w stanie wyczuć muskający moje futro oddech drapieżnika. Dosłownie czułam, jak każdy cal mojego ciała sztywnieje ze strachu.
- W-wilkiem? – odparłam bez przekonania, odruchowo zasłaniając łapami wystawioną na ewentualny atak krtań. Samiec widocznie nie był zachwycony moją odpowiedzią, słysząc wyczuwalne w mym głosie wahanie. – Słuchaj, naprawdę nie mam przy sobie nic wartościowego – wydukałam. - Proszę, puść mnie, a ja nikomu o niczym nie powiem i szybko potruchtam sobie do domku, jak gdyby nic nigdy się nie stało.
Samiec po raz kolejny zbadał mnie wzrokiem, patrząc na mnie jak na idiotkę.
- Czy ja wyglądam na kogoś, kto chciałby… cholera – mruknął wilk, ostrożnie osłabiając nacisk swoich łap. – Ujmę to inaczej…
Otóż nie tym razem. Gdy tylko poczułam odrobinę luzu pomiędzy swoim ciałem a ziemią, szybko wywinęłam się spod basiora, następnie ruszając biegiem w kierunku lasu. Wilk najwidoczniej potrzebował chwili żeby zrozumieć co tak właściwie miało miejsce, ponieważ ruszył w pościg za mną dopiero po dłuższej chwili. Z ulgą przyjęłam fakt, że był on znacznie wolniejszy ode mnie. Zdawałam sobie jednak sprawę z niskiej wydolności swojego organizmu – po kilku minutach szybszego biegu najpewniej opadłabym z sił, stając się banalną do złapania i rozszarpania ofiarą. Basior natomiast widocznie przeważał nade mną pod tym względem. Nie widząc lepszej opcji, po chwili biegu zatrzymałam się przy jednym z drzew, niezgrabnie wdrapując się na jedna z niższych gałęzi. Mając na uwadze wzrost basiora, szybko przeskoczyłam na wyższą gałąź stojącego obok dębu, po czym w panice przycisnęłam się do jego pnia. Gdy po chwili usłyszałam kroki zbliżającego się do mojej kryjówki drapieżnika, nerwowo wstrzymałam oddech.


<Valerian?>

Słowa: 564

piątek, 3 kwietnia 2020

Od Valeriana do Sarin

- Upośledzone łamagi – mruknęła starsza wilczyca, idąc przede mną w stronę bramy.
- Na pewno naszyjnik się znajdzie – starałem się ją zapewnić.
- Musi, nie podaruje im tak łatwo. Skoro ten lis przedarł się tak łatwo między ich łapami, to albo go znajda, albo ich sprzedam jako niewolników, żeby odzyskać chociaż część wartości tego przedmiotu – mówiła surowo. Wiedziałem, że gdyby istniał taki targ niewolników, na pewno by to zrobiła. Teraz jedynie mogła im kazać pracować za darmo, bo nawet wywalenie na zbity pysk nic by nie dało, a wątpię, aby złodziej tu wrócił, w końcu jaki normalny, szanujący się kryminalista wraca do ego samego miejsca dwa razy? - Do zobaczenia Valerian – powiedziała stając.
- Do zobaczenia babciu – uśmiechnąłem się lekko, po czym pożegnałem jej plecy, gdy się do mnie odwróciła. Przekroczyłem bramę i ruszyłem w stronę domu. Przyszedłem odwiedzić swoją staruszkę, która przywitałem dzisiaj w podłym humorze. Okazało się, że w nocy ktoś włamał się do rezydencji i ukradł kilka cennych nie tylko pod względem pieniężnym, albo także moralnym, naszyjniki i inną biżuterię. Wiedziałem tylko, że część należała do mamy, więc naprawdę chciałem, aby te rzeczy się znalazły. Złodziejem był lis, przynajmniej tak twierdził dozorca, kiedy obudziły go hałasy. Niestety jego wiek nie pozwolił mu na pogoń za kryminalistą, więc zdążył tylko zobaczyć rudą kitę, wciskającą się między kratami w bramie. Skubany musiał być mały, ale w sumie czy nie takie są lisy?
Gdy byłem na targu, zobaczyłem w tłumie rudą sylwetkę. Chciałem ją zignorować, ale gdy zobaczyłem tego samego koloru ogon, nabrałem podejrzeń, czy to nie lis. Nawet jeśli nie ten konkretny, to może chociaż zna w swoich stronach jakiegoś złodzieja? Nie miałem pojęcia, czy mi to powie, ale teraz jedynie myślałem o tym, aby go złapać. Jednak nie tu, w tym miejscu było za dużo wilków. Jeśli zrozumiałby, że go gonię, uciekłby, wtapiając się w tłum. Dlatego też zacząłem go śledzić, póki nie wyszliśmy z targu. Cały czas widziałem tylko rudą sierść, migającą mi gdzieś w tłumie. W końcu wyszliśmy na bardziej otwartą przestrzeń i kiedy byliśmy blisko lasu, skoczyłem na tego kogoś. Nie wyciągnąłem ani pazurów, nie wyszczerzyłem kłów, ani nie nastroszyłem sierści, bo nie musiałem. I tak byłem prawie trzy razy większy od tego stworzenia, dlatego bez problemu przygniotłem go do ziemi. Spojrzałem na jego pysk i… się lekko zdziwiłem.
- Jesteś wilkiem, czy lisem? - zapytałem, lekko się nachylając.

<Sarin?>

Słowa: 387
Layout by Netka Sidereum Graphics