Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Aiden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Aiden. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 stycznia 2021

Od Xevy CD. Aidena

Xeva przez chwilę stała w miejscu, przymykając różowe oczy w zamyśleniu. Jedynie delikatnie kołysząca się końcówka jej ogona zdradzała ukrytą pod pozornie spokojną postawą ekscytację wadery. Nagle wilczyca podskoczyła zachwycona, i sapnęła:
- Możemy spróbować się przekopać! - zamerdała długą kitą tak zapalczywie, że powietrze zaświszczało. Wyraźnie cała ta sytuacja oznaczała dla niej świetną zabawę. - Nigdy jeszcze w śniegu nie kopałam, a w kopaniu dobra jestem.
I nie czekając ani chwili dłużej, odbiła się od ziemi i skoczyła w zaspę jak lis. Cała przednia połowa jej ciała zanurzyła się w białym puchu, tak, że na zewnątrz został jedynie zad, tylne łapy i groteskowo długi ogon, którym samica dalej dziko machała z podekscytowania. W końcu zaparła się mocno na grubych pazurach i z cichym westchnieniem uwolniła się z zimnego więzienia. Kichnęła i z długimi uszami postawionymi na sztorc oraz lekko napuszoną grubą grzywą futra na sierści z ekscytacji, zabrała się za kopanie. 
Właściwie trudno było to nazwać kopaniem, bo co chwila przerywała, aby próbować złapać latający śnieg w zęby. Zaczęła skakać zadem na boki, aby lepiej się ustawić, coraz szybciej przebierając przednimi łapami - nie zdawała sobie bowiem sprawy, że właśnie przez to odrobinki lodu nie trafiały do jej pyska.
Przypominała przerośnięte szczenię. Wachlowała uszami, na zmianę stawiając je na sztorc i tuląc, kiedy wpadał do nich śnieg. Najłatwiej byłoby je trzymać cały czas przy karku, ale Xevie za bardzo podobało się trzeszczenie zgniatanych kryształków wody aby pozbawić się tej przyjemności. Jej długie kończyny zagłębiały się coraz bardziej w białe zawalisko, a szerokie łapy z potężnymi pazurami działały jak łopaty, ku uciesze wadery wydobywając coraz więcej i więcej śniegu, który potem odkrywczyni łapała na język, piszcząc przy każdym potężnym kłapnięciu jej szczęk. Po chwili wyglądała, jakby przez całą noc podróżowała podczas śnieżycy - a minęły dosłownie dwie minuty.
Aiden patrzył przez chwilę oniemiały, obserwując swawolę towarzyszki. Po chwilę pokręcił gwałtownie głową i podszedł bliżej z poważnym wyrazem pyska.
- Xeva, proszę cię o chwilę powagi. Jesteśmy zasypani w jaskini, a nie na placu zabaw. Uspokój się, chociaż na parę minut.
Zamarła. Jej sierść momentalnie podniosła się o parę milimetrów, zupełnie jakby uderzył w nią piorun. Przeszedł przez nią dreszcz, zaczynając się od łap, aż do karku i długich uszu, które zadygotały lekko. Porażona komentarzem basiora odsunęła się szybko od niego, wytrzeszczając swoje wielkie, jasne oczy. Poczuła się tak, jakby właśnie otrzymała policzek. Jej wizja nieco się zamazała, a ona dopiero po chwili uświadomiła sobie, że spowodowały to łzy szczypiące ją pod powiekami.
- Dziękuję - dodał basior, nawet na nią nie patrząc. Z jakiegoś powodu to jedno słowo, zwykłe ,,dziękuję", ugodziło samicę jeszcze bardziej, niż dwa poprzednie zdania.
,,A jednak", pomyślała. ,,A jednak widzi, że jestem inna".
Przełknęła z trudem ślinę, czując się tak, jak na ulicach Centrum, kiedy przechodnie patrzyli na nią kątem oka, gdy szła pod prąd, zachwycając się małymi straganami. Przypomniała sobie burkliwe uwagi wypowiadane przez handlarzy, kiedy podnosiła przepiękne wietrzne dzwonki wykonane ze szkła, ciesząc się refleksjami, które rzucały na ściany. Usłyszała wyzwiska kierowane do niej przez podpite wilki, gdy pytała je łamanym królewskim o lokację sklepu z mięsem. 
Po raz kolejny poczuła, że chce wrócić na Teneris, do jej gęstych lasów, które ogrzewało ciepłe słońce. Powracając do kopania wraz z Aidenem pomyślała, że to pewnie przez otaczający je wiecznie śnieg wilki Królestwa mają takie zimne serca. 
Podczas gdy Xeva powstrzymywała płacz, a posłaniec skupiał się na pracy, tunel powoli stawał się głębszy i głębszy. Łapy basiora bolały, a on sam nieźle się zdyszał - jego towarzyszka jednak, będąc wilkiem, który całe dotychczasowe życie podróżował po terenach różnych i różniastych, mogła sobie pozwolić na zupełne oddanie się smutnym myślom, nawet nie czując ostrych kamieni czy zmęczenia. Dlatego też nie zauważyła światła powoli pojawiającego się pod jej pazurami. Nagle, wraz z jednym zbyt silnym popchnięciem łapy któregoś z wilków, ściana się załamała, zakopując podróżnych pod kolejną, tym razem o wiele mniejszą, zaspą śniegu. Aiden jedynie się otrzepał, natomiast ciało Xevy, widocznie niemogące dłużej utrzymywać emocji na wodzy, wystrzeliło w górę i wykonało kilka dzikich bryknięć. Mimo że samica była wyraźnie zaskoczona zwaleniem się kilku kilogramów śniegu na grzbiet, jej gwałtowny odruch był bardziej wynikiem potrzeby ekspresji własnych uczuć, aniżeli zdziwienia.
,,I tak lepsze to niż rozpłakanie się przy obcym", pomyślała samica, gdy w końcu się uspokoiła i przełknęła resztkę gorzkich łez. 
- Idziemy dalej? - zagadnął czarny wilk, przykuwając tym samym uwagę wadery. Wpatrywała się w niego, a zlepiona od wilgoci sierść na jej policzkach i karku sprawiała, że jej pysk wydawał się szczuplejszy i dłuższy, a oczy - większe, o ile nie ogromne. Jedynie uszy sterczały niczym dwa świerki tak jak zawsze, kontrastując z przylizanym futrem. Jej długi ogon odstawał od jej ciała, rzucając długi cień na pochłonięty w nocy śnieg, przypominając flagę.
Wadera przez chwilę tak stała, cała napięta, wpatrując się bez mrugnięcia okiem w towarzysza. Jak on mógł nie zauważyć jej oczywistej zmiany nastroju? Już miała coś odpowiedzieć, ale ugryzła się w język. Nie powinna się odzywać, skoro nie chce się z nią zadawać. Powinna się zachowywać jak każdy przedstawiciel Królestwa. Kiwnęła więc tylko głową i ruszyła wolnym, wlokącym się kłusem przed siebie, przyrzekając sobie, że już się nie odezwie do Aidena. 

~*~

Stało. Na śniegu brak było śladów kopyt. Jedynie wilcze tropy. Nie musiało się nawet do nich zbliżać, aby wiedzieć, że jedne z nich należą do niej. 
Skierowało białe, puste i zimne oczy pozbawione życia w stronę zasypanej jaskini. Wiatr poruszył drzewami, ale odłażące od ciała pasma bladej skóry nawet nie drgnęły. Uniosło pokrzywiony łeb, zupełnie jakby próbowało coś wywęszyć - może to był odruch, albowiem już dawno utraciło większość zmysłów.
Wyczuło coś jednak. Jak? Ono wiedziało jak. I wiedziało co. Ślady magii. Paskudnej magii. Magii szalonej. Magii złej. Podeszło bliżej - wiedziało, że nic mu nie zagraża. I nie zagrozi - nigdy. Stanęło u szczytu góry, z której zsunął się śnieg. 
Wybuch.
Magia ognia. Lub zaklęcie wybuchające.
Spojrzało w dół i dostrzegło trzeci trop. 
Paskudny trop, trop szalony. Trop zły, który biegł obok dwóch innych linii śladów. Trop młodszy od dwóch innych linii śladów.
Zeskoczyło ze szczytu, lewitując w powietrzu. Być może miało skrzydła, a być może skrzydła już zniknęły.
Wylądowało u  wejścia do jaskini i ruszyło biegiem w stronę, w którą poszły trzy wilki. Nie potrzebowało śladów. Wiedziało, gdzie ona jest. I musiało dotrzeć tam szybko.
Przecież nie może się spóźnić.

<Aiden? Xeva jest... Troszeczkę przewrażliwiona i troszeczkę brak jej dystansu ^^' >

Słowa: 1036 = 71 KŁ

piątek, 23 października 2020

Od Aidena CD. Xevy

- Musimy iść. Wiatr robi się silniejszy. Czuję niebezpieczeństwo. - powiedziałem do wadery zaniepokojony nagłym szumem drzew i krakaniem ptaków lecących w przeciwną stronę. Zrobiło się chłodno, oboje czuliśmy chyba dziwny skręt w żołądkach kiedy nasze oczy spotkały się. Śnieg wirował nad nami, futro wiewało wraz z porywistym wiatrem a naszym uszy skuliły się ku dołu jak i nasze ciała. Rozejrzałem się po okolicy i nie wyglądała zbyt przyjaźnie. Zbliżała się prawdopodobnie burza śnieżna, dodatkowo było już ciemno co znacznie osłabiało naszą pozycje. W końcu postanowiłem działać. Wilczyca była zbyt rozkojarzona i zdenerwowana żeby cokolwiek powiedzieć.
- Chodźmy. - narzuciłem i pokiwałam głową w kierunku, w którym znajdowała się jaskinia. Nie mieliśmy jak na razie innego punktu zaczepienia, a z nadchodzącą burzą śnieżną i na otwartym terenie niezbyt ciekawie byśmy na tym wyszli. Zamieć mogłaby nas pogubić i nie odnaleźlibyśmy drogi do „domu”. Nawet najlepszy wilk może stracić orientację jeżeli tylko minimalnie się rozkojarzy, a jednak trudne warunki atmosferyczne wymagają od wilków pełnego skupienia i logicznego myślenia. Znikąd może wyskoczyć zagrożenie. Dużo starych weteranów wykorzystuje niekorzyść młodszych na własny cel. Kto wie co mogłoby nas spotkać.
Droga dłużyła się i dłużyła, omijaliśmy zaspy i ogromne głazy czy drzewa, żeby szybciej znaleźć się w jaskini. Co jakiś czas oglądałem się za siebie, żeby upewnić się, że nikt za nami nie podąża. Nie czułem spokoju, coś nas jednak tej nocy wytropiło i ewidentnie będzie próbowało zaszkodzić. Nasze schronienie było tuż przed nami, kiedy wiatr przybrał na sile, śnieg zaczął wręcz pędzić z wiatrem w jednym kierunku, a nad nami niebo otworzyło się wypuszczając biało-złoty piorun na ziemię w towarzystwie ogromnego i silnego grzmotu. Wbiegliśmy do jaskini, ale nie do tej samej. Dziwne, bo wydawało mi się, że idziemy w dokładnie tym samym kierunku, z którego wróciliśmy. Mógłbym przysiąc, w końcu znałem drogę do doliny, w której polowaliśmy na ptaki, bo sam już chyba ze sto razy tam polowałem i przesiadywałem.
- To chyba nie ta jaskinia co wcześniej nie? - zapytała wilczyca po chwili.
- Zgadza się. Ta jest pokryta trawą od spodu. Co prawda lichą, w połowie już jej nie ma, ale lepsze to niż śnieg pod łapami... - zauważyłem to dopiero po wejściu do środka. Czuć w niej jednak było energię. Znam się nieco na magii, chociaż zaklęć znam dosłownie kilka z dzieciństwa, ale potrafię wyczuć jej obecność. To wszystko było bardzo dziwne.
- Nie mamy na czym jedzenia przyrządzić. Zjemy na surowo? - zapytała wadera machając radośnie ogonem. Powróciła do żywiołu.
- Chyba tak musimy sobie dzisiaj poradzić. Musisz jednak uważać, w udach znajdują się igły. Coś jak w udach kurczaków o ile kiedykolwiek je jadłaś. Potrafią wbić się w podniebienie czy pysk, a nawet gardło. Wiele przypadków już widziałem. Często nogi tych ptaszków są zostawiane i jakieś padlino-lubne zwierzątka się tym zajmują.
Po skończonym posiłku usiedliśmy w rogu jaskini, była dość sporych rozmiarów jak na dwa wilki. Miejsca było w opór, jednak wilczyca postanowiła wybrać miejsce blisko mnie. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłem jak czyjaś bliskość była obecna, ale nie wyczuwalna. Śmieszna sprawa. Zasnęliśmy patrząc na siebie.
Rano obudził nas wielki hałas. Mimo ranka było jeszcze ciemno, co nas zdziwiło. Co prawda była zima, ale kiedy się przebudziłem prześwity słońca już pukały na progów jaskini. Zebrałem się na równe nogi, Xeva również wystraszona przybrała śmieszną, ale obronną pozę. Gotowi ruszyć do walki zorientowaliśmy się co się stało. Wejście do jaskini zostało zawalone lawiną z pobliskiej góry. Niezbyt dobrze na tym wyszliśmy. Podczas zamieci nie wiedziałem gdzie jesteśmy, nie było w ogóle widać, że ta przytulna, spora jaskinia jest częścią kamiennego wzgórza. Głazy runęły wraz ze śniegiem zostawiając malutką szczeliną na górze, przez którą wpadała odrobina światła do naszej norki. Wadera wystraszona uspokoiła się i schowała pazury, a ja oniemiały zastawiałem się jak nas stąd wydostać. Powietrze zatrzymywało mi się w gardle, a smak wściekłości swojego niedopatrzenia robił się niczym gul.
- Co teraz Aiden? Umrzemy? - zapytała wadera chowając ogon i spuszczając łeb. Spojrzałem na nią. Widziałem w jej oczach zmartwienie. Przypływ emocji z przeszłości nie pozwolił mi na to patrzeć. Przytuliłem ją do siebie nie pytając o zdanie i powiedziałem ze spokojem:
- Nie umrzemy, nie pozwolę nam umrzeć. Mamy dwa wyjścia. - wadera spojrzała na mnie, a w jej wyrazie twarzy dostrzegłem nadzieję i radość. Cieszyła się. Zaczynałem ją lubić za to, jaka jest. Cieszy się z najmniejszej głupoty, jo potrafi dostrzegać jej wartość. Male gesty i słowa wiele dla niej znaczą, a to co widzi, słyszy i czuje bierze do siebie. Cudowna.
- Jakie? - zamerdała ochoczo ogonem, pokazując gotowość do pomocy.
- Albo poodpychamy głazy przy tej małej szczelinie na miarę naszych możliwości i wypełzniemy dziurą, albo podkopiemy się dołem i  wyjdziemy pod skałami. Którą opcję wybierasz? - zapytałem dając jej możliwość wyboru. Zastanawiała się chwilę.

<Xeva?>

Słowa: 775 = 43 KŁ

czwartek, 15 października 2020

Od Xevy CD. Aidena

Gdy Xeva otworzyła ślepia, przywitał ją widok czarnego pyszczka i niebieskich oczu, które intensywnie się w nią wpatrywały. Prawdopodobnie takie przywitanie ze strony prawie obcego basiora przestraszyłoby każdego innego wilka, ale Xeva nie miała nic przeciwko niespodziewanej bliskości. Nie była jeszcze przyzwyczajona do tego, że w Królestwie poszczególne osoby dzielił o wiele większy dystans, niż w jej rodzinnej watasze - nawet wtedy gdy już się znały.
- Wiem, że to niezbyt komfortowe, ale jeżeli nie dostaniesz odpowiedniej ilości ciepła nie będziesz w stanie dalej zwiedzać - mruknął jej towarzysz.
Piegowata wadera uśmiechnęła się i nic nie odpowiadając, figlarnie przewróciła się na grzbiet, bawiąc się swoim ogonem jak mały kociak. Po chwili przeciągnęła się, napinając potężne mięśnie na ramionach i łopatkach, kiedy wyciągnęła poorane bliznami łapy nad głowę, po czym przeturlała się z powrotem na brzuch i ziewnęła szeroko, wyginając grzbiet.
- Aiden, ja... - zaczęła, patrząc na czarnego basiora. Ten zastrzygł uszami, a wadera lekko zamerdała ogonem. - Głodna jestem!
- Co? - zapytał samiec, wyraźnie zbity z tropu. Wilczyca zaśmiała się i zaczęła biegać po jaskini, czasem niebezpiecznie blisko zbliżając się do ognia. Raz czy dwa jej ogon nawet rozrzucił żar po pieczarze.
- Głodna jestem - powtórzyła wilczyca. - Zapolować chodźmy.
- Ale przed chwilą wpadłaś do lodowatej wody! - zaprotestował zdziwiony posłaniec. Najwidoczniej spodziewał się innej odpowiedzi. - Usiądź jeszcze i odpocznij!
- Już odpoczęłam - machnęła łapą odkrywczyni. - A futro prawie suche już mam. Mój płaszcz też prawie suchy jest, zobacz!
I podsunęła towarzyszowi swoje okrycie z wytartej skóry renifera, którego sierść była pozlepiana w strąki od wilgoci. Błyskawicznie zarzuciła je jednak na szeroki grzbiet i zapięła zardzewiały guzik pod szyją i brzuchem. - Dalej, Aiden! Rozgrzejemy się, jak polować będziemy.
Jej różowe oczy błyszczały, kiedy drżąc z ekscytacji, czekała na reakcję swojego znajomego. Aiden wyraźnie się wahał i patrzył to na brzuch wadery, który wyraźnie był jeszcze bardzo mokry, to na ogień. W końcu jednak, prawdopodobnie widząc, że nic nie wskóra wobec jej niepowstrzymanego zapału, podniósł się z cichym westchnieniem.
- Dobrze, ale obiecaj, że jak będzie ci zimno, to wrócimy tutaj.
- Obiecuję, cokolwiek to znaczy! - wykrzyknęła uradowana Xeva i wystrzeliła z jaskini na zewnątrz.
Było już ciemno, niebo było prawie czarne, jedynie na zachodzie widać było szarą, jaśniejszą łunę. Z nieba padał śnieg, a gwiazdy przykrywały chmury, przez które prześwitywało mleczne światło księżyca. Basior wyszedł z jamy za wilczycą, aby ujrzeć ją stojącą nieruchomo w śniegu, który sięgał jej do połowy łap. Pomarańczowa poświata z ogniska padała na jej ciało i oświetlała pyszczek, który zamarł w cichym wyrazie zauroczenia. Wadera zadarła głowę i wpatrywała się w spadające płatki, wodząc przy okazji wzrokiem za przemieszczającymi się obłokami i gwiazdami, które czasami wyglądały przez dziury między ciemnymi kłębami na niebie. Zawiał wiatr, zrywając trochę śniegu z podłoża i ciskając go w piegowaty nos. Xeva drgnęła i kichnęła, po czym otrzepała się i, jakby wyrwana z transu, obejrzała się za siebie. Jej oczy wydawały się przerażająco duże, nawet biorąc pod uwagę fakt, że jej źrenice skurczyły się, kiedy spojrzała w stronę światła.
- Idziemy? - zagadnęła, uśmiechając się. Aiden kiwnął głową i ruszył za samicą, która sprawnym truchtem wkroczyła między drzewa.
- Wiesz - zaczął samiec. - Możemy pójść zapolować na pardwy.
- Na co? - wadera spojrzała na niego i sprawnie wyminęła drzewo, w które o mało nie wbiegła.
- Pardwa, taki ptak. Są bardzo smaczne, ale mają grube pióra. Myślę, że będą dobrą przekąską.
- Ptaka jeszcze tutaj nie jadłam. Można spróbować - przytaknęła wadera.
- W takim razie postanowione. - Ucieszył się jej towarzysz. - Niedaleko jest skalista polana, wydaje mi się, że właśnie tam powinno być ich całkiem sporo. Chodź za mną.
Czarny kształt wybiegł na przód i narzucił nieco szybsze tempo. Dwa wilki szły w milczeniu, wysoko unosząc nogi, aby ułatwić sobie przedzieranie się przez śnieg. Wraz z przerzedzeniem się lasu, przez który szli, łowcy zaczęli skradać się coraz ciszej i ciszej, aż w końcu łapy zatapiające się w biały puch prawie zupełnie nie wydawały dźwięku.
Xeva zauważyła, że wychodzą na skalistą równinę. W większości była pokryta przez lód i śnieg, ale nierówność terenu sprawiała, że w wielu miejscach spod jasnej kołdry wyglądały suche, strzeliste źdźbła arktycznej trawy. Odsłonięte części terenu przypominały czarne dziury w otaczającej je bieli. 
Kiedy przypadła brzuchem do chłodnego podłoża, a twarde liście skąpej roślinności kłuły ją w pierś, wadera zauważyła, że razem z basiorem znajdują się w nieciekawym położeniu. Zarówno ona jak i on byli ciemno umaszczeni i wyraźnie odcinali się od krajobrazu. Na razie pozostawali w cieniu drzew, ale trzylatka obawiała się, że gdy tylko opuszczą obecne stanowisko, będą widoczni jak na dłoni.
Aiden nie wydawał się jednak przejmować ich brakiem kamuflażu. Czekał cierpliwie, wpatrując się twardo przed siebie. Wadera wzięła z niego przykład i również wlepiła świecące w ciemności oczy w dolinę przed sobą. Przez chwilę nie dostrzegała zupełnie nic, świat wydawał się zamrzeć w bezruchu. Jedynie płatki śniegu wirowały lekko na wietrze, przyciągane przez grawitację coraz bliżej do ziemi. Powiew był jednak za słaby, aby wprawić w ruch otaczające wilki resztki flory. Wilczyca jednak wiedziała, że podczas polowania to cierpliwość jest największą cnotą łowcy. Mimo że jej natura pragnęła ruchu, wiatru w sierści i adrenaliny, odkrywczyni zmusiła się, aby pozostać w bezruchu. Spędziła zbyt wiele godzin w krzakach, śledzona surowym wzrokiem ojca, aby poddać się chęci wyskoczenia do przodu. Co jak co, ale Laro dołożył wszelkich starań, aby jego najstarsza córka nabyła umiejętności potrzebne jej do przeżycia, mimo że czasem było to trudne zadanie. To były jedyne chwile, w których udawało mu się utrzymać własną potomkinię w jednym miejscu na więcej niż pięć minut. Być może działo się tak dlatego, że cierpliwość prawie zawsze się opłacała, a długie oczekiwanie kończyło się satysfakcjonującym, pełnym wrażeń pościgiem. Narastające napięcie i podniecenie zakończone dziką gonitwą wydawało się jeszcze bardziej pasjonujące dla hiper aktywnej wilczycy, niż gnanie na łeb na szyję, które nie różniło się niczym od jej zwykłych zabaw.
Wytrenowana - można by nawet powiedzieć wytresowana - do perfekcji przez własnego rodziciela łowczyni zachowała więc pełen skupienia bezruch. W końcu jednak jej ucho drgnęło lekko. Między kamieniami przeszedł szmer, a w końcu w świetle odsłoniętego przed sekundą księżyca ukazała się jasna główka, w której tkwiło przypominające opal oko. Tak szybko jak się ukazała, zniknęła, ale po chwili około metr od niej, wychyliła się kolejna. Wilki zerknęły na siebie i niemal niepostrzeżenie kiwnęły głową. Szeroka łapa wysunęła się z cienia sosny, kiedy gwiazdy znowu zasłoniły chmury, a samica rozpoczęła podchody.
Do jej nosa zaczęły dochodzić podniecające zapachy, które sprawiły, że ślinka napłynęła jej do pyska, a serce zaczęło szybko bić. Miała wrażenie, że pulsowanie, które czuła w uszach, roznosiło się po całej dolinie. Ale nie, dalej otaczała ich cisza, niemal doprowadzająca różowooką do szaleństwa. Mięśnie drżały, a adrenalina sprawiała, że samica była jak napięta sprężyna, jak naładowana broń, gotowa do wystrzelenia, gdy tylko pociągnie się za spust, niczym bomba, która wybuchnie, gdy tylko zwolni się zapalnik.
Musiała jednak powstrzymać swój zapał. Minuty się dłużyły, a jej ruchy wydawały jej się boleśnie p o w o l n e. Powoli wyciągała łapy do przodu, powoli przenosiła na nie ciężar ciała, powoli odpychała się od gruntu, powoli odrywała je od ziemi, powoli brała oddech i wydychała zimne powietrze, jak n a j w o l n i e j, aby tylko uniknąć powstania dużej chmury pary wylatującej z nosa.
bicie serca
O d r y w a n i e łapy.
dreszcz
I p r z e n o s z e n i e ciężaru.
ścisk
przepony
I o d p y c h a n i e się od gruntu.
Nagle przed nią, pięć metrów przed nią, wyłoniła się biała główka. A księżyc wyjrzał zza chmur.
Rozległ się wrzask ptaka, a razem z nim - trzask śniegu. Dwa wilki skoczyły przed siebie, Aiden odbił w prawo. Białe skrzydła błyszczały w jasnej poświacie, czarny ogon unosił się w pogoni, duże łapy zadeptywały ślady drobnych pazurków w szalonej pogoni. Pardwa ślizgała się po kamieniach, ale wadera sprawnie utrzymywała przyczepność, długie pazury drapały kamienie. Sapanie towarzyszyło przerażonym piskom, z otwartego pyska pełnego ostrych zębów ściekała ślina, z czarnych oczu wypływał strach. Ptak zatrzepotał skrzydłami, biegnąc po swoje życie, mając nadzieję, że uda mu się wzbić w powietrze, zanim ten przerażający potwór zaciśnie na nim szczęki.
Wilk skakał po skałach, grzbiet zwijał się jak sprężyna, duże uszy były skierowane przed siebie, oczy drapieżnika wydały wyrok i wpatrywały się w ofiarę. Łowca chciał się zbliżyć do zwierzyny jeszcze zanim ta odleci, ale wciąż brakowało, wciąż dzieliła ich za duża odległość, granica życia i śmierci dalej była za szeroka.
Pardwa zaczynała unosić się w powietrze. Rozpaczliwe trzepotanie piór dotrzymywało tempa szalonym susom napędzanym przez wielkie mięśnie, drobne kostki próbowały przezwyciężyć maszynę stworzoną do zabijania. Dantejskie przedstawienie, w którym natura pociągała za sznurki stworzonych przez samą siebie kukiełek.
Xeva uniosła głowę, patrząc jak ptak unosi się nad nią, nieskładnie machając skrzydłami. Wydawałoby się, że straciła szansę na upragniony posiłek.
Zatrzymała się, śnieg prysnął spod jej łap, kiedy zwinęła się na kształt sprężyny. Skierowała swoje ciało w górę i pociągnęła za spust.
Długi ogon zafurkotał, kiedy ogromna masa mięśni wystrzeliła w górę. Przeszyła powietrze, w położone uszy zaświstał wiatr, pysk się otworzył, a pazury zabłyszczały nad jej głową. Było jednak za daleko.
Dalej za daleko.
Niebieskie światło padło na skały, zabrzmiał trzask, oślepiający blask rozlał się po krajobrazie, gdy wadera zacisnęła szczęki na białej szyi. Krzyk pardwy zamarł, jakby przecięty nożem. Ogon zawinął się w pętle, kiedy wilczyca wcisnęła szamoczącego się jeszcze ptaka w pysk, aby odkręcić grzbiet, zupełnie, jakby nie miała kręgosłupa. Wylądowała sprawnie na czterech łapach, kurcząc się z powrotem do postaci ciemnej kulki z peleryną długiej sierści spadającą na jej grzbiet.
Przycisnęła drgającą jeszcze zwierzynę do skał i dokończyła łowy, przekręcając głowę pardwy. Z rany trysnęła krew, brudząc biały śnieg, a z ciemnych oczu zniknął błysk życia. Skrzydła spinały się jeszcze przez chwilę, tworząc bruzdy w jasnym puchu, zanim zupełnie zamarły.
- Udało ci się?! - krzyknęła przeszczęśliwa Xeva, podnosząc głowę i szukając wzrokiem towarzysza. Ujrzała go niedaleko z własną ofiarą w zębach. Chwycił ją nieco pewniej i potruchtał do wadery. Upuścił ptaka na ziemię i już otworzył pysk, aby coś powiedzieć, gdy nagle silny wiatr uderzył w ciała obu wilków.
Wilczyca skuliła się, przyciskając ogromne uszy do karku i zamknęła oczy, powieki zaczęły szczypać, kiedy uderzyły o nie drobinki śniegu i lodu niesione przez podmuch. Przez wycie przebił się szum skrzydeł i przerażone krzyki ptaków, które zakryły jasno świecący księżyc kołdrą długich piór.
Z jakiegoś powodu wszystkie chmury zniknęły.

<Aiden?>

Słowa: 1706 = 130 KŁ

poniedziałek, 28 września 2020

Od Aidena CD. Xevy

- Ja przybyłem z Rodu Czarnego Diademu. - powiedziałem spuszczając wzrok ze smutkiem.
- Nigdy o niej nie słyszałam. - wadera zerknęła na mnie pytająco.
- Możliwe, że nigdy nie usłyszałaś o niej słowa, bo jest to bowiem teren bardzo, ale to bardzo dokładnie strzeżony przez strażników i całodobowo monitorowany przez szpiegów wrogich stad jak i samego Rodu... - przypomniały mi się moje ostatnie chwile spędzone w moich rodzinnych stronach, śmierć mojej ukochanej, matka... - Wiesz... Jestem synem Alfy z tamtych rejonów.
- Mówisz poważnie? - wadera spojrzała zaciekawiona. - Opowiesz mi coś więcej? Wiesz, jak to jest być "kimś wyżej".
- Hah, kochana... Nie jestem nikim "wyżej". Jestem najzwyklejszym wilkiem. Ród Czarnego Diademu jest niemiłosiernie okrutny. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodzą takie czynniki jak miłość, władza czy walka. - spojrzałem na nią. Wydawała się tak okropnie zaciekawiona, że nie mogłem zostawić jej bez wyjaśnień. Czekałem jednak na jej reakcję.
- Chciałabym, żebyś opowiedział mi coś więcej, ale... nie chcę naciskać. Wiesz, może to coś drażliwego, o czym nie chciałbyś mówić. - spojrzała zrezygnowana, a nawet trochę rozczarowana.
- Wiesz... Jedyne co mogę Ci na ten moment zdradzić to... - nie zdążyłem dokończyć, gdyż wadera radośnie i ochoczo zaczęła wymachiwać ogonem i skakać wokół mnie.
- O tak! Hura! Usłyszę historię! Usłyszę historię! Usłyszę his... - nagle zamilkła i stanęła w bezruchu lekko zdezorientowana. Ja również nie wiedziałem jak zareagować.
Mimo tego, że wciąż jej nie znałem zachwyciłem się jej niesamowitym podejściem do mnie, świata, jej radością z każdej możliwej rzeczy i tym, że chciałaby wszystko zobaczyć, dotknąć, posmakować i powąchać. Jej ciekawość była tak urocza, że mimo ciężkich chwil, które czasami nadchodzą i przypominają mi o najgorszych latach mojego życia jakoś łatwiej mi się z nią o tym rozmawiało.
- Usłyszysz, jak najbardziej. Ale może przejdziemy się w końcu w dół? Chciałbym sprawdzić, czy jest tam jakieś miejsce, żeby no wiesz... Ogrzać się trochę i być może schronić nadchodzącym zimnem? - zaproponowałem. Wadera ochoczo pokiwała głową i zajęła miejsce przy moim boku.
- A więc? Co takiego możesz mi zdradzić? - czekałem na to pytanie.
- Mogę Ci zdradzić to, że w Rodzie Czarnego Diademu miałem swoją rodzinę najwyżej i byłem jednym z prawdopodobnych następców. Niestety, mam brata bliźniaka.
- O jak super! Znaczy... Dlaczego niestety? - zapytała z chwilowym namysłem.

- Nie dogadywaliśmy się. Ojciec dał nam do realizacji jakiś chory test, który miał nas sprawdzić. Ja chciałem go przejść pokojowa, a mój brat Aiked raczej krwawo, chociaż doskonale wiedział, że walką, zwinnością i zdolnościami nie grzeszy. Nie dałby rady. Chciałem go jakoś zatrzymać i uświadomić co chce zrobić. W końcu chodziło o 8 obcych wilków. Nie dogadaliśmy się. Aiked wykorzystał moją słabość, doszło do bójki i ojciec przekonał się, że chciałem dobrze. Uważał, że jestem tchórzem, że nie umiem podejmować krwawych i poważnych decyzji jak Aiked. Odszedłem z watahy, nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. - spojrzałem na waderę, która wyraźnie przejęła się moją historią o rodzinie.
- To przykre... Bardzo mi smutno z tego powodu. - spuściła łeb i spojrzała na mnie przepraszająco.
- Spokojnie moja droga, to nic takiego. Spójrz lepiej tutaj, pięknie prawda? - nie zorientowaliśmy się nawet gdzie dotarliśmy.
W dolinie było naprawdę magicznie. Śnieg opatulił drzewka, krzewy i inne roślinki. Nieopodal mini lasku znajdowało się śliczne bajorko w idealnie okrągłym kształcie. Zaciekawiło nas, podeszliśmy, ale było pokryte cienkim lodem. Pod spodem, na samym dnie widzieliśmy jednak kilka małych rybek, które ganiają się w ich podwodnym, małym świecie. Wadera wodziła pazurami po lodzie za wodnymi przyjaciółmi, aż rybki odpłynęły na sam środek bajorka. Krótko myśląc wskoczyła na lód pochłonięta zabawą.
- Nie! - krzyknąłem przerażony. W końcu lód był cieniutki, a woda zapewne lodowata. Moja towarzyszka runęła wraz z lodem do wody. Usłyszałem za nią tylko trzask, krzyk i chlupot wody. Bez namysłu skoczyłem za nią.
W wodzie była przerażona i spanikowana, ale na spokojnie udało mi się dobrze ją chwycić i ciągnąć ku górze. Była przestraszona, widziałem w jej oczach strach. Ten sam strach, który miała w oczach Ovena patrząc na mnie, kiedy Aiked wrzynał w jej szyję swoje kły. Przepełniła mnie furia, nie mogłem pozwolić by Xevie coś się stało, miałem ogromny uraz. Natłok wspomnień władował mnie w niemiłosierną złość, ból i cały mój umysł pochłonął mrok. Z całych sił próbowałem wydostać waderę z wody, aż w końcu udało mi się. Szybko i zwinnie wyciągnąłem ją na brzeg, była cała przerażona, wystraszona i zmarznięta.
- Aiden! Aiden przepraszam! - zaczęła szlochać i sprawdzać resztką sił czy wszystko ze mną w porządku. Ja tymczasem siedziałem nad nią bez ruchu i bez żadnych emocji mając przed oczami Ovenę. Wiedziałem, że nie mogę dać się złamać wspomnieniom. Musiałem w końcu ułożyć sobie życie na nowo. Patrząc na przerażoną waderę, wbijając wzrok w jej pełne przejęcia i strachu oczy czułem coś dziwnego. Czułem jakbym dostał od losu drugą szansę. Jakbym dostał towarzyszkę, przyjaciółkę, a być może kompankę do końca życia. Bogowie mnie wysłuchali.
- Nie pozwolę Cię skrzywdzić Xev. - powiedziałem i postanowiłem zabrać ją w bezpieczne miejsce. Wtargałem ją jakoś na swój grzbiet i podniosłem się na równe nogi.
Rozglądałem się idąc w kierunki ogromnych głazów na zachód, wyglądały na dość bezpieczne, a powoli zaczynało się ściemniać. Przyśpieszyłem kroku, myśląc tylko o tym, w jaki sposób zapewnić jej bezpieczeństwo. Mój syndrom był czasem ogromną zaletą, chociaż wiedziałem, że muszę go w końcu z siebie wydusić. Xeva trzęsła się na moim grzbiecie z zimna, jej futerko było mokre oblepione śniegiem. Akurat wtedy znaleźliśmy się w suchutkiej i malutkiej jaskini w głębi ogromnych głazów. Ktoś wcześniej musiał już kiedyś się tutaj chować, bo w samym końcu małego wgłębienia były obtoczone kamieniami malutkie patyczki, a zaraz za nimi większe kłody. Położyłem ostrożnie waderę obok mnie i zająłem się drewnem, aby wydobyć choć cień ciepła. Długo mi to zajęło, aż ostatecznie udało się rozpalić ogień. Drewna na dorzucenie starczy do rana, ale trzeba oszczędnie się nim posługiwać. Wadera w tym czasie zasnęła i nie chciałem jej budzić. Wiedziałem, że przez zimne i mokre futro może nabawić się nieciekawego przeziębienia czy innego dziadostwa.
- W śniegu nie znajdę żadnych roślin, które Cię wyleczą. Jeśli Cię nie ogrzeje, możemy tu utknąć... - pomyślałem.
Długo myślałem czy dobrze zrobię przysuwając się do niej po tak krótkiej znajomości, ale w całości już woda obleciała z mojego ciała. Xev nie ma nawet siły po tym szoku przysnąć się bliżej. Mam nadzieję, że nie będzie zła... Podszedłem do wadery i ostrożnie przysuwałem ją po troszku do ogniska, by było jej cieplej. Ocknęła się, kiedy położyłem się przodem do niej najbliżej jak potrafię.
- Wiem, że to niezbyt komfortowe, ale jeżeli nie dostaniesz odpowiedniej ilości ciepła nie będziesz w stanie dalej zwiedzać. - uśmiechnąłem się zmartwiony.
- Aiden ja... - wadera spojrzała na mnie i...

~*~

Spoglądało z daleka na światło padające z małej wnęki nazwanej przez Aidena jaskinią. Po krótkim przyglądaniu się uciekło.


< Oj Xeva, ten Twój talent do wpadania w kłopoty... XD>

Słowa: 1095 = 74KŁ

niedziela, 27 września 2020

Od Xevy CD. Aidena

Xeva od kilku dni eksplorowała jeden z dystryktów Królestwa. Spała w niewielkich jaskiniach lub norach uprzednio należących do borsuków lub rosomaków, które poszerzała siłą własnych łap. Miała w zwyczaju zasłaniać wejście za pomocą dodatkowej plandeki, którą wzięła ze sobą. W ten sposób radziła sobie z mrozami i śnieżycami. W razie czego zabierała ze sobą rozpałkę i kilka drewienek, chociaż często zdarzało jej się o nich zapomnieć.
Tamten poranek był chłodniejszy niż poprzednie. Bardzo wyraźnie odczuła fakt, że nie ma gęstego futra przystosowanego do tego klimatu. Wierzyła jednak, że szybkie tempo kroku ją rozgrzeje tak, jak zresztą zawsze się działo. Miała przecież za zadanie zwiedzić całą zachodnią część wyznaczonego przez siebie terenu, nie mogła zrezygnować tylko ze względu na pogodę!
Po kilku minutach drogi dotarła do stóp wzniesienia, które znalazła poprzedniego dnia. Z jego szczytu rozciągał się przepiękny widok na pobliską dolinę, którą miała zamiar zwiedzić tego dnia. Gdy jednak weszła na dosyć stromy pagórek, ujrzała... Obcego wilka. Konkretniej czarnego basiora. Przez chwilę nie wiedziała, co zrobić. Może powinna uciec? Byle cichaczem, żeby się nie zorientował. Zdążyła się już nauczyć, że mieszkańcy tych terenów niezbyt za nią przepadają przez jej bardzo... otwarty i entuzjastyczny charakter. Zanim jednak zdążyła podjąć decyzję, wilk się obrócił. Teraz nie miała wyboru.
- W... Witam - wymamrotała, przełykając ślinę. Zaczęła się denerwować. Ku jej uldze na ciemnym pysku nieznajomego pojawił się uśmiech.
- Och, dzień dobry! Nie spodziewałem się tutaj nikogo spotkać. - Spojrzał mimochodem w dół doliny. - Była pani może tam na dole?
- Co? - zapytała ze zdziwieniem wadera. - Nie, dopiero się obudziłam. Ale pójść tam zamierzam. A ty co tutaj robisz?
- Och, ja? - mruknął wilk, zupełnie nie przejmując się brakiem formy grzecznościowej w wypowiedzi Xevy. Albo to ona była zbyt spięta, aby to zauważyć. - W sumie to jedynie przechodziłem, ale chętnie się tam przejdę. To naprawdę ładne miejsce, przyda mi się chwila odpoczynku. Czy mogę pani potowarzyszyć?
- Oczywiście! - krzyknęła, przeszczęśliwa, że znalazła nowego towarzysza swoich wycieczek. Jej ogon nagle zaczął bić powietrze, wzniecając tumany śniegu przez swoją nadzwyczajną długość. - Tak że ze mną idziesz się cieszę!
- Co proszę? - spytał zdezorientowany osobnik. Wadera momentalnie rzuciła na siebie kilka przekleństw w myślach i spoważniała, ale jej długa kita nadal lekko merdała. - Ja się cieszę, że ty ze mną idziesz. Przepraszam, ja nie jestem stąd i czasem niewyraźnie mówię.
- Och, nie szkodzi - odparł wilk. - Proszę mi wybaczyć mój brak manier. Nazywam się Aiden, mam nadzieję, że nie uraziłem pani moim pytaniem.
- Nie, spokojnie. Jestem Xeva - uśmiechnęła się wilczyca, zachwycona uprzejmością nowopoznanego jegomościa.
- Jeśli wolno mi spytać, skąd pani pochodzi, droga Xevo?
- Teneris, jedna z Wysp Trojaczych - odparła z dumą odkrywczyni. Oba wilki skierowały się na lewo, w stronę zejścia do doliny.
- Teneris?! - wykrzyknął Aiden ze zdziwieniem. - To przecież kawał drogi!
- Prawda to jest, ale bardzo ta droga mi podobała się. A ty? Skąd jesteś?
xxx
Powąchało wejście do jamy borsuka. Podniosło zdeformowany łeb i spojrzało w stronę, z której właśnie miał zawiać wiatr. Wszystko ucichło i wszystko cichło, kiedy skierowało się na lewo.
W stronę zejścia do doliny.

<Aidenie? Jakoś rozkręcimy tę imprezkę, ale dajmy Xevie pozwiedzać XD>

Słowa: 494 = 29 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics