Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashaya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashaya. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2020

Od Ashayi CD. Vallieany

Stanowisko Maga nie pozwalało osiąść w jednym miejscu na dłużej, szczególnie, jeśli dopiero zaczynało się swoją przygodę na tym stanowisku. Wszystkie zlecenia wymagające podróżowania zwykle były składane na barki młodych wilków. Czy ze względu na chęć dania im możliwości zwiedzenia świata, czy raczej było to kwestią niechęci do zbytniego męczenia starych łap doświadczonych wilków... A może z obydwóch tych powodów. W każdym razie - nie mnie to oceniać, a fakty pozostają faktami.
W tym tygodniu było to już trzecie zlecenie, które otrzymałam, a które wymagało ode mnie udania się na tereny Królestwa znacznie oddalone od miejsca, które wybrałam na swój dom. Nie, żebym miała coś przeciwko podróżowaniu... Ale trzy czaso- i energochłonne wędrówki w przeciągu zaledwie siedmiu dni to dość dużo, a ja nie miałam za bardzo możliwości, by odmówić. Ostatnie silne mrozy rozłożyły na łopatki większą część szeregów magów, z resztą nie tylko tę grupę zawodową dopadły choroby, także wilki na innych stanowiskach, a także te ich nieposiadające, nie miały się najlepiej. W większości nie były to może groźne schorzenia, ale wystarczające do tego, by sparaliżować gospodarkę Królestwa niedoborem pracowników... Tak czy inaczej, na tę chwilę radzono sobie z tym poprzez zlecanie większej ilości pracy pojedynczym wilkom, nie bardzo zastanawiając się nad tym, czy ich moc przerobowa jest w stanie to udźwignąć. Ja osobiście miałam z tym problem, wiedziałam, że nie jestem jedyną, na którą w ostatnim czasie spływa więcej zadań do wykonania, niż jest w stanie zrealizować. Wyższe wynagrodzenie niekoniecznie pomagało, materialna motywacja nie zawsze była wszystkim, czego potrzeba, by ktoś coś zrobił.
Niemniej, skoro nikt inny, może mieszkający bliżej, nie mógł udać się pod wulkan Razjela w celu zbadania przyczyny jakiegoś magicznego zatrucia wody, cóż mi pozostało? Nie bardzo mogłam odmówić.
Dlatego też ponownie spakowałam dopiero co rozpakowane sakwy podróżne, wysłałam kruka z wiadomością do Spero, żeby wiedziała, gdzie jestem i dlaczego nie będę mogła wpaść na jutrzejszy obiad z Lysandrem, po czym wyruszyłam w drogę. Wielogodzinną, trudną i zimną... Do tego, gdy byłam już blisko celu, niebo przykryły ciemne chmury.
Zbliżała się burza.
W normalnych okolicznościach pewnie od razu poszukałabym jakiejś kryjówki, żeby przeczekać. Tym razem coś mnie tchnęło, żeby z tym poczekać, aż naprawdę nie będę w stanie już dalej iść przez padający śnieg i wiatr, który na tym terenie potrafił być naprawdę uciążliwy. Pomysł może nierozważny, ale czułam jakąś lekko irracjonalną presję czasu. Chciałam jak najszybciej skończyć to zlecenie i wrócić w końcu do domu. Odpocząć. Do tego czułam, że coś mnie zaczyna brać, jakieś choróbsko... Chyba trzeba będzie po powrocie rzucić to wszystko w cholerę i iść na przynajmniej tydzień zwolnienia chorobowego.
Spacer w burzy mojego samopoczucia zdecydowanie nie poprawił. Czerwony płaszcz, nieodłączny towarzysz podróży, był szarpany przez wiatr, próbujący zerwać go ze mnie swoją nieposkromioną siłą. Użyłam magii, by okryć się nim szczelniej i choć w minimalnym stopniu zapobiec dostawaniu się pod niego zimnego powietrza. Trochę pomogło. Tylko trochę.
Po niecałej godzinie walki ze zjawiskiem pogodowym byłam zmuszona się poddać. Ciemna sierść na nieosłoniętych płaszczem fragmentach ciała była posklejana topniejącym, a następnie ponownie zamarzającym śniegiem. Taka jej faktura w żaden sposób nie pomagała zatrzymać ciepła, wręcz przeciwnie, bardzo szybko uciekało ono z mojego ciała, doprowadzając do wychłodzenia organizmu. Cała trzęsłam się z zimna, sypiący śnieg powoli uniemożliwiał mi normalne widzenie, zaklejał powieki...
Już miałam się poddać, po prostu położyć się tam, gdzie akurat stałam, czyli w sumie pośrodku jakiejś pustej przestrzeni, której jedynym urozmaiceniem były powstałe gdzieniegdzie śnieżne zaspy. Było mi tak przeraźliwie zimno, chciało mi się spać... Ale wtedy, bardziej poczułam, niż zobaczyłam, znajomą obecność. Przystanęłam na moment, chciałam wciągnąć powietrze w nozdrza, ale szybko poczułam, że... w sumie nic nie poczułam. Odruchowo skuliłam uszy. Nie podobało mi się to. Miałam przytłumione wszystkie zmysły, zmysły, na których zawsze się opierałam, których wyczulenie było tak charakterystyczne dla mojej rasy... Tylko magia buzowała we mnie z niezmienioną siłą, wyczuwając każdą, najmniejszą nawet zmianę na poziomie astralnym mojego otoczenia.
A zmiana, jaką powodował ten konkretny duch, do najmniejszych czy w jakikolwiek sposób dyskretnych i możliwych do przeoczenia, nie należała.
Spróbowałam mocniej uchylić zaklejone śniegiem powieki, niestety, na próbach się skończyło. Nie mogłam za wiele zobaczyć. Próbowałam przetrzeć oczy łapą, ale i to na niewiele się zdało. Pierdolona pogoda. Powód zmian, które wyczułam, znajdował się w sporej odległości ode mnie, jednak magia była na tyle precyzyjnym dla mnie zmysłem, że określenie tożsamości denata nie stanowiło dla mnie większego problemu. To był ten duch, przywiązany do Zerdinki, którą spotkałam w czasie Święta Jedności. Zatem... jeśli on tu był, znaczyłoby, że i wadera jest gdzieś w pobliżu. Co z kolei mogło być dla mnie wybawieniem z dość... nieciekawej sytuacji.
Odkaszlnęłam gwałtownie, próbując pozbyć się wrażenia duszenia. Pociągnęłam nosem. Ponownie kaszlnęłam. Spróbowałam raz jeszcze rozkleić pozlepiane powieki, otrzepałam się, starając się pozbyć zbrylonego śniegu z sierści na całym ciele. Niewiele mi to pomogło, prawdę mówiąc, ale już się tym za bardzo nie przejmowałam. Ruszyłam, na tyle pewnym, na ile byłam w stanie, krokiem w kierunku, w którym, jak przypuszczałam, znajdowała się ta intrygująca dwójka. Tak z czystej ciekawości, może trochę chęci znalezienia towarzystwa, chociaż na czas, jaki trzeba będzie jednak poświęcić na przeczekanie burzy śnieżnej. Podróż w taką pogodę to było chyba najgorsze, na co mogłam wpaść. Już plułam sobie za to w brodę.
Dotarłam w końcu do nich... Jakoś. W sumie chyba bardziej trafnym określeniem byłoby przyczołgałam się. Ale okej, nie ważne. W każdym razie - znalazłam się tuż koło nich, w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu... Chciałam się jakoś przywitać, coś powiedzieć... Ale jedyne, na co starczyło mi sił, to otworzenie pyska.
I niemal natychmiastowe po tym zwalenie się na śnieg bez przytomności.

<Vallieano? Wybacz, za tak długi czas oczekiwania i nędzną jakoś ;-; >


Słowa: 925 = 51 KŁ

sobota, 10 października 2020

Od Ashayi CD. Jastesa

Dziwne spotkanie z tym... tym czymś, wywołało we mnie wiele emocji. Niekoniecznie pozytywnych, wręcz przeciwnie. Irytacja, niepokój... Zwykle starałam się nie przejmować tym, że czegoś nie wiedziałam. Każda taka sytuacja była dla mnie możliwością nauczenia się czegoś nowego. Jednak tym razem coś było nie tak. Bardzo nie tak. I wcale a wcale mi się to nie podobało.
Mimo to trzeba było wykonać zadnie, dostarczyć poselstwo w odpowiednie miejsce przed upływem wyznaczonego terminu. Choć mogłam mówić inaczej ze zwykłej przekory, zdawałam sobie sprawę, że sama moja obecność spowalniała mojego towarzysza, przyzwyczajonego przecież do znacznie szybszego tempa marszu, niż mogłam utrzymać. Jednak nie było innej opcji, niedługo mieliśmy się zbliżyć do Strefy, a tam... Tam mogło nas spotkać jeszcze więcej ciekawych sytuacji, niż przy iglicach. Nie ze wszystkimi można sobie było poradzić szybkimi łapami, co z resztą pokazała nam już ta sytuacja z tą dziwną istotą. Może i moja obecność spowalniała podróż, ale w gruncie rzeczy mogła okazać się przydatna - mogła zapobiec śmierci posłańca z rąk istot czy zjawisk, o których mógł nigdy wcześniej nawet nie słyszeć. To była transakcja łączona, żadne z nas w pojedynkę nie było w stanie dobrze wykonać tego zadania.
- Będzie padać.
Odruchowo na słowa Jastesa przeniosłam wzrok z ziemi pod moimi łapami na niebo. Na którym nie dostrzegłam ani jednej nawet chmurki. Zmarszczyłam lekko nos, wędrując spojrzeniem na towarzysza podróży, mając nadzieję wyczytać z jego wyrazu pyska, postawy, jakąś formę żartu czy czegoś podobnego... Nic takiego jednak nie dostrzegłam. Zamiast tego na obliczu basiora malowała się powaga i coś jakby lekkie zaniepokojenie faktem, który mi przed chwilą zakomunikował.
Zapytałam go spojrzeniem i lekkim przekrzywieniem głowy, skąd to wywnioskował, jednak albo tego nie zauważył, albo nie zrozumiał, albo nie uznał za zasadne mi odpowiadać. W każdym razie, zamiast tego przyspieszył kroku, zmuszając mnie do tego samego i zaledwie po kilkudziesięciu metrach konieczność  skupienia na pilnowania równego oddechu zaaferowała mnie na tyle, że zapomniałam o tej niezobowiązująco rzuconej uwadze białego basiora. Do czasu.
Pierwsza kropla spadła na mój nos, rozbijając się i niemal momentalnie zamarzając, wytrącając mnie z równowagi, jaką udało mi się wypracować podczas biegu. Kolejna wpadła mi do ucha, zmuszając mnie do wytrzepania jej gwałtownym potrząśnięciem głową. Spojrzałam ponownie w niebo i... Jakie było moje zdziwienie, gdy dostrzegłam, że w zastraszającym tempie zaczynają zbierać się nad nami chmury. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że wręcz nadnaturalnym...
- Co jest...? - mruknęłam, przystając gwałtownie. Zbliżaliśmy się do strefy wykluczenia, która szczyciła się mnogością dziwnych, niewyjaśnionych zwykle, magicznych zjawisk, ale żeby tak ekspresowa zmiana pogody tak z niczego...?
- Musimy się gdzieś schować - cudem usłyszałam głos Jastesa przez wzbierający huk wiatru... Rozejrzałam się szybko, w lekkiej panice. Skądś znałam ten dźwięk. Kojarzyłam z czymś zdecydowanie nieprzyjemnym...
Wtedy zobaczyłam. Pierdoloną. Trąbę powietrzną.
Zamarłam w przerażeniu, patrząc na zbliżającą się w naszą stronę niematerialną masę pędzącego z niesamowitą prędkością wiatru. Wysoki słup rozciągał się od ziemi do samego nieba, które od czasu do czasu przeszywały błyski niebieskiego światła... To zdecydowanie nie było naturalne zjawisko pogodowe. Tylko kto... I po co, je stworzył właśnie tu, właśnie teraz?
Prawdopodobnie tkwiłabym tam tak w jakimś dziwnym zawieszeniu na granicy świadomości, aż tornado by mnie ze sobą nie porwało. Gdyby nie Jas. Poczułam, jak czyjeś zęby łapią mnie za kark i ciągną w tył, wytrącając z równowagi. Potrząsnęłam głową, próbując odzyskać jasność myśli...
- Spierdalamy - syknęłam, rzucając paniczne spojrzenia wokoło, szukając jakiejkolwiek kryjówki, której nie groziło porwanie przez wichurę.

<Jastes?>

Słowa: 557 = 32 KŁ

sobota, 13 czerwca 2020

Od Ashayi CD. Jastesa

Jak mieć pecha, to po całości, prawda? Nienawidziłam tego, jak często okazywało się to prawdą.
Coś zaatakowało Jastesa. Nie było mi dane zobaczyć momentu samego ataku, basior znajdował się wtedy za mną. Poczułam tylko gwałtowne drgania w sferze magii, potem usłyszałam szmer powietrza, poruszonego gwałtownym ruchem... Odwróciłam się akurat, by zobaczyć, jak Jas przelatuje dobrych kilka metrów w powietrzu, ląduje na lodzie, sunąc po nim i by, na końcu swojej drogi, uderzyć głową w jeden z lodowych kolców. Niczym w zwolnionym tempie widziałam, jak oczy basiora na moment błyskają bielą białek, sekundę zanim opadły na nie powieki. W gardle zamarł mi krzyk, niemal się nim zachłysnęłam, gdy do przerażenia nieciekawym położeniem Jasa doszła świadomość, że basior sam tak sobą nie cisnął...
Zaraz za basiorem skoczył jakiś dziwny, ciemnej barwy stwór, poruszający się tak szybko, że nie zdołałam go dokładnie zarejestrować. Ani jakiś jego cech charakterystycznych, ani nawet rasy czy gatunku, jaki sobą reprezentował. Jedynie ciemną, ogromnych rozmiarów masę.
Rzuciłam się bez zastanowienia w kierunku zamieszania. W głowie miałam tylko jedną myśl, która wręcz krzyczała, bym się pospieszyła. Musiałam uratować Jastesa. Nie brałam w tamtym momencie pod uwagę możliwości, że przy okazji może mi się coś stać. W końcu nie miałam bladego pojęcia, przeciwko czemu chcę stawać, wszystko wydarzyło się zbyt szybko, mój mózg jakby zaciął się na jednej tylko myśli, nie rejestrując niczego poza leżącym kawałek ode mnie nieprzytomnym basiorem. Uratuj go, Ash, uratuj... A co ja, kurwa, próbowałam właśnie zrobić?
Biegłam na złamanie karku w kierunku sceny, która w każdej chwili mogła przerodzić się w krwawą jatkę. Roboty nie ułatwiały mi zdecydowanie wystające miejscami z podłoża lodowe kolce, jak również pęknięcia w lodowej pokrywie. Już w biegu szukałam w myślach zaklęć, które mogłyby mi pomóc w pokonaniu niezidentyfikowanej istoty, zastanawiałam się, z której strony uderzyć, żeby okazało się to najskuteczniejsze. Starałam się wybadać słabe strony przeciwnika, które mogłabym wykorzystać. A przy tym wszystkim musiałam pamiętać, by w amoku, w jaki wpadłam, nie skrzywdzić Jastesa. Był teraz bezbronny, nie zdołałby nawet uskoczyć, gdybym przypadkiem niecelnie cisnęła zaklęciem.
Jakimś jednak cudem, wszystkie moje wątpliwości, starania, by towarzyszącemu mi basiorowi nic się nie stało, nie miały okazji być przydatne. Ledwo dopadłam do nich, wyrzucając z siebie na jednym wydechu słowa zaklęcia, które miało na moment sparaliżować przeciwnika (o dziwo trafiłam), dziwny stwór zaraz po tym, jak odzyskał władzę w kończynach, czyli zanim zdążyłam przygotować kolejne zaklęcie... po prostu uciekł. Zniknął tak samo szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie dezorientację, może lekką irytację. No i nieprzytomnego basiora.
Cholera.
Nie miałam czasu gonić tego... czegoś. Musiałam się upewnić, że Jastesowi nic nie jest. Podczas tej podróży byłam za niego odpowiedzialna, miałam go chronić i upewnić się, że przesyłka, którą niósł, zostanie bez szwanku dostarczona na miejsca swojego przeznaczenia.
No właśnie. Gdzie jest torba basiora?
Lekko spanikowałam, gdy nie dostrzegłam jej przy Jasie. Basior był, torby brak. Zaczęłam się rozglądać nerwowo po otoczeniu, mając nadzieję, że nie spadła z grzbietu basiora i nie zsunęła się w rozpadlinę pod lodowymi kolcami. Wydobycie jej stamtąd byłoby w zasadzie niemożliwe.
Na szczęście szybko dostrzegłam ją, całą i zdrową, kawałek dalej. Musiała siłą rozpędu posunąć po lodzie. Podbiegłam do niej, upewniwszy się wcześniej, że Jastes oddycha, sprawdziłam, czy była nietknięta - wszystko było na swoim miejscu. To znaczy - papiery. Z oficjalną pieczęcią. Czyli to, co najważniejsze, cała reszta, jeśli basior trzymał w niej coś jeszcze, mogła zaginąć w akcji. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że mógł tam mieć jakieś pamiątki rodzinne albo coś. Ale za zgubienie pamiątek rodzinnych posłańca nie mogliśmy skończyć na szafocie. Z dwojga złego wolałam zgubić je, niż, w efekcie zapodziania gdzieś papierów, stracić życie.
Zabrałam torbę z powrotem do basiora, układając ją u jego boku. Zbadałam jeszcze raz, dokładniej, jego funkcje życiowe. Żył, to na pewno. Oddychał spokojnie i równo, jak we śnie. Nie widziałam także żadnych większych ubytków na ciele, jedynie plamka krwi odcinająca się od białej sierści na głowie basiora. Rana nie była jednak poważna, zasklepiłam ją zaklęciem, którego nauczyła mnie Spero, "na wszelki wypadek". Nigdy nie musiałam używać go na kimś innym, niż na sobie, ale podejrzewałam, że dopóki Jas zostanie w pobliżu mnie, w zasięgu działania mojej magii, rana pozostanie zasklepiona. Z resztą, nawet jeśli byśmy się oddalili od siebie, uszkodzeniu uległa tylko zewnętrzna warstwa skóry. Nie krwawiła na tyle obficie, by natychmiast po ustaniu działania zaklęcia miał się wykrwawić. Przeżyje to, dość gwałtowne, spotkanie czaszką z lodowym kolcem.
Teraz musiałam tylko poczekać, aż odzyska przytomność. Pytanie tylko, ile to potrwa. I czy mamy czas czekać na to.
Cóż jednak innego mi pozostało? Jak dłużej będzie pozostawał nieprzytomny, to po prostu obudzę go jakimś zaklęciem. Tylko musiałabym sobie przypomnieć, czy takowe znam. A tymczasem...
Spojrzałam z pewnym zaciekawieniem na strużkę krwi, która jeszcze nie zdążyła zaschnąć na sierści basiora. Jakimi mocami dysponował? Czy kiedyś mogą okazać się przydatne? Przez moment biłam się z myślami, czy zebrać ją, schować "na później", czy może spróbować przekonać się teraz, co potrafi. Powstrzymałam się jednak. To by było chyba niekulturalne. Chyba na pewno i chyba bardzo niekulturalnie.
Usiadłam więc po prostu koło basiora, żeby kontrolować jego czynności życiowe. Musiałam uzbroić się w cierpliwość i pokłady samokontroli. Bo to wcale nie tak, że ta smużka krwi mnie przyciągała jak magnes... gdzie tam.
Westchnęłam ciężko, zwinęłam się w kłębek koło Jastesa, ułożyłam głowę na przednich łapach, poprawiłam płaszcz, który lekko się zawinął na grzbiecie i zajęłam się obserwowaniem otoczenia. Byle tylko odwrócić swoją uwagę od krwi.

<Jastes?>

Słowa: 900 = 50 KŁ

wtorek, 26 maja 2020

Od Ashayi CD. Vallieany

Pytania... Na szczęście ja nie miałam z nimi aż takiego problemu, jak towarzyszący Zerdince duch, bo nasze zetknięcie mogłoby skończyć się naprawdę nieciekawie. Nawet przy założeniu, że tylko na potyczce słownej by się zakończyło. Acz z moimi zdolnościami to było, prawdę mówiąc, wątpliwe...
- Jestem magiem - odpowiedziałam Vallieanie po chwili. - Magiem Czarnej Magii i tak, tak się składa, że od wczesnego dzieciństwa dość często widuję duchy. A że większość jest upierdliwa, choć nie w taki sposób, jak ten osobnik - wskazałam ruchem głowy niewidzialnego dla niższej wadery basiora. Fuknął na mnie w odpowiedzi. - Tamte koniecznie, gdy tylko połapią się, że je widzę, chcą, żebym im w czymś pomogła. Najlepiej na wczoraj - wzruszyłam ramionami. - Potrafi być to dość uciążliwe, dlatego to właśnie na duchach skupiła się w dużej mierze moja edukacja... Zatem tak, wiem o nich całkiem sporo.
Wadera skinęła wolno głową, na znak, że rozumie, a ja kontynuowałam.
- A ty? Jakie pełnisz stanowisko?
- Jestem zielarką - uśmiechnęła się lekko, przyjaźnie.
Zielarka z duchem... w sumie ciekawie. I, jakby się tak zastanowić, może nie aż tak nietypowo...
Ale. Nie mogłam nic ze stuprocentową pewnością stwierdzić. Nie znałam ich. Vernon na pewno był nietypowym wilkiem, tylko skąd brała się ta jego wyjątkowość? Nie wiem dlaczego, ale chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę zainteresowało mnie pochodzenie jakiegoś ducha. Powód jego pozostawania na ziemi, wśród żywych. Kim był... dlaczego akurat ta niepozorna wadera.
- Mieszkasz w Centrum? - zagadnęłam, rzucając ukradkowe spojrzenie na Vernona, który widać postanowił ignorować moją obecność, bo patrzył gdzieś w przeciwną stronę, byleby przypadkiem jego wzrok nie padł na mnie.
Wadera pokręciła głową.
- Nie, w Dystrykcie II.
- Ja w IV - mruknęłam. Chyba było w moim tonie słychać niezadowolenie, bo Vallieana spojrzała na mnie z troską.
- Smuci cię to? - zapytała, tonem, jakby autentycznie była zdziwiona, acz również z jakiegoś powodu było jej przykro. Może mi się tylko wydawało. Może nie.
- Po prostu gościu mnie zaintrygował - wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się krzywo. - Pomyślałam, że mogłabym poznać go lepiej.
Vernon nie wyglądał na zachwyconego pomysłem, ale to nie jego opinia mnie interesowała. Mógł sobie myśleć i mówić co chciał. Był martwy, niech ma jakąś przyjemność z nieżycia... Niemniej ja nie musiałam się jego opinią przejmować.
Możliwe, że byłam okrutna. Ale w taki właśnie sposób traktowałam zwykle duchy, żeby nie zwariować. Nie miałam w związku z tym wyrzutów sumienia głównie dlatego, że nie miały wiele wspólnego z istotami żywymi, nie tak jak czarny basior. Niemniej przyzwyczajenie zostało. Ale starałam się. To znaczy... dopiero miałam zacząć się starać.
Bo, być może, nie wszystkie duchy chciały mnie tylko wykorzystać. Jak widać, mogły się trafić i takie, które miały mnie, mówiąc oględnie, w dupie.

<Val? Przepraszam, że ciągle takie meh te opowiadania, ale poprawię się jeszcze ;-; >

Słowa: 433 = 26 KŁ

środa, 20 maja 2020

Od Ashayi CD. Vallieany

Duchy były bardzo ciekawym zjawiskiem.
O ile można je było tym mianem nazwać. Ja sama nie byłam pewna. Czy to faktycznie dusza zmarłego wilka, czująca, mogąca uczyć się, dokonywać korekt swojego światopoglądu... Po prostu zachowująca się jak żywa istota, co kazałoby nam traktować je jak inne, wciąż żywe, wilki. A może to tylko ślad czyjejś bytności, właśnie takie zjawisko, które już nie żyje w znaczeniu również emocjonalnym. Która już na zawsze zostanie taka sama, nie zmienia się, nie jest dynamiczna. Które na tym świecie trzyma tylko cel, który chce zrealizować. Strach przed całkowitą śmiercią, rozpłynięciem się w niebycie. Chęć zrobienia czegoś, na co za życia nie miało się czasu. Lojalność do drugiej połówki, która każe nam trwać u boku ukochanego wilka nawet po śmierci. Zemsta.
Zastanawiałam się, co trzyma przy tym kle Vernona. Dlaczego stąpa krok w krok za tą, nie ubliżając jej, ale niewyróżniającą się waderą? Powiedział, że są bliżej, niż mogłabym przypuszczać. Czy to tylko żart z jego strony, czy może jest w tym coś głębszego...?
Nikt cię nie nauczył, że nieładnie się gapić?
Zignorowałam słowa martwego basiora i dalej wpatrywałam się w niego przenikliwym spojrzeniem dwukolorowych tęczówek. Był inny od duchów, które zwykle spotykałam. Nie narzucał się, nie chciał od razu nakłaniać mnie do pomagania sobie w skończeniu tego, co mu do skończenia na ziemi zostało. Zachowywał się... Prawie jak żywy. Dlaczego?
Pomyślałam wtedy o lodowym golemie, którego stworzyła Spero. Uwięziła w nim duszę wilka, którą wybrała spośród wszystkich innych, kręcących się przy Oceanie Dusz. Spotkałam go kiedyś, jak przechadzał się przy granicy, monitorował terytorium, jak to miał w zwyczaju. On również był inny. Jego również pętał naszyjnik...
Ale nie, to raczej nie to. To znaczy... Co innego naszyjnik, w którym Spero po prostu zamknęła ducha, a co innego kieł należący niegdyś do basiora. Tak przynajmniej sądziłam. Tak wszelka logika kazała mi sądzić.
- Czyli znacie się w sumie od zawsze - wypowiedziałam na głos oczywistą oczywistość, ale musiałam jakoś uporządkować myśli. Przeniosłam w końcu wzrok z czerwonych, niepokojących oczu naszego umarlaka, na waderę. - Nie widzisz go, prawda?
Pokręciła głową.
No cóż, jakby widziała, to by wyrzuciła ten naszyjnik w cholerę i miała nadzieję, że duch nie postanowi jej mimo to nawiedzać. To znaczy... ja bym tak zrobiła. Nie znałam charakteru Vallieany, może i by go przy sobie zostawiła. Z przyzwoitości czy coś. Bez towarzyszki, jeśli w istocie nie może odejść od naszyjnika, pewnie byłoby mu potwornie nudno.
- Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, co go trzyma przy tym naszyjniku? - zapytałam po chwili, gdy skończyłam jeść jedną z tart, które kupiłam.
Wadera popatrzyła na mnie lekko zdziwiona, a basior mruknął coś, niezadowolony. Po czym burknął:
Też tu jestem, co już pewnie zauważyłaś. Jak cię to tak interesuje, to mogłaś spytać.
Posłałam mu krzywe spojrzenie.
- I niby byś mi odpowiedział? - prychnęłam. - Poza tym pytam Val, czy ona wie. Nie jestem aż tak wścibska, żeby cię pytać o tak... hm... prywatne kwestie, no ale jak bardzo chcesz, to możesz się wyżalić.

<Vallieano?>

Słowa: 489

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Od Ashayi do Vallieany

Święto Jedności... było wspaniałe.
To był pierwszy raz, gdy mogłam je obchodzić jako dorosły wilk, pełnoprawny członek społeczeństwa Królestwa Północy. Wobec tego miałam całkowite prawo być podekscytowana. Tak sądzę.
Otaczające mnie dźwięki, muzyka, rozmowy, głośny śmiech rozbrzmiewający od czasu do czasu z różnych kierunków... To wszystko upajało, mieszało w głowie, prosiło, bym dołączyła do tego wszechogarniającego szczęścia i pozytywnej energii emanującej z każdego członka tłumu.
Biegałam od stoiska do stoiska, z niegasnącą ekscytacją wysłuchiwałam lokalnych mistrzów kuchni i cukiernictwa, zachwalających swoje wyroby. Czerpałam radość ze słuchania muzyki wygrywanej przez muzykantów przechadzających się po rynku. Wszystko tutaj było... po prostu wspaniałe. Słyszałam, że na otwartej scenie ma być jakieś przedstawienie, po Centrum przechadzała się Królowa... Tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do odwiedzenia, a tak mało czasu. Po zmroku miałam się stawić wraz z pozostałymi magami przy kamieniu, który podtrzymuje barierę, by pomóc przy przeprowadzeniu niesamowitego widowiska, jakim było rozejście się po barierze błyskawic, by pokazać mieszkańcom, gdzie magiczny twór, który pozwala tu mieszkać rasom innym niż Sivarius, się rozpościera, jak daleko sięga i, przede wszystkim, że jest, cały czas chroni nas przed śmiertelnym zimnem...
Poprawiłam swój czerwony płaszcz, który ze względu na grubą sierść, którą byłam pokryta, w zupełności wystarczył mi, bym mogła utrzymać ciepło i się nie wyziębić na zewnątrz. Truchtem pokonywałam właśnie drogę między straganami kupców, którzy, korzystając z tego, że na Święto Jedności wiele wilków przybywa do Centrum, rozstawili swoje kramy niemal w każdej uliczce, wykorzystując całe dostępne miejsce. Zauważyłam kątem oka wilka wykonującego kuglarskie sztuczki ku uciesze zebranych wokół niego szczeniaków. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok. Jeszcze niedawno bym do nich dołączyła, ciągnąc za sobą Spero i z zafascynowaniem przyglądałabym się temu, co wilk robi. Teraz... Teraz potrafiłam posługiwać się prawdziwą magią, a po sytuacjach, które już zdążyły mnie w związku z nią spotkać... Cóż, nie uważałam jej wcale za dobre źródło rozrywki. Bardziej przykry obowiązek, który musiałam dźwigać, od urodzenia dysponując zdolnościami potężniejszymi, niż byłam w stanie wykorzystać czy w ogóle nad nimi zapanować.
Zostawiłam jednak kuglarza i otaczającą go zgraję szczeniaków za sobą. Kontynuując moją drogę między straganami, zastanawiając się, gdzie najlepiej będzie się teraz udać. Przedstawienie? A może poszukam Spero i zapytam, czy nie chciałaby się razem ze mną napić nektaru, w końcu pierwszy raz mogłybyśmy to zrobić razem przy świątecznej okazji? Już chciałam podjąć próbę wyśledzenia wadery przy pomocy magii, ale dostrzegłam coś, co odwróciło moją uwagę.
Stoisko mojej ulubionej cukierni. I mini tarty jagodowe. Wspaniałe. Przepyszne. Kruche. Tarty jagodowe na waniliowym spodzie, małe na tyle, że można je było wziąć do łapy i zjeść na kilka gryzy, w biegu.
Bez wahania skierowałam się w tamtą stronę. Już z daleka zobaczyłam, że do stoiska ustawiła się już spora kolejka wilków złaknionych słodkości, nie zniechęciło mnie to jednak w żadnym stopniu. Za wypieki właścicielki cukierni można było zabić, tak niesamowicie pyszne były, przysięgam.
Stanęłam więc kulturalnie w kolejce, by poczekać na swoją kolej. Przy okazji rozglądałam się dookoła z ekscytacją, już planując, co pójdę zobaczyć w dalszej kolejności. Może pokaz talentów? Widziałam tam wielu artystów, którzy przedstawiali swoje prace, a także wilki z zupełnie innymi niż twórcze zdolnościami... Może też do nich dołączę? Na pewno wymyśli się coś, co mogłabym przedstawić, a może inni mnie zainspirują?
Na rozmyślaniach na ten temat upłynął mi czas oczekiwania na moją kolej do zakupu ciastek. Wymieniłam się ze sprzedawczynią uśmiechami, kilkoma przyjaznymi, ciepłymi słowami. Następnie przyjęłam od wadery papierową torbę z kilkoma mini  tartami i już miałam odchodzić od stoiska, gdy zobaczyłam, że stojąca za mną niewielka wadera patrzy na wszystkie wspaniałe, wyłożone na stoisku wypieki i widocznie nie może się zdecydować, co wybrać. I możliwe, że nie zwróciłabym na to większej uwagi, ewentualnie doradziła tarty jagodowe... Ale koło wadery stał duch. I patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.
Zatrzymałam się na moment, patrząc na ducha. Duch patrzył na mnie. Wadera nadal kontemplowała nad ciastkami.
Zamrugałam powoli, przenosząc spojrzenie z ducha na resztę otaczających nas wilków, a potem na waderę. I znowu na ducha. Jego obecność tu była dziwna, a przynajmniej dla mnie nielogiczna. Czemu akurat tutaj, przy tym stoisku z ciastkami...
Wtedy zobaczyłam, jak duch rusza szczęką, jakby coś mówił. Pewnie z resztą tak było, tylko ja nie usłyszałam, byłam za daleko, a dookoła było za głośno, Jeśli duchy nie zwracały się bezpośrednio do mnie, mogłam je usłyszeć, jednak im więcej było bodźców rozpraszających, tym gorzej mi to szło. Za to usłyszał go ktoś inny, do kogo pewnie się zwracał... Wadera zastrzygła uszami, jakby wyłapała dźwięk. Po czym podniosła głowę i spojrzała... prosto na mnie.
Uznając, że niekulturalnym byłoby teraz odwrócenie się i udawanie, że nic się nie wydarzyło, zawróciłam, chwilowo odraczając moje plany wzięcia udziału w pokazie talentów na rzecz zdobycia nowej znajomości. I być może otrzymania logicznego wyjaśnienia obecności ducha tutaj, w środku Centrum, w czasie trwania corocznego Święta jedności. Podeszłam nie bezpośrednio do wadery, ale dość blisko, by mnie usłyszała i, uśmiechnąwszy się promiennie, rzuciłam:
- Spróbuj tart jagodowych. Są przepyszne. Zjesz jedną i nigdy nie będziesz miała dość.

<Vallieana?>

Słowa: 825

sobota, 18 kwietnia 2020

Od Ashayi CD. Jastesa

Dość szybko przekonałam się, że mój towarzysz podróży nie należy do najbardziej rozgadanych. Postanowiłam się tym jednak jakoś szczególnie nie przejmować i, nie tyle ignorować to, co starać się przyjąć do wiadomości. Nie każdy musiał być rozmowny, prawda? Lubiłam rozmawiać, ale potrafiłam nie być napastliwa. Na dłuższą metę się to nie sprawdzało wręcz osiągało się efekt odwrotny od zamierzonego, a ja nie miałam zamiaru zniechęcać do siebie basiora już na początku podróży. Bądźmy szczerzy, to nie miało sensu.
Po kilku godzinach podróży dostrzegliśmy na horyzoncie wystające z ziemi lodowe kolce, rozświetlone od środka jakimś nadnaturalnym światłem. Dotarliśmy do Lśniących Iglic. Zwolniłam nieco, co natychmiast przykuło uwagę basiora.
- Idziemy za szybko? - zapytał, również zwalniając. Pokręciłam jednak powoli głową.
- Nie, jest w porządku, tylko... - błądziłam wzrokiem po iglicach, starając się zwiększyć czułość swojej magii na działania obcych sił, czy jakkolwiek chciałoby się je nazwać. Nie była to w każdym razie magia, nie taka zwyczajna. Ale coś, jakaś niezbadana jeszcze siła powodowała nieprzewidywalne wynurzanie się iglic spod ziemi. To miejsce dla nieuważnego podróżnika mogło stać się jego grobem. - Nie mogę wyczuć tego miejsca - powiedziałam cicho. - Nie lubię tędy chodzić, bo nigdy nie wiadomo, czy jakiś lodowy kolec nie postanowi sobie wyrosnąć spod ziemi akurat w momencie, gdy będzie się tamtędy przechodziło.
Jastes rozejrzał się po okolicy, potem przeniósł wzrok na mnie... i znowu gdzieś w przestrzeń.
- Jeszcze nigdy żadna iglica nie wyrosła spod ziemi, gdy tędy przechodziłem - powiedział basior spokojnie, ruszając powoli przed siebie i oglądając się, czy za nim idę. Mamrocząc pod nosem kilka zagranicznych przekleństw, które podsłuchałam u Spero, której z kolei udzieliło się to od Lysandra który niby był tylko jej przyjacielem, ale jednak wszyscy, poza tą dwójką, wiedzieli, że w rzeczywistości są dla siebie czymś więcej, ruszyłam niepewnie za basiorem.
- Bo nie miałeś ze sobą wilka, który wręcz przyciąga do siebie magiczne anomalie - mruknęłam, jednak tak cicho, że basior tego nie usłyszał, szczególnie, że wiał całkiem silny wiatr, który skutecznie utrudniał komunikację. A nawet jeśli usłyszał, to nie dał tego po sobie poznać, po prostu szedł dalej.
Po chwili znowu obydwoje przeszliśmy do truchtu. Automatycznie, pchana jakimś przeczuciem, po kilku minutach przyspieszyłam kroku. Jastes wyglądał na lekko zaskoczonego tym, jakie tempo nadałam, ale bez słowa protestu przyspieszył, a po chwili wręcz mnie wyprzedził. Widać było, że długi bieg nie był dla niego problemem, ze resztą, przecież był posłańcem, czemu więc tu się dziwić.
Cały czas starałam się pozostawić swoją magię wrażliwą na wszelkie zmiany, odstępstwa od normy. Jasne, mało prawdopodobne, żeby z ziemi nagle wyrosła cała seria lodowych iglic, która uniemożliwiłaby któremuś z nas jakąkolwiek reakcję, próbę odskoczenia czy cokolwiek, żeby uchronić się przed nadzianiem na ostry, lodowy kolec. Mimo to ich wyrastanie z ziemi było niebezpieczne, bo poruszały ląd, wywołując w zasadzie trzęsienie ziemi, poszczególne płaty podłoża osuwały się lub wynosiły w górę, aż kolec nie przestawał rosnąć...
Właśnie w czasie tych rozważań, na których skupiłam się nieco za bardzo, niż powinnam w zaistniałej sytuacji, gdzie miałam przecież kontrolować cały czas, czy w pobliżu nie wystąpią zaraz jakieś dziwne anomalie... poczułam, jak ziemia pod moimi łapami się trzęsie.
- Cholera, Jastes, uważaj! - krzyknęłam, zapominając o uprzejmości podczas zwracania się do basiora i odskakując gwałtownie w bok, gdy fragment ziemi, na której stałam, zaczął się przechylać. No jasne, gdzie indziej, jak nie pod moimi łapami miała wyrosnąć kolejna iglica? To było do przewidzenia.
Jestes był zaledwie kilka kroków ode mnie, na tej samej płycie. Widocznie zaskoczony, nie zdołał jednak wystarczająco szybko zareagować... zachwiał się. Ale nie upadł. Gdy tylko odzyskał równowagę, również odskoczył od miejsca, z którego zaczęła wyłaniać się iglica.
Już chciałam odetchnąć z ulgą, nie było mi to jednak dane. Bo gdy tylko nad powierzchnią ziemi pojawił się czubek lodowego szpikulca, poczułam kolejne wstrząsy, które tym razem omal nie zwaliły mnie z nóg.
- Biegniemy! - krzyknęłam do basiora, którego oddzielała ode mnie wyrastająca iglica. Musieliśmy się pospieszyć, jeśli nie chcieliśmy zakończyć naszej podróży, zanim na dobre się zaczęła.
Cholerne zdolności magiczne, które na inne rodzaje magii działają jak magnes...

<Jastes?>

Słowa: 660

czwartek, 2 kwietnia 2020

Od Ashayi do Jastesa

Pierwszy dzień samodzielnego działania jako mag czarnej magii, tydzień po Próbie Śniegu, pierwsze zadanie do wykonania. I już zaczynałam współczuć Spero, że przez tyle czasu była w tym sama, wśród innych magów, parających się innym rodzajem magii... Powszechnie uważanym za lepszy, właściwszy. Nie wiem skąd to się brało, ale miałam wrażenie, że wszyscy magowie białej magii patrzą na mnie z pewną wyższością. Jakby mieli mi za złe, że nie postanowiłam poświęcić się ich rodzajowi magii... Jakby to miało jakieś znaczenie. Jakby jeden rodzaj magii różnił się od drugiego czymś więcej niż przeznaczeniem, do którego się je wykorzystywało. A ich zdziwienie było nad wyraz wielkie. Jakby sądzili, że postanowię iść ścieżką białej magii, na przekór tego, co podpowiada mi serce.
Pomijając to, nowe zajęcie, którym zaczęłam się zajmować po egzaminie na maga, było całkiem przyjemne. Na co dzień nic szczególnego, czarną magię wykorzystywało się głównie w sytuacjach patowych bądź jakiegoś zagrożenia, do badań... A czasami magów posługujących się nią brano do ochrony.
- Naprawdę? - popatrzyłam z niedowierzaniem na mojego przełożonego. Rosły basior nawet nie podniósł na mnie wzroku znad przerzucanych telekinezą papierów. - Mam ochraniać posłańca? Będę go tylko spowalniać.
- Musi przejść przez Strefę Wykluczenia - powiedział spokojnie, z pewnym roztargnieniem. Jakby dawał mi do zrozumienia, że ma ważniejsze rzeczy na głowie niż użeranie się ze szczeniakiem.
No tak, wzorem okazywania empatii to on nie był.
Więc zwyczajnie, z ciężkim westchnieniem, odwróciłam się i wyszłam. Musiałam się skontaktować z tym gościem i przygotować do wyprawy. Miałam tylko nadzieję, że nie okaże się chamem. Pewnie byśmy się wtedy po drodze pozabijali...

~*~

Wróciłam do mieszkania Spero w Centrum, gdzie chwilowo pomieszkiwałam, żeby zebrać potrzebne  do podróży rzeczy. Skóry, jagody, suszone mięso, kilka eliksirów rozgrzewających z bogatej kolekcji mojej mamy, no i oczywiście krew. Fiolki z nią posegregowałam mniej więcej przeznaczeniem, pozwiązywałam sznurkiem i ostrożnie umieściłam w jednej z dwóch sakw, z których składała się torba, którą wybrałam. I płaszcz. Tak... Płaszcz.
Tylko gdzie on, do kurwy nędzy, jest?
Nie wiem jakim cudem, ale dzień wcześniej musiałam go gdzieś rzucić. Przez jakieś pół godziny miotałam się po mieszkaniu, szukając czerwonej pamiątki po mojej biologicznej matce. W końcu znalazłam ją pod skórami, z których skombinowałam sobie wczoraj legowisko. Jak się tam znalazł? Dobre pytanie. Bo nie przypominałam sobie, żebym szła z nim spać...
Niemniej jednak znalazł się, a to najważniejsze.
Chwilę kręciłam się jeszcze, szukając po szafkach i kredensach świeczek z pszczelego wosku, kredy i odpowiednio szerokiej miski. Potem otworzyłam okno, żeby zgarnąć zalegający na parapecie śnieg do naczynia. Krótkim zaklęciem roztopiłam go, miskę przeniosłam na blat w kuchni, uważając, by nie rozlać wody. Szybko nakreśliłam kredą na drewnianej podłodze pentagram, najprostszy symbol  pozwalający zgromadzić moc, na jego krańcach ustawiłam świeczki, które zapaliłam, również korzystając z zaklęcia. Następnie miskę przełożyłam na jego środek.
Wzięłam głęboki oddech i zanurzyłam pysk w wodzie.
Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam białego basiora z czerwonymi piórami wyrastającymi z grzbietu. Dostrzegł mnie niemal natychmiast, przerywając to, co robił, upuszczając na podłogę jakieś naczynie.
Nie widziałam do końca jego otoczenia, z resztą nie było mi to potrzebne, a kreowanie takich niuansów to tylko niepotrzebne marnowanie energii. Grunt, żebym widziała wilka, z którym chciałam się skontaktować i żeby w miarę możliwości on widział mnie.
- Co...? - zaczął basior, widocznie wytrącony z równowagi, pewnie co najmniej przestraszony moim nagłym pojawieniem się. Od razu jego wzrok przykuły moje oczy... Z trudem powstrzymałam się od fuknięcia za to czegoś niemiłego pod jego adresem, ale w porę uświadomiłam sobie, że to pewnie tylko odruch. Dlatego zamiast wyrzutów, powiedziałam po prostu spokojnie:
- Nie ma mnie tu fizycznie. Wykorzystałam projekcję astralną, żeby się z panem skontaktować - i, skoro już wiem, do kogo mam się zwracać, będę teraz mogła bez większego problemu kontaktować się z nim przy pomocy telepatii, pomijając różnorakie skomplikowane rytuały magiczne. Ale tego na razie nie mówiłam; wiele wilków na początku zraża się do tego. Z resztą, nie dziwię się im, bo na ich miejscu, gdybym nie wiedziała, na czym ta cała telepatia polega, też nie byłabym zadowolona świadomością, że ktoś może mi grzebać w myślach. Basior dowie się co i jak... później. - Może już pan wie, może nie, ale do następnej podróży jako posłańca przydzielono panu ochroniarza, czyli mnie.
- Ochroniarza...? - zaczął, ale nie dałam mu dokończyć. Nie miałam zbyt wiele czasu, projekcje astralne są średnio preferowaną przeze mnie formą komunikacji, bo w ich czasie moje ciało pozostaje bez opieki i bardzo łatwo można mnie zranić.
- Jestem magiem czarnej magii - uściśliłam, a w oczach basiora pojawiło się coś na kształt zrozumienia. - Nie wiem, co ma pan przenieść, ale widać coś istotnego dla Królestwa, skoro przydzielili panu maga - uśmiechnęłam się lekko, żeby złagodzić nieco ton, jakim mówiłam. Musiałam się streszczać, nie miałam czasu na takie niuanse jak modelowanie głosu. - Mam pomóc panu przejść bezpiecznie przez Strefę Wykluczenia, ale myślę, że wygodniej będzie iść od początku razem. Nie będziemy się szukać na granicy Strefy i marnować czasu. To gdzie moglibyśmy się spotkać?
Basior milczał chwilę, pewnie zastanawiając się nad odpowiedzią, ewentualnie próbując połapać się w znaczeniu słów, które wyrzuciłam z siebie przed chwilą z zabójczą prędkością. Za długo.
- Najwygodniej mi będzie przyjść tutaj. Wyruszamy skoro świt? - basior skinął powoli głową. - Super. To do zobaczenia... Ach. Gdzie moje maniery - uśmiechnęłam się promiennie. - Jestem Ashaya z Rodu Xijan. I, jak mógł się pan domyślić z mojego pospiesznego monologu, jestem magiem, który przez kilka najbliższych dni będzie panu towarzyszył w wykonywaniu posłańskich obowiązków. Mam nadzieję, że to będzie owocna współpraca i obydwoje wyjdziemy z niej żywi. Widzimy się jutro zaraz po wschodzie słońca, tutaj, gdzie się pan znajduje. Gdziekolwiek to jest - uśmiechnęłam się jeszcze promienniej. Basior ewidentnie nie wiedział, co się dzieje. Tym ciekawiej. Jak się do jutra nie połapie, wytłumaczę mu po drodze.
Zniknęłam. To znaczy, zniknęłam ze wzroku białego basiora. W rzeczywistości po prostu zakończyłam projekcję, wyciągając pysk z miski z wodą.
Otrzepałam się, żeby pozbyć się wody z sierści. Resztę wieczoru spędziłam na dokończeniu pakowania, by z samego rana być gotową na przeskoczenie, wykorzystując krew Spero, do miejsca, w którym dzisiaj zastałam basiora.

~*~

Wraz ze świtem, z zarzuconym na siebie czerwonym płaszczem i torbą podróżną na grzbiecie, wymieszałam swoją krew z tą należącą do Spero, która nadal mi została po Próbie. Przypomniałam sobie mniej więcej otoczenie, w którym wczoraj zastałam basiora, i przeskoczyłam.
Tym razem omal nie przyprawiłam posłańca o zawał, bo nieopatrznie wylądowałam... na nim. Zwalając go z nóg.
- Najmocniej przepraszam - powiedziałam z autentyczną skruchą w głosie, pospiesznie próbując zejść z wilka. - Nie miałam zamiaru... Nie sądziłam, że będzie pan akurat tędy przechodził.

<Jastes? Coś Ash ma tendencję do wielkich wejść xD>

Słowa: 1070

wtorek, 31 marca 2020

Od Ashayi - Próba Śniegu

- Próba Śniegu?
- Każdy wchodzący w dorosłość wilk musi ją przejść - odpowiedziała Spero, nie przerywając krzątania po swojej pracownio-kuchni. Zawsze fascynowało mnie, jak każda część tej jaskini mówiła o jej charakterze, tym, czym się zajmowała. Wchodziłeś tu i miałeś wrażenie, że znajdujesz się w głowie wilczycy. W pewien sposób dotykasz jej duszy. - Odbędzie się za kilka dni, więc musimy udać się do Centrum.
- Mogę pójść sama - burknęłam, trącając łapą jakąś jagodę, których masa walała się na blacie. Niebieska wadera była rozczulająca, gdy była tak zaaferowana babraniem się w ziołach (dziwię się, że jeszcze nie postanowiła zostać dorywczo zielarką), jednak zawsze robiła przy tym niesamowity bałagan. Naprawdę. Niesamowity.
Moje słowa sprawiły, że Spero momentalnie się zatrzymała. Widziałam, jak przenoszona przy pomocy magii fiolka znacznie obniża swoją wysokość, nim znowu wróciła na poprzednią pozycję, ponownie pochwycona zaklęciem, które na moment tylko wyrwało się spod kontroli wilczycy. Potem wadera powoli odwróciła głowę, by na mnie spojrzeć. TYM swoim wzrokiem.
- A może chciałabym zobaczyć, jak robisz pierwszy formalny krok do dorosłości, hm? - powiedziała tak spokojnym tonem, że aż przerażającym. Odruchowo położyłam uszy po sobie i skuliłam się. - Nie należy mi się chociaż tyle?
- Przepraszam. Nie... pomyślałam - mruknęłam, próbując uciec przed tym palącym spojrzeniem... Które zniknęło tak szybko, jak się pojawiło, bo dosłownie sekundę później Spero znowu się uśmiechała. Wróciła do przerwanej czynności, mianowicie zlewania uwarzonej dopiero co mikstury do fiolek. Wow. To było... szybkie.
Spojrzałam na porozwalane po blatach rzeczy, potem przeniosłam spojrzenie na moją opiekunkę, która walczyła z fiolkami i eliksirem. Nie odrywając od niej wzroku, telekinetycznym zaklęciem podniosłam słoiki, które wyciągnęła z szafek, ułożyłam je w równym rządku na blacie przed sobą, a kolejnym, krótkim zaklęciem, zmusiłam fragmenty różnych roślin do posegregowania się do odpowiednich pojemników. Wszystko to trwało nie dłużej niż pół minuty.
- Ładnie - gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam uśmiechnięty pysk Spero. - Coraz zgrabniej ci to idzie.
Odpowiedziałam uśmiechem.

~*~

Rozpoczęcie było bardzo uroczyste. Wraz z innymi młodymi wilkami zebrano nas na placu przed Pałacem, z którego wyszła nasza Królowa... I Próba Śniegu się rozpoczęła.
Wyruszyliśmy w samo południe, a na odnalezienie i zdobycie celu naszej podróży mieliśmy równo tydzień. A co tak w zasadzie było tym celem...?
Kryształowy płatek śniegu. Miał nam się pokazać, a drogę do niego wskazywać miał nam głos Wyroczni. Widziałam sceptyczne spojrzenia niektórych innych otaczających mnie wilków. No tak, cóż... hasło "podążaj za głosem Wyroczni" czy "głosem własnego serca" jest raczej mało konkretne, a wilkom, które w tego typu rzeczy nie wierzą mówi... dosłownie nic.
Ja podobnego problemu na szczęście nie miałam. Wilczy magowie już na początku nauki zaczynali doceniać ten wewnętrzny głos, swego rodzaju instynkt. Bardzo ułatwiał nam wiele spraw. Choć, z tego co się orientowałam, Spero była w tej dziedzinie wyjątkiem. Polegała tylko na swojej wiedzy i umiejętnościach, które, jak do tej pory, w zupełności jej wystarczyły. Ale... tutaj to podejście chyba by nie przeszło.
Na całą tygodniową podróż zabrałam ze sobą niewiele, bo tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka skór, eliksiry rozgrzewające, korzonki i jagody, które spakowała mi Spero. To wszystko znajdowało się w specjalnej torbie, którą przerzuciłam sobie przez grzbiet. Ach, no i kilka fiolek. Z krwią. Kilka z nich zawierało krew Spero, którą wadera dała mi sama z siebie. Wręczyła przed samym rozpoczęciem, zanim się rozdzieliłyśmy, bez słowa komentarza. I zniknęła w tłumie.
Podejrzewałam nawet, dlaczego to zrobiła. Kilkakrotnie już, w czasie naszych ćwiczeń, robiłyśmy wymiany krwi, co pozwoliło mi się przekonać, że to, jak wilk, którego krew wymieszałam ze swoją, panuje nad swoimi umiejętnościami, nie wpływa w żaden sposób na to, jak ja sobie z nimi radzę. A ze zdolnością Spero do skoków w przestrzeni radziłam sobie zdecydowanie lepiej niż błękitna wadera. Moja droga do zdobycia kryształowego płatka śniegu mogła się dzięki tej krwi znacznie skrócić.
Krew w pozostałych fiolkach zbierałam odkąd dowiedziałam się o Próbie. Wzięłam też część ze swojej kolekcji, którą do tej pory wykorzystywałam jedynie do ćwiczeń. Pierwszy raz miało się okazać, jak idzie mi korzystanie z czyichś mocy w spontanicznych sytuacjach. Czy w ogóle będzie to możliwe.
Teraz jednak zbytnio się tym wszystkim nie przejmowałam. A w każdym razie starałam się nie przejmować. Zgodnie z zaleceniami, ruszyłam tam, gdzie mnie nogi poniosły, za bardzo nie przejmując się kierunkiem, który obrałam. Nawet jakbym się zgubiła, dzięki krwi Spero bez problemu mogłam w każdym momencie po prostu przeskoczyć w jakieś znane mi miejsce. Co pewnie szczególnie się przyda podczas powrotu.
Bo zaledwie po kilku godzinach od początku podróży nie wiedziałam już, gdzie jestem.
Nie przejęłam się tym za bardzo, z resztą z powodów wyżej wspomnianych. Po prostu dalej robiłam swoje. Czyli szłam przed siebie, tam, gdzie coś mnie ciągnęło. Co to takiego było? Ciężko powiedzieć. Grunt, że działało. No, mniej więcej.

~*~

Dolina Widm. Cholera. Już chyba wolałam Strefę Wykluczenia. Naprawdę. Stamtąd wilki przynajmniej czasami wracały...
Ale to właśnie do tej części przerażającego Dystryktu IV zaprowadziła mnie moja podświadomość, instynkt, czy jak kto to nazywał. W normalnych okolicznościach w życiu bym się tam nie zapuściła. Nasłuchałam się wystarczająco dużo historii o tym miejscu, by trzymać się od niego z daleka. A jednak w tym właśnie momencie coś mnie tam ciągnęło...
No więc - cóż poradzić? Z ciężkim, zrezygnowanym westchnieniem rozejrzałam się dookoła, zatrzymując na granicy doliny. Krok dalej i już w nią wkroczę, nie będzie odwrotu, możliwości wycofania się... Rozejrzałam się, by upewnić, że jestem tu sama. Że nic na mnie nie wyskoczy zaraz po tym, jak wejdę na niebezpieczny grunt. Było cicho. Przerażająco wręcz cicho, słyszałam jedynie swój spokojny oddech. Żadnego szumu wiatru, dźwięku spadającego z gałęzi drzew śniegu, strąconego przez nieuważne stworzenie... Nic.
Odetchnęłam głęboko, chcąc jeszcze na chwilę, choć na moment przeciągnąć nieuniknione... Zrobiłam pierwszy krok ku nieznanemu. Łapa zanurzyła się w śniegu, zaraz po niej druga, trzecia i czwarta... Szłam prosto ku nieznanemu, kierując się tylko i wyłącznie marnymi poszlakami, jakie otrzymałam na rozpoczęciu próby. Mianowicie tym wewnętrznym głosem, który z każdym krokiem z przeświadczenia, swego rodzaju podpowiedzi, skłaniania do poruszania się w danym kierunku, zdawał się zmieniać w coraz wyraźniejszy - rozkaz, prośbę? Słyszałam tylko pojedyncze słowa wśród szeptów, które nagle zalały moją głowę.
Skrzywiłam się nieznacznie, próbując połapać się w tym wszystkim, oddzielić ziarno od plew, tak jak uczyła mnie Spero, gdy duchy zaczynały mi się zbytnio naprzykrzać. Nie miałam teraz co prawda pewności, czy to w istocie dusze zmarłych w tym miejscu wilków się mną bawiły, czy to coś innego siedziało mi teraz w głowie... Ale umiejętność się przydawała. Nawet, jeśli próba uciszenia głosów spełzły na niczym, byłam w stanie dalej iść. Gdzie? Nie do końca wiedziałam. Chociaż co jakiś czas przed oczami stawał mi obraz drzewa... Martwego, uschniętego drzewa z długą historią, które wieki temu trafił piorun, a mimo to dalej coś trzyma je przy życiu na tyle, że jego pień ani gałęzie nie zaczęły jak do dej pory butwieć. Skąd to wiedziałam? Ha, dobra pytanie...
Wędrówka przez Dolinę Widm zajęła mi cztery dni. Czy napotkałam jakieś przeszkody? Pff, głupie pytanie. Mówimy o tej samej dolinie? To oczywiste, że coś musiało przynajmniej kilkakrotnie na mnie wyskoczyć i spróbować mnie zjeść. Ale byłam na to przygotowana... przynajmniej w teorii.
W praktyce mogło to wyglądać nieco inaczej. Jeszcze nigdy nie musiałam podróżować samotnie, zawsze towarzyszyła mi Spero albo któryś z pozostałych magów. Jak miałam okazję się teraz przekonać, to nie takie proste ani bezpieczne przedsięwzięcie, szczególnie, gdy zapada zmrok. W końcu każdy musi kiedyś spać, prawda? Gdy podróżujesz z kimś, możecie podzielić się wartami, jeden wilk śpi, podczas gdy drugi czuwa, by móc zareagować w razie niebezpieczeństwa. Samotne nocowanie w lesie, szczególnie w miejscu, w które wilki boją się zapuszczać za dnia, nie należy do najprzyjemniejszych. Ani najbezpieczniejszych.
A jednak coś cały czas nie pozwalało i zawrócić.
Pierwszej nocy nie zmrużyłam oka. Zbyt bałam się tego, że w każdej chwili może coś na mnie wyskoczyć zza najbliższego krzaka z zamiarem zamordowania i późniejszej konsumpcji. Następny dzień był katorgą, półprzytomna musiałam unieszkodliwić niedźwiedzia, który się napatoczył po drodze... Omal przy tym nie zginęłam. Co dało mi dość jasny przekaz, że muszę spać. Bez tego na pewno nie będę w stanie stawić czoła temu, co znajduje się na końcu mojej ścieżki, skoro zwyczajny niedźwiedź, i to nawet niezbyt postawny, był w stanie niemal mnie pokonać.
Wymyśliłam więc sposób. Dość prosty o dziwo, na szczęście skuteczny. Magia miała różne zastosowania, a mroczne jej arkana, które były mi bliższe, niekoniecznie służyły wyłącznie do zabijania czy wskrzeszania zwłok, co potrafiła Spero, a mi do tej pory nigdy to nie wychodziło. Za to zaklęcia-pułapki i bariery... Jak najbardziej można powiedzieć, że na tym się znałam.
Na noc otaczałam się całą masą magicznych pułapek, które głównie miały za zadanie obudzić mnie, gdyby ktoś się zbliżał, przy okazji jednak w niektóre z nich włożyłam nieco więcej pracy, dzięki czemu mogły chwytać lub nawet ranić, cokolwiek by się w nich nie znalazło. Dodatkowo osłaniałam się specjalną barierą, teoretycznie przezroczystą, jednak momentami opalizującą na fioletowo. I tak sobie radziłam. Jak mogłam najlepiej, byleby nie zginąć.
Ostatniego dnia, gdy głosy w głowie wyjątkowo nie dawały mi spokoju, miałam nieodparte wrażenie,  że ktoś cały czas podąża moim śladem. Kilkakrotnie, na zakrętach lub w pobliskich krzakach, mignęły mi jakieś ciemne sylwetki, jednak gdy przenosiłam lekko spanikowany wzrok na miejsce, gdzie powinny stać, nikogo tam nie było. Trwało to dobre kilka godzin, do tego dochodził coraz częściej powtarzający się, obcy mi głos, krzyczący w mojej głowie Zawróć!, próbujący zagłuszyć moją podświadomość... Bałam się. Cholernie się bałam, ale... coś mi mówiło, że jestem już blisko. I nie powinnam zawracać.
Pod wieczór, gdy słońce zaczynało już powoli chować się za horyzontem, dostrzegłam w końcu cel mojej podróży. Samotne drzewo, kiedyś trafione przez piorun... A dookoła niego pustka. Czarna kora, czarna ziemia, jakby ktoś ją zatruł... Biła z tego miejsca aura niepokoju. Strachu.
Śmierci.
Odejdź!
Skuliłam się, podwijając ogon pod siebie, tak głośny i rozkazujący był głos, który nagle rozległ się w mojej głowie. Jakby chciał rozłupać mi czaszkę od środka. A zaraz po nim pojawiły się szepty, tak natarczywe, że z trudem zdołałam się wyprostować i postawić kolejny krok. Wzrok mi się zamazywał, wdziałam tylko fragment ziemi pod moimi łapami, cała reszta była jakby zasłonięta przez mgłę... I te cienie. Przybywały coraz liczniej, gromadziły się dookoła, jednak jak na razie trzymały się w bezpiecznej odległości. Nie miałam jednak złudzeń. Gdy tylko wykonam jakiś ruch, który się im nie spodoba, zaatakują.
Szłam dalej. Krok za krokiem, starając się jakoś ignorować szepty, obrazy, które mi podrzucały. Urywki przeszłości, ich, tego miejsca...? Nie wiedziałam. Były zbyt krótkie, by dało się wychwycić ich znaczenie. Jednak jeden obraz powtarzał się częściej, niż inne, jakby za wszelką cenę ktoś chciał mi go pokazać.
Kryształowy płatek śniegu. Tkwiący w lodzie, po korzeniami drzewa.
Więc szłam dalej. Miałam cel, musiałam go osiągnąć, zdobyć to, po co tu przyszłam... Dlaczego właściwie? To ważne. Ale dlaczego? Po co się tu znalazłam? Czemu mam podejść do drzewa... Nie. W zasadzie to powinnam stąd odejść. Jak najdalej od drzewa, tyle że...
Postąpiłam kolejny krok naprzód. Czułam się, jakbym brodziła po kolana w jakimś gęstym płynie, który hamował moje ruchy. Walczyłam z nawiedzającymi moją głowę obcymi myślami, starając się oddzielić je od tych należących faktycznie do mnie i... ten cichy głosik, który mnie tu przyprowadził. On mi pomagał.
Byłam już przy samym pniu. Skupiony do granic możliwości wzrok wbijałam w ziemię pod moimi łapami, starając się odnaleźć ten cholerny płatek... Jest, tam, dokładnie jak w wizji, którą mi pokazał ten głosik, tak cichy teraz, w zasadzie niesłyszalny, zagłuszony przez pozostałe... Coś kazało mi podnieść wzrok, na pień, spojrzeć tam, gdzie między fragmentami czarnego drewna, jakby w klatce pnia drzewa, za drewnianymi kratami...
Serce. Bijące, żywe serce.
- Cholera jasna - cofnęłam się gwałtownie, omal się nie przewracając. Patrzyłam z przerażeniem w organ, pracujący, żywy organ, pompujący prawdziwą krew przez drzewo, w górę, do martwej korony i do korzeni, dalej, w ziemię... - Kurwa, kurwa, kurwa...
Chwila. Nie. Nie mogłam się teraz wycofać. Płatek... Muszę go wydobyć z lodu.
Przestałam się cofać równie gwałtownie, jak zaczęłam. Oderwałam wzrok od przerażającego drzewa, by przenieść go na lód pod korzeniami... Jedno zaklęcie i płatek będzie mój. A wtedy będę mogła z czystym sumieniem stąd spadać.
Gdzieś na granicy świadomości zdawałam sobie sprawę z otaczającego mnie mrowia cienistych istot. Czekały na coś... Tylko na co?
Powoli zdjęłam torbę z grzbietu, zaczęłam przeszukiwać jej zawartość, by znaleźć krew od Spero. A także inną fiolkę, od basiora, którego żywiołem był ogień. Mógł mi się teraz przydać.
W obawie, że cieniste istoty mogą zareagować na krew, chciałam, żeby operacja mieszania krwi odbyła się możliwie szybko i... o ironio... bezkrwawo.
Jednak gdy tylko specjalnym nożykiem nacięłam skórę pod łopatką... Cholernym cudem tylko zdołałam wylać na nią zawartość obydwóch fiolek. Bo cieniści zaatakowali gdy tylko zwęszyli krew.
Szybko przekonałam się, że nie mogę ich zabić. Nie zębami w każdym razie... Każdy cios przechodził przez nich jak przez dym, przez co po wyprowadzeniu kilku pierwszych ciosów i nie napotkawszy oporu ciała, straciłam równowagę, omal nie wylądowałam pyskiem w ziemi. Oni za to ewidentnie mogli mnie zranić i to bez szczególnego problemu... Byli szybcy.
Sięgnęłam po magię. Mogłam korzystać z magii krwi, w końcu właśnie krwawiłam, nie tylko z zadanej sobie własnoręcznie rany, ale również tych, które zostawiły po sobie zęby moich przeciwników. Co znacznie ułatwiło mi robotę, jeśli chodzi o odpieranie ataków. Zadawanie ciosów mijało się z celem, bo choć próbowałam wszystkich znanych mi zaklęć, sztuczek... Wszystko przelatywało przez nich jak przez dym.
Dziwnie przypominają te istoty, które sama potrafisz przywołać, prawda?
To też brzmiało jak plan. Przywołanie dusz zmarłych, by rozprawiły się z istotami zrodzonymi z cienia... Jednak nie wyczuwałam w pobliżu żadnej chętnej do współpracy duszy. W ogóle... żadnej duszy. Tylko te nieustające szepty w głowie, stające się coraz głośniejsze z każdą raną zadaną przez cienie...
W którymś momencie było tego za dużo. Za dużo rzeczy, na których powinnam się skupić, zbyt wiele...
Gdzieś w głębi mojego gardła zaczął narastać ryk, a w raz z nim magia. Czułam, że jest potężniejsza, niż kiedykolwiek, jakbym podświadomie zaczerpnęła jej nie tylko z siebie, ale i z otoczenia, z tego... drzewa.
Nagromadzona przeze mnie magia eksplodowała, w ułamku sekundy rozjaśniając ciemność nocy, która zdążyła już zapaść. Rażąc cienistych... którzy zniknęli. Tak po prostu, jakby nigdy ich tu nie było.
Oddychałam ciężko, krwawiąc z licznych ran, jednak czułam pewną ulgę. Szepty ucichły... na moment, bo zaraz znowu rozpoczęły swoje zabawy moim umysłem. Jednak nie były już tak napastliwe. Słyszałam je, jednak bardzo łatwo przychodziło mi zignorowanie ich. Jakby już się uspokoiły.
Musiałam działać szybko. Korzystać z chwili, zanim się zregenerują i na nowo zaatakują. Na granicy wzroku znowu zaczęłam widzieć te dziwne cienie, jednak na powrót niematerialne,jakby były tylko tworem mojej wyobraźni... Wykorzystując moc tworzenia i kontrolowania ognia, którą sobie pożyczyłam, wytopiłam kryształowy płatek z lodu. Podniosłam go ostrożnie, wrzuciłam do torby, którą zaraz zarzuciłam z powrotem na grzbiet... Ostatni raz spojrzałam na drzewo.
I przeskoczyłam.

~*~

Wróciłam do mieszkania Spero w centrum szóstego dnia, miałam więc akurat tyle czasu, by jako tako się ogarnąć przed oficjalnym zakończeniem. Tym bardziej, że gdy tylko pojawiłam się tutaj zdałam sobie sprawę, że... nie mam na ciele ani jednej rany. Ani jednego zadrapania, nawet tego, które sama sobie zadałam. Tylko z nosa przez kilka minut kapała mi krew. Jakim cudem? Nie miałam bladego pojęcia...
Zakończenie było nie mniej uroczyste, jak rozpoczęcie. Również w obecności naszej królowej... Widziałam, jak Spero patrzy na mnie z dumą z otaczającego nas, szczeniaki, które pozytywnie ukończyły próbę i od dziś miały prawo zwać siebie pełnoprawnymi dorosłymi, tłumu. Uśmiechnęłam się do niej ciepło, a ona odpowiedziała tym samym.
Potem mowa. Królowa pochwaliła nas, pobłogosławiła... A kryształowe płatki uniosły się nad naszymi głowami. Magia, pomyślałam, jednak nie wyczułam żadnego konkretnego zaklęcia. Niemniej... po tym, co widziałam, nie miałam jakoś siły analizować tego zjawiska.
Światło, które raptem zaczęło padać z pomnika Silvarii stojącego na placu, trafiło w każdy z tych płatków, a z nich z kolei, rozszczepiając się, na nas.
Przepełniło mnie niesamowite uczucie, trudne do opisania, jednak... Naraz zapomniałam o wszystkich trudach podróży, czułam się jak nowo narodzona, gotowa w każdej chwili do działania...
- Od dzisiaj jesteście pełnoprawnymi wilkami - nad placem rozległ się głos Królowej.
Zamknęłam na moment oczy, delektując się chwilą. Tak... Przyszłość stała teraz przede mną otworem.


Słowa: 2667
A Ash jest już oficjalnie dorosła ;*

czwartek, 18 lipca 2019

Od Ashayi

- Ładnie - pochwaliła mnie Spero, wadera, którą od mojego pojawienia się w Królestwie Północy zwykłam nazywać mamą. - Chociaż spodziewałam się mniej... druzgoczącego efektu.
Uśmiechnęłam się do niej promiennie i rozejrzałam się dookoła, dumna z siebie i tego, co udało mi się zrobić.
Wokół nas unosiły się tysiące niewielkich kamieni. Podniesionych moją magią!
Zanim się tu znalazłam nie miałam pojęcia, że czarowanie może być tak zabawne. I niebezpieczne, przypomniały mi się słowa Spero, gdy zaczęła mnie uczyć i w euforii wywołanej dobrze rzuconym zaklęciem powiedziałam coś podobnego. Potem, na polecenie mojej mamy, Fen znalazł dla mnie o tym książki w Wielkiej Bibliotece. Szczególnie  te poruszające przypadki źle wykorzystywanej czarnej magii, którą obydwie się posługiwałyśmy.
- Ym, tylko, wiesz... Cieszy mnie, że potrafisz modnieść... je wszystkie - Spero jeszcze raz powiodła wzrokiem po lewitujących kamieniach. Przełknęła ślinę, jakby zdenerwowana, choć przecież nie miała ku temu powodu, powinna się cieszyć, że robię postępy! - Chciałam, żebyś podniosła ten głaz - wskazała łapą średniej wielkości kamień, który pewnie byłabym w stanie podnieść o własnych siłach, nie posiłkując się magią. Określenie go mianem "głazu", to lekka przesada. - A ty podniosłaś wszystkie kamyki dookoła, tylko nie ten. Nie mówię, że to nie wyczyn, bo uwierz mi, nie każdy tak potrafi. Ale teraz nie wiem, czy zrobiłaś to specjalnie, czy...
Nim miała szansę skończyć, opuściłam kamienie na ziemię, skupiając się na tym jednym. Po chwili uniósł się lekko ponad ziemię, ale to tyle. Okazał się cięższy, niż myślałam...
- Dobrze, na razie tyle starczy - Spero skinęła głową, a ja z westchnieniem ulgi, przy pomocy magii, odłożyłam głaz na miejsce. - Jutro idziemy do Centrum, zostałam wezwana do Pałacu w jakiejś sprawie.
- Będę mogła iść w tym czasie do biblioteki? - zapytałam natychmiast, przypadając do mamy i zaczynając skakać wokół niej. - Proooooszęęę!
- Jasne - zaśmiała się i, kładąc łapę na mojej głowie, uniemożliwiła mi dalsze skoki godne kangura (śmieszne istotki, widziałam ich obrazki i opisy w książkach). - Ale teraz wracamy do jaskini. Trzeba się spakować.
Wystrzeliłam jak z procy, by jak najszybciej znaleźć się w domu. Za sobą pozostawiłam roześmianą Spero, która, jak doskonale wiedziałam, nie była w stanie dotrzymać mi kroku z powodu swojej słabej kondycji. Ale wiedziałam też, że pewnie w jaskini znajdzie się przede mną. Kiedy po raz pierwszy zapytałam, jak to zrobiła, odpowiedziała, że ma swoje sposoby, ale po kilku podobnych przypadkach, gdy nie odpuszczałam, odpowiedziała, że przeskoczyła. Potem wytłumaczyła, że potrafi, w zasadzie odruchowo, przemieszczać się w czasie i przestrzeni, na dowolne odległości. Choć im dalsza odległość, tym bardziej jest to odruchowe, nie panuje nad tym i takie tam... Ale dla mnie i tak brzmi genialnie!

~•~

- Hejka Fen! - krzyknęłam, ledwo przekroczyłam próg Biblioteki i moim oczom ukazał się wspomniany basior. Podskoczył wystraszony, nim odwrócił się do mnie i uśmiechnął. W kilku susach dopadłam do niego i przytuliłam się do niego na powitanie. - Biegnę do działu z księgami o magii! - chciałam poszukać czegoś więcej o umiejętności Spero do "przeskakiwania". Choć wiele wilków potrafiło tworzyć portale teleportacyjne, opis jej umiejętności nie pasował do niczego, z czym w moim krótkim życiu się spotkałam. Byłam tego ciekawa.
Nim zniknęłam między regałami, na wpół usłyszałam, na wpół odczytałam z myśli, jak mama przeprasza Fena za moje zachowanie. Parsknęłam cicho. Jemu to nie przeszkadzało.
Kilkadziesiąt minut później przeszukałam chyba cały dział magiczny, do którego miałam wstęp. Już miałam się poddać, gdy na najwyższym regale dostrzegłam obiecującą pozycję.
Byłam zbyt niska, by jej sięgnąć, Fena nie było nigdzie w pobliżu, a Spero prosiła, żebym raczej starała się nie używać nieopanowanych do końca zaklęć. Stałam więc pod tym ragałem, zastanawiając się, co zrobić, gdy usłyszałam przyjazny głos:
- Może pomóc?
Natychmiast skinęłam głową i odwróciłam się do właściciela głosu.
Przede mną stała śnieżnobiała wadera z czerwonymi wzorami na sierści. Zamrugałam szybko, po czym uśmiechnęļam się do niej promiennie i rzuciłam, nieco rozmażonym głosem, z może, ale tylko może, lekko wyczuwalną nutką zazdrości:
- Twoja sierść ma piękny kolor...

<Nevt? ;P >

Słowa: 636

środa, 17 lipca 2019

Ashaya

azzai

Ci, którzy wiedzą, jak jest w ciemnościach, zrobią wszystko, by pozostać w świetle...


Imię: Ashaya (przyjaciele często skracają jej imię do Ash)
Ród: z Rodu Lux, ale zapytana, przeważnie mówi, że pochodzi z rodu swojej opiekunki - z Rodu Xijan
Wiek: 2 lata
Płeć: Wadera♀
Rasa: Merith
Stan: Mieszkaniec
Stanowisko: Mag Czarnej Magii
Charakter: Ashaya jest waderą pozytywnie zakręconą, pełną optymizmu i wiecznie uśmiechniętą. Uwielbia spędzać czas w otoczeniu przyjaciół. Naturalnie przychodzi jej zjednywanie sobie innych. W ekspresowym tempie potrafi zaprzyjaźnić się niemal z każdym i zdobyć jego zaufanie. Jednak jej samej trudno jest całkowicie zaufać innym, irracjonalnie z każdej strony spodziewa się potencjalnej zdrady.
Zawsze jest chętna do wyświadczania przysług, jednak za każdą będzie oczekiwała rewanżu. I nie dziw się, jeśli owym "rewanżem" będzie prośba o nieco krwi. Do czego jej to? Cóż, biorąc pod uwagę jej umiejętność "pożyczania" czyjejś mocy przez mieszanie jego krwi ze swoją, bywa to przydatne.
Uwielbia czytać i zgłębiać swoją wiedzę. Potrafi całe dnie przesiedzieć w bibliotece z nosem w książkach, całkowicie oderwana od otaczającej ją rzeczywistości. Z niezwykłą pasją zgłębia także, często dawno zapomniane, arkana magii.
Bezbłędnie potrafi wyczuć kłamstwo. Do tego dochodzi fakt, że bardzo nie lubi, gdy ktoś próbuje ją oszukać. Lepiej więc nie próbować, bo potrafi zareagować... wyjątkowo gwałtownie. Na tyle, że często balansuje wtedy na granicy łamania prawa. I choć fizycznie krzywdy nie zrobi, potrafi swoimi iluzjami nieźle namieszać w psychice...
Wygląd: Jak na waderę jest dość wysoka, dorównuje wzrostem niektórym basiorom. Ma długą, biało-czarną sierść, nos obwiedziony kolorem niebieskim. Ma heterochronię - co oznacza, że tęczówka jednego oka ma inny kolor niż druga, w jej przypadku w prawym oku jest niebieska, w lewym żółta.
Żywi sentyment do czerwonego płaszcza, który należał kiedyś do jej matki. I to mimo, że do rodzicielki nie żywi żadnych pozytywnych uczuć. Jest to jednak jedyna pamiątka z miejsca, z którego pochodzi i jakoś nie w smak jej się z nią rozstawać.
Żywioł: Dusza • Krew • Czarna Magia
Moce:
~ zna bardzo dużo zaklęć z dziedziny czarnej magii, jedne proste, inne bardziej złożone
~ mieszając swoją krew z czyjąś, jest w stanie na pewien czas przejąć jego moce
~ tworzenie iluzji, widocznych jedynie dla danego wilka (coś jak zwidy, mary), ale również potężniejszych, widocznych dla wszystkich przebywających w danym pomieszczeniu
~ może zobaczyć i przywoływać dusze zmarłych, nadawać im namiastkę cielesności (tak, że każdy może je zobaczyć, potrafią zrobić krzywdę, ale same nie mogą zostać zranione przez nic, poza bardzo silną magią) i posługiwać się nimi np. w walce
~ potrafi do pewnego stopnia czytać w myślach, może się tak porozumiewać z kimś na duże odległości - przemawia do niego telepatycznie, a odpowiedź wyczytuje z myśli
Rodzina: Tak w sumie, to nie wie. Wyparła tę informację z pamięci. I tak parka, która ją spłodziła, wzorem rodziców nie była. Po tym, jak Spero z Rodu Xijan znalazła ją w Strefie Wykluczenia i wzięła pod swoją opiekę, to właśnie ją uważa za matkę.
Partner: Obecnie jest zbyt skupiona na księgach, by zwracać uwagę na zalotników. Ale jeśli komuś uda się do niej dotrzeć... no cóż, nic tylko pogratulować.
Potomstwo: ---
Miejsce zamieszkania: Na co dzień mieszka w Dystrykcie IV, w jednej z jaskiń pod Marznącymi Wodospadami. Jest to całkiem dobrze ukryte przed resztą świata miejsce, idealna kryjówka, dodatkowo całkiem blisko miejsc, które bada. Od czasu do czasu pomieszkuje w mieszkaniu w Centrum swojej przybranej matki, Spero.
Patron: Matka (biologiczna) zawsze twierdziła, że patronuje jej Nemeye. Osobiście wadera sama nie wie, czy w ogóle wierzy w jakiś bogów...
Umiejętności:

Intelekt: 20 | Siła: 3 | Zwinność: 4 | Szybkość: 4 | Latanie: 0 | Pływanie: 4 | Magia: 30 | Wzrok: 10 | Węch: 10 | Słuch: 15 |

Historia: Ashaya urodziła się na Ziemi Fareńskiej, na południowym-wschodzie kontynentu. Mieszkała tam przez pierwszy rok swojego życia, praktycznie opiekując się sobą sama - rodzice byli zbyt zajęci sobą, by zwracać uwagę na plączącego się pod łapami szczeniaka. Podczas jednej z samotnych eskapad poza swój dom, którymi umilała sobie dłużące się w samotności dni, natrafiła na ciekawe miejsce. Trafione piorunem drzewo, otoczone dziwną aurą. Które zdawało się ją wołać...
Następne, co pamięta, to pysk pochylającej się nad nią błękitnej wadery. Spero z Rodu Xijan znalazła ją, na wpół przysypaną śniegiem w Strefie Wykluczenia i choć początkowo chciała oddać ją do sierocińca, by mała miała dach nad głową i swoje miejsce do spania, ostatecznie zdecydowała się zaopiekować szczeniakiem. Zbyt się z nią zżyła podczas drogi do Centrum.
Zaraz potem odkryto u małej wadery wyjątkowo potężną magię, przewyższającą nawet tą, którą posługują się niektóre dorosłe wilki. Wtedy Spero zgodziła się wziąć ją do siebie na nauki. Jak się okaże w późniejszym czasie, jak wiele razy wcześniej pokazała nam historia, uczeń przewyższy mistrza...
Inne: 



~ Dysponuje potężną magią, nie popada w śpiączkę, jeśli zużyje jej zbyt wiele, jednak coś takiego odbija się na niej fizycznie - zaczyna się od krwotoków z nosa, a potem kolejno z uszu i oczu. W skrajnych przypadkach traci przytomność, a gdyby zdarzyło się kiedyś, że naprawdę przesadzi, mogłoby to doprowadzić nawet do jej śmierci.
~ Magia związana z żywiołem duszy często wymyka się jej spod kontroli, dusze się jej narzucają i niekiedy przejmują nad nią kontrolę, szepcząc do ucha sugestie. Nie kontroluje się wtedy i ciężko ją z tego stanu istnej żądzy mordu wyciągnąć. Ale nietrudno dostrzec, że się w nim znajduje - jej oczy przybierają wtedy ten sam kolor, lekko przydymionego niebieskiego.
Autor: Anko5
Layout by Netka Sidereum Graphics