Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eventy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eventy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2022

Podsumowanie Eventu Halloweenowego

 Hej Pierniczki..! Ah wait, nie ten Event... *agresywne kartkowanie wydarzeń na blogu* O, dobra, mam.
Hej kochane Duszki, Wampirki i inne Zombiaki! >:D
Event Hallowen zaczął się, przeminął, więc trzeba go też podsumować odpowiednio oczywiście~ Szczególnie, że wykazaliście się sporym zainteresowaniem, a nic tak nie pobudza u admina chęci do działania niż dobrze przyjęty Event hehe~ 
No to lecimy z tym!

Więc tak, w tym roku w zadaniach pisemnych udział wzięli:
Hauro: Quest I, Quest II
Mordimer: Quest I
Ros: Quest I, Quest II
Oda: Quest I
Vallieana: Quest I
Yelthana: Quest I

Zaś jeśli chodzi o zadanie rysunkowe to prace prezentują się tak:
https://cdn.discordapp.com/attachments/1006242358385463356/1036991441483870238/Untitled217_20221101100939-1.png
Autor: 🐲🐉Smoczek aka Wiosenka 🐉🐲
#6927


Autor: Babilon#9253
https://cdn.discordapp.com/attachments/966120315539292182/1037797302003302420/oda_halloween_KP.png 
Autor: √Delta#1337 

autor: RavvsKoy#7336

autor: RavvsKoy#7336

Doprawdy przerażające ;O

Wszystkie postacie, które uczestniczyły we wszystkich etapach Eventu oczywiście otrzymują unikatową odznakę Halloween 2022!



Na ten moment to tyle. Dziękujemy wszystkim, którzy bawili się razem z nami i liczymy, że w przyszłości zainteresowanie eventami będzie tylko większe. Bez odbioru~

~Administracja Królestwa Północy

niedziela, 13 listopada 2022

Od Hauro - event Halloween, quest II

   [UWAGA quest zawiera makabryczne sceny]

Dzisiaj stwierdziłem, że się rozerwę. A mówiąc "rozerwę się" mam na myśli polowanie. Znaczy, nie byłem w tym jakiś mega dobry, jednak sama pogoń za zwierzyną dawała dużo radości. Szedłem więc lasem z nosem przy ziemi. Zapachy zalewały mój nos ze wszystkich stron. Zapach ziemi i świerków był dominujący. Tłumił większość zapachów. Po chwili wyczułem nikły, jednak świeży zapach królika. Oblizałem się mimowolnie. Zacząłem podążać tropem, (być może) mojego przyszłego posiłku. W końcu zapach stał się silniejszy. Przyspieszyłem kroku. Jak dobrze, że dzisiaj nie wziąłem wisiorków i dzwonków. Tylko by mi przeszkadzały. Gdy usłyszałem szelest w krzakach, przypadłem do ziemi i powoli się czołgając, schowałem się za kamieniem. Tak jak się spodziewałem, wyszedł z nich królik. Na moje szczęście, wiatr wiał w moją stronę, więc ofiara nie miała szans zorientować się, że coś jest nie tak. Podniosłem powoli łeb nad głaz. W tem królik obrócił głowę w moją stronę i rzucił się do ucieczki. Wyskoczyłem zza mojej kryjówki i pognałem za nim. Podczas tej jakże szalonej gonitwy, nie zauważyłem, że krajobraz się zmienia. Piękna, zielona trawa z każdym metrem stawała się coraz ciemniejsza. Pnie stawały się coraz grubsze a ptaki milkły. Im dłużej biegłem, tym moja ofiara coraz bardziej się oddalała. W końcu całkowicie zniknął mi z pola widzenia. Usiadłem zmęczony, gdyż nie byłem przyzwyczajony do tak długich biegów. Moja aktywność fizyczna, ograniczała się do spacerów na rynek. Dyszałem ciężko. Dopiero teraz zorientowałem się, że jestem w ogóle innym lesie niż wcześniej. Ten był bardziej mroczny i przerażający. Drzewa były ogromne i ich korony zasłaniały niebo, tak, że panował tu półmrok. Gdzieniegdzie stały spore głazy. Nie było tu praktycznie żadnych krzaków czy roślin innych niż trawa. Przełknąłem ślinę i wstałem. Nie ukrywałem, że czułem strach. Te miejsce miało taką strasznie dziwną i przerażającą aurę. Nawet głupi wyczułby, że coś jest nie tak. Po raz drugi przełknąłem ślinę i ruszyłem przed siebie. Coś mi mówiło, że nie mogę tu zostać. Obróciłem się i ruszyłem w kierunku, z którego przynajmniej mi się wydawało, przyszedłem. Szedłem powoli, omijając kamienie i dziury. Mimo iż, szedłem w kierunku wyjścia, w lesie robiło się coraz ciemniej. Temperatura również spadła. Z każdym wydychanym przeze mnie powietrzem, przy moim pysku tworzyła się chmurka pary. To nie było normalne. Powoli zaczynałem panikować, a tym samym przyspieszać. Po chwili trafiłem do punktu wyjścia. To była dokładnie ta sama polana co wcześniej, tylko było tu mroczniej! Normalny las tak nie działa! Tylko w sumie, ten nie był normalny. Pnie drzew były grube a korony gęste i poplątane o siebie jak jakiś baldachim z liści. Nie było tu ani żywej duszy (Oprócz mnie oczywiście). Nie śpiewał żaden ptak. Nawet nie było tutaj żadnych robaczków, motyli czy jakichkolwiek owadów. Nawet komary, które w lasach występowały tak często, jak ryby w jeziorze, nie pakowały mi się do uszu i nosa!    Nagle coś skoczyło na mnie od tyłu i mnie powaliło. 
— Ktoś Ty?! — Warknął, a ja zorientowałem się, że to tylko jakiś wilk. Z jednej strony cieszyłem się, że to nie jest jakiś potwór i, że nie jestem sam w tym obskurnym lesie, ale z drugiej strony przybysz mógł mieć złe zamiary. 
— Na pewno nie chcę zrobić Ci krzywdy, to raz. — Zacząłem, a gdy poczułem, że ucisk zelżał kontynuowałem. 
— A dwa, tylko zabłądziłem i szukam wyjścia — 
— Hym… Chyba mogę Ci ufać — Mruknął nieznajomy, po czym wstał ze mnie. Stanąłem na wszystkich czterech łapach i otrzepałem się z kurzu, który zgromadził się na mojej sierści podczas upadku. 
— Nie musiałeś od razu się na mnie rzucać, wystarczyło grzecznie podejść i zapytać — Powiedziałem mierząc wilka spojrzeniem. Był dość duży, miał spore spiczaste uszy i długi ogon, składający się głównie z piór. Jego sierść była koloru granatowego, miejscami przechodzącego w czerń. Jego oczy były dziwnie białe, no, ale cóż: Żyjemy w świecie, gdzie występują kryształowe jaszczurki i żyjące szkielety. 
— Wolałem być ostrożniejszy, nie wiem przecież co kryje się w tym okropnym miejscu  — Rzekł wzdrygając się. W tym momencie przyznałbym mu rację, rzeczywiście było tu okropnie. 
— Moje imię to Keir — Powiedział skłaniając się nisko. To chyba był rodzaj przywitania. Trochę dziwne, jednak nie chciałem go urazić.
— A Ty to? — Spytał patrząc na mnie przeszywającym wzrokiem. 
— Hauro — Odparłem, również się skłaniając. Gdy się wyprostowałem, mina Keira wyrażała zadowolenie. 
— Skąd jesteś? — Zapytałem siadając. 
— Nie jestem z Królestwa jeśli o to Ci chodzi. Jestem samotnym wilkiem i podróżuję. — Powiedział. 
— Ciekawe — Pokiwałem głową wstając. Miło się gadało, jednak nie mogłem tu zostać. Musiałem wrócić do domu.
— Wybierasz się gdzieś? — Spytał Keir również wstając. 
— Muszę odszukać wyjście z tego lasu. — Odparłem odwracając się. 
— Pomogę Ci! Również szukam wyjścia, a razem będzie nam raźniej! — Krzyknął podbiegają do mnie i trącając mnie w bark. Szliśmy więc razem w poszukiwaniu wyjścia, gdy nagle dostrzegłem coś w korze. Przerywając naszą pogawędkę podszedłem do drzewa i przyjrzałem się dziwnemu znalezisku. Oddech ugrzązł mi w piersi, gdy zdałem sobie sprawę co to jest. 
— Co tam znalazłeś? — Zapytał Keir wesoło, podchodząc do mnie. Cały jego dobry humor uleciał, gdy zobaczył to co ja. W korę była wrośnięta łapa wilka. Spojrzałem na kolejny pień. W nim również była jakaś cząstka wilka. Podtruchtałem do częściowo wrośniętego pyska wilka. Jego oczy powoli przesunęły się na mnie a jego pysk rozchylił się. 
— Uciekajcie… — Wychrypiał a ja upadłem do tyłu. W jednej chwili wstałem i rzuciłem się do biegu. Po chwili u mojego boku zjawił się Kair. Po chwili biegu, która wydawała się wręcz wiecznością, zatrzymaliśmy się zdyszani. 
— Co… CO TO U LICHA BYŁO?! — Wrzasnął spłoszony Keir. Zanim jednak zdążył wykrzyczeć kolejne przekleństwa, zatkałem mu pysk łapą.
— Jeśli możesz, łaskawie się zamknij. — Powiedział tonem ostrzejszym niż zamierzałem. — Ktoś, albo coś, jest tutaj i nie jest to przyjazne. — Dodałem odstawiając łapę z powrotem na ziemię. 
— A Ty niby skąd to wiesz, co? Może to Ty zwabiasz tu wilki i to Ty powsadzałeś je w te drzewa? — Warknął pusząc futro. 
— Tak to na pewno ja i jestem tak dobrym aktorem, że tylko udaję, że się boję i to wszystko tylko jedna wielka gra dla mojej uciechy. — Od Warknąłem mu wstając. 
— O! Dokładnie tak! Dokładnie! — On również wstał. Miałem ochotę porządnie przyłożyć w ten jego durnowaty pysk, aby się ogarnął. Jednak nie mogłem tego zrobić, jeśli nie chciałem zostać sam. 
— To nie byłem ja, jeśli miałbym Cię zabić już dawno bym to zrobił, nie jestem kimś kto lubi patrzeć na cierpienie innych. Więc jeśli łaska, ogarnij się i nie rób ze mnie nie wiadomo jak złego wilka. — Powiedziałem a Keir zamyślił się. 
— No w sumie racja. — Przyznał po chwili ze skruchą. 
— Przepraszam — Dodał po chwili. 
— Ja też przepraszam. — Powiedziałem i wymijając go ruszyłem przed siebie. Już miałem zawołać mojego towarzysza, żeby się pośpieszył, gdy usłyszałem głos mrożący krew w żyłach. Najpierw coś, albo bardziej ktoś wydarł się z bólu w niebogłosy. Ten ów wrzask nagle się przerwał i w całym lesie zapadła złowroga cisza. 
— A nie mówiłem? — Szepnąłem gdy Keir do mnie podszedł. 
— Tu coś jest i ewidentnie chce nas zabić. — Dodałem. Mój towarzysz spojrzał na mnie i… i rozpłakał się jak małe dziecko. 
Położyłem po sobie uszy i spróbowałem go uspokoić. 
— Cicho! Cicho no! Zaraz nas zdradzisz i oboje zaraz umrzemy! — Syknąłem cicho. 
— Ale i tak umrzemy!— Zawył. — Już wolę się poddać! Nie ma po co walczyć, skoro i tak później umrzemy! —  W sumie miał rację. Ogarnął mnie smutek i wola walki również. 
— Jednak nie możemy się poddać! Jeśli mam umrzeć to tylko podczas walki! Nie jestem królikiem, który czeka sobie spokojnie na śmierć z łap łowcy, będę walczył do ostatniej kropli krwi!— Powiedziałem tupiąc łapą. Gdy jednak Keir się nie uspokoił, złapałem leżący nieopodal kawałek kory i wsadziłem mu ją do pyska. Zgodnie z oczekiwaniami, wilk zamknął się i przestał ryczeć. 
— Jesteś chłop czy baba? — Spytałem. 
— No chłop — Powiedział trochę nie wyraźnie przez trzymaną w pysku korę. 
— To nie rycz i nie zachowuj się jak dziecko! — Powiedziałem a pysk mojego towarzysza spoważniał. 
— O to chodziło. — Pochwaliłem go i Kair wstał. 
— Wyjmiesz mi to z pyska? — Zapytał i po chwili kora leżała w pojedynczych krzakach. Już mieliśmy iść dalej, gdy stało się coś, czego ani ja, ani Kair się nie spodziewaliśmy. Coś wielkiego i czarnego wypadło z krzaków i uderzyło w bok drugiego wilka, zwalając go z nóg. Nim zdążyłem cokolwiek uczynić, również wylądowałem na ziemi. Już drugi raz tego dnia! Wielki Stwór złapał mnie za kark  i zaczął szarpać mną na wszystkie strony. Musiałem przyznać, że nie było to najprzyjemniejsze uczucie. Gdy kły wielkiej istoty zacisnęły się bardziej na mojej szyi, wrzasnąłem mimowolnie. Kair już miał rzucić się do ucieczki gdy wrzasnąłem do niego:
— Pomógłbyś mi! — Granatowy wilk odwrócił się i po chwili namysłu skoczył mi na ratunek. Na całe szczęście. Wgryzł się w bok bestii, a ta wydając dziwne bulgoczące odgłosy puściła mnie i wygięła szyję, aby zaatakować Keira. Gdy upadłem na ziemię, poczułem jak pęka mi żebro. Przed oczami zatańczyły mi mroczki. Szybko jednak wstałem i mrugając, pozbyłem się ich. Ignorując ból, za pomocą jednej z bardziej przydatnych mocy, podniosłem kamień i rzuciłem nim prosto w obskurną mordę stwora, która już miała chwycić Keira w długie zęby. 
— Biegnij! — Krzyknąłem i po chwili razem z moim przyjacielem biegliśmy jak najdalej od stwora. Teraz liczyła się każda sekunda. Gdy w końcu przestaliśmy słyszeć przeraźliwe bulgotanie tej ohydnej szkarady, upadliśmy na ziemię zmęczeni i przestraszeni. 
— Nic Ci nie jest? — Zapytał dysząc Kair. 
— Oprócz tego, że chyba mam złamane żebro to nie. — Mruknąłem. Mimo iż moja wiedza na temat zwierząt była ogromna, nie wiedziałem co to jest. Nie pasowało do opisu żadnego znanego mi zwierzęcia.  
— I  trochę, bardzo krwawię z karku, ale mniejsza z tym — Mimo bólu wstałem. 
— Jeśli chcemy jeszcze chwilę pożyć, lepiej się stąd wynośmy. Ta bestia, wie, że tu jesteśmy, więc lepiej być w ciągłym ruchu. — Powiedziałem machając ogonem. 
— Hauro… Tylko, że ja już nie chcę uciekać. Nie mamy już tutaj szans, umrzemy tutaj. — 
Powiedział smutno, a ja wykorzystując podzielność uwagi, skupiłem się na czymś, co zwisało z drzew. 
— Podziwiam Twój upór i chęć walki, jednak ja mam dość uciekania przed śmiercią. Nie ważne co mi powiesz, zostaję tutaj. —
— Keir…— 
— Nie zmienię zdania. —
— Ale nie o to chodzi… Tu wiszą ciała.— Powiedział z zaciśniętym gardłem. Wilcze ciała zwisały przyczepione bluszczem do gałęzi. Większość miała albo wydłubane oczy, albo rozdarty brzuch, z którego wysypały się wnętrzności. Niektóre miały również obcięte kończyny albo ogony. Keir poderwał się z miejsca i podszedł kilka kroków do przodu. Gdy wdepnął w coś miękkiego, co okazało się po chwili kupką jelit, wilk pisnął jak mała dziewczynka i schował się za mną. 
— Co… Co tu się stało? — Zapytał przełykając ślinę. 
— Pytasz się niewłaściwego wilka, mój drogi. — Odparłem. 
— Nie mam pojęcia, jednak jest to straszne. — Dodałem zamykając oczy i odwracając się na pięcie. 
— Chyba naprawdę nie mamy szans tu przeżyć. — Zacząłem iść przed siebie, byle jak najdalej od tego strasznego widoku. Byłem taki głupi, że nie otworzyłem oczu. 
— Hauro! Uważaj! — Wrzasnął mój kompan, jednak ja już znalazłem się w szponach monstrum. “Już po mnie” przeleciało mi przez myśl. Nie miałem po co walczyć. Skoro przez ostatnią… godzinę? Może dwie? Nie mogłem znaleźć wyjścia, już się nie uda. Znowu zamknąłem oczy, a po chwili potwór cisnął mną o drzewo. Usłyszałem tupot łap Keira. Uciekł. W sumie to nie miał już po co. Potwór dopadnie go i tak i tak. Potwór opadł na cztery łapy i machając kolczastym ogonem podszedł do mnie. Złapał mój ogon w dwa szpony i podniósł mnie na wysokość swoich oczu. Następnie, bez ostrzeżenia (No bo po co miałby to robić, nie? Dla niego i tak jestem tylko zabawką lub obiadem) przebił mnie na wylot ogonem. Zachłysnąłem się krwią, która zaczęła wypływać z mojego pyska. Odkaszlnąłem ją. Krew kapała na stwora i barwiła jego… łuski? Pióra? Sierść? Czymkolwiek był pokryty, właśnie ten materiał pokryła ta szkarłatna ciecz, której właścicielem byłem ja.  Potwór złapał mnie w swoje okropne zębiska i zaczął po raz drugi tego jakże szalonego dnia, machać na wszystkie strony. Jak przez mgłę czułem, jak jego kły przebijają moje ciało. W uszach mi dzwoniło, a przed oczami miałem ciemność. Czułem, że Śmierć tylko czeka, żeby zabrać moją duszę. Po chwili głucho uderzyłem w ziemię. “Mogłem zostać dzisiaj w domu.” Pomyślałem. Po chwili poczułem, jak cały ból znika. W końcu przyszła upragniona śmierć. Nic już nie czułem, jednak wiedziałem, że ja również zawisnę na drzewie, jak tamte wilki. To było pewne.  

Nagroda: 400 łusek, 15 punktów do szybkości

piątek, 11 listopada 2022

Od Rosa - event Halloween, quest II

  [UWAGA quest zawiera makabryczne sceny]

Poczucie strachu… nie pasowało do tej osoby. Otaczała go wiecznie zimna aura, wzrok mógł szatkować nieszczęśników bez cienia litości, zaś silne ciało przeorane wieloma bliznami prowokowało potencjalnych przeciwników do podwójnego zastanowienia się nad tym, czy warto wchodzić w konfrontację. W dodatku on nie czuł strachu. On budził strach. To on był tym, który pewnej bezchmurnej nocy wyłaniał się zza rogu obskurnego budynku, żeby spłacić czyjś dług bez świadków. On był decyzyjnym głosem, przez który dzieci były porywane z ulic, a czasem z własnych domów. On pozbawiał matek, ojców, potomstwa, przyjaciół, tożsamości. Do cholery, to on z zimną krwią zamordował niezliczoną ilość istnień, a jeszcze więcej ich wysyłał prosto w objęcia samych potomków bogini szaleństwa…
A wszystko po to, żeby ostatecznie samemu skończyć jak pieprzone mięso. Jak ten zdrajca, który padł zaszczuty na terenie koszmarnic. Jak szczenię pozbawione wszystkiego, od rodziny, aż po zdrowe zmysły. Jak wszyscy nieszczęśnicy, którzy znaleźli się o złej porze w złym miejscu. Zatruta krew wrzała w jego naczyniach krwionośnych, jakby szukając ujścia. Piekła przeokropnie, wręcz paliła żywym ogniem, alarmując wszystkie możliwe receptory w ciele, prowokując je do wycia w agonii. I on też wył. Wrzeszczał, tarzając się w mieszaninie śniegu i błota, aż srebrne futro nie przybrało koloru zgnilizny. Jednak to było ostatnie czym mógłby się przejmować w tamtej chwili, kiedy wiedział, że umiera. Każda tkanka w jego ciele piszczała, że to już koniec. Że tym razem umiera na poważnie. Że nikt już go nie uratuje. Piszczała aż do całkowitego ogłuchnięcia. 

A wszystko zaczęło się tam, gdzie zaczynało się wszystko. W lesie. Basior nawet nie wiedział kiedy stracił poczucie czasu, a za nim poszła w cholerę orientacja gdzie mógł się znajdować. Mieszkał w tych lasach od najmłodszego szczenięcia i nawet jeśli większość życia spędził pod ziemią, znał rejony, w których można było szukać danej zwierzyny. Jego węch nie był czymś, na czym mógł się opierać, jednak resztę zmysłów miał wystarczająco wyczulone, aby wraz z odpowiednią dawką cierpliwości był w stanie odnaleźć stado dzików, kozłów, czy zająca. Na szlifowaniu swoich umiejętności łowieckich spędził tak wiele czasu, że będąc w wieku siedmiu lat nie pomyślałby nawet, że mógłby się zgubić.
I nie zgubił się.
Od samego początku wiedział, że to nie mogła być jego nieostrożność. Coś musiało się zmienić. Ktoś musiał wpłynąć na niego, przełamać wszystkie bariery umysłu, które sam postawił. Ktoś zajebiście silny, skoro wilk nigdy nie odczuł niczyjej obecności w okolicy, a co dopiero na swojej aurze. Ta świadomość nim wstrząsnęła. Natychmiast przestał ufać swoim zmysłom, bo wiedział, że już nie będą pracować dla niego, więc stały się bezużyteczne. Gdy ostatecznie zrozumiał, odszedł pod jedno z najbliższych drzew, przycupnął i zamknął oczy, wycofując się w głąb własnego umysłu. Jak komputer szukający wirusów w systemie, tak i on siedział i delikatnie gładził magią własną aurę, szukając dziur, ubytków, albo nawet kołtunów. Ktoś na jego poziomie potrafił robić takie rzeczy, zresztą w podobnych kwestiach wilk był skrajnym idealistą. Wiedział jak namieszać w czyjejś głowie, ale znał też wszystkie sztuczki jak swoją obecność zatuszować. Nad aurami spędził jeszcze więcej czasu, niż nad czymkolwiek innym, więc wszelakie blokady były co najwyżej wkurzającym zapychaczem... a przynajmniej był tego pewien do pewnego momentu. Z czasem jego ruchy zaczęły robić się mniej cierpliwe, a temperatura ciała wzrastała proporcjonalnie do jego poziomu irytacji. Poczuł jak wypełnia go chaos, zresztą zbyt dobrze uzasadniony, żeby mógł zakładać, że to wina innego bytu. Coraz bardziej się irytował, bo jego teza zakładająca czyjeś zabawy jego osobą traciła oparcie ale nie potrafił tego zaakceptować. Przecież nie mógłby zgubić się w tym jebanym lesie, skoro tak często tu bywał, zarówno z większą ilością wilków, jak i całkiem sam. Wyprowadzony z równowagi otworzył oczy i zerwał się na cztery łapy, zaciskając szczęki bardziej, niż było to konieczne. Opuścił nisko łeb, zastrzygł spojrzeniem po gęstwinie obcych drzew i krzewów, po czym zrobił nieduże kółko wokół najbliższej paproci jak zwierzę w zbyt małej klatce. 
- Kurwa... - wysyczał przez zęby.
W tej chwili nie wiedział nawet skąd przyszedł. Zakręciło mu się w głowie, choć zrobił tylko jedno kółko... tak przynajmniej mu się wydawało. W desperacji uniósł głowę i spojrzał w niebo, które było bezchmurne i tylko słońce rządziło niepodzielnie, szczytując równo nad nim.
Wahał się, czy powinien wyć. Czy naprawdę istniała opcja że tylko się zgubił? Że zaraz usłyszy głos kogoś znajomego? Jakie było prawdopodobieństwo, że ktoś go usłyszy? Albo że w ogóle uda mu się zawyć, jeśli w rzeczywistości jego ciało było gdzieś zamknięte? Wątpliwości mnożyły się jedna po drugiej, a słońce cały czas wisiało w tym samym miejscu, bezdusznie wpatrując się w wilka przeżywającego wewnętrzny konflikt.
Zaciągnął się zimowym powietrzem i nim to zdążyło ogrzać się w jego płucach, zostało wypchnięte z organów, a towarzyszył temu donośny, nienaturalnie przedłużany śpiew. Po skończeniu, cały spięty zatrzymał się w pozycji stojącej z nastawionymi uszami i poruszył wyłącznie kolczykiem w dolnej wardze, stukając nim o zęby.

Zero odpowiedzi.

Znów wziął wdech, jeszcze większy niż poprzednio. Ustawił się szeroko na nogach i zawył. Jeszcze głośniej, celując w samo martwe słońce. Darł się tak długo, aż nie zabrakło mu tchu. Aż opuścił łeb i na powrót wypełnił płuca powietrzem, a strugi spienionej śliny opadły mu z obu stron pyska. 

Zero odpowiedzi.

- Kurwa! - wrzasnął z całych sił. Gdyby spojrzenie mogło sypać się iskrami, cały las stałby w tamtym momencie w srebrzących się językach białego ognia. Ale jednooki nie był w stanie podpalać. W zamian więc rzucił się w przód i kopnął z całych sił szyszkę, która na jego oczach spadła z najbliższego iglaka, dokładnie w tym momencie, w którym padło przekleństwo. Rzecz poleciała metry dalej by ostatecznie zaginąć w śniegu, a wilk z morderczymi intencjami obserwował całą jej trasę, obnażając zęby. Nie miał zamiaru czuć się źle ze swoimi dziecięcymi zachowaniami, póki nie odnajdzie wyjścia z tego nieznanego rejonu. Szyszki to nie zabolało, a on po tym krótkim rozładowaniu błyskawicznie wrócił do stanu względnej równowagi. Mógł na nowo przeanalizować sytuację, z nowymi informacjami. 
Brak odpowiedzi ze strony kogokolwiek nie wróżył dobrze. Opcja zagubienia się w znajomym świecie oddalała się z każdą chwilą, zaś prym przejmowała ta dotycząca manipulacji nim. Iluzja, sen, może koszmar. Basior jednak nie był w stanie jednoznacznie określić co się z nim działo i nie mógł niczego wykreślić. Czuł dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa, kiedy podejmował decyzję. 
Po miejscu, w które trafił nie oczekiwał niczego. Były drzewa, krzaki, śnieg i słońce. Nie było wiatru ani ptaków. Mógł zostać w miejscu i drzeć się w nieskończoność, albo jak głupiec wierzyć, że może jednak uda mu się wrócić na znajome ziemie. Nie, bezczynność nie wchodziła w grę. Mamrocząc pod nosem wyliczankę rozejrzał się, po czym wybrał jedno spośród dziesiątek identycznych drzew, urywając łamaniec językowy w połowie. Jego droga się rozpoczęła.
Czy ta decyzja była najlepszą, jaką mógł podjąć? Ciężko powiedzieć, raczej była... bez znaczenia. Jeśli los zaplanował dla ciebie cierpienie, to bez względu na wszystko to cierpienie cię dopadnie w taki lub inny sposób, a basior przecież o tym wiedział. Oczekiwał na swoje cierpienie z zapartym tchem, przy czym nie planował poddawać się bez walki, cokolwiek nie miało go spotkać. 

Czas jaki spędził na tułaczce można było liczyć w dniach… może gdyby nie to, że dni wcale nie zdawały się mijać. Słońce uparcie władało nieboskłonem, przez cały czas tkwiąc w centralnym punkcie nieba, zupełnie jakby wszechświat nagle wcisnął gigantyczny przycisk “stop” i postanowił zostać w ten sposób na następne miliardy lat. Stało tak i w milczeniu obserwowało, ni dając ciepła, ni rażąc w oczy. Jednak wilk nadal był żywy. Martwi wszak nie przejmują się ani zmęczeniem, ani głodem, zaś on musiał robić przerwy co kilka godzin, aby zregenerować energię. To uświadamiało go w tym, że czas ciągle mijał. Wybierał w takich momentach jakiś większy głaz lub powalone drzewo, które nie wystawiały go na widok ewentualnych przechodniów, a które zapewniały następne godziny spokoju… względnego spokoju, stale przeszywanego poczuciem bycia obserwowanym. Tak czy inaczej to był jeden problem z głowy. Co z drugim? Pomimo iż basior nie był przyzwyczajony do codziennych posiłków, w którymś momencie odczuł głód. Dawno nie czuł głodu, a jednak faktem było, że trafił w to miejsce właśnie przez felerne polowanie, które nigdy nie doszło do skutku. Czas było to zmienić, a nuż uda się się wrócić na znajomą ziemię? Eh, marzenia ściętej głowy… jednak i tak musiał znaleźć jedzenie. 
Wiedząc, że już i tak jest zbyt daleko od punktu, który w głowie określił jako punkt początkowy, zmienił kierunek by błądzić gdzieś indziej. Nie wiedział nawet czego się złapać – drapieżca, który poluje z ziemi a nie ma sprawnego zmysłu węchu nie ma wielu możliwości na zlokalizowanie potencjalnej ofiary, nie wspominając już o innych jadalnych rzeczach, o których nie miał pojęcia, bo nigdy nie musiał go mieć. Posiadając zbyt dużo czasu na przemyślenia, zdał sobie nawet sprawę z tego, że w sumie to nigdy nie musiał żebrać o pokarm ani schronienie, bo w każdej najgorszej opresji ktoś go znajdował. Na początku był to Ivo, jednak Ivo był martwy od wielu lat; następny był Ervin. Czując kłucie w klatce piersiowej, wilk musiał się zatrzymać, na nowo wypełniony irytacją.
– No i niby gdzie teraz jesteś, filantropie? – zawarczał pod nosem, jednakże odpowiedź nigdy nie nadeszła. 
Z nerwów podrapał pazurami w miękkim, brunatnym gruncie. Śnieg zniknął już wiele godzin wcześniej, co wilk zauważył dopiero gdy po zrobieniu pełnego obrotu nie był w stanie nigdzie dostrzec białej pokrywy, która zawsze pochłaniała jego obecność. Między szare drzewa zeszła gęsta mgła, cuchnąca grzybem i wilgocią. Choć basior nie czuł jej zapachu, woda bardzo szybko wpiła się w jego grubą sierść i drażniła oko i nos. Coraz bardziej nienawidził tego, co się z nim działo. Próbował obserwować wszystko, jednak w tej mgle zaczął odnosić wrażenie, że to on jest tym, którego obserwują. Krzaki, głazy, powalone drzewa obrosły zgniło-zieloną tkanką. Najpierw to zdawało się być przywidzeniem w kącie oka, które po spojrzeniu okazywały się tylko dziwnie ukształtowanymi gałęziami lub fałdami drzew. Przynajmniej do czasu. 
W końcu się zatrzymał. Wygłodzony i przemęczony, ociężały od wszechobecnej wilgoci czuł się bardziej jak wypuszczona w las bezrozumna bestia, niż wyżej rozwinięta istota. Czym było rozwinięcie gdy nie mogłeś skorzystać z jego zalet? Kto był zwierzyną w obliczu tak poważnego głodu? Czuł się racjonalny jak nigdy, kiedy instynkt nieprzerwanie drżał jak podłączony do prądu, wzbudzając ruch całego ciała. Nie tylko on się jednak ruszał. Pod jego łapami leżało truchło koziołka. Ścierwo miało już parę dni, czego dowodem były miliony białych, tłustych larw, wędrujących w tę i wewtę. Tworzyły dziury i zaraz je wypełniały, by ich nadmiar wysypywał się na błotnisty grunt jak garście rozgotowanego ryżu, wijącego się pod uchylonym pyskiem zwierzęcia. Wilk jadał obrzydliwe rzeczy, jednak nigdy nie miał aż takiego konfliktu wewnętrznego, bo choć wiedział, że larwy much nie były trujące, to jego żołądek wywracał się na drugą stronę na samą myśl o tknięciu tego ochłapu, który bardziej przypominał błotną masę z futrem, niż żywe niegdyś stworzenie… jednak larwy je żarły bez opamiętania, namnożone na potęgę. Z każdą chwilą głód zdawał się przezwyciężać obrzydzenie, a umysł wrzeszczał, że jeśli kiedykolwiek uda mu się wyjść z tej sytuacji, to będzie się odrobaczał do końca życia.
Ale szczerze? On już nie wierzył, że uda mu się wydostać. Za dużo rzeczy się nie zgadzało, wzbudzając w nim silne poczucie odrealnienia i stąd był w stanie raz za razem przełykać garście czegoś, co nie wpisywało się w pojęcie jedzenia. A co gorsze, głód nie łagodniał. Zdążył zjeść połowę obrzydliwego, zarobaczonego mułu, dopóki ból żołądka nie wzmógł się do tego stopnia, że basior musiał się wycofać. Podniósł łeb, a wszystko co przełknął momentalnie cofnęło mu się do gardła. Próbował z tym walczyć, jednak czy to obrzydzenie czy ból, wygrały, kurcząc brzuch w gwałtownych spazmach. Padlina wylazła tą samą stroną przewodu pokarmowego, którą się tam dostała, a razem z nią rozmiękczone kości i ruchliwe robale.
Od zająca się zaczęło, a na koźlęciu miało się skończyć, huh?
Wilk stał rozkraczony z rozdziawionym pyskiem. Poczucie bycia obserwowanym wróciło nagle i z podwojoną siłą. Drzewa, te fałdy… to nie były fałdy, to były oczy. Zęby. Języki. Nogi. Sapnięcie. Coś pośród zarośli zaczęło jęczeć i sapać, jeżąc wszystkie włosy na srebrnym grzbiecie. Wilk poderwał łeb i podciągnął wargi, ukazujac garnitur brudnych zębów, na których wciąż było widać ruchome oraz rozgniecione larwy oraz reszki zgniłego mięsa, którymi oblepiony był cały pysk. Srebrna tęczówka zastrzygła po okolicy, jednak znowu… wszystko zamilkło, a widziane przez niego tkanki pokrywające drzewa, okazały się pareidoliami zwierzęcych narządów. Opadł i gwałtownie pokręcił łbem, wstrzymując oddech. Obłąkańcza wizja wróciła tak szybko, jak zdołała się ukryć, zalewając głowę basiora w bolesnej gorączce. Oddech, tętno, ciśnienie wzrosły do tego poziomu, że łapy nie dawały rady dłużej dźwigać ciała i wywalił na zewnątrz jamy gębowej język, by łapać  większe dawki tego zatęchłego powietrza. 
Czy to już to?
Tak szybko.
Szybko.
Szybko..?
Kurwa. Niech to się skończy.
Jęki zmieniły się w warkot, ale wilk nigdy nie miał okazji na to zaregować. Ból otumanił go do tego stopnia, że padł na glebę przytulony brzuchem do ziemi, jak rażony piorunem i tylko głowa zawisła centymetry nad ziemią. Zacisnął powieki. Czuł się rozrywany i składany na nowo przez coś we własnym wnętrzu, podążającego od żołądka. Czuł, jakby jego mięśnie się rozkładały, a krew gryzła naczynia. Czuł jak każde z nich puchnie, podążając aż do tętnic szyjnych, zaciskających się na gardle jak imadło. Bolało. Bolało jak skurwysyn. Werżnął pazury w podłoże, a powietrze wypełniło się krzykiem. Zblokowanym, cierpiącym. I bynajmniej nie był to pojedynczy krzyk, a cała ich seria. Nie przypominał w wilku wilka, a sarnę z rozerwaną pachwiną, za którą biegnie wataha. Sarna wie, że umrze. On też wiedział. Wiedział, więc wrzeszczał, tarzając się w mieszaninie śniegu i błota, aż srebrne futro nie przybrało koloru zgnilizny. 

Aż zza zarośli wyszło to, co obserwowało go od samego początku. 
Nie wiedziało, dlaczego zostało tu zesłane, ani jak dawno temu. Wcale nie było jednak zdziwione, widząc zwierzę desperacko wijące się gdzieś w środku lasu, tym razem pod postacią wilka. Widziało śmierć wiele razy, ba, czasem samo ją zadawało, jeśli tylko zdążyło, choć nigdy nie miało na celu krzywdzenia. Chciało pomóc. Zawsze robiło co w jego mocy, by ulżyć tym biednym istotom, które pojawiały się tak samo znikąd jak i ono. Więc i tym razem podeszło do cierpiącego, z własnego gardła wypuszczając żałosne wycie, gdy kanaliki w kąciku bezkształtnych oczu produkowały gęste strumienie czegoś przypominającego łzy. Bolało je to, tak, jak tego wilka. Chciało pomóc i zabrać od niego cierpienie. Tak też zrobiło. Zbliżyło się i zacisnęło nierówną szczękę na szyi istoty, odbierając mu tlen, a gorzkie łzy wsiąkały w barwione zielenią i czerwienią futro, niegdyś szare jak marmur.

Wilk czuł dziesiątki naostrzonych zębów, wnikające do jego ciała, jednak nie niosły one ze sobą bólu… a spokój. Największa histeria jakiej tylko umierające zwierzę może doświadczyć przeminęła wraz z tym względnie niedużym dyskomfortem w postaci mordujących go szczęk. Jednak… nadal był w swoim ciele. Wijącym się w agonii, groteskowo podrygującym i walczącym o zbawienie, które miało nigdy nie nadejść. Czuł się, jakby był gdzieś indziej, choć nadal był w sobie; sobie, które nadal zamazywało mu wzrok łzami i piachem, wpadającym do oka przez desperacko wykręcające się łapy i które wydzierało się w przestrzeń błagając o pomoc. Tak jakby ciało nie rozumiało, że już było za późno i ratunek nigdy nie nadejdzie. Dla umysłu był to jednak bardzo stłumiony dźwięk. Tak podrygując i obserwując, tkwił w milczeniu, a jedynym elementem na którym mógł zawiesić zamglone, trzęsące się spojrzenie było truchło młodego koźlaka, które jeszcze chwilę wcześniej zjadał i którym następnie zwymiotował.
– Ty… jak długo tu jesteś?
Zapytał w przestrzeń. Jego głos był dużo spokojniejszy, niż głos osoby, która tkwiła zamknięta w cierpiącym ciele. Był naprawdę, niesamowicie spokojny, wręcz delikatny, przebijając się przez własne krzyki jak kwiatek, który upada z gałęzi aby osiąść na tafli jeziora. 
– J-j-ja Od-d-d sam-m-meg-go-o-o pocz-cz-czątk-k-ku….
– A jak tu trafiłeś?
– T-t-t-tak-k j-j-jak-k t-t-t-ty.
– Możesz rozjaśnić?
Głos wilka był już mniej cierpliwy, zirytowany jąkaniem i brakiem konkretów. 
Nagle leżące przed nim zwłoki zdawały się poruszyć. Nie, nie zdawały się. One wstały, niczym pociągnięta za grzbiet drewniana kukiełka, z której od razu posypały się garści białych trocin.
– Odpowiedz. 
– … T-t-t-to ni-ie t-t-t-woja-a win-n-a…. Ten-n świa-a-at-t n-nie jest-t-t t-t-twój-j, B-bia-ałe Ok-k-ko.
Białe Oko pozwolił bytowi mówić dalej.
– O-o-o-ni-i nas tu zsy-y-yłaj-ją. Z-z-syłaja-aj-ją cierp-p-pien-nie i śmie-e–erć. J-j-ja n-n-nie-e chc-cę, Bia-ałe Ok-ko… Przep-p-prasz-...
– Za co mnie przepraszasz, skoro mówisz, że to nie twoja wina?!
– Prze-e-ep-...
– Zamknij się – warknął wilk – I przestań się jąkać.
– J-j-ja-a-a…
– Kurwa, milcz!
Jak na zawołanie, koźlę zaczęło rzucać się dookoła, nieanatomicznie wyciągając kończyny i na zmianę przylegało do podłoża lub wisiało w powietrzu, nie przejmując się prawami fizyki, a larwy i ochłapy mięsa wysypywały się z niego jak plusz z rany rozdartej zabawki. Zachowywało się tak nienaturalnie, zarzucając łebkiem na długiej szyi, jakby nie wiedziało co ma ze sobą zrobić. W pewnym momencie zaczęło się wycofywać, będąc w oku basiora coraz mniejszą plamką. Gdyby mógł, prawdopodobnie by się poderwał… a może chciał to zrobić tylko dlatego, że nie był w stanie się podnieść, unieszkodliwiony w swoim własnym, dogorywającym ciele. Tak czy inaczej, nie planował przecież odganiać jedynego towarzysza… te reakcje raczej wynikały z…
– Stój! G-gdzie idziesz?! - krzyknął w kierunku oddalającego się ciała. 
Nawet duch zaczął się jąkać. Dopadło go osłabienie i w tym momencie zdał sobie sprawę, że i jego własne ciało przestało krzyczeć. Wydobywały się z niego tylko ciche, równomierne sapnięcia. Gdy wilk zdał sobie z tego sprawę, chciał krzyknąć jeszcze raz, tylko po to, by zagłuszyć ich huk.
– Cholera… - szepnął sam do siebie. Próbował odzyskać spokój, jednak te próby doprowadzały go do jeszcze większego szaleństwa, gdy obraz przed oczami coraz bardziej się rozmywał. 
Mijały minuty. a może godziny. a może dni.
Aż nie nastąpiła ciemność. A wraz z nią błogość. 
Białe powoli zamrugał, choć nie był w stanie uchylić powieki bardziej, niż kilka centymetrów. Ból odszedł, a wraz z nim cały ciężar stresu. Nie szarpał już nogami, ani nie dyszał.
– Umierasz, wilku. Jeśli chcesz, mogę zmienić się w kogo tylko chcesz i spędzić z tobą ostanie chwile, co ty na to? Przepraszam, że mogę zrobić tylko tyle.
W czerni basior poznał koźle ścierwo, jednak nie było ono już ścierwem. Stało prosto i patrzyło wprost na niego, a na głowie nosiło wieniec z białych jagód.
Na jego pysk wpłynął uśmiech, gdy coraz większa błogość napełniała mu głowę niczym czysta woda obmywająca kamień z drobin zaschniętego błota.
– Siedzisz mi teraz w głowie? – sapnął głosem umierającego, jednak nie potrzebował odpowiedzi – Zostań tak, jak… tak jak jesteś… Po prostu zostań… i mów.
Koźlę zbliżyło się, stawiając pewne kroki poprzez ciemność. Białe dostrzegł, że na pysku miało płaską maskę, zaś oczy były narysowane. W zupełnej cichy położyło się tuż obok niego, wychodząc poza zakres jego wzroku. Mógł jednak poczuć ciepło promieniujące z nieokreślonego punktu.
Tak… przyjemnie.
Głos koźlęcia również był miękki i kojący, choć przy tym bardzo smutny. Białe jednak już się nie przejmował.
 – To było zaplanowane, Białe Oko. Oni są bezlitośni, gdy tworzą nas i z góry skazują na cierpienie, którego sami nigdy nie doświadczyli. Jesteśmy jak rzeczy, jak postacie w książce. Nienawidzę tego. Bardzo, bardzo nienawidzę… Ale ty się nie martw, bo to teraz… to jest tylko chwilowe. Niedługo wrócisz do siebie, Białe Oko, i nie odczujesz żadnej zmiany… Wrócisz do swojego świata… A oni..? Oni… dalej będą robić to, do czego zostali stworzeni. Zawsze tak robią.

Nagroda: 400 łusek, 15 punktów do intelektu

sobota, 5 listopada 2022

Od Ody - event Halloween, quest I

[opowiadanie nie jest kanonicznym wydarzeniem w życiu wilka]

Halloween. Jakże wyjątkowy czas dla wszystkich dzieci. Jednak to nie był czas dla Ody. Tłumy wilków zalewały ulice, targi bywały jeszcze głośniejsze, a im bliżej tego czasu tym więcej osób wokoło mówiło o tym głośniej i głośniej. Samica miała ochotę wyłącznie zaszyć się pod kocykami nieustannie wspominanej nocy i nie wychodzić spod niego przez parę następnych dni. Aby to wszystko umilkło, aby tylko dało się przetrwać do następnego roku bez najmniejszego wspomnienia z pyska zupełnie obcego jej wilka. Najczęściej tego zboczeńca przesiadującego w bibliotece i oglądającego ją zamiast książek. No cóż. Niektórzy są zwyczajnie bezczelni.
Jednak nie przyszło jej zaszyć się w samemu sobie. O nie, nie. Oczywiście. Los uparł się aby ja odrobinę podrażnić, a przez odrobię mam na myśli do czerwoności.
—To? — jej sąsiad popatrzył na nią tymi swoimi oczkami, które tak desperacko próbowały imitować szczenięce słodkie spojrzenie.
—Muszę? — Oda skrzywiła się. Znała odpowiedź. Naprawdę lubiła dobrego Kana, ale wyjście, zwłaszcza dzisiaj, mogło być dla Ody śmiertelne. Głównie dla jej baterii społecznej, która i tak już ledwo zipała, próbując gonić za społeczeństwem.
—Proszę. — złożył łapy, zaskamlał . Wadera zagrzmiała, przewróciła oczyma.
—Ty stawiasz. —
—Ja stawiam ! — i ucieszony zniknął. A o co chodziło? Otóż, może są biedniejszą rodziną, ale dzieciom nie odmawiają. Co roku wychodzą na smakołyki i zabawę, jednak tylko z mamą. Ojciec, nieszczęśnik, zawsze jest pozostawiony sam sobie. Zamknięty w tych ciasnych czterech ścianach. Tym razem jednak, z racji nowej i całkiem znośnie dobrej relacji z Odą, postanowił zaprosić ją na małą wyprawę na miasto. Dla samicy było to zbędne, dla samca największą radością. Więc ciężko było odmówić, nawet jej. W końcu była chyba jedyną jego znajomą, która nie miała planów. O ile w ogóle nie była samotna w jego gronie najbliższych, którzy nie są rodziną. Kto go tam wie. Jeszcze nie są na tyle zaznajomieni aby zwierzać się sobie z najgłębszych sekretów.  Wilczyca zamknęła drwi, rozciągnęła skrzydło i odetchnęła. Kurz w pokoju zatańczył przy podmuchu, a zastałe powietrze przesunęło się między szarymi piórami.
—I na cóż ci to kobieto. — mruknęła sama do siebie kręcąc głową.

Wieczór nadszedł. Oda od razu rozpoznała tupot małych łapek na drewnie. Dzieci wychodziły na „polowanie”. Szczenięca radość była słyszana przez ściany, jak tylko wykroczyli zza ciężkich drewnianych drzwi mieszkania. Samica podniosła się z łóżka i rozciągnęła mięśnie. Zapowiadała się ciężka noc. Przynajmniej dla niej. Krótkie pukanie zakończyło słodką ciszę, która wcale taka cicha nie była. Za oknem panował totalny chaos. Tłumy wilków w przebraniach i bez, stragany,  handlarze, przekupki i kupujący, który jak dzikie hieny rzucali się na dobroci oferowane na kolorowych szmatkach. „Tak mi się nie chce” przeleciało jej przez głowę, a jednak otworzyła drzwi. Uśmiechnęła się delikatnie. Przywitała. Niektóre bariery dało się przesunąć, niektórych nie. Ta było zbyt płynna aby zastosować wymówkę jakiejkolwiek treści. Nie mogła więc wycofać się w ostatnim momencie. Nieco zrezygnowana, ale gotowa na wyzwania wstąpiła pomiędzy trzy rozbiegane szczeniaki. Z głębokim westchnięciem kiwnęła głową kochanej Bieluni. Zabrali się. Zaraz przy głównej ulicy każda grupa poszła w swoją stronę. Trójka rozrabiaków z kochaną rodzicielką ku targom, ku domom, a Oda z Kanem w kompletnie innym kierunku.
—Dokąd idziemy? — biała wilczyca zagadnęła starszego, Ten uśmiechnął się szeroko.
—Zobaczysz, zobaczysz. Mój ulubiony bar! Zaraz tutaj, niedaleko. —
Oda westchnęła. Bar był tłoczny, tłumny wręcz. Wilki przepychały się jeden obok jednego, wpadały w siebie w pijanym tańcu. Kana, niższy od białej wadery, zwinnie przemykał pomiędzy tym morzem głów. Odzie nie szło tak sprawnie. Jej masywne skrzydło utrudniało jej przejście pomiędzy tą rzeką sierści. Powoli jednak i doszła do celu, siadając obok przyjaciela o ciemnym futrze.
—Co podać? — zagadnął barman po chwili. Oda podniosła wzrok, zaglądając na całkiem przystojnego basiora przez swoje okulary.
—Poproszę coś… mocnego. — odetchnęła zawijając ogon do siebie, bowiem został zdeptany już przez parę łap. To był właśnie problem ciasnych miejsc. Zajęta owijaniem się we własne futro nie słyszała co zamówił jej towarzysz, jednak postanowiła zignorować swoją nikłą ciekawość na rzecz trywialnych rozmówek jakie przyszło jej z nim prowadzić.
—Strasznie tu głośno.  — mruknęła zaraz obok jego ucha. To poruszyło się nieznacznie, widocznie szukając znaczenia jej słów zawisłych w powietrzu.
—Jak w każdym barze. — Kana mówił głośniej niż ona. Nie była zaskoczona. Miał znacznie więcej czystej charyzmy niż ona razy dwa. Pokiwała głową. — Ale musisz przyznać. Przyjemnie tutaj. I jest pewnie na czym oko zawiesić. —
—Od razu zawiesić. — przewróciła oczami. Nie interesowało ją randkowanie. Nie na ten moment. Zdawało jej się to zbędnie absurdalne, zwłaszcza, że musiała uczyć się i uczyć. Chciała opanować stary język i runy jak najszybciej, gdyż wiele książek zapisane w taki właśnie pradawny sposób zawierało w sobie niezmierzone ilości wiedzy. A miłość rozpraszałaby ją tylko niepotrzebnie.
—No. Dla młodej damy jak ty, barman. Bardzo przystojny, czyż nie. — kufel uderzył o blat baru. Ciemny i wysoki wilk zmierzył ich dwójkę zadziornym wzrokiem. Chyba wiedział, że o nim mowa.
—Przystojny, a jakże. Ale wygląda na całkiem pustego. — powiedziała obojętnie, chwytając swojego drinka. Telekinetycznie raczyła unieść go ust i upić odrobinę, wzrokiem mierząc się z poważną miną basiora stojącego naprzeciw. Trwało to ledwie kilka sekund, aż on był pierwszym który się wycofał. Walka wygrana, kto wie jak wyglądać będzie wojna. Drink pierwszy  drugi zniknęły z jej powodu, z kolei jej towarzysz opróżnił trzy kufle ważonego piwa, podobno świeżego. I kiedy nóżka pięknego kieliszka z resztką napoju Ody uderzyła z cichym brzdękiem o blat baru, zaczęło się przedziwne zdarzenie. Jej przyjaciel, u jej własnego boku zmarszczył się. Gdzieś pośród tłumu pisk wzbił się ponad głowy przełamując się przez hałas. Nastał moment ciszy. Ciszy przed burzą. Zaraz potem panika. Wilki przepychały się do wyjścia, szklanki tłukły się o ziemię. Oda miała tyle szczęścia i nieszczęścia, że znajdowała się od wyjścia najdalej. Powoli przesunęła kieliszek z dala od siebie, nie czuła ognia, więc stwierdziła że nie ma czego się bać. O jakaż złudna to nadzieja. Tuż obok niej Kana zwinął się z bólu. Wadera rzuciła na niego okiem, jej łapa instynktownie przesunęła po jego plecach w geście prostego i naturalnego zmartwienia. I wtedy też do niej dotarło. Odór krwi pomieszany z przedziwnym zapachem nieznanej jej mazi. Rozejrzała się i zamarła z wyrazem obrzydzenia na pysku. Pająki. Jak ona nie cierpiała tych stworzeń W bibliotece były największym utrapieniem. Zaraz po wkurzających czytelnikach rzecz jasna.
Stworzenia jednak nie raczyły rzucić się na tłumy. Z jakiegoś powodu stały w bezruchu, zamarzłe niczym zatrzymane w czasie. Niektóre z kończynami daleko rozłożonymi, inne skulone gdzieś pod ścianą. Czyżby przemiana działała wyłącznie na ciało? Ciekawy musiałby to być eliksir. Oda nie zdążyła się nad tym bardzo zastanowić gdyż do wnętrza pomieszczenia wpadł ktoś obcy. Pozostałe w barze wilki odwróciły na niego głowę. Jakaś resztka nieszczęśników, którzy do tej pory zastygnięci byli w bezruchu przerażenia, przemknęło obok obcego, poruszając jego płaszczem. Wilk nieprzejęty wkroczył za próg tego parszywego miejsca zbrodni.
—Co tu się stało? — karczmarz mało nie upuścił beczki z piwem, po którą zniknął dosłownie na sekundę.
—Nic wielkiego.  Wina tego co wsypali do piwa. — basior, ewidentnie basior, wskazał na jedną z pustych beczek, po czym na te wielkie włochate stworzenia. Jord przetarł pysk łapą odstawiając niesiony przedmiot z hukiem na podłogę. A Oda tylko się temu przyglądała popijając już trzeciego drinka, dalej przeciągając łapą po plecach, teraz już pająka, Kana. Kaptur nieznajomego został zdjęty, jego pysk skrzywił się w wyrazie czystego obrzydzenia.
—Czyli jeśli dobrze rozumiem, ktoś dosypał coś do piwa. — karczmarz uchylił się przez jednym z absurdalnie wielkich stworzeń, przemieszczających się po ścianie. — Wiesz jak to odwrócić. — nieznajomy tylko wzruszył ramionami.
—Czy ja wiem. Nie ma nic za darmo. — pokręcił nosem, i jeden i drugi. Ich spojrzenia spotkały się, walcząc, jak jeszcze niedawno Oda z młodzikiem, pomocnikiem karczmarza. Wadera raczyła więc ciężko odetchnąć.
—A co marzy się takiemu gburowi w nagrodę w zamian za odrobinę wiedzy? — spytała wyraźnie zdegustowana. Zarabianie na czyimś cierpieniu było aż nadto obrzydliwe.
—Trochę pieniędzy, jak to co. —
—I gwiazdkę z nieba. — prychnęła. — Skąd w ogóle wiesz, że to środek w piwie? —
—Bo to.. zdarzyło się już dzisiaj częściej. Zdążyłem to wywnioskować. —
—I zarabiasz na magicznym antidotum, huh? — łypnęła na niego.
— Nie ma żadnego antidotum, tylko wiedzę jaki to środek. —
—Yhymm… Ten sam który tam dosypałeś czy sobie wymyśliłeś? —
—EH! Przepraszam cię bardzo, niczego nikomu nie dosypywałem! Ten środek to transformujący środek.. ah… widzę, wiedze co robisz. Sprytnie, muszę przyznać. — obcy wyszczerzył wszystkie swoje kły w wyjątkowo ohydnym uśmiechu.
—Ja? Robić coś? Skądże. — pokręciła głową. Jej łapa odsunęła pusty kieliszek. — To ty tutaj w coś się bawisz. —
—nie bawię się. Przychodzę z pomocą. — znowu się skrzywił.
—To może nam jej udziel? — jej uśmiech posłany w jego stronę był wyjątkowo szyderczy. Podpita Oda to wyjątkowo wredna Oda. A przynajmniej w takim humorze. Obcy parsknął, zakręcił się w kółko i spojrzał na nich jeszcze raz.
—Dobra, dobra. Dwie monety, symboliczna zapłata za usługę. — machnął łapą jakby go od tego faktu miało ubyć przynajmniej połowę.  Jego życzenie zostało spełnione, a środek zdradzony. Oda zmarszczyła nos, kiedy Jord i obcy rozmawiali o antidotum. Pająki jakby niewzruszone zaczynały pałętać się po pomieszczeniu i wić sieci. Jeszcze chwila i pozamykają im wszystkie drogi wyjścia.
—Moja Karczma! — zawył jeden z samców załamując łapy.
— Czas na mnie, chyba. — Oda odetchnęła. Znała środek, nazwę i składniki. Należało wybrać się do biblioteki, czyż nie. — Żegnam. Do zobaczenia.

Tysiące kartek przewróciła zanim rzeczywiście znalazła to czego potrzebowała. Bez zastanowienia wzięła książkę „pod pachę” i ruszyła w kierunku rynku. Krzyki i piski rozdzierały się przez trwającą w najlepsze noc. W końcu niecodziennie widuje się paradę wielkich, włochatych pająków, próbujących zamknąć cię w sieci.  Oda jakoś boczkiem zdołała przemknąć niezauważona, zbierając ze straganów, opuszczonych i samotnych, tego co potrzebowała. Czy to kradzież jeśli próbujesz uratować innych? Kto wie. Nie bardzo ją to teraz obchodziło. Zmieszane ze sobą składniki, śmierdziały niemiłosiernie, aż samica musiała zabezpieczyć się przed ich działaniem, paroma tkaninami na pysku. A gdzie nie poszła każdy zapadał w głęboki sen. Otóż. Mikstura dorzucona do alkoholu przemieniała na zawsze, otumaniała umysł, zmieniała instynkty, jednak dolana do środka o zupełnie innym działaniu, jak piwo, traciła swój element długotrwałości. Niezwykłe czyż nie? Zatem wystarczyło tylko trochę poczekać, prawdopodobnie do rana, aż wszyscy wrócą do normy kompletnie nie pamiętając co tak właściwie stało się w ciągu ostatnich paru godzin. Stąd szybkie usypianie miasta, wszystkimi środkami jakie Oda miała pod ręką. Z racji tego że mistrzem zaklęć nie była, nie mogła ryzykować ich użycia. Więc drugim najprostszym sposobem było sporządzenie innej miksturki. Cudowne czyż nie? Niekoniecznie, gdyż jej samej robiło się sennie, a miała jeszcze karczmę do uspania. I to nie jedną a trzy. I trzeba jej przyznać że niewiele brakło a nie dotarłaby do baru gdzie popijała drinki ze swoim przyjacielem. A jednak. Wpadła tam i padła na ziemię zasypiając. A w jej ślad poszli wszyscy inni.
A poranek był niezwykle konfundujący dla wszystkich obecnych. Czy Oda spiła się aż tak, że usnęła na podłodze karczmy? Kto by to wiedział, skoro nikt niczego nie pamięta…


Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów do intelektu

czwartek, 3 listopada 2022

Od Hauro - event Halloween, quest I

[Opowiadanie nie jest kanonicznym wydarzeniem w historii wilka]

W tym roku bardzo hucznie obchodzono Halloween. Szczeniaki, ale też i dorośli, byli poprzebierani w różnie stroje. Widziałem duchy, wampiry, zombie i inne dziwne stwory, przechadzające się po ulicach Królestwa. Dzisiejszy wieczór, miałem zamiar spędzić w ,,W objęciach beczułki". Zamknąłem dom i powoli ruszyłem do karczmy. Mijane wilki pozdrawiały mnie. Kulturalnie im odpowiadałem. Nagle zderzyła się ze mną mała Wadera w stroju wróżki.
- Szybko! Niech pan mnie ukryje! 
Szepnęła cicho i schowała się za mną. Dosłownie chwilę potem, przybiegła tu chorda szczeniaków. 
- Widział pan może  czarną wilczyce w stroju wróżki? 
Zapytał jeden z nich. Pokręciłem głową.
- Niestety, ale widziałem, jak biegła w tamtą stronę 
Wskazałem łapą w stronę z której przyszedłem. 
- Dziękujemy! 
Krzyknęły chórem i nie oglądając się pobiegły w wskazanym przeze mnie kierunku. Gdy waderka upewniła się, że już ich nie ma stanęła przede mną.
- Dziękuję Panu! Wie Pan, bawimy się w chowanego i zostałam ostatnia! 
Powiedziała i ruszyła truchtem w kierunku przeciwnym do tego, gdzie ruszyły inne młokosy.
- Nie ma sprawy!
Krzyknąłem jeszcze na odchodne i kontynuowałem realizowanie swojego planu. Po chwili doszedłem do wymienionego wcześniej budynku i wszedłem do niego. Było tu całkiem głośno. Usiadłem na wolnym stołku przy ladzie. Wilki wokół mnie śmiały się i rozmawiały. Jord w jednej chwili stanął przede mną.
- Hej Hauro! Co podać?
Zapytał przyjaźnie.
- Grzane wino proszę.
Odparłem równie przyjaźnie i położyłem monety na ladę. Po chwili stało przede mną moje zamówienie. Gdy miałem już upić łyk z kubka, gdy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Pierwszą zmianę zauważyłem u wilka obok mnie, zaraz po nim większość upitych wilków. Najpierw był paraliż. Wszyscy zastygli i spadli na ziemię z głośnym hukiem. Wszyscy zamilkli i patrzyli na leżących. Nagle zaczęli się zmieniać. Z ich boków zaczęły wyrastać dodatkowe dwie pary kończyn. Szyja i ogon zanikały, a tułów stawał się bardziej okrągły. Pojawiła im się para dodatkowych oczu. Pysk zmienił się w wielkie szczękoczułki. Sierść stała się rzadsza i czarna. W jednej chwili wszyscy nie przemienieni zaczęli wrzeszczeć i pchać się do drzwi. Niektóre pająki biegały równie przerażone co inni klienci, jednak niektóre próbowały atakować innych. Chyba jako jedyny zachowałem spokój. Gdy wielki, czarny i włochaty stwór zapędził mnie w kozi róg, wykorzystałem moje moce. Gdy już miał się na mnie rzucić, szybko użyłem Niitmine.
- Odejdź. 
Syknąłem władczo w języku pająków. Kreatura się zatrzymała.
- Odejdź. 
Powtórzyłem tym samym tonem. Pająk się zawahał a po chwili pobiegł za pozostałymi klientami. W jednej chwili karczma opustoszała. Zostałem tylko ja i Jord, który schował się za ladą. Odetchnąłem.  Już miałem się odezwać, gdy do budynku wszedł zakapturzony wilk. Rozejrzał się po zdemolowanym wnętrzu. Jord wychylił łeb. Nowo przybyły w ogóle nie był zdziwiony tym, co tutaj zaszło. Właściciel karczmy przełknął ślinę. 
- Wyglądasz jakbyś wiedział co tutaj zaszło. 
Powiedział powoli. Kapturek, bo tak go nazywałem w myślach, pokiwał głową.
- Wiem
Powiedział dudniącym, basowym głosem.
- Ktoś dosypał coś do Alkoholu 
Dodał po chwili. Odetchnąłem. Całe szczęście, że tak wolno przybliżałem kufel wina do pyska. Jord pokiwał głową.
- Więc co teraz zrobimy?
Zapytał. Kapturek już miał odpowiedzieć, gdy kaszlnąłem zwracając uwagę dwóch basiorów na siebie. 
- Drodzy panowie, mam pewien plan.
Powiedziałem, Kapturek kiwnął głową, jakby udzielał mi pozwolenia na odezwanie się. 
- A więc, najpierw przydałoby się złapać wszystkie pająki, z tego co pamiętam, było ich 7. Następnie zdobędziemy antidotum i bum, zmienimy ich z powrotem w wilki.
Przedstawiłem swój plan. 
- Tylko drogi towarzyszu, jak zamierzasz je złapać?
Prychnąłem. Normalnie strzeliłbym jakimś żartem, jednak sprawa była poważna.
- Wywęszymy je, i następnie złapiemy w siatki
Powiedziałem to takim tonem, jakby to było oczywiste. 
- Jest to jakiś plan. Tylko skąd weźmiesz antidotum.
- To Ty tu przyszedłeś, mówiąc, że to jakaś substancja dosypana do alkoholu, i nie wiesz co może być antidotum? 
- Zapytałem a Kapturek trochę się zmieszał.
- A no masz trochę racji, przyjacielu, masz. 
Powiedział i ruszył do wyjścia. 
- Chodź przyjacielu, a Ty.
Zwrócił się do Jorda.
- Lepiej tu posprzątaj.
Właściciel karczmy oburzył się. 
- Nie będziesz mi młodziku rozkazy-!
Lecz nie dokończył, Kapturek ignorując go, wyszedł. Westchnąłem i wyszedłem za nim. 
- No to realizuj swój genialny plan!
Powiedział a ja ruszyłem na główny rynek. Nikogo nie było. Wszystko przez te pająki. Podbiegłem do zamkniętego sklepu ze wszystkim. Dosłownie ze wszystkim. Stanąłem przed oknem i wziąłem spory kamień, który leżał na poboczu. 
- Em… Co chcesz zrobić?
Zapytał Kapturek, jednak go zignorowałem. Uniosłem go i zbiłem szybę. Szkło leżało wszędzie, jednak tylko odgarnąłem je łapą. Rogami jeszcze trochę poszerzyłem dziurę w szkle, całe szczęście, że dzisiaj wyjątkowo nie założyłem biżuterii.. 
- Zapraszam Kapturku. 
- Mam imię.
- To może je podasz, co?
Wilk chwilę milczał, jednak po chwili westchnął i spojrzał na mnie.
- Charles, pasuje?
- Jestem Hauro, miło poznać 
Uśmiechnąłem się i wkroczyłem za wilkiem do sklepu. 
- Po co tutaj właściwie jesteśmy?
Spytał niepewnie. 
- Po siatki na ryby.
Powiedziałem bez ogródek i podszedłem do wiszących na wstawię siatek. 
- Oddamy je później. 
Stwierdziłem, zabierając trzy siatki. Następnie podszedłem do miejsca, gdzie leżała ich całą kupa i wziąłem ich jeszcze cztery. 
- No i super, idziemy. 
Wyszedłem przez rozbite okno i stanąłem na środku rynku.
- Teraz: Ja węszę i łapię a Ty masz zdobyć antidotum.
Powiedziałem i nie dając mu dojść do słowa, poszedłem za zapachem pająka. Szedłem tak kilka minut. Było mi trochę dziwnie, bez brzęczenia dzwonków, ale cóż. Już nic nie poradzę. Gdy w końcu zapach stał się mocniejszy, ujrzałem wielkiego pająka grzebiącego w śmieciach. Powoli i bezszelestnie uniosłem jedną z siatek nad pająka a resztę położyłem na ziemi. Gdy poczułem, że to ta chwila, opuściłem sieć. Pająk zaczął się miotać i wydawać z siebie dziwne dźwięki. Sam nie wiem jakim cudem, ale zaciągnąłem to wielkie bydlę z powrotem na rynek. Upadłem zmęczony. Jeszcze tylko siedem. Tylko.  

~*~

Gdy w końcu udało mi się ściągnąć wszystkie miotające się pająki na rynek, byłem wyczerpany. Miałem ochotę położyć się w miejscu, w którym stałem i spać tysiąc lat. Jednak na razie nie mogłem pozwolić sobie na odpoczynek. Chwilę później przyszedł Kapturek ze sporą buteleczką w pysku. Zawartość była mętna i miała dość odrażający kolor. 
- Coś długo Ci to zajęło 
Stwierdziłem. 
- To sam se szukaj antidotum, jak taki mądry jesteś. Wszyscy albo śpią, albo boją się wyjść. 
Powiedział poddenerwowany. Następnie podaliśmy dziwny, zielonkawy płyn wszystkim wilko - pająkom. Tak jak poprzednio, najpierw wystąpił paraliż. Potem pająki zaczęły zmieniać się w spowrotem w wilki. Odetchnąłem głęboko. Udało się! Gdy już wszyscy byli z powrotem przemienieni, podszedłem do Kapturka.
- Dzięki wielkie za pomoc, Kapturku 
Mrugnąłem do niego przyjaźnie.
- Nie ma za co, Wandalu 
Powiedział i wstał. 
- Ja już muszę lecieć, spokojnej nocy Ci życzę.
Słowo ,,spokojnej" pasowało tu idealnie. 
- Dzięki i nawzajem. 
Powiedziałem i ruszyłem do domu. Gdy byłem już w moim jakże przytulnym domku, wysunąłem się pod kołdrę. Jutro nie wstaje razem ze słońcem, co to, to nie. 



Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów do intelektu

poniedziałek, 31 października 2022

Od Vallieany - event Halloween, quest I (cz. II, CD. Rosa)

[opowiadanie nie jest kanonicznym wydarzeniem w życiu wilka]

 Osłabiony działaniem silnych zjaw Vernon był w stanie wykrztusić tylko “nie idź tam”, aby w przyszłości móc Vallieanie swobodnie wypominać, że nigdy go nie słucha i nigdy nie wychodzi jej to na dobre. Nie musiał tego mówić, bo oboje wiedzieli że ona i tak to zrobi, ale nie mógł się powstrzymać, taki miał charakter. Zresztą Vallieana też miała taki charakter, że nie mogła odmówić wilkowi w potrzebie, szczególnie jeśli sama nie miała na tym w żaden sposób ucierpieć. Najpierw jednak musiała się upewnić kto i czy potrzebuje akurat jej pomocy, czy może będzie jednak potrzeba wezwania odpowiednich służb. Na przestrzeni czasu, nieważne jak okrutnie by to nie zabrzmiało, wadera jednak wolałaby żeby ta sprawa okazała się poważniejsza niż była w rzeczywistości, bo nie musiałaby użerać się z tym, z czym się użerała… ale od początku.

Większość świąt zerdinka spędzała w mieszkaniu Adrila w Dystrykcie II. Razem gotowali coś smacznego, rozmawiali i dawali dzieciakom masę łakoci, a potem dodatkową atrakcją była realizacja corocznego zamówienia ziół dla pewnej mag mieszkającej w Centrum. Co prawda zamówienie samo w sobie nie było atrakcyjną częścią, ale tym co sprawiało Vallieanie radochę było obserwowanie rozradowanych szczeniąt i dorosłych, którzy na swój własny sposób cieszyli się urokami dnia potworów. Ona sama nigdy nie bawiła się ani w przebieranki, ani nie spędzała czasu z grupą znajomych, co nie zmieniało tego, że bardzo lubiła obserwować szczęście innych. 

Tak czy inaczej droga do uzdolnionej magicznie zaprzyjaźnionej wadery zajęła Vallieanie stosunkowo niewiele czasu, jednak co innego wypicie herbaty, ploteczki i wymiana uwag co do nowych wiadomości ze świata zielarstwa, których zerdinka nie mogła odmówić starszej znajomej. To jeszcze była ta przyjemna część wieczoru, gdzie niebieskooka była pewna, że nic już nie powinno się zepsuć. I to przeświadczenie trzymało się jej jeszcze długo po opuszczeniu przyjemnego mieszkanka magicznej wadery. W końcu zrobiło się całkiem późno, a na ulicach Królestwa ilość spotykanych przez Vallieanę mieszkańców zmniejszyła się do naprawdę niewielkich ilości, a tym samym zapadła zaskakująca cisza. Cisza, która JESZCZE nie sugerowała niczego złego.... i tak, to ten moment, w którym cisza przestaje być ciszą, a jej miejsce zajmuje przejmujący wrzask wielu wilczych pysków, które w roztargnieniu wybiegają z popularnej karczmy, potykając się o własne łapy. 

"nie idź tam"

Oh Vernon, jak mogłaby nie pójść? 

Na początku niepewnie, z wahaniem ruszyła w stronę budynku. Była blisko, więc dokładnie dostrzegła jak dwie postacie wychodzą w pośpiechu z budynku, zamykają za sobą drzwi i zaraz podbiegają do przeszklonych okien zza których wydobywało się ciepłe światło świec. Postacie rozmawiały ze sobą dosyć głośno, a w szczególności jedna z nich, niższa i bardziej krępa. Nie wyglądali jednak na rannych, a bardziej na... skonfundowanych. To był ostatni moment, w którym Vallieana miała szansę się wycofać... jednak postanowiła z niej nie korzystać. W pośpiechu dobiegła do dyskutujących sylwetek i z tego miejsca poznała jedną z nich - Vay był jej klientem. Szarowłosy wilk o jednym, niekomfortowo białym oku i wielu bliznach na obliczu, w którego słowach jednak zawsze było zaskakujące ciepło, może nawet nieśmiałość.

- Dobry wieczór.. Co tu się dzieje? Słyszałam krzywki, potem zobaczyłem te uciekajace wilki i...

Podeszła od prawej strony jednookiego, więc ten zaraz złapał ją w swój zasięg, a na pociętym pysku wymalowało się zaskoczenie.

- Pa... Pani Vallieana, dobry wieczór - powiedział miękko, zaraz przyjaźnie się uśmiechając. Drugi basior widząc tę rekcję zaraz zmarszczył gniewnie brwi. Patrzył to na lerdisa, to na nowo przybyłą waderę - Widziała Pani może jakieś niewymiarowe pająki w okolicy? Ja i Pan Beczułka mamy z nimi mały problem.

Waderze zamarzła krew w żyłach.

- Pa... pająki..? Niewymiarowe? - teraz ona spojrzała z strachem na wspomnianego Beczułkę, którego szybko zakodowała jako właściciela lokalu.

- Czyli nie, to dobrze - Vay sam sobie odpowiedział z niejaką ulgą -  Oznacza to, że wszystkie mamy tutaj.

- Co tu się stało? - Vallieana powtórzyła pytanie, jednak już z mniejszą pewnością tego, czy aby na pewno chciała mieszać się z tę sprawę. Przed oczami miała masę wspomnień sprzed wielu, wielu miesięcy kiedy to z Aarvedem wpadli na morderczego pająka giganta, który najpierw zranił wojownika, by potem wadera musiała mu wchodzić do głowy... w zasadzie wchodziła do głowy im obojgu. To było ekstremalnie niezręczne, nie wspominając o tym, że oboje byli wtedy zbyt blisko śmierci. Od tamtej pory nawet te mniejsze pająki budziły w niej dyskomfort, nie wspominając o tych wielkich draństwach, które tylko śniły jej się po nocach... do teraz.

Wysoki wilk jednak zdawał się nie zauważyć zesztywnienia towarzyszki i wzruszył ramionami.

- Ktoś zatruł bimber Pana Beczułki, tyle wiemy. Mnie przy tym nie było, ale pod...

Beczułka wszedł towarzyszowi w zdanie, wskakując na równe łapy z emocji, jakby chcąc przekonać wilczycę do swojej racji.

- Poszło w jednej chwili, jak z bicza strzelił! Panie piszczą, panowie zresztą też! Szkło leci ze stołów, a moja klientela ma osiem nóg i ten paskudny ryj! Trzeba to zneutralizować zanim szkód narobią!

- I tutaj właśnie się nie zgadzamy - Lalikron uśmiechnął się pobłażliwie, jednak zaraz ton jego głosu zyskał oschłą nutę - Bo ja uważam, że to nadal są te same wilki, którymi były wcześniej, a zaklęcie jest zbyt nietrwałe, żeby wyrządziło im realną szkodę. Trzeba ich tylko odmienić... - białe oko nagle błysnęło. Zaskoczony wilk spojrzał na zerdinkę z nową nadzieją - Przecież Pani jest zielarką z doświadczeniem..! Pewnie tak proste zaklęcie zdjęłaby Pani w pięć minut.

Vallieana drgnęła.

- Jeśli masz rację co do trwałości zaklęcia to prawdopodobnie tak ale...

- Da się? To niech Pani ich odmieni szybko! Muszę wziąć odszkodowanie od tego... hmpf!

- Proszę się powstrzymać przy Pani Vallieanie - lalikron wcisnął do pyska barmana kawałek deski, który wiele dni wcześniej musiał odpaść od wiszącego nad ich głowami szyldu głoszącego "W Objęciach Beczułki". Starszy basior nagle cały opuchł ze złości i dostał martwiącej delirki, a przynajmniej Vallieana się tym zmartwiła, bo Vay już mniej. Białooki zaraz słodko się uśmiechnął, a jego ogon zaczął wesoło merdać na boki - Więc kochana Pani Zielarko, możemy na Panią liczyć? 

- ... Musiałabym dostać się do hemolimfy jednego z nich żeby w ogóle wiedzieć co mogę zdziałać ale... - spojrzała na towarzyszy, wpatrujących się w nią niczym cielęta w malowane wrota i urwała.

- Do krwi, tak? - mruknął srebrzysty, a barman wyciągnął kołek z pyska.

- Tak, powiedzmy, że to krew ale...

- Czyli da się to załatwić - oznajmił z zadowoleniem młody basior. Vallieana otworzyła szeroko oczy.

- Ale nie możemy ich za bardzo uszkodzić, bo to może wpłynąć na fizyczność ich wilczych form.

- To dużo trudnych słów, Pani Vallieano. Po prostu to zróbmy i im pomóżmy.

Zadowolony błysk w pojedynczym oku za razem wzbudził jeszcze więcej niepewności, ale i miał w sobie coś, co błyskawicznie przełamało jej barierę przed wejściem do tego legowiska pająków... przynajmniej do momentu, w którym wilczyca nie zobaczyła potężnego bydlaka, przez którego nieomal zemdlała na miejscu... Ale i z tego się podniosła przy namowach lerdisa, który pewny swego stanął przy jednym z wilków w pajęczej postaci, uświadamiając jej, że te stworzenia rzeczywiście były nieco wyżej ewolucyjnie niż pajęczyca sprzed lat. Oboje błyskawicznie uwinęli się z częścią mniej przyjemną, podczas której wadera dowiedziała się, że tak naprawdę niepotrzebne było żadne lekarstwo, a zaklęcie miało przejść samo, gdy delikwent wyjdzie na słońce. Cała trójka nie wiedziała czy powinna się śmiać z głupoty całej sytuacji, czy zacząć płakać z głupoty sytuacji, jednak wszyscy byli pewni jednego - Pan Beczułka powinien lepiej pilnować swojego pieprzonego bimbru.

Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów intelektu

Od Rosa - event Halloween, quest I (cz. I)

 [opowiadanie nie jest kanonicznym wydarzeniem w życiu wilka]

Widok jednookiego lalikrona w różnorakich barach, knajpach i innych karczmach nie był często występującym zjawiskiem. Czy to pod imieniem Vay, Ros czy Białe, wilk ten nigdy nie czuł się dobrze w zamkniętych pomieszczeniach, a co dopiero z tłumem nieznanych mu mieszkańców Królestwa Północy, którzy czasem byli jeszcze bardziej nieprzewidywalni niż reprezentanci podziemia. Po tamtych wiesz, że mogą zachowywać się dziwnie, a ci będą dziwni udając normalnych… albo na odwrót… eh, cokolwiek. Te nieznajome, chaotyczne, bardzo wyraziste postacie same w sobie były męczące, nie wspominając już o wydawanym przez nich natłoku intensywnych dźwięków, które były w stanie sprowadzić mózg szarego wilka do prawdziwej krawędzi. Podsumowując, to nie tak, że nie radził sobie z upchniętą dużą liczbą osób w małym pomieszczeniu – te wilki go po prostu ekstremalnie drażniły. Były jednak jeszcze inne powody jego unikania barów, a mianowicie, jednym z nich były ograniczone możliwości ucieczki w skrajnych sytuacjach, a drugim… Cóż, poza najbardziej zaufanymi podwładnymi, byt Rosa nie budził w innych chęci na wspólne spędzanie wolnego czasu. Członkowie WKŁ raczej unikali swojego szefa, co raczej było dosyć naturalne bez względu na to, kim ten szef miałby nie być. No a Białe, był Białem i tyle w temacie. Zresztą on sam też nie lubił wielu spośród osób, które go otaczały. Jedni uciekali wzrokiem jakby miał im wyssać duszę, drudzy udawali zbyt profesjonalnych i doświadczonych, a i zdarzył się jeden taki, który posikał się na sam widok swojego dowódcy. Fakt faktem, Ros był wtedy pod całkiem dużym wrażeniem, ale najpierw musiał opanować konsternację która natychmiast go ogarnęła i kazała odsunąć się od luźnych zwieraczy… Tak, miłe spędzanie czasu z innymi nie przychodziło mu łatwo, a jednak… stało się. Pewnego halloweenowego wieczoru dostał zaproszenie aby spotkać się ze “znajomymi” i znajomymi “znajomych” w karczmie. Mieli posiedzieć, pogadać, napić się dobrego bimbru i chociaż w głowie Rosa od razu zapalił się kolejny powód, przez który nie uczęszczał na takie spotkania (przecież ten wilk nie pijał alkoholu), to towarzysze zapewnili go, że i tak będzie fajnie… a przynajmniej nikt nie będzie sikał. Z jakiegoś powodu pod wpływem impulsu zgodził się. Może był znudzony i uwierzył w możliwość przeżycia miłych chwil z innymi wilkami. Zapytał o miejsce i godzinę, a gdy wybraną lokalizacją okazała się być sławna karczma dzierżąca dumną nazwę “W Objęciach Beczułki”, jednooki przystał i na to, wszak dobre opinie o tym miejscu musiały skądś się brać, a brały się właśnie od zadowolonych tłumów, na które przygotował się psychicznie.
I tak jak było zapowiedziane, tak zrobili. Spotkali się wczesnym wieczorem, zajęli dobre miejsce, bo w samym kącie sali, skąd oddzieleni wysokim parawanem mogli odciąć się od głośniejszej części klienteli, a przy tym dowódca (anonimowy, co prawda) usiadł w tak strategicznym miejscu, że jego przewrażliwiona głowa miała widok na kawałek baru, za którym Beczułka we własnej osobie obsługiwał spragnione wrażeń towarzystwo. Pomimo iż na samym początku imprezy było nieco sztywno, gdyż prócz dwójki bliskich doradców wilk nie miał pojęcia kim była pozostała piątka, tak po parunastu minutach przestało mieć to znaczenie. Rozmowa omijała tematy związane z pracą nielegalną, skupiając się na bardziej przyziemnych rejonach życia, jak jedzenie, wadery, czy inflacja. Nikt nikomu nie szefował, nikt nie zadawał niewygodnych pytań. Była tylko miła atmosfera i alkohol, który co prawda tylko jakimś magicznym sposobem docierał do nosa jednookiego, ale nie drażnił, a dodawał mu atrakcji w postaci możliwości patrzenia na upijających się powoli towarzyszy. Bawił się tak dobrze popijając swój napój o wdzięcznej nazwie “Łza Lavlera” (w myślach tylko wzdychając na tę swoją klątwę dotyczącą wszystkiego co związane jest z oczami i łzami), że wstał od stołu dopiero po dłuższym czasie odkąd usiadł po raz pierwszy. Gdyby nie wyjątkowo trzeźwy umysł siedzącego obok basiora, Ros prawdopodobnie mógłby wyjść z budynku i nikt by tego nie zauważył, gdy wszyscy byli zbyt zajęci dyskutowaniem na temat swoich faworytów w królewskich wyścigach reniferów. 
– Idziesz rozprostować nogi? – rzucił wspomniany basior, zerkając na jednookiego który korzystając z chwili rzeczywiście się rozciągnął. Za chwilę już złapał za swój płaszcz, kiwając twierdząco głową.
– Mhm, za chwilę wrócę.
Narzucił odzienie na grzbiet, a kaptur na głowę, lekkie kroki kierując w stronę wyjścia. Ominął ogarnięty zabawą tłum niemalże niezauważony, w końcu tego wieczoru drzwi od karczmy na zmianę otwierały się i zamykały, robiąc różnicę tylko tym, którzy odczuwali nagłe pociągnięcia przeciągu, wkradające się przez uchylone wrota. Ros wyszedł na śnieg i zaraz odszedł na bok. Oczywiście powodem jego odejścia od stołu była konieczność załatwienia potrzeby fizjologicznej, która nie cierpiała zwłoki. Cała akcja zajęła mu parę chwil – mniej niż pięć minut, podczas których atmosfera w lokalu zdołała stężeć do tego stopnia, że kiedy niczego nieświadomy lerdis ponownie stanął we wrotach karczmy, jego uszy zostały zaatakowane przez nagły wrzask. Jeden, potem następny i jeszcze kolejny. Zatrzymał się w bezruchu, gdy jakaś przerażona wadera niemal przewróciła się, odbijając od jego boku w desperackiej próbie ucieczki, a za nią biegł już cały tłum wilków oszalałych z powodu nagłej zmiany połowy gości w paskudnie duże, łyse pajęczaki. Ros pozwolił się tak obijać, wiedząc że jak zrobi chociaż krok w bok to albo ktoś się połamie, albo połamią jego. Ostatnim, który podbiegł do postaci w płaszczu był sam Jord “Pan Beczułka” Zgriz z czymś między wyrazem złości, a konsternacji, która mogła się równać tej Rosa.
– Na bimber dziadunia! – ryknął karczmarz, który jednak widząc że drugi basior nie zamierza uciekać z wrzaskiem, stanął obok. Patrzył to na jednookiego lerdisa, który lustrował wzrokiem pomieszczenie, to na wielkie pająki, które wydawały się tak samo zdziwione co cała reszta. Przynajmniej dowódca Krwawych tak to widział, a Jord nie wydawał się podzielać tego odczucia – Tu siekierę trzeba!
Nagle białe oko opadło na Jorda, jakby ten rzucił największą herezją na świecie. Ros jednak zaraz się otrząsnął i wycofał za drzwi, narzekając do właściciela lokalizacji “Chodź Pan i przestań pierdolić. I tak wychodziłeś, nie?” ze zmarszczonym od myślenia czołem. 
– Co “przestań pierdolić”?! Ja ci zaraz popierdolę! Nie w twojej karczmie łażą te paskudztwa i straszą gości! – krzyczał oburzony Beczułka, jednak szybciutko potuptał za zakapturzonym basiorem na mróz, nim tamten zamknął go razem z tymi przeklętymi pająkami – Poza tym ty też tu byłeś! Jak żeś wylazł i czemu masz tylko cztery nogi?!
– Wyszedłem chwilę wcześniej, co tu się stało?!
Oboje podeszli do okna, nie przestając rozmawiać. Ros dostrzegł jak jego dotychczasowi towarzysze pod postacią zerdińskich pomiotów badają wszystko swoimi komicznie długimi odnóżami. Westchnął płytko, mając w głowie już praktycznie cały obraz sytuacji, która mogła nastąpić w Objęciach Beczułki.
– Skąd mam wiedzieć?! Odwróciłem się na chwilę żeby przepłukać naczynia i nagle… cisza. Jak makiem zasiał..! No to się odwracam, patrzę, i jeb! Panie piszczą, panowie zresztą też! Szkło leci ze stołów, a moja klientela ma osiem nóg i ten paskudny ryj! Trzeba to zneutralizować zanim szkód narobią! – krzyczał, aż nagle… 
jego najgorsza wizja się ziściła. Jeden z większych pająków próbował się obrócić i niechcący potrącił odwłokiem stolik. Blat padł na bok, a znajdujące się na nim szkło spadło i przy kontakcie z podłogą rozbiło się w wiele kolorowych skorup. Widzący to Jord, który do tej pory musiał opierać się o ścianę żeby móc wyglądać przez okno, nagle jakby urósł do tego stopnia, że wskoczyłby do środka jednym susem, gdyby tylko okno nie było przeszklone.
– TY BRZYDKA L…
Srebrny wilk nie miał ochoty już tego słuchać. Odsunął się od okna i zapatrzył w niebo. Najchętniej zostawiłby ich wszystkich w cholerę, ale gdyby Beczułka zabił Truce’a, który siedział tam zamknięty pod postacią pająka to byłaby duża szkoda dla dowódcy Krwistych. Mógłby też zawołać wojskowych i kazać im się tym zająć ale to mogłoby zabrać tak dużo czasu, że pająki dałyby radę narobić szkód na kwotę, która równałaby się kupnu nowej karczmy…I Jord znowu kogoś by zabił. Ros zerknął na drugiego basiora, który wygrażał się przez zamknięte okno, choć drzwi do karczmy były zamknięte tylko na zawias.
Jednooki westchnął wręcz teatralnie, nim złapał za ogon wystający spod barmańskiego wdzianka, otrzymując wręcz natychmiastową uwagę. Zanim basior Torus zdołał wypluć nową wiązankę, wyższy wilk wypełnił tę ciszę tonem nieznoszącym jakiejkolwiek formy sprzeciwu.
– Ktoś zatruł twój bimber. Potrzebujemy medyka, magika, alchemika albo przynajmniej zielarza.
Jord wziął ciężki wdech, wpatrując się w ten dziwny pokaleczony pysk. Biała źrenica nagle odwróciła się w bok, wypuszczając wilka spod tego niekomfortowego spojrzenia.
– Nieważne. Już mam.


Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów intelektu
Layout by Netka Sidereum Graphics