Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lysander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lysander. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 grudnia 2020

Od Lysandra CD. Spero

Śmiech wadery był dźwiękiem błogim dla moich uszu, tak spragnionych by go usłyszeć, że mógłbym się rozpłynąć. Bardziej jednak zachwyciła mnie odpowiedź Spero, która stwierdziła, że ze mną poszłaby wszędzie. Jednak to gest jaki wykonała później był gotów zatrzymać pracę mojego serca. Wtuliła się we mnie ponownie, mrucząc, co sprawiło, że po całym moim ciele przeszły dreszcze. Zupełnie jakbym był szczeniakiem. Musiałem jednak ponownie się skupić, wolałbym żeby lądowanie było najprzyjemniejsze dla mej towarzyszki jak tylko się da. I chyba takie właśnie było. Ostrożnie wylądowałem na śniegu, chciałbym rzecz puchu, jednak był on już doszczętnie wydeptany, złożyłem skrzydła, pozwalając tym samym wilczycy na zejście.
- Mały lot nie jest zły – zaśmiałem się serdecznie, ciesząc się jak głupi, że znowu mogłem poderwać się w górę… z nią. Naprawdę czułem się jak nastolatek, kiedy najprawdopodobniej połowa życia już za mną. Niby mogę żyć jeszcze z piętnaście lat, może trochę dłużej, ale nie oszukuję się, nie dożyję pewnie nawet 25 lat jako weteran. Choć podobno nas trudno dobić. To jednak nie zmienia faktu ile czasu już zmarnowałem będąc daleko. Gdyby nie te cholerne wojny, jak teraz to wszystko by wyglądało? Jedynie cieszyć mogę się, że wróciłem, że znów tu jestem. Ile nocy siedząc nad mapami i planując kolejne kroki w bitwach myślałem tym by wrócić? Móc się położyć, otulić skrzydłem Spero, albo po prostu położyć łeb na jej boku, zasypiając. To jak się przy niej czułem przed laty nie minęło, mogę wręcz śmiało powiedzieć, że się nasiliło. 
Z mego małego zamyślenia wyrwał mnie śnieg rzucony na mój pysk.
- No, odpowiadaj co więc proponujesz? – spytała, rzucając mi szyderczy uśmiech, dłubiąc pazurami, jakby zaraz miała obrzucić mnie kolejną dawką puchu. Ja tymczasem spojrzałem na budynek po drugiej stronie ulicy.
- Madame czyżbyś nie pamiętała gdzie jesteśmy? – udałem urażony ton, przyciągając ją skrzydłem do siebie. – Idziemy na tartę. To tutaj w końcu pierwszy raz taką zjedliśmy. Chcę to powtórzyć!
- Jaki podekscytowany – skomentowała
- Oczywiście! Wiesz jak dawno nie jadłem takich dobroci? – rozmarzyłem się – A, no i ty też tutaj jesteś, więc też fajnie – zerknąłem na nią, drocząc się, za co oberwałem kuksańcem pod żebra. – Auć, a wyżej nie możesz? – cicho warknęła i już chciała coś odpowiedzieć kiedy weszliśmy do tawerny, karczmy, piekarni, już nie pamiętam jak nazywało się to miejsce. Przyjemne ciepło uderzyło w moje Poliki, a do nozdrzy dotarł słodki zapach ciast. Radosnym i żywym krokiem wszedłem do środka, zamykając za nami drzwi. O tej godzinie jeszcze kilka stolików było na spokojnie wolnych. Pewnie za chwilę będzie tu więcej przybyszy, zaczyna się wieczór. Poleciłem Spero usiąść przy jednym, ja w tym czasie zamówiłem dla nas dwie tarty i po kubku wytrawnego wina. Nie kieliszku, z nich w końcu ciężko pić. No i nie słodkiego, wystarczy nam już w końcu ciasto. Z zamówieniem przyklapnąłem na poduszce, podając waderze jej porcję.
- Tęskniłem za tym – mówiąc rozejrzałem się po pomieszczeniu, utykając wzrokiem na błyszczącym źrenicach wilczycy. – Ale należy przyznać, że za tobą najbardziej – szepnąłem. – Smacznego – rzuciłem szybko, okazywanie emocji i uczuć wciąż jest takie… specyficzne. 


<Spero?>

Słowa: 500 = 30 KŁ

niedziela, 27 września 2020

Od Lysandra CD. Spero

 W jednej chwili jakby zniknęło wszystko to, co wydarzyło się przed chwilą. Nie zadałem żadnego pytania, drżąc cały na widok wadery. Jednym ruchem odtrąciłem truchło, które teraz najmniej mnie interesowało. Nie odrywając wzroku od Spero podszedłem do niej. Ledwo wstała, a ja objąłem ją ramieniem, przyciskając do siebie. Jej cichy, słodki głos i łzy spływające po policzkach sprawiły, że moje serce było gotowe rozpaść się na tysiąc kawałków w każdej chwili. Jej ciepły oddech wędrował pomiędzy moją sierścią, przynosząc mi dziwne uczucie ulgi. Okryłem nas skrzydłami, a wtedy ona spojrzała na mnie z dołu. Już prawie zapomniałem jak uroczyła była różnica wzrostu między nami. Błękitne oczy, w które się właśnie wpatrywałem doprowadzały mnie do palpitacji, emanując wręcz blaskiem, olśniewając. Złączyłem nasze czoła, nie mogąc nacieszyć się chwilą. Nie było mnie tak długo, w końcu mogłem tutaj wrócić. Najchętniej przyciągnąłbym ją jeszcze bliżej, a może nawet i pocałował ze szczęścia. Ale takie zachowanie przecież nie przystoi, nie mogę dawać się tak łatwo ponieść emocjom. Wtedy Spero kaszlnęła po raz kolejny.
- Najpierw musimy stąd wyjść – powiedziałem, trącając ją pyskiem. Co z tego, że dymu było coraz mniej, lepiej przeczekać to na zewnątrz.
Pomogłem waderze wyjść poza jaskinię, po drodze nieco rozdmuchując dym skrzydłami. Cholera, w świetle dnia wyglądała jeszcze piękniej. Mógłbym rzec, że właściwie nic się nie zmieniła. Lata z dala od Królestwa były warte zobaczenia jej ponownie. 
- Tak bardzo tęskniłem – odparłem w końcu, podnosząc ze śniegu bukiet, który rzuciłem na bok, wyczuwając dym. Moją pierwszą myślą było, że wybuchł pożar, w sumie chyba się nie pomyliłem, ale jedyne o czym myślałem to to, żeby przypadkiem Spero nie stała się krzywda. Przecież gdyby stało się to samo, co wtedy z.. uh, wolę o tym nawet nie wspominać. - A to przyniosłem dla ciebie Mademoiselle – wyciągnąłem kwiaty w jej stronę. Nie zastanawiałem się nad tym, ale mam nadzieję, że mój akcent nie jest za mocny. Wadera podziękowała, łagodząc łapą sierść pod oczami. Miałem jej tyle pytań do zadania, chciałem usłyszeć co się działo przez cały ten czas. W końcu z pola bitwy nie mogłem wysłać ani jednego kruka. W zasadzie próbowałem na początku, ale żaden nie wydostał się żywy z kraju. Jeszcze zdążę ją dopytać. Teraz powinienem wrócić do spraw teraźniejszych – Co tu się w zasadzie stało? - zerknąłem w stronę wejścia do groty, z której wydobywała się resztka dymu.
- No wiesz dużo eksperymentuję z magią – zaczęła, błądząc wzrokiem od jaskini do kwiatów. - Czasem to i owo wymknie się spod kontroli jak to już bywa, prawda? - zbliżyłem się do niej, nie zmieniając wyrazu mojego pyska, który był w tym momencie stanowczy. Kręciła. - No i trochę mi się ten kociołek zbuntował.
- Spero, może powiesz mi szczerze co się tam stało. Coś co zabiłem z kociołka też wyskoczyło?
- Tak w zasadzie to mój inny eksperyment, który.. - przerwała kiedy prychnąłem na jej grzywkę i wzięła głęboki wdech, aby następnie szybko wszystko powiedzieć. - Noboja tak trochę mało sypiam, trochę w ogóle ostatnie dni zwłaszcza i organizm mi się zaczął buntować, zasnęłam akurat jak przygotowałam napar z ziół dla jednego z klientów!
- Chryste Spero, a to cholerstwo? Też z kotła wypadło? - spytałem zmartwiony o jej stan.
- Nie. To akurat wina koszmaru, który mi się śnił – położyła uszy po sobie – wyszedł z niego.
- Potrafisz zmartwić wilka – odwróciłem się, wracając na środka. Chciałem znaleźć to cholerstwo, które przed momentem przyciskałem do zimnej skały, ale rozglądając się nic nie napotkałem. Czy możliwe, żeby uciekło? Nie, było martwe, sam usłyszałem kruszenie się lichych kości. Ogarnąłem miejsce jeszcze kilka razy wzrokiem. Przynajmniej kociołek był dogaszony. Wróciłem do wadery, która właściwie nie czekała za długo. Prędze niż ja do niej, ona dołączyła do mnie. - Zniknęło. Czy te twoje koszmary uciekają? Mogło po prostu wrócić do snów?
- Nie wykluczam – zmrużyła oczy. Nie wiem już sam czy z powodu tlenku węgla, zmęczenia, a może po prostu ze zwykłego zastanowienia.
- Mógłbym przysiąc, że umarło. Nawet jeśli uciekło, zostawiłoby przecież ślady. - dodałem, drapiąc pazurem po skale. Moje oczy spoczywały na waderze – cokolwiek się stało, musisz najpierw odpocząć, mogło ci się coś stać.
- Lysander dopiero wróciłeś i już chcesz mnie uśpić? - spytała, wychodząc z jaskini.
- Mógłbym po prostu zabrać cię do łóżka i pewnie byłoby to łatwiejsze niż proszenie – uśmiechnąłem się zalotnie – ale mówiąc poważnie naprawdę musisz odpocząć.
- Lys nie mogę tak po prostu pójść spać! Poza tym najpierw chcę z tobą porozmawiać. Tak długo nie było od ciebie wieści – te oczy potrafią manipulować, naprawdę. Ale nie dam się kiedy chodzi o jej zdrowie.
- Pójdźmy na kompromis. Położysz się w najlepszej pościeli, pójdziesz spać, a przedtem porozmawiamy jeszcze chwilę – cóż, jeśli ekscytuje ją to, że wróciłem trochę dłużej może zająć jej przyśnięcie. - Zgoda?
- Powiedzmy.
- No! - poderwałem się do góry, chwytając waderę i podrzucając ją. Następnie szybko pojawiłem się pod nią, w ten sposób posadziłem ją sobie na plecy. Jeszcze za stary na to nie jestem – A teraz zapraszam na tartę. - powiedziałem ze wspomnieniem naszego pierwszego wyjścia gdzieś.

<Spero?>

Słowa: 836 = 46KŁ

niedziela, 13 września 2020

Od Lysandra CD. Spero

Statek przybił do portu jakieś pół godziny temu. Przez moment zostałem jeszcze na pomoście przyglądając się rozładunkowi. Mroźna bryza gdy wilk stoi na lądzie to jednak coś innego niż wiatr buchający ci w pysk kiedy próbujesz nie wylecieć za burtę na wielkich falach. Dawno już tutaj nie byłem. Jak bardzo zmieniło się Królestwo? A Fean? Miałem być dla niego wspaniałym ojcem, a zniknąłem na prawie trzy lata! Pewnie już nie jest małym szczeniaczkiem jak wtedy, na pewno nie jest! Do tego Spero.. tak dawno ich wszystkich nie widziałem. Moje myśli odkąd wyruszyliśmy z Ziemi Fareńskiej błądziły ciągle do nich. Byłem gotów pokusić się o myśl, że to nie tęsknota, a już choroba. Czy oni w ogóle na mnie czekają? O ile Fean jest dla mnie jak rodzony syn – i mam nadzieję, że on traktuje mnie jak ojca – to Spero nie miała żadnego powodu. Po co miałaby zaprzątać sobie myśli walczącym na wojnie wielkoludem, kiedy tutaj ma tyle spraw na głowie. Muszę zabić te myśli i porozmawiać z bliskimi, bo nie znajdę spokoju. Kilka minut po postawieniu łap na lodzie poprawiłem ledwo trzymającą się już sakwę, zarzuconą przez ramiona i ruszyłem skromnymi uliczkami w stronę zamku. Mój chód był dość drętwy, zmieniłem się czy to po prostu stres? Mijając kilku żołnierzy, którzy mnie kojarzyli nawet się nie uśmiechnąłem, a jedynie skinąłem głową. Nie tak miałem w zwyczaju. Czuję się jakby ta wojna nie zabrała mi trzech kolejnych lat, a co najmniej dziesięć. Wzdychając ciężko z mojego pyska wydobyła się para. Skupiłem się na niej, a następnie przerzuciłem wzrok na jasne niebo, po którym wężem sunęły chmury. Na dachach niskich domów siedział śnieg, jak zwykle. Piękne sople ozdabiały budynki dodając im jakiejś magicznej rysy. Ostatnimi czasy widziałem same zielone lasy, zima nawet jeżeli przyszła to nie wyglądała jak tutaj. Często śnieg mieszał się z błotem… bądź topił przy pożarach. Tutaj to co innego, ale czego można się spodziewać po Krainie wiecznie skutej lodem, nazwa mówi w końcu sama za siebie. Chcę już dotrzeć na miejsce. 
Niewiele osób wiedziało o tym kiedy wrócę, ja i załoga w zasadzie sami nie mogliśmy tego określić. Wysłaliśmy jedynie kruka mówiącego, że rozpoczynamy nasz… powiedzmy rejs powrotny. Rozumiem więc zdziwienie kiedy pojawiłem się na zamku. Co prawda nie było tam nikogo, z kim najbardziej chciałbym porozmawiać, ale przynajmniej razem z Nairą przedyskutowaliśmy kwestię mojego dowodzenia. Po ostatnich latach wojna coraz bardziej męczyła mnie psychicznie. Chciałbym pomóc wszystkim duszom, tym których mogłem uratować gdybym bardziej się postarał, nie wpadł w zasadzki. Ale na to już za późno. Właściwie to rzuciłbym wojskową karierę w kąt, ale na niczym innym się nie znałem. No i mógłbym odkupić winy pomagając tutaj. 
Po omówieniu wszystkiego z królową ruszyłem pod adres, który od niej dostałem. Kilka minut zajęło mi dotarcie tam. W tym miejscu pracuje Fean. Hah, ma już pracę, naprawdę jestem stary. Przekraczając próg siedziby detektywistycznej do mych nozdrzy dotarł zapach papierów i książek. Spodziewałem się większego bałaganu, ale wszystko było tutaj naprawdę nieźle poukładane. 
- Witam, w czym mogę pomóc? - Basior, może nieco starszy ode mnie spojrzał na mnie znad okularów, odrywając wzrok od dokumentu, który przed chwilą wypełniał.
- Witam, szukam syna. Fean ponoć tutaj pracuje.
- Pan De Lyunes? Ledwo pana poznałem – rzucił szybko. No ej kilka siwych włosów ze stresu to przecież nic takiego. - Fean o panu opowiadał – mruknął – jest za tymi drzwiami – wskazał mi kierunek. Kiwnąłem głową w podzięce i skierowałem się w tamtą stronę. Zapukałem i nie zwlekając dłużej wszedłem do środka. Tutaj… panował większy nieporządek. Na biurku walały się teczki i jakieś papiery, na skromnej półce brakowało już miejsca na książki, więc kilka z nich spoczywało na podłodze. Niektóre były otworzone, mogłem zobaczyć, że wiele jest w nich zaznaczone. Dwie skromne lampy jakoś oświetlały ten gabinecik, ale gdyby nie okno, byłoby tu o wiele gorzej.
- Fean? - zapytałem, szukając wzrokiem wilka. Ktoś właśnie uderzył głową o biurko, podnosząc się gwałtownie. Ale czego on szukał pod spodem?
- Lysander? Lys! - odpowiedział mi krzyk i zobaczyłem jak zza mebla wyskakuje basior. - Wróciłeś! - podbiegł, przystając do mnie, truchtając w miejscu z łapy na łapę, aż w końcu mnie przytulił. - Mówili, że nie wrócisz, ale ja wiedziałem, że byś tego nie zrobił! Nie zostawiłbyś swoich bliskich! - zaraz po uścisku odskoczył ode mnie radosny, wpatrując się we mnie ze szczerym uśmiechem na pysku, jakby jeszcze raz dokładnie badając czy to na pewno ja.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Nadal masz szal ode mnie, który ci dałem przed wyjazdem i jak ty wyrosłeś! - musiałem przyznać, że niesamowicie mnie to wzruszyło. Mój mały chłopiec nie jest już małym chłopcem.
- Oczywiście, że go noszę! Ale jednak się pomyliłeś, bo nie jestem tam wysoki jak ty – rzucił, badając mnie wzrokiem.
- Nie porównuj się do potomka fenrisa, bo nic ci to nie da – zaśmiałem się cicho, rozluźniony.
- Skąd ta ogromna blizna? - podszedł bliżej mojego skrzydła, rzucając znikąd. Czyli jednak jest jeszcze bardziej widoczna niż myślałem, ale czego się spodziewać, to była ogromna rana, a teraz jest do tego nieupierzona.
- Z pola bitwy. Lepiej mi powiedz skąd tu ten bałagan.
- Muszę uporządkować rzeczy od początku, bo powoli przestaję mieć tutaj miejsce, dlatego musiałem wszystko rozłożyć! Co robiłeś cały ten czas? Jak tam było? A byłeś już u Spero? Pewnie się ucieszy! Wiesz, odwiedzała mnie kiedy przebywałem na zamku.
- Właściwie to jeszcze nie. Ma dzisiaj wolne i ponoć odpoczywa u siebie. – odwróciłem wzrok – Wiesz, gdzie znajdę jakiś sklep z kwiatami?
- Za rogiem jest kwiaciarnia. A co, zamierzasz ją zaskoczyć z bukietem?
- Właściwie to tak. A ty powinieneś dokończyć swoją pracę. Kiedy tylko ogarnę wszystkie sprawy przyjdę do ciebie, musimy gdzieś razem wyjść i porozmawiać o wszystkim co się stało przez ten czas. - posłałem mu kolejny ciepły uśmiech i uścisnąłem go.
- Oczywiście! - może był dorosły, ale cieszył się jak szczeniak. Pożegnałem się z nim, nie przeszkadzając mu dłużej w pracy. Poszedłem tam gdzie mi wskazał i poprosiłem kupca o pokazanie mi wszystkich pudrowo-różowych kwiatów jakie tylko miał. Nigdy nie zapomnę o wianku, który kupiłem dla Spero na Zimowy Bal. Takie kolory naprawdę do niej pasują i już chyba zawsze będą mi się z nią kojarzyć. Ta mała wadera ma w sobie tyle siły, że nie przestanę jej nigdy podziwiać. Dosłownie mała, jej wzrost jest aż uroczy. Kupiłem bukiet, który wydał mi się najlepszy i natychmiast wyruszyłem do Dystryktu I, aby złożyć wizytę waderze. Muszę przyznać, że zacząłem nawet nieco się martwić naszym spotkaniem. Przecież nie było mnie tak długo! Co ona może o mnie teraz myśleć, co ja sobie wyobrażam pojawiając się od tak. Przecież nawet… Uh nawet nie wiem jak ją nazwać. Lubię ją, ale jak, nigdy nie zdołałem zrozumieć dlaczego od zawsze tak bardzo mi na niej zależało. A teraz zamierzam pojawić się jak gdyby nigdy nic. Jasna cholera Lysander! Może powinienem był ją wcześniej o tym powiadomić? Ale teraz to i tak już na nic, stresowałem się całą podróż, aż w końcu znalazłem się w pobliżu jej jaskini. Wylądowałem, chwytając bukiet pod skrzydło. Serce waliło mi niczym dzwony świątynne. Mógłbym się wycofać, ale egoista, który we mnie siedział tak bardzo chciał ją teraz zobaczyć. Mógłbym znów badać ją wzrokiem, cieszyć się jej zapachem, obserwować uśmiech i błyszczące oczy.
-Spero? - zapytałem, stając przy wejściu. Zupełnie jak kiedyś, gdy przez moje wołanie uderzyła się w głowę o jedną ze skalnych półek. Oby teraz do tego nie doszło, bo będzie to głupie powitanie po latach. 

<Spero?>
Słowa: 1244 = 82 łuski

Powrót!


Lysander powraca!

poniedziałek, 15 lipca 2019

Od Lysandra CD. Spero

Słowa Spero drgnęły mną. Gdy to powiedziała poczułem jakieś przyjemne, wewnętrzne ciepło. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy jej głowa ukryła się na mojej piersi i uniosłem delikatnie skrzydło, obejmując ją. Westchnąłem szczęśliwy składając pocałunek na czubku jej głowy, a następnie mój wzrok powędrował na kolorowe ogniki. Trwało to jeszcze jakąś chwilę. Po oddechu towarzyszki, mogłem spokojnie stwierdzić, że odpłynęła w mocny sen. Nie powinna zasypiać na zewnątrz. Przemyślałem jak mógłbym ją podnieść, nie budząc jej jednocześnie. Na całe szczęście jest drobna, więc z ułożeniem jej nie będę mieć problemu. Najdelikatniej jak potrafiłem odsunąłem się od niej i gdy się osuwała natychmiast położyłem się na ziemi. Z pomocą skrzydeł mogłem na moich plecach przenieść Spero, nie zakłócając jej spokoju. Tak nie pójdziemy ani do mnie, ani też do niej. W głowie wertowałem wszystkie możliwe wyjścia. Mógłbym poprosić Lien o pomoc, ale czy naprawdę jest to potrzebne? Oczywiście przyjmą nas na zamku, ale z jakiegoś powodu chciałem tego uniknąć. Po krótkiej chwili stwierdziłem, że najlepiej będzie udać się do Maciągowego Oka.
~*~
Gdy dotarliśmy na miejsce w zajeździe unosił się miły dla nosa aromat pieczonej dziczyzny, Palenisko na środku rozgrzewało pomieszczenie, a kilkoro wilków siedziało w spokoju przy stołach i jadło kolację. Zapłaciłem za pokój, do którego udałem się ze śpiącą przyjaciółką. Delikatnie położyłem ją na posłaniu i przykryłem baranią skórą. Kiedy byłem pewien, że waderze jest ciepło i wygodnie mogłem zgasić świecę i położyć się obok niej. Światło księżyca wpadające przez okno delikatnie oświetlało pomieszczenie. Wpatrywałem się przez moment w pysk Spero. Lubię cię, wiesz? Chyba nawet bardziej, niż jestem skłonna przyznać, wybrzmiewało mi w głowie. Dlaczego tak mnie ucieszyły te dwa zdania? Właśnie, kim ona właściwie dla mnie jest? Znam siebie, znam moje przekleństwo. Nie mogę postępować nigdy pochopnie. Poza tym jestem żołnierzem, powinienem dwa razy się nad wszystkim zastanawiać. Tak jak nad tym szczeniakiem. Może Spero ma rację? Skoro tak bardzo się o niego martwię powinienem go adoptować. A co jeśli umrę na polu walki? Przecież o to chodzi, nie chcę nikogo opuszczać. Chyba muszę poprosić błękitną o radę i jej zadać to pytanie, co jeśli umrę?
Nie miałem siły dłużej zadręczać się myślami. Po prostu zasnąłem, przypominając sobie jak wilczyca szeptała do mnie przy lodowisku.
Obudziłem się nad ranem. Wadera właśnie zaczęła otwierać oczy.
-Witam śpiącą królewnę – uśmiechnąłem się szeroko – Jak się spało?

<Spero?>

Słowa: 385

wtorek, 9 lipca 2019

Od Lysandra CD. Spero

Zaśmiałem się cicho, wpatrując się w waderę. 
- No nie każ mi czekać - rzuciła zniecierpliwiona, na co tylko pokiwałem głową, biorąc do pyska kęs ciasta. Tarta z jagodami rozpłynęła się po moim podniebieniu i mogłem delektować się jej delikatnym smakiem. Widząc moje zadowolenie, na pysku przyjaciółki pojawił się uśmiech. Wyglądała z nim naprawdę uroczo. Wziąłem kilka łyków mleka i następny kęs ciasta. 
- I jak? - zaśmiała się, patrząc na mnie. 
- Pyszne. Ale nie musisz się od razu tak śmiać. 
- To tylko... - parsknęła jeszcze raz, biorąc serwetkę. Zbliżyła się do mnie, wycierając mi kąciki pyska - zostało ci trochę jagód.
- Co my mamy z tymi jagodami? - rzuciłem w jej stronę, kiedy ta delikatnie wycierała mi pysk. Powinienem poczuć się dziecinnie, ale o dziwo mi to nie przeszkadzało.
~*~
Posiedzieliśmy w kawiarni jeszcze przez dłuższą chwilę, nawet nie zauważyłem kiedy czas zleciał nam na kilkugodzinnej pogawędce. Zamówiliśmy jeszcze cały dzbanek ciepłego mleka z miodem i kilka muffinek. Kiedy doszło do płacenia Spero chciała zapłacić za siebie, ale stanowczo zabroniłem, zasłaniając ją skrzydłem. W końcu to ja jej zaproponowałem posiłek. Ona tylko wybrała lokal. 
- A teraz chodź za mną! - odparłem, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Mróz ponownie uderzył w nasze poliki, a chłodne powietrze znów wleciało do naszych nozdrzy.
- Gdzie mnie prowadzisz? - spytała, a ja ruszyłem żwawym tempem. 
- Zobaczysz! - niemal wykrzyknąłem, posyłając w jej stronę zadziorny uśmiech. Po kilku minutach marszu dotarliśmy na rynek, gdzie stała kamienna rzeźba drzewa obwieszona złotymi lampkami. Zbliżał się wieczór, więc zostały one zapalone. Magiczne ogniki lada moment wyszybują na ulicę. Ale nie o ten widok mi chodziło.
- Łyżwy? - zdziwiła się, widząc lodowisko. - Nie potrafię jeździć!
- Spokojnie Spero, ze mną nie musisz się bać - roześmiałem się, wypożyczając dla nas po parze. Ci to na magazynie muszą mieć miejsca, żeby te wszystkie komplety uchować. W końcu jeden to aż cztery łyżwy. I to nie byle jakie, a specjalnie dostosowane na wilczą łapę. Ciekawi mnie co by zrobili gdyby inne zwierzę chciało pojeździć. - Nauczę cię jeździć.
Zawiązałem swoje łyżwy, wadera uczyniła to samo, tyle, że za pomocą magii. Trąciłem ją lekko pyskiem w bok, dając tym samym znak, żeby weszła na lód, na który sam po chwili wskoczyłem, czekając na towarzyszkę.
Spero dość nieufnie wyszła na lód.
- W tych okropnych butach jest o wiele trudniej!
- I o to w tym chodzi - posłałem jej wspierający uśmiech kiedy ta wsparła się na mnie.
Zacząłem tłumaczyć jej jak chociażby ustać na łyżwach. Po kilku próbach zaczęło jej to wychodzić. Dumny ze swej uczennicy odjechałem od niej, okrążając ją następnie i wykonując zgrabne manewry.
- Jakim cudem ktoś twojej postury może tak łatwo poruszać się po lodzie?
- Spokojnie, za niedługo zaczniesz śmigać lepiej niż ja. A teraz dalej, spróbuj do mnie podjechać.
Odsunąłem się o dobre kilka metrów, spoglądając na nią wyczekująco. W tym czasie ktoś we mnie wjechał.
- Och, bardzo przepraszam - usłyszałem delikatny głos. Odwróciłem się i spojrzałem na srebrną waderę o długiej, lśniącej sierści, która właśnie do mnie dobiła.
- Ależ nic się nie stało - powiedziałem, posyłając jej uśmiech pełen błyszczących, białych zębów. - Mam nadzieję, że tobie również.
- Nie, nic mi nie jest - zachichotała, spoglądając na mnie. - Cassandra - przedstawiła się.
- Lysander de Lyunes, miło mi poznać Madame. - spojrzałem kątem oka na Spero, która patrzyła na mnie, może lekko zdezorientowana. Muszę do niej wracać. - Niestety muszę się pożegnać, pomagam znajomej w nauce jazdy - posłałem jej szarmancki uśmiech.
- Dobrze, nie przeszkadzam. Ale mnie też mógłbyś pouczyć, jak zauważyłeś nie wychodzi mi to za dobrze. Do zobaczenia - powiedziała, odjeżdżając i przesuwając ogonem po moim pysku. Odwróciłem się, trząsnąc głową i wróciłem do Spero.
- Idzie ci coraz lepiej - odparłem.
- Kto to? - spytała, gdy tylko znalazłem się obok niej.
- Och, to? Nikt taki. - skomentowałem. Właśnie włączono muzykę. To znak, że zbliżał się wieczór. Słońce zaczynało chować się za horyzontem, lampki na posągu stwarzały przyjemną atmosferę, a ogniki nad naszymi głowami połyskiwały pięknymi barwami.- Zechcesz zatańczyć?
- Chyba sobie żartujesz! - odrzekła zszokowana. - Ja ledwo jeżdżę.
- Czy wyglądam jakbym żartował? Spokojnie, będę cię pilnować - uśmiechnąłem się.

<Spero?>

Słowa: 649

czwartek, 23 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

- Och, sierociniec. Tak. Właśnie z niego wyszedłem. - odpowiedziałem jakby szukając słów. Niezmiernie trapiła mnie kwestia adopcji Feana. - Szczeniaki jak zwykle były rozradowane moją osobą - posłałem waderze słaby uśmiech.
- Chyba coś stało się po drodze. Nie masz sobie tyle energii i radości do zwykle. No i nie rzucasz żadnymi komentarzami... 
Prychnąłem cicho pod nosem, odwracając się w stronę, gdzie po pokonaniu korytarza będzie czekało na nas wyjście.
- Dlaczego nie zostałaś psychologiem jak tak dobrze idzie ci czytanie z innego wilka?
- Może po prostu dobrze rozumiem właśnie ciebie? - uniosła brew, zerkając gdzieś na nas, domyśliłem się na co, a raczej na kogo. Postanowiłem nie przejmować się szeptami rozchodzącymi się po kątach tego zamku i zarzuciłem na Spero jedno z moich skrzydeł, przyciągając ją do mnie.
- Niezbyt to chyba jednak przydatne? Może lepsze byłoby czytanie z innych jak z otwartej księgi?
- Co kto woli Lysandrze, co kto woli… - powiedziała, akceptując mój dotyk. - Więc… co ci leży na duszy?
- Czyli chcesz drążyć ten temat? - spytałem, wypuszczając z pyska powietrze. Na moment moje oko przykuł piękny, ba nawet mianem zjawiskowego bym go określił, dzban z rzeźbionymi w nim kwiatami. Były to lilie, których płatki z lodu zabarwione na delikatny róż czy fiolet. Niezły patent, który można wykorzystać. Wracając jednak do Spero i emocjach wyrysowanych na jej pysku wiedziałem, że wyboru mieć nie będę. Nie była to może czysta determinacja, ale coś czego odgadnąć nie potrafiłem. - Polubiłem jednego ze szczeniaków.
- To chyba nic złego? - spojrzała na mnie, zakotwiczając swoje błękitne oczęta na mej osobie.
- Nie nazwałbym tego niczym zły. Ale martwię się… - nie było to łatwe, przyznać się, że martwię się o jakiegoś szczeniaka. - Fean może zostanie adoptowany. Cieszę się z tego! Nie chciałbym żebyś jakoś źle mnie zrozumiała… Ja. Ech. Jeśli to się stanie już więcej go nie zobaczę. Do tego tak bardzo przypomina mi małego Jacques, nawet nie wiem czemu.
- Może on też cię polubił? Pomyśl o tym w ten sposób.
- To mi nie pomoże jeśli nadejdzie czas rozłąki. Ten mały szczeniak podbił moje serce. Ale chcę jego szczęścia, więc powinien znaleźć rodzinę.
- To może ty go zaadoptuj? - powiedziała po chwili, na co prychnąłem kpiąco. Otworzyłem wrota prowadzące na zewnątrz, mogliśmy w końcu opuścić zamek.
- Piękny żart, udany. Co nie zmienia faktu, że jeśli cudem go nie wybiorą byłbym samotnym ojcem.
- Samanta cię lubi i wie, że potrafisz zaopiekować się szczeniakiem – przystanęła. - Lysander?
- Hm? - odwróciłem się, lecz wciąż unikałem kontaktu wzrokowego.
- Czy ty… Może nie powinnam pytać, ale czy ty nie boisz się czasami tego, że to co było w przeszłości się powtórzy?
- Kochana, ja się niczego nie boję! - odpowiedziałem, typowym dla siebie tonem. - A teraz przestańmy błądzić głowami w obłokach, zapraszam się na kilka drinków.
- Jeszcze nie ma wieczora, a właściwie jest dużo czasu zanim zajdzie słońce – położyła po sobie uszy.
- Więc zapraszam cię na ciepłe mleko. Co ty na to?

<Spero?>

Słowa: 503

niedziela, 19 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Przyznam szczerze, że pytanie wadery mnie zdziwiło. Wpatrywałem się w nią przez moment, by zaraz potem spojrzeć na ogień.
- Jasne... zawsze będzie cieplej - dodałem, jakby szukając pretekstu i usprawiedliwienia dla mojej zgody. 
Zebrałem się z ziemi, obchodząc palenisko. Podniosłem grube skóry, pod którymi leżała Spero i ułożyłem się obok niej. Mogłem poczuć ciepło uderzające od jej ciała. I nie tylko to, słyszałem jak jej serce bije. Równo i powoli. Wadera choć lekko spięta, rozluźniła się po chwili, kładąc z powrotem głowę i wzdychając. 
- Dobranoc - szepnąłem, patrząc na jej pysk, pogrążony w spokoju.
- Dobranoc - odparła równie cicho. Tym razem Spero szybko zasnęła. Ja mogłem obserwować jak odpływa w objęcia morfeusza. Jej klatka piersiowa unosiła się teraz równomiernie, jakby ciało cieszyło się, że mogło wreszcie udać się w stan spoczynku. Mnie samemu nie za bardzo widział się jakikolwiek sen, bałem się co mogło podczas niego do mnie przyjść. Nie chciałbym, aby Spero wzięła mnie za jakiegoś wariata. Nie ona jedna. 
Walczyłem ze zmęczeniem ile tylko mogłem. Zwykle te dwie czy trzy godziny snu na dobę mi wystarczą, tym razem jednak było inaczej. Powieki same się zamykały, jakby ciążyła na nich jakaś ciężka, czarna magia. Nawet nie chodzi o to, że nie potrafiłem już dalej walczyć z tym uczuciem. Ja nawet tego nie chciałem. Strach przed koszmarami odszedł na moment gdzieś w zapomnienie. Przybliżyłem się do wadery śpiącej obok jeszcze odrobinę i zamknąłem ją w uścisku w moich łapach. Przywarłem pyskiem do jej głowy, ciesząc się jej bliskością. Ha, Lysandrze, chyba zaczynam myśleć niezbyt trzeźwo, bo nachodzą cię doprawdy ciekawe myśli. Napawając się zapachem ciała wilczycy powoli odpłynąłem do krainy snów. Już nawet się za to nie skarciłem.
~*~
Obudziłem się rano, kiedy usłyszałem jak coś przebiega obok drzewa, to zapewne jeden z zajęcy, często się mi to zdarza. Podniosłem łeb, spoglądając na wejście, ale bijący od niego blask, kazał mi odwrócić wzrok. Na powrót wtuliłem łeb w sierść Spero, która nie drgnęła ani o centymetr podczas snu. A co do snów... Nic mi się nie śniło... O dziwo. Hah, gdyby nie to, że męczą mnie koszmary podejrzewałbym się o sny z innej dziedziny. Ale dlaczego akurat tej nocy żadna maszkara i brutalne wspomnienia mnie nie odwiedziły? Przecież to niemożliwe żeby to było spowodowane... 
Lysander, przestań tak o tym myśleć. 
- Dzień dobry - powiedziałem prosto do ucha błękitnej wadery, wciąż ciesząc się dotykiem jej przyjemnego futra.
- Już ranek? - odparła, po jej głosie mogłem rozpoznać, że się uśmiecha. Odwróciła się do mnie, spoglądając łagodnie w górę, a nasze oczy ponownie się spotkały.
- Jak minęła noc? - uniosłem brew.
- Ciepło - zmrużyła oczy, przeciągając się. - A tobie?
- Lepszej jak dotąd nie miałem - zaśmiałem się, wypuszczając znajomą z uścisku.
Oboje musieliśmy wstać. Spero musiała jeszcze załatwić sprawę z tym cholernym nożem. Zastanawiała się czy zostawić go ze sobą, czy może porozmawiać z radą magów. Doradziłem jej, żeby wybrała drugą opcję. Tak więc po siedzeniu jeszcze w moim "mieszkaniu" kilku kwadransów i urwanych rozmowach, w czasie których nieustannie wpatrywaliśmy się sobie w oczy wyruszyliśmy w stronę Centrum. Spero jak to ona nie chciała mnie tam ze sobą ciągnąć, ale i tak zmierzałem w tym kierunku więc była skazana na mnie.
~*~
- Naprawdę nie musiałeś - rzuciła, gdy zatrzymaliśmy się na chodniku. 
- Nie mów, że podróżowanie ze mną nie sprawia ci przyjemności - wyszczerzyłem śnieżnobiały uśmiech.
- Lysander... - powiedziała, przewracając oczami, ale odwzajemniając mój gest.
- To moje imię mademoiselle. Ale skoro tak bardzo chcesz się mnie pozbyć, droga wolna - zagrałem teatralnie.
- Powodzenia na samotnej ścieżce - ruszyła pewna siebie w stronę zamku. Powiedziałbym nawet, że nie szła już tak ociężale jak kiedyś. Nie żebym zwracał na to jakąś szczególną uwagę.
Jak zaplanowałem, tak udałem się do sierocińca. Właśnie minęła mnie para, która z niego wychodziła. Przy bramie spotkałem także Samantę.
- Ktoś znalazł nowy dom? - spytałem, zaciekawiony.
- Szukają chłopca do adopcji. - odparła radosna, zapraszając mnie do środka, czego nie odrzuciłem.
- Chłopca? - spytałem, jakby łagodnie zdenerwowany.
- Tak. Poznałam ich z kilkoma.
- Z którymi dokładnie? - każde jej zdanie miękczyło mi łapy coraz bardziej.
- Ethanem, Mio, Stalem i Feanem. - na dźwięk ostatniego imienia jakby trafił mnie piorun, chyba za abrdzo przywiązałem się do tego malca. Za bardzo przypominał mi pewnego malucha. - Każdy powinien mieć szansę na nowy dom.
- Racja.
- Przyszedłeś na wizytę? - spytała i pokiwałem szybko głową. A co jeśli ktoś go adoptuje? Wtedy nie będę go więcej widywał. - Chodź za mną, na pewno ucieszą się, że cię widzą.
- No aj myślę - odparłem na tyle głośno na ile mogłem. Bogowie Lys, nie możesz się tak przejmować, przecież on zasługuje na rodzinę...

<Spero?>

Słowa: 740

Od Lysandra CD. Spero

Z niepokojem spoglądałem na waderę wypluwającą z siebie resztki wody. Pogładziłem ją po plecach, zerkając gniewnie w stronę wody, chcąc skończyć życie wieczne żartownisiów, którzy próbowali pociągnąć Spero na dno.
- Już ci lepiej? - spytałem, oplatając ją skrzydłem, gdy ta przestała kasłać.
- Chyba tak - odparła szybko, trząsąc się przez chwilę.
- Będzie ci zimno - powiedziałem, marszcząc brwi. Nie byłem zadowolony z tego faktu, wchodzenie do wody w naszej sytuacji, gdy znajdujemy się na wiecznie ośnieżonych terenach nigdy nie jest dobrym pomysłem. 
- Jakoś dam radę. Podaj mi sakwę, mam coś co mi pomoże - odparła. Posłusznie wykonałem polecenie, a ta wyciągnęła z torby jakąś fiolkę czy cokolwiek innego co to było. Spożyła trunek (jak ja bym to nazwał). - To na rozgrzanie. Mag musi w końcu zawsze być przygotowany - powiedziała, posyłając mi uśmiech. 
- To nie zmienia faktu, że pogoda się zmienia. Nie będziesz w takim stanie wracać do jaskini. 
- Nie dramatyzuj - powiedziała, pewna wytworzonych przez siebie substancji.
- Spero, wiem że wydaje ci się, że trochę eliksirów czy Bóg wie czego ci pomoże, ale ja nie pozwolę ci wędrować do twojej jaskini. Będę miał cię na sumieniu jak się rozchorujesz.
- Przeziębienie będzie takie groźne - zaśmiała się cicho, przez krótką chwilę, by dać mi odpowiedź, na którą czekałem. - No dobrze, co w takim razie proponujesz?
- Moje drzewo jest bliżej niż twoja jaskinia. No i wydaje mi się, że drewno lepiej zatrzyma chłód z zewnątrz. Będziesz mogła okryć się puchatymi skórami, które tam trzymam - powiedziałem z delikatnym uśmiechem. Spero jeszcze chwilę się zastanawiała, po czym cicho westchnęła, zgadzając się na moją propozycję.
- Może i masz rację.
- Oczywiście, że mam. A ty jak zwykle nie lubisz przegrywać. - prychnąłem, a ta trąciła mnie z łokcia.
- Przypomnę ci, że to nie ty wygrałeś w tamtej zaspie.
- No oczywiście, bo dałem ci fory - zaśmiałem się, posyłając wilczycy szeroki uśmiech. 
- Boisz się przyznać, że pokonała cię kobieta! A wracając do spraw ważnych - niezwykle szybko przeszła do innego tematu, nie dając mi nawet czasu na odpowiedź. - Muszę jeszcze coś zrobić z tym przeklętym nożem.
- Tak jak powiedziałaś, został zaklęty, teraz nie będzie uprzykrzał "życia" tym duszom. Jutro znajdziemy jakieś rozwiązanie - odparłem, choć czułem, że Spero ma już jakiś zamysł w głowie, po prostu nie wiedziała co zrobić z tym cholernym przedmiotem kiedy zaprowadzę ją do mnie.
- Niech będzie. A teraz lepiej się zbierajmy, faktycznie zaczyna robić się zimno.
Podniosłem torbę z ziemi, zarzucając sobie na plecy i odgoniłem kilkoro dusz, dołączając do przyjaciółki. Uniosłem skrzydło, rzucając jej pytające spojrzenie, a gdy ta przytaknęła, objąłem ją nim. Przyznam. Niezwykle miłe uczucie.
Podróż do mojego przybytku nie trwała aż tak długo. Może przez to, że droga była prostsza i chociaż trochę krótsza niż do jaskini wilczycy. Puściłem Spero przodem, by weszła do drzewa. Rozświetliłem wnętrze, pozwalając jej się rozgościć. 
- Przytulnie tu - powiedziała, podążając wzrokiem do otoczeniu.
- Przyznam, że mam dobry gust.
- Oczywiście to i owo mógłbyś dodać - dorzuciła uszczypliwą uwagę, na którą jednak uśmiechnąłem się.
- Rady dasz mi kiedy indziej. Jakbyś nie zauważyła na dworze jest już ciemno. To odpowiednia pora na odpoczynek.
- Ale przecież można odpoczywać rozmawiając - odparła pogodnie. Chwyciłem za baranią skórę, którą nałożyłem na wilczycę.
- A teraz bądź dobrą owcą i ogrzej się - uśmiechnąłem się, składając odruchowo delikatny pocałunek na jej czole. Przyznam, nie przemyślałem tego posunięcia, może nie powinienem był? Dlaczego do cholery to zrobiłem? - Ja tymczasem pójdę po opał - odparłem prędko.
- Będziesz palił ognisko w drzewie? - spytała po chwili ciszy, gdy właśnie wychodziłem z "groty"
- Znam się na tym! - rzuciłem pośpiesznie, wychodząc z drzewa. Miałem w nim specjalnie wykopany dół na takie małe ogniska, aby móc jednocześnie ogrzać pomieszczenie i się nie spalić.
Super Lysander, martwisz się o nią, okey. Zaprowadzasz do siebie, okey. Ale na litość boską co ty zaczynasz robić? Dlaczego to jest takie dziwne i paraliżujące. 
Otrząsnąłem się. Drewno, muszę znaleźć patyki. 

<Spero?>

Słowa: 624

sobota, 18 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Obserwowałem każdy, choćby najmniejszy ruch wadery, kiedy ta zabierała ostatnie potrzebne jej rzeczy. Po zebraniu wszelkich... roślinek czy innych fiolek i wrzuceniu ich do torby wyruszyliśmy, brnąc w śnieg. Przez ostatnie dwie noce nieco przyprószyło, więc w niektórych miejscach zaspy były nieco większe niż mogłoby się wydawać. Postanowiłem to sobie za moment wykorzystać.
- Czyli jak się dowiedziałeś, że będę miała kolejną wyprawę? - spytała, spoglądając w niebo, po którym sunęły kłębiaste chmury.
- Mademoiselle, dobry dowódca nie zdradza swych tajemnic. - wypiąłem dumnie pierś, zakręcając pazurem na ustach na znak tego, że nie da rady tego ze mną wycisnąć.
- No tak, oczywiście - przewróciła oczami, a na jej pysku pojawił się delikatny uśmiech.
- Poza tym, pewna wygadana wadera często cię widywała jak chodziłaś do sali magów na szczycie zamku. Postanowiłem wypadać sprawę. więc to tym się zajmowałaś przez ten tydzień?
- Tak, dostawałam dużo zadań, choć niezbyt ciekawych. Powiedziałabym, że raczej się mną wysługiwali. Teraz w końcu będę mogła zająć się czymś bardziej interesującym niż szukanie laski jakiegoś starego maga. Ty miałeś ciekawszy tydzień?
- Jak wspomniałem często spotykałem się z Lien.
- Masz na myśli tą z rodziny, królewskiej, którą kiedyś spotkałam gdy bawiliśmy się ze szczeniakami? - dopytała.
- Yhym - kiwnąłem głową - Postanowiłem odwiedzać sierociniec między treningami. Spodobało mi się tam. Pewien szczeniak jest rozkoszny, mogę powiedzieć, że zdobył moje serce. - zerknąłem na waderę, która również obrzuciła mnie spojrzeniem - Ej, nie patrz tak na mnie! - fuknąłem, udając obrażonego i czekając na reakcję wadery. Ta jedynie pokiwała głową i ruszyła przed siebie.
- Tylko nie stosuj obrażonej taktyki przy duchach - rzekła, gdy do niej dorównałem (co swoją drogą nie było trudne, bo Spero robi małe kroki).
- Wiem, że wydaje ci się, że duchy mają na mnie zły wpływ czy coś w tym stylu, ale chcę ci powiedzieć, że się mylisz.
- Po prostu pamiętam tamtego ducha, Stelli - powiedziała, teraz znając już imię.
- Nie wszystkie duchy mnie nękają tak jak ten jej. Są to owszem, moi... przyjaciele, kompani z wojska - powiedziałem, nieco ciszej. - Ale mogę też rozmawiać z duszami, więc przydam ci się nad tym stawem.
- Oceanem dusz - powiedziała, ale ja zachowałem się jakbym nigdy nie usłyszał tego komentarza.
- Plus jestem w stanie dobrze walczyć, przyzywając do siebie duchy.
- Przyzywasz dusze zmarłych? - spytała, wyraźnie zainteresowana.
- Tak. Pomimo tego jaki pokaz moich umiejętności musiałaś zobaczyć w tamtym zaułku jeśli chodzi o dusze potrafię o wiele więcej - nachyliłem się, szepcząc jej do ucha następne zdanie - To w końcu mój żywioł.
- Lysander. Opowiedz mi o tym, brzmi ciekawie.
- Domyślam się, że z powodu, że potrafię ich przyzwać bez większego problemu, nie panując nad wyższą magią. Jak widać te rzeczy nie muszą się łączyć - wzruszyłem ramionami. - Ale z łatwością rozumiem co chcą mi przekazać zmarli, to najłatwiejsza ze wszystkich mocy. Resztę może ci kiedyś opowiem - puściłem do niej oczko. Miałem jednak nadzieję, że pewnych mocy nie będę musiał użyć, bo to oznaczałoby że jest do tego wyższa potrzeba, która dla mnie jest wojną. - A tymczasem... - zabrałem do łapy śniegu i rzuciłem nim w plecy Spero - Wisisz mi jeszcze bitwę na śnieżki - spojrzała na mnie z dezaprobatą, ale czułem, że udało mi się ją namówić. Przez moment nawet zacząłem martwić się, że zaraz weźmie w objęcia magii cały okoliczny śnieg i zrzuci mi na głowę, albo zacznie mnie bombardować kulkami jak z armaty.

<Spero?>

Słowa: 537

niedziela, 12 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Widok wadery w tym stanie mną wstrząsnął. Nie bacząc na nic po prostu przygarnąłem ją do siebie, zamykając w uścisku. Łapała każdy łyk powietrza, wtulając się w moją szyję. Całe jej ciało wydawało mi się drżeć. Jej płacz łamał coś we mnie, nawet nie potrafiłem powiedzieć co.
- Możemy tak chwilę zostać? - wychlipała po chwili cichym głosem.
- Zostaniemy tak ile chcesz - szepnąłem w jej stronę, okalając jej sylwetkę skrzydłem. Łapą delikatnie głaskałem ją po plecach, starając się być jak najlepszym wsparciem. Wiem, że nie byłem w tym dobry, powiedziałbym, że raczej dobiłbym kogoś niż ulżył mu słowami. Nigdy dlatego też nie skupiałem się ta takich gadkach. Jedyne co mogłem wygłaszać to mowy motywacyjne dla wojska. Oczywiście tutaj nie czułem potrzeby używania jakichkolwiek słów, chciałem tutaj po prostu być - dla Spero.
Siedzieliśmy tak już jakiś czas. Położyłem brodę na jej głowie, chcąc by odetchnęła. Zwierzyła mi się z takiego sekretu. Jak długo dusiła to w sobie? Musiała wycierpieć wewnętrzne katusze skrywając coś takiego. Każdy musi się przecież w końcu komuś wyżalić. Westchnąłem cicho, przybliżając waderę jeszcze bardziej. Chciałbym być najbliżej jak się da. Czy to głupie? Być tak blisko kogoś, żeby najlepiej stać się jednością? Czcze gadanie legend, przekleństwo! Uniosłem łeb, gdy zaczął wiać wiatr. Ujrzałem drobinki śniegu, małe śnieżynki niesione przez delikatny powiew.
- Mogę ci coś pokazać? - spytałem, a wilczyca pokiwała głową, ocierając policzki, gdy z powrotem przyciągnąłem do siebie skrzydło. Uśmiechnąłem się. Przez moment nawet korciło mnie, by pocałować ją w czubek głowy, różnica wzrostu była w końcu idealna. Powstrzymałem się jednak. Na ułamek sekundy w mojej głowie pojawiło się wspomnienie, w którym Spero złożyła pocałunek na moim policzku. Dlaczego właściwie to zrobiła? Myśli potrafiły wykreować w tej chwili tysiące scenariuszy, ale żaden z nich nie wydawał mi się zbyt realny.
W końcu podnieśliśmy się, odrywając się od barierki. Spojrzałem na schody prowadzące z balkonu do ogrodu. Spero, choć cicha ruszyła za mną, by momentalnie znaleźć się ze mną ramię w ramię. Przechadzaliśmy się po ogrodzie. Nazwałbym go kryształowym, ze względu na piękne kwiaty rosnące na dokładnie przystrzyżonych krzewach.
- Pięknie tu, nieprawdaż? - spojrzałem na milczącą przyjaciółkę... Czy po tak krótkiej znajomości mogę nazwać kogoś przyjacielem? Co ja plotę. Ledwo ją znam, a czuję jakbyśmy znali się całe życie.
- Tak - powiedziała, a z jej pyska uniósł się biały obłok powietrza. Zaczynała się uspokajać. Jeśli jednak by tego potrzebowała zawsze mogłem znów ją przytulić. - To to mi chciałeś pokazać.
- Niekoniecznie. Miałem w planach co innego, mademoiselle. - Zabrałem ją i poderwałem do góry.
- Co robisz? - spytała zaskoczona.
- Odwracam twoją uwagę - zaśmiałem się. Jej humor delikatnie się chyba poprawił, bo kąciki ust nieznacznie się uniosły. Nie chciałem aby zadręczała się myślami.
Przelecieliśmy nad labiryntem i wylądowaliśmy w jego centrum, przy kryształowej fontannie.
- Nigdy tu nie byłam.
- Nie dziwię ci się. - spojrzałem w moje odbicie malujące się na cieczy. Obok mnie na obrazie pojawiła się również Spero. - Twoja historia mną wstrząsnęła - zacząłem powoli - Nie wyobrażam sobie przeżywać tego co ty, chciałbym część twoich trosk przejąć na siebie, choć to niemożliwe. Choć wiem, że się boisz, chcę cię zapewnić, że już nic się nie stanie. Tego wilka już nie ma, a jeśli coś jeszcze kiedyś ośmieli ci się zagrozić najpierw będzie musiało pokonać mnie - chwyciłem ją za policzek - I nie ważne czy będzie to inny wilk, potężna magia czy chociażby cholerny smok, który nie miałby prawa bytu! Nie wiem czemu, ale chcę uchylić ci nawet gwiazd - spojrzałem jej głęboko w oczy, opuszczając łapę, by nabrać do niej wody. Podrzuciłem ją do góry. Władałem naprawdę ograniczoną magią, ale pozwoliła mi ona na zatrzymanie nad nami kropel. Następnie skupiając blask księżyca, rozszczepiłem światło w wodzie, przez co drobne kuleczki wyglądały jak gwiazdy - I jak się podoba? - spojrzałem na nią, mając nadzieję, że czuje się lepiej.

<Spero?>

Słowa: 617

sobota, 11 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Spoglądałem w ogień, który wypalał kolejną porcję drewna. To była idealna okazja żeby wysłać Jamesa i zostać na moment sam na sam ze Spero. Tak też zrobiłem. Basior poszedł po opał, a Hercules pełnił straż. Po tym co się tam stało mieliśmy tylko pytające spojrzenia. James choć ciekawski i narwany wolał zostawić tę sprawę, przynajmniej nauczył się w ciągu tych wszystkich lat odrobiny powściągliwości i nie wtykania nosa w nie swoje sprawy. A Herc? On wiedział, że w jego zadaniu należało chronić maga, więc nie zadaje zbędnych pytań. Może to nawet lepiej. 
Ja również nie kazałem waderze się spowiadać. Przecież to jej prywatna sprawa i choćbym nie wiem jak pragnął ulżyć jej w cierpieniach i wspomnieniach to dopóki ona mi na to nie pozwoli, nie zrobię zbędnego kroku do przodu, nie chcę jej wystraszyć. Choć przyznam, wadera jest mi niezwykle bliska, pomimo tej krótkiej czasowo znajomości.
Pogoda była o wiele lepsza gdy wracaliśmy, przez co szacuję, że gdy jutro wyruszymy o świcie, po południu będziemy już w domu. No proszę, zdążymy nawet wypocząć przed balem, który jest kilka godzin później. Nie przypuszczałbym. 
Kiedy James zniknął mi z pola widzenia podszedłem do Spero, kładąc się obok niej. Nic nie powiedziała od chwili gdy walczyliśmy z tym basiorem. Czułem, że nie chce o tym opowiadać i się tłumaczyć więc nie wierciłem jej dziury w brzuchu. Po boju wilczyca zajęła się zbieraniem danych i chyba to powinno się dla mnie liczyć najbardziej...
- Trzymasz się z dala od ognia. Jeśli podejdziesz bliżej będzie ci cieplej - powiedziałem. Może mój ton był trochę oschły, ale było to raczej spowodowane zmęczeniem, poharatanym grzbietem i raną na skrzydle aniżeli moim złym nastawieniem do wadery.
- Dziękuję, nie trzeba- powiedziała, spuszczając wzrok. Zrobiła się cichsza niż przedtem.
- Wiesz, jeżeli chodzi o tego maga... - zacząłem. - Nie musisz mi się tłumaczyć. Jak widzisz żadnemu z nas.
- Nie mów, że nie interesuje cię co tam się działo i z kim musiałeś walczyć. - spojrzała na mnie. Jej wzrok wydawał mi się rozbiegany.
- Wiem, że znasz tego wilka. Po resztę opowieści przyjdę kiedy indziej. - posłałem jej ciepły uśmiech.
Między nami znów zapadła cisza, którą postanowiłem przerwać. Może czas najwyższy komuś powiedzieć o tym co się działo.
- Stella - szepnąłem, co zwróciło uwagę mojej towarzyszki. - Jak wspomniałem Stella była przyjaciółką mojej siostry Ivone. Zawsze trzymały się razem. Moja matka traktowała ją jak przybraną córkę. To samo było z jej młodszym bratem. Młody chodził za mną wszędzie. Nawet nie wiesz jak bardzo cieszyłem się wiedząc, że Jacques widzi we mnie autorytet. Ale nie zasługiwałem na to. Maluch miał niecałe pół roku kiedy zaczęła się wojna. Przystąpiłem do niej. Byłem wtedy jeszcze nikim, stopień generała zdobyłem dopiero rok później. W kraju panowała anarchia. Kracja chciała wytłuc mieszczaństwo i na odwrót. Ja do kracji nigdy nie należałem... Trenowałem w pobliżu jednej leśnej chaty. Nie zorientowałem się kiedy Jacques przyszedł tam za mną. Parę basiorów z wyższego stanu na mnie natrafiło i wywiązała się walka. Trzech na jednego było wtedy dla mnie większym wyzwaniem niż dzisiaj. Jeden rzucił we mnie kulą ognia. Odskoczyłem. No i wtedy. - wziąłem głęboki wdech, wpatrując się w ognisko - żywioł uderzył o drzewo, rozpętał się pożar. Druga kula, druga trafiła już w chatę. Usłyszałem cichy krzyk, głos rozpoznałem w jednej chwili. Jacq był tam! Zerwałem się do lotu, ale na skrzydle poczułem zaciskające się szczęki. Zęby przebiły się przez moją skórę, docierając do mięsa. Zawyłem z bólu, ale nie mogłem odpuścić. Wtedy drugi basior rzucił się na mnie. Straciłem dużo krwi, ale nie wystarczająco żeby leżeć tam wtedy przygwożdżonym do ziemi i patrze...patrzeć jak szczeniak pali się żywcem. - zamknąłem na moment oczy, bo w głowie znów miałem ten obraz. Widziałem gorsze rzeczy na oczy, ale Jacq, on był tylko szczeniakiem, który trafił tam przeze mnie. - Stella zmarła kilka tygodni później w wyniku wybuchu. Nigdy mi tego nie wybaczyła.
- Lys...
- Nawet mi nie mów, że to nie moja wina. Gdyby nie ja on nie znalazłby się tam! - odpowiedziałem, unosząc głos. Poczułem się lepiej mówiąc jej o tym, ale nie chciałem w tej chwili słuchać, że to nie moja wina. - Widzę duchy. Moim zmarłych kompanów i Stelli, ale o tym już ci mówiłem...
- Ja... To okropne, nie powinno się stać - powiedziała, szukając punktu, na którym mogłaby zaczepić wzrok. W końcu jednak zatrzymał się on na mnie. - Twoje skrzydło. Nie zauważyłam tej rany. Pomogę ci
- Nie trzeba - powiedziałem szybko, lecz ta spojrzała na mnie nieustępliwym wzrokiem. W końcu coś nowego. - Dobrze, ale nie chcę żadnych maści czy magii. Wystarczy mi bandaż czy plaster - kiwnęła głową. Wyjęła z mojej podręcznej torby potrzebne rzeczy i zaczęła mnie opatrywać. Uważałem to za naprawdę niekonieczne. Przecież gdyby ktoś dotykał mojego ciała wyczułby pod sierścią dobrych kilkanaście blizn. Większych i mniejszych.
- Wiesz. Jeśli chodzi o tego maga - zaczęła mówić, a ja bacznie ją obserwowałem. Już skończyła mnie praktycznie opatrywać. Nie wiem co, ale jakaś siła kazała mi w tej chwili podnieść łapę. Przyłożyłem ją do polika, w którego zraniła się Spero, co sprawiło, że ta zaniemówiła. Kilka sekund tak trzymałem, dopóki nie zorientowałem się co robię.
- Przepraszam - rzuciłem szybko, wstając. - Lepiej pójdę się położyć i odsapnąć - zniknąłem najszybciej jak mogłem.
~*~
Wyruszyliśmy o świcie. Tak jak obliczyłem. Do balu zostały jeszcze cztery godziny. Gdy się rozdzieliliśmy nie powiedzieliśmy sobie nic oprócz pożegnania. Ruszyłem na jarmark, mając nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Nie wiem co robiłem, naprawdę. Pierwszy raz w życiu miałem wątpliwości co się ze mną dzieje. Chyba po prostu czułem, że chcę to zrobić. Na całe szczęście zdążyłem jeszcze kupić to, po co przyszedłem. Wróciłem na moment do mojego drzewa, odkładając zakupioną rzecz. Chciałem ruszyć od razu do miejsca, które sobie wyznaczyłem, ale zorientowałem się, że nie będzie to dobry moment. Padałem z nóg, dlatego przespałem się dwie godziny. Dopiero wtedy ruszyłem do jaskini błękitnej wadery. Nie powinniśmy byli tak zakończyć tej rozmowy
- Spero?! - zawołałem, czekając aż ta się pojawi.
- Lysander...Przyszedłeś po wyjaśnienia? Ten mag...
- Właściwie to chciałem zapytać czy idziesz z kimś na bal - wyjąłem zza placów pudrowy wianek, który oglądaliśmy kiedyś na targu, uśmiechając się do niej. - Różowy ci pasuje. 

<Spero? Speed pisanie XD>

Słowa: 1003

czwartek, 9 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Poprzedniej nocy przysiadłem jeszcze nad mapą tych terenów, żeby mieć pewność, że niczego nie pomylę. Oczywiście, mogę po prostu kierować się w stronę ogromnej, niezdobytej góry, ale doświadczenie mówi mi, że lepiej być przygotowanym. Dlatego dokładnie sprawdziłem współrzędne.
Kiedy obudziłem chłopaków w środku nocy nawet nie byli zaskoczeni. Ja raczej zdumiałbym się gdyby ktoś tak zrobił. Zwykle mało osób kręci się wokół drzewa, w którym pomieszkuję, ewentualnie są to jakieś mocno zagubione osobniki. I tak, mieszkam w drzewie. Jest ono na krańcu lasu Darminasa, więc trzeba pokonać spory kawałek przez zimny busz, aby do mnie dotrzeć. Ogółem jest ono duże, wydrążone w środku, więc wystarczy wejść przez szczelinę do środka, idealnie chroni przed zimnem. Ostatnimi czasy pracuję nad koroną, chcąc również coś w niej zamieścić, taką moją oazę. Ale mniejsza o mieszkaniu, mam teraz cel.
~*~
- Właściwie to miło mieć coś do roboty. - rzuciłem, bacznie obserwując śnieżne zaspy. Każdemu po czwartej godzinie zrobiłoby się ich dość, jeśli szedłby ciągle jednym szlakiem. Oczywiście robiliśmy przerwy, zależało mi, żeby Spero się nie przemęczała. Oczywiście z powodu jej zadania! Ale jak zauważyłem wcześniej, w sierocińcu, łatwo opadała z sił...
- A co? Narzekasz na pokój? - spytała wadera. Przez sekundę rzuciłem na nią okiem.
- Ależ skąd. Czasy pokoju to najlepsza kochanka jaką mogłem mieć.
- U, jaki doświadczony się znalazł - dogryzła mi po chwili ciszy.
- Z pewnością nie tak doświadczony jak Hercules - basior przytaknął z uśmiechem, a rudy kompan prychnął pod nosem ze śmiechu. Ostatnie kwadranse milczeliśmy, więc na łapę było mi, abyśmy się trochę rozluźnili. - Widzisz? Nie musisz być taka zazdrosna - rzekłem pewnie.
- Co? Ja wcale! Wcale nie jestem zazdrosna - fuknęła niczym obrażona kotka, ale potem od razu złagodniała.
- Każda jest - odwróciłem się by posłać jej jeden z moich szarmanckich uśmiechów.
- Chyba coś słyszę - rozmowę przerwał James.
- Zagrożenie? - spoważniałem.
- Nie, raczej... kopyta. - skupił się, nasłuchując otoczenia. Wydaje mi się, że to sarny, ale.. są jakby za ciężkie. To w tamtą stronę - pokazał głową kierunek
- Hercules, sprawdź to - powiedziałem do basiora, który kiwnął do mnie na znak porozumienia i ruszył za jedne ze śnieżnych pagórków.
Dreptałem wokół wadery, tworząc już mały rów w śniegu, kiedy wilk wrócił.
- Chodźcie to zobaczyć - powiedział, a my spojrzeliśmy po sobie - Tylko cicho. 
Poszliśmy za nim, by dotrzeć na szczyt dużej zaspy, z której ujrzeliśmy wodopój, a przy nim... No właśnie.
Widok był piękny. Po ciężkich kopytach spodziewałbym się jaków, ale bizonów? Nigdy bym nie przypuszczał.
- Myślałem, że nigdy ich tutaj nie spotkam - powiedziałem, oceniając wzrokiem śnieżno-srebrne futro, które potrafiło je dobrze zakamuflować. 
- Przyzwyczaiły się do warunków na tym terenie. Choć i tak są rzadkie. - James zaspokoił moje pragnienie wiedzy.
- A te mniejsze tuptanie?
- Zwykłe, małe stado saren. - powiedział nasz szpieg. - Przypomniały mi, że jestem głodny.
- Proponuję obejść stado na około i pomaszerować do wieczora, przed zmrokiem rozbijemy obóz, zjemy i odpoczniemy.
Wszyscy się ze mną zgodzili. 
~*~
Niebo było brudno-szare gdy skończyliśmy z szykowaniem obozu. James przyniósł drewno, każdy z nas wykopał dla siebie mały dół, który miał go w nocy ochronić przed wiatrem. Jak zaplanowaliśmy, tak zajęliśmy się zjedzeniem mięsa, które zabraliśmy ze sobą. Najważniejsze to być dobrze przygotowanym!
Odesłałem chłopaków do snu, sam przejmując wartę. Miałem dobry punkt obserwacji więc wszystko szło gładko. Zobaczyłem, że Spero wciąż siedzi przy ognisku. Podszedłem więc do niej. Z początku chciałem się zakraść i wyszeptać jej coś do ucha, jednak zrezygnowałem mając na względzie, że mogę ją wystraszyć.
- Dlaczego jeszcze się nie położyłaś?
- Chciałam chwilę posiedzieć. Czy to taki grzech? - przysiadłem się obok niej. - Poza tym położę się za moment. Ty masz teraz zmianę, prawda?
- I co? Nie ufasz mi? Ktoś cię zamorduje podczas snu? - zaśmiałem się cicho, by nie zbudzić naszych towarzyszy.
- Ty też nie zapomnij o śnie, jest ważny.
- Tak, tak - przewróciłem oczami. - Nie za dużo sypiam. Ale powiem ci, że ognisko jest przyjemne i ciepłe. Jeśli chcesz, ja zawsze też mogę cię rozgrzać - powiedziałem, gestykulując brwiami 
- Obejdzie się - odpowiedziała, śmiejąc się. - Zawsze się tak zachowujesz? Wiesz, próbujesz kogoś poderwać?
- Odważne pytanie... Ale żeby zaraz poderwać - prychnąłem. Dumna postawa jednak szybko runęła. Przyłożyłem łapę na śniegu, by zaraz ją podnieść, zostawiając odcisk. - Kiedy jestem Ezirisem nie mam co liczyć na miłość. I tak nie mam nigdzie swojej połówki, nie mogę jej znaleźć. Więc zawsze mogę o tym zapomnieć, flirtując z innymi. Plus... Taki mam charakter. - powiedziałem po prędce, wzdychając cicho. - Wracam na straż. A ty proszę, zrób mi tą przyjemność i idź spać - rzuciłem, wzbijając się w powietrze.
~*~
Tak jak powiedziałem, niewiele sypiam. Ale nie potrafię wyobrazić sobie żebym mógł przy kimś zasnąć. Kiedy już wszystko załatwimy i wrócimy odeśpię te kilka godzin. Na szczęście nie czuję jakiegoś ogromnego zmęczenia. Przydadzą mi się siły, zwłaszcza, że maszerujemy już drugi dzień. Jest prawie południe. Przez te cholerne opady śniegu są większe niż zwykle. 
- Zbliżamy się do miejsca docelowego. Widać stąd przełęcz - rzekłem do pozostałych.

<Spero?>

Słowa: 793

środa, 8 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Spojrzałem na nią, po czym próbowałem przerzucić wzrok na jedzenie znajdujące się za nią i odkryć co chce podać. To nie była odpowiedź na moje pytanie... Mam nadzieję, ze opowie mi to w niedalekiej przyszłości.
- Chętnie - powiedziałem cicho - Ale daj mi pewność, że ponownie nie zasłabniesz. Wiesz... Musiałbym znowu ratować cię niczym rycerz - posłałem jej uśmiech moich śnieżnobiałych zębów. O tak, mam klasę.
- Kto tu kogo ratuje - prychnęła, pokazując grymas zdziwienia (jeśli można tę emocję nazwać grymasem).
- No przecież że mężny basior waderę!
- Jedzenie - powiedziała, ucinając wywód, który chciałem zacząć. Spojrzałem na drewniane półmiski, w których Spero trzymała owoce. Chyba były własnoręcznie wykonane. Cóż, nawet jeśli wadera nie zrobiła ich sama to z pewnością zakupiła je u kogoś. Nie to mnie jednak zdziwiło.
- Skąd masz owoce? - powąchałem przepyszne, kolorowe kulki. Od tak dawna nie jadłem owoców. W koło ryba, trochę dziczyzny, jakiś nektar...
- Powiedzmy, że mam swoje sposoby - puściła do mnie oczko. Dobrze udawała, że już jej lepiej, choć parę sekund temu musiała się wesprzeć o moje ramię. I nie powiem, było to przyjemne.
- Magik nie zdradza swoich sztuczek? - uniosłem brew.
- Mag - uniosła dumnie głowę, zerkając na mnie kątem oka, lecz tak szybko jak to zrobiła, tak szybko gdzieś jej spojrzenie się zagubiło. Wdech, wydech Spero. Może nie powinna tak szybko się podnosić. Teraz myślę, że mogłem zapolować. - Masz, skosztuj - podniosła półmisek pod mój nos. Zgrabnie zebrałem językiem kilka jagód, delektując się ich przysmakiem. Wiosna, lato. Jak ja tęsknię~!
- Przepyszne - odpowiedziałem, oblizując usta. Spero zdusiła cichy śmiech. - Co cię tak śmieszy? - prychnąłem.
- Nie, nic... Po prostu. Twój pysk - i wybuchła śmiechem. Nie był on donośny, ale na tyle ile dała radę teraz się śmiała. Szybko odszukałem płaską powierzchnię z lodu i obejrzałem się w niej. Sierść pod nosem i na brodzie było granatowo-fioletowa. Cholerne jagodny...
- Madame! Nie powinno się śmiać z ludzkiego nieszczęścia... Zwłaszcza, że los może się zemścić... - zbliżyłem się do niej, posyłając jej szyderczy uśmiech. W jej oczach błysnęła iskra niepewności, może przez moment paniki. Wtedy chwyciłem w łapę jagodę i przyłożyłem jej do czoła - No proszę! Teraz wyglądasz jak prawdziwa dama z malunkiem na pysku! - zaśmiałem się siarczyście.
Spero rzuciła mi w odpowiedzi gniewne spojrzenie i przysiadła na chwilę. Otworzyła pysk, by coś powiedzieć, jednak na nic się to zdało. Ktoś właśnie wbiegł przez wejście. Nie będąc pewnym w pierwszym momencie kto to jest rzuciłem się na owego osobnika. To był zwykły odruch. Ze zwykłego można powiedzieć przyzwyczajenia, wolałem działać niż później żałować.
Spero pozbierała się i podeszła w moją stronę.
- Lysander, to Jonas. Przynosi różne wiadomości od magów.
- Dokładnie! - jęknął basior przyszpilony do ziemi, chcąc nie chcąc musiałem go puścić. Podszedł i wręczył błękitnej wilczycy jakiś pergamin. - Mówili żebyś znalazła sobie ochronię. Ten tutaj byłby chyba dobry - rzucił, a ja warknąłem w jego stronę. Następnie pożegnał się i wybył tak szybko jak się pojawił. Patrzyłem na Spero, której wzrok wędrował po słowach wypisanych na pergaminie.
- Co to? - spytałem, sceptycznie nastawiony. 
- Na przełęczy przy górze Urcavis odnotowano nagły przyrost magii. To najprawdopodobniej jakiś wybuch, mam się tym zająć. No i znaleźć kogoś do ochrony, bo misja jest niebezpieczna - rzuciła niezbyt uradowana.
- A inni magowie? Nie mogą się tym zająć? - dopytałem, podchodząc do niej.
- Sprawa jest na tyle poważna, żeby kogoś wysłać, ale najwyraźniej nie tak duża, żeby zrobili to inni. Jedna osoba wystarczy. Możliwe, że reszta magów nie ma czasu.
- Nie powinnaś odpocząć? - nie odpowiedziała. Przygryzłem wargę, zastanawiając się nad kolejnym zdaniem. - No cóż, przynajmniej masz już ochronę. Kłaniam się nisko.
- Tylko ty? - uniosła delikatnie brew.
- No nie mów, że ci nie wystarczam - uśmiechnąłem się, ciesząc się, że na jej pysku pojawił się uśmiech. - No ale zbiorę jeszcze dwóch, trzech basiorów. Zawsze mogą się przydać.
- Tylko uprzedź ich, że możemy tam być kilka dni, będę robić dokładne badania.
- Wiesz, jeśli chcesz mnie zaprosić na camping to nie musisz się wstydzić.
- Lysander... - przewróciła oczami.
- No co? Tylko mówię - rzuciłem. - Wyruszymy o świcie. Tymczasem coś zjemy, szczególnie ty i pora na odpoczynek. W nocy porozmawiam z wilkami i nad ranem się tutaj stawimy. No, a jeśli mowa o jedzeniu... Te jagódki nie dadzą ci wystarczającej ilości siły.
- Co więc takiego mi proponujesz?
- Przechadzkę, na której zapoluję. - Spero pokiwała w końcu głową i wyszliśmy z jaskini.
Wypatrzenie ofiary nie było za łatwe, nie chciałem też rzucać się na jakiegoś jelenia. Jest nas tylko dwójka, więc tak duża zdobycz będzie nam niepotrzebna. Wzrok błądził to po coraz większych zaspach, aż w końcu do oczu rzuciło mi się jakieś ptaszysko. Nie znałem się na ptakach, wiedziałem jedynie, że chcę je zabić.
Pościg za owym pierzakiem do wątłych nie należał, musiałem przejść do lotu, żeby go w końcu złapać. Ale dzięki temu, po godzinie wróciliśmy do jaskini, którą zamieszkiwała Spero.
- Mogę liczyć, że jak przyjdę tu rano, to nadal tu będziesz, a nie ruszysz w nieznane na misję? - spytałem.

<Spero?>

Słowa: 797

wtorek, 7 maja 2019

Od Lysandra CD. Salamy Oruel

Odłożyłem torbę we wskazanym mi kącie. Uważnym wzrokiem omiotłem pomieszczenie. Kominek wydawał się kuszący. Zbliżyłem się, delikatnie dotykając łapą zdobień jakie były wyryte w marmurze. Dobra robota... Mała iskra odskoczyła od palącego się drewna prosto w moją stronę, co sprawiło, że musiałem szybko się odsunąć. Jeszcze nie dajcie Bogowie się podpalę. Wiem, że to musi się wydawać śmieszne, ale nieraz najmniejszy żar wywoła pożar stulecia. No... a ja nie chcę wyglądać jak przypalony i osmolony kurczak. To byłoby właściwie dość zabawne. Oczywiście pomijając zapach spalonej sierści i piór.
Nie przysiadłem w salonie. Nie od razu. Podążyłem za nowo poznaną waderą wgłąb jej przytulnego mieszkanka.
- Dużo tu ziół. Czuć je prawie na każdym kroku - wtrąciłem, obserwując ją z tyłu. Była zajęta wyciąganiem kilku roślin. Wnioskując po wyciągniętych naczyniach zabierała się za parzenie herbaty. Ten trunek zawsze kojarzył mi się z osadnikami z wielkiej wyspy położonej na północ od mojej ojczyzny. Ale działał odprężająco i był nawet smaczny, jeśli się go dobrze zrobiło. U mnie lud z północnej wyspy traktował go jak świętość. A to tylko herbata...
- Zioła zawsze się przydadzą, zwłaszcza te, z których możesz zrobić wywar, dzięki któremu będziesz mógł się odprężyć i jedyne o czym będziesz myślał to delektowanie się jego smakiem - odwróciła głowę w moją stronę, delikatnie się uśmiechając. Nie musisz mi się przyglądać, potrafię sama zrobić herbatę.
- Podziwiam mistrza w akcji. Bo jak wnioskuję znasz się na parzeniu herbaty.
- Zagotowanie wody i dobranie odpowiednich roślin chyba nie jest aż takie trudne - odparła ze skromnością.
- Jak wolisz - wzruszyłem ramionami.
- Obejrzałeś już moje mieszkanie? - wróciła do pracy, którą jej tak bestialsko przerwałem gapieniem się.
- Jeszcze nie - tym razem rzuciłem okiem na kuchnię. Miała w niej utrzymany porządek. mi nawet nie chciałoby się sprzątać po gotowaniu. Polowanie górą! - Ale już się za to zabieram.
Wróciłem do saloniku, w którym zainteresowały mnie obrazy wiszące na ścianach. A zaznaczam tu, że są na ścianach, bo spotkałem się kiedyś z pewnym... dość specyficznym osobnikiem, który swoje malowidła zawiesił na suficie. 
- To ty je namalowałaś? - spytałem, zanim zakotwiczyłem wzrok na jednym z małych dzieł.
- Niektóre tak. Część kupiłam na targu i od malarzy - usłyszałem w odpowiedzi.
Przedstawiony krajobraz chwycił mnie za serce. Zieleń komponowała się z fioletem. Przypomniałem sobie o Dżungli Jacuel, w której rosły olbrzymie, fioletowe kwiaty, z liśćmi tego samego koloru. Widywałem tam niegdyś bawiące się szczeniaki. Zanim część drzew została wyrwana z korzeniami było to bardzo przyjemne miejsce. Ah, całą ojczyznę wspominam jak krainę mlekiem i miodem płynącą, chociaż wiem, że nie obyło się to bez wojny.

<Sally?>

Słowa: 416

poniedziałek, 6 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Próbowałem otworzyć oczy, co ledwo mi się udało. Głowa już zdawała się nie boleć. Obraz jeszcze przez moment był zamazany, jakby wszystko co przede mną spowite było mgłą. Widziałem jasne światło dnia, wpadające do miejsca, w którym leżałem. Ale przecież zaułek był zasłonięty... Przede mną rysował się kształt jakiegoś wilka. Widziałem jedynie jego plecy. To musi być jedna z niewielu nocy, w których nie śnią mi się koszmary. A kiedy ich nie ma... widzę właśnie to. Leżę obok kogoś, budzi mnie delikatna łuna, mogę spędzić leniwy poranek, wtulić się w tego kogoś i po prostu odetchnąć. I tak też przysunąłem się do drobnej postaci przede mną, jednak gdy nosem dotknąłem jej futra zdałem sobie sprawę, że to nie sen. Brawo Lysander! Prawie kogoś zmolestowałeś! Otworzyłem szerzej oczy, powracając do rzeczywistości. Podniosłem się szybko, a zdrętwiałe łapy zaczęły się trząść. Wziąłem kilka głębokich wdechów rozglądając się dookoła. No zaułkiem to to nie było. Znajdowałem się w jakiejś jaskini, powiedziałbym, że nawet przytulnej. Jednak nie to zwróciło moją uwagę. Poznałem błękitne futro właściwie od razu. Obszedłem waderę, patrząc na nią od przodu, wydawała się spać twardym snem. Nie wiedziałem co się dokładnie wydarzyło po tym jak straciłem siły. Zbliżyłem się do Spero, trącając ją delikatnie łapą. Raz, dwa razy... Nic. Nie znałem się na magii tak jak ona. Moja była zdecydowanie innego typu niż jej, ale postanowiłem rzucić oko na energię, która w niej była. Jedyne co udało mi się wywnioskować to to, że ją utraciła. Wyczuwając jej ducha zrozumiałem, że musi odpocząć. Wnioskuje, że to nie przypadkowe miejsce. Rozejrzałem się po grocie, szukając jakiejś skóry. Przecież trzeba ją na czymś położyć, nie pozwolę żeby spała na twardym i zimnym podłożu. Potruchtałem chwilę po jaskini aż w końcu natrafiłem na coś co nadawałoby się na leże. Wróciłem do znajomej, wzdychając cicho.
- Nie obraź się na mnie za to, mała - powiedziałem, delikatnie próbując podnieść ją z ziemi. Spała jak zabita. nie wiem co zrobiła i jak się tutaj znaleźliśmy, ale to naprawdę wyciągnęło z niej ostatki sił.
Gdy byłem pewny, że leży już wygodnie na skórze udałem się w stronę wyjścia, przysiadając. Wziąłem głęboki oddech, rzucając wzrokiem na okolicę. Nie mogę jej tak teraz zostawić, przecież jeśli coś się stanie... Potrząsnąłem głową, wolę nawet o tym nie myśleć.
W głowie pojawiło mi się wspomnienie z wczoraj. Niektóre duchy są niezwykle upierdliwe. A ten jeden to kawał wredoty. Zwykle nękający mnie polegli żołnierze nie są w stanie wyrządzić mi jakichkolwiek strat na sile, ale jeśli chodzi o Stellę. Nawet nie wiem dlaczego jej dusza jest taka silna i bestialska. Przecież byłą dobrą waderą... Co prawda sprzeczaliśmy się w pewnych momentach, ale jak to zawsze bywa na polu walki. Dlaczego mnie obwinia? Przecież wiem, że to była moja wina! Jasna cholera. Tyle dobrze, że jestem odporny na ataki zza światów. Co prawda jeśli jest to ktoś pokroju Stelli mogę stracić siły, a głowa będzie mnie niemiłosiernie boleć, ale nigdy nic więcej mi się nie stało. Do tej pory oprócz tego jak wadera ukazała mi się kilka razy, zwykle śnią mi się moi kompani z wojska. Nie jest to przyjemne, dlatego takie sny nazywa się koszmarami, ale cóż poradzę...
~*~
Spędziłem w jaskini kilka kolejnych godzin. Co moment zerkałem w stronę znajomej, sprawdzając też co jakiś czas czy nadal oddycha, jakbym bał się, że w każdej chwili może przestać. Będąc przy wejściu poczułem zimny napływ powietrza, który mną wstrząsnął. Dostałem gęsiej skórki. Czas podjąć szybką decyzję. Jeśli nadal będzie tak wiać temperatura może gwałtownie się obniżyć. Z melancholią wspomniałem zalesione i zielone tereny mej ojczyzny. Kiedy nie panowała tam anarchia wszystko wyglądało naprawdę pięknie. Bujne paprocie w lasach, wysokie, kwieciste krzewy, sosny, świerki. Albo liściaste lasy! Były też sady... Wszystkie obrazy momentalnie zaszły mi krwią i ogniem.
Nie czas teraz na fantazje, muszę coś zrobić. Mógłbym ją ogrzać własnym ciałem, ale zdążyłem poznać jej zachowania. Nie wiedziałem dlaczego, ale Spero wyraźnie bała się dotyku i nagłych ruchów. Ta opcja więc odpada. Na zewnątrz, w miarę blisko było drzewo. Jeśli trochę zniszczę je wiatrem będę mógł zebrać drewno. Ostatni raz westchnąłem, kalkulując wszystkie za i przeciw. Rzuciłem się do lotu, uważając, aby nie tracić z oczu wejścia do jaskini.
Po zebraniu opału i wykorzystania silnej stróżki światła wznieciłem mały ogień, który choć na chwilę ociepli to miejsce. 
~*~
Nie spałem całą noc, lecz nie z obawy przed koszmarami. Czekałem, aż błękitna wadera otworzy oczy, przebudzając się. Poza tym... wolałbym o niczym nie śnić w obecności innego wilka. Ciche stęknięcia dobiegały z legowiska. Obudziła się! I najwyraźniej jeszcze dochodziła do siebie.
- Spero? Wszystko okey? Słyszysz mnie? - natychmiast znalazłem się obok.
- Musiałam tylko zregenerować siły, nie zapadłam jeszcze w śpiączkę - wyszeptała niemrawo.
- Ile widzisz pazurów - pokazałem łapę, starając się rozluźnić atmosferę i usiadłem przed nią. Oczywiście odpowiedzi nie uzyskałem. - Co się stało? I jak się tutaj znalazłem?
- Byłeś tu cały czas? - spytała, widocznie zdziwiona.
- Oczywiście. No, ale co się...
- Musiałam odespać. Lepiej powiedz co to był za duch. - spróbowała się podnieść
- Duch? To znaczy, że go widziałaś? - to mnie zainteresowało. Zwykle nikt inny ich nie widzi oprócz mnie.
- Ha, i nie tylko! Ale nie rozumiem dlaczego cię zaatakował.
- To długa i męcząca historia z przeszłości. Ten duch - zaciąłem się - To Stella. Moja stara... - i martwa Lysander - znajoma. A właściwie znajoma mojej siostry. - kiedy przypomniałem sobie Ivone  i wyraz jej pyska nie chciałem już dalej ciągnąć tego tematu. Dzięki Bogom, Spero to zauważyła.

< Spero?>

Słowa: 891

niedziela, 5 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Zdecydowaliśmy się, aby wyjść z Ogrodów. Miło było w nich choć na chwilę odetchnąć. Powiedziałbym, że są odskocznią od mroźnego świata. Świata, w którym po raz kolejny się znaleźliśmy. Gdy spojrzałem na niebo malowały się na nim coraz ciemniejsze barwy. Niebawem się ściemni. Cicho westchnąłem.
- Będziesz jak kopciuszek i tego wieczoru też uciekniesz? Zbliża się wieczór.
- Odnajdziesz mnie po szklanym pantofelku - uśmiechnęła się, ruszając przed siebie. - Teraz mam jeszcze pilne spotkanie.
- Mogę potowarzyszyć ci jeszcze ten moment? Odprowadzę cię i znikam. Słowo! - przysiągłbym, że Spero zamyśliła się w tym momencie. W końcu jednak pokiwała głową na znak zgody. Chyba wiedziała, że nie odpuszczę.
- Niech ci będzie. 
Truchtała po wygniecionym śniegu, jej kroki zdawały mi się nieco ociężałe. Czy mogę spytać z kim się widzi? A może byłoby to zbyt wścibskie? Dlaczego czuję się zmartwiony tym, kim może być osoba, do której idzie Spero? Potrząsnąłem głową, aby odgonić od siebie te myśli, co zwróciło uwagę mojej towarzyszki. Skierowała w moją stronę pytający wzrok. 
- Śnieg wpadł mi do ucha - wykorzystałem moment, że białe śnieżynki zaczęły sypać z nieba. - Doprawdy nie przyjemne uczucie - zebrałem trochę śniegu z płotu, obok którego przechodziliśmy i obsypałem nim wilczycę, na co ta cicho pisnęła.
- Lysander, śpieszę się. Nie wciągniesz mnie w bitwę na śnieżki - rzuciła, z delikatnym uśmiechem, który szybko zniknął z jej pyska.
- Jak wolisz - wzruszyłem ramionami, melancholijnie odwracając wzrok. Niestety Spero nie zareagowała. 
- To tutaj mam punkt spotkania. Dziękuję za odprowadzenie - przystanęła. Chciałem coś odpowiedzieć, ale zdążyłem to zrobić dopiero kiedy jakiś wilk przepchnął się pomiędzy nami. Burak.
- Przyjemność po mojej stronie Madame - delikatnie się ukłoniłem. - Może zaczekam z tobą? Dla pewności.
- Nie potrzebuję twojego nadzoru - powiedziała, pewna siebie.
- Jak wolisz. Ale ja, gdybym był złoczyńcą zaatakowałbym taką waderę. Jesteś niska, wydaje się
- A może to ty jesteś ogromny, co - prychnęła, po czym buchnęła śmiechem.
- Spero. Bycie niską jest urocze, za to wysokim... kłopotliwe - położyłem po sobie uszy. 
- Poradzę sobie. W końcu znam się na magii - spojrzała mi prosto w oczy, lecz szybko się z tego wycofała.
- Dobrze, dobrze. Rozumiem. No, ale... Wisisz mi walkę na śnieżki.
- Innym razem, innym razem Lancelocie.
- Może jutro? - uniosłem brew, sam byłem zdziwiony, że chcę ją tak szybko zobaczyć.
- Jestem zajęta. - odpowiedziała krótko. Ton głosu też jej się trochę zmienił. Powoli zaczynałem nabierać przekonania, że jestem zbyt namolny.
- No dobrze. A więc kiedyś cię złapię. Teraz będę już leciał - dosłownie. Rozłożyłem skrzydła, wzbijając się. Posłałem jej pożegnalne spojrzenie i zniknąłem za budynkami. Przysiadłem na jednym z dachów, tak aby wadera nie mogła mnie zauważyć, a żebym ja jednocześnie mógł ją obserwować. Dowiedziałem się w ten sposób, że spotkała się z Sukki. Jakiś ciężar spadł mi w tamtej chwili z serca. Mogłem udać się w swoją stronę. 
Wylądowałem przy sierocińcu. Mogłem dalej iść pieszo, nie lubię latać kiedy mocno pada śnieg. Spojrzałem na budynek, uśmiechając się na samo wspomnienie. Może kiedy będę miał wolną chwilę będę mógł tutaj pomagać? Zabawa ze szczeniętami była co prawda męcząca, ale ile szczęścia mi dała. A jeden z dzieciaków szczególnie dał się polubić.
Moje rozmyślania przerwał nagły powiew wiatru. Atmosfera dookoła się zmieniła, a światła zaczęły przygasać. 
- Au secours! - usłyszałem. Ktoś był w potrzebie. Jego głos był więc błagalny, ten ktoś łkał. Zdawało mi się, że to za zakrętem. Ruszyłem czym prędzej, nie szczędząc sobie. Wołanie o pomoc nie ustawało. W końcu wpadłem do jednego z zaułków. Wtedy krzyk ucichł. Rozglądałem się. Przysiągłbym, że to stąd. Ktoś mnie potrzebował i był to ktoś z mojej ojczyzny! Wtedy usłyszałem warknięcie i coś we mnie uderzyło. Jakim cudem tego nie zauważyłem? Biała, półprzezroczysta postać rzuciła się na mnie, lecz nie z kłami. Jej oczy przepełnione były żalem i złością.
- Tu ne fais rien! - ryknęła, uderzając we mnie. Nie mogłem tego poczuć, ale i tak cofnąłem się kilka kroków. Doskonale poznawałem osobę, którą zobaczyłem. Znowu te cholerne duchy. Nawiedzają mnie po raz kolejny. Jeszcze ktoś weźmie mnie za wariata, przecież inni ich nie widzą.
 Przepełniło mnie uczucie bólu w klatce piersiowej i zmęczenia. 
- Stella - wyrzuciłem z siebie szeptem zanim osunąłem się po ścianie, dzieżko dysząc. Nie dam rady wstać. To odebrało mi resztki sił.


<Nie wiedziałem, gdzie ma się spotkać z Sukki, więc odprowadziłem gdzie odprowadziłem xD. Spero?>

Słowa: 677

sobota, 4 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Kiedy wadera na mnie skoczyła poczułem jak plecy obiły mi się o małe kamienie i piach, który znajdował się blisko brzegu.
- Madame, jesteś niezwykle waleczna – posłałem towarzyszce szeroki uśmiech, rozkładając skrzydła na boki.
- A ty dowódco poddajesz się niezwykle łatwo.
- Tak sądzisz? Tak drobna wadera nie powinna zadzierać z kimś moich rozmiarów. Jeszcze machnę skrzydłami i polecisz na głęboką wodę.
- Najpierw musisz się uwolnić – odrzekła dumnie. To jak pewna siebie była w tym momencie było nawet urocze.
- Sądzę, że i z tym sobie poradzę – cicho się zaśmiałem, po czym zamilkłem na moment. Uniosłem łeb, delikatnie stykając swój nos z noskiem wadery. Jej oczy momentalnie zrobiły się większe ze zdziwienia i odskoczyła.
- Jesteś okropny – położyła po sobie uszy w obrażonej postawie.
- Powiedziałbym, że chyba ta róża zaczęła działać – uśmiechnąłem się, wstając i otrzepując się z wody. - Ale ja już taki po prostu jestem. To idziemy dalej? Byłoby szkoda zakończyć przechadzkę w tym miejscu.
Wilczyca spojrzała na mnie i kiwnęła głową. Wróciliśmy na ścieżkę. Właściwie ktoś bardzo się postarał. Kiedy skończyły się płytki, pod łapami mieliśmy kocie łby. Nie jest to zbyt przyjemna droga, bo łapy mogą zacząć boleć, ale i tak plus za to, że się starali. Cóż, bardzo mi przykro, że zmoczę zaraz te wszystkie kamienie, ale wszystkie pióra ociekają mi wodą. 
Im dalej ja i Spero zmierzaliśmy ogrodami tym piękniejsze widoki na nas czekały. Byłem pod wrażeniem pnących się po ścianach bluszczy. Niektóre pnącza zaczepiły się nawet u sufitu, dzięki czemu byliśmy zamknięci w zielonym tunelu.
- Pomyśleć, że takie cuda mogą być w sercu najmroźniejszego miejsca na tym świecie.
- Jeszcze bardziej bym się zdziwiła, gdyby takie zjawisko występowało na Smoczych Skałach – delikatnie prychnęła. Lubiłem każdy moment, kiedy Spero się śmiała. Wyglądała mi na wiecznie zmartwioną i przestraszoną waderę. Przynajmniej taka biła od niej… aura? Oczywiście im więcej czasu z nią spędzałem, tym lepiej mogłem ją poznać, wciąż jednak zdawało mi się, że coś leży jej na sercu. Cóż ja jednak mogę na to poradzić? Nie znamy się jeszcze tak długo, żebym mógł zapytać, a to może mi się jednocześnie zdawać. Coś jednak trapi mnie wewnętrznie. Poznałem ją w zasadzie wczoraj. Znamy się jakiś dzień, a coś mówi mi jakbym znał ją całe życie. To nierozsądne! Nic o niej nie wiem!
- Oaza… - wyszeptałem, gdy zbliżyliśmy się do miejsca, w którym lewitowało drzewo.
- Wygląda cudownie. Zastanawiam się dlaczego lewituje.
- Wiesz czy jest stabilne?
- Nigdy tego nie sprawdzałam. Nie miałam okazji.
- Teraz jest! - zerwałem się w górę i zbliżyłem do unoszącej się nad ziemią rośliny. Postawiłem na tym dziwnym podłożu wszystkie cztery łapy – Wydaje się, że nic tego nie ruszy! - zacząłem skakać, aby sprawdzić swoją teorię.
Gruz ani drgnął. Zleciałem z powrotem do mojej towarzyszki.
- Spero, ufasz mi?
- Obok jest woda, więc może nie powinnam. Jeszcze mi oddasz – obdarowała mnie delikatnym uśmiechem. Posłałem jej pytające spojrzenie, czekając na jej zgodę. Chciałem poderwać ją z ziemi i pomóc jej się dostać do drzewa.

<Spero?>

Słowa: 500

czwartek, 2 maja 2019

Od Lysandra

Słońce już w zasadzie zachodziło. Wciąż byłem zdumiony tym, że dnie są tutaj prawie tak długie jak wszędzie indziej. Zima, którą znałem zawsze kojarzyła mi się z długimi, ciemnymi nocami i krótkimi dniami. Chcąc na moment przestać myśleć o tym, dlaczego zostałem tu wezwany postanowiłem zgodzić się na rozmowę z Herculesem.
- Kilka pint nigdy nikomu nie zaszkodziło! - odrzekłem radosny. - James, musisz koniecznie udać się z Herculesem- basior spojrzał na mnie, wyglądało na to, że wyrwałem go z zamyślenia.
- Nie mam nastroju.
- Gadasz jak baba - prychnął najstarszy z nas. 
- A ty za to nie masz za grosz ogłady Monsieur. Z damami trzeba obchodzić się należycie.
- Jesteś jeszcze szczeniakiem, nie wiesz co to kobiety! - położyłem po sobie uszy.
- Dobra, chodźmy się napić - wtrącił w końcu rudy towarzysz.
- Lysander powinieneś pójść z nami. Nadal nie rozumiem dlaczego protestujesz.
- Nie mam gdzie w pełni ćwiczyć. Muszę się wybiegać i rozruszać skrzydła. Najpierw porozglądam się po uliczkach, potem kto wie co dalej.
- Jak wolisz. Ale ja idę z młodym się rozluźnić. Mam dość tej napiętej atmosfery. A on sytuacji z Arianem - ostatnie zdanie wypowiedział do mnie szeptem. 
Pożegnałem ich skinieniem głowy i każdy z nas rozszedł się w swoją stronę. Hercules miał rację, sytuacja jest naprawdę nieprzyjemna. Sam fakt, jak mój przyjaciel reaguje na widok szwagra... Nie podoba mi się to, że Arian wezwał dowódców wojskowych i szpiega.
Wyszedłem na ulicę, po której jeszcze wałęsały się ostatnie wilki. To był ten moment, w którym niewielu było na zewnątrz. Ulice zamierały na najbliższe godziny, by potem, w środku nocy ponownie się przebudzić. Delikatne światła muskały puch, oświetlając mi drogę. Kiedy tylko opuści się Centrum te płomienie znikają i można naprawdę dotrzeć do natury. To magiczne, jak stworzone jest to Królestwo. Żyją pośród wiecznego śniegu. I do tego mają dobrego władcę. Pochodzę z krainy, którą również rządziła rodzina królewska, jednak ich panowanie nie przyniosło niczego dobrego, a przyjaciel to wykorzystał. 
Przystanąłem przy fontannie wpatrując się w swoje odbicie. Zadałem sobie to samo pytanie co przy Spero, jakim cudem ta woda nie zamarza? Czyżby to wszystko za sprawą bariery, o której się mówi? Pazurem zaburzyłem obraz w wodzie. Czy harmonia w królestwach jest w stanie panować wiecznie?
Westchnąłem ciężko, obserwując biały dym wydostający się z mojego pyska i ruszyłem przed siebie. Zapuściłem się w uliczki, w których wcześniej nie byłem. Jak na moje oko, wszystko wyglądało tutaj tak samo. Te same budowle, może jedynie ozdobnictwo na nich się zmieniło i światła było mniej. W półmroku zauważyłem ciężką posturę, niosącą coś ze sobą. Z chwilami kiedy się zbliżyłem ujrzałem, iż to wadera.
- Może potrzebna ci - postanowiłem zacząć rozmowę z nieznajomą.
- Pomoc? Dam radę sama - odrzekła dość dumnie, jednak to mnie nie odstraszyło. Chwyciłem torbę, którą niosła i szybko założyłem sobie na barki, chcąc jej ulżyć. Miała przy sobie sporo rzeczy. Spojrzała na mnie z politowaniem i uśmiechnęła się delikatnie. Sprawiała wrażenie miłej.
- Mówią na mnie Lysander - przedstawiłem się.
- Salama Oruel - odpowiedziała krótko.
- No proszę, podwójne imię. Dawno takiego nie słyszałem - spojrzałem na nią, dając znak, że chętnie usłyszę jakąś historię.


<Salama? Ustalone opowiadanie>

Słowa: 501

wtorek, 30 kwietnia 2019

Od Lysandra CD. Spero

- Powinnaś popracować nad kondycją - szepnąłem zbliżając się do jej ucha i uśmiechnąłem się nonszalancko. Puściłem waderę i wyciągnąłem łapę, żeby pomóc jej się podnieść. Przez moment zawahała się, by potem ją pochwycić. Szczenięta tymczasem beztrosko bawiły się na placu. To jak wpadały w kopki śniegu było doprawdy komiczne.
- Czy my wszyscy się tak kiedyś zachowywaliśmy? - spytałem Spero.
- Każdy z nas był kiedyś szczenięciem - zaśmiała się cicho.
- Ale żeby takim bezradnym i rozkojarzonym? - prychnąłem.
- Takie już są dzieci - powiedziała wadera. - Bezbronne i w pełni szczere. - pomogła wstać szczenięciu, które się przed nią przewróciło i otrzepała jego głowę ze śniegu. 
Drzwi od sierocińca szeroko się otworzyły. Ze środka wyszła beżowa wilczyca.
- I jak ci poszło Lien?
- Nie była to trudna misja, kapitanie! - zasalutowała mi i wybuchliśmy śmiechem. - Dzięki, że chcesz mi pomóc z sierotami.
- Już mówiłem, dla ciebie wszystko. Właśnie, wy się chyba nie znacie. Lien, to Spero. Spero, Lien. - przedstawiłem je sobie.
- Ty przypadkiem nie jesteś z rodziny królewskiej? - zagaiła jedna z nich.
- Tak, ale nie widzę potrzeby, aby było to jakieś bardzo ważne w naszej rozmowie - uśmiechnęła się.
- Zdziwiłam się, że chodzisz tak bez obstawy. Twoja siostra zwykle ma przy sobie ochroniarzy.
- Ale ona jest królową, a ja...
- A ona tyle gada, że strażnicy woleli się zwolnić z roboty niż z nią dłużej siedzieć - zaśmiałem się, tarmosząc ją po głowie. Usiadłem na ziemi. Zacząłem ruszać ogonem, czując jak szczeniaki ponownie zaczynają się nim bawić.
- Bacz na słowa - prychnęła, robiąc poważną minę, ale długo nie potrafiła jej utrzymać i ponownie parsknęła śmiechem.
- To pobawimy się jeszcze chwilę z nimi, a potem pozwolimy ci przejąć władzę - puściłem oczko do młodej wadery.
- Skoro malcy mają opiekę obskoczę po jedną rzecz. Pół godziny i jestem z powrotem!
- Słońce - zawołałem ją. Zareagowała pomimo tego, że oderwałem od jej pseudonimu słowo "Małe". - Tylko mi nie przestawaj świecić po drodze! - kiwnęła głową i pognała, sypiąc wszystko co było za nią śniegiem.
Spojrzałem na Spero, nieco już odsapnęła. Zajmowaliśmy się małymi jeszcze przez jakiś czas, a gdy nasza znajoma wróciła poszliśmy w swoją stronę. Na początku szczeniaki nie chciały nas wypuścić i próbowały nas trzymać za łapy czy ogony. Szczeniak, który powiedział mi, że jestem olbrzymem jednak najbardziej zaskarbił sobie w moim sercu miejsce. Był niezwykle uroczy. Aby odciągnąć od nas młode puściłem promyki światła, które odwróciły ich uwagę. Dzięki temu znaleźliśmy się na ulicy.
- Idziemy na targ? - spytałem. Spero spojrzała na mnie. Otworzyła pysk, aby coś powiedzieć, obawiałem się, że jeszcze przypadkiem by odmówiła, więc nie pozwoliłem jej na to. - Świetnie, tędy - ruszyłem przed siebie, zerkając do tyłu. Wadera wkrótce znalazła się obok mnie.
Mijaliśmy sporą ilość wilków. Najwidoczniej to godziny szczytu. Zaprowadziłem Spero do uliczki. Mogliśmy dzięki niej ominąć te wszystkie osoby i na spokojnie wyjść tuż przy targu. Minąłem kilka małych grupek i podszedłem do fontanny.
- Zadziwia mnie jak to robią - spojrzałem na płynącą wodę. - No bo jak to ma działać! Tu jest na minusie - rzuciłem i wyskoczyłem na kamienną 'obramówkę' źródełka.
- Może w ten sam sposób w jaki stworzyli barierę?
- Za wszystkim stoi magia! - krzyknąłem, zwracając na siebie uwagę kilku gapiów, którzy jednak nie utrzymali jej długo. Przypadkiem ześlizgnęła mi się tylna łapa i zamoczyła w wodzie. Odskoczyłem jak poparzony [o ironio]. - ZIMNE.
- Czego się spodziewałeś - zaśmiała się Spero. - Wiesz, nie powinieneś kąpać się w takiej wodzie. - prychnęła.
- Ja się nie kąpałem... A gdybym chciał raczej wybrałbym Gorące Źródła. Z tym, że one są w Dystrykcie I, a to kilka godzin drogi.
- Nie taki głupi pomysł - rzuciła i ruszyła przed siebie.
Zatrzymał nas basior przy jakimś stoisku. Nalegał, byśmy podeszli i założył Spero na głowę wianek z pudrowo-różowych  kwiatów.
- Idealne na bal zimowy! - rzucił. Popatrzyłem na waderę, która wydawała się być zdezorientowana tym, co się dzieje.
- On chyba zaczyna się dopiero za jakiś czas - mruknąłem.
- Ale wianek zawsze będzie piękny, a już zwłaszcza na takiej modelce.
- Nie sądzisz, że to ironiczne? Kwiaty na święto wiecznej zimy? - rzuciłem niechętnie. - Raczej nie skorzystamy. - zdjąłem wianek z wilczycy i kiwnąłem do niej głową, abyśmy szli dalej.
- Był... dziwny - zaczęła. - choć kwiaty faktycznie były ładne - doskonale wiedziałem, że były. Ten kolor pasował do jej sierści.
- Ładne ci i bez kwiatów - westchnąłem, zatrzymując się i rozglądając. - Którędy teraz? Mamy cały  targ do obejścia.

<Spero?>

Słowa: 695
Layout by Netka Sidereum Graphics