Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shanaera i Spero. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shanaera i Spero. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2020

Od Spero CD. Shanaery

Połamane żebra to była jednak gówniana sprawa. Mimo że nie była to w moim przypadku pierwszyzna, nadal nie byłam przygotowana na towarzyszący temu ból. Który był cholernie silny nawet po tym, jak obudziłam się w końcu po utracie przytomności. Choć to akurat mógł tłumaczyć spadek adrenaliny... plus straciłam przytomność niemal w tym samym momencie, w którym moje kości pękły z trzaskiem w kontakcie z pniem drzewa. Ból nie miał więc szczególnie wiele czasu na dotarcie do mojej świadomości.
Ledwo otworzyłam oczy, zobaczyłam pochylający się nade mną pysk gwiezdnej wadery. Wzdrygnęłam się lekko, zaskoczona, co wywołało kolejną falę silnego bólu, która rozeszła się gwałtownie po moim ciele. Zaskamlałam cicho.
- Przepraszam... nie chciałam cię przestraszyć - wadera uśmiechnęła się do mnie lekko, choć jej wzrok pozostał poważny. Widziałam w nim zaniepokojenie, prawdopodobnie wywołane moim stanem... No cóż. Przydzwonienie z dużą siłą w stare drzewo tak się zwykle kończyło. Kilkoma połamanymi kościami i prawdopodobnie innymi obrażeniami wewnętrznymi.
Nawet nie chciałam o tym myśleć, bo przynosiło to więcej straty, niż pożytku.
- Masz, wypij to - wadera podsunęła mi pod pysk jakiś specyfik. Okropny zapach cieczy natychmiast uderzył moje nozdrza, wywołując odruch wymiotny, jednak nie było mi dane zaprotestować. Wadera szybkim ruchem wlała mi zawartość miseczki do pyska.
Omal się tym nie udusiłam, przysięgam. Cudem powstrzymałam torsje, w które chciał wpaść mój żołądek w proteście przed takim traktowaniem. Gdybym teraz zaczęła jeszcze wymiotować, tylko bardziej naruszyłabym rany i złamania. Powinnam jak najmniej się ruszać.
- To powinno cię rozgrzać - wytłumaczyła wadera, oddalając się kawałek, pewnie by schować naczynie. Stęknęłam głucho. Nie wiem, co to była za mikstura rozgrzewająca, ale nie umywała się do tych magicznych, które zwykle stosowałam. Nie wiem, jak z działaniem, ale smakiem moje biły tą na głowę.
- Gdzie jesteśmy? - stęknęłam głucho. Powinnam wrócić do mojej jaskini. Robiło się już ciemno... Jednak w takim stanie nie byłabym w stanie nigdzie pójść sama.
- Kierujemy się w stronę Centrum - padła odpowiedź, znowu z bliższej odległości. - Zabiorę cię do medyka.
Chciałam protestować czy coś. Że nie musi się mną aż tak przejmować, że powinna wracać do domu, bo w końcu ma swoje zadania, pewnie pracę, która teraz przeze mnie się opóźniała... Mogła mnie tu zostawić, uciec, tak, jak jej kazałam, ale została.
Chyba byłam jej za to wdzięczna.
Niemniej, nie zdążyłam zwerbalizować żadnej z moich myśli. Poczułam, jak się poruszam, chyba ciągnięta przez waderę. Zrobiła to delikatnie. Jednak niewystarczająco delikatnie.
Ponownie poczułam potworny, oślepiający ból w okolicy połamanych żeber, nim ponownie straciłam przytomność.

<Shan? Również przepraszam, że tym razem tak krótko :c >

Słowa: 404 = 25 KŁ

sobota, 16 maja 2020

Od Shanaery CD. Spero

Wadera przeklęła się w myślach za to, że początkowo ogarnął ją taki lęk i przerażenie. Była dzielna, gotowa na niemal wszystko, co Bogowie mogli na nią zesłać. Jednak w tym przypadku, mocna mentalność jej nie uratowała przez strachem, przeważyły instynkty, które powtarzały jej, że jest mała i niezbyt silna. Wystarczyłoby jedno uderzenie łapy drapieżnika, by przetrącić jej kręgosłup i odebrać życie. Dlatego też skuliła się i wycofała, starając się znaleźć poza zasięgiem wielkich łap i pazurów. Widziała, że druga wadera starała się jej pomóc. Shan po wydanym przez nią poleceniu chciała faktycznie uciekać, jak najszybciej, jak najdalej, najlepiej do domu. Tam zawsze było ciepło, przytulnie i bezpiecznie. Nie była jednak w stanie nawet podnieść łapy i wciąż tkwiła w tej samej pozycji. 
Później naszły ją przemyślenia, że niedźwiedź również jest stworzeniem wykreowanym przez Bogów, którzy również jej dali życie. Chociaż jego atak rozwiał jej wątpliwości, samoobrona była dobrym wytłumaczeniem. 
Obca wadera zabiła zwierza, jednak sama przy tym została skrzywdzona. Shan była niemal poruszona takim poświęceniem. Gdy tylko ogromny niedźwiedź padł martwy na ziemię, z wilczycy zszedł już niemal cały strach i była w stanie się poruszyć. Jej ciało mówiło, żeby zwiewała jak najszybciej w stronę centrum, jednak serce uparcie powtarzało, że nie może przecież zostawić rannego wilka na pastwę losu. 
Zbliżyła się powoli do wilczycy, stawiając kolejne kroki jak najdelikatniej i najciszej. Nie wiedziała, co jeszcze może się czaić w lesie. Nie lubiła, gdy inni przyjmowali na siebie ryzyko by ją ochronić. Wolała sama się poświęcać dla innych, choć jej tchórzliwy instynkt zawsze sprawiał jej trudności. Coraz częściej spotykała się z konfliktem między swoim ciałem, a umysłem... i sama nie była pewna, które z nich częściej wygrywało. 
Shan nie była pewna, co sprawiło że obca wadera straciła przytomność. Uderzyła głową o pień? Czy może spowodował to ból łamanych kości? Była szczerze przekonana, że usłyszała to charakterystyczne łupnięcie. Musiała zająć się waderą najlepiej jak potrafiła, choć najbardziej przydałby się medyk. Shan potrafiła przyrządzić parę mikstur, znała się na niektórych ziołach, potrafiła opatrzyć podstawowe rany, jednak złamania były już zdecydowanie poza zakresem jej wiedzy i umiejętności. Rannej na pewno musiała zapewnić ciepło, mogła również stworzyć wywar, który mógłby pomóc uśmierzyć ból i zahamować rozwój ewentualnych infekcji. Wciąż miały masę trasy do jej mieszkania, a Shan była zwyczajnie zbyt słaba by przenieść tak dużego wilka na taką odległość. 
Mimo, iż nie cierpiała siebie za taką myśl, postanowiła wykorzystać martwego niedźwiedzia. Wzięła nóż ze swojej torby i stanęła nad ogromnym cielskiem zwierzęcia.
- Wybacz mi, Imayu, za zbeszczeszczenie twojego dzieła. Wybacz mi, Zoldrze, za odebranie i zniszczenie twojego dziecięcia- wymruczała pod nosem, przymykając oczy, po czym wbiła ostrze w ciało.

~*~

Po dłuższym czasie udało jej się wywlec nieprzytomną waderę z lasu i rozbić mały obóz poza jego granicami. Wyciągnięcie rannej należało do jednej z najtrudniejszych czynności. Po rozłożeniu niedźwiedzia na części i fragmenty, Shan owinęła nieprzytomną w jego skórę, po czym złapała zębami brzeg okrycia i powoli wytargała waderę z lasu. Posługując się suchym drewnem, jakie udało jej się znaleźć rozpaliła ognisko, a dzięki płomieniom rozpuściła tłuszcz zwierzęcia i na jego podstawie przygotowała wywar, który smakował okropnie, ale przynajmniej mógł porządnie rozgrzać ranną i dać jej sił do dalszej drogi. Shan musiała zaprowadzić ją do medyka i nie chciała nawet słyszeć słowa sprzeciwu, kiedy jej towarzyszyka się obudzi. W osobnym naczyniu rozbiła parę ziół i z nich przygotowała coś w rodzaju miksury, która pomogłaby zwalczyć infekcję i uśmierzyć ból. Pozostało jej tylko czekać, aż wilczyca się obudzi. Tak długa nieprzytomność zaczynała ją martwić, jednak obca wciąż oddychała, jej puls jedynie był nieco wolniejszy niż powinien, chociaż to akurat nie było tak niepokojące, biorąc pod uwagę jej stan.
Jednak akurat w momencie, gdy Shan zaczęła myśleć o tym, czym jeszcze powinna się martwić, usłyszała ciche stęknięcie wręcz przesączone bólem. Uszy kapłanki oklapły zmartwione, gdy zbliżyła się do rannej. 
Na szczęście, otworzyła oczy.

<Spero? Znowu wyszło krótkawe :c>

Słowa: 636

sobota, 9 maja 2020

Od Spero CD. Shanaery

Nie wyskoczyłam kilkadziesiąt centymetrów w powietrze, zobaczywszy nagle kątem oka obcą waderę, co mogłam uznać za mały sukces w kwestii panowania nad sobą i swoimi odruchami. Uśmiechnęłam się za to lekko na jej pytanie, podnosząc nieco głowę, starając się zmusić mowę ciała do zakomunikowania waderze, że nic mi nie jest. Czy tak było naprawdę? Ciężko powiedzieć, ostatnimi czasy byłam dość... rozchwiana. Nie mogłam skupić się na niczym, tłukłam naczynia, strącałam księgi z blatów. Nie potrafiłam jednak zlokalizować powodu takiego rozregulowania emocjonalnego. Może to przez to, że ostatnio naprawdę kiepsko sypiałam? Może odstawienie silnych, narkotycznych eliksirów nie było aż tak dobrym pomysłem, jak sądziłam. Albo to właśnie efekty odstawienia... Zerdin jeden wiedział. Niemniej efekty z każdym dniem były coraz bardziej zauważalne. A ja czułam się coraz gorzej.
Nie wiedziałam, czy był sens kontynuować to detoksykowanie się. Dzięki środkom nasennym mogłam zasnąć, a zatem normalnie funkcjonować. Nadal śniłam, ale przynajmniej nie budziłam się z wrzaskiem kilka razy w ciągu nocy... Więc koszmary trwały.
Już sama nie wiedziałam, która opcja jest dla mnie lepsza. Najlepiej gdyby koszmary po prostu łaskawie zniknęły.
- Tak - odpowiedziałam w końcu. - Tak, raczej wszystko dobrze - uśmiechnęłam się lekko, przenosząc wzrok na waderę, by zaraz wrócić nim do kontemplowanego właśnie krzaczka. Rosły na nim jagody, które zwykle dodawałam do moich leków nasennych, żeby poprawić ich smak i przy okazji siłę działania. Osłabiały umysł, spowalniały myślenie... Po raz kolejny w ciągu ostatnich tygodni przez głowę przeszły mi słowa Ash, która w którymś momencie zapytała, czemu nie zostałam zielarką, skoro tak bardzo fascynuję się szukaniem roślinek po lesie i ważeniem z nich różnej maści eliksirów. W sumie... to podejście było niczego sobie.
- Na pewno? - ponowne zabranie głosu przez waderę znowu skupiło moją uwagę na niej. - Wyglądasz na smutną...
- Jestem tylko zmęczona - nie wiem dlaczego poczułam nagle chęć dodania: - Ostatnio kiepsko sypiam.
Wadera była... nietypowa. Teraz, gdy lepiej się jej przyjrzałam, dostrzegłam szczegóły jej wyglądu. Lśniącą gwiazdami sierść, długi ogon... Zamrugałam powoli, uświadamiając sobie, że tylko jedna rasa ma tak nietypowe, a zarazem piękne umaszczenie. I że, czy tego chciałam, czy nie, coś mnie z tą rasą łączy...
Ciekawe spotkania w lesie pod światłem księżyca, nie ma co. Zawsze uważałam, że las Darminasa jest wyjątkowy i sprzyja dziwnym zjawiskom, ale żeby do tego stopnia? Bo jakie było prawdopodobieństwo spotkania Verdisa od tak, przypadkiem...
Mój szok i rozważania zostały dość gwałtownie przerwane. Przez czynnik zewnętrzny, którego się tu nie spodziewałam. To miejsce było raczej spokojne, bezpieczne... No ale tak, bądź co bądź magiczne. Inna kwestia, że raczej pozytywnie magiczne, więc nadal było to dość dziwne...
Nagle nocną ciszę przerwał ryk. Zamarłam, wszystkie mięśnie w moim ciele momentalnie się napięły, a instynkt krzyczał Niebezpieczeństwo! Uciekaj! Mogłam po prostu przeskoczyć. Zmyć się stąd i w oka mgnieniu znaleźć się w mojej przytulnej jaskini. Wykorzystywanie tej mojej mocy zawsze lepiej szło mi pod wpływem emocji. Tyle że... wtedy zostawiłabym tu waderę na pastwę stworzenia, które wydało z siebie ten ryk.
Odwróciłam się powoli, by spojrzeć za siebie, w miejsce, z którego wydobył się ryk. Skąd w każdej chwili nadejść miało niebezpieczeństwo.
Kątem oka dostrzegłam, jak stojąca obok wadera podwija ogon pod siebie i przywiera brzuchem do ziemi. No tak, nie wyglądała na typ wojownika... Cholera. Nie, nie było opcji, żebym zostawiła ją tu samą.
W mgnieniu oka odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni, by zwrócić się pyskiem do nadciągającego niebezpieczeństwa. Wyrzuciłam przy tym z siebie krótko, ostro słowo zaklęcia, które w tym momencie, w moich ustach brzmiało bardziej jak przekleństwo. Nie to jednak było ważne, a to, że zadziałało. Od niedźwiedzia - bo tym okazała się wielka kupa futra wyłaniająca się zza pobliskich krzaków - oddzieliło nas półprzezroczyste pole magii. Niestety, na niewiele mogło nam się to zdać, głównie przez to, że byłam wyczerpana całą tą akcją z próbą odstawienia prochów. Magiczna tarcza skwierczała niepokojąco, na przemian zmniejszając i zwiększając swoją grubość i wytrzymałość, co przejawiało się miganiem całej ściany magii. Sapnęłam głucho, gdy niedźwiedź po raz pierwszy, z rozpędu, wpakował się w barierę, nie przebijając jej na szczęście, tylko odbijając od niej. Niemniej z siłą, w moim obecnym stanie wystarczającą do zwalenia mnie z nóg.
Jedyna bariera ochronna, szansa na odgrodzenie się od stwora i ucieczkę... rozpadła się w drobny mak, jak tłuczona szyba, nawet z podobnym dźwiękiem, choć on rozbrzmiał tylko w mojej głowie, na tyle głośny, by ranić bębenki. Fragmenty magicznej tarczy znikały na moment zanim dotykały ziemi... Widowisko pewnie cokolwiek urokliwe, jednak fakt, że przed nami zbierał się właśnie z ziemi kilkutonowy niedźwiedź, skutecznie odbierał temu zjawisku całe piękno. A na pewno jakąś jego część.
- Wiejemy! - syknęłam, szturchając towarzyszącą mi obcą waderę wiązką magii. Sama natomiast ustawiłam się tak, by zasłonić ją własnym ciałem, skupić całą uwagę przeciwnika na sobie i dać nieznajomej możliwie dużo czasu na ucieczkę. Jednak ona się nie ruszyła.
Wyglądało na to, że gdy pierwszy szok minął, waderze wzięło się na filozofowanie.
- Nic nam jeszcze nie zrobił, nie musisz go atakować... - powiedziała spokojnym tonem, choć zdawało mi się, że głos trochę jej drżał. Pewnie ze strachu. No cóż, tylko głupiec nie obawiałby się spotkania oko w oko z niedźwiedziem, który może połamać ci żebra jednym machnięciem łapy...
Już chciałam jej sarknąć coś odnośnie tego jej jeszcze nas nie zaatakował, ale misiu mnie ubiegł. Rzucając się na nas bez pardonu i, o dziwo, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że my nie zaatakowałyśmy go pierwsze. No kurcze, kto by się spodziewał...
Nie był to jednak czas ani miejsce na drwiny. Trzeba było działać, i to możliwie szybko, bo rozpędzone kilka ton żywego ciała biegło właśnie w naszą stronę...
Zamiast zejść niedźwiedziowi z drogi, zrobiłam coś całkiem odwrotnego. Ruszyłam w jego kierunku, schodząc niżej na łapach, niemal przywierając brzuchem do śniegu. Wzrokiem śledziłam poczynania, by w razie czego móc przewidzieć, czy będzie próbował kombinować, zmieniać tor czy jednak omijać mnie, by ruszyć na drugą waderę. Z tymi stworzeniami bywało różnie, a ja miałam tylko jeden strzał. Musiał być celny, inaczej zostanie nam tylko ucieczka, a do tej ewidentnie się nie nadawałam, już szczególnie teraz, w stanie, w jakim byłam...
Gdy niedźwiedź był na wyciągnięcie jego wielkiej łapy przede mną, gdy już się zamachiwał do ciosu, pewnie by zmieść mnie na sąsiednie drzewo i utorować sobie drogę do drugiej zdobyczy, uderzyłam łapą w śnieg, przywołując lód.
Który w ułamku sekundy wytworzył lodowy kolec, na który niedźwiedź nabił się z rozpędu.
Nie przewidziałam tylko, że uniesiona w górę łapa opadnie nawet po śmierci swojego właściciela. Bądź co bądź, tak działała grawitacja.
I ta wielka, ciężka, opadająca pod wpływem grawitacji łapa i tak zmiotła mnie na sąsiednie drzewo, mimo że jej właściciel wziął i się wykopyrtnął. A gdy wyrżnęłam dość mocno bokiem w gruby pień... poczułam tylko przeszywający mnie ostry ból i charakterystyczne chrupnięcie łamanych żeber, zanim nadeszła ciemność.

<Shan?>

Słowa: 1113

poniedziałek, 4 maja 2020

Od Shanaery do Spero

Ostatni dzień nie był udany, tak właściwie mógł zostać określony przez Shan jako jeden z tych "złych i nieszczęśliwych". Niemal na każdym kroku spotykał ją jakiś pech czy wypadek. Z rana oblała się wrzątkiem, a następnie spadła ze schodów, przez co spędziła godzinę u medyka i spóźniła się na poranną modlitwę. Męczyła ją migrena, która pulsowała tak dużym bólem, że Shan miała wrażenie, że zaraz pęknie jej czaszka. Gwar panujący w mieście nie pomagał, lecz mimo tego, spędziła cały dzień wśród tłumów. Mimo tego udało jej się nakarmić potrzebujących, co uznała za jedyną dobrą rzecz w tej istnej tragedii.
Kiedy wróciła do mieszkania, zaczynało już zmierzchać. Marzyła o tym, by położyć się i jak najszybciej zasnąć, byle tylko zakończyć ten przykry dzień. Jednak miała świadomość, że i tym razem bezsenność jej na to nie pozwoli. Przekręcałaby się z boku na bok przez całą noc i zdołałaby zmrużyć oko dopiero wtedy, kiedy słońce pojawiłoby się za horyzontem.
Potrzebowała odpoczynku. Jeden czy dwa dni powinny wystarczyć. Chciała wybrać się do lasu po odpowiednie rośliny i zioła, odpocząć przy tym od pracy i hałasu. Posłała list do Arcykapłana i zaczęła pakować swoją podróżną torbę. Nie miała wątpliwości, co do tego, że uzyska zgodę na kilka dni przerwy. Była przykładną kapłanką, zawsze sumiennie pełniła swoje obowiązki. 
Po długiej i męczącej podróży w końcu dotarła do swojego celu, Lasu Darminasa, w którym mogła znaleźć wszystkie potrzebne jej składniki. Praktycznie nie spała przez ostatnie dni, jednak była to dla niej norma, którą spokojnie mogła znieść. Była już noc, kiedy znalazła się w lesie. Gwiazdy błyszczały ślicznie na ciemnym niebie, a księżyc oświetlał okolicę swoim delikatnym blaskiem. Jego światło odbijało się od leżącego na podłożu śniegu, który zdawał się błyszczeć. Zaciągnęła się głęboko rześkim, świeżym powietrzem, które pachniało ziemią i dziką przyrodą. Zapachy unoszące się tutaj tak bardzo różniły się od tych w Centrum. 
Noc i nieskazitelność tego miejsca od razu poprawiły humor waderze, która zaczęła rozglądać się wokół, w poszukiwaniu roślin, po które tu przybyła. Najchętniej zostałaby tu tak długo, jednak czas już ją gonił, musiała się sprężyć, żeby jak najszybciej wrócić do domu i wrócić do swoich obowiązków. Jęła przechadzać się po lesie, starając się nie robić hałasu, by nie przeszkadzać żyjącym tu istotom. Zmarznięta i delikatnie oszroniona trawa uginała się pod jej łapami, dodatkowo dając jej uczucie spokoju i ciszy. Gdyby tylko mogła, przeniosłaby się z Centrum. Uwielbiała towarzystwo innych wilków, cieszyły ją rozmowy, ich obecność i możliwość pomocy, jednak to, co było tutaj, w tym lesie było znacznie przyjemniejsze, lepsze.
Włóczyła się godzinami, rozkoszując się atmosferą lasu i ciszą, zakłócaną jedynie przez szum wiatru. Jednak nagle jej oczom ukazała się wilcza postać, również przechadzająca się lasem. Wilk wydawał się jakiś przybity i przygnębiony, co sprawiło, że serce Shan natychmiast zrobiło się cięższe. Nie chciała żeby ktokolwiek, nieważne czy obcy czy znajomy, był smutny. Powoli wyłoniła się zza krzewów i zbliżyła się do wilka na tyle, by dokładniej się mu przyjrzeć. Była to wadera, a na jej łapach widniały odciski i blizny, jakby od obręczy... albo kajdan. Ponownie zbliżyła się do niej, tym razem na tyle, by ta mogła ją zauważyć przynajmniej kątem oka. 
- Wszystko w porządku?- zapytała Shan najciszej i najspokojniej jak tylko potrafiła, byle tylko nie przestraszyć i nie spłoszyć obcej wadery. 

<Spero?>

Słowa: 540
Layout by Netka Sidereum Graphics