Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Elijas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Elijas. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 września 2021

Od Xevy CD. Elijasa


 Xeva już chciała coś powiedzieć do tego dziwnego, gadziego nieznajomego, ale gdy tylko otworzyła pysk, usłyszała głos sprzedawcy:
- Mogę pani za niego dać sto łusek. 
Wadera podskoczyła w miejscu i już miała zacząć kiwać głową, gdy nagle do rozmowy włączył się Aeskeron.
- Sto łusek? To rozbój w biały dzień - mruknął. - Taka bryłka kasylytu jest warta przynajmniej dwieście. Proszę mieć trochę szacunku dla historycznych materiałów artystycznych. Kilka stuleci temu mógłby pan za nią kupić przyzwoite mieszkanie.
Zapadła chwila ciszy. Sprzedawca zmarszczył brwi i spojrzał z irytacją na bezwłosego wilka, jednak jego nagi pysk nie wyrażał żadnych emocji i przypominał kamienną rzeźbę.
- Ja dwieście poproszę! - odezwała się Xeva, machając ogonem. - Dwieście to więcej jest niż sto, a mi więcej jest potrzeba. 
Stary wilk przez chwilę się wahał, ale w końcu westchnął z frustracją i kiwnął głową. Schował kamień pod ladę i zaczął wykładać błyszczącą walutę na ladę. Wilczyca wpatrywała się wielkimi oczami w coraz bardziej powiększający się stosik, gdy nagle zorientowała się, że dziwny nieznajomy zniknął. Rozejrzała się i ujrzała jego długie uszy na końcu alejki. Zaskomlała. Dlaczego poszedł? Chciała mu podziękować!
Zgarnęła pieniądze do sakiewki i skoczyła w tłum, po drodze gubiąc parę łusek. Zaczęła biec przez zatłoczony targ, usilnie próbując namierzyć gadzinę, co jakiś czas zatrzymując się, aby wypatrzyć swój cel. Nagle jednak straciła go zupełnie z oczu. Rozglądała się rozpaczliwie. ale nigdzie nie było widać szczupłego wilka. 
Nad odkrywczynią ukazał się błękitny okrąg. Wskoczyła na Tarczę, potem drugą i trzecią. Zdobyta wysokość pomogła: jest! Skręcił w boczną alejkę. Samica popędziła w jego stronę, błyskając jasnymi platformami nad głowami przechodniów.
Spadła przed niego. Basior podskoczył z przerażenia, ale po chwili z irytacją otarł pysk z błota, którym ochlapała go Xeva przy lądowaniu.
- Czego pani chce?
- Ja podziękować chcę! - wykrzyknęła samica, szczęśliwa, że znalazła nieznajomego. Mimo że znali się od piętnastu minut, lubiła go jak najbliższego przyjaciela. - Ja dziękuję!
- Zatem proszę - odparł chłodno artysta i minął ją ze wściekłym wyrazem pyska. Dla każdego innego wilka byłby to wyraźny sygnał, że rozmowa została skończona, ale Teneriska z uśmiechem ruszyła za nim. Przy każdym sprężystym kroku spod jej łap pryskały błoto i brudna, śmierdząca woda, a końcówka dzielnie uniesionego ogona kiwała się na boki.
- Miło, że pan prosi, ja dziękuję, mimo że nie wiem, o co pan prosi - zaświergotała. Samiec znów drgnął, słysząc jej głos przy sobie. 
- O nic panią nie prosz...
- O, może obrazy pan mi pokaże? - podekscytowała się wadera. Teraz już nie tylko jej kończyny rozbryzgiwały brud,  bo dołączyła do nich długa kita. - Mój ojciec malował, krew królika z jajkiem mieszał i taaaaakie cudne wazy i skóry, i dywany, i ołtarze... O, a raz namalował nasze polowanie na tekerii, ale ten dzban zbiłam, bo siostra mnie w ucho ugryzła i oddać jej musiałam, a akurat się przewróciła, głupia Xapeia... Po co się przewracała?
- Czy może zostawić mnie pani  w spokoju? - przerwał jej nieznajomy wyraźnie zirytowanym już głosem. Xeva zamrugała w zdumieniu z łapą zamrożoną w powietrzu i monologiem przerwanym w połowie. Po chwili jednak jej pysk znów rozjaśnił się w uśmiechu.
- Ależ nie mogę! - odparła radośnie. - Ja panu odwdzięczyć się muszę!
- Naprawdę nie trz...
-  Mógłby pan przyjść do mnie na herbatkę, albo poszlibyśmy na polowanie... Albo na przygodę do jaskini! Do błękitnej jaskini z kryształu! Z tego... Kasylytu czy jak tam te kryształy sprzedawca nazwał. Nadal uwierzyć nie mogę, że chciał ukraść mnie. Ale pan mi powiedział i panu ja bardzo dzięku...
- Jaskinia z kasylytu? - przerwał jej obcy wilk. Xeva zupełnie nie przejęła się kolejnym niedokończonym monologiem i kiwnęła głową, podekscytowana nagłym błyskiem zainteresowania w nieznajomych oczach. - Mogłaby mnie tam pani zaprowadzić?
~*~
Kilka dni później czekała pod fontanną na rynku Centrum. Słońce jeszcze nie wstało, a przeraźliwy wiatr rzucał jej w pysk niewielkie śnieżynki. Odkrywczyni nerwowo przeskakiwała z łapy na łapę, wbijając buty z koziej skóry w świeży śnieg, który spadł poprzedniej nocy. Było tak zimno, że nawet jej podekscytowanie trochę przygasło, gdy czekała na swojego towarzysza, wciskając nos pod płaszcz.
Nagle jednak w wejściu do jednej z bocznych alejek zamajaczyła dziwna postać. Xeva postawiła uszy, a jej dotąd ukryte w połaciach futra wibrysy wysunęły się do przodu, łapiąc kilka płatków śniegu. Przez chwilę waderze wydawało się, że przed nią stanął wół piżmowy albo żywa kupa futra. Po kilku sekundach dostrzegła jednak jasne oczy świecące w przerwie między warstwami grubej sierści. Zaśmiała się i, oblizawszy się po nosie, przypadła piersią do ziemi, wachlując długim ogonem wysoko nad głową.
- Pan przyszedł, przyszedł pan! Ruszamy? Ruszamy, ruszamy? Ja doczekać się nie mogę!

<Panie Elijasie?>

Słowa: 739 = 42 KŁ

poniedziałek, 26 lipca 2021

Od Elijasa CD. Xevy

Elijas miał kiedyś koleżankę. Były to czasy, kiedy był jeszcze szczenięciem, zaś Ragnarook- dumna głowa rodu- wiódł bogate życie towarzyskie. Kiedy akurat nie poświęcał się graniu w karty z bezdomnymi, organizował najbardziej kolorowe bankiety i spotkania. Zapraszał swoich znajomych z całego świata, a każdy chętnie przybywał by spędzić czas z tą niesłychanie charyzmatyczną duszą towarzystwa. Przyjaciele ojca zabierali ze sobą własne rodziny i w ten sposób mały Elijas także kosztował bogatego, rozrywkowego życia w gronie rówieśników z tej samej społecznej szufladki. Wspomniana koleżanka była właśnie jedną z takich postaci. Była niewiele młodsza od najmłodszego członka rodu Seresshmir i biegała za nim całkiem zauroczona. Jej wielkie uszy zawsze wyszukiwały go w każdej kryjówce, zaś ciekawskie oczy śledziły każdy ruch, gdy tylko był obok. Zachwycała się miękkością jego nagiej skóry, syczącym akcentem którego jeszcze wtedy nie kontrolował, a także wysuwanym w stresie i zamyśleniu językiem. Potężnym, jak na waderkę w tym wieku, ciałem, bardzo często wpadała na delikatnego Elijasa i przewracała go z zadziornym śmiechem, krzycząc przy tym głośno że chce się z nim ożenić “tu i teraz!”. Ta znajomość nauczyła go o sobie samym jednej rzeczy- potężne wadery go przerażały. Poza tym po latach nadal śmiał się z pomysłu “ożenienia się” z basiorem, nieważne jak wrażliwy i miękki by nie był. 
Lekko uśmiechnął się pod nosem, wspominając.
Oczywiście waderka również pochodziła z Wysp Trojaczych, tak jak różowooka przed nim. Te wilki były rzadko spotykane w Królestwie, lecz dosyć charakterystyczny wygląd przykuwał uwagę. Przez napływ myśli zapomniał o zmęczeniu i zaraz przypomniał sobie, że tamta rodzina rzeczywiście któregoś dnia próbowała nawiązać ponowny kontakt z Seresshmirami, jednak skutkiem tego wszystkiego były paskudne przekleństwa wypluwane z ust jego zrozpaczonej matki w kierunku znajomych wilków. To był ostatni raz, kiedy widział przedstawiciela tej rasy.
Nigdy nie dowiedział się o co chodziło, gdyż w tamtym momencie jego życie było nastawione na rujnowanie się, a potem zapomniał… zaś gdy sobie przypomniał, jego spojrzenie było skupione już na innej Tenerisce. Ta była od niego niższa i nawet jeśli byłaby w stanie go powalić, nie odczuwał tej samej grozy co przed laty. To też go bawiło.
Różowe oczy przyglądały się przedmiotom ze stoiska starego wilka i jego córki, absorbując cały ich urok, którym Elijas absolutnie nie był poruszony. Wolał stać z boku i pozerkać na waderę, której towarzystwo zdołało odblokowywać w jasnej głowie kolejne zakurzone zdarzenia. 
Kiedy w końcu kolorowe spojrzenie wpadło w jego własne oczy, a wadera prawie podskoczyła w zdziwieniu, odwrócił głowę by nie zrobiło się niezręcznie. Spojrzał na niebieski kamień, badany wzrokiem przez sprzedawcę, tak jakby było go na taki zakup stać.
- Och, kasylyt- rzucił od niechcenia, zwracając na siebie uwagę staruszka, zaś właścicielka kamienia przetuptała z łapy na łapę. Nawet inna klientka zmierzyła go oceniającym wzrokiem. Pod naporem tych par oczu ledwo powstrzymał się od ostentacyjnego ziewnięcia, przypominając sobie że obudził się zaledwie godzinę wcześniej i przecież śpieszyło mu się do własnego łoża. Poczuł się jednak wywołany do tablicy.- Dawniej były używane przez pewien ród jako niezwykle cenny dodatek do farb, na który mało kto mógł sobie pozwolić. Trwały i efektowny. Teraz wybiera się tańszy, syntetyczny zamiennik, jednak… to nie to samo.
Lekko pochylił głowę, by lepiej się przyjrzeć.
- Dobry panie, farba z kasylytu to wyłącznie legendy- ku zaskoczeniu bezwłosego, sprzedawca podjął rozmowę niemalże od razu, i chociaż na jego pysku nie było ani grama wyższości, Aeskeron poczuł lekką irytację tak szybkim zanegowaniem jego wiedzy- Słyszałem o tymi widziałem parę obrazów, ponoć stworzonych z tym materiałem, jednak nie były one niczym specjalnym. Poza tym, kasylyt od zawsze był przede wszystkim jednym z piękniejszych kamieni do tworzenia biżuterii, kto by go niszczył w ten sposób?
- Artyści, proszę pana. Jeśli widział pan obrazy namalowane przy pomocy kasylytu, w takim razie wciskali panu kit, ewentualnie jest pan skrajnym ignorantem, chociaż mam powody by wątpić w to drugie- na pysku Elijasa zakwitł czarujący uśmiech, chociaż wilk wcale nie miał ochoty się uśmiechać. Kultura jednak wygrała- Przede wszystkim, obok samego kasylytu nie da się przejść obojętnie, a tym bardziej ten kto ma oczy nie ominie obrazu zwieńczonego farbą z tego kamienia. Sam maluję odkąd się urodziłem, więc widziałem niejedno, a jednak kasylyt na płótnie widziałem tylko raz w życiu. W Zamku Królewskim. Tego widoku nie da się zapomnieć.
Uśmieszek nadal rozświetlał jego oblicze, podczas gdy brwi starszego wilka powędrowały nisko, ściskając się w skupieniu. Wyglądał jakby coś dogłębnie analizował, i chociaż nie dał po sobie poznać nagłego olśnienia, artysta rzucił mu za dużo wskazówek a propos swojego nazwiska żeby nie wiedzieć. Na piękną Vartię, w końcu ile ten handlarz mógł w swoim życiu spotkać Aeskeronów noszących się tak elegancko i dumnie, które miały pojęcie o rzadkich kamieniach i farbach z nich zrobionych? Już abstrahując od wizyt w Królewskim Zamku, był wtedy zaledwie szczenięciem, ale tego doświadczenia nie miał czelności zapomnieć. 
Zapadła chwila ciszy. Stary zaczął znów oglądać kamień, klientka pożegnała się z drugą sprzedawczynią, a młoda Teneriska, która gdzieś spadła na drugi plan… no, niemal przestraszyła malarza swoim nagłym doskokiem. 
- Ty rzeczy malujesz? Kamieniami też malujesz?
Elijas zrobił pół kroku w tył, ledwo się powstrzymując przed odepchnięciem wadery telekinezą. Zresztą, nie dość że byłoby to niekulturalne, to nawet gdyby chciał to nie mógłby tego zrobić. Zdawał sobie doskonale sprawę, że jego moce były w znacznej mierze unieszkodliwione ze względu na pewien specyfik który przydał się w nocy. Noc minęła, on chciał wrócić do domu i to przetrawić, ale wyszło jak zwykle. Ugryzł się w swędzący język żeby powstrzymać go od wysunięcia z zębatej paszczy i odczekał chwilę, aż brązowa zdała sobie sprawę, że powinna się odsunąć chociaż o kawałek.
- Owszem, maluję… ale tylko farbami. Za mało mi płacą, żebym malował kamieniami.
Uśmiechnął się, jednak tylko delikatnie. Po tej krótkiej wymianie zdań miał już tylko ochotę się wycofać i wrócić do leża, tak jak planował w momencie, w którym dowiedział się że ma zbierać chudą dupę, bo jego towarzysz zapomniał że jego siostra wraca wcześniej z wyjazdu. Tak, iść spać i mieć święty spokój, to był dobry plan… z drugiej strony, błysk w oczach obcej wilczycy wzbudził w  nim dziwną ciekawość, jakby mogła mu coś zaoferować.
A przecież mógłby się wyspać.

<Xevo?>

Słowa:1010 = 70 KŁ

sobota, 12 czerwca 2021

Od Xevy do Elijasa

 Xeva obudziła się w świetnym nastroju. Mimo poharatanej łapy na jej pysku gościł szeroki uśmiech. Zwlokła się ostrożnie z legowiska i, kulejąc, podeszła do zabitego deskami okna. Z cichym sykiem oderwała zlepiony zaschniętą krwią bandaż. Różowym oczom ukazało się duże przecięcie nad stawem skokowym - efekt chodzenia po nieznanych górach w nocy.
Pokuśtykała energicznie w dół, dorzuciła kilka gałęzi do ognia i zawiesiła nad paleniskiem garnek z wodą. Odkicała kilka metrów dalej, zbliżając się do swoich roślin. Podeszła do jednej z nich i zerwała kilka szerokich liści. Włożyła je do pyska i, przeżuwając, powróciła do kominka. Splunęła nimi do parującej delikatnie wody i usiadła ostrożnie na wytartym dywanie ze starej skóry renifera. Zerknęła w róg pomieszczenia, gdzie leżała jej torba zawierająca owoc nocnej eskapady. Teneriska mogła niemalże zobaczyć błękitny błysk, który spoczywał w ciemnościach plecionej sakwy. Aż ją korciło, aby postawić nowy skarb na półce. 
Niestety nie mogła. A właściwie nie powinna, jeśli zależało jej na posiadaniu dachu nad głową w Centrum. Goniły ją terminy, a właściwie właściciel mieszkania., w którym urzędowała. Dwa dni wcześniej zapukał do niej starszy basior i ze wściekłością w oczach zażądał dwustu pięćdziesięciu łusek. Teraz. Już. Natychmiast.
W odpowiedzi na potok oskarżeń, przekleństw i słów piegowata wadera była w stanie jedynie zamrugać, nie potrafiąc przetworzyć tylu informacji na raz. Nie dość, że jakiś obcy typ niemalże pluł na nią w furii, to mówił tak szybko, że mózg odkrywczyni parował, próbując tłumaczyć na bieżąco. Potrafiła jedynie wykrztusić z siebie ,,ja nie rozumiem", co wcale nie pomogło jej sytuacji.  Obcy wilk jedynie jeszcze bardziej się wściekł, ale koniec końców skończyło mu się paliwo. Na odchodne rzucił, że wilczyca ma oddać należną sumę do końca następnego tygodnia, inaczej skończy na bruku. Nie zostało jej wiele czasu.
Mimo że nieoczekiwana wizyta (a właściwie ilość agresji, która jej towarzyszyła) zepsuła jej nastrój na następne dwa dni, wszystko wróciło do normy po tym, jak Xeva znalazła w jednej z jaskiń piękny, niebieski kryształ, za który miała nadzieję dostać przynajmniej kilkadziesiąt łusek. Wiedziała, że musi go sprzedać jak najdrożej, inaczej skończy w rynsztoku tak jak jej była sąsiadka miesiąc temu. To dało jej do myślenia. Wcześniej nie martwiła się pieniędzmi, ale po zobaczeniu jedynie paru łusek w szufladzie uświadomiła sobie, że musi podjąć jakieś działania. To był powód jej niebezpiecznej eskapady. Przynajmniej osiągnęła sukces, nawet jeśli musiała za niego zapłacić swoją cenę. 
Zaskomlała cicho, gdy szmata nasączona ciepłym wywarem dotknęła opuchniętej skóry. Zacisnęła zęby i zaczęła owijać łapę kawałkiem materiału. Na szczęście ból powoli ustawał i po chwili zmienił się w tępe pulsowanie.
Wadera jeszcze siedziała bezczynnie przez chwilę, odwrócona plecami do słońca, które przyjemnie grzało jej ciemny pas sierści na grzbiecie. W końcu kichnęła i wstała, wzbudzając swoim ruchem tumany kurzu. Chwyciła telekinezą torbę z kryształami i, zahaczając nią o meble, podeszła do stolika, na którym leżał jej płaszcz i wypleciony z rzemyków napierśnik. Przypięła do niego swoje wyposażenie i sprawnym, acz nieco krzywym, krokiem przeszła przez próg swojego mieszkania. Stanęła na chodniku i wzięła głęboki wdech, ciesząc się rześkim powietrzem. Jak zwykle zapomniała zamknąć drzwi.
Ulice tego dnia były przepełnione wilkami. Część stała przy domach z rozstawionymi straganami, niektórzy targowali się o niższe ceny, a reszta przeciskała się między tłumami. Żebracy zostali zepchnięci z głównej ulicy do bocznych ścieżek, gdzie leżeli pokotem obok siebie, uważnymi, zmęczonymi oczami obserwując gawiedź. Wiedzieli, że wśród nich czai się niebezpieczeństwo zagrażające ich cennym, z trudem zdobytym łuskom. Być może była nim ta staruszka bez oka, rzucająca każdemu przechodniowi mrożące krew w sercach spojrzenia. A może brudny szczeniak o szybkich łapach? Albo ten zakapturzony typ pod ścianą, który tylko czekał, aż ktoś z odkrytą sakwą przejdzie koło niego?
Xeva też czuła niebezpieczeństwo. Podejrzewając, gdzie zniknęła połowa jej ostatniej wypłaty, miała oczy dookoła głowy i prześlizgiwała się szybkim krokiem między kupującymi. Mimo jej najlepszych chęci nie potrafiła jeszcze zauważać podejrzanych zachowań. Wiedziała jedynie, że musi być czujna - i tego dnia ta wiedza wystarczyła, aby dotrzeć do bocznej alejki o pełnej sakiewce. 
Jej celem był rynek Centrum, bo zauważyła, że handlarze w jej okolicy często nie odkupowali różnorakich błyskotek. Najczęściej skupiali się na rzeczach codziennego użytku, a nawet jeśli już zgodzili się zapłacić za ładną muszelkę czy rzeźbiony wodą kamień, dawali za nie śmieszne pieniądze; zaledwie ułamek tego, co byli w stanie zapłacić jej na głównym rynku. 
Po kilkudziesięciu minutach drogi wadera doszła do swojego celu. Targ był jeszcze bardziej zatłoczony niż okolice mieszkania odkrywczyni. Już zdążyła się przyzwyczaić, że kramy w środku miasta przyciągają zupełnie inne wilki niż te blisko jej domu. Przez jakiś czas ją to dziwiło - w końcu i jedne, i drugie służyły do tego samego, ale szybko zauważyła różnicę cen i jakości towarów. Mieszkańcy pochodzący z bogatszych dzielnic rzadko zapuszczali się na obrzeża. W drugą stronę działo się to jednak o wiele częściej - głównie dlatego, ze żebranie wśród bogatych było o wiele bardziej efektywne niż wśród biednych. 
Xeva rozglądała się po targowisku, szukając wzrokiem skrzydlatego handlarza oraz jego córki - jej najlepszych klientów. Dostrzegłszy nadszarpane ucho staruszka i burzę ognistej sierści za nim, ruszyła szybkim krokiem z szerokim uśmiechem kwitnącym na jej pysku.
- Ja dzień dobry życzę! - krzyknęła z podekscytowaniem w głosie. Klientka, która właśnie przeglądała biżuterię, wzdrygnęła się raptownie i spojrzała na nowo przybyłą z przestrachem. Właściciel kramu popatrzył przez chwilę na Teneriskę w zaskoczonym milczeniu, ale w końcu westchnął bezradnie. To znowu ta dziwaczka. Odstraszała mu klientów, to prawda, ale nie miał serca, żeby się na nią wściekać za wpychanie się na początek kolejki. Miała zbyt niewinne spojrzenie. 
- Lareen, zajmij się panią proszę.
Jego córka kiwnęła głową i momentalnie zaczęła opiewać wartości poszczególnych wisiorków, z powrotem zdobywając uwagę kupującej wadery.
- Czego pani potrzebuje? - zwrócił się do Xevy właściciel nieco zmęczonym głosem.
- Ja mam to - odpowiedziała piegowata, wyciągając zębami dużą kulę niebieskiego kamienia. Jego barwa przyćmiewała wszystkie błyskotki leżące na blacie straganu i była tak intensywna, jak teneriskie niebo w środku lata. Światło słońca padło na drobne kryształki budujące całą bryłę i rzuciło wielobarwne odblaski na płachtę kramu. Wyglądały jak konstelacje gwiazd na obcym niebie. Oczy staruszka zalśniły błękitnym blaskiem.
- Och, kasylyt... Jak ja dawno nie widziałem jednego na oczy, hoho... I to jaki piękny, jaka wielka bryłka. Mogę?
- Co pan może? - zamrugała zdezorientowana Xeva.
- Czy mogę go dokładniej obejrzeć? - doprecyzował basior. Wadera zamerdała długim ogonem, uderzając falą sierści w klientkę stojącą obok niej i pokiwała głową.
- Oczywiście pan może, ja się bardzo cieszę. Panu się podoba? - zaćwierkotała odkrywczyni, zbyt podekscytowana, aby wychwycić zaniepokojone spojrzenie kupującej samicy i zirytowane oczy sprzedawczyni. Skakała w miejscu, czekając, aż basior podejmie decyzję odnośnie ceny, ale szybko straciła koncentrację i zaczęła rozglądać się po towarach. Uwielbiała patrzeć na te wszystkie błyskotki. Dzięki nim robiło jej się ciepło na sercu. Szkoda, że nie mogła kupić ich wszystkich. Nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak pięknie wyglądałby jej dom, gdyby go udekorowała tymi pięknościami. 
Jej wielkie źrenice przesuwały się po wisiorkach z wyszlifowanych otoczaków nanizanych na nić z włosia karibu, malutkich witrażach z kolorowych szybek, rzeźbionych z jeleniego poroża smokach o skrzydłach z rozciągniętej na drucie cieniusieńkiej, barwionej skóry królika, gadzich oczach... Oczach?
Wpatrywały się w nią obcymi, pionowymi źrenicami. Ich właściciel stał tak blisko stoiska, że przez chwilę wzięła go za wieszak na niesamowicie grube futro, które spoczywało na chudym grzbiecie. Ale jego spojrzenie było jak najbardziej prawdziwe. Zadrżała. Poczuła nagłe przerażenie.
Jedyne, co pamiętała - śmiech przerwany głośnym sykiem, wrzask siostry, ból, błysk kłów i blask tych pustych, zimnych oczu tuż nad nimi. Zwężające się źrenice przypominające szpilki, wgryzająca się w jej ciało rozłączona żuchwa.
Potem nadeszły dni i noce zlewające się w jedno, kiedy rzucała się w gorączce, nie mogąc oddychać, zwijając łapy w niekontrolowanych skurczach. Gorąco i zimno, jednocześnie cisza i śpiewające ptaki latające nad jej głową, a potem ból szumiący w uszach, zalewający oczy i ogłuszający, drżący z tyłu jej głowy niczym bęben wojenny, nawet we śnie. A może to nie był sen? Może to była jawa? Dzień czy noc? Jedno i drugie na raz?
Miesiące później wtulała się w Xarosę. Obie były zbyt przerażone, by zasnąć. W płachtę ich namiotu uderzały grube krople deszczu. Modliły się, aby ich ojciec i jego wilki powstrzymały te okropne rhanu, które krążyły pod granicami polany, na której rozbili obóz. Nasłuchiwały uważnie, czy pośród odgłosów burzy nie czają się odgłosy walki i śmierci. Gdyby tak było, to co by zrobiły? Chciały wierzyć, że Xapeia je obroni, że Rakazuth ześle łaskę na swoją kapłankę i jej szczenięta, ale... Co, jeśli matka nie obudziłaby się na czas? Xeva oczami wyobraźni widziała trzy pary ogromnych łap rozdzierające wejście do ich namiotu, zimne, pionowe źrenice rozglądające się po pomieszczeniu i spoczywające po chwili na zawiniątku zawierającym jej i jej siostrę, zbliżające się powoli, powoli. Hipnotyczny taniec barw gadzich, bestialskich tęczówek tlących się żywym ogniem w świetle błyskawicy, wysuwający się z szerokiego pyska długi, mięsisty, rozdwojony język pachnący krwią jej ojca i jego wilków, przesuwający się suchym dotykiem po jej policzku...
Drgnęła. To nie były oczu rhanu ani węża. To były oczy wilka. Wilka, jakiego Xeva nigdy nie widziała. Mimo przerażenia i instynktownej ostrożności, jakie budził w niej nieznajomy, poczuła przypływ niepowstrzymanej ciekawości. Odwrócił od niej spojrzenie i wbił swoje obrzydliwe oczy w niebieski kryształ, który staruszek dalej obracał pod światło. Czyżby ten dziwny przybysz był zainteresowany jej znaleziskiem?
 
<Elijasie?>
Słowa: 1523 = 121 łusek
Layout by Netka Sidereum Graphics