Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ametrine i Mordimer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ametrine i Mordimer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2024

Od Ametrine, CD. Mordimera

 

Czy on chce pomóc? – pomyślałam, patrząc jak oddala się w głąb ciemnej jaskini. Stałam tak dłuższą chwilę, wsłuchując się w ciszę panującą w lochach. Wiele myśli kłębiło mi się w głowie.
Głównie o tym kim on jest
”Na pewno przestępcą działającym w szeregach jakiegoś gangu…”pomyślałam, odsuwając się w głąb swojej celi. Analizowałam przebieg ostatnich godzin, kładąc się na zimnej posadzce.
Pomógł mi przy opatrywaniu rany Aris – przyniósł potrzebne mi materiały oraz pozwolił obejrzeć i zająć się urazem u młodej wilczycy. Pozwolił mi do niej się zbliżyć, opatrzyć tą ranę i zastosować odpowiednie (jak na dostępne środki) leczenie, nawet jak to się odbyło wszystko w jego obecności. Jednak słowo, czy też bardziej termin, “czystka” mnie niepokoił… Czyżby była to… eksterminacja więźniów…?
Poczułam, jak dreszcz strachu przebiega mi po grzbiecie. Zaczęłam szukać jakiekolwiek luki w żelaznych kratach, które więziły mnie wewnątrz ciemnej jaskini. Na moje nieszczęście mimo miejscowych ognisk rdzy nie zauważyłam żadnej luki. Chciałam wyć z powodu kotłujących się we mnie emocji – rozpaczy, strachu, gniewu…
Nagle w głowie rozbrzmiały mi w głowie słowa mojego porywacza:
– Jeśli planujesz jej ucieczkę, wstrzymaj się do dwóch dni.
Wzięłam kilka głębszych oddechów na uspokojenie. Oczywiście, że nie pomogło.
“Nie oszukujmy się, najpewniej to pierwsze…” Położyłam uszy do głowy, wyobrażając sobie scenę naszej egzekucji……
Potrząsnęłam głową, pozbywając się uporczywych i bardzo drastycznych myśli. Wtedy poczułam się bardzo samotna. I przerażona. Mimowolnie zaczęłam drżeć, choć starałam się wyprzeć ze swojego umysłu ponure wizje, przez które moje ciało zaczęło tak reagować. Zaczęłam przechadzać się po swojej celi, żeby zająć czymś umysł. Pomyślałam o swoich przyjaciołach, Sylii, moim bracie… i ojcu, który nadal nie umie wybaczyć sobie po tym co się stało z mamą…
Nagle dostrzegłam cień nadziei.
“Może zauważą moje zniknięcie…?”
Ale po chwili uderzyła mnie mroczna rzeczywistość, a raczej jej wizja.
“Może i znajdą… ale najprawdopodobniej moje martwe zwłoki…”
Położyłam się na zimnej ziemi, zwijając się powoli w wystraszoną kulę futra i piór.
Zacisnęłam powieki, lecz mimo to po policzkach zaczęły mi spływać łzy.
– Na co mi to było… – szepnęłam cicho w surową skałę, która nie raczyła mi odpowiedzieć.

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ───

Pierwszego dnia (czy też odwiedzin Moriego) przyniósł mi prowiant – suchą, lecz nie zgniłą makrelę oraz kilka pasków starego mięsa. Nie odezwał się słowem do mnie, tylko położył przy pomocy telekinezy zardzewiałą tacą na środek mojej celi. Spojrzał na mnie z ukosa, lecz nie z wrogością a bardziej… zmartwieniem? Byłam tym faktem lekko zaskoczona. Z drugiej strony mógł on przede mną po prostu udawać, aby zyskać cokolwiek. Kiedy Mort zamykał żelazną bramke przyszedł inny wilk, który miał ten sam pękł kluczy co Mort. Był duży, potężnie zbudowany oraz miał ciemnobordowe futro. Podszedł do celi Aris, kazał się jej odsunąć i otworzył cele. Mój porywacz odsunął się i podszedł do swojego towarzysza. Wymienili kilka zdań, po czym ten nieznajomy kazał podejść wilczycy do nich.
Aris ostrożnie podeszła do gangsterów, mocno kładąc uszy.
Gdy tylko wadera przekroczyła próg Mort chwycił ją w powietrze cieniem a ta zaczęła się wić, jakby walczyła z niewidzialną moc. Następnie wokół niej zaczęła powstawać jakaś ciemny twór otaczający ją, zamykając jej ciało w czarnej bańce.
– ZOSTAW JĄ! – krzyknęłam odruchowo. Natychmiast tego pożałowałam.
I to bardzo.
Niemal natychmiast pod kratami pojawił się olbrzymi basior, szczerząc do mnie swoje jeszcze większe zęby. Jego oczy płonęły gniewem oraz chęcią mordu.
– Zamknij się bo inaczej rozszarpię Twoje chude ciał…
– Zostaw tą idiotkę w spokoju – powiedział ze stoickim spokojem Mort, nawet nie odwracając głowy. Stał w tym samym miejscu, kiedy w końcu bańka z Aris się zamknęła, po czym zwrócił się do swojego towarzysza.
– Goth, chodź mi pomóc z tą złodziejką – poprosił.
Ten którego zwą Goth sapnął coś, po czym odszedł, wymachując swoim zaskakująco krótkim ogonem z widocznymi wyłysieniami i poparzeniami. Dodatkową jego cechą było to, że jego chód był sztywny i lekko go rzucało na boki.
Wilki wyszły przez jedyne wyjście z strefy więziennej.
Ja z kolei stałam skulona, podwiniętym ogonem pod brzuch, zaczynając się coraz bardziej obawiać o moje życie…
Pierwszy raz w życiu strach w czystej postaci spojrzał mi w oczy.

Drugiego dnia zostałam dosyć… gwałtownie, że tak to ujmę, obudzona. Spałam z najdalszym kącie celi, przerażona wydarzeniami z ostatnich godzin. Niestety, nie był Mordimer…
Goth wszedł z trzaskiem do mojej celi, rzucając kawałek metalu, na którym były jakieś resztki jedzenia, na ziemi.
– Nie powiem, chętnie… – Oblizał pysk, wbijając swoje bursztynowe oczy o zwężonych źrenicach – … bym cię schrupaaał… – Zaczął podchodzić jeszcze bliżej. Ja zaczęłam się cofać, aż ściana zablokowała mi drogę ucieczki.
Był niecały metr ode mnie, gdy nagle za nim huknął znajomy mi głos.
– Zostaw ją.
Mort przekroczył kraty, również wchodząc do mojej celi.
– Powiedziałem coś. – Zrobił kilka kroków na przód, zbliżając się do drugiego basiora.
– Argh…! Psujesz zabawę! – Warknął w stronę Mortiego, ale się do niego nie zbliżył.
– Szef chce cię widzieć na górze. Szukałem Cię dosyć długo więc jest on już na granicy cierpliwości.
Burknął coś jeszcze pod nosem, ale wyszedł, bujając się lekko na boki. Wyglądało to na zmaga się z chorobą kręgosłupa.
Mort podszedł bliżej mnie, lecz zachował pewien dystans. Obserwował, jak Goth się oddalał, aż w końcu zniknął w mroku tunelu.
Basior odczekał jeszcze kilka chwil, aż w końcu powiedział.
– Cieszę się, że mądrze wybrałaś…

<Mort? Prosze nie bij za tak długi czas nieodpisywania ._.”>
Słowa:857

piątek, 21 czerwca 2024

Od Mordimera, CD. Ametrine

Spojrzałem na szarą wilczycę w czarne plamy. Kim ona była i co tu robiła… potrzebowałem krótkiej chwili, by sobie przypomnieć, że miała po prostu pecha. To tyle. Jak na złość musiała obrabować jednego z naszych, niefortunnie trafiając na tego z mniejszą cierpliwością. Na usprawiedliwienie mogę rzec, że rana nie była zadana z naszej strony (przynajmniej jak mi wiadomo). Wiedziałem też, że nie będą jej trzymać tu wiecznie. Siedzi tu tylko po to, aby dostać nauczkę; przynajmniej staram się to im wmówić.
-  Zobaczę co znajdę – odparłem obojętnie, po czym się odwróciłem i skierowałem w drugi od lewej strony korytarz. Te wszystkie tunele nawet mnie potrafiły przyprawić o zawroty głowy, dlatego każdy z nas poznawał je pomału i po kolei, a potem korzystał z tych, które znał. Na szczęście przy istnieniu ryzyka zgubienia się, istniał fakt, że trafisz na swojego, który ci pomoże; za darmo lub też nie.
Wszedłem do pomieszczenia, w którym trzymaliśmy szpitalne i medyczne przedmioty. Znalazłem różnego typu strzykawki, nożyczki, pigułki, tabletki, bandaże, sole i tak dalej. Gdybym znał nazwy wszystkich tych przedmiotów, mógłbym je wymieniać cały dzień. Znalazłem to, o co prosiła mnie nowa zakładniczka, wcisnąłem wszystko do szmacianej torby, po czym wróciłem do więźniów.
Wróciłem do wilczycy, po czym położyłem przedmioty na ziemi. Rozejrzałem się. W pomieszczeniu nikogo nie było, jeśli nie licząc dwóch wilków rozmawiających ze sobą w korytarzu. Nie chodziło o to, że robiłem coś niedozwolonego, równie dobrze mogłem to zrobić przy grupie Krwistych, jednak im mniej inni widzieli, tym wszyscy lepiej spaliśmy. 
Ponownie podniosłem przedmioty, rozkazałem skrzydlatej samicy odsunąć się od krat, po czym wcisnąłem torbę do jej celi. Chwyciłem garstkę kluczy zawieszoną na metalowej obręczy, wiszącej na ścianie, wybrałem odpowiedni klucz i otworzyłem klatkę rannej samicy. Wolałem ją wypuścić i wiedzieć, że z ranną nogą nie ucieknie, niż ryzykować wypuszczenie skrzydlatej, w pełni zdrowej istoty. Wpuściłem więc szarą samicę do celi medyka, po czym oznajmiłem, że ma tylko kilka minut. Odszedłem od jej celi, aby położyć się przy ścianie.
Obserwowałem kątem oka jak samica odkaża, oczyszcza i bandażuje ranną nogę wilczycy. Mimo, że nie obserwowałem ich całkowicie, czułem, że rozmawiają i być może obmyślają plan ucieczki. Cóż, niech myślą – tylko niech nie zepsują mojego.
A więc tak: jedną z nich, tą ranną, byłem przekonany, że wypuszczą. Pojawiła się tutaj tylko i wyłącznie pod silnym wpływem emocji jednego z naszych i tak samo jak samiec ulegał swoim emocjom, tak samo łatwo można było wpłynąć na jego myślenie. Chciał jej dać nauczkę – dał. Ranna istota myśli, że tu zginie, spędzi tutaj swoje ostatnie dni i zginie jako młoda złodziejka. Na pewno chciałaby wyjść na wolność i być może jest w stanie samej sobie obiecać, że nigdy już niczego nie okradnie. Jeśli ma wyjść stąd żywa jest w stanie się zmienić. Wystarczy jeszcze tylko zagnieździć w jej sercu strach, że jeśli kogokolwiek poinformuje o tym, co się tutaj zdarzyło, jeszcze szybciej ci na górze się dowiedzą, że jest złodziejką i być może zabrała komuś bardzo wysoko postawionemu coś bardzo, ale to bardzo ważnego. 
Druga, ta skrzydlata, miała mniej szczęścia. Ciekawość, a może chęć bycia bohaterką popycha ją ku śmierci. Jak namówić szefa do tego, aby ją wypuścić jest proste, tak ciężej zapewnić go, że nie przekaże żadnych informacji, a takowe miała całkiem interesujące – kto okradł statek, w jakim miejscu się spotkali – informacje, za które na pewno mogłaby dostać również ochronę. Oraz, co ważniejsze, wie kim jestem. Akurat to można by podpiąć pod pomyłkę: wystraszona samica, przetrzymywana wbrew swojej woli, być może również zgwałcona, straciła część swojej świadomości i kontaktu z rzeczywistością, chcąc doprowadzić do sprawiedliwości, oskarża kogoś, kto wygląda podobnie do jej oprawców. A imię? Zasłyszane w rozmowach. Chociaż byłem pewny, że te kłamstwa, poparte przez emerytowanego komendanta wystarczą, nie gwarantowały one utrzymania mojej „pozycji” w tym świecie oraz, co ważniejsze, miałbym poważne kłopoty.
- Skończyłam – z zamyślenia wyrwał mnie głos skrzydlatej. Leniwie podniosłem się z ziemi, po czym przeniosłem szara wilczycę z owinięta raną do jej celi. Rozciągnąłem się, po czym odłożyłem klucze na miejsce. Podszedłem jeszcze do medyczki. Rozejrzałem się wokół, aktualnie miejsce było puste.
- Jeśli planujesz jej ucieczkę, wstrzymaj się do dwóch dni. A jeśli nie wiesz kiedy mija dzień, wstrzymaj się do mojego drugiego przyjścia – po tych słowach opuściłem to miejsce, wracając na powierzchnie. 

<Ami?>
Słowa:701

wtorek, 28 lutego 2023

Od Ametrine, CD. Mortimer

Nic.

Czułam się jak w pustce.
Być może dlatego, że w niej się znajdowałam?
Nie miałam kaptura na sobie ani innej opaski na oczach. Jednak nie widziałam nic. Niczego również nie słyszałam.
Nie czułam dosłownie nic. I to mnie lekko przerażało.
Starałam się ruszyć, lecz czułam, że bezsensownie młócę nogami w powietrzu, zupełnie jak wtedy, kiedy uczyłam się latać, jak byłam młodsza…
Przez tą czerń całkowicie straciłam poczucie czasu i miejsca. Jeśli to był ich plan… przepraszam – jego... to się udał. Nawet nie wiecie jak wściekła na niego byłam. Czułam, że jest z nim coś nie tak, ale nie sądziłam, że aż tak! Złodziej, gangster i… zabójca? Przełknęłam ślinę na tą ostatnią myśl. Mogłam przynajmniej zawiadomić kogokolwiek, żeby w razie czego wezwano odpowiednie służby… Przeklęłam w myślach, przenosząc swoją złość z tego wilka na samą siebie, za swoją głupotę oraz lekkomyślność. Trzeba było wrócić do domu i szykować się na następny dyżur a nie bawić się w detektywa…
Nagle brak przestrzeni zniknął, zastępując ją ciemną, lecz delikatnie oświetloną grotą. Upadłam, a z powodu tak gwałtownej zmiany otoczenia głowa zaczęła mi pulsować. Jednak mimo nieprzyjemności zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu okazji do ucieczki, nawet teraz. Niedaleko stał stolik a na nim kilka zapalonych świec, a dalej był długi korytarz, który z każdym krokiem pogrążał się w mroku. Nie było żadnych pochodni ani innych źródeł oświetleń niż kilka jarzących się knotów rzucających słabą łunę światła na szaro ciemne ściany jaskini, w której się znajdowałam. Kątem oka zauważyłam coś dziwnego. Coś, co mnie przeraziło do takiego stopnia, że włosy na grzbiecie stanęły mi dęba.
br.Ogromny rozprysk świeżej krwi na ścianie oraz kilka kawałków wilczego futra i mięsa.
Mort spojrzał tak bez żadnych emocji, po czym spokojnie oznajmił:
– Na razie to cię nie czeka.
Mimowolnie parsknęłam, czując, że moja złość na tego jegomościa osiąga szczyt, zastępując wcześniejszy strach.
– Bo Ty nie będziesz mnie zabijał? – odszczeknęłam.
– Nie. – Spojrzał na mnie swoimi lodowatymi oczami, czując, że w jego duszy nie ma nic. – Staram się nie dopuścić do Twojej śmierci.
– Świetnie Ci idzie… – mruknęłam bardziej do siebie niż do niego. Niestety, usłyszał.
– Jak dla mnie jesteś nadal żywa.
Nagle usłyszałam trajkot łańcucha i coś, z metalicznym szczękiem, zacisnęło się wokół moich kostek, po czym straciłam grunt pod nogami, ciągnięta po ziemi aż przekroczyłam próg celi. Wtedy się zatrzymałam, a ja mogłam wstać i otrzepać się z pyłu i brudu jakie zebrało moje futro.
Teraz od mojego porywacza i domniemanego zabójcy dzieliła żelazna krata. Coś zazgrzytało a po chwili śmignęło obok mojego ucha. Maleńkie kluczyki wróciły do swojego pana, po czym zawisnęły na ogromnym pęku innych kluczy, stając się zbiorem identycznych kawałków metalu.
Chciałam podejść jak najbliżej krat, lecz kajdany okalające moje nogi mi na to nie pozwoliły, podnosząc metaliczny dźwięk w grocie pełnej ciszy.
Ten tylko na mnie patrzył, nawet nie mrugając. We mnie natomiast się gotowało. W pewnym momencie odwrócił się i zaczął iść w stronę wyjścia.
– TY DRANIU! – krzyknęłam za nim, lecz ten nawet tego nie usłyszał.
Ja padłam bezradna i bezsilna na ziemię, czując, jak strach i obawa zastępują miejsce gniewu. Nigdy nie czułam się taka bezradna jak w tamtym momencie…
Uroniłam tylko jedną łzę, nie chcąc, by ktoś zobaczył jak bardzo się boję…

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ─── 

– Masz, ślicznotko! – Bordowy basior o zielonych oczach rzucił czymś, co miało być talerzem, w moją stronę tak, aby ślizgiem trafił jak najbliżej mnie. Tacka lekko uderzyła mnie w bok.
Leniwie otworzyłam oczy, łudząc się, że wczorajszy dzień to był zwykły koszmar. Niestety, to była gorzka rzeczywistość. Na deser dodajmy, że to był ten zboczony basior o nieznanym imieniu (nie wiem czy chciałabym je poznać), tak więc mój koszmar nabrał jeszcze ciemniejszych barw. Powoli wstałam, uważnie obserwując jego działanie oraz mowę niewerbalną. Usiadłam i popatrzyłam na swój posiłek, który był sporym wyolbrzymieniem. Kawałek suchego mięsa oraz brudna woda do picia. Spojrzałam na basiora. Każdy mój ruch dosłownie pożerał wzrokiem, co przyprawiało mnie o dreszcze i mdłości. Postanowiłam nic nie robić, czekając aż sobie pójdzie… co może trochę zająć.
Jestem cierpliwa.
Patrząc na niego przypomniałam sobie dlaczego nie zdecydowałam się na specjalizację z psychiatrii. Myślałam nad tym kończąc studia, jednak zdecydowałam się na pediatrię i internę, czując, że bardziej mi odpowiada niż słuchanie dziwnych wyznań miłości lub dać się pogryźć podczas ataku urojeń i omamów. Nie mówię, że ta dziedzina medycyny jest… zła. Jest świetna i bardzo interesująca, poza tym równie potrzebna w naszym Królestwie, jednak trzeba się liczyć z konsekwencjami wyboru tej specjalności. Przynajmniej ja tak to odbieram.
– Jedz… – sapnął basior. Z jego pyska wyleciało kilka strużek gęstej śliny. Jedynie mrugnęłam, w głowie mając jedynie obrzydzenie.
– Jedz… – powtórzył.
Nie zareagowałam. – JEDZ! –huknął.
Z zewnątrz nawet nie drgnęłam, lecz wewnątrz mnie szalała panika i przerażenie. Udało mi się jednak zachować zimną krew, dzięki czemu nawet nie drgnęłam, chociaż miałam straszną chęć na ucieczkę.
Mogłam wykorzystać swoje moce tu i teraz, jednak nie byłoby to zbyt mądre. Odkrycie wszystkich kart w nieodpowiednim momencie może kosztować mnie nawet życie.
– Wracaj na wartę. – Nagle, jakby z ziemi wyrósł, pokazał się Mort. Patrzył na basiora spod łba i znanym nam wszystkim gestem głowy wskazał, że ma iść. Bordowy, mijając go, uniósł wargi, pokazując zęby, i położył uszy, zupełnie jakby był gotowy zagryźć rywala. Ciemniejszy basior z kolei totalnie go zignorował. Dopiero gdy echa kroków umilkły, podszedł i spojrzał na mnie.
– Dziękuję za troskę – odparłam chłodno, mierząc go spojrzeniem. Odwróciłam się tyłem i nie odważyłam się odwrócić, dopóki ten jegomość nie wyjdzie. Wystarczy mi obecności gangsterów na dziś.
Usłyszałam ciche westchnięcie, po czym bardzo ciche kroki. Gdy wszystko ucichło, odwróciłam się i powąchałam mięso. Nie było zepsute ani spleśniałe, tylko mocno wysuszone. Odgryzłam jakiś cudem kawałek i zaczęłam żuć. Trochę mi to zajęło, ale udało mi się przełknąć ten kęs. Na kolejny się nie odważyłam. Wodę sobie odpuściłam, jednak kiedyś moje pragnienie wygra i będę musiała wypić ją. Ale to potem.
Teraz czas na zaplanowanie uciecz…
Nagle usłyszałam jakiś hałas. Dziwny dźwięk.
Z celi obok.
Wyjrzałam powoli i zobaczyłam pewien cień. Po chwili usłyszałam odgłos zaskoczenia oraz dojrzałam kawałek wilczego futra.
– ...kim jesteś?! – zapytał piskliwy głos.
– Spokojnie… – powiedziałam łagodnie, wyglądając na tyle na ile pozwalały mi kraty. Zobaczyłam drobną wilczycę o ciemnym futrze z białymi plamami, większymi i mniejszymi. Wyglądała na mieszankę kilku ras. Wyglądała na drobną, mimo swojej puszystej sierści, i nieco chudą.
Miała też paskudną ranę na przedramieniu.
– Jak długo masz tę ranę? – zapytałam, od razu przełączając się na tryb medyka.
Chwila ciszy, po chwili usłyszałam:
– Od kilku dni.
– Nie wygląda dobrze. Trzeba ją opatrzyć.
– Dam sobie radę… – odparł głos, znikając najpewniej w głąb swojej celi. Ja natomiast rzuciłam:
– Jeśli infekcja będzie postępować, trzeba będzie odciąć Ci nogę. Natomiast jest nie zrobi się tego na czas, umrzesz.
Cisza.
– I tak tutaj umrę… – odpowiedział tajemniczy więzień. Obstawiam, że to był młody wilk, a nawet bardzo młody…
– Co zrobiłaś, że tutaj trafiłaś?
Chwila ciszy. Kilka kroków i usiadła przy kratach. Puszysta sierść wilczycy jako jedyna przekroczyła próg celi. I opowiedział jak ukradła pewną rzecz niewłaściwemu wilku. Rana pochodziła z ucieczki po kradzieży tajemniczej rzeczy. Swoją drogą, to te skaleczenie niejako ją wydało – utyka na tą nogę przez co jest wolniejsza i tym razem nie udało jej się uciec na czas przez bandziorami.
– Mam na imię Aris, a ty? – zapytała po dłuższej chwili.
– Ametrine.
– Miło mi. – Usłyszałam w jej głosie szczerość i nawet szczyptę… radości połączonej z nadzieją.
– A Ty, Ametrine, jak tu trafiłaś?

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ─── 

Następnej doby (nie znam pory dnia ani nocy, tak więc staram się używać terminu doba, odnosząc się do cyklu mojego snu) jedzenie przyniósł mi mój porywacz, więc przyszła mi pewna myśl, aby wykorzystać okazję do pomocy Aris.
– Mogę mieć do Ciebie prośbę? – zapytałam bezpośrednio, bez żadnego witaj czy jak ci dzień mija. Lub noc.
m– Nie wypuszczę cię.
– Chciałam Cię prosić o przyniesienie bandaży, gaz, jodyny, igły z nitką, nożyczek…
– Po co ci to? – Uniósł jedną z brwi, wpatrując się we mnie lodowoniebieskim okiem.
– By pomóc Aris zachować nogę.
– Aris?
– To moje imię. – Aris podeszła bliżej kraty i pokazała się w świetle niemal stopionych do ostatniego węzła świec.
– A, ty… – mruknął do siebie samego – Dlaczego miałbym się na to zgodzić?
– Nie wiem – przyznałam szczerze.
– Masz świadomość, że niedługo może zginąć, podczas trwania Czystki?
– Co? – zapytała Aris.
– W tym stanie może jej nie dożyć – odparłam, zdeterminowania, by nie tylko pomoc jej przy tej nieszczęsnej ranie ale i również przy ucieczce przed
tą całą Czystką.
Taki miałam plan.
Zobaczymy czy wypali…
Ciemny basior zastanawiał się dłuższą chwilę co ma zrobić, aż w końcu…

<Mort? Amiśka będzie kombinować jak się wyrwać z młodą z lochów, ale ma na uwadze, że jesteś tym Złym, a przynajmniej narazie. Będzie doszukiwała się w Tobie dobrej strony. Możesz ją jej pokazać ;) Pamiętaj też, że mogą jej zacząć szukać, ponieważ szpital może się zaniepokoić jej brakiem na dyżurach.>
 
Słowa: 1403 = 91 KŁ

piątek, 3 lutego 2023

Od Mordimera, CD. Ametrine

 Szarpała się przez moment. Była to krótka chwila, podczas której zdałem sobie sprawę, jak bardzo niektóre wilki są dociekliwe. Nie bez powodu istnieje powiedzenie „Ciekawość prowadzi do piekła”. Ciekawość właśnie ją tam zaprowadziła. Powiedziałbym, że trafiła nawet gorzej, ale jeszcze nie stwarzała tak dużego problemu. Kłopoty mogły się pojawić wtedy, kiedy przekaże informacje straży. To, że ktoś obrabował statki było oczywiste – i tylko taka informacja miała krążyć wśród stróżów prawa. Kto i gdzie – nie.
W pewnej chwili rozważałem trzy wyjścia. Pierwsze – wypuścić ją. Wiedziałem jednak, że od razu poleci do strażników, przekaże jak wyglądaliśmy i opowie o tym miejscu. W najgorszej sytuacji będę ja się znajdować, ponieważ samica mogła mnie opisać ze wszelkimi szczegółami, gdyby się postarała, opisałaby nawet mój głos. Druga opcja, to pozbycie się jej. Szybkie i sprawne pozbycie się kłopotów. Jednak nie po to starałem się ją wygonić z portu, aby teraz zabijać, nie ważne jak bardzo byłbym na nią wściekły. Trzecia opcja, to przetrzymywanie jej – ale po co? Do niczego nam nie jest potrzebna, zero informacji, zero współpracy, zero pożytku. „Zaprosić” do gangu nie można, bo nikt nie zagwarantuje jej zaufania, a podejrzewam, że grałaby wtedy na dwa fronty (ja bym tak zrobił). Więc po co ją przetrzymywać? Najlepiej byłoby zabić. Ojciec chociaż by się nie dowiedział jaka ze mnie fajtłapa, że zwykłego przechodnia nie zdołałem odpędzić.
- Co tam masz? – usłyszałem za sobą głos. Nie odwracałem głowy.
- Szpiega – odpowiedziałem. Obok mnie pojawił się bordowy wilk o zielonych oczach. Był większy i masywniejszy niż ja (ale głupszy).
- Oooo ale ładna – rozmarzył się. – Mogę się nią pobawić, zanim ją zabijemy? Prooooszę – błagał, a ja tylko westchnąłem. – Pójdzie mi szybko i sprawnie – samiec zaczął się do niej zbliżać.
- Jesteś obrzydliwy – fuknąłem. – Nie wiadomo nawet gdzie się szlajała. Jeśli już masz jakąś gwałcić, to chociaż znajdź czystą i porządną samicę, od której się niczym nie zarazisz – wyjaśniłem mu na czym polegał problem. – Po za tym, nie możemy jej zabić – dodałem jeszcze.
- Ale jesteś nudny – mruknął pod nosem, pochylając się nad samicą i wciągając do nozdrzy jej zapach. – Pachnie przyjemnie.
- Nie mamy na to czasu, zaraz musimy stąd iść, więc powściągnij swoje chore zapędy i przyprowadź mi kogoś ze starszych.
Samiec przekręcił oczami, ale posłusznie zniknął mi z oczu i wrócił do środka. Samica przez moment patrzyła się na mnie jakby rozzłoszczonym spojrzeniem, ale nie pozwoliłem jej mówił, przyciskając jej pysk do ziemi. Siedząc tak przed nią, obserwowałem jej jasne futro, aż w końcu westchnąłem.
- Jacy wy jesteście upierdliwi – mruknąłem pod nosem. – Dlaczego jak macie szanse, to omijacie ją szerokim łukiem – podniosłem łeb do góry by spojrzeć na księżyc. ,,A gdyby tak wszystkich wymordować?” przeszło mi przez myśl.
Po jakiejś chwili obok mnie pojawił się nie kto inny, jak Hayli. Spojrzała na samicę, po czym wybuchnęła krótkim, ale głośnym śmiechem.
- To rzeczywiście się jej pozbyłeś – zakpiła ze mnie. Spojrzałem zirytowany na  bordowego wilka i dostrzegłem uśmiech na jego pysku. Przyprowadził ją specjalnie, wiedząc, co się niedawno wydarzyło. Jak ja go nienawidziłem. – Co chcesz z nią zrobić? – zapytała, a ja milczałem. Dalej nie miałem pojęcia.
- Mówi, że nie możemy jej zabić – wtrącił się samiec, a ja go tylko spiorunowałem wzrokiem.
- Mógłbyś zobaczyć czy z tyłu nie ma jakichś słabych zwierzątek do zmiażdżenia? – zaproponowałem mu, chcąc mu dać do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany. – Możemy narobić sobie kłopotów, przy zabijaniu cywili – wyjaśniłem samicy.
- Nie wiecie, że przy ofierze nie mówi się o swoich planach? – usłyszałem z tyłu niski głos, należący do wuja. Położyłem po sobie uszy; miał racje, a ja tak łatwo o tym zapomniałem i sprowadziłem się do poziomu amatora. Jakby ojciec to zobaczył… - Jeśli nie wiesz co z nią zrobić, to ją na razie przetrzymaj – mówił do mnie. – Tylko pamiętaj, że raz w tygodniu jest Czyszczenie – skinąłem głową. Wuj spojrzał na dwa pozostałe wilki i kazał im wrócić. Gdy się oddaliły, podszedł do mnie i wyszeptał na ucho:
- I pomyśl sobie, kogo byś nie chciał za wroga.
Gdy basior się oddalił, pozostawiając mnie samego z samicą, która się wszystkiemu przyglądała, wiedziałem już, że czeka mnie długa noc. Musiałem ją przetransportować do podziemi, do jednej z części, w której mamy możliwość przetrzymywać wilki. Grota jest specjalnie do tego przystosowana, aby nikt nie uciekł. Przetransportować ją musiałem przy pomocy swojej mocy zmiany bodźców. Nie chciałem jej uderzać, aby straciła przytomność, dlatego podczas naszej podróży sprawiłem, że niczego nie widziała, niczego nie słyszała oraz niczego nie czuła. Jakby była w pustce – a wszystko po to, aby nigdy miejsca nie odnalazła, jeśli jakimś cuda uda jej się to przeżyć.

<Ami? >

Słowa: 746 = 43 KŁ

poniedziałek, 31 października 2022

Od Ametrine, CD. Mordimera

Morty wydawał się przekonujący, ba – nawet prawie mu się udało mnie przekonać do swojej racji, lecz w niemal ostatniej chwili, gdy chciałam już odwrócić się i pójść na targ po zakupy, coś dostrzegłam – kilka metrów za jego plecami stała sterta skrzyń załadunkowych. Jedna z nich delikatnie zatrzęsła się.
Potem jakiś cień przemknął między nimi.
A potem dostrzegłam coś, co mnie uświadczyło w przekonaniu o nowo poznanym…
Kłamca.
– Chyba masz rację… – wymamrotałam bardziej do siebie niż do czarnego wilka. Ten uśmiechnął się lekko i pożegnał mnie, stojąc niczym ci strażnicy o których wcześniej wspomniał. Wyglądał na niezłomnego dżentelmena a jego złote i błękitne oczy mówiły to samo co jego wygląd – był miły, lecz widać było, że nie chce, abym przeszła. Za nic w świecie nie mogłam iść dalej na pomost, żeby poszukać swojego znajomego.
Zachowywał się jak strażnik, ale nim nie było. Coś mi tu śmierdziało…
I to dosłownie, bo kilka godzin temu wróciły lodzie rybackie wypełnione po brzegi świeżo złapanymi rybami…
Oddaliłam się pewien kawałek, dyskretnie obserwując czy Morty jest dalej na swoim "posterunku". Postanowiłam wznieść się w powietrze, początkowo lecąc na wschód w stronę Centrum. Gdy oddaliłam się na tyle, że czarny basior został niewielką, ciemną kropką na tle bieli, mroźnego błękitu i starego brązu, zawróciłam. Wiatry akurat wtedy mi sprzyjały, tak więc mogłam pozwolić sobie na bezszelestne szybowanie nad portem. Zniżyłam lot, widząc, że Morty opuścił miejsce naszego spotkania, kierując się w głąb pomostu.
Nie chciałam ryzykować wykrycia, tak więc wylądowałam niedaleko skrzyń, gdzie ukrył się inny wilk. Z początku bałam się, że machaniem skrzydeł spowoduje osunięcie się skrzydeł, jednak na szczęście tak się nie stało. Udało mi się na tyle delikatnie osiąść na kładce, że stworzyłam jedynie delikatny wiaterek. Odczekałam chwilę, po czym ostrożnie wyjrzałam zza skrzyń.
Były tam przynajmniej cztery wilki – oprócz Morty’ego była jeszcze jedna drobna wilczyca oraz dwa rosłe wilki. Ta pierwsza była niewielka w zestawieniu z ogromnymi basiorami, lecz miała w sobie coś, co budziło niejako respekt w oczach przeciwnika. Była bardzo pewna siebie a jej chód oraz sposób poruszania się ciałem wiele o tym mówił. Podejrzewałam, że to może być przedstawicielka rasy Agropius, ze względu na mniejsze ciało oraz dwukolorową sierść w odcieniu rudo-kremowym. Niemniej jednak widać było po niej, że umie zadbać o swoje interesy.
Obok niej truchtały dwa ciemie osobniki – jeden miał sierść kruczoczarną, zupełnie jak Morty, drugi natomiast ciemnogranatowe, zupełnie jak bezchmurna i bezgwiezdna noc oraz sierść odrobinę jaśniejącą wzdłuż jego nóg. Poruszał się delikarnie, ale stanowczym krokiem. Idąc po coś co on chce zdobyć. Trzeci z nieznajomych łudząco był podobny do Morty’rgo - podobna budowa ciała, podobny chód… Być może byli rodziną… Różnił ich jedynie wzrost oraz oczy - Morty ma dwukolorowe, złoto-błękitne, a ten drugi tylko złote. Cała czwórka szła w kierunku końca pomostu, do którego niedługo przybije ogromny okręt. Wzdłuż doku ustawiono różnych wielkości skrzynie, worki oraz inne marynarskie przedmioty. Były doskonałą kryjówką dla podstępnej czwórki, a raczej trójki, bo Morty oddalił się nieco i nie poruszał się wraz oddalającą się grupą jego…
Chwila. Skąd mam pewność, że oni są razem? Z jednej strony nie wszczyna alarmu tylko ich kryje, obserwuje ich ruchy i nic więcej. W tej chwili Morty wyjrzał delikatnie zza swojej kryjówki, szukając swoich ziomków. Byli blisko kładki, którą zdążyli już opuścić marynarze ze statku, który właśnie cumuje. Z drugiej jednak… może być kimś, kto pracuje w wydziale prawa lub straży i ma za zadanie złapać ich na gorącym uczynku…
Czemu ja zawsze próbuję znaleźć w kimś dobro?
Po chwili akcja się zaczęła.
Gdy dwa wilki zeszły z trapu i odwróciły się plecami do nieproszonych gości, ci szybko i po cichu wbiegli na pokład statku. Słychać było kilka głuchych dźwięków, trzask a następnie te dwa wilki – dwa szare samce – pobiegli z powrotem na statek. Kolejny trzask, nawet chyba krzyk a potem…
Cisza.
Nie było słychać żadnych odgłosów, nawet od strony załogi statku. Czyżby… ich… – nie mogłam dokończyć myśli.
Te kilka minut trwały wieki. Zauważyłam nawet, że wstrzymuje oddech…
W końcu trzy wilki pokazały się, biegnąc ile sił w łapach po trapie statku. Mieli na sobie torby wypchane złotem, biżuterią oraz innymi drogocennościami.
– Ruchy! – krzyknął kruczoczarny basior. Morty dołączył do nich, również nie szczędząc sił.
Cholera! Teraz całą czwórka biegnie na mnie!
Nie widząc innego wyjścia, ponieważ mogli mnie łatwo zauważyć podczas przebiegania obok, ostrożnie, ale szybko zeszłam do wody, by ukryć się pod pomostem.
Tym razem chwila trwała wieki. Odgłosy ich kroków niosły się po płaskiej tafli wody, sprawiając wrażenie, jakby teraz przebiegali nad moją głową. Ja jednak wolałam poczekać, aż odgłosy ucichną, zwłaszcza ich rozradowane głosy oraz okrzyki zwycięstwa.
Gdy nastała cisza, szybko wyszłam z wody. Widziałam ich w oddali, lecz szybko się poruszali. Natomiast na statku mogli być ranni i potrzebujący…
Zdecydowałam szybko, że muszę za nimi lecieć. Otrzepałam się z nadmiaru wody i wzniosłam się w powietrze, mając nadzieję, że ktoś szybko znajdzie marynarzy.

~*~

– …a więc tutaj macie swoją kwaterę… – szepnęłam sama do siebie, widząc jak cała czwórka wchodzi do pewnego budynku. Byłam na obrzeżach miasta, gdzie, mówiąc łagodnie, nie jest zbyt kolorowo. Kradzieże, brutalne pobicia, morderstwa, handel narkotykami… Aż zadrżałam. Tutaj był sam ból przykrywany agresją, narkotycznym hajem lub w najlepszym wypadku – chęci wydostania się stąd. Miałam kilku pacjentów z tych okolic, także starałam się unikać miejsc, w których od razu wyczuli by, że jestem nietutejsza oraz właścicielką niewielkiej sakwy łusek.
Ale akurat tego budynku nie kojarzyłam.
Zrobił się wieczór, do tego nieciekawy, bo zaczęło obficie padać, przez co przez miasto musiałam śledzić ich z ziemi, nie z powietrza. To było dosyć problematyczne, zważywszy na to, że łatwiej mogli mnie dostrzec z ziemi niż z góry. Miałam tylko nadzieję, że nie zdążyli mnie zauważyć.
Starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, by potem przekazać te informacje straży. Budynek był wykonany z białej cegły. Widać było, że jest stary – połowa okien zabite deskami a druga z powybijanymi szybami, dziurawy dach, stare dachówki…
Klimatyczne miejsce.
Cechą charakterystyczną był stary znak karczmy o nazwie… Litery były zbyt rozmazane, żebym je widziała zza rogu budynku z naprzeciwka. Zaryzykowałam. Rozejrzałam się dookoła, a gdy upewniłam się, że nikogo nie ma dookoła, podeszłam bliżej tej starej rudery. Stanęłam pod znakiem i zaczęłam czytać.
"Pod Czarnym Skrzydłem" – tak głosił stary napis. Nie znałam tego miejsca i znać nie chce.
Zaczęłam się wycofywać, lecz nagle pod moją postawioną łapą trzasnęło drewno. Przez te dwie godziny, odkąd ich śledzę, napadało tyle śniegu, że mam go aż po kostki.
Położyłam uszy i rozglądnęłam się.
Nikogo.
Już chciałam uciec stąd, kiedy magiczna łapa chwyciła mnie za pysk i zaciągnęła w ciemność, szepcząc znajomym głosem:
– A ty dokąd?

<Morty? Masz wybór – wydać Ami lub ją puścić. Ale pamiętaj, że może nakablować – bardzo nie lubi złodziei.>
Słowa: 1100= 75 KŁ

piątek, 19 sierpnia 2022

Od Mordimera, do Ametrine

 Spojrzałem na granatowe morze i na niebo o tym samym odcieniu niebieskiego, które sprawiało, że niebo i morze się łączyło. Gdyby nie statki płynące na horyzoncie, nie można by było stwierdzić, gdzie się kończy jedno, a rozpoczyna drugie. Zapowiadało się na deszcz, to była tylko kwestia czasu, nim pierwsze krople wody dotkną ziemi. To była jedna sprawa. Druga, o wiele ważniejsza, płynęła właśnie przed nami. Duży statek wypełniony różnymi drogocennościami, od zwykłych obrazów po złote wisiory. Zadanie specjalne dla najlepszych – czyli nie dla mnie. Ja się tylko załapałem, aby „podziwiać” mojego ojca w akcji. Statek był dobrze strzeżony; na wodzie, a potem na lądzie. Ryzyko jest warte swojej ceny, ale żeby je zmniejszy, w szeregi zabrano tylko najstarszych i najbardziej doświadczonych członków Krwistych. Z jednej strony powinienem być dumny, że mój ojciec jest za takiego uważany, z drugiej kiedy myślę o ich celu, duma momentalnie miesza się z żalem, a nawet w nim zanika.
Siedziałem przy dużej, starej, zardzewiałej kotwicy, obserwując wodę. Nadpływali. Plan był już opracowany. Każdy wiedział, gdzie ma się skryć, co zrobić, ile ma na to czasu. Okazywało się, że w takich momentach każda sekunda była ważna, każda sekunda mogła odegrać ważną rolę w twoim życiu lub najprościej rzecz ujmując: zdecydować czy przeżyjesz, czy umrzesz. Moim zadaniem była obserwacja i nauka. Miałem oglądać całe zajście, zastanawiać się nad ich każdym posunięciem, uczyć się ich sztuki walki, skradania się, kłamania i porywania. W tym celu ukrywałem się między skrzyniami – w cieniu. Nim jednak doszło do rozpoczęcia akcji, Hayli, najmniejsza samica w gronie ale o najostrzejszych zębach i pazurach, dostrzegła nieprzewidzianego gościa.
Skrzydlata wilczyca pojawiła się na moście. Rozglądała się na boki, jakby czegoś szukając.
- Zajmę się nią – dodała Hayli. Wszyscy przytaknęli, prócz mnie. Wiedziałem, jak to się mogło skończyć dla nieznajomej. Chociaż Hayli nie była pełna mordu i nie chciała pozabijać każdego na swej drodze (gdy nie pracowała), to jednak samica nie wiedziała co to jest charyzma, ani ile siły może włożyć w swoje czyny. Wszyscy jednak wiedzieli, że nie miała cierpliwości.
- Lepiej ja pójdę – odezwałem się.
- Zabrałem cię tu, abyś się uczył – powiedział ostro mój rodzic. Posłałem mu spokojne spojrzenie.
- Uczę się każdego dnia, a jeśli ta wilczyca będzie bardziej uparta, niż się wydaje, to Hayli ją rozerwie na strzępy i będą niepotrzebne kłopoty – wyjaśniłem.
- Niech młody idzie – odezwał się Cole, do którego częściej mówiłem „wujku” niż po imieniu. Wilk był starszy od mojego ojca i nadzwyczaj chętny do zabawy ze szczeniakami. – Wszyscy mamy co robić, nikt nie ma czasu na niezaproszonych gości – dodał, patrząc na mojego ojca, który tylko skinął głową i popchnął mnie w kierunku wadery. Hayli posłała mi niezadowolone spojrzenie, po czym wróciła do grupy. Gdy oni się rozproszyli i zajęli swoje miejsca, podszedłem do nieznajomej.
- Cześć. Szukasz czegoś? – zapytałem, zwracając na siebie jej uwagę. Wadera była niższa ode mnie, jednak przez skrzydła dawała odwrotne wrażenie. Miała futro w różnych odcieniach beżu, brązu i bieli. Fioletowe oczy zaczęły mi się przyglądać.
- Tak, szukam znajomego, często tu przesiaduje – wyjaśniła. – A ty…
- Jestem Morty – przedstawiłem się. – Jestem pewien, że nie ma tu twojego znajomego – samica pomachała ogonem.
- Skąd taka pewność?
- Właśnie płynie statek z innego regionu. W porcie jest masa straży. Jeden z nich kazał mi opuścić port. Podejrzewam, że albo płynie coś wartościowego albo ktoś ważny. W każdym razie tobie też każą stąd znikać – wyjaśniłem.

<Ametrine?>
Słowa: 550 = 33 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics