Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imera. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2019

Imera odchodzi!

Postać została również uśmiercona przez autora.

Od Imery CD. Spero

Długo czasu, tak? Chyba jednak nie chcę mi się czekać. Może by tak...
- Tak więc... Poradzisz sobie sama? - zapytałem, smacznie się przeciągając. Mój kręgosłup wyglądał tak, jakby zaraz miał przebic skórę.
- Tak. - odpowiedziała krótko i zwięźle, jak zwykle.
- To dobrze. - objaśniłem, gdy już skończyłem prostować ciało - Bo i tak nie zamierzam ci pomagać. - Spojrzałem na horyzont. Między drzewami, gdzieś w oddali, przebijały się ostatnie promyki słońca.
- Rzeczywiście. Późno już. - przyznałem i ostatni raz spojrzałem na waderę - Adiós, madame. - pomieszałem nieznane mi języki, byleby choć w tej niepowtarzalnej chwili sprawić wrażenie dostojnika - Powiedziałbym, żebyś pożegnała ode mnie stado, ale i tak nikt mnie nie zna, a ja nie znam nikogo. Wasz północny klimat mi nie sprzyja. - odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę zachodzącej gwiazdy.
- Tak właściwie - krzyknęła, gdy byłem dość daleko, zapewne zrozumiała, że odchodzę w "nieznane" - Na zachodzie spotkasz się jedynie ze zlodowaciałym oceanem.
Czyżby chciała ustrzec mnie od niechybniej śmierci? Nie sądze. Po prostu miała okazję do pokazania swojej mądrości i oczywiście wykorzystała ją. Skinąłem w "niewdzięcznej podzięce" i skierowałem się na południe. Nie myślałem pozytywnie - bałem się, to głupie, ale prawdziwe. Bałem się, że nie dam rady. Początkowo droga była całkiem przyjazna, jednak gdy wyszedłem z lasu w szczere pole... Powiedzieć, że było gorzej, to jak nic nie powiedzieć. Drżałem, byłem słabszy niż kiedykolwiek. Było zimno. Śnieżnie. Mogłem poprosić kogoś o pomoc wcześniej, ale moje cholerne ego nie przeżyłoby takiego upokorzenia. Z minuty na minutę było coraz chłodniej, także wietrzniej. Po krótkim czasie słońce już całkowicie schowało się za horyzontem i przestało ogrzewać moje zziębnięte ciało. Moja szczęka drżała, a kruche zęby co chwilę obijały się o siebie. Zmrożony śnieg zaczął wbijać mi się w opuszki łap, sprawiając ból, a do tej pory roztopiający się lód zamarzł na moich portkach dodając ciężkości. Nadciągała burza. Śniegu było coraz więcej, coraz wyżej musiałem podnosić łapy. Nie wiem czemu, byłem pełen nadziei. Pierwsze, delikatne płatki białego puchu zaczęły spadać na ziemię. Przyciągneły za sobą zimny, arktyczny wiatr, który przeszywał mnie na wskroś. Podmuchy były coraz silniejsze, przynosiły coraz więcej opadów. W oddali widziałem jedynie gęsto wirujące, białe śnieżynki. To, co szalało, niby że w oddali, zaczęło się przybliżać. Co gorsza wichry mi nie sprzyjały - wiały mi prosto w pysk. Nie wiem co sobie myślałem, idąc w sam środek burzy śnieżnej. Traciłem widoczność. Gdyby chociaż było jasno, ale nie - trwał wieczór. Te delikatne, urocze opady zamieniły się w prawdziwą nawałnicę. Moja chuda sylwetka również nie sprzyjała. Gdybym miał trochę tłuszczu, wtedy być może byłoby lepiej. Nie dawałem rady. Chciałem się zatrzymać, ale doskonale wiedziałem, że jeśli to zrobię, już nie dam rady ruszyć na nowo. Wiatr stawiał niewyobrażalny opór. Śniegu przybywało, sięgał mi niemal do brzucha, a na klatce zlepiały się kolejne bryły. Było zimno. Mroźno. Instynkt nakazywał uciec, użyć umiejętności, ale tak bardzo bolało mnie, że przed żywiołem nie da się uciec. Nie widziałem kompletnie nic. Gdy na chwilę otworzyłem oczy, wleciał w nie cięty śnieg. Szło się coraz ciężej. Przestałem czuć uszy oraz zalęgnięte w śniegu łapy. Spostrzegłem, że od kilku chwil tkwię w tym samym miejscu, nie mogąc się ruszyć. Opadłem na śnieg, który teraz mnie przysypywał. Mróz przeszywał moje ciało, już nie tylko od zewnątrz. Czułem go w środku. Skuliłem się, chcąc dodać sobie otuchy, ciepła. Będzie dobrze. Przetrwam burzę i pójdę dalej, na południe, do ciepłych krajów. Będę wygrzewał się na słońcu, z dala od zimna, z dala od śmierci. Ujrzałem słońce, jaśniejsze niż kiedykolwiek. 

Ale później nastała ciemność. Niczym nie zmącona ciemność. I tu kończy się życie czarnego basiora. Następnego ranka nikt nie znajdzie jego ciała. Nikt nie dowie się, co tak naprawdę zdarzyło się tej nocy

Słowa: 603

niedziela, 16 czerwca 2019

Od Imery CD. Spero

Rozpoczęli badanie brzegu. Nie ma sensu jednak ukrywać, że Imera nie miał pojęcia co robi się podczas takiego badania. Pusto patrzył na granicę wody z lądem udając, że widzi rzeczy niezauważalne dla innych wilków. Chciał sprawiać wrażenie zaintrygowanego i całkiem dobrze mu to szło.
- Masz coś? - zapytał z czystej grzeczności. Może i jest jaki jest, ale gdy trzeba, umie się zachować. Tylko musi też chcieć, a to zdarza się już rzadko.
- Niestety nie. A ty?
Ich dialogi były takie wymuszone, takie sztuczne i nienaturalne... Gorzej niż w amatorskich teatrzykach. 
- Ano nie. - skwitował i leniwie usiadł nad brzegiem. Woda coraz bardziej zaczęła przypominać niezbadaną, oleistą ciecz.
- Jak to się mówi? Po nitce do celu, problemu szukaj u źródła, czy jak to tam... Cokolwiek się stało musi mieć początek tam, gdzie zaczyna się rzeka. - wymamrotał nawet nie chcąc jakkolwiek pomagać w tej rzekomo nurtującej sprawie.
- Niezupełnie. Równie dobrze mogło się to stać gdzieś tak w połowie koryta. 
- Kur... - agresywnie zaklnął pod nosem tak, że wadera usłyszała tylko początek - I tak wiesz o co mi chodzi. Jak pójdziemy pod prąd, to w końcu znajdziemy sprawcę tego syfu. Nie denerwuj mnie i idź. - warknął zdenerwowany, a ostatnie słowa zabrzmiały jak rozkaz. Sam się zdziwił, że potrafi mówić tak śmiało.
- Nie pozwalaj sobie. Miałeś pomagać, nie nadzorować. - odparła atak, równocześnie wydając się być nim niewzruszona.
- Idziesz czy nie? - spytał już spokojniej, choć w środku wciąż cały buzował.
- Idę. 
No i poszli. Idąc wciąż obserwowali spokojnie płynącą rzekę, która powoli zamieniała się w mroczny potok. Czarnej cieczy przybywało w oczach, ale w pewnym momencie kompletnie jej nie było - dalej rzeka zachowała krystaliczną czystość. Gdzieś tutaj musi być początek tego syfu i oboje to wiedzieli. Nikt jednak nie podzielił się swoim wnioskiem. To takie... rozumienie się bez słów, nie? Śledząc czarną substancje, bez problemu można było zauważyć, że to coś ma źródło gdzieś na lądzie. Nie wiadomo gdzie, ale poza korytem rzeki. Poszli za śladem ubruzganej cieczą trawy. Poszukiwania, przynajmniej dla Imery, wydawały się nie mieć końca. Powoli mu się to nudziło, ale zawsze lepsze łażenie za obcą waderą i działanie jej na nerwy, niż bezcelowe siedzenie na zadzie. Kolejną iskierkę zapalił w nim widok gnijącego konaru drzewa.
- No, o to nasze pożądane źródło. Możemy być z siebie dumni.
- A nie pomyślałeś, że dobrze byłoby wiedzieć co to jest i skąd się wzięło?

<Spero?>

Słowa: 386

poniedziałek, 20 maja 2019

Od Imery CD. Spero

- Przestań, tacy jak ja nie zajmują się polowaniem - oznajmił oburzony, z odrazą wypowiadając ostatnie słowo. I na to Spero wolała nie reagować; nie ukrywając niechęci ruszyła z miejsca. Basior ucieszony tym, że znów jest dla kogoś problemem, podążył za nią. Już od samego początku czuł, że ma go dość i to diabelsko go satysfakcjonowało.
Drogę nad jezioro pokonali w milczeniu - i to dobrze. Nie byli sobą zafascynowani i choć całe to spotkanie było jakby wymuszone, to przynajmniej Imerze ten fakt nie przeszkadzał w ogóle. Spero traktowała go jak każdy inny, więc on nie widział w tym żadnego ewenementu. Czuł się stosunkowo dobrze, tak właśnie działały na niego toksyczne relacje.
- A jak się to jezioro nazywa? - przerwał ciszę, gdy w oddali było już widać lśniącą taflę wody.
- Eleonory. Jezioro Eleonory. - zaspokoiła jego ciekawość na chwilę nawet zapominając o istnieniu towarzysza. Imera miał wrażenie, że pochłonęło ją odległe uczucie zwane pięknem. Rzeczywiście, jezioro cieszyło oko.
- Głupie imię. - stwierdził - Trudne do wymowy.
Teraz Spero spojrzała na niego w taki sposób, że gdyby można zabijać wzrokiem, on leżałby już martwy.
- Nie przyznasz mi racji, wiem. Ale ty wiesz, że tą rację mam.
- Łżesz. - warknęła, nawet na niego nie patrząc. Po oglądaniu tak pięknego miejsca mogłaby doznać szoku.
- Dobra, wyluzuj. To gdzie to jezioro? - zadał kolejne pytanie, tym razem jednak nie oczekując odpowiedzi. Energicznie machnął ogonem i idiotycznym krokiem wybiegł do przodu. Gdy był już na tyle blisko, że jego łapy były już w wodzie, złowieszczo się uśmiechnął. Woda na skraju przybierała delikatnie ciemnozielony kolor, a po jej powierzchni pływały martwe ryby. Ten właśnie widok zapalił w nim tajemniczą, radosną iskierkę. Otworzył usta chcąc powiadomić przewodniczkę, ale finalnie stwierdził, że lepiej będzie gdy sama się o tym dowie. Długo czekać nie musiał - podeszła do zbiornika i skrzywiła pysk. Ewidentnie nie była zadowolona z zaistniałej sytuacji. Poukładała myśli w głowie i spojrzała na Imerę, jak gdyby to on był sprawcą całego zła. Basior dobrze znał ten wzrok.
- O nie, myśl co chcesz, ale to nie moja wina. Przysiągłbym, ale przysięgi są dla miękkich faj... - usprawiedliwił się i ponownie spojrzał na jezioro, w tym na martwe stworzenia.
- Plus jest jeden. Nie trzeba polować. - oblizał się i wszedł w głąb wody.
- Naprawdę będziesz to jadł?
- No, a co?
- Nic. - ale wcale nie takie nic. Ryby mogły być zatrute.
- Zastanawiasz się może - zaczął z pełnymi ustami - Jak do tego doszło?
- Robię to przez cały czas, a ty mi przeszkadzasz. - odburknęła, z zamyśleniem patrząc na zanieczyszczoną wodę.
- Nie wiem, czy zależy ci na tej nieszczęsnej florze i faunie... ale w ramach przysługi mogę pomóc ci znaleźć źródło problemu i zgasić je. Co ty na to? - zaproponował dyplomatycznym głosem, tylko nie dajcie się zmylić - nie chciał pomagać, bo to nudne. Musiał przebywać w jakimś towarzystwie, bo jeszcze by zwariował. No, może przy okazji użyczy swojej osoby.

<Spero?>

Słowa: 465

sobota, 11 maja 2019

Od Imery CD. Spero

Basior ciężko dysząc znów sztywno stał na śniegu w rozkroku, gotowy do ponownej walki. Oblizał zęby z krwi i znów poczuł jej zbawienny smak. Propozycja była kusząca, a on nie chciał, żeby taka była - wtedy mógłby ją z czystym sumieniem odrzucić.
- Och błagam, działam zgodnie z naturą. Silniejszy zabija słabszego, takie są zasady, więc proszę, nie mów mi, że to ja mam się ogarnąć. - przeciwstawił się z urazą, okazując pełne oburzenie. Po chwili jednak natychmiastowo zmienił nastawienie, przynajmniej z zewnątrz - wymusił nieśmiały uśmiech, a jego oczy wypełniła fałszywa nadzieja.
- Ale jeśli chodzi o jelenia, czy co tam... Gdybyś mogła. - oh, jak on pięknie grał! Udawanie zawstydzonego wychodziło mu znakomicie.
- Wiesz, przepraszam za te zajączki. Poniosło mnie. - dodał, po czym jego pysk wypełnił ciepły uśmiech. Ale wadera nie była naiwna. Życzliwa, ale nie naiwna. Niestety, przemknęło mu przez myśl. Podejrzliwie wpatrywała się centralnie w niego, po czym z dozą odrazy skinęła głową i odeszła.
- Poczekaj tu. - dorzuciła, nawet na chwilę się nie zatrzymując. Imera odprowadził ją wzrokiem, po czym znudzony lęgnął na śniegu. Poczuwszy swąd w okolicach grzbietu, zaczął się tarzać. To bardzo rzadki widok.
Wilczyca przyszła po chwili, ciągnąc za sobą dorodną, dorosłą łanię. Imerę bardzo to zaintrygowało, ale nie chciał pytać, jak to zrobiła w tak krótkim czasie. Poza tym za bardzo zajęty był udawaniem.
- D-dziękuję, ale... - wymamrotał, że niby zawstydzony - Nie. Nie mogę tego przyjąć.
- Mój drogi, czy ja wyglądam na idiotkę? - wadera niespodziewanie ostro zareagowała na jego gierkę.
- Ja... nie rozumiem. 
- Daruj sobie i jedz tego jelenia. Na zdrowie. - to było wredne z brzmienia. 
- Nawet się nie przedstawisz? - zawiedziony spojrzał jej w oczy.
- Spero. - przedstawiła się już bez tej nuty nienawiści, ale wciąż od niechcenia.
- Imera. - basior wykrzywił usta w najbrzydszy uśmiech, na jaki było go stać. Nieustannie patrząc na nową znajomą wziął pierwszy kęs zdobyczy, rozrywając jej ciało.
- I jesteś pewna, - wycedził żując soczyste mięso - że to nie jest zatrute?
- Spokojnie. - uśmiechnęła się - Ale spróbuj jeszcze raz tknąć te zajączki, to...
To? W walce wydawało się, że są sobie równi. Ale wcale tak nie jest. Basior prędzej czy później musiał się z tym pogodzić.
- Nie zjesz? - zaproponował z czystej grzeczności, bo w cale go nie interesowało, czy wadera jest głodna czy też nie. Po prostu nie mógł znieść gdy tak się na niego patrzyła.
- Nie, ja dziękuję.
- Dobra, mam sprawę. - zaczął, nieprzyzwyczajony do proszenia o cokolwiek - Raczysz oprowadzić mnie po tej nieszczęsnej zimnicy?
Wyszło całkiem nieźle. Zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć - beznamiętnie, troszkę może dostojnie. Oczywiście Spero była nieco podejrzliwa, jak większość w jego obecności.
- Teraz przysięgam, że nic nie kryje się za tą prośbą. - rozwiał jej obawy, wciąż jednak nie do końca - Tylko wiedz, że jeśli będę miał okazję Cię zabić, to ani przez chwilę się nie zawaham. - dodał, złowieszczo rechocząc pod nosem. Być może wadera odebrała to jako żart, lub nic nieznaczącą groźbę, w każdym razie - zgodziła się i tylko to się liczyło. Ruszyli od razu, Spero wciąż jednak pozostawała podejrzliwa wobec basiora.
Nie wiedzieć czemu, pierwszym miejscem do jakiego przybyli był lodowy łuk.
- Wiesz, chciałem żebyś pokazała mi raczej bardziej praktyczne sfery.
Uniosła jedną brew i spojrzała na niego z dozą zażenowania. Najwyraźniej lepiej się było nie odzywać.
- A, panie przewodniku - zakpił - Może coś o faunie?
- A więc - nabrała powietrza i już miała coś powiedzieć, jednak zamiast tego rozwartymi ślepiami spojrzała w oddalony punkt. Niedźwiedź. Śnieżny? Olbrzymi? Niedźwiedź! Imera zaniepokoił się i spojrzał w to samo miejsce. Wcale nie było tak daleko - ledwo 15 metrów od nich stała zaśliniona, charcząca bestia. Ciężko dyszała i, o zgrozo, wyglądała na zarażoną wścieklizną. Jej ogromne, teraz puste ślepia podchodziły krwią. Delikatnie czerwona, gęsta ślina znajdowała się już wszędzie - na pysku i na klacie. Z zasady miękkie futro pozlepiane zostało bryłkami śniegu. Jej pochrząkiwania były coraz głośniejsze i bardzo nieregularne. Wydała ryk chłapiąc śliną jeszcze bardziej i ociężale, na razie powoli ruszyła w stronę dwójki wilków.


<Spero? Przepraszam za ten oklepany wątek oprowadzania po terenach, ale czas leciał, a weny brak :[>

Słowa: 640

niedziela, 5 maja 2019

Od Imery

W dzień mroźny jak każdy inny, Imera wstał jak zwykle późnym popołudniem. Promienie chylącego się ku zachodowi słońca przyjemnie ogrzewały jego siwo czarne futro. Leniwie wyprostował stare kości i wygiął strzykający grzbiet. Od razu poczuł ścisk w żołądku, no tak - od dwóch dni niczego nie jadł. Chwiejnym krokiem wylazł z tymczasowej nory. Jego oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do wszechobecnej jasności, dlatego przymrużył je, a wręcz zamknął i szedł na ślepo, zostawiając za sobą liczne ślady. Z wielu a'la syberyjskich zapachów, jego uwagę przyciągnęła woń potencjalnej zdobyczy. Zając. Tak, to pewnie był zając. Na potwierdzenie nie trzeba było długo czekać - za niewielkim wzniesieniem znajdował się sznur zajęczych śladów, który wychodził ze świerkowego lasu. Na śniegu łowy są o niebo łatwiejsze. Skoro tylko basior podszedł do tropu od razu stwierdził, że odciski są świeże. Można by powiedzieć bardzo świeże. Bezzwłocznie podążył tym śladem, nie odrywając nosa od zimnego śniegu. Dopiero po kilku minutach truchtu zdecydował się podnieść łeb, a wtedy ujrzał swoją zdobycz, która sztywno stała w miejscu. Tak szybko, na ile to możliwe, podbiegł do niej, lecz spłoszyła się i dalej już nie było sensu jej ścigać. Jednak ku zdziwieniu Imery, po kilku susach znów zatrzymała się i zaczęła obserwować. Basior również się rozejrzał i zobaczył to, czego oczekiwał: odpowiedź na wszystkie pytania. W małym zagłębieniu leżały trzy małe, ślepe jeszcze zajączki. Basior spode łba uśmiechnął się do dorosłego osobnika, najpewniej do matki tych nieszczęsnych kuleczek. Mięso z młodziaków jest takie przepyszne! Bez skrupułów wziął jedno niemrawe młode i ze smakiem pożarł je na oczach matki. Wówczas dwójka pozostałych dzieci zaczęła dziwnie skwierczeć i żałośnie przebierać łapkami. Na te odgłosy ich matka jeszcze wyżej uniosła uszy i wołana instynktem, a może głupotą, podbiegła do gniazda. Wciąż nie miała bezpośredniej styczności z drapieżnikiem. Zaczęła wrogo pomrukiwać oraz tupać nogą w miękki śnieg, co jednak nie przyniosło oczekiwanego efektu.
- Chcesz walczyć za swoje młode, bezbronne dzieci? Oh, jakie to słodkie. - zakpił, wiedząc, że i tak go nie rozumie - Szkoda tylko, że mam nad tobą przewagę ewolucyjną. - dodał ponuro i obnażył kły. Wydał z siebie ciężki, chrapliwy pomruk i przepuścił pierwszy skok na zajęczą mamę. Była zwinniejsza, to fakt - w porę zdążyła uciec. Zdenerwowała tym tylko napastnika. Basior ruszył po raz drugi, pełen głodu i żądzy zabijania. Znów ucieczka, w tył zwrot i odejście na bezpieczne kilkanaście metrów. Drapieżnik nie miał już psychicznej raczej siły się za nią uganiać, wrócił więc do łatwiejszej zdobyczy. Po raz kolejny, nie wierząc własnemu szczęściu spojrzał na słodkie, puszyste kuleczki. Był głodny, ale wolał delektować się ich cierpieniem, a przede wszystkim - cierpieniem ich matki. Dostojnie położył się przed zagłębieniem i ostrożnie złapał jedno młode za niewyrośnięte uszy. Zaczęło przeraźliwie piszczeć, miauczeć, czy co tam małe zajączki robią. Na te odgłosy matka znów trochę się przybliżyła, jednak na mniejszą odległość niż poprzednim razem. W jej wnętrzu rozgrywała się ostra walka. Matczyny instynkt kontra rozsądek. Na jej szczęście, rozsądek znów zaczął górować. Kto wie, co byłoby, gdyby zdecydowała się na walkę z tym odrażającym wrogiem. A może tak by było lepiej? Nie musiałaby oglądać tego, co teraz się dzieje. Nie patrzyłaby na to, jak znęca się na jej dziećmi. Poczułaby jedynie drobne szarpnięcia. Wszystko by odeszło, koniec. A teraz? Widzi, jak oprawca przejeżdża pazurem po brzuszku malca, rozrywając jego delikatną skórę. Strużki krwi spływają po jego łapie. Ukazuje szczerbate uzębienie w obrzydliwym uśmiechu. Nie. Lepiej byłoby się zabić. Zajęcza mama nie chce na to patrzeć. Z niemożliwymi do opisania uczuciami ucieka, byleby jak najdalej stąd. Imera uśmiecha się i odrywa głowę zmaltretowanemu maluszkowi. Leje się jeszcze więcej krwi, a ostatnie młode siedzi skulone z uszami postawionymi po sobie. Basior jeszcze tylko dojada korpus poprzednika, po czym złowieszczo patrzy na osamotnionego wypłosza.
- Mamusia cię zostawiła, hm? - zarechotał i już skłonił się, by rozerwać jego małe ciało. Wtem całą rozkosz przerwał obcy głos.
- Ładnie to tak znęcać się nad słabszymi?
Imerę opuściły resztki zadowolenia. Przejechał łapą po pysku i zmarszczył brwi, nie ukrywając uprzedzonej niechęci do obcego.

<Nieznajomy?>

Słowa: 657

środa, 1 maja 2019

Imera

Crowtesque

Motto: Imera uważa, że motta są dla słabeuszy, którym literki muszą układać życie.
Imię: Matka prześmiewczo nazywała go "Alpfa", lecz postanowił porzucić to imię na cześć nowego - Imera.
Ród: Z ojca Xerasa i matki Rendy
Wiek: Liczy sobie 16 cholernie nudnych lat i 6 miesięcy.
Płeć: Basior♂
Rasa: Xynth
Po matce Xynth i ojcu Aeskeron
Stan:  Polutia
Stanowisko: Brak
Charakter: Tak czysto teoretycznie, to zabiłby każdego, ale warunki fizyczne mu na to nie pozwalają. W realiach więc ogranicza się do samotnych szczeniaków, czy okaleczonych osobników. Oprócz takich sytuacji, to raczej nie pcha się do walki, wręcz przeciwnie - ucieka od niej. Naprawdę, nazwanie go tchórzem, to zdecydowanie za mało. Walczy tylko ze słabszymi, przez co jest uważany za spokojnego (bo, przypominam, mało kto jest od niego słabszy). Świat darzy nienawiścią, ale nie rzuca się na niego z kłami - obserwuje. Dawno zapomniał czym jest honor i godność. Uchował się jak hiena i tak żyje, żerując na innych. Nauczył się, że ciężka praca wcale nie jest owocna i nic nie daje. Wygląda na pesymistę i bezdyskusyjnie nim jest. Dawno popełniłby samobójstwo, ale chęć zemsty trzyma jego ducha przy ziemi. Zemsty, rzecz jasna, na wszystkim i na wszystkich. Prócz tego Imera nie wierzy w sprawiedliwość, w dobro, w prawdę i jeszcze w kilka idiotycznych spraw. Wyśmiewa osoby z nadzieją patrzące w przyszłość, ogólnie rzecz biorąc ma uprzedzenie do optymistów. Dla Imery jedyną nie materialną wartością jest śmierć. To ona nieustannie go ratuje, za co wprawdzie jej nienawidzi, ale jednak obdarza dziwacznym uczuciem, które można nazwać szacunkiem... ale moment, on i szacunek?
Jakby tego wszystkiego było mało, to Imerę w środku zżera zazdrość. Nie zazdrości on jednak szczęścia czy rodziny, bo takimi sprawami rzyga. Zazdrości władzy, jedzenia, siły. W nikim jednak nie dostrzega autorytetu i nie zamierza się zmieniać. To nie tak, że lubi siebie - po prostu woli siebie od bandy nieustannie otaczających go debili. No właśnie. Imera każdego odgórnie uważa za debila, i nigdy jeszcze jego ocena się nie zmieniła. Większości osób nie cierpi, mniejszości nie lubi. Niektórym może się wydawać, że Imera darzy ich sympatią, ale zwykle(zawsze) są to złudne uczucia, które Imerze mają pomóc w osiągnięciu celu.
Oprócz tego wszystkiego Imera nie stroni od wulgaryzmów, tych jednak najczęściej używa kiedy przyjdzie mu opisać jakiegoś delikwenta.
Wygląd: Na jego ciele nie widać pięknie wyrzeźbionych mięśni, bo ich nie posiada. Zamiast tego ma chude łapska i zgarbioną sylwetkę. Jego sierść jest czarna, niezadbana, zazwyczaj bez powodu najeżona. Ma wiele ran od wygryzania sobie futra, a również dużo wzgórek. Kościsty kręgosłup można bez problemu zobaczyć, on sam omal nie przebija skóry. Oczy ma nienaturalnie ogromne, jednak prawie zawsze przymrużone, przez co wygląda w miarę normalnie. Ostrożnie - ma pchły.
Żywioł: Cień
Moce: Posiada jedną, ale jakże niezbędną dla niego moc. Potrafi najzwyczajniej w świecie się rozpłynąć, ot tak. Był i go nie ma. To taka swego rodzaju niewidzialność. W takim stanie potrafi tkwić całkiem długo, ale nie bez przerwy.
Rodzina: Jego ojciec (Xeras) był ojcem połowy wilków w stadzie, także rodzeństwa ma sporo. Matka (Rendy) też miała sporo miotów, więc naprawdę przywoływanie imion każdego brata i każdej siostry nie ma sensu.
Partner: Imera nie szuka miłości, a miłość nie szuka Imery.
Potomstwo: Brak.
Miejsce Zamieszkania: Imera zdecydował zapuścić się w dystrykt IV. Zazwyczaj łazi po wszystkich terenach watahy, jednak najbardziej upodobał sobie Dolinę Poległych.
Patron: Bogowie... Gdyby lubili Imerę, lub choćby istnieli, nie pozwoliliby mu na taki żywot.
Umiejętności: 

Intelekt: 32 | Siła: 4 | Zwinność: 7 | Szybkość: 9 | Latanie: 0 | Pływanie: 7 | Magia: 5 | Wzrok: 12 | Węch: 12 | Słuch: 12 |

Historia: Każdemu wilkowi jest pisane coś innego, rzadko przyjemnego. Imerę los pokarał niemiłosiernie. Urodził się w rozpadającej się watasze, bez ustalonej hierarchii. Żyli dziko, nawet jak na wilki, więc to chyba normalne, że ojciec miał go w dupie, a matka chowała go tylko dlatego, że tak kazał jej instynkt. Ogółem już jako szczenię spisany był na straty. Miał piątkę rodzeństwa, a był najsłabszy z nich wszystkich. Jednak z opresji uratowała go... piękna wadera, która pokochała malca i dała mu szansę na godne życie...? Nie. Po prostu choroba wymordowała trójkę jego braci, dzięki czemu przestało brakować mleka. Gdy podrósł, był miotany przez silniejszych samców, a napomnę, że każdy był od niego silniejszy, więc musiał ustąpić innym miejsca. Przyzwyczaił się do najniższej roli w społeczeństwie. Z wspólnie upolowanego posiłku dostawał same ochłapy, choć nie raz to on odwalił najcięższą robotę. Niejednokrotnie był poniżany i wyśmiewany za swoją aparycję. Dzięki temu już dawno poddał się temu, co jest mu pisane. Z rodzinnej watahy jednak odszedł, zaraz po tym, jak pewien basior bez zdania racji poturbował go, omal nie odbierając mu życia. Wałęsał się tu i tam, zewsząd wyganiany i wszędzie poniżany, zdany wyłącznie na siebie. W lepszych czasach żywił się padliną, w tych dobrych - jagodami i orzechami, a w tych najgorszych głodował. Szukał swojego miejsca na świecie, choć nieustannie tkwi w przekonaniu, że całe to bagno to kłamstwo. Nigdzie nie czuł się dobrze i twierdzi, że nigdy tak nie będzie. Jednak natrafił na tą watahę, a dostęp do pożywienia daje mu złudny obraz szczęśliwego życia.
Inne: Imera jest nosicielem wielu pasożytów. Pchły i kleszcze to tylko jedne z nich.

Crowtesque


Autor: Rectus na howrse | nofingelzmater@gmail.com lub na czacie Hey-wait
Layout by Netka Sidereum Graphics