Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lys i Tin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lys i Tin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 kwietnia 2023

Od Lys i Tin - I quest z tablicy ogłoszeń

Pospieszny trucht wybijał równy rytm wśród zgiełku centrum. Cztery nogi okalane okazałymi szczotkami pęcinowymi nie zatrzymywały się, zwinnie wymijając przechodniów, którzy tak samo gonili się z czasem. Może nawet prędzej i sprawniej.
– Jeszcze tylko…
Głośne, wręcz rozpaczliwe miauknięcie wyrwało dwie wadery z trybu zadaniowego. Rozejrzały się, a ich pozłacane oczy zaraz dostrzegły niewielkiego futrzaka. Nikt się nie zatrzymywał przy czarnym ciałku, nikt nawet nie zerkał w jego stronę. Był to całkiem ładny kot, wyglądający, jakby czegoś szukał. Lys i Tin nie zdążyły zarejestrować w umyśle momentu, kiedy znalazł się pod ich łapami.
– Hej, mały – przywitały się, uśmiechając nieznacznie.
Rozległo się kolejne miauknięcie, tym razem pełne nadziei i wiary, że w końcu trafił na kogoś, kto mu pomoże. Duże ślepka patrzyły się przez chwilę wprost na pysk wilczyc, a potem zwierzak zaczął ocierać łbem o ich przednią kończynę. Uniósł ogon i zamruczał, zupełnie jak gdyby cieszył się na widok kogoś znajomego. Szkoda, że w takich okolicznościach!
– Nie mamy czasu – odchrząknęła któraś z Lerdisek, pewnie Lys.
Spróbowały wyminąć biedne stworzonko, ale oni miało inne plany. Pobiegło zaraz za nimi i nie odstępowało na odległość dalszą niż dwa kroki. I ciągle wydawało jakieś dźwięki, żeby zwrócić na siebie uwagę.
– Achh, nie możemy go tak zostawić! – Tin zaprotestowała całkiem odważnie jak na nią, być może tylko odrobinkę za głośno.
Dobrze, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Kto by tam patrzył na zabieganego wilka, co mówił do siebie? No, oprócz kota. Kiedy tylko dziewczyny się zatrzymały, bez zaproszenia wskoczył na ich grzbiet i tam usadowił się jak najważniejszy królewicz. 
– Serio? – uniosły brwi z powątpiewaniem – dobra, później wymyślimy, co z tobą zrobić.
Czas leciał! Nie miały go aż tyle, żeby się teraz zastanawiać nad losem atencyjnego sierściucha. Był uroczy, oczywiście, ale one miały też swoją robotę.
Skończyło się tak, że Lys i Tin nosiły pasażera na gapę przez resztę dnia. Udało im się załatwić wszystkie sprawy, które zaplanowały, a czarnuch jakoś zaakceptował sytuację. Poruszenie nastąpiło dopiero wtedy, kiedy przechodzili przy tablicy ogłoszeń. Znów rozległo się głośne, zawodzące miauczenie. Rogate aż zatrzymały się, w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami oglądając wywieszone kartki. Marna podobizna czarnej kulki zwróciła ich uwagę. Sama treść nad nią sprawiła, że niekontrolowanie parsknęły.
– Co te wilki tak często gubią swoje zwierzęta? – rzuciły w eter, kręcąc łbem.
To już druga taka sytuacja, kiedy pomagały w odnajdywaniu zbłąkanych pupili. No nic! Nie dumając już dłużej, po prostu ruszyły pod wpisany adres.
– Wrócisz do domu, Mruczku.

Nagroda: 15 KŁ + 1 punkt umiejętności

wtorek, 28 lutego 2023

Od Lys i Tin, CD. Sakiego

 – Cholera!
Masywne łapy nagle zapadły się w wydeptanym już śniegu, który zazwyczaj utrzymywał ich ciężar, przez wydrążone pod powierzchnią liczne korytarze. Zniknęły w dotychczas twardej bryle aż po samą brodę. Chyba już trzeci raz w tym tygodniu.
Straciły trochę cennego czasu na wygrzebywanie się, a potem na otrzepywanie białych grudek z gęstej sierści. To połączenie było niezwykle uciążliwe, a bardzo lubiło denerwować swoim istnieniem zarówno Lys, jak i spokojniejszą Tin.
– Czy wy nie możecie się gdzieś zwyczajnie przenieść?!
Krzyknęły niby to w eter, choć dobrze już wiedziały, kto był sprawcą ich problemów.
Lemingi. Durne stworzonka, które postanowiły bawić się w budowniczych i niszczyć waderom ścieżki, używane przez nie tak często. Nie miały pojęcia, kiedy one się tu zalęgły, ani dlaczego wybrały akurat to miejsce z całego Lasu Ayre, jednak przez myśl przeszła im czysta złośliwość losu. Rozumiały, że mieszkały w środku lasu, ale bez przesady.
– Jeszcze się z wami rozprawimy – zagroziły w międzyczasie, marszcząc gniewnie brwi.
Stwierdziły, że nie będą się z tym niepotrzebnie użerać, dopóki nie wymyślą porządnego rozwiązania.
Potrząsnęły dumnie łbem i ruszyły w drogę z wysoko uniesioną szczotką ogona. Wdech i wydech. Postarały się skupić na okolicznym krajobrazie. Drzewa łyse, monotonne, ciągnące się aż po horyzont i właściwie to okropnie nudne, a jednak było w nich coś, co dziewczyny lubiły. Za każdym razem patrzyły z szacunkiem na wytwór natury i podziwiały upór roślin żyjących w tak trudnych warunkach. Szron na korze zdawał się nie robić na nich żadnego wrażenia.
– Ostatnio mamy pecha do sąsiadów. Najpierw to dziwne… No, co to tam było, a teraz jeszcze te złośliwe chomiki bez grama rozumu – burknęła któraś.
Mimo wszystko nie mogły długo maszerować bez narzekania.
– Trzeba coś szybko z nimi zrobić, bo jak się wymnożą…
Jednogłosową, ale dwuosobową rozmowę przerwało wołanie o pomoc. Stało się tak, że wilczyce najpierw znieruchomiały i straciły chwilę na rozpoznanie właściciela głosu, zamiast od razu się pospieszyć. Znajomo brzmiał.
Gorączkowo rozejrzały się po okolicy.
– Saki!
Złoty wzrok zatrzymał się na niewielkiej, rudej sylwetce. A właściwie na jej połowie. Nie zdążyły zastanowić się nad tym, jak on znalazł się w takiej sytuacji, po prostu zdecydowały się na ratunek. Zbliżyły się do wydrążonego drzewa, okrążyły badawczo.
Uśmiechnęły się ze współczuciem. Nie śmiały się, bo im samym czasem zdarzało się gdzieś zaklinować ze względu na swoje rogi i doskonale wiedziały, jakie to było upokarzające.
– Czekaj, uwaga, zamknij oczy. Mamy pomysł! – ostrzegły, chcąc uchronić przed możliwymi drzazgami.
Z impetem uderzyły przednimi łapami o grzbiet kory, wkładając w to cały ciężar swojego ciała i własną siłę. Gruchnęło, pękło pod wpływem nacisku, ustąpiło i uległo. Większe gabaryty jednak się na coś przydawały.
– I po kłopocie – wyszczerzyły ząbki, niezwykle dumne z siebie.
Basior mógł się wyswobodzić, doprowadzić do względnego ładu i podziękować. Niestety uszczerbku na godności nie dało się załatać tak szybko, choć Lys i Tin nie wyglądały na takie, przed którymi należało się czegokolwiek wstydzić. Drzewa też już raczej nie dało się odratować, miały tylko nadzieję, że to nie był kłopot.
Zdały sobie sprawę, że już zapomniały, dlaczego w ogóle wyszły z domu, ale nie przejęły się tym za bardzo. Jeszcze raz przesunęły spojrzeniem po lisopodobnym koledze, jakby głęboko się zastanawiając. Był mniejszy, na pewno zwinniejszy…
– Hej, umiesz może polować na lemingi?

<Saki?>
Słowa: 530 = 32 KŁ

wtorek, 31 stycznia 2023

Od Lys i Tin, CD. Xevy

Nowy świt obudził masywne cielsko. Wyciągnęły łapy przed siebie, ziewając potężnie, leniwie. Rozchylając z wolna zaspane powieki, zdały sobie sprawę z bardzo bliskiej obecności Xevy. Wciąż spała, kurczowo wtulona do ich boku. Wyglądało na to, że było jej wygodnie. Aż szkoda było to przerywać. Uśmiechnęły się nieznacznie. W gruncie rzeczy nie przeszkadzało im to, a nawet było miło, tylko że jeszcze nie znalazły tego, za czym wyruszyły, prawda?
Odchrząknęły, mając nadzieję, że może wilczyca sama wstanie.
– Hej… – mruknęły, dodatkowo trącając ją wilgotnym nosem.
Długie uszy nagle poruszyły się, a zaraz za nimi podniosła głowa.
– Co? – zapytała szybko, sprawiając wrażenie nieco przestraszonej.
Rozejrzała się na boki, zawęszyła, a ostatecznie zatrzymała wzrok na rogatych.
– Śniło ci się coś? – jakby zgadły.
– Nie… Tak? Ale dobrze jest już! – zapewniła, kiwając energicznie głową.
Uznały, że nie było potrzeby dłużej drążyć tematu. Jeszcze tylko raz szturchnęły ją pyszczkiem w jej puchaty policzek, chcąc dodać otuchy towarzyszce. Potem już tylko wygrzebały się z kłody i otrzepały pospiesznie, żeby pozbyć się resztek snu.
– Chodź, żeby nie zgubić śladu!
W końcu i tak pewnie miały małe szanse na powodzenie ich małej misji, ale jakoś nie chciały tego dopuścić do możliwych opcji. Przecież Lys i Tin się nie poddają.
Druga, a właściwie trzecia wilczyca dołączyła do nich po krótkim czasie, w podskokach. Najpierw obie szły niemalże równo, jak za niewidzialnym sznurkiem, ale wiele nie minęło, aby różowooka się rozproszyła. Jakby wymijanie pni slalomem było znacznie bardziej atrakcyjne.
– Xeva… Xeva tylko się nie zgub – przypomniały wadery, próbując nadążyć za nią wzrokiem.
– Przecież obok idę czas cały!
Zakręciła się wokół jeszcze jednego drzewa, po to, aby następnie podbiec tanecznym krokiem do dziewczyn i przyjacielsko odbić się od ich boku. Nie mogły zrobić nic innego, niż tylko zaśmiać się, rozbawione.
– Dobra, dobra. Obok.
Miały wrażenie, iż Teneriska co jakiś czas zapominała, że w ogóle zmierzały do jakiegoś celu, a jedynie cieszyła się zwykłym spacerem z nowymi koleżankami. Na szczęście przynajmniej one nie gubiły skupienia, dalej wytrwale trzymając nos blisko zaśnieżonego podłoża. Zapachy zaczynały już mieszać im w głowie, zlewając w jedną, brejowatą całość, ale nie poddawały się. Przynajmniej dopóki nie zaczęło to trwać zbyt długo nawet dla nich. Łapa za łapą, metr za metrem… Ile można? Podniosły łeb, sięgając spojrzeniem nieba, jak gdyby miała tam być wymalowana jakaś podpowiedź.
– Co jest? – nie umknęło to uwadze trzeciej wilczycy.
– Wiesz co, nie mamy pojęcia, za czym w ogóle gonimy, ale daleko już zdążyło pójść, nie sądzisz? – zrobiły adekwatną do sytuacji, kwaśną minę – myślisz, że w ogóle jeszcze to znajdzie-
Trzask kilku łamanych gałązek zasiał ciszę w ich gardle. 

<Xeva?>

Słowa: 422 = 27 KŁ


sobota, 31 grudnia 2022

Od Lys i Tin, CD. Vallieany

 To, że Lys i Tin były złe na ich żartownisia, to było zdecydowanie za mało powiedziane. Wręcz nosiło je z emocji, na tyle, że nawet Tin zdolna byłaby i przeklnąć. A to się zdarzało naprawdę rzadko. Zaczęły się zastanawiać, czy ten osobnik był tym samym, co spowodował zmianę biednej Valli w gronostaja. Jeśli tak, to już nie byłby zwykły dowcip, a jakieś chore prześladowanie. Przecież w takim wypadku ten ktoś musiałby ich śledzić! Ale czy możliwa była opcja, że wadery miały aż takiego pecha, aby trafić jednego dnia na aż dwóch śmieszków? Bardzo, bardzo dziwna sprawa. W zarówno tej pierwszej, jak i drugiej możliwej wersji. Świat powariował.
Teraz jednak skupiły się na obecnej chwili, zamiast rozwodzić się nad genezą całego zdarzenia. Wciąż były złe.
– Gdzie on ucieka? – rzuciły bardziej do siebie, sapiąc z irytacją.
Zmarszczyły grube brwi. Nie miały czasu się zastanawiać, czy powodem do zerwania się w bieg było coś niebezpiecznego, ani czy one też powinny uciekać. Znalazły sobie nowy cel. Wolały gonić napastnika. Tak więc zgarnęły pannę gronostajową między swoje rogi, nawet nie słuchając obaw, pytań protestów, zwyczajnie ruszyły w pościg.
Być może była to pochopna i nierozsądna decyzja. Ba, oczywiście, że taką była. W tamtym momencie jednak mało to obchodziło te dwie wściekłe wadery. Może i zużyją niepotrzebną ilość sił, ale przynajmniej zmierzały w dobrym kierunku całej podróży. Chociaż tyle dobrego, nie zboczą z trasy.
Tętent masywnych łap rozległ się między drzewami. Stanowcze pazury kruszyły śnieg pod sobą, dając dobrą przyczepność do szarżującego biegu. Powarkiwały co chwilę coś pod nosem, coś o tchórzu i, że i tak go dopadną, a ucieczka była na marne. Czuły się prawie tak, jakby goniły zwierzynę, tylko bardziej agresywnie i zapominając o myśliwskiej gracji. Niesiony bagaż teraz nie robił im żadnej różnicy, jakby nic nie ważył. Dobrze, że był porządnie zabezpieczony, bo istniała szansa, że w innym wypadku mogłyby coś pogubić. Co w nie wstąpiło? Nie mogły nie przyznać się, że trochę poczuły się odpowiedzialne za bezpieczeństwo towarzyszki podróży, która przecież w swoim obecnym stanie nie mogła się sama obronić.
Dopadnięcie uciekiniera było tylko formalnością. Zderzenie spotkało się z brutalnym zaryciem jego łbem w śniegu. Vallieana w tamtym momencie musiała naprawdę mocno się trzymać, żeby nie spaść z głowy lerdisek, które nie pomyślały już więcej o ostrożności. Gorąca para buchnęła z nosa.
– Takie to zabawne, co?!
Nie kontrolowały siebie. Zupełnie też nie wzięły pod uwagę faktu, że sam dowcipniś uciekał przed czymś innym, niż przed nimi. Oby… Oby to coś już odpuściło

<Valli?>

Słowa: 410 = 26 KŁ

środa, 30 listopada 2022

Od Lys i Tin - Trening dotyczący bestii I

Chrupanie. Denerwujące, nieustępliwe, czasem przeradzające się w dłuższe chrobotanie, a czasem nawet w akompaniamencie innych, podobnych do pisków, dźwięków. Niby ciche, niepozorne, mało zwracające na siebie uwagę, ale wszystkie tak samo irytujące. Na dłuższą metę nie do zniesienia. I znów, i znów. Tak w kółko.
Lys i Tin nie mogły spać. Przewalały się już któryś raz na inny bok, w inną pozycję, ale przestały liczyć. Wzdychały co chwilę teatralnie, nadmiernie akcentując swoją utratę humoru, jakby w nadziei, że to jakoś pomoże. Oczywiście nie niosło to za sobą żadnych rezultatów. Powierciły się ostatnią, krótką chwilę, starając się zignorować powód ich negatywnych emocji.
To był błąd. Nie miały pojęcia, dlaczego tak znikome hałasy tak bardzo im przeszkadzały. Przecież już nie raz bywało gorzej, na zewnątrz mogła huczeć burza albo gnały wichry i nigdy nie miały z tym problemu. A tutaj proszę, byle szuranie całkiem wyprowadziło je z równowagi. Miały wrażenie, że prawie nie spały tej nocy. Odbiło się to w kolejnych godzinach na nogach, bo czego tylko się nie podjęły, kończyło się fiaskiem. Nie mogły się skupić na normalnym funkcjonowaniu, nie szło im ani polowanie, ani żadne prace, które chciały tego dnia wykonać. Jedna, wielka porażka. Oby tylko sytuacja ta okazała się jednorazowe.
Och, jak złudna potrafiła być nadzieja. Jak to mówili? Matką głupich. Racja, stuprocentowa racja.
Nie trzeba chyba dopowiadać, że hałasy wcale nie zniknęły. Ba, wręcz nasiliły się. Dziewczyny były prawie pewne, że było to jakieś żywe stworzenie, nieproszony lokator, ale chyba będą musiały same to sprawdzić.
No, a może jeszcze uda im się zasnąć…
Szur, szur, szur.
– Nie wytrzymam – stęknęła żałośnie któraś z nich, z rezygnacją podnosząc się z posłania.
Wychodząc na spotkanie z zimną nocą, kiedy mróz buchnął im w nos, poczuły narastającą złość. Stanęły kilka kroków przed wejściem do swojej nory, w lekkim rozkroku, niczym lew broniący własnego terenu. Niechże ten, kto śmiał zakłócać im sen, okaże się pokorny, bo inaczej marnie skończy.
Na pierwszy rzut oka nie widać było nic. Tylko biały śnieg, poprzetykany konarami starszych lub młodszych drzew, czyli to, co zawsze. Nawet dźwięki na chwilę ustały, jakby wyczuwały nadchodzące niebezpieczeństwo. Cisza. Jak makiem zasiał. Nawet wadery wstrzymały oddech, wsłuchując się w milknący szum wiatru. Nawet on bał się odezwać.
– O nie, my się nie poddamy – brzmiały, jakby wyzywały do walki samych bogów.
A miało to znaczyć tylko tyle, co "no pokaż się, mały gnojku". Obróciły się na pięcie, z zamiarem obejścia domu dookoła.
I wtedy znikąd wyskoczyło dziwne stworzenie, z nienormalnie długimi brwiami i brodą.
– Jaki brzydal! – wyrwało im się, a cudaczny zwierz prawie wbiegł im pod nogi.
Przestraszył się, ewidentnie. Czmychnął, zanim zdążyły się mu na dobre przyjrzeć. Czy to on był źródłem nieznośnych dźwięków? Jeśli tak, oby nie wracał. Zmarszczyły brwi, puszczając ostatnie spojrzenie na ślady, jakie za sobą zostawił.
Ku ogromnej uldze zarówno Lys, jak i Tin, hałasy nie powtórzyły się i znów mogły normalnie się wyspać. Cudowne uczucie. Myślały, że już wszystko wróci do dawnej rutyny, a samo to zdarzenie pójdzie niedługo w zapomnienie. Ale, jak na przekór, krótko trwało ich szczęście. Już kolejnego zmroku szuranie znów zawitało do ich uszu. Pomyślały, że bestia była zuchwała, wracając tutaj tak szybko. Chociaż mogły przewidzieć, że przypadkowe spotkanie nie załatwi sprawy.
Jednak tym razem ich irytacja wręcz się spotęgowała. Połączenie złości i niewyspania z pewnością nie były niczym dobrym. Z groźnym grymasem wyszły na poszukiwania hałaśliwego stwora. Czuły, że jeśli wpadnie w ich łapy, to będą musiały powstrzymać się, żeby go nie rozszarpać. Nie chciały tego, to nie było właściwe rozwiązanie i doskonale o tym wiedziały. Nie warto było igrać z dobrym snem wilczyc, naprawdę.
Znów natknęły się na niego praktycznie przypadkiem. Pojawiał się znikąd, chował się nie wiadomo gdzie, a problemów robił tyle, że głowa mała.
– Tu jesteś – zaczęły, zanim znów rzucił się do ucieczki – grubo przesadziłeś!
Scenariusz kroków zwierza powtórzył się – i tym razem chciał po prostu odbiec, uznając to za najlepsze wyjście. Tym razem jednak dziewczyny nie odpuściły tak łatwo. Ruszyły w demonstracyjną pogoń, jak ciężki, pewny siebie myśliwy, szczekając nawet i wyjąc. Wszystko, żeby podwoić wrażenie strasznej i groźnej. Tak bardzo miały dość mocnego chrobotania, w końcu mogły dać upust emocjom.
Wyhamowały, zdyszane, uznawszy, że tego już wystarczy.
– I nam tu nie wracaj! – zawołały jeszcze, choć wątpiły, żeby było to konieczne.
Wracając, odnalazły jeszcze kryjówkę, w której prawdopodobnie przebywał denerwujący monahr. Zniszczyły ją bez litości. Zakopały, podeptały, przysypały śniegiem, a gdyby nie miały wcale kultury, to i by nawet napluły. Takie były zirytowane, o.
Lepiej, żeby nikt już im nie przeszkadzał w wyspaniu się.

Nagroda: 5 punktów do wzroku

poniedziałek, 31 października 2022

Od Lys i Tin, CD. Sakiego

 Gdyby ktoś o samym świcie stanął nad Lys i Tin, a następnie zapytał, jak się potoczy ten dzień, z pewnością nie wpadłyby na to, że właśnie tak, jak toczył się teraz.
Uważały, że świeżo poznany basior był całkiem zabawny, a jego rozmiar był nawet uroczy. Szkoda tylko, że w ogóle nie zauważały jego strachu, zakłopotania, ani nie były w stanie wyłapać, że raczej nie należał do wilków szczególnie towarzyskich. Cóż, starały się jak mogły, przynajmniej żeby dobrze wypaść w jego szarawych oczach, nie do końca świadome, jak na razie wyglądały.
Dlatego też ucieszyły się, kiedy usłyszały zgodę na odwiedziny. Na szczęście Sakiego mieszkały całkiem blisko stąd, nie powinien więc się bardzo nachodzić. Wywnioskowały, że skoro nie lubił chodzić na długie dystanse przez swoje krótkie nogi, to sam musiał urzędować gdzieś niedaleko. Czy to znaczyło, że byli sąsiadami? Dziewczyny z lekkim uśmiechem przyjęły tę wizję. Jeśli relacja im się jakoś stabilnie ułoży, to kiedyś zapytają dokładniej o jego dom.
Jak na razie jednak… Ktoś znowu wpadł w śnieg. No, nie trzeba było się nawet domyślać, kto taki. Wadery przełożyły troskę nad rozbawienie, które szybko ukryły i zaraz zapytały, czy nie pomóc. Ach, drugi raz ta sama śpiewka w tak krótkim czasie. Przez chwilę uważnie patrzyły na poczynania basiora. Dobra, nie mogły już wytrzymać, zaśmiały się niekontrolowanie. Ku ich zadowoleniu, już niebawem cała trójka znalazła się z powrotem na właściwym szlaku. Saki jednak nie został w zaspie na noc.
Jeszcze tylko minąć kilka powykręcanych drzew, ostrzec przed następną zaspą i już byli przed niedużym wejściem do równie niedużej nory, zamieszkanej przez dwie rogate wilczyce.
Wciąż chciały się jakoś w miarę dobrze zaprezentować, miały nadzieję, że ich skromne mieszkanko do tego wystarczy. Już patrzyły na Sakiego jak na możliwego nowego kolegę. Nie miały jednak pewności, czy nie będzie to ich pierwsze i ostatnie spotkanie, bo może basior wcale nie miał ochoty się bliżej zapoznawać. Bardzo by tego nie chciały, ale jak na razie nawet nie przyszedł im taki straszny scenariusz do głowy.
Za to, gdy tylko przekroczyły próg, zapraszając wilka do środka, przypomniało im się coś bardzo ważnego.
– Zapomniałyśmy dokończyć posprzątać – aż zaciągnęły głębiej powietrze do płuc.
W rzeczy samej, w środku panował połowiczny bałagan, będący obrazem tego, jak go zostawiono w samym środku pracy.
Uśmiechnęły się nerwowo, zanim w następnym mgnieniu oka wręcz rzuciły się zebrać przedmioty chociaż pod ścianę. Co to miało być, jakiś konkurs na najbardziej niezręczną sytuację tego dnia? 
 
<Saki?>

Słowa: 400 = 25 KŁ

piątek, 30 września 2022

Od Lys i Tin - II Quest z tablicy ogłoszeń

Było spokojnie. Zwykły, rutynowy dzień, może trochę zabiegany, ale zwykły. Chociaż, w gruncie rzeczy było jeszcze przed południem i wszystko mogło się zmienić.
– Błagam o pomoc!
No, właśnie. Czy to zawsze musi się dziać akurat wtedy, kiedy Lys i Tin o tym pomyślą? Odwróciły się gwałtownie, zaskoczone, oderwane od zmierzania do swojego poprzedniego celu.
Inicjatorem zamieszania okazała się niewysoka wadera. Nie dała dziewczynom nawet otworzyć pyska, aby mogły zapytać, cóż takiego się działo, a chciały. Pozwoliły nieznajomej wyrzucić z siebie wszystkie swoje żale i błagania. Rogate wygięły brwi w zmartwieniu. Wystarczyła chwila, aby przynajmniej Tin zrobiło się szkoda zrozpaczonej pani. Co prawda miały iść jeszcze do jednego miejsca… Czuły, że jeśli nie one, to nikt nie zlituje się nad tak z pozoru błahą sprawą. One dostrzegły w biednym, zgubionym króliczku prawdziwy problem i prawdziwe emocje u wadery.
– Jasne, jasne, pomożemy – zapewniły szybko, kiwając głową.
Zaaferowane, nie zwróciły uwagi na chwilowe zdezorientowanie, kiedy użyły liczby mnogiej.
Prędko przeszły do strategicznego myślenia. Wypytały o dokładny wygląd zwierzątka i jego charakter. To powinno jakoś je nakierować. Zamierzały się poważnie zaangażować. To dziwne, że Lys nawet nie protestowała, bo Tin spodziewała się, że raczej wyśmieje całą sprawę i rozkaże wrócić do swoich zadań. A tu proszę, taka miła niespodzianka. Co to była za wyjątkowa sytuacja?
Tylko gdzie, na wszystkich bogów, mógł się schować jeden królik?
Najpierw skupiły się na węchu. Dreptały dookoła, z nosem blisko ziemi. Jednocześnie, czujne uszy były gotowe wyłapać każdy podejrzany dźwięk. Raz po raz podrywały głowę, żeby się rozejrzeć, może dostrzec cokolwiek. Chciały polegać na jak największej liczbie zmysłów. Jakby czas ich gonił, a widmo spóźnienia się, znalezienia zwierzęcia martwego, wisiało nad ich karkiem jak ciężki grzech.
Nie wiedziały, ile czasu minęło. Naprawdę się przejęły. Nie były pewne, czy nie zauważyły, kiedy minęło wiele godzin, czy raczej chwile w napięciu wydłużały się nierealnie i tak naprawdę nie upłynęła tylko niewielka część dnia. Zatrzymały się. Uniosły pysk ku górze, patrząc wyzywająco na słońce, które ewidentnie szydziło z ich starań. Zmrużyły zdominowane czernią oczy.
Czy traciły nadzieję? Może. Ale czy zamierzały się już poddać? Nigdy w życiu.
Jeszcze tylko trochę sprawdzą…
– Jesteś taki słodki!
Cienki, podekscytowany głosik je zainteresował. Skierowały spojrzenie właśnie w tamtą stronę. Wesoły szczeniak skakał, merdając energicznie ogonem, wokół… Królika. Dziewczyny aż zmarszczyły brwi w niedowierzaniu. Pasował do opisu! Jak dobrze, nic mu nie było, cały był w jednym kawałku i zdrowy.
Świetnie, teraz wystarczyło tylko podejść.
A może to nie ten? Może mały ma takiego samego.
Och, litości, jak nie sprawdzą, to się nie dowiedzą.
Głupio wyjdzie!
Tin bała się iść, ale jednocześnie wiedziała, że jej siostra nie przepadała za szczeniętami. Gdy zaproponowała, że to ona pójdzie, ta pierwsza zaprotestowała szybko, nagle znajdując w sobie pokłady odwagi.
– Heeej… Śliczny królik! – zagadnęła, przysuwając się.
Duże, świecące oczy spojrzały wprost na wadery. Dzieciak uśmiechnął się ufnie.
– Co nie! Przed chwilą go znalazłem.
Czyli jednak! To musiał być ten mały uciekinier, który sprawił tyle kłopotów.
– Zgubił się. Wiem, kto jest jego właścicielką – wyjaśniła, pochylając nieznacznie głowę – ucieszy się, jak go zobaczy. Zabiorę go do niej, dobrze?
Dziecięcy wzrok zaraz posmutniał nieco. Widać było, że wcale nie chciał oddawać zwierzątka. Chciał się jeszcze trochę pobawić, ale zrozumiał. Pokiwał ostrożnie łebkiem.
– Jesteś wielki – dodała jeszcze Tin, zabierając zajęczaka, zanim młodzik mógłby się rozmyślić.
Popędziły do umówionego wcześniej miejsca, uradowane, a to szczęście dodawało im energii. Pędziły, jakby królik mógł się jeszcze rozpłynąć, zniknąć, przepaść gdzieś na zawsze.
Samice wypatrzyły się w praktycznie tym samym momencie. Właścicielka zguby, nie ukrywając pozytywnych emocji, wybiegła rogatym na spotkanie.
– To on, to on! Nie wiem, jak to pani zrobiła, ale moja wdzięczność jest bezgraniczna – szeroki, naprawdę szczery uśmiech mówił nawet więcej, niż te słowa.
Miały wrażenie, że dostrzegły nawet zaszklenie drugiej pary oczu. Tylko przez moment.
Speszyły się odrobinę, nieprzyzwyczajone do takiej wdzięczności.
– Drobiazg.
Spędziły ze sobą jeszcze chwilę, wypełnioną dziękowaniem. Nie obyło się też bez odmówienia zapłaty, ale wilczyca tak nalegała, że nie sposób było jej odmówić.
Aż trudno uwierzyć, że to się skończyło tak dobrze. Szalona przygoda.

wtorek, 30 sierpnia 2022

Od Lys i Tin, CD Sakiego

Lys wywróciła oczami na naiwność Tin. Ta odpowiedź była oczywista. Przecież to byłoby nieopłacalne, mówiła jej wcześniej dokładnie to samo o czyszczeniu potem ogona. Za dużo zachodu, nieopłacalne. Mimo wszystko poczuła jakąś satysfakcję z tego, że miała rację. "A nie mówiłam?" chciało się powiedzieć, ale ugryzła się w język. Nie czas teraz na to.
Z pytaniem basiora spojrzała gdzieś w dół. Poruszyła uchem, zmarszczyła nos, jakby to miało pomóc wykręcić jej się od odpowiedzi. Powinna teraz zostawić Tin na lodzie, żeby sama się tłumaczyła, a nie jeszcze ją ratować.
– Nie wiem, to był pomysł Tin – wypaliła, choć przecież on nie miał pojęcia, o kim mówiła.
I teraz nagle zdały sobie sprawę, jak cała ta sytuacja wyszła absurdalnie. Lys poczuła wstyd za dwóch. Jak mogła dopuścić do tego wszystkiego? Co pokusiło Tin? Trzeba było zatrzymać ją w domu. Zachowywała się czasem jak dziecko, a ona musiała jej pilnować jak surowy rodzic. Jedno wspólne ciało w tym wcale nie pomagało. Być może, że tak było jeszcze trudniej.
Już szykowała jakieś paskudnie dłużące się kazanie, które wygłosi, gdy tylko wrócą. I sama postara się o to, aby Tin następnym razem zastanowiła się dwa razy przed wykonaniem jakiegoś głupiego pomysłu.
A ona wcale nie czuła się winna. Przecież nikomu niczym nie zaszkodziły, a zaspokojona ciekawość to nic złego! Nie rozumiała, czemu Lys tak się zdenerwowała o to wszystko. To nic takiego… Jeszcze pokaże, że wyciągną z tego nawet jakieś korzyści. Może nawet nowego znajomego?
Właśnie! Obie wróciły uwagą do rudowłosego wilka. Pokiwał nieco niepewnie głową, zdawał się być wciąż zdezorientowany. Dziewczyny odchrząknęły, tylko odrobinę niezręcznie.
– My jesteśmy Lys i Tin – przedstawiły się w końcu, pochylając nieznacznie głowę.
Wypadało mieć to wreszcie za sobą. Widziały, jak w oczach basiora gaśnie nadzieja na zostanie w spokoju, ale zignorowały to, uśmiechając się łagodnie. Zdążyły zauważyć, że nie należał do zbyt towarzyskich, ale mimo to brnęły dalej, wcale się nie zrażając. Chęć naprawienia pierwszego wrażenia, jakie za sobą zostawiły, była silniejsza.
– Saki – odparł po chwili, uciekając gdzieś wzrokiem.
Teraz muszą coś wymyślić, żeby nie wyszło głupio, że uganiały się za Sakim tylko dla tego jednego, tak mało ważnego pytania. Nawet jeśli to była właśnie prawda. Żenująca, ale prawda.
– Może chciałbyś wpaść na ciepłą herbatę? Pewnie zmarzłeś w tym śniegu.
Tak, to było pierwsze, co przyszło im do głowy. Liczyły się z odmową, ale spróbować zawsze było warto, prawda? Zaczęły grzebać łapą w białym puchu, starając się zapomnieć o wydarzeniach sprzed chwili. Chciałyby zacząć od początku, wymazać głupstwa. Marzenia.


<Saki?>
Słwoa: 410 = 26 KŁ

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Od Lys i Tin, CD. Xevy

W tym wszystkim można byłoby pokusić się o wątpliwości, czy cała ta wyprawa na pewno była dobrym pomysłem. Przydałoby się modlić o to, aby po drodze nic ich nie zeżarło. Jednak nie myślały już o tym. Stwierdziły, że dopóki miały towarzystwo Xevy, może nie tyle, ile będą bezpieczne, ale na pewno nie zacznie doskwierać im nuda. A to już coś, prawda?
Szukając drewna na opał, miały krótką chwilę dla siebie. Chwilę odpoczynku dla uszu od głośnych i pełnych emocji słów piegowatej wadery. Dobrze, że tylko chwilę, bo po dłuższym odcinku czasu z pewnością zaczęłyby kwestionować i rozmyślać na tematy, na które w tamtej chwili nie powinny, bo było to zwyczajnie zbędne. Nie ma potrzeby zaprzątać sobie głowy zmartwieniami, zwłaszcza kiedy już bałaganią w niej dwie różne osobowości.
Znalezienie chrustu w zamarzniętej śniegiem puszczy wcale nie okazało się takim prostym zadaniem. Należało uważać, wybierać ostrożnie, bo gałęzie leżące tak po prostu na śniegu były zwyczajnie mokre. Nic by z tego nie było. Rozejrzały się raz jeszcze po skąpanym w świetle zachodzącego słońca lesie, wzdychając cicho, łagodnie. Potem spojrzały na zebrany już materiał. Wystarczy? Tak, chyba wystarczy.
Problemem stało się ponowne znalezienie Xevy. Dziewczyny nie wiedziały, w którą stronę, ani jak daleko mogła się udać, więc w końcu wyszło tak, że musiały tak właściwie na własną łapę, same szukać tej polany. Po słabym zapachu, który niknął między drzewami, jak po nitce do kłębka. Ulżyło im, kiedy grube konary zaczęły się przerzedzać, a woń silniej uderzać w rozszerzone nozdrza czarnego jak węgiel nosa. Polana wyrosła przed ich stopami.
– Xeva! – zawołały, zanim udało im się powstrzymać jakże entuzjastyczną reakcję wadery.
Śnieg trysnął Spod jej łap tak daleko i z taką siłą, że prawie sięgnął on futra rogatych. Zaśmiały się cicho.
– Masz już? Tyle wystarczy na pewno. Jesteście szybkie! – skakała wokół nich, a one nie mogły powstrzymać lekkiego merdania swoim króciutkim ogonem.
– Tak, tak, chodź rozpalić ten ogień, zanim całkiem zapadnie zmrok.
Rzeczywiście było już prawie ciemno, słońce już kryło się w podszycie i raczej nie zamierzało wyjść aż do następnego ranka. Ostatnie złote promienie odbijały się na widmie nadchodzącej nocy, na wilczych futrach.
Zdawało się, że wszystkie trzy wadery miały doświadczenie w rozpalaniu ognia. Wszystkie wędrowały i spędziły dużo czasu poza domem, chociaż Lys i Tin jeszcze zanim osiadły się w Królestwie. Takie techniki jak zajęcie się ogniskiem nie były wcale wiedzą tajemną. Właściwie, można było pokusić się o stwierdzenie, że poszło wręcz łatwo. Rogate wadery ułożyły się obok Xevy, tak, że ich sierść szczelnie się stykała. Spojrzały w niebo, korzystając z faktu, że na tej małej polanie korony drzew nie zasłaniały całkowicie widoczności.
– Chyba nie zapowiada się na deszcz, jak sądzisz? – zapytały, nie odrywając wzroku od dopiero pojawiających się gwiazd.
Chociaż musiały przyznać, że zabawnie byłoby spać w tym pustym pniu za nimi.

<Xeva?>

Słowa: 460 = 26 KŁ

czwartek, 30 czerwca 2022

Od Lys i Tin, CD. Vallieany

W ich uszach odbiło się pewne siebie "ruszamy". Już dosyć niepotrzebnej paniki, były zebrane i gotowe, już bez niepotrzebnego mętliku w głowie, który do niczego dobrego by nie doprowadził. Tak więc, zgodnie z tym słowem, ruszyły, nie chcąc już gubić większej ilości cennych sekund.
Wsłuchały się w rytm kroków odbijanych w śniegu, bo na razie nie miały nic więcej do powiedzenia. Może to i dobrze… Uszom Vallieany też przyda się mały odpoczynek. Ładunek na brązowym grzbiecie wader kołysał się delikatnie, a po niedługim czasie nawet kamieniarki przestały tak żywo popiskiwać. Wszystko zlało się z ciszą otoczenia. Okoliczne drzewa nie śmiały nawet zaszumieć, jedynie pochylały się wdzięcznie nad wędrującymi, jakby życząc im spokojnej drogi. Błękitnoszare niebo przebijało się przez korony, pozwalając słabemu światłu tańcować na futrach.
Tak, zdecydowanie chwila wyciszenia była wszystkim potrzebna.
– Ale w sumie to całkiem śmiesznie jest mieć takie małe ciałko – miały na myśli gronostaja oczywiście – i takie długie. Możesz sobie pewnie bez trudu powąchać tyłek – zaśmiały się.
Początkowo nieco zdezorientowana reakcja wilka w łasicowatym ciele też przerodziła się w krótki śmiech. Później rozmowa jakoś zaczęła im się kleić. Miały tylko nadzieję, że uda im się wyciągnąć Valli z tego ciałka, które przecież wcale nie należało do niej, pomimo tego, że nawet barwy miało takie same. Martwiły się trochę.
Brnęły do przodu. W takich momentach rogate wadery cieszyły się ze swojej krzepkiej budowy, bo inaczej już dawno padłyby z wycieńczenia, jęcząc, jak to jest im strasznie ciężko. A tymczasem trzymały się całkiem nieźle i to raczej nogi jako pierwsze odmówią im posłuszeństwa, nie ze względu na niesiony ciężar, a jedynie na przebyty dystans. W dodatku, ze względu na wzięcie na siebie całego ładunku, posiadały immunitet w postaci wcześniejszej przerwy. Opłaca się, nie? No, znaczy, opłacałoby się, gdyby to nie było jedyne wyjście. Jakoś trzeba było te ptaszki nad morze donieść.
Ale jeszcze trochę wytrzymają. Chciały przejść jak najwięcej, zanim w końcu pozwolą sobie na przerwę. Przecież były silne!
Na pewno? Ja to już bym odpoczęła.
Lys nie chciała słyszeć o takim scenariuszu. Do zachodu słońca jeszcze trochę, a do morza jeszcze dalej. Nie chciała marnować dnia.
Nie czujesz, że nogi nas bolą?
Ani trochę. Wcale. Było świetnie. Mogłaby przejść drugie tyle, co dzisiaj. Dobra, może to lekka przesada…
No weeeź.
To powiedz to Vallieanie!
Oh. Racja, przecież od tego trzeba było zacząć, a nie pytać się Lys o zgodę. Zwłaszcza że ona nie przyznałaby się do słabości.
Nagle chód wilczyc stał się mniej pewny siebie, a nawet odrobinę wolniejszy.
– Valli? – Tin zabrała głos.
Odczekała parę sekund, aby usłyszeć krótkie "hmm?".
– Możemy zrobić przerwę?

<Vall?>
Słowa: 425 = 26 KŁ

wtorek, 31 maja 2022

Od Lys i Tin, CD. Sakiego

Pewnego, jakże ciepłego jak na krainę wiecznie skutą lodem, poranka, dwie kozłorogie wadery obudziły się z ogromną energią do działania. Nawet nie przeciągnęły swojego pokrytego ciemną, grubą sierścią ciała tak dokładnie, jak zazwyczaj, po prostu wstały z posłania, przebierając podekscytowane nóżkami. Co najmniej z takim entuzjazmem, jakby zaraz pod wejście do ich norki miał przybyć Święty Mikołaj w towarzystwie kolorowego konfetti i oznajmić, że były najgrzeczniejszymi wilkami w całym tym roku, a potem wręczyć największy prezent, jaki tylko w życiu widziały i sobie nigdy wyobrazić. Szkoda tylko, że ten dzień był tak samo zwykły jak każdy inny, a one same nie wierzą w żadnego Świętego Mikołaja. Skąd więc ten zapał? One same nie miały pojęcia.
Postanowiły jednak jakoś tę energię spożytkować.
– Lecimy? Lecimy!
Gdyby piłeczki golfowe same potrafiły wyskakiwać z dołków, to pewnie wyglądałyby bardzo podobnie, jak teraz Lys i Tin. Popędziły przed siebie, dopiero po jakiejś chwili orientując się, że aby coś upolować (bo taki miały zamiar), należy zachować chociaż tę odrobinę cierpliwości i spokoju. Awykonalne, prawie że.
Okazało się jednak, że poranne polowanie, choć zakończone sukcesem, a nawet śniadanie, nie ujarzmiło tlącej się w środku wader nieokiełznanej energii. Niesamowite.
– Więc co robimy?
Wstały z pozycji siedzącej, aby zrobić dokładnie dwa i pół kółka po swoim skromnym mieszkanku. Zmarszczyły zabawnie brwi, a potem nos, do kompletu.
– Możemy posprzątać, jak tak bardzo nie mamy co robić – zadecydowała w końcu jedna z nich.
Racja, mimo tego, że nie miały zwyczaju bałaganienia w swojej norce, kurz i tak zbierał się w różnych zakamarkach, drażniąc samą swoją obecnością. Tak więc broń, znaczy miotełka, w ruch i jedziemy.
– Ej, myślisz, że na przykład takie lisy, zamiatają kurze swoim ogonem? – rzuciła nagle, najprawdopodobniej Tin.
Co to w ogóle za pytanie? Na pewno nie.
– No bo, są takie puszyste, aż żal ich nie wykorzystać!
Mówię ci, że nie ma takiej opcji. Szkoda ogona! Nie wiesz, jak to jest pobrudzić futro na ogonie, bo nasz jest krótki. To na pewno denerwujące.
– Ale może ktoś tak jednak robi? – upierała się.
Nie ma takiej opcji.
– Sprawdzimy?
Nie! Oszalałaś?
– Czyli sprawdzimy – wyszczerzyła ząbki.
Przeciągły jęk Lys już na nic nie pomógł. Zwariowała, po prostu zwariowała. Idiotyczny pomysł.
Cztery puchate nogi znów tegoż dnia wybiegły na zimny śnieg.
I tyle było o sprzątaniu.
Właściwie to ani Lys, ani Tin nie miały bladego pojęcia, gdzie i jak szukać lisów, ani skąd w ogóle w ich wspólnej głowie zrodził się taki pomysł. Lys wciąż co jakiś czas upierała się, aby wrócić, ale Tin nie dawała za wygraną, skutecznie ignorując uwagi siostry. Nieźle ją dotknął ten zastrzyk energii. Może najbardziej losowy pomysł na spożytkowanie jej okaże się nie najgorszy… Można mieć taką nadzieję.
Jakimś niesamowitym trafem resztek szczęścia, stało się tak, że pozłacane tęczówki w pewnym momencie dostrzegły płomieniste futerko. A nawet nie wyszły z lasu Ayre! Jednak… Zanim się w ogóle zbliżyły, delikwent zaczął uciekać. O nie, nie chciały go spłoszyć! Żwawy trucht przerodził się w bieg, w pogoń za niewielkim rudym stworzonkiem. Dlaczego ucieka?
Bo go, do cholery, gonisz.
No… Racja. Ale on sam zaczął biec! Więc nie chciała dać za wygraną. Chciała dogonić go i powiedzieć, że chce się tylko o jedną rzecz zapytać, a potem grzecznie przeprosić za najście. W pewnym jednak momencie zauważyły, że coś w wyglądzie tego lisa im nie pasowało.
– Jesteś wilkiem! Nie zorientowałyśmy się.
Zatrzymały się gwałtownie, zaraz przysiadając w pobliżu i obserwując, jak obcy wpada w zaspę. Uśmiechnęły się łagodnie, chociaż tego niestety nie mógł widzieć. Przechyliły łeb odrobinę na lewo.
– Ale ogon masz śliczny i prawie tak samo puchaty, jak lisy. Zamiatasz nim może czasem kurze? – wypaliła Tin i gdyby Lys mogła, pewnie uderzyłaby się teraz łapą w czoło – albo nie, poczekaj. Przepraszamy najmocniej! Przepraszamy za taką niespodziewaną pogoń i że cię mogłyśmy przestraszyć.
Jeszcze chwilę obserwowały ognisty ogon.
– Ale chyba wyjdziesz do nas, co? Nie zjemy cię – łagodny śmiech znalazł ujście z ich krtani.

<Saki?>
Słowa: 641= 38 KŁ

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Od Lys i Tin, CD. Xevy

Choć ta ich arcyważna misja z boku mogła wyglądać na zwykłą, niewinną zabawę, zapewne przez wzgląd na ciągły entuzjazm i ekscytację Xevy, Lys i Tin jak najbardziej wzięły sprawę na poważnie. Nawet jeśli od czasu do czasu chichotały krótko, to i tak były w pełni skupione na ich zadaniu. No, prawie…
Ich myśli wędrowały do możliwych rozwiązań tej małej zagadki. I większość wcale nie miała dobrego zakończenia. Może to, co widziały, wcale nie było najgorszą częścią całego zajścia? Może prawdziwa makabra dopiero na nie czeka? Znajdą jakiegoś rozszarpanego nieboszczyka, rogate już widziały oczami wyobraźni te rozrzucone flaki, pourywane kończyny, puste oczodoły… A potem będzie trzeba coś z takim zrobić! Tylko co? Zgłasza się zabójstwo? Dobrze by było, wtedy już by nie musiały się tym zajmować ani tak bardzo martwić. Gorzej, jeśli potem będzie im się to śniło, dręczyło po nocach, nie dając o sobie zapomnieć. Nie chciały takiego scenariusza, nie podobała im się ta wizja.
A co jeśli to ten tajemniczy sprawca znajdzie ich pierwszy? Wtedy to z nich zostaną tylko resztki i szczątki! Były przekonane, że podejrzany nie będzie miał litości i rozprawi się najpierw z nimi, a potem z biedną Xevą. Albo na odwrót, bez różnicy. Nie uratują się, to było istotne. I słuch o nich zaginie. Na zawsze!
Lecz co będzie, gdy nic nie znajdą? Zupełnie. Ślad gdzieś się rozpłynie, a one spotkają się z gorzką klęską. Odpuszczą? Wtedy będzie zżerało je sumienie. Bo przecież nawet bez śladów mogło się coś stać i ktoś mógł nadal potrzebować pomocy.
To wszystko było takie skomplikowane…
Albo okaże się, że to wszystko to jedno wielkie, niegroźne nieporozumienie. Tak, w ten sposób byłoby najlepiej. Może nie ma co niepotrzebnie się martwić?
Wyhamowały gwałtownie, cofając rogaty łeb, żeby nie uderzyć nim w drzewo. Zmarszczyły nos, fukając gniewnie. Miały już dość tych przerośniętych roślin, co tylko planowały zamach na ich życie i zdrowie. Ale nie! Drugi raz się nie dadzą! Przynajmniej przez jakiś czas. A żeby to udowodnić, powinny się bardziej skupić na drodze, niż na rozmyślaniach, które do niczego nie prowadziły. Trzeba było po prostu dojść do jakiegoś rozwiązania, nieważne, jakie by ono nie było.
Rozejrzały się odrobinę nerwowo, jednak zaraz z ulgą zauważyły, że druga, a właściwie trzecia wadera, dalej przed nimi idzie, dalej tym samym, energicznym i sprężystym krokiem. Znaczyło to, że nie przegapiły żadnego ważnego wywodu ani pytania z jej pyszczka. To dobrze, bo nie chciały nieumyślnie sprawić jej przykrości.
Zerkając w dół, pod własne łapy, obniżyły nieco łeb, żeby do nozdrzy dotrzeć mogły poszukiwane zapachy. Trop był dalej wyczuwalny, samica dobrze je prowadziła. Westchnęły ledwie słyszalnie. Zwariują w tej ciszy! A pomyśleć, że pewnie minęła ledwie chwila, gdyż Xeva przecież długo by nie wytrzymała w takim stanie. Tak przypuszczały.
– Wiemy, że miałyśmy być cicho, ale… Opowiesz nam o tej kolekcji? – ich uśmiech, jak i intencje były zupełnie szczere.
Ani trochę nie przeszkadzało im, że najprawdopodobniej właśnie zapoczątkowały porządną lawinę słów.


<Xeva?>
Słowa: 482 = 30KŁ

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Lys i Tin CD. Vallieany

Wszystko szło tak ładnie i gładko, dlaczego nie mogło więc tak zostać? Najpierw, zanim zrozumieć, co się w ogóle stało, postanowiły znaleźć Vallieanę, którą zupełnie straciły z oczu. Desperacko.
– Vallieana! – pisnęły zmartwione.
Ich głowa kilka razy obróciła się we wszystkich możliwych kierunkach, na tyle, na ile zakres jej ruchu im na to pozwalał. Postawiły kilka kroków, praktycznie dreptając w kółko, właściwie tak szybko, że nie były się w stanie skupić na żadnym konkretnym szczególe. Zwolniły więc, biorąc głęboki wdech. Spojrzały jeszcze raz pod swoje futrzaste łapy. A potem dookoła, zahaczając wzrokiem o wszystkie drzewa, jakie rosły w pobliżu. Prawie się zaplątały we własne nogi, w ostatniej chwili z powrotem łapiąc równowagę.
To przecież nie mogło być aż takie trudne…
– Valli? No weź, schowałaś się gdzieś? – dobrze wiedziały, że to raczej nie był możliwy scenariusz – nie mogłaś tak nagle zniknąć! – jęknęły wręcz płaczliwie.
Tin zaczynała się stresować, co odczuwała też Lys. Rozbiegane oczy już nie wiedziały, gdzie spocząć. Oddech im przyspieszył, a kończyny zaczęły jakby drżeć. Albo im się wydawało? Już nic nie wiedziały. Jak to się mogło w ogóle stać?
I wtedy omal nie stanęło im serce. Gdy nagle na ich pyszczku wręcz po prostu zmaterializowała się niewielka łasiczka, bo nie zorientowały się nawet, kiedy ta wspinała się po ich ciele, z ich krtani wyrwał się zaskoczony krzyk. Zwierzątko wyglądało zupełnie tak, jakby ściągnąć skórę z Vallieany i naciągnąć tak, żeby pasowała na gronostaja. W dodatku nawet imię miała takie samo…
Zaraz…
– Vallieana?!
Myślały, że już wcześniej nic nie rozumiały, ale teraz było jeszcze gorzej. Starały się skupić na tym, co Valli-gronostaj próbowała im przekazać.
– Naszyjnik? – powtórzyły głucho, żeby lepiej to przetrawić – oh tak, tak, już! Gdzie on jest?
Pokiwały energicznie głową, zaraz jednak opamiętały się, widząc, że już-nie-wadera prawie przez to spadła. Złote tęczówki powędrowały torem wskazanym przez malutką łapkę. Zmrużyły powieki odrobinę, aż zauważyły w białym puchu niewielkie wgłębienie. Zaraz pokierowały prędko swoje kroki właśnie tam, trochę chaotycznie, ale pokierowały. Ich nos zanurkował w śniegu, a przy okazji Valli mogła swobodnie zeskoczyć z ich kufy. Ostrożnie chwyciły zagubiony naszyjnik w zęby, potem zakładając go na niewielką szyję. Był trochę za duży… No nic! Ważniejsze sprawy się działy. Przestąpiły nerwowo z łapy na łapę.
– O co chodzi? Jak to się stało? Dlaczego? Dlaczego gronostaj? Jak ci pomóc? Naprawić? – Tin wyrzuciła z pyszczka lawinę pytań.
Jakby liczyła, że Vallieana wie więcej od niej, jakkolwiek byłoby to możliwe.

<Vall?>
Słowa: 400 = 25 KŁ

wtorek, 11 stycznia 2022

Od Lys i Tin - Święto Wielkiego Obdarowywania - quest 1

To było ich pierwsze Święto Wielkiego Obdarowywania w Królestwie Północy. Pierwsze! Nie mogły tak po prostu zaprzepaścić tak wspaniałej okazji do radowania się. Problem w tym, że… Były w tym zupełnie zielone. Nie pamiętały nawet, czy w ich rodzinnych stronach w ogóle obchodziło się takiego typu święto. Pomijając fakt, że w ogóle niczego stamtąd nie pamiętały.

Wracając! Co się robi podczas takiego święta? Skoro nosi nazwę "Wielkiego Obdarowywania" to może chodzi właśnie o prezenty? Tak, na pewno musi chodzić o prezenty.  Ale nie miały nawet kogo zapytać o szczegóły, a co dopiero komu coś podarować. Postanowiły jednak nie rezygnować z tego pomysłu i dać coś od siebie mimo wszystko.
Tylko komu?
Przejechały podekscytowanym wzrokiem po wnętrzu swojej norki, jakby to ona miała dać im inspirację. I… Udało się, bo napotykając spojrzeniem na puste pudełeczko po maści na spękane poduszki, już wiedziały, co dalej robić. Jak z procy wystrzeliły ze swojego domu, wypadając na mroźny puch. Już chciały biec, pędzić, jakby od tego zależało ich życie, ale w porę przypomniały sobie o najważniejszej rzeczy.
– Pieniądze!
Ostatnie nieporadne i niezdarne krzątanie po mieszkaniu i w końcu były gotowe. Nawet nie zarejestrowały, kiedy minęła im cała podróż. Będąc już w Centrum, zwolniły swój krok znacznie, aby móc dokładnie podziwiać wszystko, co je otaczało. Wspaniałe dekoracje cieszyły oczy, bogate stragany zachęcały do podejścia, a w zapachach świątecznych potraw i przekąsek można było się zatracić. Gdzie mogłyby znaleźć odpowiedni prezent? Jaki w ogóle będzie odpowiedni? Podchodziły do jednych straganów, potem do drugich, dokładnie analizując wszystko, co się na nich znajdowało. Jednak… Nic nie zwróciło ich szczególnej uwagi. Do czasu, kiedy coś w ostatniej chwili błysnęło im w oku. Ostrożnie podeszły do tego jednego, już przestały liczyć którego z kolei, straganu. Niewiele było na nim rzeczy, ale sprzedawczyni wyglądała na przyjazną. Lys i Tin wbiły spojrzenie złotych tęczówek w niby niepozorny wisiorek w kształcie małego kolibra, na ładnie plecionym, czarnym rzemyku.
– Śliczny… – westchnęła Tin w rozmarzeniu – chyba go wezmę.
Wilczyca po drugiej stronie uśmiechnęła się ciepło.
– Zapakować?
– O, tak, proszę! – aż zatuptały łapami w miejscu.
Obserwowały, jak wadera wyciąga pudełeczko ozdobione wstążką i z kawałkiem pustej karteczki. Wypatrzony naszyjnik znalazł swe miejsce w środku. 
– Ooh, a mogłaby pani jeszcze napisać, że od Lys i Tin, proszę?
Wzrok pełen nadziei skrzyżował się z tym nieodgadnionym. Rogate zignorowały to wątpliwe spojrzenie zaraz po tym, gdy usłyszały ciche "jasne". Podziękowały ślicznie i podając niecierpliwie zapłatę, pognały w stronę jaskini znajomej zielarki. Bardzo chciały, żeby jej się spodobał.
Jakiż to zawód poczuły, kiedy na miejscu nie zastały zupełnie nikogo. Upewniały się trzy razy!
– Może też jest zajęta świętami…
Westchnęły, mimo wszystko nie rezygnując z zostawienia prezentu zaraz pod zasłoną z roślin, dzielnie broniących wejścia.
 
Nagroda: 300 KŁ + 3 punkty do statystyk

poniedziałek, 15 listopada 2021

Od Lys i Tin, CD. Xevy

No, świetnie!
Rozglądając się zmartwionym wzrokiem po pobojowisku przed nimi, coraz bardziej utwierdzały się w myśli, że mogły dzisiaj zostać w domu. Samo przebywanie z zakręconą Xevą było… No, zakręcone, a tu jeszcze przyszło im borykać się z innym problemem. Przerażającym problemem.
Brudna krew na nieskazitelnie białym śniegu raziła w oczy, paskudny nieład dookoła sprawiał, że chciałoby się uciec i po prostu do tego nie wracać. Albo posprzątać.
Zamordowali tu kogoś…?
Zadrżały, wyobrażając sobie, co za masakra musiała tutaj zajść. A, że Xeva chciała dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się dokładnie, to chyba nie będą miały wyjścia. Wszak same zaoferowały swoje towarzystwo za pomoc z tamtym drzewem, więc głupio by było teraz się wymigać i uciec. Chociaż Tin była tego naprawdę bliska. Nie chciała znać żadnych szczegółów, toteż wycofała się w głąb ich wspólnego umysłu, zostawiając Lys samą, na lodzie. I nie zamierzała wracać.
– Więc musimy poszukać śladów. Coś poza tym, co widać na pierwszy rzut oka – Lys mruknęła to, co było raczej oczywiste.
Teneriska już węszyła z nosem przy ziemi, prawie brodząc nim w śniegu. Zaś Lys dalej błądziła spojrzeniem po okolicy, mając nadzieję, że znajdzie coś, czego nie dostrzegła wcześniej. Złociste tęczówki zatrzymały się na dużych śladach o czterech palcach. Dziwne przeczucie kazało jej twierdzić, iż powinny obawiać się ich właściciela. Potrząsnęła łbem, wstępując głębiej w miejsce masakry. Starała się omijać ślady krwi, każdy jej krok był ostrożny. Czego by tu można szukać? Może powinny pójść za śladem, który ciągnął się do lasu? Albo byłoby to zbyt niebezpieczne? Musiały najpierw dowiedzieć się czegokolwiek o sprawcy. Czegokolwiek.
Spojrzała na drzewa, wzdychając. Gdyby tylko mogły powiedzieć, czemu wyglądają na takie smutne…
Zaraz, przecież mogły. Dlaczego przypomina sobie o tym dopiero teraz? Zaczęła przebierać w miejscu przednimi łapami, zdając sobie sprawę, że to Tin była dobra w magię z naturą. Jej jakoś nigdy to nie szło tak dobrze.
Ale jak ją teraz stamtąd wyciągnąć?
Tin, siostrzyczko, chodź tu do mnie.
Zero rezultatu.
Jesteś naprawdę potrzebna…
Miała wrażenie, że się na nią obraziła.
Co ja mam teraz zrobić?
No jak to co, radzić sobie sama.
Oparła łeb o najbliższe drzewo, zrezygnowana.
– Mów do mnie.

<Xeva?>

Słowa: 352 = 23 KŁ

sobota, 30 października 2021

Od Lys i Tin, CD. Vallieany

– Nie, nigdy! Właściwie, to w Królestwie Północy pomieszkujemy dopiero od niedawna, więc większość terenów jest dla nas jeszcze dosyć obca. Byłyśmy tylko w kilku miejscach, tych, które akurat były nam potrzebne, albo po prostu po drodze. Wstyd przyznać, ale kilka razy byłyśmy nawet bliskie zgubienia się. Terytorium jest takie duże… Te wszystkie dystrykty to trochę za wiele na naszą głowę – zaśmiały się lekko, aby zbyć nadchodzące zakłopotanie – ale! Port brzmi jak ciekawe miejsce, może dobrze wiedzieć, gdzie się znajduje. 
Pokiwały szybko głową, jakby chciały potwierdzić swoje słowa. Jakby w ogóle wymagały potwierdzenia.
– Oh, tak? Jak dokładnie dawno temu się tutaj u nas zjawiłyście?
Zamyśliły się, ściągając wargi w cienką linię. Powinny pamiętać takie rzeczy.
– To jest trudne pytanie! Liczenie czasu na dłuższą metę nie jest naszą mocną stroną. Może… Chyba niecały księżyc temu. Jakoś tak.
Vallieana w ramach odpowiedzi mruknęła jedynie krótkie "mhm", na znak, że słyszała. Pomiędzy waderami zapadła chwila ciszy, więc Lys i Tin skupiły się na drodze i otoczeniu. Co im będzie z wyprawy nad port, jeśli nie zapamiętają nic z trasy? No tak, nie było tu za dużo do zapamiętania, bo praktycznie nic się nie zmieniło, od kiedy ostatni raz dokładniej rzuciły okiem na krajobraz. Z jednej strony powoli, leniwie sunęła rzeka. Delikatny szum jej nurtu był tak rześki, że rogate mogły przysiąc, iż słyszą, jaka jest ona zimna. Z drugiej strony natomiast, ciągnął się równie mroźny co sama rzeka widok, aż po horyzont przykryty… Śniegiem. Kto by się spodziewał.
Nagle uniosły wyżej głowę, w tym samym momencie, w którym wpadło do niej jedno pytanie.
– A co jeszcze ciekawego można robić u nas nad morzem? No wiesz, oprócz zanoszenia tych…
– Kamieniarek? – zielarka naprowadziła towarzyszki na właściwe słowo.
– Tak! No przecież mówimy – perlisty chichot znów wydobył się z ich pyska.
Może i nad morzem było tylko kilka oczywistych rzeczy do robienia, ale nie dla Lys i Tin. Zaczęły się zastanawiać, czy w ogóle kiedyś nad jakimkolwiek morzem były. Nie przypominały sobie. Mogłyby zapomnieć?
– Cóż…
Niespodziewanie, coś zupełnie innego skupiło na sobie całą uwagę rogatych wader. Zdawało im się, że usłyszały śmiech? Stłumiony i jakby schowany za ścianą. Zmarszczyły brwi w niezadowolonym i podejrzliwym grymasie. To nie miało żadnego sensu, bo przecież wokół nich nie było żadnej kryjówki! Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Rzut. Tak, trafne słowo. Patrząc na to, co stało się sekundę później.
Bolesny dźwięk rozbijanego szkła zakłuł je w uszy, aż się wzdrygnęły, a cieniutkie odłamki odbiły się od ich łap, opadając na połyskujący w słońcu śnieg, przez co te najmniejsze stały się już niemożliwe do znalezienia. Zatrzymały się w półkroku i odwróciły, chcąc sprawdzić, czy może coś im po prostu nie wypadło. Byłoby szkoda. Ale… 
Szkoda była znacznie gorsza, niż się spodziewały. 
Wzięły gwałtowny wdech i nie śmiały już wypuścić powietrza z płuc.
– Vallieana?


<No właśnie, Vallieana?>
Słowa: 460 = 28 łusek

czwartek, 30 września 2021

Od Lys i Tin CD. Xeva

 – A czemu dwa imiona masz?
Niby zwykłe pytanie, a wyjątkowo mocno zadźwięczało w ich wspólnej głowie, sprawiając, że obie wadery zaczęły się głęboko zastanawiać.
Tin pierwsza uporządkowała myśli i zabrała głos.
– Właściwie… To… To jest bardzo skomplikowane. Jesteśmy kimś w rodzaju dwóch sióstr, ale zamknięte w jednym ciele, związane w jednym umyśle, a jednak myślące samodzielnie. I chyba przyjęłyśmy, że tak było praktycznie od zawsze, bo żadna z nas nie pamięta, żebyśmy kiedyś były… Oddzielnie. Albo samotnie. Może to dziwne dla innych, ale tak już chyba musi być.
Łapa wyżłobiła mały dołek w śniegu, jako gest skrępowania. Niewygodnie im było o tym mówić. Gdzieś tam głęboko bały się odrzucenia i wyśmiania, wykluczenia. Były inne. Nikt poza nimi nie był do nich podobny. Wszyscy byli… Normalni.
Usłyszały głębokie, przejęte westchnienie drugiej wadery… Albo trzeciej? Jednak nie zapowiadało się na to, żeby zamierzała je wyśmiać. To chyba dobrze? W pewnym momencie przekrzywiła zabawnie łeb na bok, zupełnie tak, jak gdy pytasz się swojego psa, czy chce wyjść na dwór.
– A to tak można? – zapytała w końcu, a po kiwnięciu głową Lys i Tin, jej piegowaty pysk wykrzywił się w naprawdę szerokim uśmiechu.
W jednej chwili podskoczyła na wysokość godną najlepszego zająca i w tych podekscytowanych pląsach zaczęła okrążać rogate siostry. Gdy otworzyła pyszczek, dalej się uśmiechając, one już czuły, że nadejdzie z nich lawina słów i potok pytań.
– Czy jeśli jedna na lewo chce iść, a druga na prawo chce iść, to w budynek na środku wpadacie?
– Nie…
– A czy jak jeść inne rzeczy chcecie, to kłócić się zaczynacie?
– My w sumie…
– A powiedz "Czy rak trzyma w szczypcach strzęp szczawiu, czy trzy części trzciny"!
– Czy rak trzyma w szczypcach strzęp…
– Druga teraz!
Wdech. I wydech. Lys miała mniej ochoty na takie gierki.
– Czy rak trzyma w strzy… szczy… Nie umiem! Już starczy. Prosimy.
Aż usiadły, nieco skołowane tym małym maratonem "tysiąc pytań do". A Xeva dalej dreptała w miejscu, zamiatając długim ogonem zimny śnieg, widocznie wciąż nie mogąc opanować radości. Może pora na zamianę? Teraz one o coś zapytają.
– Hm… To – zerknęły na te nieszczęsne drzewo, w którym jeszcze parę chwil temu tkwiły zaklinowane – jak możemy ci się odwdzięczyć za pomoc z uwolnieniem się z tamtego drzewa? W końcu zużyłaś na nas dość dużo mocy… Na pewno na coś się przydamy!

<Xeva?>

 Słowa: 380 = 24 KŁ

niedziela, 11 kwietnia 2021

Od Lys i Tin CD. Vallieany

Kiedy radosnym krokiem Tin przekroczyły próg wyjściowy jaskini i znowu znalazły się na zewnątrz, natychmiast poczuły, jak było okropnie zimno. Aż się zatrzęsły pod wpływem nieprzyjemnego dreszczu, a ich grube, ciemne futro nastroszyło się nieznacznie. Jednak to nie zdołało w żadnym stopniu ostudzić ich entuzjazmu i już po chwili, robiąc zdeterminowany grymas na pysku, pognały wesoło w stronę swojej ciasnej nory, jakby dostały porządnego zastrzyku pozytywnej energii. Śnieg sypał im w pysk, a silny wiatr huczał dźwięcznie w uszach, odbijając się od dwóch par rogów, ale już w tym momencie nawet niewtajemniczony mógł śmiało powiedzieć, że nic a nic tym dwóm nie dolega. Brykały jak rozszalałe szczenię, a jeszcze niedawno wyglądały na takie obolałe. Nic z tych rzeczy!
A jedno z tych śmiesznych pudełeczek niegrzecznie wysunęło się z plecionej torby i upadło w biały puch, nie wydając przy tym prawie żadnego dźwięku. Uciekinier!
– Coś ci wypadło.
I Lys zahamowała gwałtownie, zabierając siostrze władzę nad ich masywnymi nogami. Zawróciła już spokojnie, z tym zabawnym, króciutkim ogonem w górze. Czarny nos zanurkował w jeszcze miękkim, nieuklepanym i puszystym śniegu po to, aby ostre zęby mogły chwycić zbiegłe lekarstwo. Kichnęła od kilku śnieżynek, które postanowiły osiąść na ich pysku. I jednym ruchem schowała maść z powrotem do torby. A dalej pozwoliła już biec Tin, żeby mogła nacieszyć się tym, czym tam akurat się cieszyła.
W końcu stanęły przed swoim domkiem trochę później niż "w okamgnieniu", bo jednak Tin się trochę zmęczyła w połowie drogi. Ale! Dotarły, to się liczy. Śmiało, jakby z lekkim utęsknieniem i delikatną ulgą, albo nawet dumą, przeszły przez krótki, ciasny korytarzyk, aby dostać się do większego pomieszczenia. Niby schyliły głowę, ale jednak i tak zahaczyły czubkiem rogów o sklepienie przejścia. Z góry posypało się trochę ziemi, a Lys zaklęła siarczyście. Jeszcze trochę, a wyżłobią w tym miejscu dwie paskudne, głębokie rysy. Może przynajmniej wtedy, kiedy będą pasować idealnie do ich rogów, nie będą szurały nimi o sufit. 
Jedno pstryknięcie włącznika i cały pokój oblało miłe, w ciepłym odcieniu światło. Wadery usiadły ciężko na samym środku, jakby w przeświadczeniu, że jeszcze nie zrobiły wszystkiego, czego miały, i nie mogą jeszcze w pełni odpocząć. Tak więc wstrzymały oddech ulgi i zostawiły go na później. 
No tak! Jedzenie. Vallieana poprosiła je, aby zabrały na drogę coś do jedzenia. 
Więc zerwały się z miejsca, już podekscytowane na myśl o polowaniu. I nagle znów zatrzymały się w półkroku.
A może lepiej będzie, jak złapią coś dopiero rano, zaraz przed podróżą? Wszak jako myśliwe, nie powinno im to sprawić problemu, a świeże mięso zawsze jest lepsze od takiego przeleżałego. Jednak… Obiecały zjawić się u zielarki z samego rana, więc jak wcześnie musiałyby wstać, żeby zdążyć urządzić łowy? A czy też nie będą potrzebne im spore pokłady energii? Nie wiedziały, jak daleko jest to całe morze, nad które miały się wybrać, a lepiej, żeby nie jęczały w trakcie drogi, że nóżki bolą. Bo "kawałek drogi, a samej mogłoby być niebezpiecznie", na pewno nie oznaczało dosłownie jakiegoś krótkiego odcinka trasy. 
– Ah, skończ! Po prostu chodźmy coś złapać teraz i już, będzie z głowy. 
Oh, jakże zgrabnie ucięty temat i natychmiastowe podjęcie decyzji.
– Dobrze więc, ruszamy! – Lys zadarła wysoko głowę i to był jej błąd, bo o mało co nie zaryła rogami o sufit, kiedy chciała wyjść przez ten nieszczęsny korytarzyk. 
I znowu ten śnieg. Mróz, mróz, zima. Chociaż, czy im się zdawało, czy teraz padało trochę lżej? Tak odrobinę? Ale i tak, jak tu teraz znaleźć cokolwiek nadającego się do upolowania…? Głupie, zachciało im się świeżego mięsa. Musiały też przekalkulować to, że musiało to być coś na tyle dużego, że wystarczy aż dwóm (trzem…) waderom, a jednocześnie coś na tyle małego, żeby dało się to łatwo przetransportować. To takie skomplikowane!
Rozejrzały się, nawet nie zawieszając na zbyt długo wzroku na tych licznych, łysych drzewach, oblepionych z jednej strony śniegiem, jakby białym mchem. Wydawało im się, że nic nie znajdą podczas tej zawieruchy. A wystarczyło tylko zaciągnąć się mocno tym lodowatym powietrzem i pozwolić, aby do nozdrzy wpłynęły wszystkie biegnące tędy zapachy.

~*~

Złapały szybko jakiegoś ładnego, dużego zająca, mając nadzieję, że on wystarczy. Prawie zupełnie zapomniały też o tych maściach od Vallieany, już chcąc kłaść się spać. Która była na co…? Zajęło im trochę czasu na namysły, ale w końcu chyba odpowiednie lekarstwa zostały przez nie wtarte w odpowiednie miejsca. I wreszcie mogły odpocząć. Walnęły się plackiem na swoim legowisku i nagromadzone powietrze zeszło z ich płuc jak z rozwiązanego balonika. Tin już nawet nie miała siły na nadmierne ekscytowanie się nadchodzącą wyprawą. Szybko (no dobra, może nie tak szybko, bo jednak Tin się trochę wierciła) zapadły w głęboki, przyjemny sen. 
Ranek! Chyba nigdy tak bardzo nie cieszyły się z tego, że muszą już wstać. Od razu zerwały się na równe łapy, pełne pozytywnej energii i gotowe do drogi. I chociaż wstyd jej było przyznać, to nawet Lys całkiem się cieszyła na tę podróż. Pospiesznie i niezbyt starannie zgarnęły jeszcze tego upolowanego wczoraj zająca, który, przechowany w najchłodniejszym miejscu ich nory, zachował jeszcze swoją świeżość. O, i jeszcze to lekarstwo na opuszki! Gdyby nie Lys, znów by zapomniały. Ciekawe, ile to powinno się wchłaniać… Cóż, czekanie w głowie wader było zbyt nudne, więc nie minęło dużo czasu, a one już wyskoczyły na zewnątrz, aby pognać po lodowatym śniegu, w akompaniamencie mroźnego, choć nie tak silnego jak poprzedniego dnia, wiatru, prosto w stronę jaskini Vallieany. Szczęście chyba im sprzyjało, bo pogoda na ten dzień zapowiadała się nad wyraz dobrze. 
Pchane jakąś dobrą energią już niebawem znalazły się u celu. Zupełnie nie przejęły się tym, że się teraz zmęczyły, a miały tego nie robić. Jedynie stanęły na kilka chwil, aby odsapnąć trochę. Wejście do jaskini zielarki było zasłonięte śmiesznymi gęstymi pnączami i Lys i Tin nie wiedziały, co dalej miały zrobić. Tak po prostu wejść? Nie chciały już dłużej czekać i marnować czasu. Zanurzyły łeb w lejących się roślinach, o mało nie zaplątując w nie rogów. Dopiero by było! Przednie łapy stanęły w ciemnym korytarzu, a ich tył został… No, w tyle. Krótki ogon zamerdał radośnie.
– Dzień doooobry! Lys i Tin przyszły! – zawołały z szerokim uśmiechem.

<Vallieano?>

Słowa: 1006 = 70 łusek

sobota, 3 kwietnia 2021

Od Lys i Tin CD. Karwieli

Dlaczego w ogóle Lys zgodziła się na to, brzmiące tak strasznie, zlecenie? Jak zwykle, zepchnięta w najciemniejszy kąt Tin, nie miała jak zaprotestować, chociaż naprawdę by chciała. Ale, czy miałaby odwagę postawić się siostrze, kiedy ta już wesoło kiwała głową na "tak"? Oczywiście, że nie. Ciekawe tylko, dlaczego jej bliźniaczka była taka podekscytowana tym zadaniem, skoro nie wiedziała o nim praktycznie nic. Tin mogła lepiej wtedy słuchać…
A teraz szła na samiusieńkim końcu całej ich czwórki, z delikatnie zwieszonym łbem, jakby w ogóle nie chciała być wtedy w tym miejscu. Ba, bo nie chciała. Zastanawiała się, czy cała ta sprawa była warta mieszania się w nią. Szybko doszła do wniosku, że raczej nie… Czuła, że stawka była zbyt wysoka. Sam ten korytarz, przez który musiały przejść, wydawał jej się niepokojący, a miarowe stukanie pazurów o gładką posadzkę, ogłuszające. Wielkie, pokryte grubą skórą drzwi, jak ciężkie wrota pilnowały przejścia do głównego gabinetu. Jakoś tak mechanicznie kiwnęła głową i jeszcze sztywniej usiadła na wskazanym przez masywnego basiora miejscu. Jego głos dudnił jej w uszach, nawet jeśli niezbyt mogła skupić się na słowach przez niego wymawianych. Strach coraz bardziej zaciskał jej gardło i była pewna, że dało się dostrzec ten strach, wręcz wyciekający z jej czarnych ze złotą obręczą oczu. Zdecydowanie wolała podziwiać wystrój wnętrza, te ładnie wyrzeźbione, sporych rozmiarów biurko, przy którym siedział basior, czy nawet porządne, jednolite ściany. Głupio było przyznać, ale sama nazwa wulwura samotna brzmiała dla niej wyjątkowo przerażająco. Nie słyszała nigdy o czymś takim i raczej wolała nigdy nie słyszeć. A jednak, stała teraz przed niezwykle trudnym wyzwaniem, ściśle związanym właśnie z tą wulwurą. Chociaż, trudniejszym zadaniem tutaj będzie pokonanie własnego strachu i opanowanie samej siebie. Tylko jak tu nie panikować, kiedy ledwie dołączyły z Lys do Królestwa Północy, a już brały na siebie tak ogromną odpowiedzialność? Ledwie zdążyły się zadomowić, a nawet nie, a już musiały przygotować się na to, że mogą więcej nie wrócić, nie zaznać spokoju. Że będą musiały się pożegnać z tym miejscem, bo najprawdopodobniej zginą. Może przynajmniej jakoś godnie…
No dobrze, ale może pora nareszcie skupić się nieco bardziej na słowach szefa odkrywców? Nie po to tutaj przyszła, żeby tylko się nakręcać. Wzięła kilka ostrożnych, ale głębokich wdechów, aby razem z wydechami wyleciał z niej cały ten strach i obawy. Może i nie słuchała, jak basior mówił o zaletach i kompetencjach każdej z wader, dlaczego akurat one zostały wybrane, ale za to starała się zapamiętać jak najwięcej z tego, co przedstawił im potem. Że mają zlokalizować i zabić tą całą wulwurę. Że można ją spotkać w gęstych lasach i, na szczęście, żyje samotnie. Widać jednak było, że wiadomo o niej zdecydowanie zbyt mało. Pan Alabart wspominał co najmniej kilka razy, a przynajmniej tak się Tin wydawało, że jest naprawdę niebezpieczna, opisywał jej zdolności hipnotyzujące i ostrzegał przed konsekwencjami zaatakowania przez nią. Wspomniał też, że uzbrojeniem i ekwipunkiem mają się nie martwić, bo oni wszystko załatwią i przygotują jak najodpowiedniejszy asortyment. Na słowa "sowitej zapłaty" Tin dostrzegła, jak jednej z wader jeszcze bardziej zaświeciły się oczy.
Oh, to już wszystko? Monolog samca minął jak pstryknięcie palcami, mimo tego, że tak naprawdę trwał zdecydowanie zbyt długo, a samemu basiorowi pewnie zaschło w gardle od ciągłego kłapania pyskiem. I nie, wcale nie zapamiętała nawet nie połowy i wcale nie stresowała się tym, że wszystko to było takie skomplikowane. Aż kości i mięśnie jej zesztywniały przez to, że się zasiedziała, i nie wiedziała co ze sobą dalej zrobić. Lys by sobie lepiej poradziła w tej sytuacji, Tin miała ogromną nadzieję, że słuchała nieco bardziej, niż ona sama.
Podniosła się ciut zbyt szybko na zdrętwiałych nogach, przez co aż zakręciło jej się w głowie na chwilę. Jeszcze jakaś drobna wymiana zdań pomiędzy wilkami nastąpiła pośpiesznie, ale jej już nie miała siły zakodować w umyśle. Po niej mogły już opuścić to miejsce. Podążyła z wolna za nowymi towarzyszkami wyzwania, jeszcze dukając coś odruchowo na pożegnanie z szefem odkrywców. Znowu ten sam, gładki do granic możliwości korytarz i wreszcie mogły odetchnąć świeżym, rześkim i zimnym powietrzem. To zabawne, że wyruszały razem na wielkiej wagi misję, a ani Lys, ani Tin nie znały ich za bardzo. No, przynajmniej tą jedną, Xevę, kojarzyły jako-tako. W końcu to ona wyciągnęła je z tamtego uporczywego drzewa. Ale i tak, przydałoby się jakoś ocieplić ich stosunki, skoro będą musiały się znosić i współpracować przez najbliższy czas.
– Too… To co teraz?
Ale na pewno nie w taki sposób. Teraz wezmą cię za głupka i pomyślą, że wcale nie słuchałaś. Najgorsze, że po części tak było…
Lys, gdzie jesteś, kiedy najbardziej cię potrzeba?

<Nevt?>


Słowa: 736 = 41 KŁ

niedziela, 17 stycznia 2021

Od Lys i Tin do Xevy

 Było jeszcze trochę przed południem, słońce już prawie górowało dumnie nad głowami mieszkańców Królestwa, moszcząc się wygodnie na jasnym, błękitnym niebie pośród sporej ilości kłębiastych chmur i obłoków, które skutecznie uniemożliwiały przedostanie się większości świetlistych promyczków aż do szarej ziemi. Jakieś pojedyncze, cienkie gałązki na kilku drzewach zaszeleściły pod wpływem delikatnego podmuchu chłodnego, północnego wiatru. Zimny, świeży śnieg zazgrzytał, przygnieciony przez racicę jednego z dorodnych jeleni akurat pasących się w tym miejscu. Ten właśnie schylał się ku ziemi, najpewniej w poszukiwaniu pod tym nieszczęsnym śniegiem czegoś jadalnego. 
I w tamtym momencie jego wrażliwe uszy powędrowały ku górze, jak wielkie radary gotowe wyłapać każdy najmniejszy szmer. Z resztą nie tylko jego, a całego stada. Całe stado usłyszało podejrzany, niepokojący dźwięk, zbyt podobny do trzeszczenia kroków czegoś dużego, by pomylić to z czymś niegroźnym. Wszechobecny spokój został zaburzony przez ten jeden mały błąd... Zbita kula ciemnego futra niczym torpeda wystrzeliła z ukrycia, zanim już i tak zaalarmowane stado całkiem się spłoszyło. Śmignęła w stronę dużych ssaków, a one w reakcji, po jednym mgnieniu oka zerwały się do ucieczki. Były szybkie, ale Lys i Tin także. Niczym wprawiony w swoim fachu pies pasterski okrążały zwierzęta, bystrym okiem wypatrując swojej przyszłej ofiary. I był taki jeden osobnik, który mógł się nadać. Przyspieszyły, jeszcze bardziej wydłużając potężne susy, i śmiało wbiegły pomiędzy stado. Jeden zwierz dostał z główki, drugi z łopatki… A ten jeden wypatrzony wcześniej, oddzielił się nieco od grupy, na tyle, że wadery mogły wcisnąć się pomiędzy niego a całą resztę. Oj, nieźle kurzyło im się pod kończynami. Podgryzając rogatego po kostkach, trwały w wyuczonym schemacie, aż ostatecznie jeleń został sam na sam z wilczycami. Reszta stada gnała jak szalona, dalej prosto, byle uciec od głodnych sukcesu łowczyń. A one, zapatrzone w futrzasty zad zwierzęcia, wcale nie zrażały się śniegiem spod racic sypanym im prosto w pysk. Czuły, jak palą je płuca. Zniżyły łeb, już szykując się do jakiegoś skoku czy zadania ciosu...
Zaraz, drzewo?!
Zwinne stworzenie w ostatniej chwili szybko umknęło w bok, jednym susem omijając rosnący w ziemi cienki pień. Jednak ani Lys, ani Tin nie zdążyły. Zupełnie nieprzygotowane na taki obrót spraw wleciały z impetem w biedne drzewko, nie mając już nawet czasu na hamowanie. Zdawałoby się, że pod siłą uderzenia ich rogi rozleciałyby się w drobny mak, ale nic takiego się nie stało. Były całe, w przeciwieństwie do drzewa, które jeszcze trochę, a zostałoby przebite na wylot. Strach pomyśleć, co by się stało z czaszką wader, gdyby nie było na niej rogów. Chociaż te zdarzenie i tak sprawiło, że straciły na chwilę kontakt ze światem. A w tym czasie jeleń dawno już się oddalił, cudem zachowując swe kruche życie. Bo przecież już prawie go miały! 
– AaAH! – szarpnęły się nagle, wstając z powrotem na nogi.
I jeszcze raz, kiedy dotarło do nich, w jak idiotycznej znalazły się sytuacji.
I jeszcze raz, mocniej.
Parsknęły, żeby pozbyć się frustracji i kurzu z nozdrzy.
Nagle rozległ się wokół dźwięk dziarsko, żwawo stawianych kroków. Oh, chyba ktoś idzie. 
O nie, ktoś idzie! Szarpnęły się jeszcze kilka pospiesznych razy, jakby to samo, co nie pomogło wcześniej, miałoby nagle pomóc teraz. Cóż za upokorzenie! Chociaż, z drugiej strony ten "ktoś" może okazać się ratunkiem. Zignorowały więc poczucie zażenowania i odczekały jeszcze chwilę, aż najpewniej zaciekawiony widokiem wilka z rogami uwięzionymi w drzewie osobnik, podejdzie jeszcze trochę bliżej.
– Hejjj – zaczęły, starając się dostrzec, z kim mają do czynienia – pomożesz nam jakoś, jeśli ładnie poprosimy? 
Zaśmiały się nerwowo.


<Xeva?>
 
 
Słowa: 570 = 33 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics