Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quigley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quigley. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2020

Od Quigley'a CD. Vallieany

Odkąd się przebudził. Nie pamięta prawie nic. Patrzy w wydarzenia wstecz i widzi je niemal jak przez mgłę. Woda. Dużo wody. Czuł jak wpływa ona do jego płuc, wywołując ogromny ból. Słowa wadery ciągle nękały jego myśli. Wizja? Szarpanina? Z tych wydarzeń nie pamięta zupełnie nic. Czy jego brat próbuje mu coś przekazać? A może to po prostu wspólny umysł płata mu figle? Basior co prawda ma wiele pytań, ale jedno jest pewne - ma to związek z duszą jego brata.
- Panie Quigley? Halo, słyszy mnie Pan? - Nagle Quigley zorientował się, że nie jest w pomieszczeniu sam. Rozejrzał się dookoła, jednak nikogo nie zauważył. Wlepił swój wzrok w podłogę, próbując skupić się na niej najbardziej jak może. Było mu przyjemnie ciepło, oczy same mu się zamykały. Każdy oddech wymagał od niego sporego wysiłku, z jego płuc wydobywał się nieprzyjemny dla ucha świst. Jego zmysły zdawały się nie współpracować. Próbował coś wybełkotać, ale jedyne co udało mu się stworzyć to dźwięk, przypominający jęczącego krokodyla. Nim zdołał jakkolwiek zareagować, nieznajoma postać wepchnęła mu jakieś zielsko do pyska. Quigley momentalnie otrzeźwiał. Jego oczom wreszcie ukazał się potężny basior. Rzucał mu pytające spojrzenie, podczas gdy on, totalnie oszołomiony, próbował się zorientować co się dzieje.
- Podałem Panu specjalne zielę, aby nieco Pana ocucić.
- Przepraszam że wypomnę, ale myślę że zamiast wpakowywać mi liście do pyska, mógł Pan użyć roztworu szałwiowego. Byłoby to mniej.. drastyczne - Odparł nieco obrażony. - aczkolwiek dziękuję bardzo. Mogę wiedzieć co tu robię?
- Roztwór szałwiowy przy Pana dolegliwościach mógłby wywołać u Pana niepożądane skutki uboczne - Odparł z lekkim uśmiechem na zaczepkę. Na te słowa Quigley uniósł jedną brew. - Przyprowadziła Pana tutaj Panna Vallieana. Nie wiem co Pan zrobił, ale obrażenia były rozległe. Nieźle się Pan poturbował. Liczne otarcia, spore osłabienie organizmu i co najważniejsze - podejrzewam, że miał Pan krwotok wewnętrzny. Zaobserwowałem u Pana gęstą, czerwonawą wydzielinę, wydobywającą się z pyska.
- Przecież gdybym miał krwotok to..
- Tak, tak, byłyby małe szanse na przeżycie, tym bardziej że zanim Pan się tu znalazł, minęły jakieś dwie godziny. - Przerwał medyk. - Dla mnie też to jest niemożliwe, aczkolwiek na to wskazują objawy. Oprócz tego, rokowania są dobre. Wygląda na to, że z Panem już jest wszystko dobrze. - Quigleyowi po tych słowach zaczęło przejaśniać się w głowie. Czyżby przy życiu trzymał go brat? Jeśli tak, to co oznaczały te wizje? A.. co z Vallieaną? Czy zrobił jej krzywdę? Czy jest cała?
- Przepraszam że przerwę, co tak właściwie z Panną Vallieaną? Czy jest cała?
- Tak. Przyprowadziła Cię tu cała zmarznięta i wyczerpana, ale zająłem się nią w odpowiedni sposób. Podczas gdy był Pan nieprzytomny z tego co mi wiadomo poszła do domu.
- Do domu?
- Tak, do domu. To byłoby raczej szalone, gdyby cały czas tutaj siedziała. Trzy dni to niemało czasu.
- Trzy dni?
- Tyle Pan był nieprzytomny. - Quigley poderwał się momentalnie, rzucając medykowi wdzięczne spojrzenie. Na wyjściu zapytał:
- Czy mógłby Pan podać mi jej adres?
~~~
Basior stąpał z nogi na nogę, wpatrując się w wejście do jaskini. Chciał tam wejść, jednak coś go powstrzymywało. Było dość wcześnie, słońce dopiero niedawno wzeszło, rozjaśniając pobliską okolicę. Śnieg już zaczął się mienić, co nie sprzyjało mu zbytnio. Wciąż nie był w pełni swoich sił, a po tylu dniach w niezbyt jasnej jaskini jego oczy odmawiały posłuszeństwa, co skutkowało bólem. Wreszcie wilk odpuścił, zostawiając pospiesznie małe upominki dla wadery, solidnie owinięte liściem Buke. Oddalał się, mając nadzieję, że wadera zauważy prezent przy wychodzeniu z jaskini. Zależało mu na tym, ponieważ w środku umieścił różne rzadko spotykane rośliny. Wiedząc że Vallieana jest zielarką, pomyślał że mogłoby to poprawić jej nieco dzień oraz oczywiście zrekompensować choć w najmniejszym stopniu nieprzyjemne doświadczenia, które jej zafundował. Teraz na głowie została mu sprawa wydarzeń sprzed paru dni. Musiał wrócić do domu i poskładać fakty do kupy. Być może pył Hshy pomoże mu wrócić do momentu, gdy jego świadomość przestała rejestrować wydarzenia. Dzięki niemu otwiera on sobie dostęp do podświadomości, która skrywa wszystkie tajemnice. Istnieje jednak ryzyko. Quigley nie wie która część jego ciała służy jako nośnik duszy jego brata. Jeśli zamieszkuje ona podświadomość, wilk bardzo łatwo może stracić kontrolę nad swoją własną duszą. Kątem oka dostrzegł niewielkie oczko wodne, przy którym postanowił się zatrzymać. Bardzo się ucieszył, gdy zauważył młode żaby, żyjące spokojnie swoim życiem. Basior postanowił położyć się i odpocząć przez chwilę. Widok miał bardzo ładny. Był już bardzo blisko dystryktu I. Z wysokich drzew co jakiś czas kapały kropelki topniejącego powoli śniegu. Gdy słońce zaczęło lekko przygrzewać, zamknął oczy. Przed nim trudne decyzje.
~~~
Ciemność. Wilk znalazł się w czarnej przestrzeni. Podłoże było chłodne i wilgotne. Dopiero po chwili zorientował się, że stoi w wodzie. Przed sobą zobaczył sylwetkę. Cała była zwęglona, lecz mimo to zdołał rozpoznać swojego brata. Orsena.
- Dokonaj właściwej decyzji Quigley.
~~~
Basior obudził się momentalnie. Znajdował się w swojej jaskini. Na zewnątrz było już ciemno. Wstał zdezorientowany, rozglądając się po pokoju. „Co się stało?” powtarzał sobie ciągle w głowie. Po chwili już wszystko rozumiał. Stał naprzeciwko pył Hshy wysypany na specjalnym naczyniu.
- Dokonam właściwej decyzji, Orsen. - Powiedział cichym, drżącym głosem i wziął się natychmiast za przygotowywanie rytuału.

<Vallieana?>

Słowa: 832 = 46 KŁ

czwartek, 21 maja 2020

Od Quigley'a do Calypso

Quigley przycisnął delikatnie łapą małe stworzenie, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Czy tak bezbronna istota ma prawo bytu w otaczającym go świecie? Na każdym kroku czyha na nią śmierć. Siarczyste mrozy, ostre kły drapieżników, skąpa ilość zasobów. Poluzował uchwyt, patrząc jak puchata kulka znika z jego pola widzenia w popłochu. Może i zwierzę jest wątłe, ale nie musi kończyć żywota z łap tego konkretnego basiora. Wilk przycupnął, przyglądając się zachodzącemu słońcu, które powoli, centymetr po centymetrze, odbierało blask okolicom Ulove. Samotność wpędzała go w przyjemną melancholię. Delikatny wiatr rozwiewał Quigleyowi futro. Basiorowi przez chwilę w głowie pojawiła się myśl, że musi teraz wyglądać niezwykle majestatycznie - wywołało to niewielki uśmiech na jego pysku. Tak się jednak zasiedział, że zaczął doskwierać mu nieprzyjemny chłód, nadchodzący wraz z nocą. Postanowił więc ruszyć do lasu świerkowego, położonego w dole polany. Z każdą minutą drzewa stawały się coraz większe. Wydawało się, że złośliwie próbują pokazać swoją większość, sprawiają że czujesz się bezbronny i bezsilny. Wilk widząc coraz wyraźniej skromnie usytuowane wejście do lasu, zaczął mieć coraz większe wątpliwości czy powinien tam wchodzić. Co prawda słońce nie zdążyło zajść do końca, ale ciemność bijąca z tego miejsca była co najmniej niepokojąca. Lasy w ciągu dnia potrafią być naprawdę nieprzewidywalne, więc kto wie co zgotować mu mogą pod osłoną nocy? Decyzja zapadła dość szybko. Bezpieczniej będzie iść wzdłuż lasu. Wtedy otwierają nam się dwa spojrzenia - wgłąb lasu oraz na część prowadzącą w górę polany. Quigley przymknął delikatnie oczy, wsłuchując się w melodyjny szum lasu. Z każdym jego krokiem śnieg subtelnie skrzypiał. Był on tak delikatny i puszysty, że zostawiał na łapach wilka zmysłowe wzorki. Co jakiś czas dało się usłyszeń przeróżne dźwięki. Trzepotanie skrzydeł i krzyk ptaków dochodzące z lasu to dla basiora melodia można powiedzieć wybitna. Tak jak lubił dźwięk kopyt bądź małych łapek sunących po śniegu, tak dźwięki wydawane przez ptaki były dla niego czymś zaiste niezwykłym. Z tego błogiego stanu wyciągnął go huk. W mgnieniu oka ścieżka jaką basior sobie obrał, zmieniła swój pierwotny stan. Ogromne drzewo padło przed nim, robiąc tym niezwykły bałagan. Gdy emocje zdążyły nieco opaść, wilk otrzepał się ze śniegu jaki zafundowała mu spadająca kłoda. Podszedł ostrożnie do miejsca zdarzenia, w celu zbadania zaistniałej sytuacji. Rozejrzał się dookoła z nadzieją zauważenia czegoś istotnego, jednak na marne. Drzewo jak leżało, tak leży i nic nie wskazywało na to, by ktoś szczególny za tym stał. Podczas dokładnych oględzin drzewa, nagle zaczęły rozlegać się podobne hałasy, dochodzące z różnych stron. Quigley zwrócił się do sporego kawałka drewna.
- To jakiś bunt drzew, czy co? Nie widzę tu nic podejrzanego. To niebezpieczne tak sobie spadać, gdy robi się ciemno. Od takich staroci jak wy, spodziewałbym się trochę rozsądniejszych czynów. - wypowiedział te słowa z mocno wyczuwalną pretensją, rzucając w kierunku bala pogardliwe spojrzenie. Już otwierał pysk by zbesztać go jeszcze bardziej, gdy usłyszał kolejne dźwięki sugerujące walące się drzewa, przeplecione z czyimś krzykiem. Jedyne więc co zrobił, to skinął głową na pożegnanie i zaczął kierować się ostrożnie w stronę hałasów. Narastał w nim coraz większy niepokój, gdy w oddali zaczęły zarysowywać się coraz to dokładniejsze detale. Gdy wilk był już dosłownie parę susów od jednego z wielu otaczających go powalonych drzew, niepokój w jego duszy osiągnął maksymalną skalę. Jego oczom ukazał się wilk, którego dopadła jedna z kłód. Postać najwyraźniej basiora zauważyła. Dyskretne kiełki mieniły się w świetle bijącym od jej jasnych, czerwonych oczu. Quigley się zawahał. Pomagając poszkodowanemu, może wiele ryzykować. Jeśli ma złe zamiary, może się to dla niego źle skończyć. Jednak zostawienie kogoś w potrzebie byłoby dla niego gorszym rozwiązaniem. Stwierdził więc, że może zrobić wyjątek i wykazać się nieco heroiczną postawą. Nic nie mówiąc, zbliżył się do postaci. Udało mu się zauważyć, że dobrze zbudowane ciało było w nienaruszonym stanie. Jedynym problemem była zaklinowana łapa. Basior obszedł drzewo i zaczął delikatnie je podkopywać. Trzeba przyznać - był nieco niezadowolony, ponieważ brudził sobie tym łapy. Oczywiście nie mógł dać po sobie tego poznać, jednak brud bardzo mu doskwierał. Kto wie ile czasu minie, zanim będzie mógł się wyczyścić? Co jeśli po dłuższym czasie jego futro na łapach przestanie być tak miłe w dotyku? Z jego narcyzowych rozważań wybił go dźwięk szurania. Wilk się wydostał, próbując odejść nieco na bok. Quigley zareagował dość szybko, momentalnie znajdując się obok uciekiniera, który okazał się waderą. Dostrzegł wtedy, że jej ciało pokrywają zarówno łuski jak i futro. Miał wrażenie, że wygląda to bardzo majestatycznie i jednocześnie jest w tym coś wulgarnego.
- Bardzo przepraszam jeśli damę wystraszyłem. Nie zjawiłem się by krzywdzić, lecz by udzielać pomocy. - Mówiąc te słowa ujął delikatnie łapę wilczycy, wyciągając ze swojej torby flakonik oraz kawałek szmatki. Nasączył materiał substancją i owinął nim zranioną łapę. Na koniec przyłożył swoją łapę do rany, używając białej magii. Po tym akcie postanowił kontynuować - Kontuzja powinna już zniknąć, jednak kończyna może przez jakiś czas być słabsza. Myślę, że dwa tygodnie wystarczą na powrót do pierwotnego stanu. Dama pozwoli, że się przedstawię. Na imię mi Quigley.
- Dziękuję, jestem Shan. - Powiedziała cicho po dłuższej chwili ciszy. Tym słowom towarzyszył niepokojący basiora uśmiech. Wyraźnie było czuć, że wadera nie do końca mu ufa. Nikt jednak nie zdążył ponownie zabrać głosu, ponieważ kolejne drzewo zamierzało runąć. Basior widząc ogromny kawał drewna lecący na nich, objął błyskawicznie waderę, tworząc niewidzialną barierę. Było czuć jak ogromny masyw odbił się od niej, upadając obok.
- Zalecam opuszczenie tego miejsca. Jeśli dama pozwoli, zabiorę nas do mojej jaskini, gdzie jest bezpiecznie. Mam tam przeróżne zioła, które damę ogrzeją i dodadzą nieco sił. - Powiedział, dostrzegając kątem oka zakrwawione białe futro, które należało do osobnika spotkanego wcześniej na polanie. Najwidoczniej ten osobnik nie miał prawa bytu.

<Calypso?>

Słowa: 925

środa, 13 maja 2020

Od Quigley'a CD. Vallieany

Jak trafiłem do Symfonii Północy? Myślę, że gdybym opowiedział waderze historię ze szczegółami, mogłaby mnie wyśmiać. Jak jednak powiedzieć, że goniła mnie nieznana mi kreatura, przez którą zawaliłem jaskinię przy użyciu środków pirotechnicznych? 
- Ekhm, dama pozwoli że wytłumaczę jej to najkrótszą drogą. Zgubiłem drogę i przy pewnych niedogodnościach trafiłem wprost tutaj. - Vallieana nie odpowiedziała. Przez kawałek drogi towarzyszył nam dźwięk złowrogiego wiatru. "Naprawdę jestem szczęściarzem" - pomyślał. Podczas kontemplowania na temat minionych wydarzeń, wadera wreszcie się odezwała.
- Zostawia Pan za sobą subtelne, niebieskie ślady. Dlaczego? - Dyskretnie obejrzałem się za siebie, ażeby to skonfrontować wypowiedź z rzeczywistością. Rzeczywiście, wilczyca nie kłamała. Nie minęło jednak wiele czasu, aż udało mi się połączyć fakty ze sobą.
- To pewnie przez kontakt z niebieskim mchem. Wie dama co to jest? - gdy wadera przecząco machnęła łbem, pozwoliłem sobie kontynuować. - Odkryłem go, gdy zgubiłem drogę. Natrafiłem na jaskinię świecącą delikatnym blaskiem. Cała porośnięta była właśnie niebieskim mchem. Co prawda zgubiłem po drodze jedną próbkę, ale dzięki temu odkryłem jego właściwości. - Quigley wyjął delikatnie flakonik z mchem, podając go waderze. - To prezent ode mnie. Mam tego dość sporo, a skoro dama jest zielarką, to może się przyda. - Vallieana posłała mi ciepły uśmiech w ramach podziękowania. 
- W takim razie może chce Pan podzielić się tymi magicznymi właściwościami? 
- W rzeczy samej, chyba jednak nie chciałbym żeby damie stała się krzywda. Przy zderzeniu, mech wybucha. To jedyna właściwość jaką poznałem. Spróbuję przyjrzeć mu się bliżej po powrocie do jaskini, jednak jestem tylko alchemikiem. Być może dama jako zielarka będzie umiała znaleźć coś jeszcze. - To była jedyna tak istotna wymiana zdań. Oba wilki spędziły podróż na dość przeciętnej wymianie zdań. Droga okazała się niestety dość nieprzewidywalna. Quigley wraz z Vallieaną ledwo uszli ogromnej śnieżycy, która przybyła do Symfonii Północy. Ze względu na okoliczności wadera była zmuszona obrać inną trasę, która prowadziła przez Bumari. Quigley pierwszy raz odwiedzał te tereny, więc wszystko zdawało się go intrygować. Podziwiał bardzo wiedzę wilczycy na temat przeróżnych ziół. Była to dla niego pewnego rodzaju ważna lekcja. Coś jakby wrócił do czasów młodości, gdy poznał wilka imieniem Misirel. Imię nadało mu stado, na cześć boga. Był to pewnego rodzaju ojciec wszystkich zagubionych. Przygarnął Quigleya pod swoje skrzydła, gdy ten błąkał się po świecie. Nauczył go oddzielać swoje myśli, od tych należących do jego brata. Na samym początku ich wspólnej przygody wilk miewał bardzo dużo wizji, które wprawiały go niemal w szaleństwo. Zdarzało mu się budzić w nocy, wracając myślami do wydarzeń z przeszłości. Łamano mu kości, płonęło mu futro. Mdlał, wył i przeżywał wszystko na nowo. Przeżył cierpienia brata.

Gdy Quigley podniósł wzrok, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Nie otaczały go drzewa, śnieg czy nawet skały. Stał pośrodku pustkowia. Krajobraz był bardzo zbliżony do słonej pustyni. Niebo emanowało wściekłą czerwienią. Piekły go łapy, ogromne, żółte słońce przeszywało całe jego ciało. "Gdzie ja jestem? Gdzie jest Vallieana?" - pomyślał, powoli rozglądając się wokół siebie. Momentalnie poczuł niepokój. Czyżby koszmary z przeszłości wciąż go nawiedzały? Nie, to przecież niemożliwe. Aktywować je mogą tylko bardzo intensywne emocje, a ostatnie chwile jakie pamiętał, to trucht wzdłuż rzeki. Skoro nawet incydent w jaskini nie był w stanie wywołać wizji, to co go tu sprowadza? Basior ruszył. Nie kontrolował swoich kroków. Nie kontrolował ciała. Świat się zawalił.

Wyglądało na to, że basior ponownie stracił kontrolę nad rzeczywistością. Tym razem już nie znajdował się na pustkowiu. Otaczała go bujna roślinność, w przeróżnych kolorach. Trawa emanowała jasnoniebieskim światłem, drzewa porastały liczne liany. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że znajduje się na wyspie. Po krótkim rozeznaniu dowiedział się, że wyspa nie była zbyt duża. Po wyjściu z gąszczu zauważył, że otacza go przejrzysta woda, w odcieniach fioletu. Podszedł do brzegu, gdy zorientował się że nie jest sobą. Jego futro mieniło się niczym u Verdisa. Quigley nie wiedział czyją postać przyjął. Nie wiedział również, jak wydostać się z obecnego stanu. Ponownie pomyślał o Vallieanie. Co teraz dzieje się z jego własnym ciałem? Czy wadera, która zgodziła się udzielić mu
pomocy jest cała? Niestety pozostały mu same domysły. Szelest. Wilk nadstawił uszu, będąc gotowym na potencjalne zagrożenie. Jednak jedyne co zauważył, to grupka nieznanych mu istot, dryfujących w powietrzu niczym po tafli wody. Wyglądem zbliżone były do basiora, a raczej do tego, czyje basior ciało obecnie użytkuje. Quigley spróbował powoli się wycofać, lecz gdy jego łapa dotknęła wody wzdrygnął się lekko. Istoty otoczyły go, przemawiając w nieznanym mu języku. Miał wrażenie że słowa bezlitośnie przepełniają mu umysł, próbując doprowadzić go do szaleństwa. I właśnie wtedy stało się to. Basior tracąc kontrolę rzucił się do gardła jednej z istot, niczym bestia. Ta jednak rozpłynęła się w powietrzu niczym dym. Reszta istot w mgnieniu oka poszła jego śladem. Nagle wilk został sam. Pozornie. Poczuł, że coś go ciągnie w stronę wody. Siła była coraz silniejsza, aż w pewnym momencie opór wilka był totalnie bezużyteczny. W chwili całkowitego zanurzenia się pod wodę, jego oczom ukazał się jednocześnie magiczny jak i przerażający widok. Wokół niego pływały dusze. Skąd wiedział, że to dusze? Po prostu wiedział. Przeszywały go, łącząc się z jego ciałem. Właziły mu do pyska, wpływały do ciała przez uszy i nos. Zaczął się topić. Próbował krzyczeć. Łamano mu kości, palono wnętrzności.


Quigley desperacko próbował nabrać oddechu. Bolał go każdy skrawek ciała. Z pyska wylatywały mu resztki lodowatej wody. Ledwo spojrzał w górę. Wadera stała nad nim, z przerażeniem w oczach.
- Dama wybaczy.. co się właśnie stało? - powiedział resztkami sił.

<Vallieana?>

Słowa: 889

czwartek, 23 kwietnia 2020

Od Quigley'a do Vallieany


Pogoda zapowiadała się obiecująco, co zdecydowanie sprzyjało dzisiejszym planom Quigleya. Mianowicie wilk zaplanował sobie wyprawę do Dystryktu II. Celem wycieczki było odnalezienie niewystępującego w Dystrykcie I kamienia, który był niezbędny do opracowania nowej mikstury. Zarzucił więc na siebie coś na wzór torby i tak rozpoczął przygodę.
Żeby dostać się do miejsca docelowego, basior musiał przejść przez ukrytą lodową jaskinię, która wyprowadzi go wprost na Las Ayre. Grota zawsze wzbudzała w nim lekki niepokój - sposób w jaki wiły się lodowe nacieki, był niemal sprośny. Gdzieniegdzie z lodu można było zauważyć większe i mniejsze skupiska drakonów, czyli fioletowych minerałów. Ich nazwa pochodzi od uderzającego podobieństwa do smoczej łuski. Nie jest to może jakiś rarytas w świecie alchemii, jednak Quigley bardzo go lubił. Minerał posiada bardzo ciekawe zastosowania. Przykładowo, gdy połączy się go z odpowiednimi ziołami, powstaje fioletowa mgła. Co prawda, dla przeciętnego wilka wydawać się to może niezbyt ujmujące, ale sam efekt jest bardzo niezwykły. Gdyby się przyjrzeć, można zauważyć w pyle święcące drobinki. Wilk od czasu do czasu stosuje ową mgłę u siebie w jaskini, fantazjując że leży pod ogromnym niebem pełnym gwiazd.
Ze stanu dumania wybiła go kropla, która spadła prosto na jego nos. Zorientował się, że jest w zupełnie innym miejscu niż zazwyczaj. Najwyraźniej musiał zboczyć z drogi. Problem polegał na tym, że nie miał pojęcia, skąd przyszedł i jak zawrócić, by wrócić na właściwą ścieżkę. Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że nie ma już zbyt wiele do stracenia. Porzucił dotychczasowe marzenia o odnalezieniu kamienia i ruszył przed siebie. Kto wie, może znajdzie coś o wiele cenniejszego?
Otaczająca go przestrzeń znacznie różniła się od klasycznego obrazu jaskini, jaki znał. Znajdowało się tu o wiele więcej stalagmitów. Niektóre emanowały nawet neonowym światłem, w kolorze przypominającym brudną zieleń. Bokiem płynął również strumień, z zadziwiająco czystą wodą. Sam zapach również był zagadkowy. Dało się wyczuć woń delikatnej truskawki, która była przecież tak rzadka w obecnym świecie. Z każdym krokiem Quigley był coraz bardziej ciekawy. Było to dość kuriozalne, ponieważ zazwyczaj nie był zbytnio przekonany do odkrywania nowych rzeczy w pojedynkę. Zdumiał się lekko, gdy jedynym, co znalazł, okazała się ogromna wyrwa. Wyjął z torby flakonik i potrząsnął nim parę razy. Gdy zaczął świecić wystarczająco jasno, ujął go w pysk i rozejrzał się.
Na jego szczęście niżej znajdowało się parę lodowych półek, po których mógł z łatwością przedostać się na dół. Parę susów później, stał w pomieszczeniu porośniętym niebieskim mchem. W swoim dziewięcioletnim życiu nigdy nie widział czegoś tak pięknego. Był tak podekscytowany swoim znaleziskiem, że pospiesznie zaczął zbierać próbki.
Nie nacieszył się jednak zbyt długo, ponieważ nie minęło wiele czasu, jak podłoże zaczęło lekko drżeć. Wilk nie zdążył zareagować odpowiednio wcześnie i jego oczom ukazał się ogromny niedźwiedź. Posiadał niewielkie poroże, a jego futro porastały neonowe grzyby, w kolorze podobnym do mchu.
Momentalnie basior rzucił się do ucieczki, gnając w stronę pierwszego zauważonego tunelu. Stwór najwyraźniej nie był zadowolony z tego posunięcia i podjął pościg. Gdyby nie charakter zdarzenia, można by to nazwać niezwykle bajecznym widokiem. Futro Quigleya mieniło się w świetle niebieskawego mchu. Łapami zostawiał małe wgniecenia w podłożu, które momentalnie zalewały się wodą. Goniąca go pokraka co jakiś czas obijała się o wąskie ściany tunelu, powodując tym wiele hałasu.
Gdy ucieczka zawała się dobiegać końca (ponieważ wilk dostrzegł szparę, przez którą z łatwością mógłby się przecisnąć), oczywiście coś musiało się spaprać. Z jego torby wyleciał jeden flakonik wypełniony wcześniej zebranym mchem, powodując wybuch wraz z momentem dotknięcia podłoża. W ten sposób basior odkrył jego magiczne zastosowanie. Eksplozja była na tyle potężna, że tunel zaczął się walić, odgradzając wilka od goniącej go poczwary. Ktoś by mógł pomyśleć - hej, przecież to wyszło mu na dobre, niedźwiedź go już nie goni! Możliwe, że sam Quigley by tak pomyślał, gdyby nie fakt, że najwyraźniej tunel zamierzał zawalić się w całości. Jego ostatnią deską ratunku, była wspomniana wcześniej szpara. Jaką miał jednak pewność, że tuż po wskoczeniu do niej nie spadną mu na głowę lodowe odłamki? Ta perspektywa zjeżyła mu sierść na grzbiecie i był zmuszony szybko zmienić plany. Zaryzykował podążanie tunelem dalej.
Mówiąc podążanie, mam na myśli oczywiście dziką ucieczkę. Gdyby trwała ona trochę dłużej, najprawdopodobniej wilk opadłby z sił, gdyż na swojej drodze napotykał przeszkody w postaci ogromnych głazów, czy  stalagnatów, na które nie raz prawie się wpakował. Niestety pojawił się kolejny niefortunny zbieg okoliczności - ścieżka się urywała chwilę za zakrętem. Prędkość jaką osiągnął była jednak tak duża, że nie był w stanie już wyhamować. W locie wyobrażał sobie jak roztrzaskuje się o skały, albo co gorsza - wpada w szczęki jakiegoś stworzenia. Los zadecydował jednak, że to jeszcze nie będzie koniec jego żywota.
Z zamkniętymi oczami wpakował się do lodowatej wody, chwilę próbując rozszyfrować, w jakiej sytuacji się znajduje. Najprawdopodobniej nadal tkwiłby w takiej sytuacji, gdyby nie kra, która błyskawicznie go uniosła. Dochodził do siebie kilka długich minut, zanim był w stanie przekalkulować swoją sytuację. Otaczały go ogromne klify, z których obwisały ogromne lodowe masywy zamarzniętej wody. Wszystko wskazywało na to, że znalazł się w Symfonii Północy.
Najwyraźniej czekała go długa droga w poszukiwaniu Lasu Ayre. Otrzepał się porządnie z resztek wody. Jego ostatnim marzeniem było zostanie chodzącym soplem. Zeskoczył z kry i postanowił się rozejrzeć po okolicy. Zauważył parę arktycznych kwiatów, ale nic poza tym. Nadszedł więc czas na improwizację.
Postanowił poszukać drogi na dół. Nie było to łatwe zadanie, gdyż wszędzie było stromo, a lód wydawał się być kruchy. Na chwilę w jego głowie zamieszkała myśl, że może mógłby użyć wybuchowego mchu, jednak szybko wybił ją z głowy. Powtórka z rozrywki raczej nie była ciekawą perspektywą na ten moment. Główkował i główkował, aż postanowił znaleźć najmniej strome zbocze. Było to jedyne wyjście z sytuacji. Nie było łatwo, ale po paru poślizgnięciach znalazł się wreszcie na samym dole. Tutaj przyszło wybawienie - zobaczył wilcze odciski łap w śniegu. Bez większego namysłu zaczął podążać śladami, mając nadzieję na odnalezienie pomocy. Powoli przed oczami zaczęła rysować się mu postura wilka. Nie wiedział czy lepiej do niego podbiec, czy może zawołać - dlatego zrobił i to i to. Zawołał głośne "Hej!" i zaczął biec w stronę postaci, która najwyraźniej zauważyła jego obecność. W duszy modlił się, żeby wilk nie odbiegł wystraszony. Na jego szczęście nic podobnego nie miało miejsca. Zadyszany stanął przed lekko zmieszanym wilkiem, który okazał się waderą.
- Przepraszam, jeśli przeszkadzam, ale zgubiłem drogę. Potrzebuję dostać się do Lasu Ayre. - Starał się wypowiedzieć słowa jak najbardziej uprzejmie, byleby tylko nie wyjść na dziwaka. Możliwe, że napotkana wilczyca to jedyna droga ratunku. Po chwili się zreflektował i dodał - Gdzie moje maniery, na imię mi Quigley. - Posłał ciepły uśmiech, licząc w duchu że niczego nie spaprał. Wilczyca odwzajemniła gest, zrzucając tym basiorowi kamień z serca.

<Vallieana?>


Słowa: 1098

wtorek, 21 kwietnia 2020

Quigley

Assovi Major

Umieramy w liczbie pojedynczej, zawsze sami.

Imię: Quigley
Ród: Wilk pochodzi z rodu Gubernatorów Wielkiej Góry. Należały do niego wilki o śnieżnobiałej barwie, zamieszkujące zbocza góry Smoczej.
Wiek: 9 lat
Płeć: Basior♂
Rasa: Quatar
Stan: Mieszkaniec
Stanowisko: Alchemik
Charakter: Zapoznaję wszystkich ze starym młodym dziadem - młody umysłem, stary duchem. Co racja to racja - zdarza mu się ponarzekać i być typowym zrzędą, ale obiecuję - to nie z waszej winy. Na całe szczęście częściej idzie spotkać go w nastroju sprzyjającym pogawędkom. W gruncie rzeczy jest on całkiem sympatyczny. Każdy ma gorszy dzień, nie? Nie. No i git, to przechodząc dalej - oprócz dziadygą zrzędą, można ochrzcić go mianem pracusia wesołka. Tego ukrywać nie można, Quigley jest oddany temu co robi i stara się nie spaprać sprawy aż tak bardzo - a że przy okazji rzuci jakiś żarcik, smaczny bądź nie, to tylko lepiej. Tym co można zaliczyć do wad (chociaż basior nie uważa tego za wadę) to niezdarstwo. Często zdarza mu się strącić to i owo, robiąc przy tym kupę bałaganu. Zdecydowanie nie idzie to w parze z jego chorobliwym perfekcjonizmem. Ah, to może wrócę do tej wady niewady - dlaczego nie uważa bycia niezdarą za wadę? Bo jest przekonany, że wady nie istnieją. Potykasz się często, bo krzywo chodzisz? Tak? No to słuchaj - Quigley uzna to za charakterystyczną cechę, którą nadano Ci wraz z przyjściem na świat. Tak więc jeśli przebywasz aktualnie w jego towarzystwie - nie krępuj się i zrzucaj wszystko dookoła - on też to robi. To jest też właśnie jego poczucie humoru. Łatwiej podejść do problemu rozpatrując go pod innym kątem niż na poważnie. Nie dość, że można dobrze zabawić się rozmyślając nad trapiącym nas kłopotem, to jeszcze potem nie odczuwamy aż takiego stresu, który jak wiadomo prowadzi do siwienia.. ha ha. Czasem jednak trzeba wrócić na ziemię. Nie tracąc zmysłów, podejść do sytuacji trochę inaczej, żeby potem nie nazywali Cię niepoważnym. Tak więc owszem - legendy nie kłamią. Dziad potrafi być poważny i myśleć trzeźwo. Inaczej istniałoby prawdopodobieństwo, że szybko straciły sympatię innych wilków. To natomiast mogłoby oznaczać kryzys dla Quigleya. Co prawda nie pogardzi chwilą prywatności, ale na dłuższą metę najprawdopodobniej postradałby zmysły. Jest towarzyski do tego stopnia, że idąc drogą zdarza mu się mówić do kamienia - jednak tylko wtedy, gdy kamień wygląda sympatycznie. Inaczej mógłby być podejrzany o próbę zamachu stanu na społeczność bezbronnych otoczaków (doszedł do tego jak rozmawiał z jednym, podpowiedział mu to jego niezawodny intelekt). Więc jak już doszliśmy do tego, że wilk jest ekstrawertycznym wariatem, warto dodać że zawsze jest do dyspozycji. Niezależnie od dnia i pory - chętnie wyciągnie do Ciebie pomocną dłoń. Zdecydowanie bardziej ceni sobie czyjeś życie, aniżeli swoje. Szczerze mówiąc, to jest trochę strachliwy. Woli trzymać się raczej z tyłu, jeśli w grę wchodzi coś, co mogłoby ubrudzić mu brzuch. Każdy wie, że błoto na brzuchu jest najgorsze - nie dość że śmierdzi, to jeszcze trudno domyć. Dlatego nie przepada za szczeniętami. Niby można się z nimi pobawić, jednak strasznie brudzą i hałasują w najmniej odpowiednim momencie. Skutkuje to czasem wywołaniem tak bardzo wyjątkowego wybuchu irytacji, a to trochę zaburza mu wizerunek chodzącej oazy spokoju. Istny rarytas.
Wygląd: Oczy. To zdecydowanie cecha charakterystyczna basiora. Głębokie i przenikliwe, przyjmujące różne odcienie. Zawsze jest to niebieski, zielony i pomarańczowy, lecz w zależności od dnia, kolory te przyjmują różne tony. Z uwagi na budowę oczu inni często uważają, że Quigley jest ponury. Oczywiście nic bardziej mylnego. Z pyska wystają mu długie kły, sześć z lewej strony i dwa z prawej. Jest to skutek pochłonięcia duszy brata. Na szyi ma goły placek. Można zauważyć dzięki temu, że w odróżnieniu od futra jego skóra jest czarna. Jest to pewnego rodzaju kompleks dla wilka. Stara się to zakrywać siwymi, gęstymi kłakami. Szczerze mówiąc, to nie pod innymi względami nie różni się od innych wilków. Ma cztery łapy, długą, gęstą kitę i przeciętną posturę. Czy długachne uszy się zaliczają do czegoś niezwykłego? Tak? No to ma uszy. Całkiem długie nawet.
Żywioł: Biała magia oraz umysł.
Moce:
- Quigley potrafi na jakiś czas uchronić siebie lub sojuszników, tworząc kilkusekundowe niewidzialne pole.
- Porozumiewanie się z konkretnymi duchami - wilk zawdzięcza tę umiejętność bratu.
- Władanie białą magią umożliwia basiorowi leczenie ran - tych powierzchniowych jak i wewnętrznych. Ranny będzie dochodził do siebie jeszcze przez pewien czas, jednak spadnie ryzyko potencjalnego zakażenia.
Rodzina: Jedyna rodzina, która mu została to brat Orsen, którego dusza żyje w nim samym.
Druga Połówka: brak
Potomstwo: brak
Miejsce Zamieszkania: Dystrykt I, w pobliżu lasu Darminasa. Wejście do jaskini Quigleya jest wąskie, by nie można było dostać się do niej z łatwością. Jest też usadowione w takim miejscu, by nie rzucało się w oczy - wygląda jak zwykła dziura gdzieś między drzewami. W środku jest dość wystarczająco miejsca, by pomieścić 6 wilków. Basior ceni sobie czystość i harmonię, więc wszystko zawsze jest wysprzątane i ładnie poukładane. Po lewej stronie od wejścia znajduje się wklęsły kamień z porozdzielanymi przegrodami - to tam Quigley trzyma wszystkie swoje alchemiczne cacka. Na prawo zaś leżą poukładane księgi i zapiski. W samym rogu na końcu jaskini znajduje się leże, zrobione z dwóch niedźwiedzi, wypełnionymi czymś na wzór waty - stworzonej osobiście przez wilka, przy pomocy alchemii.
Patron: Ehrina
Umiejętności:


Intelekt: 20 | Siła: 5 | Zwinność: 10 | Szybkość: 10 | Latanie: 0 | Pływanie: 10 | Magia: 20 | 
Wzrok: 10 | Węch: 10 | Słuch: 10 |

Historia: Zastanawiające jest jak wilki z rodu Quigleya cenią sobie duchy. Drżą przed nimi, czczą, uwielbiają. Odprawiają rytuały, jakiego żadne wrogie oko nie widziało. Co jeśli jakiś wilk się zbuntuje? Jeśli zbezcześci, pogardzi - zadrwi? Wtedy odwrotu już nie ma. Dusza zostanie zabrana, pozbawiona nosiciela. Przeklęta.
Młody wilk nie był w stanie oderwać wzroku od niebożnika. Był zahipnotyzowany, zmuszony by patrzeć. Całe stado musiało. Futro nieszczęśnika począwszy od czubka uszu, stawało się czarne niczym smoła. Oczy zaszły mgłą, z pyska zaczęła wydobywać się szara piana. Łapy zaczęły się wykrzywiać, uwalniając tym niewiarygodny, pełen bólu ryk. Duchy wyznaczały sprawiedliwość. Sprawiedliwość, która nie istniała. Matki rodzą martwe, zgniłe dzieci - bo duchy tego chcą. Ojcowie giną brutalnie rozszarpywani przez najgorsze zmory - bo duchy tego chcą. Dzieci topią się w rwących rzekach - bo duchy tego chcą. Zmuszają do posłuszeństwa. Quigley w głębi serca nosił nienawiść. Chciał stać się wyzwoleńcem. Przestać być niewolnikiem. Dlatego zebrał w sobie wszystkie siły i cholerycznie rzucił się w stronę cierpiącego wilka. Przeszył go ogromny ból. Płonęły mu wnętrzności. Wypływały oczy. Kruszyły pazury. Zmiażdżyło mu czaszkę.
Tak złączył duszę z bratem.
Inne:
- Jako że wilk dzieli duszę z bratem, to posiada również jego wspomnienia. Nie dzielą nic więcej, ponieważ podczas połączenia dusz Orsen już praktycznie jej nie posiadał.
- Jest niemiłosiernie zakochany w żabach. Lubi je obserwować, ich życie wydaje mu się ciekawsze od jego własnego.
Autor: nikt się nie dowie
Layout by Netka Sidereum Graphics