Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Aarved. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Aarved. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2020

Od Aarveda CD. Spero

Opowiadanie zawiera brutalne sceny przemocy i przekleństwa. Czytasz na własną odpowiedzialność


Przyjemny chłód odwracał jego uwagę od pulsującego bólu w potylicy. Przycisnął mocniej policzek, do podłoża, rozkoszując się tym, że nie stawało się ciepłe po kontakcie z jego ciałem, a dalej promieniowało zbawiennym zimnem. Miał zamknięte oczy, nie wiedział, gdzie się znajduje - nawet go to nie interesowało, ba, nawet nie przeszło mu przez rozbitą głowę, że powinien się nad tym zastanowić. Jedyne, co mu towarzyszyło w pustce i rozkoszy otumanienia, to podłoga i ból... Ale właśnie, skąd on się wziął?
Myśli przychodziły i odchodziły, tak jak burze śnieżne. Chwila ciszy, a potem...
Jęknął. Jakiś dźwięk wwiercał mu się w ucho. Boleśnie. Powodował rozbłysk przed jego oczami. Błyskawica zatańczyła po powiekach, przerywając na chwilę zaćmienie spowodowane śnieżycą. Jeszcze raz... Gdzie on jest? Wszędzie śnieg, nic nie widział, zasłaniający świadomość. Kręcił się i obracał, próbując znaleźć punkt zaczepienia, ale, ten głos, zamieć mu nie pozwalała. Ten głos? Czyj? Waderzy. Vallieany czy dowódcy? Vallieana, ten zapach, zimne oczy, jasna sierść i rogi, kwiaty w sierści, zielone spojrzenie, wzrok gotowy go ukamienować, blizna na karku i miecz w gabinecie. Porażka, niechciany bachor. Kwiaty w sierści spadające na podłogę, mieszane z błotem przez łapy basiorów i głos. Waderzy głos...
I wszystko zwolniło. Znów zasnął, a raczej stracił przytomność
- Aarved?
Jego własne imię. Kogo ona oznaczała? Jego, ale kim on dokładnie był?
,,Przestań", powiedział sobie. ,,Przestań już to rozpamiętywać. Gdzie ja właściwie jestem?".
Spróbował otworzyć oczy. Mimo półmroku, który go otaczał, świat wokół był zbyt jasny, aby go podziwiać. Basior jęknął i mocniej przycisnął głowę do posadzki. Nie chciał już rozpamiętywać tych wspomnień, które cały czas podsuwał mu umysł. Ojciec, jego spojrzenie, walka z Lordanem i matka... Mama...
- Ved, wszystko dobrze?
Wymruczał coś, co w jego umyśle oznaczało ,,tak". Nie wiedział nawet, komu odpowiadał.
- Aarved?
Poczuł delikatne szturchnięcie. Westchnął boleśnie. I nagle sobie przypomniał.
- S... Spero?
Próbował się podźwignąć z ziemi, uświadamiając sobie ciężar sytuacji, w której znalazł się z magiczką, jednak gwałtowne ostrze bólu przeszyło mu kark. Jęknął i znów opadł na ziemię.
- Aarved, spokojnie! Tak, to ja, leż, nie ruszaj się. Coś cię boli?
- Przypierdolili mi po prostu w łeb, zaraz mi przejdzie - warknął, bardziej z powodu nieznośnego pulsowania w potylicy, niż złości na waderę. Zignorował jej prośbę i ponowił próbę podniesienia się z bruku. Tym razem mu się udało, jednak o mało znów nie zemdlał przez ból, który przestrzelił całe jego ciało. Czarne kropki zamgliły jego pole widzenia, a on w desperackiej próbie utrzymania równowagi oparł się o ścianę. Westchnął, próbując pozbierać myśli.
- Aarved?
- Daj mi chwilę - sapnął wilk, pochylając się w przód. Zacisnął powieki. Nie wiedział, co go ogłuszyło, pamiętał jedynie ten waderzy, delikatny głos. Sam nie wiedział, czy to nie był sen. Zdawał sobie sprawę tylko z tego, że ktoś ich porwał a teraz siedzieli w... Otworzył oczy i rozejrzał się. W lochu? Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że przednie i tylne łapy uciskało zimno. Kajdany. Przeszył go dreszcz. To było dla niego obce uczucie. Świadomość niewoli sprawiła, że żołądek podszedł mu do gardła. Poczuł panikę. Co by teraz powiedział o nim ojciec? Nie wiedział nawet, co zrobił nie tak, ale podświadomie miał pewność, że to była jego wina. Zawsze mógł zrobić coś więcej, inaczej się ustawić, więcej uwagi zwracać na Spero... Właśnie, Spero... Nie powinno jej tutaj być. Powinien był ją chronić, powinien się był upewnić, że nic jej nie zagrozi. W końcu nie miała wyszkolenia wojskowego, a jego zadaniem, jako wyedukowanego wojownika, była ochrona cywili. Może i walczyła u jego boku, ale dalej z tyłu głowy miał świadomość tego, że normalnie nie brałaby udziału w bitwach. I że została wzięta do oddziału właściwie przez przypadek. Normalnie byłaby cywilem. Kimś, kto polegał na wojownikach, kto ufał, że zapewnią mu oni bezpieczeństwo. To był ich obowiązek.
Jak ma zasłużyć na imię rodowe Lorenta, skoro nawet nie potrafi wypełnić swojej powinności wobec Królestwa i jego mieszkańców? Jego brat nigdy by do tego nie dopuścił, nie mówiąc już o ojcu...
Z ponurych rozmyślań wyrwał go nagle dźwięk kroków na korytarzu. Podniósł głowę, czego od razu pożałował, i wsłuchiwał się w coraz głośniejsze szuranie pazurów po bruku. W końcu w półmroku więzienia zamajaczyły dwie tęgie sylwetki dwóch basiorów.
- Pod ścianę, robale!
Rozległ się huk metalu o metal, kiedy strażnik uderzył jakimś prętem o kraty celi. Aarved przycisnął pysk do ściany, niemalże wyjąc z bólu, który przed chwilą przeszył jego głowę. Usłyszał, jak Spero skomli cicho, a jej łańcuchy brzęczą, kiedy ona również przysuwa się do kamiennych cegieł. Basiorowi udało się rozewrzeć powieki i w słabym świetle dostrzegł, jak do ich pomieszczenia wchodzi dwóch opryszków. Miał nadzieję, że przynieśli im jakieś jedzenie i za moment sobie pójdą, ale ku jego zdumieniu podeszli do niego. Odetchnął z ulgą, widząc, że zupełnie zignorowali jego towarzyszkę i najwyraźniej zamierzają zostawić ją w spokoju - a przynajmniej taką miał nadzieję.
- Ryj w dół, szujo!
Poczuł wielką, obrzydliwą łapę na swojej potylicy. Szarpnął się, mimo pulsującej migreny i wyszczerzył zęby.
- Trochę grzeczniej, jebańcu.
Skulił się, a powietrze wypełnił jęk, kiedy kończyna jednego ze strażników trafiła jego podbrzusze. Jeden z wilków chwycił go brutalnie za rogi i mocno pociągnął je w dół, przyciskając brodę rogacza do jego klatki piersiowej.
- Zaraz wyrwę ci jaja i każę ci je zjeść, jak dalej będziesz tak pyskował, kurwo, słyszysz?! - ryknął mu do ucha obcy wilk. Wojownik zacisnął zęby z bólu. - A może powinienem obciąć ci łeb i powiesić go nad kominkiem, pierdolony jelonku?
Ved wiedział, że takie będą konsekwencje stawiania się, ale nie mógł pozwolić, aby ktoś go tak traktował. Kiedy ktoś mu wsuwał pętle na pysk, a sznur zaciskał się wokół nosa i żuchwy, zastanawiał się, co się z nim stanie. Czy trafił do tego samego miejsca, w które trafiały wszystkie inne szczeniaki? Czy po prostu pozbędą się zbędnego ciężaru?
Chwilę później miał okazję poznać odpowiedź na swoje pytanie. Po wyprowadzeniu z ciemnego korytarza więziennego i przejściu przez różnorakie kręte i wąskie przejścia, Aarved został zawleczony pod żelazne drzwi. Gdy czekał, aż strażnik wybierze odpowiedni klucz i za pomocą telekinezy odblokuje zamek, wojownik z opuszczoną głową obmyślał plan działania. Wiedział, że nieważne, jakie plany mają na niego porywacze, on musi im zapobiec. Wyprowadzenie go z klatki to jego szansa. Czekał na okazję, kiedy dwa basiory na chwilę odwrócą od niego swoją uwagę. Dopiero w lepszym świetle korytarza zobaczył, że łańcuchy, które więziły jego łapy, są stare i zardzewiałe, a knebel zawiązany na pysku wykonany został ze starej szmaty i samcowi prawdopodobnie udałoby się go rozerwać przy pierwszej-lepszej okazji.
W końcu zamek szczęknął, a jego źrenicom ukazała się duża, dobrze oświetlona, biała sala. Cętkowany wilk zmrużył oczy, oślepiony jasnym światłem, ale został zmuszony do ich ponownego otworzenia, kiedy jeden ze strażników pociągnął go dalej. Wstrzymał oddech, przerażony, kiedy obraz powoli się wyostrzał.
Pokój wypełniały metalowe pojemniki, w których mógł zmieścić się dorosły wilk, a nad nimi - szczenięta wiszące w specjalnych szelkach przymocowanych do grubych belek pod sufitem. Każde z nich było skrępowane, a z ich łap ściekały cienkie strużki krwi gromadzące się w szarych wannach. Przypominały wielkie, przerażające ptaki zawieszone w martwym locie nad karmazynowymi zbiornikami. Miały długie nogi, które zanurzały w toni jezior i spuszczone w dół, beznadziejne pyski, które czekały, aż będą mogły wzbić się wyżej, ponad krwawe stawy, własne, metalowe i skórzane skrzydła, a wreszcie chmury.
Futro na kończynach szczeniąt było zgolone, umożliwiając bardziej efektywne zbieranie osocza. Między zniewolonymi wilczkami przechodziły skute, chude wadery, pojące przytomnych więźniów wodą. W momencie, w którym wojownik wszedł do sali, właśnie ściągano jedną młodą wilczycę z szelek. Opuszki jej łap były jaskrawo szkarłatne, co brutalnie kontrastowało z bladą skórą prześwitującą spod resztek rudnej, pozlepianej sierści i ciemnymi okręgami pod oczami. Dwa potężne basiory rzuciły jej ciało na nosze. Aarved zauważył, że chuda klatka piersiowa powoli unosi się i opada, kiedy oprawcy bandażowali i krępowali jej kończyny.
Żołądek podszedł rogaczowi do gardła, kiedy uświadomił sobie, co porywacze robili ze szczeniętami. Nagle poczuł niesamowitą wściekłość, kiedy jego oczy próbowały objąć tę groteskową, przerażającą scenę. Serce żwawiej mu zabiło, tłukąc się pod żebrami. Krew zaczęła huczeć w uszach, kiedy jeden ze strażników popchnął go do przodu, kierując się do niewielkiej salki. Zdał sobie sprawę, że coś mówią i przeklinają, ale nie dotarł do niego sens ich słów. Wpatrywał się tępo w podłogę, kiedy jeden z przestępców zamknął za nimi drzwi, a drugi przywiązywał do kółek wystających z gruntu. Nagle zdał sobie sprawę, że to była jego szansa.
Gwałtownie cofnął wolną jeszcze przednią łapę i kopnął nią do przodu tak, że łańcuch przymocowany do kajdan rąbnął w pysk potężnego przeciwnika. Ten zatoczył się z głuchym jękiem w bok, a Aarved wykorzystał okazję i ściągnął ze swojej twarzy knebel. Skoczył na drugiego wilka, który dopiero się obracał i chwycił go za gardło. Poderwał jego ciało do góry, używając swoich silnych mięśni i pchnął zaskoczony pysk w stronę ściany. Rozległ się głuchy huk, potem kolejny i kolejny, aż wilk stracił przytomność. Gdy Aarved upewnił się, że wróg już mu nie zagraża, skierował swój atak na pierwszego przeciwnika. Ten już zdążył uświadomić sobie, co zaczęło się dziać i udało mu się pochwycić metalowy pręt, który wcześniej trzymał. Jedno oko miał spuchnięte do tego stopnia, że praktycznie nie było widać mu powiek, a z nosa lała się krew.
- Ty pifdofona kuffo - wymamrotał, wypluwając z opuchniętego pyska kilka zębów. Wojownik wyszczerzył kły, a z jego gardła wydobył się warkot.
- Zapłacisz za tę rzeź, którą urządzacie tym dzieciakom - wycharczał z furią rogacz. W jego stronę poleciał magiczny pocisk, ale wilk z łatwością go uniknął. W kilku susach znalazł się przy rywalu i podciął jego przednie łapy. Samiec runął na ziemię, zdrową część pysk rozgniatając na białych płytkach. Ved przygniótł jego łeb do gruntu i unieruchomił łapy.
- A teraz gadaj, pierdolcu, co robicie z tymi szczeniakami i co chcieliście zrobić ze mną? - Głęboki warkot przeszył powietrze, niczym wiertło wkręcając się w kości. Strażnik wycharczał coś na kształt ,,ty kurwo", ale Aarved szybko go zdyscyplinował porządnym ciosem w zranione oko. - Gadaj. Inaczej to ty będziesz się dusić własnymi jajami - wściekle wywarczał w jego ucho wojownik. Nie miał żadnej litości dla tego zboczeńca. Nie zamierzał się nawet hamować.
- Poftszebfujemy kffi - wyjęczał porywacz, plując czerwoną śliną. - Roskasy s góffy.
- Jakiej góry?
- Nje fiem, tfakie rofkasy. Ja nic nje fjem, pfysiegam. Pofiedzfano nam, że tfoja kffef jezst cenna. Miefiśmy ją zebfać.
- Mieliście mnie przywiązać tak jak te dzieciaki i pociąć jak świnię? - wyszeptał z trwogą wojownik. Pobity wilk kiwnął głową. Basior przełknął ślinę.
- A niebieska wilczyca? Ta, która była ze mną?
- Nic nje fiem, przyśfiegam. Fjem tyfko o tobfie, bfagam.
Wojownik wziął głęboki oddech i jednym celnym ciosem w potylicę przeciwnika odebrał mu świadomość. Dopiero teraz dotarło do niego, że prawdopodobnie swoją wolność zawdzięczał temu, że porywacze torturowali jedynie młode szczenięta i nie docenili wyszkolonego wojownika. Nie mieli dobrej broni, nie byli przeszkoleni, nie byli wyposażeni. Ich procedury pozwalały na szybką ucieczkę więźnia - o ile nie był niedożywionym, zmęczonym podrostkiem. Basior wziął głęboki oddech, czując jeszcze większe obrzydzenie niż wcześniej. Szybko jednak przywołał się do porządku. Musiał działać szybko.
Odnalazł klucze do swoich kajdan i po kilkunastu minutach uwolnił się. Pocierając łapą o łapę, podszedł do swoich znokautowanych przeciwników i z wyrazem nienawiści na pysku zaczął ich pętać i kneblować. Po chwili się wyprostował, jęcząc cicho z powodu bólu głowy i ostrożnie wyjrzał za drzwi, chcąc upewnić się, że w dużej sali nie ma nikogo, kto mógłby mu zagrozić. Chciał uwolnić jak najwięcej szczeniąt i pomóc im, o ile w ogóle było to możliwe. Patrząc na ich stan - uratowanie któregokolwiek z nich mogło być trudne. Potem chciał spróbować uwolnić Spero (miał nadzieję, że ona sama się uratuje, a potem spotkają się po drodze) i poszukać innych wojowników z jego oddziału. Oby tylko się nie spóźnił.

<Spero?>

Słowa: 1920 = 141 KŁ

wtorek, 14 lipca 2020

Od Spero CD. Aarveda

Znowu byłam uwięziona. Znowu zamknięta w małym pomieszczeniu, pozbawiona mojej magii, stłamszona, bez wizji na jakieś wyjście z tej sytuacji...
Widać największe koszmary naszego życia nigdy tak do końca się nie kończyły.
Widziałam waderę, która sprawiła, że straciłam przytomność. Czy raczej, jeśli mam ściślej trzymać się faktów, w zasadzie odebrała mi moc. Najpierw pchnęła we mnie za dużo magii, która znacznie utrudniła mi zapanowanie nad sobą. Wpływała we mnie nieprzerwanym strumieniem, przepełniała mnie, czułam, jak tracę kontrolę. A potem w uszach rozbrzmiał mi dźwięk przypominający tłuczenie szkła. Oczy zaszły mgłą, a głowa... Miałam wrażenie, jakby ktoś rozsadzał mi czaszkę.
Krzyknęłam. I chyba krzyczałam tak dość długo, sądząc po tym, że teraz nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Musiałam zamilknąć dopiero, gdy ból stał się nie do zniesienia. Ciało po prostu się poddało. Wolało wyłączyć świadomość, niż skazywać ją na nieustające, przerażające cierpienie.
A teraz...
Gdy tylko spróbowałam poruszyć się po tym, jak odzyskałam przytomność, poczułam na łapach dziwnie znajomy ciężar. Co ja gadam. Niepokojąco, przerażająco znajomy. Gdy tylko zdałam sobie sprawę, że nie, to nie było tylko wrażenie, że naprawdę moje łapy ponownie skute były kajdanami z kamienia, który blokował niemal każdy rodzaj magii... Zrobiło mi się niedobrze.
Otworzyłam gwałtownie oczy, czego zaraz pożałowałam. Ból głowy obudził się na nowo, tak silny, że niemal ponownie pchnął mnie w objęcia nieświadomości. Może powinnam była na to pozwolić. Odpuścić, podarować sobie walkę. Nie miałam pojęcia, kim była ta dziwna wadera, jaką mocą władała ani, tym bardziej, czego od nas chciała. Ale jeśli była w stanie doprowadzić mnie do takiego stanu, podejrzewałam, że nie była to pierwsza lepsza magiczka. Musiała mieć wiedzę. Umiejętności. I predyspozycje.
Ale zaraz, zaraz... Gdzie był Aarved?
Poruszyłam się nieznacznie, nieco spanikowana. Pamiętałam, jak wadera mówiła, że możemy się jej jeszcze przydać... Obydwoje. Aarved musiał więc żyć, na pewno nic mu się nie stało. Nie miałam pojęcia, do czego nas potrzebowała. Ale rogaty basior musiał żyć. Po prostu musiał.
Wkładając w to sporo wysiłku i samozaparcia, ponownie otworzyłam oczy, tym razem wolniej. Pomogło. Ból nie był aż tak obezwładniający, choć nie zniknął całkowicie. Nie miałam pojęcia, co magiczka mi zrobiła, ale efekt był taki, że czułam się przepalona. Choć takie wrażenie mogły też tworzyć kajdany, które blokowały moją magię, tworząc w moim wnętrzu pewną pustkę. Straciłam moją najpotężniejszą broń, coś, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa, do tego to miejsce...
Przekręciłam głowę tak, by spoczywała płasko na wyłożonej zimnym kamieniem posadzce pomieszczenia. Było ciemno, niewiele mogłam dostrzec poza słabym światłem, jakim mienił się kamień, z którego stworzono kajdany. Chciałam przywołać ognik, żeby rozświetlić nieco to miejsce... Jednak zamiast na znajomą obecność magii ponownie natrafiłam na pustkę. To było tak obce uczucie... a jednocześnie tak przerażająco znajome. Przywracało wspomnienia, których wolałabym nie mieć.
- Aarved? - wyszeptałam. Wydobycie z siebie tak cichego dźwięku zdawało się już być ponad moje siły. Czułam uporczywe pieczenie w gardle, które było pewnie wynikiem długiego wrzasku.
Usłyszałam dochodzący gdzieś z ciemności niedaleko mnie brzęk kajdan przesuwających się po podłodze. W jednej chwili wróciła we mnie nadzieja. Odżyłam, podniosłam głowę w górę, wciągnęłam nosem powietrze, próbując wyłapać zapach znajomego wojownika... Był tam. Poruszył się, więc prawdopodobnie albo właśnie odzyskiwał przytomność, albo już był przytomny. To dobrze wróżyło.
- Ved, wszystko dobrze? - spróbowałam wstać, jednak łapy odmówiły posłuszeństwa, więc ponownie zwaliłam się na posadzkę. Jednak byłam zdeterminowana. Nie poddałam się, próbowałam doczołgać się do basiora, poczuć, że faktycznie tu jest, może nie cały i zdrowy, ale przynajmniej żywy. Niestety, i to nie było mi dane. Przykute do ściany łańcuchy podpięte pod kajdany, które mnie krępowały, były za krótkie i choć naprawdę bardzo się starałam, nie byłam w stanie przesunąć się ani centymetr dalej. Zaskamlałam cicho, strzygąc uszami, chcąc wyłapać każdy, choć najdrobniejszy znak, że basior wciąż żyje...

<Aarved?>

Słowa: 616 = 35 KŁ

sobota, 27 czerwca 2020

Od Aarveda CD. Spero

Odrzuciłem ciało mojego przeciwnika, z którego powoli uchodziło życie po tym, jak kilka razy wbiłem jego potylicę w skałę. Wyprostowałem się i uśmierzyłem cierpienie widoczne w dogorywających oczach jednym ruchem szczęk. Ciche westchnienie obwieściło śmierć obcego mi wilka. Jego źrenice się zaszkliły i straciły jakikolwiek wyraz. To właśnie była Śmierć. Przed chwilą prześlizgnęła się koło mnie, a ja dalej nie wiedziałem, jak wygląda. W tamtym momencie zastanawiałem się, czy w momencie umierania widzi się jej ucieleśnienie - a może samą Luirię? Czy bogini fatygowałaby się do pierwszego lepszego ziemskiego pomiotu, czy też wyręczałaby się posłańcami?
Znajomy krzyk przeciął mój spokój. Spero. Krótka chwila na oddech dobiegła nagle końca. Szarpnąłem ciałem. Zmusiłem się do ponownego ruchu, odwróciłem na łapach. Nie musiałem się zastanawiać ani myśleć. Byłem jak maszyna.
Niczym sprężyna wystrzeliłem w przód. Zacisnąłem zęby na wbitym w szyję wadery przeciwniku, a pęd rzucił nami w bok. Z łoskotem i chrzęstem żwiru potoczyliśmy się pod ścianę. Próbowałem obezwładnić wroga, wygryzając sobie drogę do dominacji przez jego skórę. Szarpałem obce ciało, instynkt przetrwania i ból były kotwicą dla mojej świadomości, która pragnęła odbić od brzegu, gdy moja głowa raz po raz była brutalnie wciskana w grunt.
Zapach krwi, widok kurzu, dźwięk nienawisnego warczenia. Nagle basior, który znalazł się pode mną, szarpnął gwałtownie szyją. Mój uścisk puścił. Poczułem, jak mocne tylne łapy naciskają na mój brzuch. Wiedziałem, co nadchodzi. Ogromna siła cisnęła mną w ścianę, po której osunąłem się z metalicznym
łoskotem zbroi.
Pył osadzony na rzęsach zasłaniał powoli podnoszącą się postać. Kaszlałem, walcząc o oddech. Zupełnie, jakby ktoś związał mi przeopnę grubym sznurem i pozbawił żeber. W otumanionym umyśle nie panował jednak chaos. Wiedziałem, co muszę zrobić, gdy nad moją głową pojawiły się srebrne , mgliste włócznie, wywołane przez mojego przeciwnika. Miałem jedynie mniej czasu na reakcję. To wszystko.
Zacisnąłem mocno zęby. Ślina wyparowała z sykiem, gdy z nagle otwartego pyska wystrzeliła kula ognia. Ugodziła ze świstem stojącego przede mną basiora. Siła pocisku rzuciła nim głucho o ziemię.
Wrzaski przebiły się przez charmider walki. Zapach krwi, potu i moczu przyćmił smród palonego ciała. Porywacz rzucił się na ziemię. Wił się. Tarzał. Pełzał. Nie płakał mimo niewyobrażalnego cierpienia. ,,Jest w zbyt wielkiej agonii, czy łzy od razu parują?".
Stałem tak przez chwilę, patrząc zszokowany, jak przede mną spazmatycznie wyje mój przeciwnik. Po raz pierwszy w tej walce mnie zmroziło. ,,Co... Co ja zrobiłem?".
Kat. Morderca. Zwyrodnialec.
,,Nie. Uspokój się i przerwij to cierpienie. Uratowałeś jedno życie, teraz odbierz drugie. Przynieś sprawiedliwość".
Z najwyższym trudem zmusiłem się, aby odepchnąć emocje na bok. Na moją twarz z powrotem wstąpiło zacięcie i chłód, kiedy doskoczyłem do rzucającego się w agonii osobnika. Już chciałem okazać mu łaskę jednym, celnie wymierzonym w potylicę ciosem kamieniem, gdy nagle drgające ciało przeszył lodowy kolec. Spojrzałem w bok.
Spero stała na rozchwianych nogach, a jej bok, policzek i szyję znaczyła krew. Oddychała ciężko, a przygrywały jej przerywane jęki i szelest piachu przesuwanego przez drgające w agonii ciało.
Doskoczyłem do niej i przycisnąłem łapę do ziejącego rozcięcia. Wadera coś mówiła, ale w kakofonii krzyków, jęków i szczęku metalu nic nie zrozumiałem.
- Cisza - warknąłem, po czym szybko przypomniałem sobie, że jestem wilczycy winien wdzięczność. W końcu gdyby nie jej bariera, nie zdołałbym uniknąć pewnego za późno dostrzeżonego pocisku rozgrzanego powietrza wycelowanego w moją stronę. Byłem zbyt zaaprobowany walką z jedną samicą, aby dostrzec, że znalazłem się na celowniku maga. Gdyb nie osłonia niebieskookiej, mojego boku nie pokrywałaby już skóra. - Nic nie mów.
Nagle jednak mój wzrok skierował się za magiczkę.
Widok spowodował kolejny paniczny wyrzut adrenaliny. Ciało spięło się mimowolnie, gdy mózg rozpoznał śmiertelne zagrożenie. Źrenice się skurczyły. Serce stanęło.
- Padnij!
Skoczyłem towarzyszce na grzbiet, przyciskając niebieskie ciało do podłogi swoim ciężarem. Zakryłem drobną głowę, wciskając ją łapami w grunt i zamknąłem oczy, przytulając się do pokrytej kurzem czarodziejki. Usłyszałem, jak za nami wzrasta postawiona przeze mnie skalna ściana. Po chwili rozległ się wybuch.
Dzwonienie w uszach i szmer - tyle pamiętem z ogłuszającego zaklęcia, które roztrzaskało moją osłonę w drobny mak. Czułem jak coś lib ktoś poklepuje mnie po plecach. Dopiero później zrozumiałem, że to tak naprawdę był grad kamieni, który spadał na mój kręgosłup, a otumianiony mózg nie dopuszczał do siebie bólu.
W końcu wszystko ustało. Poczułem, jak Spero pode mną oddycha. Otworzyłem oczy.
Śwoat falował, kształty się zacierały. Ciężko było oddychać przez pył i ból żeber.
- Żałosne żołnierzyki - usłyszałem nad swoim uchem waderzy głos, który przebijał się przez wszechobecnie panujące wycie. Był dziwnie delikatny, przynosił ulgę, mimo że drżała w nim nienawiść. Mój stan nie pozwalał mi jednak tego dostrzec. W duszy prosiłem nieznajomą aby jeszcze się odezwała. Pragnąłem jej słuchać, pragnąłem, by odwróciła moją uwagę od tego chaosu. Jej mowa była niczym ciepłe, grube okrycie w morzu drzazg. Próbowałem podnieść łeb i spojrzeć na wrogą wybawicielkę.
Gwałtowny cios w potylicę rozniósł się echem po mojej głowie. Gdy kontury powoli traciły ostrość, zatapiając się w czerni, czemu akompaniował śpiew przerażonych krzyków Spero, usłyszałem jeszcze:
- Ale wy możecie mi się jeszcze przydać...

<Speroś? Here she comes >:D>

Słowa: 818 = 45 KŁ

niedziela, 14 czerwca 2020

Od Spero CD. Aarveda

Uwaga, opowiadanie zawiera miejscami brutalne sceny walki.


Słowa tych wilków zabolały. Bardziej, niż byłam skora przyznać. Dlaczego? Przecież nie powinno mnie to w ogóle obchodzić. To tylko głupie gadanie byle gadać, żeby ponarzekać na kogoś, być może wyładować skumulowane napięcie, wywołane zbliżającą się walką. A nawet gdyby faktycznie takie myśli chodziły im po głowie, jeśli faktycznie mieli po prostu potrzebę powiedzieć, co im leży na wątrobie odnośnie mojej osoby... W zasadzie nie powinno mnie to nic obchodzić. Nie każdemu będzie się zawsze pasować. Z resztą nie o to w życiu chodzi.
Niemniej, bolało mnie to. Każde ich raniące słowo wbijało się w mój umysł i serce niczym ostry, lodowy szpikulec, pozostawiając po sobie nieprzyjemny posmak. Już chyba bym wolała, żeby mówili mi to wszystko prosto w twarz, niż za moimi plecami acz na tyle głośno, że mimo wszystko mogłam co nieco dosłyszeć. A także w taki sposób, by słyszały to otaczające nas inne wilki. Było to takie trochę... Nieprzyjemne. Tym bardziej, że ich uwagi były bezpodstawne, bo do słabeusza, który nic nie robi poza byciem kulą u łapy, było mi daleko. Ale nie mogli o tym wiedzieć... Jeszcze.
Życie pisze nam różne, zwykle najmniej spodziewane, scenariusze. Wielu wrogów mamy przypisanych od urodzenia, innych, szczególnie w wojsku, wybierają nam za nas. Powinniśmy z rozwagą dobierać sobie własnych. Są w pewien sposób wyjątkowi. Te dzieciaki musiały się jeszcze tego nauczyć.
Wkroczyliśmy do tunelu. Odruchowo chciałam przyciągnąć do siebie tłoczącą się tu magię, by mieć ją w pogotowiu i móc wykorzystać niemal natychmiast w momencie, gdybyśmy zostali zaatakowani. Wiedziałam jednak, że może to zwrócić na nas uwagę. Nie wiedzieliśmy, czy w środku lub w pobliżu znajdują się jacyś magowie. Pozostało mi czekać i sięgnąć po magię dopiero, gdy będzie ona potrzebna... A więc gdy okaże się, że jeniec nas oszukał. Miałam skrycie nadzieję, że nie będę musiała się wysilać, bo to kiepsko by dla nas rokowało. Jeśli basior okłamał nas w kwestii tego, jak dostać się tu niepostrzeżenie, co mu szkodziło zapomnieć wspomnieć, że ten magazyn wypchany jest po brzegi magami, którzy mogą nas po prostu zmieść z powierzchni ziemi? Oczywiście, byliśmy przygotowanie do walki, w końcu wkraczało tu wojsko. Jednak... Dzieciaki miały do pewnego stopnia rację. Byłam jedynym magiem na cały oddział. Potężnym, okej. Ale, jak szło to powiedzenie? "Każdy żołnierz dupa, kiedy wrogów kupa?" Poza tym, nie byałam nigdy szkolona do walki. Mogłam zrobić wielkie bum w stylu Ash. Jednak pociągnęłoby to za sobą więcej trupów, niż tylko wrogich nam wilków. Nie miałam zamiaru narażać swoich obecnych kompanów. Trzeba będzie sobie w razie czego poradzić w inny sposób. Bardziej męczący, bo trzeba będzie rzucać zaklęcia wybiórczo, ale co to dla mnie?
Nagle moich uszu doszły krzyki, płacz, przekleństwa... Odgłosy walki. Coś musiało pójść nie tak, bo miałam wrażenie, że większość tych przeklinających głosów i dźwięków bólu była w jakimś znajomym mi tonie...
- Atakujemy - dowódca wydał krótki rozkaz, a podwładni mu żołnierze natychmiast ruszyli do przodu. Sięgnęłam w końcu po magię, rezygnując z dyskrecji, bo i tak już wiedzieli, że są atakowani. Przyciągając jej pasma do siebie, tworząc dookoła mojej osoby ciemnofioletowe macki, które wiły się wokół mnie, z pewnym marginesem błędu, ale generalnie nie przepuszczając nikogo w moje pobliże. To tak na początek, żeby w czasie, gdy będę skupiona na rzucaniu zaklęć, ktoś nie zaszedł mnie od tyłu i nie zaatakował, pozbywając oddział jedynego maga. W brew pozorom nie mogliśmy sobie na to pozwolić i nie uważałam tak, bo mam jakieś wielkie mniemanie o sobie ani nic podobnego. Po prostu stwierdzałam fakty, z których zdawała sobie sprawę prawdopodobnie większa część oddziału.
Przyspieszyłam do truchtu, starając się nadążyć za ruszającymi do walki wojownikami. Początkowo znajdowałam się na czele pochodu, ale w międzyczasie zostałam zepchnięta w jego środek. Miało to pewnie jakieś znaczenie strategiczne, choć dla mnie najistotniejsze było to, że w ten sposób mogłam wygodniej dosięgnąć magią każdego członka oddziału, wyczuć, kiedy będą potrzebowali pomocy.
- Pani Spero, bariera - padł kolejny rozkaz dowódcy, tym razem skierowany bezpośrednio do mnie. Skinęłam głową, wyrzucając z siebie słowa zaklęcia, które stworzyło dookoła oddziału półprzezroczystą barierę, dodatkową dodałam dookoła wilczego maga, żeby nam nie spierdolił. Bo mogłoby być kiepsko. Kolega telepata mógł pilnować jego myśli, z resztą jestestwa basiora mógł być problem. Dlatego wolałam to w jakiś sposób ubezpieczyć, nie chciałam ponownie stawać przeciwko niemu do walki. Każdy dodatkowy przeciwnik to większa szansa na porażkę.
Odruchowo zaczęłam szukać wzrokiem w oddziale rogatego basiora, z którym to wszystko zapoczątkowaliśmy. Który wstawił się za mną, gdy dzieciaki zaczęły się ze mnie naśmiewać. Byłam mu za to naprawdę wdzięczna, choć jeszcze nie było okazji podziękować. Miałam nadzieję, że  obydwoje wyjdziemy z tego cało i jeszcze to nadrobimy.
Teraz więc musiałam się skupić, żeby niczego nie spierniczyć.
Walka rozpoczęła się na dobre, nim zdążyłam się dokładnie połapać w nowej sytuacji, w którą zostałam wrzucona. Działo się sporo, więcej, niż pamiętałam z walk, w których brałam do tej pory udział. Może dlatego, że brało w niej udział więcej jednostek, elementów, w których było zbyt wiele niewiadomych. Ciężko było przewidzieć wszystkie ruchy każdego z przeciwników. Było tego po prostu za dużo. Szybko szło się zdekoncentrować, zapomnieć o obserwowaniu jakiejś części otoczenia. Wiele można było stracić w wyniku zwykłego błędu czy niedopatrzenia.
- Spero, uważaj! - usłyszałam nagle znajomy głos, choć znacznie głośniejszy, bo musiał przebić się przez zgiełk bitewny. Aarved wystrzelił mi gdzieś z boku, rzucając się na wilka, który widać próbował się na mnie zasadzić, gdy zwarta kolumna wojska rozluźniła się. Każdy zajęty był sobą, każdy musiał dbać o własną skórę, by przeżyć i wyjść z tego cało. No i kto by się poświęcał dla niewyszkolonego w boju maga...?
Za dużo myślałam, analizowałam. Już któryś raz się na tym złapałam. W czasie walki trzeba działać szybko, często bardziej instynktownie, niż w wyniku logicznego rozumowania, co się bardziej opłaca...
Gdy kolejny wilk się na mnie rzucił, ponownie go nie zauważyłam. Pewnie nie zrobiłby mi większej krzywdy, bo byłam otoczona barierą, jednak na pewno wybiłby mnie ze skupienia, jakie osiągnęłam, wręcz machinalnie rzucając zaklęciami na prawo i lewo, raz za razem likwidując magów, którzy znajdowali się po drugiej stronie tego konfliktu. Ponownie załatwił go Aarved, nadziewając go na swoje rogi. Kilku wojowników, którzy się na mnie rzucili zaraz potem, pozbyłam się wystrzeliwując w ich stronę lodowe kolce. Gdy wylądowali bez życia na ziemi, wyglądali jak poduszki na igły... Makabryczny widok. Jednak średnio mnie to ruszyło. Chyba się przez lata znieczuliłam.
- Uważaj na siebie - mruknął Aarved, dopadając do mojego boku. Stanął za mną, gotowy do walki, uważając na otaczające mnie wstęgi magii. Wzajemnie osłanialiśmy swoje plecy, wspieraliśmy się w walce... Nie wiedziałam, czy dowództwo go tu wysłało, czy sam podjął decyzję osłaniania mnie. Ale nie miało to większego znaczenia w tamtym momencie - grunt, że tu był, że mgoliśmy się nawzajem wspierać i osłaniać.
- Uważam - mruknęłam, posyłając kolejnego przeciwnika do piachu... dosłownie, bo przy pomocy zaklęcia otwierając grób pod jego łapami, do którego wpadł przeciwnik, a z którego zaraz wylazł trup... Jęknęłam cicho, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że całkiem świeży. I młody. Wątpiłam, by martwy basior w chwili śmierci miał więcej niż dwa lata...
- Co... to jest? - usłyszałam za sobą zduszony jakby przerażeniem głos Veda, ale nie miałam czasu mu odpowiadać. Musiałam szybko zareagować, posłać truposza do walki, żeby przeciwnik nie znalazł czasu na wylezienie z grobu, do którego przed chwilą wpadł. Nie lubiłam tego zaklęcia, naprawdę go nienawidziłam. Ale czasami nie było innej opcji.
Bo podniosłam trupa go z martwych w zasadzie nie dlatego, żeby w jego miejsce wpadł mój przeciwnik. Ta część wyszła zupełnym przypadkiem, napastnik po prostu tamtędy przechodził. Ciało martwego wilka powołałam z powrotem do życia, żeby ruszył na ratunek tym dwóm podrostkom, które wcześniej się ze mnie naśmiewały... Pokierowałam wskrzeszeńca w stronę wrogich wilków, które zaatakowały tę dwójkę. Było ich zdecydowanie więcej, niż dwa ledwo wyrośnięte skurczybyki były w stanie ogarnąć i pokonać. Trup zaatakował dwóch z atakujących ich wilków, jednego młodziki powaliły wspólnymi siłami, kolejnych dwóch sparaliżowałam zaklęciem, ostatniego natomiast nabiłam na ostry, lodowy szpikulec, który wyrósł mu dokładnie pod brzuchem, pod idealnym kątem przechodząc pod żebrami, przez serce i płuca, dalej szyją, by zakończyć swoją podróż, wychodząc z drugiej strony wilka, przez jeden z jego oczodołów. Widziałam, jak parka gwałtownie blednie na ten widok. No cóż, tak, nie należał do najprzyjemniejszych, trzeba przyznać. Za to sposób był skuteczny. I spektakularny.
Zaraz po tej akcji musiałam ponownie przenieść swoją uwagę bliżej mnie (tamte wydarzenia rozegrały się w pewnej odległości od miejsca, w którym znajdowaliśmy się z Aarvedem). Kolejne chordy przeciwników zbliżały się, na jednym z balkonów, jakie naturalnie posiadała jaskinia, dostrzegłam kolejnego maga, którego wargi poruszały się, pewnie wypowiadając zaklęcie, a wzrok utkwiony był we mnie. W sekundę postawiłam między nami magiczną barierę, od której odbiło się jego zaklęcie, sama przywołałam natomiast w odwecie latającą maszkarę, która odwiedziła mnie w moim ostatnim śnie... Pojawiła się tuż nad głową maga, zwisając głową w dół z sufitu. Nim zdążył się połapać, co się dzieje, latający potwór o szczękach, w których bieliło się sześć rzędów ostrych zębów, skoczył na niego, natychmiast biorąc jego głowę w całości do wielkiej, rozciągliwej gęby. Wrzask, przepełniony bólem i przerażeniem, przetoczył się przez jaskinię, a ja odwróciłam na moment wzrok. Gdy tylko wrzaski ucichły, rozległo się natomiast bardzo głośne mlaskanie. Odetchnęłam głęboko i zdematerializowałam koszmar, by na pewno nie wyrwał mi się spod kontroli atakując każdego po kolei, jeśli tylko nie skupię na nim wystarczającej uwagi.
I gdy ja nadal przeżywałam to, co właśnie zrobiłam (wciąż nie do końca oswoiłam się z tą nową mocą i, często brutalnymi, efektami, jakie ze sobą niosła), nie zauważyłam, jak kolejny przeciwnik, zwykły wojownik, a jednak z elementem zaskoczenia równie niebezpieczny, jak mag, rzucił się na mnie, celując od razu zębami w tętnicę szyjną. Jakimś cudem zdołałam przesunąć się tak, że spudłował, zaledwie o milimetry od tego ważnego naczynia w krwiobiegu. Mimo to z rozciętej kłami skóry chlusnęła krew, brocząc posadzkę i moją sierść... Niby zdobyłam materiał do rzucania bardzo potężnych zaklęć, a jednak na niewiele mi się to w tamtej chwili zdało.
Przetoczyłam się z przeciwnikiem uczepionym mojej szyi kawałek po podłodze. Z gardła wydarł mi się głośny jęk bólu, gdy kilkakrotnie większy ode mnie basior na koniec tej kotłowaniny jeszcze przygniótł mnie całym ciężarem ciała do podłogi i mocniej zacisnął szczęki. Nie mogłam złapać tchu, zaczynałam tracić ostrość widzenia... Chciałam krzyczeć, ale z mojego gardła wydobyło się tylko ciche, przepełnione bólem skamlenie.
Śmierć zajrzała mi w oczy, a ja nie mogłam nic z tym zrobić, zbyt byłam przerażona, by choć poruszyć jakąkolwiek kończyną. Zrobić cokolwiek, by powstrzymać zbliżający się w zatrważająco szybkim tempie koniec.

<Vedziu? Trzeba Spero uratować ;P >

Słowa: 1737 = 131 KŁ

sobota, 13 czerwca 2020

Od Aarveda CD. Spero

- Możesz już sam chodzić? - głos dowódcy poniósł się po kanionie. Mimo że nie był on głośny, wszystkie pary oczu skierowały się na jego właściciela. Dopiero po chwili Aarved zorientował się, że kapitan mówił do jeńca. W jego tonie była dziwna, lekko drżąca nuta przepełniona poczuciem wyższości i wzgardy. Rogacz dopiero po chwili ją zauważył, a świadomość jej obecności sprawiła, że po grzbiecie przeszedł mu dreszcz.
- Jeśli ona mnie wypuści, to pewnie tak - warknął porywacz w stronę Spero. Ta fuknęła i po chwili więzień upadł na kamień z cichym jękiem. Udało mu się jednak stanąć na nogach, mimo że trząsł się niczym młody jelonek urodzony w śnieżycę.
- Świetnie - mruknął przywódca. - Ferionie, kontroluj jego umysł.
- Tak jest, panie - skłonił się telepata.
- Z przesłuchania wiemy, że mamy do czynienia z trzema wejściami do magazynu - zaczął wyjaśniać wysoki basior. Jego głos był cichy, ale powodował, że wszystkim przebiegły ciarki po ciele. Nagle każdy wojownik poczuł, że chwila walki jest bardzo blisko. Jak jeden organizm, niczym komórki spinające mięsień przygotowujący się do skoku, wilki się wyprostowały. Uszy postawione, twarze poważne. Oto nadchodził ten moment. Te słowa z jakiegoś powodu sprawiły, że żołnierze stanęli na baczność i w pewnej gotowości. Te słowa uświadomiły im, że nie ma już powrotu - jeśli mają umrzeć, to umrą. I nie są w stanie uciec przeznaczeniu. Jedyne, co mogą zrobić, to upewnić się, że popełnią jak najmniej błędów - a może wtedy ominie ich śmierć.
- Jeniec wyznał, że jedynie dwa są na tyle duże, aby poruszało się nimi wojsko. Trzecim pójdą skrzydlate wilki. O waszym zadaniu już rozmawialiśmy. Pani Spero, Ferion oraz więzień pójdą z główną częścią oddziału. Dzięki umiejętnością naszego maga - Tutaj ukłonił się nisko w stronę niebieskiej wadery. - Będziemy się informować nawzajem o wszelakich pułapkach za pomocą kamieni magicznych działają jak oczy Sampark. Porywacz już podał nam ich lokalizację i każdej grupie przewodzić będzie osoba, która weszła w posiadanie kryształów oraz rozpiski z rozmieszczeniem zasadzek. Jeśli nasz więzień nas okłamał, zapłaci za każdego zranionego wojownika. Najpierw palcem, potem wszystkimi pozostałymi, a następnie całą kończyną. Oraz paroma innymi częściami ciała.
Spojrzał na roztrzęsionego wilka. Wzrok zimnych oczu wydawał się namacalny i ostry niczym miecz. Przeszywał ciało pojmanego osobnika, co spowodowało, że jego ciało ogarnęły jeszcze silniejsze drgawki. Kapitan i jeniec - niczym ofiara i drapieżnik - wpatrywali się w siebie. Jeden z czystym przerażeniem bijącym spomiędzy powiek, a drugi - spojrzeniem sulverry cieszącej oczy zwijającą się w cierpieniu ofiarą, której przyszło oszaleć z bólu i strachu, zanim morderca litościwie ją zabije i zakończy cierpienie, kiedy przestanie go już bawić.
Wojownicy stali przez chwilę, przypatrując się tej scenie, a przez głowę każdego jednego wilka przebiegła ta sama myśl: ,,bogowie, dobrze, że to nie ja jestem na miejscu tego jeńca". Jasne było, że nikt nie chciał, by tak zimne i przerażające spojrzenie spoczęło na jego twarzy - a szczególnie żołnierz, który przez wiele lat walczył o iskrę uznania we wzroku posłanym mu przez dowódcę. Minęło kilkanaście sekund i zebrani się otrząsnęli. Momentalnie podzielili się na dwie części i stanęli w szeregu, możliwe, że odrobinę zbyt szybko, aby wyglądało to naturalnie. Dało się poczuć nagłe zagęszczenie atmosfery.
Aarved znalazł się w tym samym odłamie wojska, co Spero, nieco dalej niż ona, albowiem magiczka zajęła miejsce na samym przedzie pochodu. Zaczął się powolny, przytłaczająco cichy marsz w stronę jaskini lwa. Rogacz zanurzył się w swoich myślach. Niestety, nastroje panujące wśród otaczającego go tłumu nie były zbyt pozytywne. Napięcie. Strach. Przygnębienie. Determinacja. Czy sam Ved się bał? Cóż, ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Fakt, że ratował szczenięta i pomagał umocnić panowanie Królestwa napawał go dumą, ale wojownik nie potrafił strząsnąć z siebie niepokoju. Sama świadomość tego, że zaraz stanie się coś, czego przebiegu nie jest w stanie przewidzieć, spowodowała gwałtowne przyspieszenie tętna. Był bezradny. Jak niby miał się na to przygotować? Skąd miał wiedzieć, że jest gotowy? Pozostało mu jedynie zaufać losowi i uwierzyć, że dane mu będzie oglądać kolejny zachód słońca. Nieważne bowiem, ile trenował, ilu rzeczy się wyrzekł - całe jego życie, nadzieję i dokonania zaraz mogą rozpaść się w pył i popłynąć z wiatrem. Jak to jest umierać?
Umierać jest przygnębiająco. Zdajesz sobie sprawę, że nigdy już nie poczujesz wiatru na skórze, śniegu pod łapami czy dotyku wadery. W chwili ostatecznej tęskni się nawet za bólem, smutkiem, kłótniami i strachem. Wilk zdaje sobie sprawę, że to wszystko, co dotychczas czyniło go wilkiem, rozum, uczucia, litość, zdrada i poczucie sprawiedliwości, nie mają żadnego znaczenia. Może i potrafi wznosić i burzyć budowle, panować nad żywiołami, tworzyć coś z niczego i podporządkować sobie zwierzęta, ale... W obliczu ciosu w głowę, zalanych płuc, przebitego serca czy kilku minut bez tlenu jest wart tyle samo, co inne stworzenia, które uważał za niższe. Mimo że wilki myślą o sobie jak o kimś ,,wyższym", ,,lepszym" i ,,wybranym przez bogów", w chwili ostatecznej ta ,,wyższość", ,,lepszość" i ,,wybranie przez bogów" okazują się nic nie warte. A skoro tak, to może nigdy nie były wartościowe? Skoro nie potrafią pokonać krwotoku czy niewydolności organów, to... Co sprawia, że są istotne w życiu?
Nagle jednak coś wyrwało go z rozmyślań. Cichy szept.
- No właśnie nie wiem. Nic dotąd nie zrobiła.
Basior rozejrzał się i ujrzał, że mówi to młodzik idący po jego prawej. A właściwie nie młodzik, bo to była wadera. Kto zabiera takie dzieciaki na misję? Ledwo przestały być kadetami i mają jeszcze mleko pod nosem. Wilk przewrócił oczami.
- Trochę to żałosne, że zamiast wyszkolonego maga wojskowego dają nam do obrony kogoś takiego - odparł drugi dzieciak, idący koło swojej koleżanki. Aarved poczuł nagłą irytację. Zauważył, że niebieskie uszy zwróciły się w ich kierunku.
- Nie chcę umierać przez coś takiego. To się nie mieści w głowie, że dowództwo o nas nie dba. Ile nas jest? Sześćdziesiąt? Siedemdziesiąt? I na to wszystko jeden, niewyszkolony mag?
Sierść na błękitnym karku się uniosła. Z jakiegoś powodu beżowe futro na szyi basiora również.
- A tak w ogóle, to ona...
Rozległo się ciche tąpnięcie, kiedy Aarved strzelił waderkę w tył głowy. Ta się zachwiała lekko i spojrzała na niego z wściekłością, ale kiedy zobaczyła ostry wyraz pyska basiora, pewność siebie zniknęła z jej oczu.
- Erionie - rogacz zwrócił się cicho, lecz ostro, do basiora idącego obok kolegi bezczelnego dziewuszyska. - Czy mógłbyś...
- Z przyjemnością - warknął Erion i wymierzył porządne trzepnięcie podrostkowi.
- Co do...
- To jest towarzyszka waszej podróży - warknął Aarved, zniżając głos. - I nie powinno was obchodzić, czy jest szkolona do wojska. Od momentu, w którym jej łapa stanęła w szeregach tego oddziału, winniście okazywać jej szacunek tak, jak każdemu innemu wojownikowi. Jest teraz jedną z nas, rozumiecie? Jest prawdopodobnie o wiele lepsza w walce niż wy, ledwo wyrośnięta gówniarzerio, a jakoś nikt nie narzeka na waszą obecność tutaj. Jeśli mcie jakieś zażalenia dotyczące składu oddziałów lub jego wyszkolenia, idźcie do dowództwa. Skoro macie odwagę obgadywać swoich pobratymców za ich plecami i w otoczeniu innych wilków, to na to też powinniście się zdobyć. A teraz zamknijcie się, bo wasze karygodne zachowanie zmusiło mnie do przerwania ciszy.
Szczenięta zamilkły, najwyraźniej bardziej z obawy przed kolejnym ciosem potężnej, szerokiej łapy, aniżeli ze wstydu. Aarved jednak nie zamierzał tracić na nich więcej czasu. Fuknął jedynie, bo nigdy nie tolerował u młodzieży takiego zachowania i spojrzał przed siebie. Ujrzał otwór w skalnej ścianie.
Usłyszał krzyki, płacz i przekleństwa.
Dotarli.

<Spero?>

Słowa: 1192 = 79 KŁ

poniedziałek, 25 maja 2020

Od Spero CD. Aarveda

Kontrola umysłów nigdy nie była czymś, co lubiłam ani co dobrze mi wychodziło. Poza tym... nie byłam w stanie przejąć kontroli nad czyimś umysłem w sposób, w jaki potrafiły to niektóre z wilków władających żywiołem Umysłu. Ja nawet nie do końca kontrolowałam teraz umysł maga. Kontrolowałam jego ruchy, przy odrobinie wysiłku mogłam go zmusić do powiedzenia czegoś, jednak nie kontrolowałam jego myśli, nie mogłam ich czytać ani nic podobnego. On moje tak, bo był telepatą. To znaczy - mógłby, gdyby nie był naćpany niemal do nieprzytomności i gdybym nie umiała skutecznie bronić się przed grzebaniem obcych sił w mojej głowie. Plus dochodził brak doświadczenia we władaniu tym zaklęciem. Natrafiłam na nie dopiero po tym, jak wróciłam do siebie, do mojej jaskini w Dystrykcie I. Poćwiczyłam przez te kilka dni na Valentine'ie i napotkanych w okolicy zwierzątkach. Szło mi nieźle, Valentine mówił, że bycie pod wpływem tego zaklęcia jest dość dziwne, ale faktycznie działało - wiedziałam o każdym jego posunięciu, mogłam kontrolować ruchy jego mięśni... Ale nadal nie była to telepatia, tylko czarnomagiczny rytuał. Który nie bez powodu został już lata temu zakazany... Przez co w zasadzie o nim zapomniano. Więc nikt nie skojarzył, że coś w zaistniałej sytuacji nie gra... Poza Aarvedem.
Ale to dla dobra szczeniaków. Poza tym - czym ten rytuał różni się od zaklęć stosowanych przez telepatów? Tylko tym, że zwykle się nie wie, że jest się pod wpływem telepaty, a tutaj jest to raczej dość oczywiste dla osoby pod jego wpływem... Ale dla tego maga nie powinno mieć to znaczenia. Był zbyt naćpany, by zauważać, co się dzieje w okół niego.
Tak, przyznaję, mój system wartości był nieco inny niż większości wilków, być może w pewien sposób nawet zachwiany, nieco niemoralny. Ale przez to bardziej życiowy. Nikt z nas nie jest nieskazitelny, każdy ma coś na sumieniu. Grunt to wiedzieć, i rozumieć, że się robi niemoralnego. Zdawać sobie sprawę, że podejmowanie niektórych kroków powinno mieć tylko i wyłącznie charakter rozwiązania ostatecznego.
Pierwszej nocy w otoczeniu wojowników niemal nie zmrużyłam oka. Nawet nie przez to, że znajdowałam się w obcym miejscu wśród obcych wilków. Po prostu, pozbawiona dostępu do moich eliksirów nasennych, z których musiałam zrezygnować między innymi ze względu na ten rytuał, który wymagał ode mnie choć najmniejszego zaangażowania mózgu. A ten eliksir, który przyjmowałam na co dzień, wyłączał go całkowicie. No... mniej więcej. Kwestią, jak dokładnie działa, mógł się raczej zająć medyk, nie mag-zielarz hobbysta.
W każdym razie, zastępczy, słabszy specyfik nie zadział do końca tak, jak powinien. Zrobiłam się po nim śpiąca, nawet na moment zasnęłam... Ale potem pojawiły się sny. Które bardzo szybko przemieniły się w koszmary. O dziwo, zamiast wydarzeń z mojej przeszłości, w ich centrum znalazły się porwane szczeniaki. W żaden sposób koszmary nie były przez to łatwiejsze do zniesienia... Wręcz przeciwnie.
Dlatego rano byłam półprzytomna, choć starałam się to ukryć najbardziej, jak byłam w stanie. Częściowo się chyba nawet udało, bo nikt przez pozostałą część wędrówki nie zapytał, czy wszystko w porządku. Lepiej dla mnie. Skupiałam się na utrzymaniu zaklęcia na coraz bardziej ogarniającym rzeczywistość magu. Coraz częściej zauważałam, że jego spojrzenie zaczynało łapać ostrość, patrzeć na obiekty i je dostrzegać, nie tak, jak do tej pory. Zaczynałam się niepokoić, że może coś odwalić, dlatego jeszcze bardziej wzmocniłam mentalne mury obronne.
Potem dotarliśmy w końcu do podnóża wulkanu Razjela.
- Jeniec pójdzie z nami - zarządził dowódca, spoglądając na mnie. - Będzie nas dalej kierował już w środku, żebyśmy nie musieli spędzać tam więcej czasu, niż to konieczne. Ale podczas wchodzenia będzie się z nim pani trzymała z tyłu, Spero.
Powiedział to nieznoszącym sprzeciwu tonem, dlatego nawet nie próbowałam oponować. Choć naprawdę nie uśmiechało mi się chować za tymi wszystkimi wilkami, gdy oni będą być może narażać życie... Spojrzałam kątem oka na Aarveda, który, miałam wrażenie, szczególnie starał się mnie mieć na oku. Nie wiedziałam, czy bardziej mnie to irytowało, czy uspokajało. Nie lubiłam być traktowana jako ta gorsza. Ta, która nie potrafi sama o siebie zadbać. Naprawdę nie byłam pierwszym lepszym wilkiem z łapanki, choć tak mogłoby to wyglądać, w rzeczywistości nie raz musiałam stawać do walki z potężniejszymi przeciwnikami, dla magii ilość nie miała większego znaczenia. Przynajmniej mojej. Może nie zostałam magiem bojowym, ale to jeszcze nic nie znaczy. A na pewno nie świadczy o moich umiejętnościach bojowych, o czym towarzyszące mi wilki widocznie ciągle zapominały...
Ale nic to, nie było sensu z nimi dyskutować. Wiedziałam to po moich doświadczeniach z Lysem - wojownicy bywali uparci. I jak skrzydlatemu basiorowi mogłam przemówić do rozsądku i strzelić go w głowę za traktowanie mnie jak ułomnej, tak towarzyszącym mi w tym momencie wilkom... no nie bardzo. Nie wypada.
Rozpoczęliśmy poszukiwania. Musieliśmy znaleźć wejścia do bocznych odnóg, najlepiej jak najszybciej, żeby zminimalizować ryzyko wykrycia naszej obecności przez wilki, które mogły przebywać w magazynie. Liczył się czas.
Nie tylko w tej kwestii z resztą. Z każdą chwilą czułam, że więziony przez nas i moje zaklęcie mag coraz bardziej odzyskuje kontrolę nad sobą, zaczyna zdawać sobie sprawę ze swojego położenia... przez co próbuje kombinować.
Poczułam uderzenie w moją mentalną barierę. Zareagowałam instynktownie, skupiając się na najobrzydliwszej, najbardziej odstraszającej rzeczy, która przyszła mi do głowy, by zaraz wypuścić ją na łaskę maga. Rzucił się na nią jak głodujący na kawałek strawy... By zaraz już tego pożałować.
Widziałam, jak się wzdryga, przenosząc na mnie gwałtownie zszokowane spojrzenie. Rozkazałam mu zostać w tej pozycji, patrzeć mi w oczy, by widzieć, jak w jego pojawia się zrozumienie. Oraz strach. Strach przede mną, tym, co miałam w głowie i do czego byłam zdolna...
Teraz mogłam mieć jako taką pewność, że nie będzie niczego więcej próbował. Czułam jego strach, związany nie tylko z tym, co zobaczył, a pokazałam mu podnoszące się z ziemi trupy, które przywołałam, podczas walki z Magiem, który więził mnie przez większość mojego życia. Bał się tego, co mogłam mu zrobić, gdyby postanowił uciec albo okazać jakąkolwiek inną formę nieposłuszeństwa.
Strach był czasami lepszą gwarancją czyjegoś posłuszeństwa, niż najpotężniejsze nawet zaklęcie pętające umysł.
- Chyba to mamy - rozległo się nagle czyjeś niegłośne wołanie, które przerwało kontakt wzrokowy mój i więźnia. Ale teraz znowu zaczęłam czuć, że mam nad jego ciałem całkowitą kontrolę. Nie mógł uciec, nie powinien się stawiać. Przyjął swój los. Bo nie chciał zginąć.
Grupa, w której się znalazłam, ruszyła w kierunku miejsca, skąd dobiegło nas wołanie jednego z wojowników. Gdy nie ruszyłam natychmiast za nim, zamarudziłam moment, by jeszcze raz zerknąć na maga, poczułam szturchnięcie czyjejś łapy w grzbiet. Wzdrygnęłam się lekko i odwróciłam głowę, by spojrzeć na rogatego basiora.
- Nie zostawaj w tyle - polecił Aarved szeptem.
Skinęłam lekko głową. Skupiłam uwagę na połączonym z moim umysłem maga i, niczym prowadzoną na sznurkach marionetkę, zmusiłam go do wstania z zajmowanego wcześniej miejsca i ruszenia za nami.
Mimo wszystko musieliśmy mieć na niego oko. A tam w środku mógł nam się przydać.

<Aarved?>

Słowa: 1123 = 76 KŁ

niedziela, 24 maja 2020

Od Aarveda CD. Spero

Basior spojrzał kątem oka na Spero spod zmarszczonych brwi. Może i nie był najbystrzejszym wilkiem w Królestwie, ale doskonale pamiętał, jak wadera twierdziła, że nie potrafi władać umysłami. Pytał ją o to zaledwie parę dni temu, gdy udało im się pokonać teraz zamroczonego maga, który leżał związany na wozie ciągniętym przez innego wojownika. Może postanowiła uzupełnić swoją wiedzę przez ten czas i nauczyła się nowego zaklęcia?
- Rozumiem - powiedział tylko. Trochę żałował, że wilczyca nie zechciała mu wytłumaczyć dokładniej działania swojej magii, bo droga zapowiadała się na bardzo długą i mozolną, ale nie mógł zmusić Spero do rozmowy. Może najzwyczajniej w świecie musi skupić się na panowaniu nad mocą? Albo nie ma ochoty na dyskusję. Nie wiedział, jak dobrą ma kondycję, jednak jeśli nie była ona najlepsza, rozmowa mogła jedynie pogorszyć sytuację.
Mimo że wyruszyli wcześnie rano, droga do wulkanu dłużyła się nieznośnie. Transport jeńca jak i dobranie odpowiedniego tempa dla niewprawionej w boju magiczki znacznie opóźniał przemarsz. Dodatkowo w grę wchodziła konieczność przemieszczenia sporej liczby wilków w taki sposób, aby jak najmniej rzucały się one w oczy - z tego powodu często dzielili się na mniejsze grupki, które szły różnymi ścieżkami. Pod wieczór oddział zatrzymał się w jednej z jaskiń, z której widać było wygasły krater i zamarznięte jezioro. Nie byli daleko - jeśli wyruszą przed świtem, powinni dotrzeć do celu przed południem. 
- Tutaj zatrzymamy się na noc - rozkazał dowódca, kiedy wojownicy stanęli przed nim w lodowej jaskini. - Odpocznijcie trochę, ale nie rozpalajcie ognia. Magia również jest zakazana, mogą wykryć jej użycie. Warta będzie zmieniana co dwie godziny, a zwiadowcy wyruszą w trasę po zapadnięciu zmroku. Macie sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu i czy nikt nas nie szpieguje, rozumiecie? Bądźcie niewidoczni, nie dajcie się złapać. Powodzenie całej misji zależy od waszych umiejętności.
Trzy czarne wilki pokiwały głowami i zaczęły rozkładać posłania, aby upolować chociaż odrobinę snu przed zachodem słońca.
- A jeśli chodzi o całą resztę, macie zachować bezwzględną ciszę, zrozumiano? Pani też to dotyczy, Spero.
Cały oddział skłonił się nisko jak jeden organizm, zrobiła to również wspomniana wilczyca, po czym wszyscy rozeszli się po jaskini. Aarved odpiął dwie duże torby od szerokiego paska utrzymującego skórzaną, wzmacnianą matowym metalem zbroję i zaczął się rozpakowywać. Porywisty, przeszywający ciało do szpiku kości wiatr zapowiadał mroźną noc. Z tego powodu basior martwił się o Spero. Była wyraźnie zmęczona, ale radziła sobie dzielnie, przygotowując swoje łoże nieopodal. Aarved wstał i podszedł do niej.
- Nie chcesz położyć się nieco bliżej? - szepnął cicho. - Możesz się rozłożyć między innymi wilkami, będzie nam razem ciepło, a nie mamy ognia ani magii i musimy sobie jakoś radzić. 
Niebieska wilczyca spojrzała na niego i po chwili namysłu kiwnęła głową, po czym zgarnęła swoje rzeczy i zaczęła szukać wolnego skrawka skały w centrum grupki szykujących się na spoczynek wilków. Rogacz odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, jak jedna z wojowniczek odsuwa się, aby zrobić magiczce miejsce i uśmiecha się serdecznie do niej. Miał nadzieję że to przyniesie jakieś rezultaty. ,,Pingwiny robią tak od zawsze. W naszym przypadku to też powinno działać, prawda?", pomyślał zielonooki. 
Posiłek spożył w milczeniu. Krwawe niebo powoli gasło, stopniowo zamieniając jaskrawą czerwień na niewyraźny róż, a potem na mdłą szarość, która w końcu przeszła w granat. Nieprzebytą ciemność przecinały liczne gwiazdy oraz biała tarcza księżyca. Niebo tej nocy było wyjątkowo czyste. Przecinała je jasna smuga złożona z milionów jasnych punkcików - widoczna część galaktyki. Od czasu do czasu ciemną zasłonę przecinał warkocz spadającej gwiazdy, podróżnika biegnącego po nieboskłonie. Komety zawsze przypominały cętkowanemu wilkowi o konieczności cieszenia się chwilą. Żyły krótko, ale jakże efektownie. Kilka sekund, pięknych, jasnych sekund, które zachwycały wiele innych, o wiele dłużej żyjących istnień. A potem jasny łuk znikał. Spadająca gwiazda umarła. Cicha, jasna śmierć.
Takie chwile jak ta, gdy wilk leżał w obcej, skutej lodem jaskini i patrzył na rozgwieżdżone niebo, napawały go spokojem. Słyszał spokojne oddechy swoich towarzyszy z oddziału i ciche jęki wiatru, który przeczesywał gałęzie rosnących nieopodal świerków i po prostu cieszył się pięknym widokiem, dotykiem mocnej zbroi na swoim grzbiecie, a nawet kamieniami, które boleśnie wbijały mu się w brzuch przez skórę jelenia służącą za posłanie. Miał wrażenie, że świat się zatrzymał, tylko po to, aby zapewnić trochę komfortu młodemu wojownikowi.
Myślał o śmierci. Jak to jest umierać? Czy wtedy wszystko znika, nawet strach? A może wręcz przeciwnie. Nie wiedział, ale nie czuł niepokoju, mimo tego, że zdawał sobie sprawę, że to może być ostatnia noc w jego życiu. Rzadko denerwował się przed misją. Może pogodził się z tym, że śmierć w walce to jego przeznaczenie - nawet jeśli miało ono nadejść boleśnie szybko. Może w jego głowie ciągle tkwiła drzazga ,,zawsze mam szczęście, nic mi się nie stanie"? Głupia, szczenięca pewność siebie. Nie wiedział, co odczuje, gdy w końcu przyjdzie jego koniec. Strach? Ulgę? Ból? Smutek czy radość? Nikogo nie mógł spytać, nigdzie nie mógł o tym przeczytać; istniał tylko jeden sposób, aby się tego dowiedzieć. Wiedza ta mogła poczekać. W końcu i tak do niczego mu się już nie przyda, kiedy w końcu ją nabędzie.
I tak zasnął, ukołysany do snu myślami o umieraniu i wsłuchany w ciche szepty zimnego powiewu przepływającego między jego rogami. Następnego dnia wojsko wstało przed wschodem słońca i błyskawicznie ruszyło w drogę. Aarved uważnie obserwował Spero, aby mieć pewność, że nadąża za tempem wojowników. Miała pewne trudności, aby szybko się spakować bez użycia magii, ale sąsiadka, która poprzedniego wieczoru ustąpiła jej miejsca, pomogła szybko się zorganizować. Basior odczuł pewną ulgę. Jak na razie magiczka radziła sobie bardzo dobrze. Powtarzał to sobie w głowie, próbując zdusić wypełzające z najciemniejszych zakamarków jego umysłu myśli, które przypominały mu, w jak dużym niebezpieczeństwie znajduje się wilczyca. Wierzył, że Spero jest świetnym magiem i tej wiary się trzymał.
Mimo że poranek, który rozlał się różem i fioletem po górach, był niemal równie piękny i spokojny jak noc, Aarved zaczynał odczuwać narastające powoli w oddziale napięcie. Nie miał się czemu dziwić - chyba wszyscy mieli świadomość z tego, jak pilna to była misja, skoro wyruszyli zaledwie kilka dni po pojmaniu porywacza, a dowództwo nie zaczekało, aż będzie dostępny mag wojskowy. Bardzo się pospieszyli z wysłaniem oddziału i przyszykowaniem podróży. Ponadto rogaczowi od jakiegoś czasu towarzyszyło nieprzyjemne przeczucie, że cała ta sprawa wcale nie jest prosta. O ile w ogóle handlowanie szczeniętami może takie być.
W końcu dotarli do stóp wulkanu. Góra wznosiła się nad ich głowami, przypominając o swojej potędze popiołem zamrożonym na skałach. Kapitan zatrzymał oddział. Wcześniej wytłumaczył im, że jeniec na przesłuchaniu wyznał, że do magazynu prowadzi jeden główny korytarz, ale są jeszcze dwa rzadko strzeżone boczne wejścia. To właśnie z nich zamierzało skorzystać wojsko, rozdzieliwszy się na dwie grupy - teraz tylko pozostało owe odnogi odnaleźć.

<Spero?>

Słowa: 1091

piątek, 22 maja 2020

Od Spero CD. Aarveda

Valentine przyniósł tego dnia tylko jeden list.
- Od kogo? - na słowa basiora podniosłam gwałtownie głowę znad księgi z runami, którą właśnie przeglądałam. Jedną z wielu, należy dodać, bo wokół mnie walała się chyba połowa czarnomagicznego działu biblioteki pałacowej. Byłam w szoku, gdy Fen na moją prośbę wypożyczenia tych wszystkich książek tylko wzruszył ramionami. I powiedział, żebym robiła, co chcę. Nie zdawał sobie, biedny, sprawy z tego, na co się godzi.
- Od wojska. W dużym skrócie - zmarszczył lekko brwi, patrząc na kopertę, próbujące pewnie rozszyfrować odręczne pismo. - Czego mogą od ciebie chcieć? Myślałem, że już skończyłaś z nadstawianiem karku dla wojowników.
Wysłałam wiązkę magii, by zabrać basiorowi list, zanim jeszcze wpadnie na ambitny pomysł czytania go za mnie. Nie byłam w stu procentach pewna, jaka jest treść listu. Niekoniecznie chciałam ryzykować, że basior dowiedziałby się o mnie czegoś, czego nie chciałam zdradzać czy coś...
Już w międzyczasie przebywania drogi między stojącym przy wejściu basiorem a mną, rozłożoną w głębi głównej komory, zaczęłam już magią rozrywać kopertę i wyjmować list ze środka, następnie rozkładając go, by pod moim nosem znalazł się już rozłożony, abym natychmiast mogła zabrać się za czytanie.
Ledwo kilka linijek krótkiego, zwięzłego tekstu z wytłumaczonymi niezbędnymi zagadnieniami... Jeszcze nie skończyłam czytać, a już zaczęłam się pakować, oczywiście przy pomocy magii. W pośpiechu, szybko kombinując, co będzie mi niezbędne przez najbliższe kilka dni podróży, wrzucałam do sakwy, która dla postronnego obserwatora wyglądała, jakby sama latała po pomieszczeniu i się pakowała. Valentine wodził za nią wzrokiem z lekką dezorientacją, zanim wrócił do mnie wzrokiem. Akurat wtedy skończyłam czytać i rzuciłam list gdzieś na bok, rzucając się w stronę kuchnio-pracowni, zaczynając przeglądać fiolki z uwarzonymi wcześniej przeze mnie wywarami. Wzięłam sporo mikstur rozgrzewających i moje nieodłączne środki nasenne, żeby móc normalnie funkcjonować, choć słabsze niż te, które przyjmowałam na co dzień. Żeby dało się mnie jakoś obudzić. Miałam tylko nadzieję, że choć na kilka dni koszmary dadzą mi łaskawie spokój...
W kilku krótkich zdaniach wytłumaczyłam Valentine'owi, skąd u mnie ten pośpiech i podekscytowanie durnym listem z wojska. Zostałam poproszona o pomoc w przedsięwzięciu, w które już wcześniej zostałam zamieszana... Porwania szczeniaków. Sprawa, moim zdaniem, niecierpiąca zwłoki, wojsko widać miało jednak na wszystko czas. Rozumiem, że jest coś takiego jak taktyka, obmyślenie planu, zebranie ludzi... Ale to były szczeniaki. One nie potrafiły się same obronić, a każda godzina w łapach tych wilków mogła być dla nich ostatnią. Mogłam spętać tego maga zaklęciem. Nie byłam też pierwszym lepszym wilkiem z łapanki, osłabiony by mi się nie wyrwał, nie było opcji. Wykorzystanie go do dostania się do magazynów... Wejście do nich, a potem wydostanie szczeniaków, cały czas pod przykrywką tego maga... Miało szansę się to udać. Niestety, wiele mogło też pójść nie tak...
Ale teraz wojsko zorganizowało w końcu akcję ratowania szczeniaków. I, z powodu braku dostępnych magów bojowych, tradycyjnie o pomoc poproszono mnie. Przyzwyczaiłam się. A w tym momencie nawet cieszyłam - będę mogła nadzorować to. Na własne oczy przekonać się, że szczeniaki zostaną uratowane.
Następnego dnia udałam się w drogę do Centrum. Jaskinię zostawiłam pod opieką Valentine'a, miał też przekazać Ash informację, żeby wpadła pozbierać księgi i oddać je Fenowi, żeby biedny nie dostał zawału, że pozwolił wynieść z biblioteki drogocenne woluminy, a te zaginęły wraz z błękitną waderą...
Stawiłam się w biurze chorążego, wedle polecenia. Odbyłam z nim krótką, zwięzłą i rzeczową rozmowę, która ograniczała się głównie do moich możliwości magicznych i fizycznych. Widocznie był zadowolony z poziomu magii, jakim dysponowałam, a także z mojego doświadczenia, potwierdzonego przez odpowiednie instytucje. Gorzej sprawa się miała z moją wytrzymałością fizyczną, przez którą mogłabym znacząco spowolnić marsz... Ale ostatecznie stwierdził, że jest to problem, który da się bez większego problemu rozwiązać w międzyczasie. Po czym wskazał mi pomieszczenie obok, w którym miałam poczekać, aż porozmawia z resztą zwerbowanych wilków.
Po jakimś czasie do pokoju zawitała znajoma sylwetka, z głową zwieńczoną rogami... Uśmiechnęłam się ciepło do wchodzącego Aarveda.
- Spero? - wyglądał na zaskoczonego. - Co ty tu robisz?
- Dostałam list - magią podniosłam nieco list, który wzięłam ze sobą, by pokazać go dowódcy na dowód, że jestem tą waderą, którą wezwano. - Podobno wszyscy magowie wojskowi są niedysponowani i to ja zostałam wybrana.
Nie zdążyliśmy powiedzieć sobie nic więcej, bo akurat wtedy do pomieszczenia wszedł dowódca. Wszyscy zamilkli, by wysłuchać go w skupieniu. Wytłumaczył nam, na czym ma polegać plan, mniej więcej przedstawił zadania każdego z nas, wspomniał o jeszcze kilku innych kwestiach... I nadszedł w końcu czas wymarszu. Musieliśmy jeszcze po drodze zgarnąć maga z więzienia, ale to była kwestia chwili. Już kilkadziesiąt minut później był pod moją całkowitą kontrolą. Mogło to wyglądać dość niepokojąco, bo przez to zaklęcie basior częściowo robił to, co w danej chwili ja. Przekręcał głowę w tym samym kierunku, spoglądał w tym samym czasie na to samo... Nie, nie siedział mi w głowie. Połączyłam w pewien sposób nasze umysły, żeby mieć nad nim pełną kontrolę, a basior był tak otumaniony, że nawet nie próbował wchodzić mi do głowy, korzystając z ułatwionego dostępu do niej, przez to, że jakaś część mojego umysłu przejęła kontrolę nad jego umysłem... Brzmi skomplikowanie, zaklęcie też do najłatwiejszych i najbardziej legalnych nie należało, ale późniejsze korzystanie z niego było już w miarę instynktowne. Basior był teraz więźniem swojego, i częściowo mojego, umysłu, przez co nie mógł zrobić niczego, o czym ja bym nie wiedziała. I nie mógł mi się sprzeciwić.
- Co ty mu zrobiłaś? - usłyszałam już po jakiejś godzinie naszego przemarszu, gdy Aarved zbliżył się do mnie, a do basiora przy okazji, bo cały czas szedł u mojego boku. Wyglądał na lekko skonsternowanego. - Dziwnie się zachowuje...
- To skomplikowane - powiedziałam tylko, bo tłumaczenie wszystkich tych komplikacji było bezsensowne. Nic nie wnosiło. Grunt, że zaklęcie działało tak, jak powinno, a dla mnie nie miało żadnych negatywnych skutków, dopóki utrzymywałam szczelną barierę między naszymi umysłami. A byłam w tym dobra. - Mam teraz nad nim całkowitą kontrolę - spojrzałam na maga kątem oka. Patrzył tępo przed siebie. Jakby był nieobecny... Co faktycznie mogło wyglądać niepokojąco. - Nie może zrobić nic bez mojej wiedzy... i to powinno chyba wystarczyć - uśmiechnęłam się krzywo. - To po prostu dość skomplikowane.

<Aarved?>

Słowa: 1002

wtorek, 19 maja 2020

Od Aarveda CD. Spero

- Spero, to nie ja o tym decyduję - odszepnął jej Aarved. Dowódca nakazał dokładniej spętać jeńca, zakneblować go i przygotować specjalne nosze. Wszyscy rozeszli się po okolicy, przy więźniu pozostał jedynie kapitan, telepata i strażniczka.
- Wiem, Aarvedzie, wiem - wypaliła szybko wadera. W jej oczach basior dostrzegł upór. A może desperację? - Proszę cię tylko, abyś się za mną wstawił. Uważasz, że to dobry plan?
- Uważam, że na pewno jest wart uwagi dowódcy. Mogę z tobą do niego podejść, jak będziemy wracać i na pewno cię wysłucha.
- A nie mógłbyś...
- Spero - przerwał jej wilk i przykucnął nieco, aby móc spojrzeć jej w oczy. - Mogę cię zapewnić, że kapitan na pewno przemyśli twoją propozycję, kiedy pójdą szukać tych szczeniaków. Bo na pewno to zrobią. Już od jakiegoś czasu wpływały zgłoszenia o zaginięciach, ale nikt nie był w stanie namierzyć tych dzieciaków. Teraz mamy trop i wojsko na pewno zrobi wszystko, aby im pomóc.
Wilczyca zagryzła mocno szczękę i odwróciła wzrok. Wilk bał się, że jeśli jego przełożony nie zgodzi się puścić jej na misję, wpadnie na jakiś głupi pomysł. Już widział, że potrafi dać się ponieść emocjom i obawiał się, że do tego dochodziła niesamowita determinacja. Prawdziwa mieszanka wybuchowa.
- Dobrze. Dziękuję ci - mruknęła samica i odsunęła się. Westchnęła. - Jak twój bok?
- Da się przeżyć - odparł basior, co było prawdą. Całe to zamieszanie wokół porywacza odwróciło jego uwagę od bólu.
Wkrótce wojownicy zakończyli przygotowania do odmarszu. Jeńca położono na płachcie rozciągniętej między dwiema gałęziami, które zostały przymocowane prowizoryczną uprzężą do jednego z wojowników. Podobnie zrobiono z zawiniętym w plandekę ciałem. Najwyraźniej nawet przemytnicy i handlarze szczeniąt zasługiwali na godny pochówek.
Gdy oddział ruszył w drogę, Aarved razem ze Spero szli w jego środku. Podczas przedzierania się przez las, basior spojrzał na wilczycę. Kiedy ta w końcu zwróciła na niego uwagę, wskazał głową na przód pochodu, a ta przytaknęła mu z ekscytacją i wyskoczyła na zewnątrz, psując cały szyk. Rogacz pospieszył za nią, a ich śladem podążyły zdziwione spojrzenia wojskowych. Dwójka towarzyszy przedarła się na sam początek parady i ujrzeli wysoką postać dowódcy. Magiczka podeszła do niego, zielonooki zrobił to samo.
- Kapitanie - zagadnął z uniżeniem w głosie. Czerwone oczy spojrzały na niego. - Moja towarzyszka chciałaby ci zadać kilka pytań, panie. Prosiłbym, abyś raczył ją wysłuchać.
- Oczywiście, proszę.
Niebieska samica wzięła głęboki wdech i zaczęła opowiadać o swoich przemyśleniach. Było widać, że bardzo się denerwuje tą rozmową, jednak spokojny wyraz twarzy basiora, jego skupiony wzrok i fakt, że ani razu jej nie przerwał, sprawiły, że po chwili się ośmieliła. Aarved próbował dostrzec jakąś emocję na pysku wyższego wilka, ale nie udało mu się znaleźć ani aprobaty, ani dezaprobaty. Jedynie cierpliwe, uprzejme zainteresowanie słowami magiczki. Gdy skończyła, przez chwilę milczał, a potem odchrząknął.
- Proszę mi powiedzieć, czy jest pani magiem wojskowym?
- Nie, ale proszę mi wierzyć, byłam już w tylu różnych sytuacjach, że na pewno się kwalifikuję. Wierzę, że dałabym sobie radę z pilnowaniem jeńca i pomaganiem wojsku w przejściu - tłumaczyła Spero z błyskiem entuzjazmu w oku.
- Rozumiem, że jest pani zapewne bardzo kompetentna, jeśli chodzi o czarną magię, ale niestety nie mogę pani dopuścić do dalszego śledztwa, jeśli nie ma pani odpowiedniego przeszkolenia wojskowego - odparł wilk. Podekscytowanie na niebieskim pyszczku powoli gasło. - Mogę jednak panią zapewnić, że zadbam o bezpieczeństwo szczeniąt i dołożymy wszelkich starań, aby je odnaleźć. Czy ma pani jeszcze jakieś pytania?
- Nie, dziękuję - odparła wadera, wyraźnie zbita z tropu odmową.
Aarved szturchnął ją lekko i oboje wycofali się na swoje miejsce. Basior nie chciał już przeszkadzać wilczycy, bo wyraźnie była pochłonięta swoimi myślami. Zresztą nie wiedział, co mógłby jej powiedzieć. Że mu przykro? Że jej współczuje? Jasne, była uzdolnionym magiem, widział jej umiejętności, ale obawiał się o jej bezpieczeństwo. W końcu co innego walczyć z dwójką rzezimieszków, a z całą zorganizowaną szajką i to w dodatku na ich terenie. Nawet jeśli Spero potrafiła się bronić, to w tak ciężkich sytuacjach chodzi również o zgranie się z resztą zespołu, niedawanie przeciwnikowi okazji do zaatakowania słabych punktów, a przede wszystkim trzymanie nerwów na wodzy. Wilk nie wątpił w jej magiczne kompetencje, obawiał się po prostu, że nie jest gotowa na taką wyprawę, bo aby na takową wyruszyć, potrzeba więcej niż finezji, znajomości zaklęć czy świetnej nekromancji. Można znać mnóstwo klątw, rytuałów i run, ale to nie czyni z maga dobrego wojownika - a takiego z pewnością potrzebowali, jeśli zamierzali napaść na gniazdo przemytników. Ponadto Ved miał wrażenie, że ta sprawa wcale nie jest taka prosta, a oni odkryli dopiero wierzchołek góry lodowej. Dlatego postanowił milczeć i pozwolić wilczycy przełknąć to gorzkie rozczarowanie w spokoju. Jeśli bardzo będzie chciała brać udział w akcjach wojskowych, to może zacząć specjalistyczne szkolenie. Okazji na zawojowanie z groźnymi przeciwnikami było, jest i będzie jeszcze wiele. 
Po kilku godzinach drogi dotarli do granicy Centrum. Zapadły już ciemności, jednak światła miasta lśniły w oddali, niczym wesołe świetliki. Ich ciepłe odcienie były zbawieniem po tak ciężkim dniu. Basior postanowił, że spędzi noc w jednej z karczm po złożeniu zeznań. Nie miał już siły wracać do domu.
Wkrótce po przekroczeniu granicy, Aarved i Spero zostali odprowadzeni przez bardzo miłą wojowniczkę, aby mogli opowiedzieć skrybie o swoich przeżyciach. Wtedy też się rozdzielili, a kiedy rogacz wyszedł po półtoragodzinnej rozmowie z bardzo dokładnym przesłuchującym, nie spotkał już niebieskiej wadery. ,,Cóż, mówi się trudno. Szkoda, że nie mogliśmy się pożegnać", pomyślał i poszedł szukać noclegu.
Kilka dni później, gdy jego myśli ponownie wypełniły przyziemne sprawy położonego nisko w hierarchii wojownika, otrzymał list. W jasnej, starannie zaadresowanej kopercie, którą przekazał mu goniec, było wezwanie. Rogacz miał stawić się w gabinecie chorążego w sprawie zaginionych szczeniąt. Był zaskoczony ową prośbą - nie sądził bowiem, że zostanie zaangażowany w dalsze działania.
Zielonooki niezwłocznie wyruszył w drogę do Centrum. Gdy dwie godziny później znalazł się w docelowym budynku, okazało się, że nie on jedyny otrzymał wezwanie. W miejscu spotkania czekało już kilkadziesiąt innych wilków, które mniej lub bardziej kojarzył, a także...
- Spero? - Ved nie potrafił ukryć zaskoczenia na widok wyróżniającej się niebieskiej wadery. - Co ty tu robisz?
- Dostałam list - wilczyca podniosła kawałek papieru. - Podobno wszyscy magowie wojskowi są niedysponowani i to ja zostałam wybrana.
Zanim rogacz zdążył to jakoś skomentować, drzwi otworzyły się i z pomieszczenia wyszedł dowódca.

<Spero?>

Słowa: 1014

czwartek, 14 maja 2020

Od Spero CD. Aarveda

Z każdym kolejnym słowem maga, przesłuchiwanego przez wojskowych, robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Jak komukolwiek mogły przejść przez gardło takie słowa...? Pod adresem Nairy, o szczeniakach mówić jak o towarze, na którym można zarobić, czy wręcz jak o śmieciach, które "można wykorzystać na organy"... Jednocześnie krew się we mnie gotowała, miałam ochotę rzucić się na pojmanego basiora, zacisnąć kły albo macki magii na jego szyi...
Powstrzymałam się jednak. Bo gdybym się teraz na niego rzuciła, czym różniłabym się od niego? Jakie miałam w zasadzie prawo go oceniać, kim byłam, żebym miała stać się sędzią i katem...? Jakby się dłużej zastanowić, pewnie sama miałam niejedno na sumieniu. A on być może sądził, że robi dobrze...
Wzięłam głęboki oddech, zaraz po nim powoli wypuściłam powietrze przez nos. Musiałam opanować emocje, żeby móc myśleć. Wszyscy tu byli nakręceni, wściekli i skorzy do agresji, wkurwiony mag nikomu w obecnej sytuacji nie był potrzebny.
Opanuj się, Spero.
Kilka kolejnych głębokich wdechów później poczułam, jak powoli odzyskuję kontrolę nad emocjami. Jak całe kumulujące się we mnie od początku brutalnego przesłuchania napięcie ulatuje, a ja znowu mogę normalnie myśleć. I dochodzić do w miarę logicznych wniosków.
Mój wzrok powędrował w stronę Aarveda, który przytrzymywał jednego z basiorów z oddziału, który przybył nam na ratunek. Też wyglądał na wściekłego, choć nie wiedziałam, w reakcji na które ze słów pojmanego maga. Może wszystkie. W każdym razie, tylko jego ze zgromadzonych wilków znałam i to do niego postanowiła zwrócić się z moimi spostrzeżeniami. Starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, żeby nie zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi pozostałych wilków, podeszłam powoli do rogatego basiora. Widziałam wyraz jego pyska w momencie, gdy oczy całego oddziału spoczęły na nim, gdy padło hasło basior z baranimi rogami. Zabolało go to i było to na tyle ewidentne, że dostrzegłam to, mimo że nie znałam go prawie wcale. A reakcja jego (jak podejrzewałam) towarzyszy broni... skąd się mogła brać? Czy basior kiedyś zrobił coś podobnego? A może chodziło tylko o te rogi... jeśli tak, to było to żałosne. Po prostu żałosne i słabe z ich strony.
Aczkolwiek, wracając do sedna sprawy.
Zbliżywszy się do rogatego basiora, usiadłam koło niego na śniegu. Podobnie jak większość wilków, znacznie przewyższał mnie wzrostem, jednak nie poczułam się przez to w żaden sposób zmieszana - przyzwyczaiłam się już do tego, że musiałam zadzierać głowę, by spojrzeć innym w twarz. Tym razem jednak on musiał się do mnie schylić, żebym nie musiała wypowiadać swojego pomysłu na głos, wolałam, żeby najpierw on go usłyszał i zweryfikował pod kątem wojownika, nie maga. Szturchnęłam go więc lekko łapą w bok, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Zareagował dopiero po którymś z kolei powtórzeniu mojego gestu. Przeniósł na mnie wzrok, a gdy gestem pokazałam, żeby się pochylił, posłuchał.
- Jak bardzo ryzykowne będzie targanie go ze sobą? - zapytałam szeptem, tuż przy uchu basiora. Ten w odpowiedzi najpierw mruknął coś niewyraźnie, a potem odszepnął:
- Bardzo.
Skinęłam powoli głową. No tak. Tylko bez niego mogliśmy mieć problem ze znalezieniem tej jaskini, o której mówił. Nie byłam wojownikiem, nie znałam do końca ich możliwości tropicielskich, ale naprawdę wątpiłam, by udało im się znaleźć to miejsce od tak. Szczególnie, że powinno być dobrze zasłonięte zarówno przed wzrokiem, jak i przed magią.
No i generalnie coś mi w tym wszystkim śmierdziało... Tylko jeszcze nie mogłam załapać, co. Choć przeczucie pojawiło się w momencie, gdy nasz obecny jeniec tak szybko wydał położenie jaskini...
- Powinniśmy zabrać go ze sobą - mruknęłam. - Wiem, że to ryzykowne, może spierniczyć albo kogoś ostrzec. Ale... nie ufam mu - spojrzałam w poważne oczy basiora. - Nawet jeśli ta jaskinia jest tam, gdzie nas kieruje, musi być w jakiś sposób zabezpieczona. Możliwe, że na tyle dobrze, że nie obawia się zdradzać nam jej położenia. Bo uważa, że nawet jeśli ją znajdziemy, nie zdołamy do niej wejść w jednym kawałku.
Basior patrzył na mnie przez chwilę, a ja z każdą sekundą coraz bardziej zaczynałam wątpić w słuszność mojej teorii. Ale... to była ostrożność. Nigdy nie powinno się ufać takim jak ten mag, nawet jeśli ci ewidentnie bardzo boją się śmierci czy okaleczenia na torturach.
- Jeśli... - zaczęłam po chwili, uciekając wzrokiem od przeszywającego spojrzenia basiora. - Jeśli go weźmiecie, możecie ułatwić sobie robotę. Być może uchronić się od śmierci w jakiejś zmyślnej pułapce. Macie w oddziale telepatę, może kontrolować, żeby jeniec nie próbował się z nikim skontaktować - przełknęłam ślinę, odetchnęłam głęboko, po czym wróciłam spojrzeniem do Aarveda. Kolejne słowa wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu, byle by jak najszybciej mieć to za sobą. Bo nie dość, że, choć starałam się tego nie okazywać, cholernie się bałam, to nie wiedziałam, czy moja propozycja w ogóle zostanie wzięta pod uwagę, czy od razu wyśmiana. Ale... cholera, zależało mi na tych szczeniakach. Bardzo. Dzieci były w zasadzie bezbronne, często nieświadome niebezpieczeństw, jakie czekają na każdym kroku. Były łatwym łupem i zwykle nie potrafiły sobie same poradzić. Jeśli była choć najmniejsza szansa, że nawet część z nich jest jeszcze do uratowania... musiałam spróbować. - Mogę wyruszyć z wami w podróż do tej jaskini. Mogę go pilnować. Nie jest znowu aż tak potężny, za jakiego chciałby uchodzić, brak mu finezji... - rzuciłam krótkie spojrzenie w stronę nadal rozłożonego na śniegu basiora. Dowódca nadal pochylał się nad nim, przygniatając go do ziemi. - Poradzę sobie z nim, przy pomocy tego specyfiku, który mu podali, już na pewno. I, w razie czego, z niektórymi moimi mocami mogę się wam przydać w walce...
Błagam, zgódź się. Błagam...
- Jakimi mocami? - Aarved zmarszczył lekko brwi, zadając to pytanie. A ja wzruszyłam lekko ramionami.
- Ciekawymi. Przydatnymi... - widząc skonsternowane spojrzenie basiora, westchnęłam ciężko i mruknęłam: - Czarna magia jest generalnie dość przydatna do mordowania. Albo wskrzeszania zmarłych i zmuszania ich, żeby mordowali za ciebie... Poza tym, mogę powołać do życia jakiegokolwiek potwora, ucieleśnienie najgorszych koszmarów... I kilka innych. To z lodem, co już z resztą widziałeś, między innymi...
Miałam nadzieję, że się zgodzi. Nawet jeśli prawdopodobnie nie miał w tej kwestii za wiele do powiedzenia. Wystarczy, że zgodzi się mnie poprzeć... Ja sama, w razie potrzeby, zrobię wszystko, żeby przekonać dowódcę. A gdyby postanowili nie iść szczeniakom z pomocą, byłam gotowa sama wyruszyć na bardzo trudną wyprawę do podnóży wulkanu Raziela. Nie było opcji, żebym zostawiła te szczeniaki na pewną śmierć.

<Aarved? No josne, lecimy z koksem ( ͡° ͜ʖ ͡°)>

Słowa: 1021

piątek, 8 maja 2020

Od Aarveda CD. Spero

Uwaga, opowiadanie zawiera przekleństwa i obraźliwy język

- Czekamy na telepatów - oznajmił bez zastanowienia Aarved. Spojrzał na martwe ciało. Pysk wilka zastygł w niemym przerażeniu. Rogacz poszedł w stronę obozowiska porywaczy, aby znaleźć coś, czym mógłby okryć zwłoki. Znalazł płachtę, która prawdopodobnie miała służyć do zawieszenia między drzewami w charakterze prostej ochrony przez padającym śniegiem. Trochę taki prowizoryczny namiot. Wojownik chwycił ją i zaniósł z powrotem na górę. Rozłożył ją nad martwym wilkiem i zakrył porywacza. Krew zaczęła wsiąkać w materiał, ale przynajmniej nie musieli już patrzeć na rozszarpane gardło.
Usiadł przy związanym jeńcu i przyglądał mu się uważnie, czekając na jakąkolwiek zmianę w rytmie oddechów, która mogłaby sygnalizować powrót świadomości. Żałował, że nie mają pod łapą eliksiru blokującego magię, wtedy byłoby prościej.
Wiatr się nasilał, chmury zakryły niebo i zaczęły z nich padać drobne płatki śniegu. ,,Pewnie za dwa dni nie będzie żadnych śladów po naszej walce", pomyślał Aarved, kątem oka obserwując zagłębienia w białym puchu i odkryte placki zamarzniętej ziemi. Im dłużej czekali na patrol, tym bardziej wilk się niepokoił. Spero chyba również stawała się niecierpliwa. Chodziła po okolicy, w zamyśleniu przygryzając wargę. Z jakiegoś powodu obserwowanie krążącej w tę i wewte samicy nieco go uspokajał. Bał się, że spotka go mocny opieprz od dowódcy - wydawało mu się, że poradził sobie dobrze, nikt nie został ranny. Wiedział jednak, że nigdy nie może być zbyt pewny siebie. Za często coś chrzanił, aby mieć wysokie poczucie własnej wartości.
W końcu jednak usłyszał upragnione dźwięki pobrzękiwania zbroi i marszu wielu łap. Na początku wydawało mu się, że to jedynie gwizdanie wiatru płata mu figle. Spero jednak również zareagowała, spoglądając z uwagą w tym kierunku.
- Popilnujesz go? Wyjdę im naprzeciw - zaproponował basior. Samica kiwnęła głową, a wojownik ruszył na spotkanie oddziału. Modlił się, aby dowódca zrozumiał jego sytuację i nie zmieszał go z błotem przy kolegach z pracy.
Gdy zagłębił się nieco w las, idąc w kierunku źródła dźwięków, w końcu ujrzał ruch w oddali. Zatrzymał się i czekał, aż grupa podejdzie bliżej, aż w końcu przysiadł i pomachał im prawą łapą.
-Kapitanie, tutaj! - podniósł lekko głos, nie chciał jednak krzyczeć. Zauważył, że wilk idący na przedzie go dostrzegł i ruszył w jego stronę. Za nim wyłoniło się około dziesięciu zbrojnych, idących w zgrabnym szyku żwawym tempem. Gdy podeszli bliżej, Aarved skłonił się.
- Witaj, panie. Zaprowadzę was do jednego z porywaczy. - Ruszył z powrotem. - Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że szczeniakowi udało się uwolnić. Użył magii i podstawił iluzję, a sam uciekł w naszą stronę. Jeden z porywaczy był jednak potężnym magiem i wyczuł zmianę w przepływie. Razem z drugim basiorem podążył za ofiarą, wywiązała się walka. Młodej wilczycy udało się bezpiecznie uciec za pomocą teleportacji, a my uszliśmy z potyczki bez żadnych szkód. - Aarved przemilczał swój obolały bok. - Udało nam się pojmać maga. Drugi basior zginął, moja towarzyszka rozszarpała mu tętnicę.
- Czy ten jeniec jest przytomny? - padło pytanie. Rogacz pokręcił głową.
- Nie. Został związany i otoczony magiczną barierą.
I jak na zawołanie ukazał im się opisany widok. Więzień leżał pod lekko przezroczystą kopułą i wyglądało na to, że wciąż nie odzyskał przytomności. Spero siedziała koło niego i uważnie obserwowała, ale od razu podniosła głowę, gdy usłyszała, jak oddział wchodził na wzgórze. Wilki wyszły z krzaków i ustawiły się w kształt półksiężyca wokół niej.
- Witam - przywitała się, wstając. Kapitan skłonił się.
- Jak się pani nazywa?
- Spero, jestem magiem czarnej magii.
- Rozumiem. Nic się pani nie stało?
- Nie, wszystko dobrze. Aarved też jest cały. - Wadera zerknęła na towarzysza, jakby chcąc się upewnić, że mówi prawdę
- Bardzo się cieszę. Mogłaby pani zdjąć osłonę? - zapytał grzecznie dowódca. W jego głosie było jednak słychać stanowczość, która sugerowała, że owy samiec nie cierpiał sprzeciwu.
- Oczywiście - Po tych słowach basior kiwnął głową na swoich przełożonych, którzy podeszli bliżej i zajęli się opatrywaniem jeńca. Jeden z wilków zaczął szeptać jakieś zaklęcia, ale po chwili umilkł. Kapitan spojrzał w stronę okrytego plandeką ciała, po czym podszedł do nieprzytomnego przemytnika.
- Poczekamy, aż się obudzi - zarządził, po czym wyciągnął z torby przy boku kawałek materiału i fiolkę. Nasączył tkaninę płynem znajdującym się w buteleczce, a wszyscy wojownicy się cofnęli, jedynie telepata został w pobliżu. Odwrócił jednak twarz i wetknął nos w sierść na szyi. 
Dowódca przytknął szmatkę do pyska więźnia i trzymał ją tak przez dobre pół minuty, po czym schował z powrotem do torby. Aarved wiedział, co zrobił basior - mikstura, którą jeniec wdychał, powodowała zablokowanie magii w całym ciele. W ten sposób upewniono się, że porywacz nie będzie już stanowił zagrożenia. Gdyby jednak jakimś cudem znalazł w sobie siłę na wykorzystanie jakiejś mocy lub porozumienie się z kolegami, do akcji wkroczyć miał siedzący blisko porywacza wojownik. Jego zadaniem było uniemożliwić przestępcy jakąkolwiek komunikację telepatyczną. Mimo tego nie mógł odczytywać wszystkich myśli swojej ofiary - słowa wysyłane magią w przestrzeń były o wiele prostsze to wychwycenia, niż rzeczy zamknięte szczelnie w umyśle. Podobnie działało to z zaklęciami, których mógłby chcieć użyć porywacz. W gruncie rzeczy telepata wykrywał jedynie zakłócenia i zmiany w przestrzeni magicznej wokół jeńca. Jeśli jednak był bardzo potężnym magiem, mógł się edukować do wchodzenia w czyjeś myśli. Była to jednak zupełnie inna dziedzina nauk, a tak zaawansowana w magii jednostka raczej nie chodziłaby na pierwsze lepsze misje z niewielkim oddziałem ochroniarzy.
Związany wilk jęknął cicho. Wojownicy natychmiast wyciągnęli i wycelowali w niego miecze. Basior otworzył oczy i przez chwilę rozglądał się z zaskoczeniem po otaczających go nieznajomych. Westchnął z bólu i znów jego głowa opadła na ziemię. Aarved dopiero teraz zorientował się, że część oddziału poszła przeszukać obozowisko.
- Słyszysz mnie? - zapytał kapitan.
- Tak - warknął przestępca. - Moja głowa...
- Czy zaatakowałeś wraz ze swoim towarzyszem obecnych tutaj basiora i waderę? - nie marnując czasu, przesłuchujący wskazał na Aarveda i Spero. Po chwili na wskazanych osobnikach spoczęło nienawistne, wściekłe spojrzenie.
- Nie. To bzdura.
- On kłamie! - krzyknęła wilczyca. - Porwali Ashayę i...
- Proszę się uspokoić - Dowódca uniósł łapę. Umilkłszy, samica spuściła głowę. - Moi ludzie właśnie przeszukują wasze obozowisko, ponadto ta dwójka na bieżąco informowała nas o przebiegu swoich poszukiwań. Znaleźliśmy również miejsce walki, ślady dwóch dorosłych basiorów i o wiele mniejsze, należące do szczeniaka. Masz wybór - zaczniesz mówić prawdę, albo zmusimy cię do tego.
- Już to widzę, pieprzone żołnie... - nie zdążył nawet dokończyć, bo jego twarz została wciśnięta w śnieg. Szarpał się przez chwilę, ale dowódca nie odpuszczał. Jego twarz nie wyrażała nic, kiedy słuchał, jak ranny wilk się krztusi.
- Powtórzę jeszcze raz; czy ich zaatakowaliście? - Chwycił basiora za sierść na karku i podniósł go brutalnie.
- Tak - odparł samiec, dysząc ciężko.
- Porwaliście szarą waderę o różnych kolorach tęczówek w wieku prawie dwóch lat? - kontynuował kapitan, wyraźnie usatysfakcjonowany faktem, że jego działania przyniosły skutek.
- Tak - powtórzył porywacz, ocierając z trudem twarz. - Suka uciekła i poszliśmy za nią. Spotkaliśmy ich - wskazał głową na Aarveda i Spero.
- Pracujecie dla kogoś?
Cisza. Po chwili rozległ się plask i skomlenie, kiedy związany basior dostał potężnego kopniaka w twarz.
- Pracujesz dla kogoś? - powtórzył dowódca. Znów milczenie, kolejny cios.
- Ta... Tak - wyjąkał w końcu wilk. Krew kapnęła na śnieg.
- Dla kogo? - kontynuował bez cienia zdenerwowania na twarzy lub w głosie kapitan. Jeniec opuścił głowę, wyraźnie przerażony myślą o konieczności wyjawienia imienia swojego zleceniodawcy. - Dobrze, Marimm, rozpal ognisko i włóż do niego miecz.
- Nie, błagam! - krzyknął związany basior. Łzy pociekły po jego policzkach. - Powiem, proszę dać mi tylko chwilę!
- Masz tyle czasu, dopóki metal się nie nagrzeje. - kapitan spojrzał na wcześniej wspomnianą wilczycę, a ta kiwnęła głową i zaczęła zbierać chrust. Nie wyglądała jednak na zachwyconą faktem, że przyłoży łapę do przypalania kogoś żelazem.
Nagle jednak telepata drgnął, a ranny basior zwinął się i krzyknął. Wtulił swój pysk między związane łapy i drżał przez chwilę.
- Nie próbuj się z nikim komunikować. Ethanie, co chciał przekazać?
- Naszą lokalizację, ale nie zdążył ani uformować myśli, ani wysłać jej w żadnym konkretnym kierunku. Zablokowałem ją.
- Dziękuję ci. - dowódca zwrócił się do swojego wojownika. Potem jednak spojrzał na więźnia. - Ognisko już płonie. Dla kogo pracujesz?
Po okolicy poniósł się szloch. Mag skulił się, a jego ciałem wstrząsał płacz. Aarved patrzył na niego nie bez bólu. Wiedział, że porywał szczenięta i należał mu się każdy rodzaj kary, jednak stanie koło niego i słuchanie jego szlochów nie było łatwe. Dodatkowo jego psychiki nie poprawiał zapach rozgrzewanego metalu. Płacz dalej rozbrzmiewał, a czas mijał. W końcu jego spazmy przerwał kapitan:
- Dobrze. Marimm, podaj mi proszę...
- Nie! - zawył wilk, unosząc zakrwawioną twarz z zaczerwienionymi oczami, z których niemalże wylewała się panika i desperacja. - Powiem! Wilk nazywa się Xelan z rodu Altaierów, z ojca Xaratha. Jest czarny, ma białe oczy i baranie rogi. - Aarved poczuł, jak na te słowa wszyscy spojrzeli w jego stronę. Był jedynym ze zgromadzenia, którego głowę zdobiło poroże. Poczuł ucisk w sercu i nieprzyjemną gulę w gardle. Miał ochotę krzyknąć na nich: ,,na co się gapicie, co? Może uważacie, że mam z tym skurwielem coś wspólnego tylko przez to, że jestem Lerdisem?!", ale się powstrzymał i wytrzymał ich wzrok, mimo że piekł go boleśnie.
- Gdzie zabieraliście szczenięta?
- Do jednej z jaskiń koło wulkanu Razeia. Trzeba obejść jezioro i na zachodzie znajduje się niewielkie wejście do kompleksu grot. Ciężko je odnaleźć, bo znajduje się za zamarzniętym wodospadem, ale można się tam dostać, jeśli dobrze się poszuka. Jest tam, można rzec, magazyn, gdzie przetrzymujemy dzieciaki, zanim pójdą dalej.
- Gdzie je wysyłacie?
- Nie mam pojęcia - wymruczał wilk. Tym razem wyglądało na to, że mówił prawdę. - Nigdy się tym nie interesowałem, ja tylko je sprowadzam. To jest zasada tego biznesu; zajmujesz się swoją pracą, nie wpierdalasz się komuś innemu w robotę. Dla własnego dobra pilnujesz jedynie własnych interesów. Pewnie sprzedają gówniarzerię na organy lub do pracy za granicą. Młodsze pewnie idą do drogich par, które nie mogą mieć własnych bachorów.
- Wy potwory... - warknął jeden z wojowników. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale kapitan go powstrzymał ruchem łapy.
- Panuj nad emocjami, Vish.
- Żałośni jesteście - spojrzał na nich porywacz, parsknąwszy. - Patrzycie na mnie jakbym wam matki pozabijał. A jak myślicie, co mają zrobić ci wszyscy bezdomni na ulicach centrum? Lub kaleki wracające z wojny? Albo samotne matki, które straciły rodzinę i nie mają jak wykarmić dzieci? Mają czekać i modlić się, aby wasza... przepraszam, nasza ukochana władczyni zlitowała się nad nimi i wreszcie przestała ją obchodzić jedynie własna szpetna morda? Kiedy ona ubiera się w nowe suknie, jej ,,umiłowani" poddani cierpią głód i prześladowania. To właśnie myślę o waszej królowej, tej kurwie.
I splunął. Aarved musiał powstrzymać towarzysza, który już rzucał się na jeńca z odsłoniętymi kłami. W nim samym też wrzała krew, ale swoją złość przelał na przytrzymanie rozwścieczonego towarzysza, a nie na więźnia. W głowie mu się nie mieściło, że można tak mówić o Nairze i w dodatku w celu usprawiedliwienia swoich obrzydliwych czynów, ale wiedział, że nie może tracić panowania przy kapitanie. Nie chciał nawet myśleć, co spotkało te wszystkie szczenięta, którym już nigdy nie uda im się pomóc. Nie żyją? Czy może spotkało je coś gorszego od śmierci?

<Spero? Rozkręcamy tę imprezę?>

Słowa: 1783
Layout by Netka Sidereum Graphics