niedziela, 30 kwietnia 2023
Od Vallieany - Trening XI, cz. I
piątek, 31 marca 2023
Od Vallieany, CD. Lys i Tin
wtorek, 28 lutego 2023
Od Vallieany, CD. Mordimera
– Dzień dobry… Chciałam podziękować za pomoc i…
– Dzień dobry, dzień dobry – wymruczał ten, odstawiając trzymaną tacę na bar. Rozejrzał się po otoczeniu po raz ostatni, nim niespodziewanie jego duże cielsko pochyliło się nad blatem, zbliżając do zaskoczonej tym ruchem wadery – Wiem w jakiej jest Pani sytuacji, więc tym bardziej wolałbym, aby Pani tutaj nie przychodziła. Ja i moja żona nie chcemy kłopotów.
Oschły ton był jak kubeł zimnej wody wylany prosto na jej łeb. W pierwszym odruchu poczuła ogromną złość, ponieważ sytuacja w której się znalazła nigdy nie była jej wyborem. Nie ona wysłała za sobą list zlecający zabójstwo; nie ona zażyczyła sobie tracić moce; nie ona zaciągnęła siebie do karczmy, a potem do szpitala, do cholery! Jednak uświadomiła sobie, że karczmarz też nie miał wyboru - chciał tylko bezpieczeństwa dla siebie i swojej rodziny. Nawet nie mogła być na niego zła, co wypełniło ją tylko większym poczuciem bezsensu. Jej łeb opadł, a lodowate oczy wbiły się w blat. Nie mogła tak szybko odejść, choć w tamtym momencie nie było rzeczy, której pragnęłaby bardziej.
– Rozumiem… – rzuciła niemrawo, na powrót podnosząc wzrok. Dostrzegła w drugim wilku jakiś żal, którego postanowiła do siebie nie dopuszczać – Zaraz stąd pójdę ale… orientuje się może Pan, gdzie jest pan Artem? Mówił coś o swoich planach? Muszę go znaleźć.
– Nie. Myśmy też widzieli go ostatni raz jak odprowadzał cię do szpitala.
– A nie znalazł Pan może gdzieś tutaj tajemniczej torby..?
- Jeśli zostawiłaś tutaj cokolwiek, prawdopodobnie ktoś już to sobie wziął.
Pomimo wyraźnego współczucia, cierpliwość wilka najwyraźniej została wyczerpana. Obdarzył ją ostatnim spojrzeniem, po czym wyminął i ruszył w głąb karczmy milcząc. Rozczarowana wilczyca westchnęła i odsunęła się od blatu. Jej sytuacja była, lekko mówiąc, wybitnie słaba. Stróż podejmujący się jej sprawy rozpłynął się jak ciepły kłąb oddechu w lodowatej, wieczornej mgle, a razem z nim jakiekolwiek dowody na wydarzenia, których Zerdinka doświadczyła. Ponadto jedyne wilki mogące pełnić rolę świadków, ewidentnie nie zamierzały angażować się w sprawę tak wysokiej rangi, zresztą, w oczach Marv’a Vallieana zdawała się już być martwa. Stąd to jego przestraszone, żałujące spojrzenie, które mogłoby mówić: ‘byłem pewien że już po wszystkim’.
Pochyliła głowę, zmarszczyła czoło, jednak nie trwało to długo. Znerwicowane, nakręcone aż do skrajności zmysły podpowiedziały jej, że stała się obiektem czyjegoś zainteresowania. Gdy trafiła na parę niejednolicie niebieskich oczu, ich właściciel już był blisko.
– Zgubiłaś torbę? – rzucił na przywitanie.
– Uh, tak… nawet dwie… – palnęła bezmyślnie, po czym jakaś wiązka nowej energii wypełniła jej ciało. Czy to możliwe, że… – Znalazł Pan jakąś?
Czarnowłosy przybysz jednak uśmiechnął się, a jego głos nabrał nieco żartobliwego tonu.
– Nie, nie znalazłem, choć podejrzewam, że kilka takich wala się po Centrum.
Nadzieja prysła, a razem z nią jakikolwiek wyraz emocji znajdujący się na pysku zielarki.
– Może gdyby Pani powiedziała co było w środku, byłoby łatwiej.
– W środku… – zaczęła niemrawo, jednak najpierw musiała odszukać odpowiednie słowa, nim dokończyła wypowiedź – Jedna była typową, zielarską torbą z medykamentami w środku, a w drugiej był… była ważna dla mnie biżuteria…
Celowo pominęła fragment o liście i materiałach. Zdała sobie sprawę, jak irracjonalnie to brzmiało. Oczywiście, że gdyby ktoś znalazł cenną biżuterię to nie chciałby jej nikomu oddawać, chyba że za pieniądze, a ona jej tak po prostu… szukała. Z nerwów złapała łapą za zwisający z jej szyi naszyjnik i ciągle go trzymała, znów spoglądając na towarzysza, oczekując jego reakcji. Obcy nie wyglądał jednak, jakby chciał ją wyśmiewać, czy oceniać. Po prostu obserwował, jak nowe myśli odbijają się lustrem na jej pysku w postaci kolejnych zmarszczek i podrygów.
– To rzeczywiście bardzo niefortunne – przyznał w końcu.
Skinęła głową w odpowiedzi. Jeszcze raz obejrzała się za karczmarzem, który tylko co jakiś czas zerkał z wyraźną konsternacją to na nią, to na czarnego basiora.
– Ale może jeszcze uda się je znaleźć, nie można tracić nadziei – niebieskooki wilk wzruszył ramionami, brzmiąc jakby odnalezienie zguby było tylko kwestią czasu – A tymczasem co Pani powie na coś ciepłego do zjedzenia? W międzyczasie Pani powie coś więcej o tych torbach, może wspólnie uda nam się na coś wpaść.
Niebieskooka aż otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia. Jasne, że nie mogła wplątywać obcych wilków w jej problemy, a już w szczególności problemy tej wagi… i zdecydowanie nie powinny być to całkiem obce wilki. Oczami wyobraźni już widziała, jak masywny basior zaciąga ją w jakąś uliczkę i zabija jednym uderzeniem jakiegoś ciężkiego, tępego obiektu… Zamroczyło ją na samą myśl, a po grzbiecie przeszedł gryzący dreszcz.
Nie, najpierw musiała znaleźć Artema… a potem…
– Proszę Pani..?
Drgnęła, wracając na ziemię. Grawitacja nagle zadziałała mocniej, albo to jej łapy zapragnęły odpoczynku po trzech dniach tak skrajnego wycieńczenia i się zatrzęsły. Tylko jakby… zmartwione spojrzenie basiora utrzymało ją na ziemi. Dwa skrajne odcienie niebieskiego.
– Zgoda… – westchnęła, próbując się wyprostować i wyglądać jakby wcale nie była w ekstremalnym dystresie - To znaczy… bardzo chętnie. Dziękuję.
<Mordimer?>
środa, 25 stycznia 2023
Od Vallieany, CD. Jastesa
Choć przez chwilę.
– Masz ten. To bardzo popularny środek uspokajający, nie ma skutków ubocznych. Zaczniemy od małej ilości, pij jeden kubek na godzinę przed snem przez następne trzy dni. Jak to nie pomoże, to zwiększymy dawkę lub dobierzemy coś innego – wilczyca sięgnęła na szczyt jednej z półek na najwyższym piętrze swojego mieszkania.
Oświetlenie z pomarańczowych kryształów otulało całą jej sylwetkę, kiedy wyjęła z pudełka kilka saszetek z widocznymi w środku ziołami i przełożyła je do mniejszego woreczka. Pudełko wróciło na swoje miejsce, a woreczek przesunął się prosto do poselskiej torby złotookiego, która leżała otwarta pod ścianą, gdy jej właściciel zajmował się zabezpieczaniem swojej części przydzielonego mu posiłku. Rzucił okiem na towarzyszkę i nieśmiało się uśmiechnął. Kiedy już doszło do momentu w którym mieli się rozdzielić, znów zdawał się zmęczony i starszy niż był w rzeczywistości.
– Dziękuję, Valli – rzucił i stanął przodem do niej – Ile kosztuje taka… przyjemność?
Wilczyca roześmiała się krótko i szturchnęła go łapą.
– Dla przyjaciół? Bezcenna.
Jastes chwilę patrzył na jej pysk.
– To twoja praca, nie wygłupiaj się – znów ten słaby uśmiech.
– Nie martw się, mój biznes na tym nie ucierpi, a jedyne czego chcę to zobaczyć, że jest u ciebie lepiej. Zresztą podejrzewam, że jeszcze nieraz zdążysz mi się odwdzięczyć.
Widząc szczere, prostolinijnie pozytywne nastawienie wilczycy, Sivarius więcej nie oponował.
– Zgoda. Dziękuję więc za zioła… polowanie… i rozmowę.
– Też dziękuję za wspólnie spędzony dzień.
Jastes założył torbę na bok, a obwiązane i zabezpieczone części dzika już zwisały z obu stron jego szyi. Poprawił się i przeciągnął. Oboje w końcu wyszli na zewnątrz, gdzie jedyny ślad pozostały po słońcu był rozciągającą się po nieboskłonie różowo-pomarańczową łuną. Mimo wszystko przyroda była tego dnia spokojna. Sivarius odwrócił się jeszcze jeden raz, kiedy niebieskooka stała w wyjściu, a po obu jej stronach zwisały luźne, grube pnącza obfitujące w liście.
– Odwiedź mnie niedługo. To polecenie od twojego zielarza – rzuciła niby od niechcenia, jednak z zaczepnym uśmieszkiem na smukłym pyszczku. W odpowiedzi usłyszała lekkie parsknięcie.
– A może to ty mnie w końcu odwiedzisz? Za każdym razem to ja przychodzę.
– Hm? Tam koło Symfonii Północy?– czarne uszy zastrzygły w zaciekawieniu, a jej ogon zabujał się na boki z entuzjazmem. Jak mogłaby odmówić? – Zgoda. Za trzy dni?
– Za trzy dni – odparł wilk, kiwając głową.
W ten sposób minęły niecałe dwa miesiące sielanki, podczas których Vallieana i Jastes spotykali się niejednokrotnie. Koszmary basiora odpuściły, a on mógł spać ku zadowoleniu swojemu i Vallieany. Udało im się. Byli, aż strach powiedzieć, szczęśliwi i naprawdę zdołali uwierzyć, że demoniczny byt dał sobie spokój na dobre. Zginął, rozwiał się w eterze, przepadł i go nie było. Nie na żywo, nie w snach.
Jednak to nie było takie proste.
Nie tak szybko i nie tak łatwo.
Uderzyło jak grom z jasnego nieba, a raczej z otchłani najgłębszych oceanów. Zimne i śliskie. Przerażające aż do głębi. Bolało. Czuła fizyczny ból, gdy tylko otworzyła oczy. Zerwała się w środku nocy ze swojego posłania i nie zważając na okoliczności popędziła na złamanie karku do domu Adrila – jedynego bezpiecznego miejsca, które tylko przyszło jej na myśl.
To tylko koszmar, przekonywała sama siebie w biegu, pazernie łapiąc kolejne wdechy. Była nagle dzieckiem uciekającym przed wyimaginowanym potworem, czającym się w ciemności. Wciąż czuła go na karku. Był za nią. Przez cały czas.
Tylko… tylko koszmar… koszmar…
Najprawdziwszy koszmar.
Już widziała chatę Adrila. Już chciała wbiec do środka, zerwać zielarza z łóżka, schować się pod stołem. Ukryć przed prześladowcą, zniknąć dla świata, pozbyć się niechcianego, obrzydliwego dotyku, wzroku, oddechu, które wciąż przy niej były. Otaczały z każdej strony. Obejmowały szyję i pierś, zatapiając swoje chude, zimne palce w jej sierści.
I wtedy dostrzegła Jastesa.
On… on też…
Zaczęła się jąkać jak oszalała, próbując wykaszleć słowa, które nie miały sensu, lecz ratunek nadszedł. Stary Sivarius, jakby prowadzony rodzicielską intuicją otworzył drzwi do swojego mieszkania, a jego brwi były groźnie zmarszczone, zdradzając głęboki niepokój.
– Wy… – bąknął zmieszany, lecz zaraz urwał, widząc stan w jakim była Vallieana, a następnie spojrzał na Jastesa, którego łapy niekontrolowanie drżały, gdy przez cały czas impulsywnie przełykał ślinę. Było źle – Do środka – zarządził
– Miejsce. – wybełkotał niespodziewanie złotooki. Wadera poderwała łeb jakby oblana wrzątkiem.
– Jaskinia… – doprecyzowała.
– W trzecim dystrykcie…
Obie pary oczu zwróciły się na starego basiora.
– Adril, wydarzy się coś bardzo, bardzo złego…
<Jastes?>
wtorek, 20 grudnia 2022
Od Vallieany, CD. Aarveda
I choć Vernon nie mógł oszczędzić sobie złośliwych docinek i żartów, pewnego dnia wadera z uśmiechem na pysku opuściła swoją jaskinię i ruszyła w kierunku Centrum, odziana w białe futerko kryjące zaledwie jej grzbiet. Miała ze sobą dobry nastrój i torbę, w której, prócz leczniczych ziół, znajdowały się stworzone przez nią herbaty w szklanych pojemnikach, mające być upominkiem dla przyjaciela. Nieco obawiała się niezręczności, która mogła wkraść się w ich delikatną znajomość. Przecież przeżyli wspólnie kilka strasznych chwil, jednak nie była to najstabilniejsza podstawa do budowania jakiejkolwiek relacji, szczególnie że oboje byli wtedy pod wpływem dosyć… skrajnych emocji. Nie wiedzieli, czy przeżyją, bali się przeraźliwie… ale… ale teraz było po wszystkim… I najwyraźniej wciąż mieli szansę na przyjaźń.
Przekroczyła mury głównego dystryktu w królestwie i musiała zatrzymać się na chwilę, żeby złapać orientację w terenie. Szukała jednej konkretnej karczmy i choć była pewna, że już kiedyś tam była, miała problem. Niestrudzona postanowiła pójść na rynek i tam najwyżej zapytać kogoś o pomoc, jednak w swoim zamyśleniu, ku własnemu zdziwieniu, trafiła idealnie na ustalone miejsce spotkania. Zadowolona postanowiła zaczekać na zewnątrz, tak jak się umówiła z Aarvedem. Mieli najpierw coś zjeść, a potem odwiedzić Podziemne Ogrody, więc z podekscytowania ledwo mogła usiedzieć w miejscu, choć jej pysk był raczej nieruchomy i zamyślony do momentu, w którym w końcu dostrzegła w tłumie te charakterystyczne, intensywnie zielone ślepia. Momentalnie poderwała się z miejsca i zachowując z zewnątrz opanowanie, ciepło się uśmiechnęła.
<Aarvedzie?>
wtorek, 15 listopada 2022
Od Vallieany, CD. Mordimera
poniedziałek, 31 października 2022
Od Vallieany - event Halloween, quest I (cz. II, CD. Rosa)
Osłabiony działaniem silnych zjaw Vernon był w stanie wykrztusić tylko “nie idź tam”, aby w przyszłości móc Vallieanie swobodnie wypominać, że nigdy go nie słucha i nigdy nie wychodzi jej to na dobre. Nie musiał tego mówić, bo oboje wiedzieli że ona i tak to zrobi, ale nie mógł się powstrzymać, taki miał charakter. Zresztą Vallieana też miała taki charakter, że nie mogła odmówić wilkowi w potrzebie, szczególnie jeśli sama nie miała na tym w żaden sposób ucierpieć. Najpierw jednak musiała się upewnić kto i czy potrzebuje akurat jej pomocy, czy może będzie jednak potrzeba wezwania odpowiednich służb. Na przestrzeni czasu, nieważne jak okrutnie by to nie zabrzmiało, wadera jednak wolałaby żeby ta sprawa okazała się poważniejsza niż była w rzeczywistości, bo nie musiałaby użerać się z tym, z czym się użerała… ale od początku.
Większość świąt zerdinka spędzała w mieszkaniu Adrila w Dystrykcie II. Razem gotowali coś smacznego, rozmawiali i dawali dzieciakom masę łakoci, a potem dodatkową atrakcją była realizacja corocznego zamówienia ziół dla pewnej mag mieszkającej w Centrum. Co prawda zamówienie samo w sobie nie było atrakcyjną częścią, ale tym co sprawiało Vallieanie radochę było obserwowanie rozradowanych szczeniąt i dorosłych, którzy na swój własny sposób cieszyli się urokami dnia potworów. Ona sama nigdy nie bawiła się ani w przebieranki, ani nie spędzała czasu z grupą znajomych, co nie zmieniało tego, że bardzo lubiła obserwować szczęście innych.
Tak czy inaczej droga do uzdolnionej magicznie zaprzyjaźnionej wadery zajęła Vallieanie stosunkowo niewiele czasu, jednak co innego wypicie herbaty, ploteczki i wymiana uwag co do nowych wiadomości ze świata zielarstwa, których zerdinka nie mogła odmówić starszej znajomej. To jeszcze była ta przyjemna część wieczoru, gdzie niebieskooka była pewna, że nic już nie powinno się zepsuć. I to przeświadczenie trzymało się jej jeszcze długo po opuszczeniu przyjemnego mieszkanka magicznej wadery. W końcu zrobiło się całkiem późno, a na ulicach Królestwa ilość spotykanych przez Vallieanę mieszkańców zmniejszyła się do naprawdę niewielkich ilości, a tym samym zapadła zaskakująca cisza. Cisza, która JESZCZE nie sugerowała niczego złego.... i tak, to ten moment, w którym cisza przestaje być ciszą, a jej miejsce zajmuje przejmujący wrzask wielu wilczych pysków, które w roztargnieniu wybiegają z popularnej karczmy, potykając się o własne łapy.
"nie idź tam"
Oh Vernon, jak mogłaby nie pójść?
Na początku niepewnie, z wahaniem ruszyła w stronę budynku. Była blisko, więc dokładnie dostrzegła jak dwie postacie wychodzą w pośpiechu z budynku, zamykają za sobą drzwi i zaraz podbiegają do przeszklonych okien zza których wydobywało się ciepłe światło świec. Postacie rozmawiały ze sobą dosyć głośno, a w szczególności jedna z nich, niższa i bardziej krępa. Nie wyglądali jednak na rannych, a bardziej na... skonfundowanych. To był ostatni moment, w którym Vallieana miała szansę się wycofać... jednak postanowiła z niej nie korzystać. W pośpiechu dobiegła do dyskutujących sylwetek i z tego miejsca poznała jedną z nich - Vay był jej klientem. Szarowłosy wilk o jednym, niekomfortowo białym oku i wielu bliznach na obliczu, w którego słowach jednak zawsze było zaskakujące ciepło, może nawet nieśmiałość.
- Dobry wieczór.. Co tu się dzieje? Słyszałam krzywki, potem zobaczyłem te uciekajace wilki i...
Podeszła od prawej strony jednookiego, więc ten zaraz złapał ją w swój zasięg, a na pociętym pysku wymalowało się zaskoczenie.
- Pa... Pani Vallieana, dobry wieczór - powiedział miękko, zaraz przyjaźnie się uśmiechając. Drugi basior widząc tę rekcję zaraz zmarszczył gniewnie brwi. Patrzył to na lerdisa, to na nowo przybyłą waderę - Widziała Pani może jakieś niewymiarowe pająki w okolicy? Ja i Pan Beczułka mamy z nimi mały problem.
Waderze zamarzła krew w żyłach.
- Pa... pająki..? Niewymiarowe? - teraz ona spojrzała z strachem na wspomnianego Beczułkę, którego szybko zakodowała jako właściciela lokalu.
- Czyli nie, to dobrze - Vay sam sobie odpowiedział z niejaką ulgą - Oznacza to, że wszystkie mamy tutaj.
- Co tu się stało? - Vallieana powtórzyła pytanie, jednak już z mniejszą pewnością tego, czy aby na pewno chciała mieszać się z tę sprawę. Przed oczami miała masę wspomnień sprzed wielu, wielu miesięcy kiedy to z Aarvedem wpadli na morderczego pająka giganta, który najpierw zranił wojownika, by potem wadera musiała mu wchodzić do głowy... w zasadzie wchodziła do głowy im obojgu. To było ekstremalnie niezręczne, nie wspominając o tym, że oboje byli wtedy zbyt blisko śmierci. Od tamtej pory nawet te mniejsze pająki budziły w niej dyskomfort, nie wspominając o tych wielkich draństwach, które tylko śniły jej się po nocach... do teraz.
Wysoki wilk jednak zdawał się nie zauważyć zesztywnienia towarzyszki i wzruszył ramionami.
- Ktoś zatruł bimber Pana Beczułki, tyle wiemy. Mnie przy tym nie było, ale pod...
Beczułka wszedł towarzyszowi w zdanie, wskakując na równe łapy z emocji, jakby chcąc przekonać wilczycę do swojej racji.
- Poszło w jednej chwili, jak z bicza strzelił! Panie piszczą, panowie zresztą też! Szkło leci ze stołów, a moja klientela ma osiem nóg i ten paskudny ryj! Trzeba to zneutralizować zanim szkód narobią!
- I tutaj właśnie się nie zgadzamy - Lalikron uśmiechnął się pobłażliwie, jednak zaraz ton jego głosu zyskał oschłą nutę - Bo ja uważam, że to nadal są te same wilki, którymi były wcześniej, a zaklęcie jest zbyt nietrwałe, żeby wyrządziło im realną szkodę. Trzeba ich tylko odmienić... - białe oko nagle błysnęło. Zaskoczony wilk spojrzał na zerdinkę z nową nadzieją - Przecież Pani jest zielarką z doświadczeniem..! Pewnie tak proste zaklęcie zdjęłaby Pani w pięć minut.
Vallieana drgnęła.
- Jeśli masz rację co do trwałości zaklęcia to prawdopodobnie tak ale...
- Da się? To niech Pani ich odmieni szybko! Muszę wziąć odszkodowanie od tego... hmpf!
- Proszę się powstrzymać przy Pani Vallieanie - lalikron wcisnął do pyska barmana kawałek deski, który wiele dni wcześniej musiał odpaść od wiszącego nad ich głowami szyldu głoszącego "W Objęciach Beczułki". Starszy basior nagle cały opuchł ze złości i dostał martwiącej delirki, a przynajmniej Vallieana się tym zmartwiła, bo Vay już mniej. Białooki zaraz słodko się uśmiechnął, a jego ogon zaczął wesoło merdać na boki - Więc kochana Pani Zielarko, możemy na Panią liczyć?
- ... Musiałabym dostać się do hemolimfy jednego z nich żeby w ogóle wiedzieć co mogę zdziałać ale... - spojrzała na towarzyszy, wpatrujących się w nią niczym cielęta w malowane wrota i urwała.
- Do krwi, tak? - mruknął srebrzysty, a barman wyciągnął kołek z pyska.
- Tak, powiedzmy, że to krew ale...
- Czyli da się to załatwić - oznajmił z zadowoleniem młody basior. Vallieana otworzyła szeroko oczy.
- Ale nie możemy ich za bardzo uszkodzić, bo to może wpłynąć na fizyczność ich wilczych form.
- To dużo trudnych słów, Pani Vallieano. Po prostu to zróbmy i im pomóżmy.
Zadowolony błysk w pojedynczym oku za razem wzbudził jeszcze więcej niepewności, ale i miał w sobie coś, co błyskawicznie przełamało jej barierę przed wejściem do tego legowiska pająków... przynajmniej do momentu, w którym wilczyca nie zobaczyła potężnego bydlaka, przez którego nieomal zemdlała na miejscu... Ale i z tego się podniosła przy namowach lerdisa, który pewny swego stanął przy jednym z wilków w pajęczej postaci, uświadamiając jej, że te stworzenia rzeczywiście były nieco wyżej ewolucyjnie niż pajęczyca sprzed lat. Oboje błyskawicznie uwinęli się z częścią mniej przyjemną, podczas której wadera dowiedziała się, że tak naprawdę niepotrzebne było żadne lekarstwo, a zaklęcie miało przejść samo, gdy delikwent wyjdzie na słońce. Cała trójka nie wiedziała czy powinna się śmiać z głupoty całej sytuacji, czy zacząć płakać z głupoty sytuacji, jednak wszyscy byli pewni jednego - Pan Beczułka powinien lepiej pilnować swojego pieprzonego bimbru.
Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów intelektu
środa, 14 września 2022
Od Vallieany, CD. Lys i Tin
– Jasne, że możemy – pisnęła. Stanęła na tyle łapki i zaczęła rozglądać się za miejscem odpowiednim na chwilowy przystanek, jednak z punktu widzenia tak małego zwierzątka nie była w stanie dostrzec nic, co znajdowało się poza piętrzącymi się nad jej główką murami ze śniegu. Szybko się więc poddała oddając chwilowo swoją pozycję “lidera” wyprawy– Możecie wybrać miejsce.
Lys i Tin, jakby napędzane nową energią na samą myśl o chwili odpoczynku energiczne przeskoczyły z łapy na łapę i dziarsko skinęły głową, biorąc na siebie odpowiedzialność za powierzone zadanie. Przez chwilę chodziły, przez chwilę tuptały, trochę powęszyły, aż w końcu cupnęły. Wybraną przez nie miejscówką była spora przestrzeń, otoczona przez kilka większych, ciasno rosnących przy sobie drzew, gdzie warstwa śniegu była znacznie niższa, niż na ich dotychczasowej, nieosłoniętej gałęziami trasie.
– Może być? – odezwał się dumny głos Lys, zupełnie jakby wadera pytała Vallieanę o zdanie tylko po to, żeby usłyszeć, że wykonała dobrą robotę.
– Tak, dobra robota – uśmiechnęła się Valli – Ziemia jest wydeptana, zdaje się, że nocują tu dziki – zauważyła, kiedy zadowolona z siebie koza zaczęła rozładowywać z siebie toboły.
– Czuć je z kilometra – skrzywiła się lekko w odpowiedzi – Dobrze, że teraz ich tu nie ma.
– A jak wrócą? – gronostaj rzuciła okiem na towarzyszki.
– To będą musiały znaleźć nową miejscówkę – rzekła zadowolona Lys i chwyciła zająca, którego dzień wcześniej złapała. Wadery już zabierały się do dzielenia mięsa, kiedy spojrzały złotymi ślepiami na towarzyszącego im gronostaja. Vallieana jakby wywołana do odpowiedzi podskoczyła w miejscu i za chwilę znów usiadła..
– Spokojnie możesz zjeść więcej, moje ciało jest teraz bardziej… ekonomiczne? – zaśmiała się niezręcznie, zerkając na sześć razy większe truchło zajęczaka – No, powiedzmy…Wystarczy mi naprawdę mały kawałek.
– Hm, no dobrze…
Wadery otworzyły pysk i zaraz zacisnęły silne szczęki na udzie zwierzęcia, łamiąc kości jak wykałaczki i rwąc mięśnie wraz ze skórą jak kawałek pergaminu. Z tej perspektywy, Vallieana odczuła realną grozę i aż musiała się kawałek wycofać, gdy jej ciałem targnęło nagłe, niezrozumiałe przerażenie. Na szczęście wilczyce tego nie zauważyły i zaraz delikatnie położyły udziec przed nosem gronostaja.
– Wystarczy? – zapytały.
– T..tak – czarny łebek potrząsnął się na boki, chcąc pozbyć się dyskomfortu – Dziękuję i smacznego.
Po usłyszeniu odpowiedzi, towarzyszki wyprawy wzięły się do jedzenia. Bardzo szybko okazało się, że mała Vallieana nie jest w stanie zjeść nawet jednej trzeciej swojej porcji, więc więcej trafiło do Lys i Tin, które również nie zjadły swojego przydziału do końca. Ostatecznie resztki zająca trafiły zapakowane do zielarskiej torby, a samice postanowiły odpocząć jeszcze przez chwilę.
– Nie jest wam zbyt ciężko z tymi rzeczami? – spytała z troską gronostajka, zwijając się w rogalika przed wyciągniętymi łapami pozostałych wader. Te jednak pokręciły powoli głową.
– Nie jest ciężko, po prostu daleko.
Niebieskooka wyłapała delikatniejszy głos Tin
– Tak, to prawda, też miałam nadzieję, że dostaniemy się tam szybciej… ale z tym, ciałem nie da się szybciej – westchnęła przygnębiająco. Wadery podniosły uszy i machnęły łapą.
– A… ale nie przejmuj się, to nie jest twoja wina..!
– Ah, wiem, że to nie moja wina, naprawdę! Po prostu mam swoje obowiązki i przez takie… nieoczekiwane… sytuacje muszę na nowo organizować czas… Poza tym nie wiemy jak mnie odmienić z powrotem i to też jest całkiem stresujące – uśmiechnęła się niewesoło. Tin skinęła głową ze zrozumieniem. Vallieana westchnęła i znów się rozluźniła.
– Ale dość o moim obecnym stanie. Powiedzcie, jesteście myśliwymi, tak? Jakiś czas temu zastanawiałam się jak wygląda… – niespodziewanie drobne zwierzę urwało, gdy przez las rozległ się nieprzyjemny dla ucha chichot. W jednej sekundzie samice nastawiły uszy, a w następnej Valli wydała z siebie niepodobny do niczego pisk, gdy nadlatująca z powietrza szyszka uderzyła w ziemię z takim impetem, że wystarczyłoby kilka centymetrów w bok i drobniutkie łapki gronostaja zostałyby bezpowrotnie zmiażdżone.
– Valli! – krzyknęły wadery, zrywając się na nogi – Nic ci nie je… Auć!
Grafitowe rogi przyjęły na siebie uderzenie kolejnej szyszki, a potem ciemny zad oberwał jeszcze następną. W tym czasie zielarka zwiała czym prędzej w krzaki z walącym sercem. Kolejną niespodziewaną dla niej rzeczą było to, że Lys i Tin postanowią wepchnąć się za nią pod ten sam krzak, więc gdy nagle przed jej malutkim pyszczkiem pojawiła się wielka para złotych oczu, wdrapała się niezdarnie na czarny nos i pozwoliła waderom na rozgoszczenie się.
– Valli, czy… czy wszystko… – Tin próbowała złapać oddech, jednak nagle potrząsnęła łbem i zachwiała się na bok, zrzucając gronostaja na ziemię – Mógł cię zabić! Niech ja go tylko dostanę w swoje łapy!
Wadery znów się poderwały, a Valli mogła tylko chwycić się jednej z ich łap, obawiając się bycia stratowaną. Rollercoaster emocji w jej ciele zaliczał wzniesienia i upadki, a ona wyklinała w myślach wrażliwość emocjonalną tego ciała. Miała wrażenie, że to jej serce zaraz się zatrzyma!
Lys jednak nie wybiegła zza krzaka, a jedynie zaszarżowała w przód, kręcąc głową, gdy rogi stale ocierały się o gałęzie rośliny. Już wyglądała jakby miała zaczął krzyczeć, ale przypomniała sobie o obecności towarzyszki, o którą zadeklarowała się walczyć.
– Jak się trzymasz? Wszystko dobrze- zapytały z niepokojem.
– Ja… Tak, ja… Dajcie mi chwilę – sapnęła niebieskooka, trzymając się kurczowo przedniej łapy wader. Lys nastroszyła całe ich ciało.
– Co za…!
Jednak ponownie rozwój sytuacji przerwał czyjeś zdanie w połowie. Chichot nagle się urwał i zmienił się we… wrzask. Dziwaczny, kłujący w uszy krzyk, zupełnie jakby napastnik nagle się przestraszył. To co wydarzyło się jako następne jednak jeszcze bardziej zaskoczyło samice – to coś spadło z drzewa! Wylądowało na grzbiecie parę metrów od Lys, Tin i Vallieany, jednak zaraz bez problemu wstało i zaczęło uciekać w drugą stronę.
A ten co, ducha zobaczył?
Od Vallieany, CD. Jastesa
<Jastes?>
Słowa: 521 = 31 KŁ
sobota, 30 kwietnia 2022
Od Vallieany, CD. Jastesa
Skrzywiła się lekko, przekrzywiając głowę. Prawda była taka, że będąc poza domem nie pomyślała nawet przez moment o tym, że ktoś mógłby wejść jej do domu i coś ukraść.
'Nie krzyw się tak, wiem, że nie miałaś wtedy do tego głowy.'
– Dzięki – rzuciła i nie tracąc więcej czasu wepchnęła listy do własnej torby i przesunęła się lekko w przód, dotykając nosem silnych, sztywnych pnączy. Roślinne pędy, które w jednej chwili wyglądały na zamrożoną plątaninę martwych liści, w drugiej już zaczęły jakby topnieć i rozluźniać się pod wpływem kontaktu ze znajomą magią, która utrzymywała je w tak znakomitym stanie już od wielu lat. Mimo iż pozostawały nieruchome, wadera wyraźnie czuła ich dotyk. To, jak czule oplatały jej pysk i uspokajająco głaskały, próbując dodać otuchy. Po tym ciepłym przywitaniu w końcu wyminęła giętkie pnącza i zagłębiła się w znajomych ciemnościach wypełnionych zapachem, którym sama była przesiąknięta na wskroś. Przemierzyła korytarz by dostać się do oświetlonego przytłumionym światłem grzybów salonu i natychmiast uświadomiła sobie, że gdyby Vernon nie przypisał sobie zapieczętowania całej jaskini i gdyby nie widziała tej rozpierduchy wcześniej, uwierzyłaby że naprawdę jej dom został napadnięty.
– O tym też zapomniałam – jęknęła z niewyobrażalnym zmęczeniem w głosie. Nie mogła nic poradzić na to, że widok rozrzuconych rzeczy, a w głównej mierze cennych ksiąg, doprowadził ją do natychmiastowego bólu głowy, a gdy tylko jej zimne spojrzenie przesunęło się na schody, do migreny doszły zawroty głowy. Nieistniejący siniak na jej grzbiecie, którego nabił obcy byt zakwalifikowany do rodziny bytów o intencjach nieczystych, nieprzyjemnie dał o sobie znać w postaci pojedynczego impulsu, który wystarczył aby zniszczyć w waderze resztki chęci do przebywania w tym miejscu… na dobicie, spojrzała pod siebie, przypomniawszy sobie już ostatnie wydarzenia, do których doszło przed paroma dniami.
– Kurwa – wyrzuciła z siebie w końcu, tracąc całe opanowwanie.
Obrzydliwa, rdzawa plama, która przez trzy dni zdołała nie tylko rozszerzyć się z korytarza aż po salon niczym obślizgły robal, który wgryzł się dwoma szczękonóżami w dywan, dodatkowo zaschła w szczelinach kamiennej podłogi, sprawiając, że domycie jej byłoby prawdziwym piekłem dla każdego śmiałka próbującego się podjąć. Przynajmniej nie śmierdziała.
'Vallieana, uspokój się, weź wdech, no już, zatrzymaj się.'
Zrobiła to, a gwałtowność oddechu jaki zaczerpnęła aż zahuczał jej między uszami.
– Czego nie rozumiesz? Nie chcę tu być, nie chcę patrzeć na ten bałagan, nie chcę niczego dotykać! – krzyknęła z pretensją, jednak się nie ruszyła. Słone łzy zapiekły ją w oczy, więc spuściła głowę, uświadamiając sobie jak ciężko i boleśnie chodzi jej klatka piersiowa.
Zebranie się w sobie, otarcie łez i podniesienie się do stanu użyteczności było kwestią czasu, a jako że Vernon był martwy, to czasu i cierpliwości akurat miał nieograniczoną ilość, więc dawał jej ich tak dużo, aż wystarczyło. W końcu rzeczywiście wstała, powlekła się z powrotem do głównego pomieszczenia i przekrwionym spojrzeniem opuchniętych oczu przesunęła po całości.
– Ciekawe jak trzymają się roślinki – wymamrotała.
'Nie było cię tylko trzy dni, a termin karmienia był wczoraj, nic im nie jest. Zajmijmy się górą.'
Tak minął dzień, a po dniu noc. Nieco niespokojna, trochę długa, ale w końcu przeminęła, przynosząc ze sobą powiew rześkiego wiatru, gdy tylko Vallieana odchyliła roślinną kurtynę w celu przewietrzenia swojego podziemia. Odetchnęła spokojniej na widok wznoszącego się ponad ośnieżonymi koronami drzew słońca, jakby miało być to dla niej swoiste zapewnienie, że każda noc musiała w końcu przeminąć. Po tak krótkim przywitaniu ze światem, za pomocą kła stanowiącego naszyjnik wykonała szybkie rozcięcie wzdłuż własnej łapy i zaczęła pielęgnować ukochaną kurtynę, której listki w zadowoleniu falowały wraz z każdym ruchem powietrza. Odżywioną roślinność zostawiła zaczepioną w takiej pozycji aby wejście do jaskini pozostawało otwarte, a sama zeskoczyła na niższe piętro. Póki rana na jej kończynie wciąż była otwarta, wilczyca zajęła się wszystkimi pozostałymi zielonkami, z troską oglądając je wszystkie i zajmując się każdą ewentualną niedogodnością. Zanim skończyła, dopadła ją pora obiadowa, lecz, chociaż niebieskooka pominęła śniadanie, wciąż nie była głodna. Zamiast więc zjeść, opatrzyła sobie jedyną z białych łap i bez zbędnej zwłoki zajęła się zamówieniami, oddychając świeżym powietrzem pochodzącym z krainy wiecznej zmarzliny, a w tle słyszała jak Vernon czyta na głos jakiś romans.
Akurat rozpalała ogień by móc sporządzić wywary, gdy wiatr wniósł do środka zapach, z którym wadera mogła się zaznajomić przez ostatnie dni i nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, gdy zza rogu korytarza wychylił się znajomy, biały pysk.
<Jasiu? Czilera że aż strach>
Słowa: 1414