Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 kwietnia 2023

Od Vallieany - Trening XI, cz. I

 Relacja Vallieany i jej znajomej, Tarilii, wpisywała się w kanon tych relacji, które po prostu były. Nie było zbyt wielu opcji aby tę relację rozwinąć, gdyż obie wadery zawsze były zabiegane i zwyczajnie się mijały. Z drugiej strony przy takiej dynamice nie musiały się wcale obawiać, że ze względu na małą ilość spędzonego wspólnie czasu kiedyś zrobi się między nimi niezręcznie. Nigdy nie miały ani wspólnych znajomych, ani zainteresowań. Jedna była zielarką, podczas gdy druga trudziła się ratownictwem medycznym, a jednak wspólne tematy zawsze wpadały i śmiało można powiedzieć, że to im odpowiadało. Istniała między nimi jakaś nić wzajemnego zaufania, która wzięła się w zasadzie znikąd ale sprawdzała się, szczególnie, jeśli jedna z nich potrzebowała pomocy i potrzebowała jej nagle. Jakoś tak to działało od zawsze.
– Nie przejmuj się, Valli, moje dzieciaki są grzeczne i nie sprawiają problemów. Poważnie, będziecie się super bawić.
Głos Tarilii był zdecydowany i pewny, co było dokładną odwrotnością tego, co czuła Zerdinka. No, może nie dokładną, gdyż Vallieana miała już styczność z dzieciakami i mniej więcej rozumiała “z czym to się je”, jednak w pozytywnym nastawieniu ciemnookiej wadery było coś, co przytłaczało. Chyba to opiekunki zazwyczaj przekonywały zmartwionych rodziców, że “będziemy się super bawić [..] nic się nie martw”, a nie na odwrót. Mimo to, już się zgodziła, więc nie zamierzała narzekać.
– Pewnie, że tak – zapewniła, odwzajemniając uśmiech znajomej – I wy też bawcie się dobrze. 
– Oj będziemy. Lloyd coś zaplanował i nie mogę się doczekać – Tarila przestąpiła z łapy na łapę, sięgając wzrokiem zamkniętych drzwi na podwórze, za którymi wspomniany basior organizował renifera. Ekscytacja i zauroczenie wręcz ulatywały jej uszami i wznosiły pod sufit, nadając jej wygląd niesfornej nastolatki, a nie odpowiedzialnej matki i partnerki. 
Gdy Lloyd wrócił do mieszkania, wadery wymieniły ostatnie wskazówki i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. W końcu rodzice pożegnali się ze swoimi pociechami, następnie z Vallieaną i wyszli, zostawiając piątkę samą ze sobą. 
Zerdinka i czwórka szczeniąt, które ledwo znała.
“I duch.”
No i duch. 
Dwie waderki i jeden basior, wszystkie białe w brązowe ciapy, urodziły się w jednym miocie. Dwójka miała ciemne oczy - to byli Beva i Caen - a tylko jedna samiczka jasne - Kali. Był jeszcze ich młodszy brat będący idealną kopią matki, ciemnobrązowy z brunatnymi ślepkami, który nazywał się Kell.
Gdy Tarila i Lloyd wyjeżdżali, szczeniaki dopiero co zdążyły wstać z łóżek, więc rozsądnym było zaczęcie dnia od jakiegoś śniadania. Z polecenia ich matki padło na rybę. 
– Nie lubię ryby – zamarudziło najmłodsze ze szczeniąt, siadając do kuchennego stołu. 
– Mieszkasz w porcie i nie lubisz ryb? – łagodny ton wadery wtopił się w przestrzeń i rozbił naturalny ruch cząsteczek powietrza płynących w tym złocistym świetle, które wpadało do środka od strony linii morza.
Drewniane pomieszczenie było w kącie budynku i na dwóch jego ścianach znajdowały się duże okna, przysłonięte błękitnymi zasłonami, obleczonymi teraz nieskromnie w światło wschodzącej gwiazdy. Pod nimi zaś stały szafki służące do przygotowywania posiłków. Z pozoru przy wykonywaniu tej czynności mogły zawadzać ilości szklanych, ozdobnych słoiczków pełnych przypraw i ziół, a także ceramiczne figurki, których fanem był Lloyd, jednak o dziwo zajmowały mniej przestrzeni, niż mogło się wydawać. W rogu kuchni znajdował się otwór w ziemi pełniący funkcję składzika, a na samym środku stał spory stół, przy którym teraz siedziały szczenięta. Za nim był otwarty łuk w ścianie, prowadzący do równie jasnego salonu.
– Nie lubię.
– Zgoda, to znajdziemy coś innego – uśmiechnęła się w odpowiedzi, nawet nie próbując wchodzić w konflikt z młodziakiem już na samym początku znajomości.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Vallieana spotkała się z tą czwórką, jednak do tej pory nie wymienili ze sobą więcej zdań niż błyskawiczne przedstawienie się sobie, po którym Tarila wyciągnęła swoją znajomą na kolejną “ważną eskapadę” i tyle zostało z akcji zapoznawczej. Poza tym w tamtym momencie Kell był zaledwie oseskiem, który dopiero co otworzył oczy, zaś pozostała trójka była zajęta szarpaniem zabawki, na której odreagowywali świeżo wychodzące zęby. Nie mieli czasu na takie głupoty, jak obce wilki w ich domu.
Vallieana otworzyła schowek na mięso i wybrała maluchowi resztki zająca, które wydawały się być wystarczająco świeże, by mógł je zjeść. Sprawnie obrobiła tuszę ze skóry, rozdrobniła posiłek na mniejsze fragmenty i podstawiła mu pod nos, przy tym zabierając talerz z rybą.
– Może być? – rzuciła przyjaźnie.
Kell kiwnął żwawo głową i zaraz wepchnął pyszczek w mały stos mięsa. Pozostała trójka beztrosko przerzucała sobie między talerzami rybie łby, nie mogąc usiedzieć chwili bez wygłupów, całkowicie nieprzejęci obecnością wadery. 
“Niczego im nie powiesz?”
Uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła nieśpiesznie wycierać blat z pomocą szmatki. Co takiego mogałby im powiedzieć?
“Ja na przykład urwałbym im nogi za brak poszanowania do jedzenia”
W tej samej chwili zza jej pleców wyrwał się cichy pisk, a zaraz za nim warkot, więc szybko się obróciła. Przygotowana na wszystko, odetchnęła, widząc że to tylko Caen złapał Bevę za ucho, a w odwecie za siostrę Kali zacisnęła zęby na jego ogonie. Ta ostatnia odpuściła jako pierwsza, widząc mrożące spojrzenie Zerdinki i puściła speszona, a za nią podążyła reszta. Tylko najmłodsze z rodzeństwa dalej babrało się w krwawej zbitce swojego śniadania.
 – Skończyliście jeść? – spytała zielarka, a jej głos zabrzmiał bardziej niecierpliwie, niż zamierzała. Szczenięta nie miały pojęcia, że wynikało to jedynie z nagłego wyrzutu adrenaliny spowodowanego piskiem Bevy, więc spojrzały po sobie, po czym kiwnęły łebkami w milczeniu.
– W porządku… To co chcielibyście robić?
Znów ta sama wymiana spojrzeń, lecz nim ktokolwiek zdążył się odezwać, najmłodszy szczeniak najwyraźniej uznał że się najadł, gdyż odszedł od stołu, a za jego nieporadnymi łapkami pozostały tylko drobne plamy krwi na kamiennej podłodze, zresztą całe brunatne futerko szczeniaka było w niej ubrudzone, więc Valli szybko go przechwyciła, łapiąc ostrożnie za kark. Posadziła dzieciaka na blacie, by móc nieco je oczyścić i tylko rzuciła do pozostałych:
– Zastanówcie się. Mamy ładną pogodę, więc możemy wyjść na zewnątrz. 
Szczenięta za plecami wilczycy spojrzały po sobie, lecz żadne się nie odezwało. Dała im więc czas do namysłu. Sama złapała telekinezą za czystą ściereczkę powieszoną dotychczas na jednej ze ścian, zwilżyła ją w misie z wodą i delikatnymi ruchami ścierała krew z ciemnego futerka, należącego do najmłodszego ze szczeniąt, które na zmianę się oblizywało i krzywiło. Dopiero gdy opiekunka przeszła do mycia jego łapek, Kell przyglądał jej się z ciekawością. W tym samym czasie reszta młodzieży zaczęła coś między sobą mamrotać. Dopiero po chwili waderka o jasnych oczach podniosła się od blatu i zaczęła sprzątać po śniadaniu, a zaraz potem dołączyła do niej reszta ekipy. Gdy Vallieana skoczyła z Kellem, kuchnia była czysta, a szczeniaki przeniosły się do salonu. Pozostała dwójka w końcu do nich dołączyła. 
– I co, wymyśliliście coś? – rzuciła Zerdinka, uśmiechając się do wilcząt usadzonych na kanapie z niedźwiedziego futra. 
– Możemy iść na plac zabaw? – bąknęła Beva. 
– Jasne, że możemy. 
Wszystkie cztery ogonki poszły w ruch z ekscytacji, a pary oczu wesoło zalśniły
– Jeden jest tuż przy świątyni, prawda? 
Szczeniaki kiwnęły zgodnie. 
– No to idziemy – wilczyca machnęła głową na drzwi wyjściowe, a trzy wesołe kulki poderwały się bez konieczności powtarzania polecenia – Tylko cały czas trzymajcie się blisko mnie, żebym was widziała, jasne? 
– Jasne, jasne! 
Cała piątka wyszła z mieszkania. Vallieana zamknęła drzwi na klucz i podążyła za szczeniętami, które cały czas były dwa metry przed nią - cała trójka oprócz Kella, który trzymał się bliżej jedynej dorosłej. Szli chodnikiem i rozglądali się po okolicy, ciesząc pogodą i słonym powietrzem mierzwiącym sierść. Ciepły poranek był jakby przykrywką dla następnych wydarzeń, na które Vallieana nigdy nie miała okazji się przygotować. 


Słowa:1221

piątek, 31 marca 2023

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

Wadery galopowały na złamanie karku, ptaki u ich boku ćwierkały z oburzeniem, a świat przed oczami Vallieany podskakiwał nierówno wraz z każdym ruchem zadu, do którego przylgnęła całym ciałem. Hop, hop, hop. Tu gałęzie, tam kamienie, tu znowu drzewo, a nieszczęsny gronostaj musiał przytrzymywać się zębami grubego futra, żeby podczas szalonego pościgu nie zlecieć z ich grzbietu. Szczerze powiedziawszy, Zerdinka była tak zaskoczona ostatnimi wydarzeniami, że nawet nie miała czasu na stosowną reakcję pod względem emocjonalnym. Była po prostu ekstremalnie zdziwiona. 
Niespodziewanie w powietrzu rozniosło się urwane jęknięcie, a w tym samym momencie Valli gwałtownie podskoczyła wraz z tyłkiem Lys i Tin. 
– Takie to zabawne, co?! – wypluły rozgniewane, kiedy gronostajka na ich plecach dochodziła do siebie.
Naprawdę go dopadły?!
Szybko się otrząsnęła i wskoczyła na głowę wader, żeby zorientować się w sytuacji. Z tyłu głowy miała na uwadze sprawdzenie stanu kamieniarek, jednak tym razem ciekawość wygrała. I rzeczywiście, przed masywnymi łapami kózek widniały dwie tylne nogi i kawałek czarnego ogona, gdyż pozostała część… napastnika..? Valli nie wiedziała do końca kto w tamtym momencie był napastnikiem, ale na pewno reszta tamtego drugiego tkwiła nieruchomo w kupie śniegu. Lerdiski ciężko westchnęły między kolejnymi sapnięciami.
– Wszystko dobrze, Valli? – zapytały, unosząc lekko łepek ku górze.
– Tak, nic mi nie jest. 
Pogładziła głowę Lys i Tin w zamyśleniu.
– A ty tam, żyjesz? – Lys znów przybrała gniewny ton, kierując go w stronę nieznajomego. 
Nagle niedługa, czarna kitka poruszyła się na boki. Wadery schyliły się na łapach, gotowe do ewentualnej obrony, a Vallieana schowała się za grafitowymi rogami. 
– Mmfmf!
Ucho kózek drgnęło, a powietrze przeszyło krótkie “huh?”. Nie straciły jednak czujności.
– Wyłaź z tego śniegu, a potem mów! I nie próbuj żadnych sztuczek, bo pożałujesz!
Minęła chwila, po której czarne nóżki schowały się w śniegu, a potem znad białej powłoki wychyliła się mała głowa, czarna jak u jakiegoś diablęcia. Najpierw rozejrzała się przed sobą, a dopiero potem obróciła się w stronę wader (to znaczy, wadery i gronostaja), mierząc Lys i Tin z najbardziej obrażoną miną, na jaką było ją stać. Mina ta kontrastowała jednak z płaczliwością tonu, z jakim się wypowiadała
– Dźgnęłaś mnie w plecy, to boli – burknęła.
– A ty prawie zabiłaś naszą Vallieanę! Należało ci się! – wykrzyczała Lys natychmiast, nie pozwalając zrobić z nich “tych złych”.
– Ale nikogo nie zabiłam, więc nie, wcale mi się nie należało! 
– Właśnie, że należało!
Wadery zaczęły się ze sobą kłócić i choć młode diablę nie wyglądało do końca jak wilk, głównie ze względu na abstrakcyjnie duże uszy, nos przypominający ten nietoperza i błoniaste skrzydła, wyrastające z jej boków niczym dodatkowa para łap, zdecydowanie mogło podchodzić pod Lerdisa. Było też waderą, ewidentnie nieletnią. Wykorzystując chwilę zamieszania, Vallieana zsunęła się z powrotem na grzbiet Lys i Tin, a stamtąd do koszyka z kamieniarkami, żeby sprawdzić stan ptaków. 
– Nic im nie jest? – spytały kózki, nagle wytrącając się z dyskusji z drugą Lerdiską. 
– Na szczęście nie ale powinnyśmy iść dalej.
Obca waderka zmarszczyła brwi.
– Twój zwierzak naprawdę gada? Cool. 
Lys i Tin wymieniły porozumiewawcze spojrzenie z Vallieaną. Młoda albo udawała, albo rzeczywiście to wcale nie ona była winna zmiany formy niebieskookiej. Kozy jednak szybko się wyprostowały i skonfrontowały z ciemnoszarymi ślepiami.
– Nawet gdyby nie gadała, to i tak nie dawałoby ci pozwolenia żeby rzucać w nią szyszkami! 
Młoda obruszyła się.
– Nie jesteś moją matką.
– Dlatego wracaj do swojej matki i przestań zagrażać innym!
I cisza. 
A potem szare oczy wypełniły się łzami. 
– H..Huh, co… 
Młoda nietoperzyca zaczęła wyć, przy czym na zmianę marszczyła gniewnie brwi i uparcie ocierała oczy łapami z tymi długimi uszami rozciągniętymi wzdłuż karku. I choć Lys i Tin wyglądały na ekstremalnie zagubione, Vallieana nie mogła powstrzymać się od współczucia. Młoda zapłakała głośno i złośliwie
– Tak się skł…składa… że wyrzucili mnie z domu! Więc nigdzie nie wrócę!
Lys i Tin zastrzygły uszami z niepewnością
– Valli… ja...
Zerdinka nadal była nieufna, więc nie zeszła z bezpiecznego miejsca jakim było ciało towarzyszek, jednak wspięła się na ich kufę i pochyliła w przód, by mieć pewność, że czarnowłose stworzenie ją usłyszy.
– Masz jakąś rodzinę? Ktoś na pewno ci pomoże.
Waderka pokręciła przecząco głową, nawet nie podnosząc wzroku na czarno białe stworzenie. 
– A byłaś w jakimś mieście? Nie możesz tak się błąkać po lesie w nieskończoność i zaczepiać obcych. 
Nietoperzyca znów brzydko się zmarszczyła.
– Właśnie, że mogę.
 Zapadła cisza. Zerdinka oceniła młodą waderę wzrokiem, lustrując ją od góry do dołu. Wtedy dostrzegła u jej boku przetartą torbę, do tej pory schowaną za skrzydłem.
– Jak długo już tak żyjesz?
Znów milczenie.
– Eh, dobra, nie zostawimy cię tak – westchnęła gronostajka i obróciła się przodem do oczu Lis i Tin, czując jak te poruszają pyskiem.
– Nie zostawimy?
Niebieskooka wzruszyła ramionami.
– Wolałabym nie zostawiać, ale nikogo do niczego nie zmusimy. Myślę, że w zamian za pomoc w dźwiganiu kilku rzeczy mogłybyśmy się odwdzięczyć pomocą ze znalezieniem jakiegoś bezpiecznego miejsca, przynajmniej tymczasowo… I może czymś do zjedzenia... Oczywiście tylko jeśli wy się zgodzicie.
Vallieana nie mogła tego zobaczyć, ale na pyszczku młodej pojawił się szok, a potem zapłakała jeszcze głośniej. 


<Lys i Tin? Adoptujemy dziewczynkę? XD>
Słowa: 821 = 47 KŁ

wtorek, 28 lutego 2023

Od Vallieany, CD. Mordimera

Gdy tylko oczy Marv’a, gospodarza karczmy, padły na Vallieanę, ta od razu dostrzegła narastające w nim napięcie. Spiął się jakby zobaczył co najmniej ducha albo coś jeszcze gorszego i nerwowo rozejrzał się po tłumie klientów w poszukiwaniu ratunku. Czarnowłosa zaraza i te jej cholerne zmordowanie ślepia były jednak zdeterminowane by poznać choć część wydarzeń z minionych trzech dni. Nim starzec zdążył czmychnąć, ona już była obok. Otworzyła pyszczek i wgapiła się tępo w jego zdenerwowaną twarz.

– Dzień dobry… Chciałam podziękować za pomoc i…

– Dzień dobry, dzień dobry – wymruczał ten, odstawiając trzymaną tacę na bar. Rozejrzał się po otoczeniu po raz ostatni, nim niespodziewanie jego duże cielsko pochyliło się nad blatem, zbliżając do zaskoczonej tym ruchem wadery – Wiem w jakiej jest Pani sytuacji, więc tym bardziej wolałbym, aby Pani tutaj nie przychodziła. Ja i moja żona nie chcemy kłopotów.

Oschły ton był jak kubeł zimnej wody wylany prosto na jej łeb. W pierwszym odruchu poczuła ogromną złość, ponieważ sytuacja w której się znalazła nigdy nie była jej wyborem. Nie ona wysłała za sobą list zlecający zabójstwo; nie ona zażyczyła sobie tracić moce; nie ona zaciągnęła siebie do karczmy, a potem do szpitala, do cholery! Jednak uświadomiła sobie, że karczmarz też nie miał wyboru - chciał tylko bezpieczeństwa dla siebie i swojej rodziny. Nawet nie mogła być na niego zła, co wypełniło ją tylko większym poczuciem bezsensu. Jej łeb opadł, a lodowate oczy wbiły się w blat. Nie mogła tak szybko odejść, choć w tamtym momencie nie było rzeczy, której pragnęłaby bardziej. 

– Rozumiem… – rzuciła niemrawo, na powrót podnosząc wzrok. Dostrzegła w drugim wilku jakiś żal, którego postanowiła do siebie nie dopuszczać – Zaraz stąd pójdę ale… orientuje się może Pan, gdzie jest pan Artem? Mówił coś o swoich planach? Muszę go znaleźć.

– Nie. Myśmy też widzieli go ostatni raz jak odprowadzał cię do szpitala.

– A nie znalazł Pan może gdzieś tutaj tajemniczej torby..?

- Jeśli zostawiłaś tutaj cokolwiek, prawdopodobnie ktoś już to sobie wziął.

Pomimo wyraźnego współczucia, cierpliwość wilka najwyraźniej została wyczerpana. Obdarzył ją ostatnim spojrzeniem, po czym wyminął i ruszył w głąb karczmy milcząc. Rozczarowana wilczyca westchnęła i odsunęła się od blatu. Jej sytuacja była, lekko mówiąc, wybitnie słaba. Stróż podejmujący się jej sprawy rozpłynął się jak ciepły kłąb oddechu w lodowatej, wieczornej mgle, a razem z nim jakiekolwiek dowody na wydarzenia, których Zerdinka doświadczyła. Ponadto jedyne wilki mogące pełnić rolę świadków, ewidentnie nie zamierzały angażować się w sprawę tak wysokiej rangi, zresztą, w oczach Marv’a Vallieana zdawała się już być martwa. Stąd to jego przestraszone, żałujące spojrzenie, które mogłoby mówić: ‘byłem pewien że już po wszystkim’. 

Pochyliła głowę, zmarszczyła czoło, jednak nie trwało to długo. Znerwicowane, nakręcone aż do skrajności zmysły podpowiedziały jej, że stała się obiektem czyjegoś zainteresowania. Gdy trafiła na parę niejednolicie niebieskich oczu, ich właściciel już był blisko. 

– Zgubiłaś torbę? – rzucił na przywitanie. 

– Uh, tak… nawet dwie… – palnęła bezmyślnie, po czym jakaś wiązka nowej energii wypełniła jej ciało. Czy to możliwe, że… – Znalazł Pan jakąś?

Czarnowłosy przybysz jednak uśmiechnął się, a jego głos nabrał nieco żartobliwego tonu.

– Nie, nie znalazłem, choć podejrzewam, że kilka takich wala się po Centrum. 

Nadzieja prysła, a razem z nią jakikolwiek wyraz emocji znajdujący się na pysku zielarki. 

– Może gdyby Pani powiedziała co było w środku, byłoby łatwiej. 

– W środku… – zaczęła niemrawo, jednak najpierw musiała odszukać odpowiednie słowa, nim dokończyła wypowiedź – Jedna była typową, zielarską torbą z medykamentami w środku, a w drugiej był… była ważna dla mnie biżuteria… 

Celowo pominęła fragment o liście i materiałach. Zdała sobie sprawę, jak irracjonalnie to brzmiało. Oczywiście, że gdyby ktoś znalazł cenną biżuterię to nie chciałby jej nikomu oddawać, chyba że za pieniądze, a ona jej tak po prostu… szukała. Z nerwów złapała łapą za zwisający z jej szyi naszyjnik i ciągle go trzymała, znów spoglądając na towarzysza, oczekując jego reakcji. Obcy nie wyglądał jednak, jakby chciał ją wyśmiewać, czy oceniać. Po prostu obserwował, jak nowe myśli odbijają się lustrem na jej pysku w postaci kolejnych zmarszczek i podrygów. 

– To rzeczywiście bardzo niefortunne – przyznał w końcu.

Skinęła głową w odpowiedzi. Jeszcze raz obejrzała się za karczmarzem, który tylko co jakiś czas zerkał z wyraźną konsternacją to na nią, to na czarnego basiora. 

– Ale może jeszcze uda się je znaleźć, nie można tracić nadziei – niebieskooki wilk wzruszył ramionami, brzmiąc jakby odnalezienie zguby było tylko kwestią czasu – A tymczasem co Pani powie na coś ciepłego do zjedzenia? W międzyczasie Pani powie coś więcej o tych torbach, może wspólnie uda nam się na coś wpaść. 

Niebieskooka aż otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia. Jasne, że nie mogła wplątywać obcych wilków w jej problemy, a już w szczególności problemy tej wagi… i zdecydowanie nie powinny być to całkiem obce wilki. Oczami wyobraźni już widziała, jak masywny basior zaciąga ją w jakąś uliczkę i zabija jednym uderzeniem jakiegoś ciężkiego, tępego obiektu… Zamroczyło ją na samą myśl, a po grzbiecie przeszedł gryzący dreszcz. 

Nie, najpierw musiała znaleźć Artema… a potem…

– Proszę Pani..?

Drgnęła, wracając na ziemię. Grawitacja nagle zadziałała mocniej, albo to jej łapy zapragnęły odpoczynku po trzech dniach tak skrajnego wycieńczenia i się zatrzęsły. Tylko jakby… zmartwione spojrzenie basiora utrzymało ją na ziemi. Dwa skrajne odcienie niebieskiego. 

– Zgoda… – westchnęła, próbując się wyprostować i wyglądać jakby wcale nie była w ekstremalnym dystresie - To znaczy… bardzo chętnie. Dziękuję.


<Mordimer?>


Słowa: 864 =49 KŁ

środa, 25 stycznia 2023

Od Vallieany, CD. Jastesa

Polowanie przebiegło pomyślnie, jak niewiele rzeczy w ostatnich dniach Jastesa i Vallieany. Wilki dorwały młodą lochę, która nie zdążyła jeszcze w życiu się wyprosić, teraz przynajmniej stanowiła smaczny posiłek dla drapieżników. Ostateczny cios zadał Jastes, jak i również on wziął na siebie zadanie polegające na dotaszczeniu zwierzęcia do domu Vallieany, gdzie już ona sama pięknie oprawiła truchło na równe części. Potem mogli w spokoju zjeść, ciesząc się względnym spokojem i swoim własnym towarzystwem. Niebieskooka z zaangażowaniem opowiada o zabawnych historiach ze swojego życia, a i Sivarius zaskakująco chętnie wtrącał anegdoty ze swojego. Wyglądał na dużo bardziej rozluźnionego niż przed paroma godzinami, jakby poważna rozmowa i następujące po niej polowanie rzeczywiście uwolniły go z zalegających na jego grzbiecie obaw. Więc kiedy on szczerze się uśmiechał, ona zaraz te uśmiechy odwzajemniała. Znów było miło. 

Choć przez chwilę. 


– Masz ten. To bardzo popularny środek uspokajający, nie ma skutków ubocznych. Zaczniemy od małej ilości, pij jeden kubek na godzinę przed snem przez następne trzy dni. Jak to nie pomoże, to zwiększymy dawkę lub dobierzemy coś innego – wilczyca sięgnęła na szczyt jednej z półek na najwyższym piętrze swojego mieszkania. 

Oświetlenie z pomarańczowych kryształów otulało całą jej sylwetkę, kiedy wyjęła z pudełka kilka saszetek z widocznymi w środku ziołami i przełożyła je do mniejszego woreczka. Pudełko wróciło na swoje miejsce, a woreczek przesunął się prosto do poselskiej torby złotookiego, która leżała otwarta pod ścianą, gdy jej właściciel zajmował się zabezpieczaniem swojej części przydzielonego mu posiłku. Rzucił okiem na towarzyszkę i nieśmiało się uśmiechnął. Kiedy już doszło do momentu w którym mieli się rozdzielić, znów zdawał się zmęczony i starszy niż był w rzeczywistości. 

– Dziękuję, Valli – rzucił i stanął przodem do niej – Ile kosztuje taka… przyjemność?

Wilczyca roześmiała się krótko i szturchnęła go łapą.

– Dla przyjaciół? Bezcenna.

Jastes chwilę patrzył na jej pysk.

– To twoja praca, nie wygłupiaj się – znów ten słaby uśmiech.

– Nie martw się, mój biznes na tym nie ucierpi, a jedyne czego chcę to zobaczyć, że jest u ciebie lepiej. Zresztą podejrzewam, że jeszcze nieraz zdążysz mi się odwdzięczyć.

Widząc szczere, prostolinijnie pozytywne nastawienie wilczycy, Sivarius więcej nie oponował.

– Zgoda. Dziękuję więc za zioła… polowanie… i rozmowę.

– Też dziękuję za wspólnie spędzony dzień. 

Jastes założył torbę na bok, a obwiązane i zabezpieczone części dzika już zwisały z obu stron jego szyi. Poprawił się i przeciągnął. Oboje w końcu wyszli na zewnątrz, gdzie jedyny ślad pozostały po słońcu był rozciągającą się po nieboskłonie różowo-pomarańczową łuną. Mimo wszystko przyroda była tego dnia spokojna. Sivarius odwrócił się jeszcze jeden raz, kiedy niebieskooka stała w wyjściu, a po obu jej stronach zwisały luźne, grube pnącza obfitujące w liście.

– Odwiedź mnie niedługo. To polecenie od twojego zielarza – rzuciła niby od niechcenia, jednak z zaczepnym uśmieszkiem na smukłym pyszczku. W odpowiedzi usłyszała lekkie parsknięcie.

– A może to ty mnie w końcu odwiedzisz? Za każdym razem to ja przychodzę.

– Hm? Tam koło Symfonii Północy?– czarne uszy zastrzygły w zaciekawieniu, a jej ogon zabujał się na boki z entuzjazmem. Jak mogłaby odmówić? – Zgoda. Za trzy dni?

– Za trzy dni – odparł wilk, kiwając głową. 


W ten sposób minęły niecałe dwa miesiące sielanki, podczas których Vallieana i Jastes spotykali się niejednokrotnie. Koszmary basiora odpuściły, a on mógł spać ku zadowoleniu swojemu i Vallieany. Udało im się. Byli, aż strach powiedzieć, szczęśliwi i naprawdę zdołali uwierzyć, że demoniczny byt dał sobie spokój na dobre. Zginął, rozwiał się w eterze, przepadł i go nie było. Nie na żywo, nie w snach. 

Jednak to nie było takie proste. 

Nie tak szybko i nie tak łatwo.

Uderzyło jak grom z jasnego nieba, a raczej z otchłani najgłębszych oceanów. Zimne i śliskie. Przerażające aż do głębi. Bolało. Czuła fizyczny ból, gdy tylko otworzyła oczy. Zerwała się w środku nocy ze swojego posłania i nie zważając na okoliczności popędziła na złamanie karku do domu Adrila – jedynego bezpiecznego miejsca, które tylko przyszło jej na myśl.

To tylko koszmar, przekonywała sama siebie w biegu, pazernie łapiąc kolejne wdechy. Była nagle dzieckiem uciekającym przed wyimaginowanym potworem, czającym się w ciemności. Wciąż czuła go na karku. Był za nią. Przez cały czas.

Tylko… tylko koszmar… koszmar…

Najprawdziwszy koszmar. 


Już widziała chatę Adrila. Już chciała wbiec do środka, zerwać zielarza z łóżka, schować się pod stołem. Ukryć przed prześladowcą, zniknąć dla świata, pozbyć się niechcianego, obrzydliwego dotyku, wzroku, oddechu, które wciąż przy niej były. Otaczały z każdej strony. Obejmowały szyję i pierś, zatapiając swoje chude, zimne palce w jej sierści.

I wtedy dostrzegła Jastesa. 

On… on też…

Zaczęła się jąkać jak oszalała, próbując wykaszleć słowa, które nie miały sensu, lecz ratunek nadszedł. Stary Sivarius, jakby prowadzony rodzicielską intuicją otworzył drzwi do swojego mieszkania, a jego brwi były groźnie zmarszczone, zdradzając głęboki niepokój.

– Wy… – bąknął zmieszany, lecz zaraz urwał, widząc stan w jakim była Vallieana, a następnie spojrzał na Jastesa, którego łapy niekontrolowanie drżały, gdy przez cały czas impulsywnie przełykał ślinę. Było źle – Do środka – zarządził 

– Miejsce. – wybełkotał niespodziewanie złotooki. Wadera poderwała łeb jakby oblana wrzątkiem. 

– Jaskinia… – doprecyzowała.

– W trzecim dystrykcie…

Obie pary oczu zwróciły się na starego basiora.

– Adril, wydarzy się coś bardzo, bardzo złego…


<Jastes?>

Słowa: 831 = 47 KŁ

wtorek, 20 grudnia 2022

Od Vallieany, CD. Aarveda

Gdy pierwszy raz otrzymała list od Aarveda, nie spodziewała się tego, co miało ją spotkać. Wielkie pająki, radzenie sobie ze złamanymi żebrami, obserwowanie wilka w lodowatej wodzie i w płomieniach ognia, dosłownie. Strach, ulga, niepokój, radość, więcej niepokoju. I mogło się to na tym skończyć – ciężka przygoda zakończona niezręcznym pożegnaniem… ale po wszystkim wykonała kolejny krok w jego kierunku i nagle pojawiły się kolejne listy, tylko już nie doręczane przez rogatego Lerdisa, a nadawane przez niego. I znów budził w niej najróżniejsze uczucia; od rozbawienia, po wzruszenie, gdy opowiadał o historiach, które przeżywał jako wojownik i choć nie znali się zbyt dobrze, po tym co razem przeszli Vallieana mogła śmiało stwierdzić, że żywiła do niego bardzo dużo ciepłych uczuć. Odpowiadała na każdy z listów, i kiedy w końcu dostała jeden, w którym zawarte były słowa “Niedługo wracam. Masz może ochotę spotkać się na żywo?” nie mogła odmówić. Uzgodnili szczegóły i pozostało tylko czekać.

I choć Vernon nie mógł oszczędzić sobie złośliwych docinek i żartów, pewnego dnia wadera z uśmiechem na pysku opuściła swoją jaskinię i ruszyła w kierunku Centrum, odziana w białe futerko kryjące zaledwie jej grzbiet. Miała ze sobą dobry nastrój i torbę, w której, prócz leczniczych ziół, znajdowały się stworzone przez nią herbaty w szklanych pojemnikach, mające być upominkiem dla przyjaciela. Nieco obawiała się niezręczności, która mogła wkraść się w ich delikatną znajomość. Przecież przeżyli wspólnie kilka strasznych chwil, jednak nie była to najstabilniejsza podstawa do budowania jakiejkolwiek relacji, szczególnie że oboje byli wtedy pod wpływem dosyć… skrajnych emocji. Nie wiedzieli, czy przeżyją, bali się przeraźliwie… ale… ale teraz było po wszystkim… I najwyraźniej wciąż mieli szansę na przyjaźń. 


Przekroczyła mury głównego dystryktu w królestwie i musiała zatrzymać się na chwilę, żeby złapać orientację w terenie. Szukała jednej konkretnej karczmy i choć była pewna, że już kiedyś tam była, miała problem. Niestrudzona postanowiła pójść na rynek i tam najwyżej zapytać kogoś o pomoc, jednak w swoim zamyśleniu, ku własnemu zdziwieniu, trafiła idealnie na ustalone miejsce spotkania. Zadowolona postanowiła zaczekać na zewnątrz, tak jak się umówiła z Aarvedem. Mieli najpierw coś zjeść, a potem odwiedzić Podziemne Ogrody, więc z podekscytowania ledwo mogła usiedzieć w miejscu, choć jej pysk był raczej nieruchomy i zamyślony do momentu, w którym w końcu dostrzegła w tłumie te charakterystyczne, intensywnie zielone ślepia. Momentalnie poderwała się z miejsca i zachowując z zewnątrz opanowanie, ciepło się uśmiechnęła.


<Aarvedzie?>

Słowa:391 = 25 KŁ

wtorek, 15 listopada 2022

Od Vallieany, CD. Mordimera

Trafiła do szpitala. Znowu. To znaczy, może i nie trafiała do szpitala aż tak często, aby mówić tu o jakiejś klątwie, czy innym przekleństwie, jednak kiedy otworzyła oczy i  zdała sobie sprawę, że pierwszym, co widzi jest charakterystyczny parawan z charakterystycznej sali, chciała zasnąć ponownie. Świat przed zabarwionymi na błękit oczami natychmiast zaczął wirować, a ona nie mogąc odnaleźć punktu zaczepienia. Pomyślała: po co w ogóle się budziłam? Ból głowy zmusił ją do ponownego zamknięcia powiek i ulżenia mu w opresji. Czuła się obolała, słaba i odrętwiała, jakby niewidzialna siła napierała na nią z każdej strony, powodując dyskomfort i wyciskając soki życia. Postanowiła, że chce jeszcze odpocząć… Jednak mijały minuty, a sen nie nadchodził. Wręcz było coraz gorzej. Mózg mimowolnie wytrącał się z bezpiecznego otępienia spowodowanego snem, a na jego miejsce wpełzały kąsające niczym węże wspomnienia z dnia poprzedniego. Uciekała przed nieznajomym, wpadła na strażnika, trafiła do karczmy i osłabła – tu film się urywał. Nim się spostrzegła, wgapiała się tępo w parawan, a z boku niemal było widać, jak z jej uszu wydostają się kłębki dymu spowodowane intensywnym myśleniem. W końcu poruszyła się i chcąc nie chcąc została zdemaskowana.
- Dzień dobry, pani Vallieano. Jak samopoczucie?
Niebieskooka westchnęła, gdy u jej boku pojawił się młody basior, najpewniej pomocnik medyka. Bez chwili zwłoki zaczęła się obracać, zaś ten bez zawahania jej z tym pomógł, łapiąc za łapę. Dopiero gdy ostrożnie ułożyła się na brzuchu, dostrzegła, że wilk trzymał rurkę wypełnioną pomarańczową cieczą, która sączyła się powoli do jej układu krwionośnego. 
- Co to? - spytała, całkiem zapominając o poprzednim pytaniu wilka. 
- Syntetyczna krew. Była Pani bardzo słaba, kiedy tutaj trafiła, ale medycy dali radę. Trzeba było dostosować surowicę do specyficznych układów krwionośnego i magii, tak aby... 
Młody pielęgniarz rozgrzał się na dobre i zaczął tłumaczyć waderze skomplikowane zadania przed jakimi stanął personel medyczny i może gdyby nie czuła się jak na cienkiej deseczce nad przepaścią, to podzieliłaby jego entuzjazm. Nie miała jednak na to siły, więc co jakiś czas zerkała na niego i przytakiwała, a jej wzrok uciekał na boki. Przez kurtyny między poszczególnymi pacjentami nie mogła jednak wiele zobaczyć, więc po jakimś czasie była zmuszona do przerwania tego monologu. 
- Gdzie wilk, który mnie tu przyprowadził? - spytała w końcu. Młodzieniec miał otwarty pysk po jednym niedokończonym zdaniu, ale zaraz przeszedł do kolejnego.
- Nie pojawił się tu od tamtej pory. Mówił coś o niebezpieczeństwie, jednak od trzech dni nie ma po nim śladu.
Tego się nie spodziewała. Artem wydawał się zaangażowany w jej sprawę, jednak nie można było powiedzieć, że Vallieana pamiętała to dokładnie. Tego wieczoru silnie gorączkowała.
- Jak kocha to przyjdzie. Teraz najważniejsze jest aby wróciła Pani do zdrowia, więc proszę się nie przejmować.
- Dobrze, dobrze - wilczyca machnęła łapą na irracjonalne założenie, że miałaby być romantycznie powiązana ze stróżem - Ale co mi dolega? Wiecie skąd to osłabienie?
Pielęgniarz wziął głęboki wdech, uświadomiwszy sobie, że zielarka nie podzielała jego energii kiedy jej tłumaczył dlaczego trafiła do szpitala. Nie był jednak urażony, może trochę zawiedziony. 
- Otóż magia jest podstawą życia wilków. Pani magia przestała pełnić swoją rolę, co przyniosło charakterystyczne objawy w postaci przeziębienia, gorączki, osłabienia, ze względu na to, że pani magia jest ściśle powiązana z układem krwionośnym i odpornością. Takie rzeczy nie są częste, ale nie są też bardzo rzadkie. Czasem magia się blokuje - pielęgniarz wzruszył ramionami - Ale już jest Pani pod specjalistyczną opieką i nic Pani nie grozi.
Zerdinka mogła z siebie wydusić tylko zduszone "oh". Wiedziała o dolegliwościach związanych ze sferą magiczną, jednak sama nie wpadłaby na to, że jej gorączka miała z tym związek. Szczególnie, że ktoś wystawił za nią list gończy. To nie była samoistna blokada magii. Jeśli wcześniej myślała że jest jej słabo, teraz dodatkowy stres zacisnął jej płuca przed wzięciem oddechu głębszego niż minimalny. 
W czasie, w którym wadera analizowała jego słowa, młody basior skupił się na jej odczytach i wynikach, prawdopodobnie bardziej z braku zajęcia i ciekawości, niż aby coś rzeczywiście przeanalizować. W momencie w którym zaczęła pytać, poderwał na nią głowę, gotów odpowiedzieć na każde pytanie.
- I... I Artem na pewno nie pojawił się ani razu? Nie przyniósł żadnych wiadomości? Gdzie jest moja torba?
- Jak już mówiłem, basior nie pojawił się więcej. Nie zostawił też żadnej torby... Może zapomniał..?
Wadera na chwilę zamarła. Poczuła się nagle obserwowana przez setki oczu, chociaż w rzeczywistości prócz kilku wilków na sali, z nią za parawanem był tylko młody pielęgniarz. Nie miała żadnego dowodu na to, że była ścigana. Musiała jak najszybciej odnaleźć Artema... Albo pójść do karczmy... Być może oba. Adrenalina nagle poderwała ją na łapy do siadu i pomimo lekkich mdłości, jej oczy były jasne. Na ten widok pielęgniarz niemal dostał zawału, patrząc na rurki podłączone do jej żył. 
- Kiedy będę mogła wrócić do domu?
- Na razie proszę leżeć! Trochę Pani odpocznie, zregeneruje się i wróci sobie do domu! Mu... Musimy jeszcze zrobić wyniki, przekonać się, że już wszystko w porządku...
- A w najlepszym wypadku kiedy?
- W najlepszym wypadku po południu będzie po wszystkim. Ale to naprawdę nie jest nic pewnego.
Vallieana posłusznie opadła na brzuch, jednak jej zmartwienie nie zmalało ani trochę. W szpitalu powinna być bezpieczna, jednak co jak już z niego wyjdzie? Bez listu nikt przecież nie uwierzyłby, że jest ścigana… Zacisnęła zęby, a krew pulsowała jej w skroniach.

Przez cały czas czuła się oderwana od swojego ciała. Nawet gdy przybyli lekarze by przeprowadzić obiecane przez pielęgniarza wyniki, grzecznie słuchała ich poleceń i nie zadawała pytań, zbyt skupiona na swoim problemie. Zastanawiała się co robić. Najpierw próbowała kontaktować się z Vernonem w celu przedyskutowania tego wspólnie, jednak duch nie dawał znaków nie-życia, zresztą jak zawsze, kiedy go potrzebowała… No, może trochę przesadziła z tym “zawsze”, bo duch wyciągał ją z naprawdę niebezpiecznych sytuacji, jednak brakowało jej go. Tak czy inaczej, ostatecznie doszła do wniosku, że i tak nie miała wyjścia. Będzie musiała pójść do karczmy i zapytać o torbę, następnie spotka się z Adrilem… a może spróbuje znaleźć Artema..? Co jeśli narazi swojego byłego opiekuna takimi odwiedzinami? Na litość boską, ktoś polował na jej życie…
I z tą myślą wyszła ze szpitala.
I nie wiedziała dokąd iść.
Czuła się bezsilna.

<Mordimerze?>
Słowa: 1009= 71 KŁ

poniedziałek, 31 października 2022

Od Vallieany - event Halloween, quest I (cz. II, CD. Rosa)

[opowiadanie nie jest kanonicznym wydarzeniem w życiu wilka]

 Osłabiony działaniem silnych zjaw Vernon był w stanie wykrztusić tylko “nie idź tam”, aby w przyszłości móc Vallieanie swobodnie wypominać, że nigdy go nie słucha i nigdy nie wychodzi jej to na dobre. Nie musiał tego mówić, bo oboje wiedzieli że ona i tak to zrobi, ale nie mógł się powstrzymać, taki miał charakter. Zresztą Vallieana też miała taki charakter, że nie mogła odmówić wilkowi w potrzebie, szczególnie jeśli sama nie miała na tym w żaden sposób ucierpieć. Najpierw jednak musiała się upewnić kto i czy potrzebuje akurat jej pomocy, czy może będzie jednak potrzeba wezwania odpowiednich służb. Na przestrzeni czasu, nieważne jak okrutnie by to nie zabrzmiało, wadera jednak wolałaby żeby ta sprawa okazała się poważniejsza niż była w rzeczywistości, bo nie musiałaby użerać się z tym, z czym się użerała… ale od początku.

Większość świąt zerdinka spędzała w mieszkaniu Adrila w Dystrykcie II. Razem gotowali coś smacznego, rozmawiali i dawali dzieciakom masę łakoci, a potem dodatkową atrakcją była realizacja corocznego zamówienia ziół dla pewnej mag mieszkającej w Centrum. Co prawda zamówienie samo w sobie nie było atrakcyjną częścią, ale tym co sprawiało Vallieanie radochę było obserwowanie rozradowanych szczeniąt i dorosłych, którzy na swój własny sposób cieszyli się urokami dnia potworów. Ona sama nigdy nie bawiła się ani w przebieranki, ani nie spędzała czasu z grupą znajomych, co nie zmieniało tego, że bardzo lubiła obserwować szczęście innych. 

Tak czy inaczej droga do uzdolnionej magicznie zaprzyjaźnionej wadery zajęła Vallieanie stosunkowo niewiele czasu, jednak co innego wypicie herbaty, ploteczki i wymiana uwag co do nowych wiadomości ze świata zielarstwa, których zerdinka nie mogła odmówić starszej znajomej. To jeszcze była ta przyjemna część wieczoru, gdzie niebieskooka była pewna, że nic już nie powinno się zepsuć. I to przeświadczenie trzymało się jej jeszcze długo po opuszczeniu przyjemnego mieszkanka magicznej wadery. W końcu zrobiło się całkiem późno, a na ulicach Królestwa ilość spotykanych przez Vallieanę mieszkańców zmniejszyła się do naprawdę niewielkich ilości, a tym samym zapadła zaskakująca cisza. Cisza, która JESZCZE nie sugerowała niczego złego.... i tak, to ten moment, w którym cisza przestaje być ciszą, a jej miejsce zajmuje przejmujący wrzask wielu wilczych pysków, które w roztargnieniu wybiegają z popularnej karczmy, potykając się o własne łapy. 

"nie idź tam"

Oh Vernon, jak mogłaby nie pójść? 

Na początku niepewnie, z wahaniem ruszyła w stronę budynku. Była blisko, więc dokładnie dostrzegła jak dwie postacie wychodzą w pośpiechu z budynku, zamykają za sobą drzwi i zaraz podbiegają do przeszklonych okien zza których wydobywało się ciepłe światło świec. Postacie rozmawiały ze sobą dosyć głośno, a w szczególności jedna z nich, niższa i bardziej krępa. Nie wyglądali jednak na rannych, a bardziej na... skonfundowanych. To był ostatni moment, w którym Vallieana miała szansę się wycofać... jednak postanowiła z niej nie korzystać. W pośpiechu dobiegła do dyskutujących sylwetek i z tego miejsca poznała jedną z nich - Vay był jej klientem. Szarowłosy wilk o jednym, niekomfortowo białym oku i wielu bliznach na obliczu, w którego słowach jednak zawsze było zaskakujące ciepło, może nawet nieśmiałość.

- Dobry wieczór.. Co tu się dzieje? Słyszałam krzywki, potem zobaczyłem te uciekajace wilki i...

Podeszła od prawej strony jednookiego, więc ten zaraz złapał ją w swój zasięg, a na pociętym pysku wymalowało się zaskoczenie.

- Pa... Pani Vallieana, dobry wieczór - powiedział miękko, zaraz przyjaźnie się uśmiechając. Drugi basior widząc tę rekcję zaraz zmarszczył gniewnie brwi. Patrzył to na lerdisa, to na nowo przybyłą waderę - Widziała Pani może jakieś niewymiarowe pająki w okolicy? Ja i Pan Beczułka mamy z nimi mały problem.

Waderze zamarzła krew w żyłach.

- Pa... pająki..? Niewymiarowe? - teraz ona spojrzała z strachem na wspomnianego Beczułkę, którego szybko zakodowała jako właściciela lokalu.

- Czyli nie, to dobrze - Vay sam sobie odpowiedział z niejaką ulgą -  Oznacza to, że wszystkie mamy tutaj.

- Co tu się stało? - Vallieana powtórzyła pytanie, jednak już z mniejszą pewnością tego, czy aby na pewno chciała mieszać się z tę sprawę. Przed oczami miała masę wspomnień sprzed wielu, wielu miesięcy kiedy to z Aarvedem wpadli na morderczego pająka giganta, który najpierw zranił wojownika, by potem wadera musiała mu wchodzić do głowy... w zasadzie wchodziła do głowy im obojgu. To było ekstremalnie niezręczne, nie wspominając o tym, że oboje byli wtedy zbyt blisko śmierci. Od tamtej pory nawet te mniejsze pająki budziły w niej dyskomfort, nie wspominając o tych wielkich draństwach, które tylko śniły jej się po nocach... do teraz.

Wysoki wilk jednak zdawał się nie zauważyć zesztywnienia towarzyszki i wzruszył ramionami.

- Ktoś zatruł bimber Pana Beczułki, tyle wiemy. Mnie przy tym nie było, ale pod...

Beczułka wszedł towarzyszowi w zdanie, wskakując na równe łapy z emocji, jakby chcąc przekonać wilczycę do swojej racji.

- Poszło w jednej chwili, jak z bicza strzelił! Panie piszczą, panowie zresztą też! Szkło leci ze stołów, a moja klientela ma osiem nóg i ten paskudny ryj! Trzeba to zneutralizować zanim szkód narobią!

- I tutaj właśnie się nie zgadzamy - Lalikron uśmiechnął się pobłażliwie, jednak zaraz ton jego głosu zyskał oschłą nutę - Bo ja uważam, że to nadal są te same wilki, którymi były wcześniej, a zaklęcie jest zbyt nietrwałe, żeby wyrządziło im realną szkodę. Trzeba ich tylko odmienić... - białe oko nagle błysnęło. Zaskoczony wilk spojrzał na zerdinkę z nową nadzieją - Przecież Pani jest zielarką z doświadczeniem..! Pewnie tak proste zaklęcie zdjęłaby Pani w pięć minut.

Vallieana drgnęła.

- Jeśli masz rację co do trwałości zaklęcia to prawdopodobnie tak ale...

- Da się? To niech Pani ich odmieni szybko! Muszę wziąć odszkodowanie od tego... hmpf!

- Proszę się powstrzymać przy Pani Vallieanie - lalikron wcisnął do pyska barmana kawałek deski, który wiele dni wcześniej musiał odpaść od wiszącego nad ich głowami szyldu głoszącego "W Objęciach Beczułki". Starszy basior nagle cały opuchł ze złości i dostał martwiącej delirki, a przynajmniej Vallieana się tym zmartwiła, bo Vay już mniej. Białooki zaraz słodko się uśmiechnął, a jego ogon zaczął wesoło merdać na boki - Więc kochana Pani Zielarko, możemy na Panią liczyć? 

- ... Musiałabym dostać się do hemolimfy jednego z nich żeby w ogóle wiedzieć co mogę zdziałać ale... - spojrzała na towarzyszy, wpatrujących się w nią niczym cielęta w malowane wrota i urwała.

- Do krwi, tak? - mruknął srebrzysty, a barman wyciągnął kołek z pyska.

- Tak, powiedzmy, że to krew ale...

- Czyli da się to załatwić - oznajmił z zadowoleniem młody basior. Vallieana otworzyła szeroko oczy.

- Ale nie możemy ich za bardzo uszkodzić, bo to może wpłynąć na fizyczność ich wilczych form.

- To dużo trudnych słów, Pani Vallieano. Po prostu to zróbmy i im pomóżmy.

Zadowolony błysk w pojedynczym oku za razem wzbudził jeszcze więcej niepewności, ale i miał w sobie coś, co błyskawicznie przełamało jej barierę przed wejściem do tego legowiska pająków... przynajmniej do momentu, w którym wilczyca nie zobaczyła potężnego bydlaka, przez którego nieomal zemdlała na miejscu... Ale i z tego się podniosła przy namowach lerdisa, który pewny swego stanął przy jednym z wilków w pajęczej postaci, uświadamiając jej, że te stworzenia rzeczywiście były nieco wyżej ewolucyjnie niż pajęczyca sprzed lat. Oboje błyskawicznie uwinęli się z częścią mniej przyjemną, podczas której wadera dowiedziała się, że tak naprawdę niepotrzebne było żadne lekarstwo, a zaklęcie miało przejść samo, gdy delikwent wyjdzie na słońce. Cała trójka nie wiedziała czy powinna się śmiać z głupoty całej sytuacji, czy zacząć płakać z głupoty sytuacji, jednak wszyscy byli pewni jednego - Pan Beczułka powinien lepiej pilnować swojego pieprzonego bimbru.

Nagroda: 150 KŁ + 10 punktów intelektu

środa, 14 września 2022

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

 Samiczka gronostaja zatrzymała się w pół kroku i podniosła łebek na kozie wadery. Do tej pory szła za nimi, wykorzystując koleiny w śniegu wyryte przez wilcze łapy, jednak gdy Lys i Tin zwolniły, Vallieana żwawo przebiegła między ich łapami, wyskakując na przód. Kątem oka zerknęła na niebo i musiała przed samą sobą przyznać, że miały wystarczająco duże obsunięcie czasowe, że przerwa czy to teraz, czy później, nie zrobiłaby już im różnicy.

– Jasne, że możemy – pisnęła. Stanęła na tyle łapki i zaczęła rozglądać się za miejscem odpowiednim na chwilowy przystanek, jednak z punktu widzenia tak małego zwierzątka nie była w stanie dostrzec nic, co znajdowało się poza piętrzącymi się nad jej główką murami ze śniegu. Szybko się więc poddała oddając chwilowo swoją pozycję “lidera” wyprawy– Możecie wybrać miejsce.

Lys i Tin, jakby napędzane nową energią na samą myśl o chwili odpoczynku energiczne przeskoczyły z łapy na łapę i dziarsko skinęły głową, biorąc na siebie odpowiedzialność za powierzone zadanie. Przez chwilę chodziły, przez chwilę tuptały, trochę powęszyły, aż w końcu cupnęły. Wybraną przez nie miejscówką była spora przestrzeń, otoczona przez kilka większych, ciasno rosnących przy sobie drzew, gdzie warstwa śniegu była znacznie niższa, niż na ich dotychczasowej, nieosłoniętej gałęziami trasie.

– Może być? – odezwał się dumny głos Lys, zupełnie jakby wadera pytała Vallieanę o zdanie tylko po to, żeby usłyszeć, że wykonała dobrą robotę.

– Tak, dobra robota – uśmiechnęła się Valli – Ziemia jest wydeptana, zdaje się, że nocują tu dziki – zauważyła, kiedy zadowolona z siebie koza zaczęła rozładowywać z siebie toboły.

– Czuć je z kilometra – skrzywiła się lekko w odpowiedzi – Dobrze, że teraz ich tu nie ma.

– A jak wrócą? – gronostaj rzuciła okiem na towarzyszki.

– To będą musiały znaleźć nową miejscówkę – rzekła zadowolona Lys i chwyciła zająca, którego dzień wcześniej złapała. Wadery już zabierały się do dzielenia mięsa, kiedy spojrzały złotymi ślepiami na towarzyszącego im gronostaja. Vallieana jakby wywołana do odpowiedzi podskoczyła w miejscu i za chwilę znów usiadła..

– Spokojnie możesz zjeść więcej, moje ciało jest teraz bardziej… ekonomiczne? – zaśmiała się niezręcznie, zerkając na sześć razy większe truchło zajęczaka – No, powiedzmy…Wystarczy mi naprawdę mały kawałek.

– Hm, no dobrze…

Wadery otworzyły pysk i zaraz zacisnęły silne szczęki na udzie zwierzęcia, łamiąc kości jak wykałaczki i rwąc mięśnie wraz ze skórą jak kawałek pergaminu. Z tej perspektywy, Vallieana odczuła realną grozę i aż musiała się kawałek wycofać, gdy jej ciałem targnęło nagłe, niezrozumiałe przerażenie. Na szczęście wilczyce tego nie zauważyły i zaraz delikatnie położyły udziec przed nosem gronostaja.

– Wystarczy? – zapytały.

– T..tak – czarny łebek potrząsnął się na boki, chcąc pozbyć się dyskomfortu – Dziękuję i smacznego.

Po usłyszeniu odpowiedzi, towarzyszki wyprawy wzięły się do jedzenia. Bardzo szybko okazało się, że mała Vallieana nie jest w stanie zjeść nawet jednej trzeciej swojej porcji, więc więcej trafiło do Lys i Tin, które również nie zjadły swojego przydziału do końca. Ostatecznie resztki zająca trafiły zapakowane do zielarskiej torby, a samice postanowiły odpocząć jeszcze przez chwilę. 

– Nie jest wam zbyt ciężko z tymi rzeczami? – spytała z troską gronostajka, zwijając się w rogalika przed wyciągniętymi łapami pozostałych wader. Te jednak pokręciły powoli głową.

– Nie jest ciężko, po prostu daleko.

Niebieskooka wyłapała delikatniejszy głos Tin

– Tak, to prawda, też miałam nadzieję, że dostaniemy się tam szybciej… ale z tym, ciałem nie da się szybciej – westchnęła przygnębiająco. Wadery podniosły uszy i machnęły łapą.

– A… ale nie przejmuj się, to nie jest twoja wina..!

– Ah, wiem, że to nie moja wina, naprawdę! Po prostu mam swoje obowiązki i przez takie… nieoczekiwane… sytuacje muszę na nowo organizować czas… Poza tym nie wiemy jak mnie odmienić z powrotem i to też jest całkiem stresujące – uśmiechnęła się niewesoło. Tin skinęła głową ze zrozumieniem. Vallieana westchnęła i znów się rozluźniła.

– Ale dość o moim obecnym stanie. Powiedzcie, jesteście myśliwymi, tak? Jakiś czas temu zastanawiałam się jak wygląda… – niespodziewanie drobne zwierzę urwało, gdy przez las rozległ się nieprzyjemny dla ucha chichot. W jednej sekundzie samice nastawiły uszy, a w następnej Valli wydała z siebie niepodobny do niczego pisk, gdy nadlatująca z powietrza szyszka uderzyła w ziemię z takim impetem, że wystarczyłoby kilka centymetrów w bok i drobniutkie łapki gronostaja zostałyby bezpowrotnie zmiażdżone. 

– Valli! – krzyknęły wadery, zrywając się na nogi – Nic ci nie je… Auć! 

Grafitowe rogi przyjęły na siebie uderzenie kolejnej szyszki, a potem ciemny zad oberwał jeszcze następną. W tym czasie zielarka zwiała czym prędzej w krzaki z walącym sercem. Kolejną niespodziewaną dla niej rzeczą było to, że Lys i Tin postanowią wepchnąć się za nią pod ten sam krzak, więc gdy nagle przed jej malutkim pyszczkiem pojawiła się wielka para złotych oczu, wdrapała się niezdarnie na czarny nos i pozwoliła waderom na rozgoszczenie się.

– Valli, czy… czy wszystko… – Tin próbowała złapać oddech, jednak nagle potrząsnęła łbem i zachwiała się na bok, zrzucając gronostaja na ziemię – Mógł cię zabić! Niech ja go tylko dostanę w swoje łapy!

Wadery znów się poderwały, a Valli mogła tylko chwycić się jednej z ich łap, obawiając się bycia stratowaną. Rollercoaster emocji w jej ciele zaliczał wzniesienia i upadki, a ona wyklinała w myślach wrażliwość emocjonalną tego ciała. Miała wrażenie, że to jej serce zaraz się zatrzyma!

Lys jednak nie wybiegła zza krzaka, a jedynie zaszarżowała w przód, kręcąc głową, gdy rogi stale ocierały się o gałęzie rośliny. Już wyglądała jakby miała zaczął krzyczeć, ale przypomniała sobie o obecności towarzyszki, o którą zadeklarowała się walczyć.

– Jak się trzymasz? Wszystko dobrze- zapytały z niepokojem. 

– Ja… Tak, ja… Dajcie mi chwilę – sapnęła niebieskooka, trzymając się kurczowo przedniej łapy wader. Lys nastroszyła całe ich ciało.

– Co za…!

Jednak ponownie rozwój sytuacji przerwał czyjeś zdanie w połowie. Chichot nagle się urwał i zmienił się we… wrzask. Dziwaczny, kłujący w uszy krzyk, zupełnie jakby napastnik nagle się przestraszył. To co wydarzyło się jako następne jednak jeszcze bardziej zaskoczyło samice – to coś spadło z drzewa! Wylądowało na grzbiecie parę metrów od Lys, Tin i Vallieany, jednak zaraz bez problemu wstało i zaczęło uciekać w drugą stronę.

A ten co, ducha zobaczył?


<Lys, Tin?>
Słowa: 971 = 54 KŁ

Od Vallieany, CD. Jastesa

 Spojrzałam na przyjaciela, który zdawał się przede mną roztapiać niczym postawiony zamek ze śniegu, którego mury, choć w założeniu miały stawiać opór największym burzom i najazdom, po którymś uderzeniu od demona nie dawały już się stawiać od nowa i od nowa. Miały na to za mało czasu, za mało energii. Gdy tylko skończył mówić, wiedziałam, że mogę się utożsamić z jego obawami, które nie opuszczały mnie już od dawna, a moje własne mury upadły. Nigdy w życiu nie czułam w stosunku do nikogo takiej braterskości i wsparcia. Jesteśmy w tym razem, Jastes, nie zostawię cię.
Z lekką niepewnością zrobiłam krok w przód i oparłam głowę o białą szyję, by zaraz poprawić naszą pozycję i po prostu go przytulić, zatapiając nos przy jego boku. Basior w odpowiedzi wyraźnie znieruchomiał i chociaż przez chwilę obawiałam się sprawiać mu dyskomfort, to zdecydowałam, że tak jak on unikał mojego wzroku, tak ja postanowiłam zrobić to samo. Zebranie myśli zajęło mi chwilę.
– Jastes, ty… oczywiście, że ci pomogę. Cała ta sytuacja jest tak chora i dziwna, że gdyby ktoś tydzień temu opowiedział mi podobną historię, to pewnie nie uwierzyłabym za pierwszym razem – zaśmiałam się niezręcznie, nie opuszczając sztywnego boku na krok– Ale to się stało… to znaczy… dzieje się, a my jesteśmy w tym razem i… i ja też się boję, ale choćby nie wiem co, to będę przy tobie i zawsze możesz do mnie przyjść, okej?
Minęła chwila ciszy, nim wyraźnie poczułam jak mój przyjaciel bierze głęboki, roztrzęsiony wdech, a następne mruczy ciche “mhm”, jakby nie będąc w stanie zdobyć się na nic bardziej rozbudowanego. W końcu również zaakceptował swój los (a mój uścisk) i ułożył własny pysk na moich łopatkach. Nieco mi ulżyło, a serce rozdzierane strachem o przyjaciela zabiło spokojniej. Chciałam go wesprzeć, pomóc mu pozbyć się obaw, nawet jeśli moje własne były tylko usilnie skrywane gdzieś z tyłu głowy, pod delikatną, kruszącą się skorupką. Pochyliłam lekko łeb, przylegając policzkiem jeszcze bliżej, kierując wzrok w nieokreślony punkt, a słowa prosto do głębi basiora. 
– Słuchaj, nie czujesz niczyjej obecności, a to dobry znak… na razie dam ci jakieś herbaty na spokojny sen, a jeśli one nie pomogą, to poszukamy rozwiązania gdzieś indziej. Póki co, niczego nie czuję ani ja, ani Vernon, więc będziemy jeszcze bardziej ostrożni. Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. 
Jastes pociągnął nosem, a ja w końcu delikatnie się wycofałam, rozdzielając nas. Chciałam spojrzeć na jego pysk. 
– Zgoda… – odparł, chociaż nie do końca było pewne, na co się zgadzał. Podniosło mnie to jednak na duchu, jego głos zdawał się mniej obciążony duszącymi emocjami. Odwrócił głowę, zmieniając temat – Ten duch jest z tobą cały czas? 
– Ah, tak… To znaczy, czasem gdzieś znika, czasem tylko się nie odzywa… – rzuciłam, jednak widząc, że sivarius wcale nie miał ochoty niczego wtrącać, zdecydowałam się kontynuować. Wznowiliśmy przy tym nasz spacer, obierając kurs na mój dom –Tłumaczył mi to tym, że nasza rzeczywistość ma wiele płaszczyzn i sfer, pomiędzy którymi może się poruszać. To dla mnie dosyć skomplikowane, więc musiałbyś go zapytać o szczegóły bardziej bezpośrednio.
Uśmiechnęłam się. Temat umarł śmiercią naturalną, a my ponownie oddaliśmy się wspólnemu milczeniu, zagrzebując się we własnych bardziej i mniej nazwanych obawach.

<Jastes?>

Słowa: 521 = 31 KŁ

sobota, 30 kwietnia 2022

Od Vallieany, CD. Jastesa

W końcu nadszedł ten czas, Vallieana wróciła do domu.
Pożegnała się z Jastesem, po czym już nie odwracając się za siebie podeszła pod gęstą kurtynę z roślin. Bez chwili zwłoki schyliła się i zgarnęła łapą wciśnięte w niewielki otwór w skale listy, które rzuciły jej się w oczy gdy tylko podeszła bliżej. Z mocno bijącym w piersi sercem, sztywno niczym zaklęta przejrzała nadawców, jednak nic w dokumentach nie wzbudziło jej podejrzeń. Sami znajomi klienci i ich standardowe zamówienia. 
– Zapieczętowałeś wejście kiedy wychodziliśmy? – zapytała w przestrzeń, jeszcze przez chwilę nie podnosząc wzroku znad arkuszy pergaminu.
'Ktoś musiał to zrobić, prawda? Nie spodziewałaś się chyba, że je tak zostawię?'

Skrzywiła się lekko, przekrzywiając głowę. Prawda była taka, że będąc poza domem nie pomyślała nawet przez moment o tym, że ktoś mógłby wejść jej do domu i coś ukraść.

'Nie krzyw się tak, wiem, że nie miałaś wtedy do tego głowy.'

– Dzięki – rzuciła i nie tracąc więcej czasu wepchnęła listy do własnej torby i przesunęła się lekko w przód, dotykając nosem silnych, sztywnych pnączy. Roślinne pędy, które w jednej chwili wyglądały na zamrożoną plątaninę martwych liści, w drugiej już zaczęły jakby topnieć i rozluźniać się pod wpływem kontaktu ze znajomą magią, która utrzymywała je w tak znakomitym stanie już od wielu lat. Mimo iż pozostawały nieruchome, wadera wyraźnie czuła ich dotyk. To, jak czule oplatały jej pysk i uspokajająco głaskały, próbując dodać otuchy. Po tym ciepłym przywitaniu w końcu wyminęła giętkie pnącza i zagłębiła się w znajomych ciemnościach wypełnionych zapachem, którym sama była przesiąknięta na wskroś. Przemierzyła korytarz by dostać się do oświetlonego przytłumionym światłem grzybów salonu i natychmiast uświadomiła sobie, że gdyby Vernon nie przypisał sobie zapieczętowania całej jaskini i gdyby nie widziała tej rozpierduchy wcześniej, uwierzyłaby że naprawdę jej dom został napadnięty.

– O tym też zapomniałam – jęknęła z niewyobrażalnym zmęczeniem w głosie. Nie mogła nic poradzić na to, że widok rozrzuconych rzeczy, a w głównej mierze cennych ksiąg, doprowadził ją do natychmiastowego bólu głowy, a gdy tylko jej zimne spojrzenie przesunęło się na schody, do migreny doszły zawroty głowy. Nieistniejący siniak na jej grzbiecie, którego nabił obcy byt zakwalifikowany do rodziny bytów o intencjach nieczystych, nieprzyjemnie dał o sobie znać w postaci pojedynczego impulsu, który wystarczył aby zniszczyć w waderze resztki chęci do przebywania w tym miejscu… na dobicie, spojrzała pod siebie, przypomniawszy sobie już ostatnie wydarzenia, do których doszło przed paroma dniami. 

– Kurwa – wyrzuciła z siebie w końcu, tracąc całe opanowwanie.

Obrzydliwa, rdzawa plama, która przez trzy dni zdołała nie tylko rozszerzyć się z korytarza aż po salon niczym obślizgły robal, który wgryzł się dwoma szczękonóżami w dywan, dodatkowo zaschła w szczelinach kamiennej podłogi, sprawiając, że domycie jej byłoby prawdziwym piekłem dla każdego śmiałka próbującego się podjąć. Przynajmniej nie śmierdziała.

– Nie. Wracam do Adrila, nie chcę tu być, Vernon. Wracamy, ja… – nim sama zarejestrowała że się porusza, jej nogi bez konsultacji tego z głową już zaczęły się wycofywać z jaskini tyłem, wprost do wyjścia.

'Vallieana, uspokój się, weź wdech, no już, zatrzymaj się.'

Zrobiła to, a gwałtowność oddechu jaki zaczerpnęła aż zahuczał jej między uszami. 

– Czego nie rozumiesz? Nie chcę tu być, nie chcę patrzeć na ten bałagan, nie chcę niczego dotykać! – krzyknęła z pretensją, jednak się nie ruszyła. Słone łzy zapiekły ją w oczy, więc spuściła głowę, uświadamiając sobie jak ciężko i boleśnie chodzi jej klatka piersiowa.

'To twój dom… nasz dom. Pomogę ci to posprzątać, a potem wzniosę jakieś bariery, u Adrila trochę czytałem z tych jego książek, wszystko ułożymy.' – głos ducha był zimny i przeszywający, czyli doskonale taki jaki wadera znała, i z którym zawsze czuła się bezpiecznie, przy czym Vernon wiedział jakiego tonu i słów używać, by oddać zielarce zdolność logicznego myślenia. A ona zaufała mu kolejny raz i sztywno skinęła głową, gdy łzy jednak zdecydowały się popłynąć wbrew jej woli, wyznaczając nowe szlaki na czarnych policzkach. Zupełnie rozbita, nie miała siły stawiać oporu, ale nie miała także siły ruszyć się ze swojego miejsca, z tej paskudnej, wyschniętej kałuży, która po tak długim czasie nie mogła już wspinać się po dotykającym jej futrze. Skorupa była martwa i nieruchoma, gotowa by zostać w ten sposób już na zawsze, całkowicie niewzruszona tym, że postać, która wylewała na niej swoje emocje była jej stwórcą. Nie była tak wrażliwa jak kurtyna z roślin, które adorowały swoją panią i doceniały każdą najmniejszą drobinę przelanej w nie magii. Ta konkretna krew, mimo iż była od samego początku zmieszana z magią konkretnej zielarki, nie czuła przywiązania. Brudziła podłogę i rozmazywała się, gdy tylko pojedyncza łza upadała na kamień. Magia błyskawicznie się ścierała, a wraz z nią zaschnięta posoka. 

Zebranie się w sobie, otarcie łez i podniesienie się do stanu użyteczności było kwestią czasu, a jako że Vernon był martwy, to czasu i cierpliwości akurat miał nieograniczoną ilość, więc dawał jej ich tak dużo, aż wystarczyło. W końcu rzeczywiście wstała, powlekła się z powrotem do głównego pomieszczenia i przekrwionym spojrzeniem opuchniętych oczu przesunęła po całości. 

– Ciekawe jak trzymają się roślinki – wymamrotała.

'Nie było cię tylko trzy dni, a termin karmienia był wczoraj, nic im nie jest. Zajmijmy się górą.'

I z tymi słowami, porzucone na podłodze tomidła zaczęły się powoli zamykać z głuchym hukiem, jedno po drugim. Vallieana wyłącznie rzuciła na to okiem, po czym zaczęła zwijać rozłożone na podłodze futro, by móc zmyć brudną powierzchnię. Pomimo tak ciężkich początków, Zerdinka powoli odzyskiwała siły, a z każdą ułożoną rzeczą jej psychika czuła się nieco lepiej. Do obiadu udało jej się posprzątać większość piętra z niedużą pomocą ducha, potem zjadła szybki posiłek i zrobiła sobie przerwę na przejrzenie posiadanych przez nią książek. Szukała jakiegoś punktu odniesienia wobec tego, dlaczego demon uznał że to one i tylko one powinny podlegać zdewastowaniu, jednak niczego jej to nie przyniosło prócz nowej fali zniechęcenia. Nie chcąc by stres znów odebrał jej poczucie posiadania kontroli nad własnym domem, wróciła do układania rzeczy i przygotowywania otoczenia, by mogła we w miarę najbardziej komfortowych warunkach przygotować zamówione pod jej nieobecność leki. W tym czasie głównie myślała o swoim zajęciu, a jeśli zajęcie akurat nie wymagało skupienia, jej wyobraźnia od razu leciała w kierunku Caiasa i Jastesa, wbrew logice, nie zatrzymując się na negatywach. Zastanawiała się, jak sobie radzili; czy Caias wróci do domu cały i zdrowy; jak młody wilk się trzymał; jak Jastes odnajdywał się w całej sytuacji i jak bardzo te doświadczenia na niego wpłynęły. W pewnym momencie musiała nawet ciężko westchnąć, gdy zdała sobie sprawę, że gdyby złotooki już nigdy więcej nie pojawił się w jej progu ale nie ze względu na to, że coś mu się stanie, a ponieważ uznał ją za skończoną wariatkę, nie mogłaby mieć mu tego za złe. Na jego oczach zrobiła zbyt wiele dziwnych rzeczy i przyznała się do zbyt wielu tajemnic, a w szczególności do tej największej i najbardziej niepokojącej… Na samą myśl wadera poczuła potrzebę wyjścia z domu po to, aby nigdy już do niego nie powrócić, ale przecież to nie było tak, że owa tajemnica miałaby jej na to pozwolić. Vallieana musiała też przyznać, że brak komentarza ze strony ducha, który odnosiłby się do poznania przez Jastesa tej abstrakcyjnej prawdy był wręcz niepokojący, a jednak nie chciała zaczynać. Skoro milczał, to oznaczało tyle, że chciał milczeć, a ona nie miała zamiaru odbierać mu tego przywileju.

Tak minął dzień, a po dniu noc. Nieco niespokojna, trochę długa, ale w końcu przeminęła, przynosząc ze sobą powiew rześkiego wiatru, gdy tylko Vallieana odchyliła roślinną kurtynę w celu przewietrzenia swojego podziemia. Odetchnęła spokojniej na widok wznoszącego się ponad ośnieżonymi koronami drzew słońca, jakby miało być to dla niej swoiste zapewnienie, że każda noc musiała w końcu przeminąć. Po tak krótkim przywitaniu ze światem, za pomocą kła stanowiącego naszyjnik wykonała szybkie rozcięcie wzdłuż własnej łapy i zaczęła pielęgnować ukochaną kurtynę, której listki w zadowoleniu falowały wraz z każdym ruchem powietrza. Odżywioną roślinność zostawiła zaczepioną w takiej pozycji aby wejście do jaskini pozostawało otwarte, a sama zeskoczyła na niższe piętro. Póki rana na jej kończynie wciąż była otwarta, wilczyca zajęła się wszystkimi pozostałymi zielonkami, z troską oglądając je wszystkie i zajmując się każdą ewentualną niedogodnością. Zanim skończyła, dopadła ją pora obiadowa, lecz, chociaż niebieskooka pominęła śniadanie, wciąż nie była głodna. Zamiast więc zjeść, opatrzyła sobie jedyną z białych łap i bez zbędnej zwłoki zajęła się zamówieniami, oddychając świeżym powietrzem pochodzącym z krainy wiecznej zmarzliny, a w tle słyszała jak Vernon czyta na głos jakiś romans. 

Akurat rozpalała ogień by móc sporządzić wywary, gdy wiatr wniósł do środka zapach, z którym wadera mogła się zaznajomić przez ostatnie dni i nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, gdy zza rogu korytarza wychylił się znajomy, biały pysk.


<Jasiu? Czilera że aż strach>

Słowa: 1414

Layout by Netka Sidereum Graphics