Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Jastes II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Jastes II. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2023

Od Vallieany, CD. Jastesa

Polowanie przebiegło pomyślnie, jak niewiele rzeczy w ostatnich dniach Jastesa i Vallieany. Wilki dorwały młodą lochę, która nie zdążyła jeszcze w życiu się wyprosić, teraz przynajmniej stanowiła smaczny posiłek dla drapieżników. Ostateczny cios zadał Jastes, jak i również on wziął na siebie zadanie polegające na dotaszczeniu zwierzęcia do domu Vallieany, gdzie już ona sama pięknie oprawiła truchło na równe części. Potem mogli w spokoju zjeść, ciesząc się względnym spokojem i swoim własnym towarzystwem. Niebieskooka z zaangażowaniem opowiada o zabawnych historiach ze swojego życia, a i Sivarius zaskakująco chętnie wtrącał anegdoty ze swojego. Wyglądał na dużo bardziej rozluźnionego niż przed paroma godzinami, jakby poważna rozmowa i następujące po niej polowanie rzeczywiście uwolniły go z zalegających na jego grzbiecie obaw. Więc kiedy on szczerze się uśmiechał, ona zaraz te uśmiechy odwzajemniała. Znów było miło. 

Choć przez chwilę. 


– Masz ten. To bardzo popularny środek uspokajający, nie ma skutków ubocznych. Zaczniemy od małej ilości, pij jeden kubek na godzinę przed snem przez następne trzy dni. Jak to nie pomoże, to zwiększymy dawkę lub dobierzemy coś innego – wilczyca sięgnęła na szczyt jednej z półek na najwyższym piętrze swojego mieszkania. 

Oświetlenie z pomarańczowych kryształów otulało całą jej sylwetkę, kiedy wyjęła z pudełka kilka saszetek z widocznymi w środku ziołami i przełożyła je do mniejszego woreczka. Pudełko wróciło na swoje miejsce, a woreczek przesunął się prosto do poselskiej torby złotookiego, która leżała otwarta pod ścianą, gdy jej właściciel zajmował się zabezpieczaniem swojej części przydzielonego mu posiłku. Rzucił okiem na towarzyszkę i nieśmiało się uśmiechnął. Kiedy już doszło do momentu w którym mieli się rozdzielić, znów zdawał się zmęczony i starszy niż był w rzeczywistości. 

– Dziękuję, Valli – rzucił i stanął przodem do niej – Ile kosztuje taka… przyjemność?

Wilczyca roześmiała się krótko i szturchnęła go łapą.

– Dla przyjaciół? Bezcenna.

Jastes chwilę patrzył na jej pysk.

– To twoja praca, nie wygłupiaj się – znów ten słaby uśmiech.

– Nie martw się, mój biznes na tym nie ucierpi, a jedyne czego chcę to zobaczyć, że jest u ciebie lepiej. Zresztą podejrzewam, że jeszcze nieraz zdążysz mi się odwdzięczyć.

Widząc szczere, prostolinijnie pozytywne nastawienie wilczycy, Sivarius więcej nie oponował.

– Zgoda. Dziękuję więc za zioła… polowanie… i rozmowę.

– Też dziękuję za wspólnie spędzony dzień. 

Jastes założył torbę na bok, a obwiązane i zabezpieczone części dzika już zwisały z obu stron jego szyi. Poprawił się i przeciągnął. Oboje w końcu wyszli na zewnątrz, gdzie jedyny ślad pozostały po słońcu był rozciągającą się po nieboskłonie różowo-pomarańczową łuną. Mimo wszystko przyroda była tego dnia spokojna. Sivarius odwrócił się jeszcze jeden raz, kiedy niebieskooka stała w wyjściu, a po obu jej stronach zwisały luźne, grube pnącza obfitujące w liście.

– Odwiedź mnie niedługo. To polecenie od twojego zielarza – rzuciła niby od niechcenia, jednak z zaczepnym uśmieszkiem na smukłym pyszczku. W odpowiedzi usłyszała lekkie parsknięcie.

– A może to ty mnie w końcu odwiedzisz? Za każdym razem to ja przychodzę.

– Hm? Tam koło Symfonii Północy?– czarne uszy zastrzygły w zaciekawieniu, a jej ogon zabujał się na boki z entuzjazmem. Jak mogłaby odmówić? – Zgoda. Za trzy dni?

– Za trzy dni – odparł wilk, kiwając głową. 


W ten sposób minęły niecałe dwa miesiące sielanki, podczas których Vallieana i Jastes spotykali się niejednokrotnie. Koszmary basiora odpuściły, a on mógł spać ku zadowoleniu swojemu i Vallieany. Udało im się. Byli, aż strach powiedzieć, szczęśliwi i naprawdę zdołali uwierzyć, że demoniczny byt dał sobie spokój na dobre. Zginął, rozwiał się w eterze, przepadł i go nie było. Nie na żywo, nie w snach. 

Jednak to nie było takie proste. 

Nie tak szybko i nie tak łatwo.

Uderzyło jak grom z jasnego nieba, a raczej z otchłani najgłębszych oceanów. Zimne i śliskie. Przerażające aż do głębi. Bolało. Czuła fizyczny ból, gdy tylko otworzyła oczy. Zerwała się w środku nocy ze swojego posłania i nie zważając na okoliczności popędziła na złamanie karku do domu Adrila – jedynego bezpiecznego miejsca, które tylko przyszło jej na myśl.

To tylko koszmar, przekonywała sama siebie w biegu, pazernie łapiąc kolejne wdechy. Była nagle dzieckiem uciekającym przed wyimaginowanym potworem, czającym się w ciemności. Wciąż czuła go na karku. Był za nią. Przez cały czas.

Tylko… tylko koszmar… koszmar…

Najprawdziwszy koszmar. 


Już widziała chatę Adrila. Już chciała wbiec do środka, zerwać zielarza z łóżka, schować się pod stołem. Ukryć przed prześladowcą, zniknąć dla świata, pozbyć się niechcianego, obrzydliwego dotyku, wzroku, oddechu, które wciąż przy niej były. Otaczały z każdej strony. Obejmowały szyję i pierś, zatapiając swoje chude, zimne palce w jej sierści.

I wtedy dostrzegła Jastesa. 

On… on też…

Zaczęła się jąkać jak oszalała, próbując wykaszleć słowa, które nie miały sensu, lecz ratunek nadszedł. Stary Sivarius, jakby prowadzony rodzicielską intuicją otworzył drzwi do swojego mieszkania, a jego brwi były groźnie zmarszczone, zdradzając głęboki niepokój.

– Wy… – bąknął zmieszany, lecz zaraz urwał, widząc stan w jakim była Vallieana, a następnie spojrzał na Jastesa, którego łapy niekontrolowanie drżały, gdy przez cały czas impulsywnie przełykał ślinę. Było źle – Do środka – zarządził 

– Miejsce. – wybełkotał niespodziewanie złotooki. Wadera poderwała łeb jakby oblana wrzątkiem. 

– Jaskinia… – doprecyzowała.

– W trzecim dystrykcie…

Obie pary oczu zwróciły się na starego basiora.

– Adril, wydarzy się coś bardzo, bardzo złego…


<Jastes?>

Słowa: 831 = 47 KŁ

środa, 28 września 2022

Od Jastesa CD. Vallieany

Wracając ze spaceru, zaczął odzywać się mój pusty brzuch. Słońce stopniowo zniżało się na niebie, wyznaczając późną porę popołudniową, a tym samym narzuconą sobie porę obiadową. Kiedy po raz kolejny poczułem skręt kiszek, zwróciłem się do towarzyszki.
- Co powiesz na wspólne polowanie, jak za dawnych, dobrych czasów?- uśmiechnąłem się krzywo, przypominając sobie początek naszej znajomości i osobliwe łowy, od których zaczęła się nasza przygoda z Caiasem. Vallieana zastanawiała się krótko, po czym skinęła głową.
- Jak mogłabym odmówić? - parsknęła cicho, schodząc ze ścieżki w las. Podążyłem za nią, nastawiając uszu i wdychając zapach sosnowego boru.- Mam jednak nadzieję, że ominą nas takie atrakcje jak wtedy. Niespecjalnie widzi mi się dzisiaj uciekanie przez cienistą armią. - zaśmiałem się krótko, chociaż sprawa nie bardzo była zabawna, cóż nam jednak pozostało?
Rozeszliśmy się, pilnując, aby przez większość czasu być w zasięgu wzroku, a jeśli nie, to przynajmniej  słuchu. Nie zdecydowałem się na użycie wiatru, w końcu moje uszy wcale nie były najgorsze, w dodatku chciałem również odpocząć od używania mocy. Cieszyć się polowaniem tak, jak moi pozbawieni mocy przodkowie. Zbliżyłem więc nos do ziemi i pozwoliłem instynktowi przejąć kontrolę, budząc głęboko skrywaną dzikość. Sekundy przemieniały się w minuty, a minuty w kwadranse bez żadnego obiecującego tropu. Kiedy jednak poszukiwania zbliżyły się do godziny, dobiegło mnie krótkie wołanie Vallieany. Truchtem przeciąłem dzielącą nas odległość, skulony i uważny, aby nie spłoszyć ofiary, jeżeli znajduje się w pobliżu. Szybko uświadomiłem sobie, że tak jednak nie jest, ponieważ zapach, który unosił się w powietrzu był dopiero lekko wyczuwalny. Gdyby zwierzęta znajdowały się niedaleko, byłby tak mocny, że ledwo dałoby się wyczuć cokolwiek innego. Był to bowiem bardzo dobrze rozpoznawalny zapach dzików.
Stanąłem obok skupionej przyjaciółki i zamarłem, wsłuchując się w las. Woń przybierała na sile z każdą chwilą, zwiastując rychłe pojawienie się zwierząt. Milczeliśmy w oczekiwaniu. Wtem usłyszeliśmy odległe chrząkanie, sekundy później przytłumione przez śnieg tętnienie biegnącego stadka. Przywarliśmy brzuchami do śniegu, licząc na to, że wiatr w ostatniej chwili nie zmieni biegu (jak już bowiem wspomniałem, postanowiłem tym razem się nim nie posługiwać) i że nie zaalarmuje dzików. Odgłosy jednak zbliżały się nieustająco, pobudzając nasze organizmy ekscytacją. Jeszcze tylko krótki moment... są! Przebiegną obok! 
W odległości kilku metrów śmignął ciemnobrązowy kształt, zaraz za nim kolejny. Chwila przerwy i następny, z głośnym chrząknięciem torując sobie drogę przez śnieg. Byliśmy tak blisko, że ziemia niemal trzęsła się nam pod łapami, dziki jednak wydawały się nie zdawać sobie sprawy z naszej obecności. Być może spłoszyło je coś innego? 
Nie mieliśmy jednak czasu na zastanawianie się. Z grupy, która już nas minęła rozległy się ostrzegawcze burknięcia. Czyżby nas wyczuły? Jeszcze jeden dzik przemknął obok nas. Teraz! Wyprułem z miejsca, skacząc za samicą. Wzburzony śnieg wirował w powietrzu, przesłaniając obraz biegnącego przede mną zwierzęcia. Wyczułem obecność Vallieany tuż za sobą i poczułem nagły przypływ radości. Jak to dobrze być wolnym, choć na chwilę!

<Valli? A propos biegania po lesie x'DDD>

Ilość słów: 470 = 29 KŁ

środa, 14 września 2022

Od Vallieany, CD. Jastesa

 Spojrzałam na przyjaciela, który zdawał się przede mną roztapiać niczym postawiony zamek ze śniegu, którego mury, choć w założeniu miały stawiać opór największym burzom i najazdom, po którymś uderzeniu od demona nie dawały już się stawiać od nowa i od nowa. Miały na to za mało czasu, za mało energii. Gdy tylko skończył mówić, wiedziałam, że mogę się utożsamić z jego obawami, które nie opuszczały mnie już od dawna, a moje własne mury upadły. Nigdy w życiu nie czułam w stosunku do nikogo takiej braterskości i wsparcia. Jesteśmy w tym razem, Jastes, nie zostawię cię.
Z lekką niepewnością zrobiłam krok w przód i oparłam głowę o białą szyję, by zaraz poprawić naszą pozycję i po prostu go przytulić, zatapiając nos przy jego boku. Basior w odpowiedzi wyraźnie znieruchomiał i chociaż przez chwilę obawiałam się sprawiać mu dyskomfort, to zdecydowałam, że tak jak on unikał mojego wzroku, tak ja postanowiłam zrobić to samo. Zebranie myśli zajęło mi chwilę.
– Jastes, ty… oczywiście, że ci pomogę. Cała ta sytuacja jest tak chora i dziwna, że gdyby ktoś tydzień temu opowiedział mi podobną historię, to pewnie nie uwierzyłabym za pierwszym razem – zaśmiałam się niezręcznie, nie opuszczając sztywnego boku na krok– Ale to się stało… to znaczy… dzieje się, a my jesteśmy w tym razem i… i ja też się boję, ale choćby nie wiem co, to będę przy tobie i zawsze możesz do mnie przyjść, okej?
Minęła chwila ciszy, nim wyraźnie poczułam jak mój przyjaciel bierze głęboki, roztrzęsiony wdech, a następne mruczy ciche “mhm”, jakby nie będąc w stanie zdobyć się na nic bardziej rozbudowanego. W końcu również zaakceptował swój los (a mój uścisk) i ułożył własny pysk na moich łopatkach. Nieco mi ulżyło, a serce rozdzierane strachem o przyjaciela zabiło spokojniej. Chciałam go wesprzeć, pomóc mu pozbyć się obaw, nawet jeśli moje własne były tylko usilnie skrywane gdzieś z tyłu głowy, pod delikatną, kruszącą się skorupką. Pochyliłam lekko łeb, przylegając policzkiem jeszcze bliżej, kierując wzrok w nieokreślony punkt, a słowa prosto do głębi basiora. 
– Słuchaj, nie czujesz niczyjej obecności, a to dobry znak… na razie dam ci jakieś herbaty na spokojny sen, a jeśli one nie pomogą, to poszukamy rozwiązania gdzieś indziej. Póki co, niczego nie czuję ani ja, ani Vernon, więc będziemy jeszcze bardziej ostrożni. Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. 
Jastes pociągnął nosem, a ja w końcu delikatnie się wycofałam, rozdzielając nas. Chciałam spojrzeć na jego pysk. 
– Zgoda… – odparł, chociaż nie do końca było pewne, na co się zgadzał. Podniosło mnie to jednak na duchu, jego głos zdawał się mniej obciążony duszącymi emocjami. Odwrócił głowę, zmieniając temat – Ten duch jest z tobą cały czas? 
– Ah, tak… To znaczy, czasem gdzieś znika, czasem tylko się nie odzywa… – rzuciłam, jednak widząc, że sivarius wcale nie miał ochoty niczego wtrącać, zdecydowałam się kontynuować. Wznowiliśmy przy tym nasz spacer, obierając kurs na mój dom –Tłumaczył mi to tym, że nasza rzeczywistość ma wiele płaszczyzn i sfer, pomiędzy którymi może się poruszać. To dla mnie dosyć skomplikowane, więc musiałbyś go zapytać o szczegóły bardziej bezpośrednio.
Uśmiechnęłam się. Temat umarł śmiercią naturalną, a my ponownie oddaliśmy się wspólnemu milczeniu, zagrzebując się we własnych bardziej i mniej nazwanych obawach.

<Jastes?>

Słowa: 521 = 31 KŁ

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Od Jastesa, CD. Vallieany

-Dzień dobry.- przywitałem się, posyłając Vallieanie nieśmiały uśmiech.-Wybacz to najście, ale nie odpowiadałaś na wołania.- wyjaśniłem i przystanąłem w progu pomieszczenia. Reszta zdania została niedopowiedziana, ale zawisła w powietrzu jak zły omen: "bałem się, że stało się coś niedobrego". Wadera przez parę sekund wpatrywała się we mnie bez słowa, a atmosfera w momencie nabrała ciężkości. Jednak nie zdążyłem poczuć się niezręcznie, gdyż zaraz jej zmartwienie zastąpił, a przynajmniej przykrył ciepły uśmiech.
-Nie, spokojnie. Zapraszam. Herbaty?
-Dziękuję. Dopiero co spożyłem posiłek.- przeniosłem spojrzenie na flakoniki, które jeszcze sekundy temu musiały pochłonąć jej uwagę. Podszedłem i przyjrzałem im się z bliska, a potem leżącym obok liściom i korzeniom, czekającym na swoją kolej.- Widzę, że praca wre.- rzuciłem bez szczególnych emocji, trącając nosem jedną z wystających roślin.
-Cóż, kiedyś trzeba się za nią zabrać, bo klienci czekają. A niektórzy są naprawdę niecierpliwi- parsknęła, lecz bez złości. Pokiwałem głową, bo dobrze wiedziałem co znaczą niecierpliwi klienci, a w moim przypadku raczej niecierpliwi adresaci, którzy gotowi są odgryźć pysk za choćby jednodniowe opóźnienie. 
-Lubisz to robić, prawda?- nie tyle spytałem, co stwierdziłem, będąc świadomym ogromnej liczby roślin, świeżych i suchych, które znajdowały się w domu wadery. 
-Nie tak trudno zauważyć.-zaśmiała się cicho, przelewając płyn ze zwykłej, przezroczystej fiolki do eleganckiego, kryształowego flakonika. W milczeniu obserwowałem jak ostatnie krople spływają za resztą, jak Vallieana odkłada fiolkę i zawiązuje tabliczkę z nazwą wywaru na szyjce flakonu.
-Ale, ale, co cię do mnie sprowadza?- spytała, odkładając towar na specjalną półkę i kierując na moją osobę całą swoją uwagę. Zastanawiałem się co odpowiedzieć, żeby nie zabrzmieć inwazyjnie, żałośnie albo jakbym miał do niej jakieś uczucia. Tyle czasu ostatnio razem spędziliśmy, że czuję się dziwnie sam? Chciałem nawiązać kontakt w innej sytuacji, niż z mieczem wiszącym nad głową? Musiałem upewnić się, że żyjesz?  Mam przerwę, ale nie mogę zasnąć, bo dręczą mnie koszmary? Wpadam w paranoję i próbuję się przed nią ratować rozmową z kimś żywym? Albo może po prostu "szukam pomocy"?
Bogowie, te iluzje naprawdę popsuły mi umysł. A bezczynność doprowadzi do szaleństwa.
-Co powiesz na spacer?- to jedyne co w końcu powiedziałem i nie byłem pewien czy śmiać się z siebie czy raczej zacząć martwić. 
-Z chęcią.- odparła po chwili zastanowienia, lecz nie umknęło mi jej szybkie spojrzenie na zastawiony szkłem i roślinami stół.
-Skończ, poczekam. O ile nie przeszkadza ci wzrok widza.- zmusiłem się do uniesienia kącików pyska bo, szczerze mówiąc, nie było mi dzisiaj do śmiechu. Jeżeli wadera wyczuła mój kiepski humor, nie dała tego po sobie poznać.
-Na pewno? To może jeszcze chwilę potrwać, a godzina mnie nie zbawi.- machnąłem na to łapą.
-Nie przeszkadza mi to. Możesz mi co nieco opowiedzieć o tych swoich wyrobach.- na to Vallieana uśmiechnęła się łagodnie i zaczęła tłumaczyć, co, z czego, jak i po co. Starałem się słuchać z uwagą, jednak po pewnym czasie nazwy oraz zastosowania całkowicie mi się pomieszały i dopadła mnie nagła świadomość, że zielarzem to ja już nie zostanę.

~*~

Kilkadziesiąt minut później przechadzaliśmy się wzdłuż Bumari, ciesząc się komfortowym milczeniem. Pogoda dopisywała spacerowi, bowiem słońce świeciło na nas prawie nieprzerwanie, a wiatr nie wymagał wprowadzania żadnych ograniczeń z mojej strony. Na początku próbowaliśmy rozmawiać, ale raczej z "przyzwoitości", bo ani jedno, ani drugie nie miało na to szczególnie ochoty. Daliśmy więc sobie spokój i czerpaliśmy przyjemność z niewymagającej starań bliskości, przystając co jakiś czas, by obserwować ptactwo lub ślady. Moje myśli jednak ciągle prześladował niepokój, z którego zamierzałem zwierzyć się już na samym początku spotkania, lecz wciąż odpychałem go od siebie, próbując... właściwie co? Przedłużyć stan niepewności, by nie musieć spojrzeć w twarz prawdzie? W końcu jednak zebrałem się na odwagę.
-Vallieano... Jest pewna kwestia, która nie daje mi spokoju. Dotyczy naszego niefizycznego problemu.- bańka pseudorelaksu prysła, sprowadzając myśli na celowo spychany przez nas od dłuższego czasu tor- A może tylko mojego.- wadera zmarszczyła brwi i zatrzymała się. Lekko pomarańczowe światło powoli zachodzącego słońca spłynęło po boku jej pyska. 
- Od dwóch dni mam poważne problemy z zaśnięciem, nawiedzają mnie tak realne koszmary, że nie wiem czy to jawa, czy sen... czy iluzja. To uczucie wydaje się być identyczne, jak wtedy. Ale nie jestem w stanie ocenić. Tobie się coś śniło?- spytałem, siląc się na opanowany ton.
-Tak, ale nie wydaje mi się, by było wywołane przez demona.- zamyśliła się, uwidaczniając wyryte w rysach zmęczenie emocjami.
-To dobrze. Albo źle. Sam nie wiem.- bezradność znowu zaczynała dawać o sobie znać, ale trzymałem ją na wodzy.- Zażywam zioła od Adrila, nie czuję demonicznej obecności. Dlatego przyszedłem dopiero po dwóch dniach. A jednak boję się, czy zaraz coś się nie stanie. Boję się, że ten skurwiel zrobił coś z moją głową, że pewnego razu nie będę mógł się obudzić i to będzie prawdą, że utknę tam i już się nie wydostanę.- mój oddech przyspieszył.- Albo gorzej, że za każdym razem to naprawdę się dzieje, a demon zdobył nade mną kontrolę, słyszy i widzi wszystko, wszystkie myśli, wszystkie lęki!- gdzieś w głowie odezwał się głos rozsądku, że takie sny dręczą mnie tylko od dwóch dni, a ja już wariuję, poza tym Vallieana tego słucha i trzeba się ogarnąć. Wziąłem więc głęboki wdech, potem wydech i z wymuszonym spokojem kontynuowałem:- Ale, jak już mówiłem, biorę zioła od Adrila i ufam w jego umiejętności oraz wiedzę. Jednak wcześniej było w porządku, a sny zaczęły się gwałtownie. Może dlatego, że wcześniej byłem zbyt zmęczony, nie wiem. Jeśli to nie demon... Boję się, że tracę nad sobą kontrolę. Że popadam w szaleństwo. Już od dłuższego czasu czuję się zagubiony, zdekoncentrowany, prześladują mnie zawroty głowy, nudności. Może to po prostu...- zawiesiłem na chwilę głos, wyobrażając sobie rozczarowany wyraz twarzy ojca. Tak dumny ze swojej kontroli nad emocjami, która okazuje się tylko ułudą, taki słaby psychicznie! Wściekłe łzy zapiekły pod powiekami.- załamanie nerwowe. Tak czy inaczej, chciałbym cię prosić...- ponownie przerwałem, szukając odpowiednich słów i zbierając odwagę, by je wypowiedzieć- o poradę. Znasz się na ziołach jak mało kto, więc czy coś mogłoby pomóc? I... zapewne to tylko problem w mojej głowie, ale proszę, miej się na wszelki wypadek na baczności. Dla mojego spokoju duszy. 


<Valli? Czy to faktycznie załamanie, czy też zwiastun nadchodzących wydarzeń, decyzja należy do ciebie ;*>

Ilość słów: 1003= 70 KŁ

sobota, 30 kwietnia 2022

Od Vallieany, CD. Jastesa

W końcu nadszedł ten czas, Vallieana wróciła do domu.
Pożegnała się z Jastesem, po czym już nie odwracając się za siebie podeszła pod gęstą kurtynę z roślin. Bez chwili zwłoki schyliła się i zgarnęła łapą wciśnięte w niewielki otwór w skale listy, które rzuciły jej się w oczy gdy tylko podeszła bliżej. Z mocno bijącym w piersi sercem, sztywno niczym zaklęta przejrzała nadawców, jednak nic w dokumentach nie wzbudziło jej podejrzeń. Sami znajomi klienci i ich standardowe zamówienia. 
– Zapieczętowałeś wejście kiedy wychodziliśmy? – zapytała w przestrzeń, jeszcze przez chwilę nie podnosząc wzroku znad arkuszy pergaminu.
'Ktoś musiał to zrobić, prawda? Nie spodziewałaś się chyba, że je tak zostawię?'

Skrzywiła się lekko, przekrzywiając głowę. Prawda była taka, że będąc poza domem nie pomyślała nawet przez moment o tym, że ktoś mógłby wejść jej do domu i coś ukraść.

'Nie krzyw się tak, wiem, że nie miałaś wtedy do tego głowy.'

– Dzięki – rzuciła i nie tracąc więcej czasu wepchnęła listy do własnej torby i przesunęła się lekko w przód, dotykając nosem silnych, sztywnych pnączy. Roślinne pędy, które w jednej chwili wyglądały na zamrożoną plątaninę martwych liści, w drugiej już zaczęły jakby topnieć i rozluźniać się pod wpływem kontaktu ze znajomą magią, która utrzymywała je w tak znakomitym stanie już od wielu lat. Mimo iż pozostawały nieruchome, wadera wyraźnie czuła ich dotyk. To, jak czule oplatały jej pysk i uspokajająco głaskały, próbując dodać otuchy. Po tym ciepłym przywitaniu w końcu wyminęła giętkie pnącza i zagłębiła się w znajomych ciemnościach wypełnionych zapachem, którym sama była przesiąknięta na wskroś. Przemierzyła korytarz by dostać się do oświetlonego przytłumionym światłem grzybów salonu i natychmiast uświadomiła sobie, że gdyby Vernon nie przypisał sobie zapieczętowania całej jaskini i gdyby nie widziała tej rozpierduchy wcześniej, uwierzyłaby że naprawdę jej dom został napadnięty.

– O tym też zapomniałam – jęknęła z niewyobrażalnym zmęczeniem w głosie. Nie mogła nic poradzić na to, że widok rozrzuconych rzeczy, a w głównej mierze cennych ksiąg, doprowadził ją do natychmiastowego bólu głowy, a gdy tylko jej zimne spojrzenie przesunęło się na schody, do migreny doszły zawroty głowy. Nieistniejący siniak na jej grzbiecie, którego nabił obcy byt zakwalifikowany do rodziny bytów o intencjach nieczystych, nieprzyjemnie dał o sobie znać w postaci pojedynczego impulsu, który wystarczył aby zniszczyć w waderze resztki chęci do przebywania w tym miejscu… na dobicie, spojrzała pod siebie, przypomniawszy sobie już ostatnie wydarzenia, do których doszło przed paroma dniami. 

– Kurwa – wyrzuciła z siebie w końcu, tracąc całe opanowwanie.

Obrzydliwa, rdzawa plama, która przez trzy dni zdołała nie tylko rozszerzyć się z korytarza aż po salon niczym obślizgły robal, który wgryzł się dwoma szczękonóżami w dywan, dodatkowo zaschła w szczelinach kamiennej podłogi, sprawiając, że domycie jej byłoby prawdziwym piekłem dla każdego śmiałka próbującego się podjąć. Przynajmniej nie śmierdziała.

– Nie. Wracam do Adrila, nie chcę tu być, Vernon. Wracamy, ja… – nim sama zarejestrowała że się porusza, jej nogi bez konsultacji tego z głową już zaczęły się wycofywać z jaskini tyłem, wprost do wyjścia.

'Vallieana, uspokój się, weź wdech, no już, zatrzymaj się.'

Zrobiła to, a gwałtowność oddechu jaki zaczerpnęła aż zahuczał jej między uszami. 

– Czego nie rozumiesz? Nie chcę tu być, nie chcę patrzeć na ten bałagan, nie chcę niczego dotykać! – krzyknęła z pretensją, jednak się nie ruszyła. Słone łzy zapiekły ją w oczy, więc spuściła głowę, uświadamiając sobie jak ciężko i boleśnie chodzi jej klatka piersiowa.

'To twój dom… nasz dom. Pomogę ci to posprzątać, a potem wzniosę jakieś bariery, u Adrila trochę czytałem z tych jego książek, wszystko ułożymy.' – głos ducha był zimny i przeszywający, czyli doskonale taki jaki wadera znała, i z którym zawsze czuła się bezpiecznie, przy czym Vernon wiedział jakiego tonu i słów używać, by oddać zielarce zdolność logicznego myślenia. A ona zaufała mu kolejny raz i sztywno skinęła głową, gdy łzy jednak zdecydowały się popłynąć wbrew jej woli, wyznaczając nowe szlaki na czarnych policzkach. Zupełnie rozbita, nie miała siły stawiać oporu, ale nie miała także siły ruszyć się ze swojego miejsca, z tej paskudnej, wyschniętej kałuży, która po tak długim czasie nie mogła już wspinać się po dotykającym jej futrze. Skorupa była martwa i nieruchoma, gotowa by zostać w ten sposób już na zawsze, całkowicie niewzruszona tym, że postać, która wylewała na niej swoje emocje była jej stwórcą. Nie była tak wrażliwa jak kurtyna z roślin, które adorowały swoją panią i doceniały każdą najmniejszą drobinę przelanej w nie magii. Ta konkretna krew, mimo iż była od samego początku zmieszana z magią konkretnej zielarki, nie czuła przywiązania. Brudziła podłogę i rozmazywała się, gdy tylko pojedyncza łza upadała na kamień. Magia błyskawicznie się ścierała, a wraz z nią zaschnięta posoka. 

Zebranie się w sobie, otarcie łez i podniesienie się do stanu użyteczności było kwestią czasu, a jako że Vernon był martwy, to czasu i cierpliwości akurat miał nieograniczoną ilość, więc dawał jej ich tak dużo, aż wystarczyło. W końcu rzeczywiście wstała, powlekła się z powrotem do głównego pomieszczenia i przekrwionym spojrzeniem opuchniętych oczu przesunęła po całości. 

– Ciekawe jak trzymają się roślinki – wymamrotała.

'Nie było cię tylko trzy dni, a termin karmienia był wczoraj, nic im nie jest. Zajmijmy się górą.'

I z tymi słowami, porzucone na podłodze tomidła zaczęły się powoli zamykać z głuchym hukiem, jedno po drugim. Vallieana wyłącznie rzuciła na to okiem, po czym zaczęła zwijać rozłożone na podłodze futro, by móc zmyć brudną powierzchnię. Pomimo tak ciężkich początków, Zerdinka powoli odzyskiwała siły, a z każdą ułożoną rzeczą jej psychika czuła się nieco lepiej. Do obiadu udało jej się posprzątać większość piętra z niedużą pomocą ducha, potem zjadła szybki posiłek i zrobiła sobie przerwę na przejrzenie posiadanych przez nią książek. Szukała jakiegoś punktu odniesienia wobec tego, dlaczego demon uznał że to one i tylko one powinny podlegać zdewastowaniu, jednak niczego jej to nie przyniosło prócz nowej fali zniechęcenia. Nie chcąc by stres znów odebrał jej poczucie posiadania kontroli nad własnym domem, wróciła do układania rzeczy i przygotowywania otoczenia, by mogła we w miarę najbardziej komfortowych warunkach przygotować zamówione pod jej nieobecność leki. W tym czasie głównie myślała o swoim zajęciu, a jeśli zajęcie akurat nie wymagało skupienia, jej wyobraźnia od razu leciała w kierunku Caiasa i Jastesa, wbrew logice, nie zatrzymując się na negatywach. Zastanawiała się, jak sobie radzili; czy Caias wróci do domu cały i zdrowy; jak młody wilk się trzymał; jak Jastes odnajdywał się w całej sytuacji i jak bardzo te doświadczenia na niego wpłynęły. W pewnym momencie musiała nawet ciężko westchnąć, gdy zdała sobie sprawę, że gdyby złotooki już nigdy więcej nie pojawił się w jej progu ale nie ze względu na to, że coś mu się stanie, a ponieważ uznał ją za skończoną wariatkę, nie mogłaby mieć mu tego za złe. Na jego oczach zrobiła zbyt wiele dziwnych rzeczy i przyznała się do zbyt wielu tajemnic, a w szczególności do tej największej i najbardziej niepokojącej… Na samą myśl wadera poczuła potrzebę wyjścia z domu po to, aby nigdy już do niego nie powrócić, ale przecież to nie było tak, że owa tajemnica miałaby jej na to pozwolić. Vallieana musiała też przyznać, że brak komentarza ze strony ducha, który odnosiłby się do poznania przez Jastesa tej abstrakcyjnej prawdy był wręcz niepokojący, a jednak nie chciała zaczynać. Skoro milczał, to oznaczało tyle, że chciał milczeć, a ona nie miała zamiaru odbierać mu tego przywileju.

Tak minął dzień, a po dniu noc. Nieco niespokojna, trochę długa, ale w końcu przeminęła, przynosząc ze sobą powiew rześkiego wiatru, gdy tylko Vallieana odchyliła roślinną kurtynę w celu przewietrzenia swojego podziemia. Odetchnęła spokojniej na widok wznoszącego się ponad ośnieżonymi koronami drzew słońca, jakby miało być to dla niej swoiste zapewnienie, że każda noc musiała w końcu przeminąć. Po tak krótkim przywitaniu ze światem, za pomocą kła stanowiącego naszyjnik wykonała szybkie rozcięcie wzdłuż własnej łapy i zaczęła pielęgnować ukochaną kurtynę, której listki w zadowoleniu falowały wraz z każdym ruchem powietrza. Odżywioną roślinność zostawiła zaczepioną w takiej pozycji aby wejście do jaskini pozostawało otwarte, a sama zeskoczyła na niższe piętro. Póki rana na jej kończynie wciąż była otwarta, wilczyca zajęła się wszystkimi pozostałymi zielonkami, z troską oglądając je wszystkie i zajmując się każdą ewentualną niedogodnością. Zanim skończyła, dopadła ją pora obiadowa, lecz, chociaż niebieskooka pominęła śniadanie, wciąż nie była głodna. Zamiast więc zjeść, opatrzyła sobie jedyną z białych łap i bez zbędnej zwłoki zajęła się zamówieniami, oddychając świeżym powietrzem pochodzącym z krainy wiecznej zmarzliny, a w tle słyszała jak Vernon czyta na głos jakiś romans. 

Akurat rozpalała ogień by móc sporządzić wywary, gdy wiatr wniósł do środka zapach, z którym wadera mogła się zaznajomić przez ostatnie dni i nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, gdy zza rogu korytarza wychylił się znajomy, biały pysk.


<Jasiu? Czilera że aż strach>

Słowa: 1414

wtorek, 19 kwietnia 2022

Od Jastesa, CD. Vallieany

Życzyłem waderze miłego dnia, po czym odprowadziłem ją wzrokiem do czasu aż zniknęła w swoim mieszkaniu. Odwróciłem się i wolnym krokiem skierowałem w stronę z której przyszliśmy, z początku podążając za pozostawionymi przez nas śladami. Później odbiłem na wschód, szukając wbitych sobie podczas wielu wypraw do głowy znaków rozpoznawczych, trasy prowadzącej do jednej z moich kilku schronień. Po parudziesięciu minutach stałem już przed zakrytą pokrytym śniegiem bluszczem jaskinią, węsząc w poszukiwaniu zapachu ewentualnych niemile widzianych rezydentów kryjówki, lecz nic takiego nie wyczułem. Wkroczyłem więc między biały puch, szybko otrząsając się, by sierść nie zamokła i sekundę potem znalazłem się w ciemnym, przestronnym wnętrzu. Położyłem pakunek pod ścianą, gdzie stała niezbyt duża, zamknięta skrzynka, podarowana mi niegdyś przez maga, po czym chuchnąłem na wieczko. Zamki od razu puściły, ukazując wnętrze z kilkoma kocami i płaszczami, liną oraz starą torbą poselską. Włożyłem do niej zioła od Adrila, zamknąłem i będąc pewnym bezpieczeństwa zawartych w niej przedmiotów, wyszedłem z jaskini.
Skierowałem się ku Centrum, obierając za główny cel Urząd Pocztowy. Kiedy dotarłem pod jego drzwi obrzuciłem niezbyt imponującą placówkę zrezygnowanym spojrzeniem, po czym przekroczyłem próg, będąc niemal staranowanym przez zdenerwowaną waderę. W ostatniej chwili udało mi się zejść jej z drogi i przepuścić w drzwiach. 
Przywitałem się z siedzącą za szkłem sekretarką skinieniem głowy i wkrótce znalazłem się w dziale ekspozycji, gdzie odebrałem gotówkę oraz wszystkie listy i pakunki, będące moim dzisiejszym przydziałem. Westchnąłem, widząc że, choć jest mniejszy niż zwykle, to i tak zajmie mi cały dzień.
Pokwitowałem odbiór, zawiązałem na przednich łapach specjalne czarne owijacze z niebieskim pasem po środku- przepisowy element rozpoznawczy listonosza- po czym założyłem na grzbiet jedną z większych toreb, które przechowywałem na miejscu i spakowałem do niej cały pakunek, lekko stękając, nadal nie odzyskawszy formy po ostatnich tygodniach stresu. Tak wyposażony ruszyłem w teren. 
Mimo bolącego kręgosłupa, siwiejących ze stresu przed pomyłkami piór, kontaktów z  nieprzyjemnymi adresatami oraz świadomości pociągnięcia do odpowiedzialności za zgubienie bądź odebranie sobie pakunku, roznoszenie listów, małych przesyłek, wystawianie awizo i wypłacanie emerytur starszym obywatelom Królestwa pozwalało mi na skupienie się na pracy bardziej niż na natrętnych myślach o czającym się gdzieś tam demonie. Co nie oznacza, że zniknęły one całkowicie, bowiem raz po raz przyłapywałem się na poszukiwaniu w pyskach przechodniów oblicza Caiasa. 
Całe szczęście mój dzisiejszy zakres pracy nie wykraczał poza Dystrykt I i Centrum, nie musiałem więc szykować się na roznoszenie przydziału przez kilka dni i, choć zrobiłem dużo kilometrów, nie byłem aż tak bardzo zmęczony. Czułem się również bezpieczniej. 
Po drodze minąłem parę razy plakaty, przedstawiające podobiznę opętanego szczeniaka i zmusiłem się, by przyjrzeć się lepiej chociaż jednemu. 
Słowo "ZAGINĄŁ" zajmowało większą jego część, wraz ze zdjęciem. Pod spodem typowe informacje: kiedy mniej więcej zniknął, w którym Dystrykcie, gdzie mógł pójść, adres domu rodziców, pod który można by zaprowadzić odnalezionego bądź wysłać list z radosnymi wieściami... Prosimy o kontakt, w razie natknięcia się na niego. 
Czułem się rozdarty.  Z jednej strony żal mi było i dzieciaka, i jego rodziców, a wściekłość na demona podsycała chęć, by ten dostał za swoje. Z drugiej, miałem niewielką, ale jednak nadzieję, że byt na dobre wyniósł się z mojego życia. 
Dalsza część dnia minęła tak samo jak pierwsza, czyli bez większych niespodzianek, może poza tym, że zostałem zaproszony na kawę w domu jednej z adresatek. Chodzenie w tę i z powrotem zaczęło mnie już nużyć, więc z chęcią przystałem na propozycję i nie musiałem nawet martwić się, że będzie niezręcznie, ponieważ pani Nutria mówiła za nas dwoje. 
Wraz z zachodem słońca w końcu przekroczyłem próg Urzędu Pocztowego i od razu wziąłem się za rozliczanie z rozniesionych dzisiaj listów. Gdy i to było skończone z ciężkim westchnieniem zdjąłem owijacze i wraz z położoną na stole wcześniej torbą, włożyłem je do swojej szafki. Ta szafka często okazywała się być prawdziwym darem niebios i dziękowałem sobie w duchu, że udało mi się ją tu sobie załatwić, co wcale nie było tak prostym przedsięwzięciem. Na szczęście byłem darzony przychylnością pracowniczki obsługi klienta, która była darzona przychylnością kogoś innego.
Następnie udałem się do dowódcy zmiany, by poprosić o przydzielanie pakunków w obrębie bliskim Dystryktowi II. Byłem tak zmęczony, że nie poświęciłem lękowi większej uwagi, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w swojej-nieswojej jaskini i pobyć w samotności. Szybko więc wyłożyłem przełożonemu przyczyny mojej prośby i, choć na początku wyglądał jakby chciał mną wytrzeć podłogę, po usłyszeniu o pozbawionym szczegółów problemie demona zgodził się spróbować coś z tym zrobić. Rozumiałem, że biorąc pod uwagę bardzo małą ilość dostępnych wilków będzie to trudne, dlatego podziękowałem i szybko wyszedłem, marząc już tylko o wieczornym posiłku i odpoczynku. 
Te dość szybko przeobraziły się w rzeczywistość, bowiem nie bawiłem się już w polowanie, tylko po drodze zakupiłem zająca, którego zjadłem już w swoim prowizorycznym mieszkaniu, a po ułożeniu koców na ziemi oraz połknięciu ziół od Adrila od razu położyłem się spać i spałem snem spokojnym, nieprzerwanym aż do samego rana. 

<Valli? Tym razem wgląd w dzień pracy Jaśka>

Ilość słów: 807= 45 Kł

sobota, 12 marca 2022

Od Vallieany, CD. Jastesa

Byli pędzeni jak myszy.
Ona, Jastes, nawet Vernon był wodzony za nos. Nie mieli szans aby się przeciwstawić, skoro nawet do końca nie wiedzieli w jaki sposób mogliby zawalczyć przeciwko bytowi tego kalibru, a jedyne co mogli zrobić, to… czekać. Albo sprawa ucichnie ku uciesze wszystkich, albo, co bardziej prawdopodobne, demon po nich wróci i uderzy niczym bumerang, podczas kiedy oni będą stali z zamkniętymi oczami, modląc się, by ich nie sięgnął. Tak, czy inaczej, z tyłu głowy Vallieana wciąż odczuwała mrożące krew w żyłach przeświadczenie, że jeśli ostatecznie dojdzie do tej mniej optymistycznej wizji, polecą głowy, nie wspominając już o biednym Caiasie, który był nie wiadomo gdzie i nie wiadomo było czy w ogóle powróci. 
Co za masakra, westchnęła w myślach.  
Następnego dnia wstała wcześnie, podobnie jak towarzyszący jej posłaniec. Wymienili kilka luźnych zdań, z których jasno wynikało, że żadne z nich nie planuje pozostawać w jaskini Adrila ani dnia dłużej.
– Myślę, że warto będzie chociaż raz dziennie się odwiedzać, przynajmniej przez następne dwa tygodnie – rzuciła wadera niby niezobowiązująco. Rzeczywistość jednak była taka, że propozycja była niezręczna nawet w obowiązującej ich sytuacji. Zamieszała w kominku za pomocą metalowego pręta i telekinezy, rzucając kątem oka na basiora.
Jastes tymczasem podniósł się na łapy i rozciągnął ciało, prawdopodobnie dając sobie dodatkowe sekundy na przemyślenie słów niebieskookiej.
– Masz rację. Jak rozumiem, planujesz pozostać w swoim mieszkaniu?
Odparła skinieniem głowy, po czym dodała:
– Tak, w końcu… nie jestem do końca sama. Co prawda, wciąż jestem tak samo narażona na atak, ale nie wyobrażam sobie, żeby teraz pozostawać w bezruchu.
W tym momencie do konwersacji włączył się trzeci głos, którego wstęp został poprzedzony potężnym ziewnięciem. Adril wszedł do salonu i, niby nie patrząc na parę wilków, skupił wzrok na czerwonej plamie szpecącej jego stół, do której zmierzył z braku innego punktu zaczepienia.
– Szybcy jesteście w podejmowaniu decyzji – i to powiedziawszy, przetarł suchą łapą parę razy po pozostałościach barwiącego środka.
– Noc to aż za dużo czasu na podjęcie decyzji. Szczególnie takiej, w której stawką jest własny komfort i bezpieczeństwo – Vallieana lekko się uśmiechnęła, szukając wzrokiem swojej torby. 
– Co prawda, to racja– westchnął starzec. Dopiero po chwili porzucił nieefektywną próbę oczyszczenia blatu i odwrócił się do towarzyszy – Zjecie chociaż śniadanie?
Nieelegancko byłoby odmawiać, więc Zerdinka i Sivarius zgodzili się na posiłek przygotowany przez zielarza, chociaż raz omijając temat zaginionego szczeniaka i jego samozwańczego przewodnika. Próbowali odtworzyć swobodną konwersację, Adril opowiadał o jedzonych przez nich rybach, które ostatnio dostał od znajomego łowcy, Jastes podpytywał o aromatyczne zioła służące za dopełnienie smaku mięsa, a Valli swobodnie rozmarzała o potrawach, które widziała na targu, Vernon zaś milczał, tak jak miał w naturze, nie chcąc psuć tej niemalże rodzinnej scenki. Zamiast tego, zastanawiał się nad ich położeniem. Szukał luk w działaniach versagonowskiego pomiotu, przekraczał niefizyczne granice i rozważał wiele opcji, zaangażowany aż do momentu, w którym jego, jak lubił sobie ją nazywać, podopieczna pożegnała się z Adrilem, a za nią ruszył posłaniec. Oboje byli zaopatrzeni, każde dostało trzy porcje ziół mających ochraniać ich umysły przed iluzją, poza tym Vallieana otrzymała również pęczek roślin należących do gatunku niezbędnego, by podobną barierę mogła stworzyć sama.
Zanurzyli łapy w śniegu. W głowie zielarki biały puch wydawał się wrogiem, tak jakby wrzeszczał całemu światu o tym, że znów byli na zewnątrz. Zapamiętywał ich kroki i wskazywał trasę każdemu potencjalnemu niebezpieczeństwu. Wzdrygnęła się na samą myśl, jednak przecież już podjęła decyzję i wbrew własnemu instynktowi ruszyła przed siebie pod okiem Jastesa. 
– Co powiesz na to, żebym odprowadził cię do domu? – zaproponował basior bez cienia uśmiechu na pysku, co jednak nie wymusiło na Vallieanie zachowania podobnego wyrazu. Lekko się uśmiechnęła, kierując spojrzenie na otaczające ich drzewa.
– Bardzo chętnie, ale… nie masz ważniejszych rzeczy do załatwienia? Wiesz, praca.
Złotooki przez chwilę milczał, jednak nie zatrzymał się.
– Jest jeszcze wystarczająco wcześnie. 
– Racja. Ja jeszcze będę musiała… – i w ten sposób pociągnęła się rozmowa, która trwała dopóki na horyzoncie nie pojawił się potężny szkielet bestii. Smoka przytwierdzonego przez lód do miejsca swego wiecznego spoczynku, będącego cechą rozpoznawalną Kości Przeszłości.

<Jastesie?>
Słowa: 660 = 38 KŁ

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Jastesa, CD. Vallieany

Zdenerwowany informacjami dostarczonymi przez Adrila nie mogłem usnąć. Leżąca po drugiej stronie pokoju Vallieana z początku towarzyszyła mi w milczeniu i umysłem, i ciałem, lecz teraz pozostało jedynie ciało, uśpione wpierw zmartwieniem o opiekuna, a później ulgą, gdy w końcu znalazł się z powrotem w zasięgu jej widzenia. Ja natomiast tkwiłem z głową opartą na łapach, śledząc wzrokiem poruszające się za oknem migoczące światełka. 
Zacząłem zastanawiać się nad propozycją starego basiora. Trzymać się w pobliżu kogoś, kto zna się z magią jak łyse konie było niewątpliwie opcją nie do odrzucenia. Czy powinienem jednak zdecydować się na przebywanie u tego kogoś w domu na, póki co, niemożliwy do określenia czas? Odpowiedź znałem jeszcze przed tym jak pytanie skrystalizowało się w mojej głowie. Nie. Mowy nie ma, nawet jeżeli miałby czuwać wtedy nade mną nasz ulubiony demoniczny anioł stróż. Oczywiście, perspektywa bezpieczeństwa i prawdziwego odpoczynku wydawała się bardzo kusząca, jednak niezręczność i potrzeba samotności do odzyskania kontroli nad nerwami była dla mnie zbyt przytłaczająca, by przyjąć zaproszenie. Będę musiał zaszyć się w jednej ze swoich poznanych w trakcie wycieczek dziur i tam oczekiwać demona pukającego ponownie do drzwi. Zaś co do mojej własnej jaskini, faktycznie koniecznym będzie porzucenie jej na jakiś czas, przynajmniej dopóki oznaki burzy na horyzoncie nie znikną lub ta na dobre się nie przewali. 
Nie byłem też pewien czy powinienem wziąć urlop w pracy. W końcu nie znałem terminu powrotu ani nie miałem pojęcia czy miałoby to jakikolwiek sens. Bo, chociaż nie bardzo w to wierzyłem, ale modliłem się, by stało się to rzeczywistością, zły duch może zniknąć i nigdy ponownie nie schrzanić mi życia. Nie uśmiechało mi się również odcięcie się od dopływu gotówki i zwykłe schowanie głowy w piasek przez właśnie taki byt. Sama myśl o tym wydawała się być godzącą kpiną. Dlatego, mimo wszystko postanowiłem kontynuować wypełnianie zleceń i w miarę normalną egzystencję, jednocześnie pozostając w bliskim kontakcie z Vallieaną oraz jej opiekunem (opiekunami? Myśl o zaklętym w ząb zmarłym wojowniku dalej była... no... nieważne). 
Zamknąłem oczy, czekając wśród gonitwy myśli na nadejście snu.

<Valli?>

Słowa: 338= 22 Łuski

piątek, 10 grudnia 2021

Od Vallieany CD. Jastesa

Jak mogłaby spać spokojnie, gdy jej opiekun i przyjaciel byli gdzieś poza bezpiecznym domem, próbując rozwiązać problem takiego kalibru?
Jasne, była wyczerpana i miała dosyć całego tego zamętu, więc usnęła błyskawicznie po tak spokojnym dniu, co to jednak był za sen, skoro wystarczyło ledwie skrzypnięcie drzwi, by od razu poderwała głowę niczym spłoszona zwierzyna? Przez cały czas spędzony z Jastesem nie było godziny, by nie pomyślała o tym, co mogło spotkać Adrila i Vernona, więc gdy tylko usłyszała znajomy głos...

Wróciłem, kochana.

Odetchnęła z wyraźną ulgą. Zwróciła spojrzenie na Jastesa. Nim stary Adril zdążył wejść do salonu, posłaniec również był już wystarczająco pobudzony, by w napięciu oczekiwać na informacje ze strony przybyłego. Zielarz przekroczył próg pomieszczenia i spojrzał na swoją byłą podopieczną i jej przyjaciela, niczym na szczeniaki, które nie wiedziały czy dostaną nagrodę, czy naganę - w tym przypadku, szczeniaki które w ogóle nie wiedziały co może je czekać. Basior odwrócił wzrok, krótko zakaszlał i usiadł do stołu z ciężkim sapnięciem.
- Wszystko dobrze, Adril? - zmartwiła się wilczyca, jednak zamiast wpierw odpowiedzieć, wilk zdjął z szyi naszyjnik i oddał go właścicielce za pomocą telekinezy. Przyjęła go z wdzięcznością, patrząc nań jak na najcenniejszą rzecz jaką posiadała. 
- Ciężko powiedzieć czy dobrze, czy niedobrze - zaczął zagadkowo basior, z powrotem skupiając uwagę towarzyszy - Zaparz herbaty, to porozmawiamy. 
Chciała już zacząć dyskusję, jednak Adril był bezdyskusyjny. Wstała i poszła do kuchni, gdzie za pomocą specjalnych podpałek udało jej się obudzić do życia ogień. Nastawiła wodę, następnie do pustych naczyń wsypała suszone owoce i zioła. W milczeniu stanęła przed garnuszkiem i zapatrzyła się w płomienie, słysząc że Adril i Jastes wymieniają między sobą krótkie zdania w pokoju.
- Dowiedzieliście się czegokolwiek, Vernon? - spytała cicho.
Chwila milczenia. 

Nie mogę powiedzieć, że nie… Jednak pozwól, że zaczekam z wyjaśnieniami na starego. 

Wypuściła powietrze nosem w słabym westchnieniu. Nie wrócili z niczym, a to już było wiele - przynajmniej takie wrażenie odnosiła wadera. Nie było ich cały dzień, bo załatwiali określoną misję. Teraz pozostało mieć nadzieję, że niesione przez nich wieści nie okażą się tragiczne.

Woda wrze.

- Tak, widzę.

~*~

Postawiła przed Jastesem kubek z gorącym naparem, a następnie podała Adrilowi jego herbatę i podsunęła pod nos podgrzaną karkówkę dzika, za co skinął jej głową z wdzięcznością. W końcu sama usiadła i spojrzała wyczekująco na opiekuna, który mimo tęsknego spojrzenia posyłanego ciepłemu posiłkowi, uznał że znęcanie się nad niepewną parą wilków za pomocą ciszy byłoby w tym momencie zbyt dużym okrucieństwem. Przełknął więc ślinę i się wyprostował.
- Poszliśmy pod wskazany przez Jastesa adres… -zaczął starzec, a myśli Vallieany natychmiast przebiła cienka igła niepokoju. Miała wrażenie, że zaraz usłyszy “ale niczego tam nie było”, lecz na szczęście nic takiego nie miało miejsca i Adril kontynuował - I rzeczywiście byli tam rodzice szczeniaka. Vernon ich rozpoznał ze wspomnień Vallieany. Samego szczeniaka jednak tam nie było. Rodzice powiedzieli, że zaginął.
I chociaż wadera już otwierała pysk by się odezwać, Jastes ją uprzedził.
- Jak to? - spytał, jakby czytając jej myśli.
- Najzwyczajniej w świecie. Dwa dni temu wyszedł z domu pod wieczór, ojciec próbował iść za nim, ale po przejściu paru metrów zasłabł i dopiero po paru godzinach odnalazła go partnerka wracająca z pracy, a szczeniak mógł być już wszędzie - odparł niczym fachowy służbista, po czym pociągnął łyk herbaty i zaczął telekinezą rozkrajać mięso, kontynuując - Z Vernonem szybko doszliśmy do wniosku, że musieliście zostać tej nocy odwiedzeni przez naszą zagubioną owieczkę i jego demonicznego pasterza. Stąd te koszmary i szkody - urwał, aby przeżuć kawałek dziczyzny, jednak zaraz kontynuował z pełną paszczą - Rodzice zgłosili to zaginięcie do straży i gdzie tylko mogli, jednak wojsko ma związane łapy po takim czasie. Niby posyłają jakichś specjalistów ze specjalnymi mocami, jednak to jest za duży teren, by mogli wszystko przeczesać. 

I znów wgryzł się w mięso, dając pozostałym chwilę czasu na przetrawienie tego, że podczas ich snu zostali zaatakowani przez pozaziemski byt, a poddany iluzji szczeniak mógł być nawet pod wejściem ich mieszkań. Po grzbiecie Vallieany przeszedł dreszcz. Nie wiedziała jak jest z Jastesem, bo była zbyt poruszona nowymi informacjami… intruz przecież był także na tyle silny, że wpłynął również na jej własnego duchowego towarzysza, który wtedy niczego nie zauważył.

- Kontynuując, ja rozmawiałem z rodzicami, a Vernon przeszukiwał im dom. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że nie mają nic wspólnego z magią, ani innymi duszami. To zwykła rodzina, zaś Caias został wybrany całkowitym przypadkiem, lub pojawił się w nieodpowiednim miejscu, krzyżując drogi ze spoczywającym demonem. To jest dla nas oczywiście na plus, ponieważ wiemy, że demon nie ma na celu tego konkretnego szczeniaka. Konfrontując to z wizją Vernona można dojść do wniosku, że po prostu chce przejąć jakiekolwiek ciało. Wydaje nam się, że wy również zostaliście w to wmieszani za sprawą nieszczęśliwego wypadku, kiedy spotkaliście dzieciaka. Pewnie testował swoje możliwości. Skurczybyk działa szybko i gwałtownie, a szczeniak znika z domu od niedawna, teraz po raz pierwszy na tak długo, myślę… myślimy, że szykuje się na coś dużego.

Adril okrywał przed swoją widownią wszystkie karty niczym wprawiony kuglarz, zaś widownia mogła tylko siedzieć z szeroko otwartymi ustami i niedowierzać temu, co się działo na ich oczach. Wizja szybkiego załatwienia sprawy odchodziła coraz dalej wraz z każdym wypowiedzianym zdaniem, jak gołębie wylatujące z rękawa magika w siną dal… czy cośtam… Valleanę bolała już od tego głowa i nagle znów poczuła potrzebę zapadnięcia w sen.

- Młody może być w poważnych tarapatach, jednak niestety nic nie możemy z tym zrobić. Wiemy za to, że już raz zdołał was namierzyć i wie gdzie mieszkacie, a to rodzi więcej problemów. Nie wiadomo jaki będzie jego następny krok i czy będziecie częścią jego planu. Dużo kombinuje i jest pewny siebie, poza tym jego iluzja jest bardzo silna. Musicie być ekstremalnie ostrożni. 

Złotooki ciężko westchnął i opuścił głowę, jakby zawiedziony takim rozwojem wydarzeń i Vallieana nie mogła powiedzieć, że go nie rozumiała. Osiągnęli tyle, że wiedzieli że demon chce pozyskać ciało i nie wie jak się do tego zabrać, więc jest nieobliczalny - cudownie wręcz.
- Więc co teraz, Adrilu?
Zielarka znów podniosła zmartwiony wzrok na byłego opiekuna, gdy ten zjadał przygotowany posiłek. Dokończył, szybko oblizał pysk  i odchrząknął, rozluźniając postawę. Lodowate spojrzenie starego wilka błysnęło, niby dziko, groźnie, jednak nie była to złość skierowana na towarzyszy.
- Zrobicie jak uważacie. Jesteście dorośli i macie swój rozum, ale także macie swoje obowiązki. Nie wiecie kiedy, ani czy w ogóle, zaatakuje was szczenię pod wpływem demona, o ile do tego czasu nie zostanie już sam demon w ciele szczeniaka. Jedyne co mogę doradzić, to starajcie się nie opuszczać tego Dystryktu o ile to możliwe i pozostawać ze sobą w kontakcie, by w razie konieczności móc szybko tu przyjść… chyba, że jednak możecie wziąć wolne i wolicie zostać. Nie mam nic przeciwko. To mieszkanie jest otoczone barierami, więc jeśli cokolwiek się stanie, nawet jeśli poczujecie, że coś niefizycznego klepnęło was w tyłek, od razu macie przyjść, jasne? Nie wiemy co ten skurwysyn planuje, więc nie możemy ryzykować - warknął stary, rzucając obojgu spojrzenie wskazujące na brak możliwości kwestionowania jego polecenia. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, zielarz znów wyprostował kręgosłup i następne słowa skierował do Vallieany - Tak czy inaczej dam ci przepis na bariery, pamiętaj, że nie mogą zbyt długo czekać przed spożyciem i nie mogą być jedzone na…
- Wiem… - zmęczona wadera skinęła głową i przetarła grzbietem łapy własne czoło. 
Zielarz skinął, dopił napar, a jego westchnienie wypełniło ciszę. Wstał z siedzenia i dosyć koślawo się rozciągnął.
- Idę się położyć. Wy też spróbujcie odpocząć, rano wszystko przemyślimy jeszcze raz - bąknął i skierował się do wyjścia do własnej sypialni. W ostatniej chwili się zatrzymał i rozejrzał po pomieszczeniu, czując jak silne emocje cała sytuacja wywołała w niespokojnych wilkach. Znów westchnął i na chwilę obrócił się w ich stronę.
- Uspokójcie się trochę. ‘Następny dzień jest uczniem poprzedniego’, czyż nie? Dzisiaj już wiemy dużo więcej niż wczoraj i możemy zacząć stawiać opór, więc nic nie jest przesądzone - mruknął, starając się brzmieć jak najbardziej przekonująco, aż w końcu zamilkł i dopiero po chwili zakończył - Dobranoc. 
i pozostawił towarzyszy w milczeniu, zagrzebanych po uszy we własnych myślach.

<Jasiu?>

Słowa: 1315 = 86 KŁ

sobota, 30 października 2021

Od Jastesa, CD. Vallieany

 -Wygląda na to, że mamy chociaż jeden dzień odpoczynku.- uśmiechnąłem się lekko, wplatając w uśmiech nutki goryczy. Byłem pewien, że nawet tydzień mógłby nie starczyć żebyśmy się odpowiednio zrelaksowali, lecz nawet perspektywa tylko tych zwykłych dwunastu godzin wydawała się czymś cudownym i bardzo pożądanym.
-Tak, chyba nie mamy wyboru.- zaśmiała się Valliena, bez zbyt dużej wesołości czy energii, ale z wyraźną ulgą. Zaraz jednak zamilkła i wpatrzyła się kartkę pozostawioną przez jej opiekuna niewidzącym wzrokiem. Założyłem, że pewnie się o niego martwi. Staliśmy kilka chwil w ciszy, ona głęboko pogrążona w myślach, a ja niezręcznie stojący obok i zastanawiający się co powiedzieć. Szybko się jednak poddałem, nie mając zielonego pojęcia jak odpowiednio zareagować, jak zwykle przeklinając w głowie swój brak obycia i umiejętności odczytywania wilczych emocji.
Mój problem szybko rozwiązał się sam, ponieważ wadera sama powróciła do rzeczywistości.
-Skoro mamy taką okazję, nie rozmawiajmy dzisiaj ani o demonach, ani o nawiedzonych szczeniakach, duchach, iluzjach i tym wszystkim, proszę. Niech to będzie najlepszy odpoczynek jaki możemy mieć.
-Jestem za.- po raz kolejny zapadła cisza, podczas której nagle uświadomiłem sobie, że znajduję się sam na sam z waderą, w domu jej zastępczego ojca. O bogowie, co by pomyśleli moi rodzice? 
-Chodźmy zjeść. Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu.- rzuciła Vallieana i nie czekając ruszyła w stronę kuchni. Ja bez słowa podążyłem za nią, rozglądając się po pomieszczeniu, pełen podziwu dla Adrila za tak imponujące roślinne zbiory, w których ono właściwie tonęło.
-Wszystkie mają w tym domu jakieś zastosowanie czy służą jako element dekoracji?- Wskazałem głową rozwieszone pod sufitem pęki ziół, korzeni i cokolwiek tam jeszcze było. Wilczyca nie musiała się nawet odwracać, by zrozumieć o co mi chodzi.
-Z wielu z nich jest użytek, Adril niemal codziennie uzupełnia swoje zbiory. Są jednak takie, których nie ma potrzeby ściągać chyba że, przykładowo, chcesz kogoś otruć.- wyjaśniła, wyjmując z przykrytej dywanem, jaśniejącej dziury w ziemi spory kawał mięsa, które oczywiście też musiało być zawinięte w jakąś zieleninę. Interesujący osobnik z tego starego basiora, nie ma co.
Podzieliliśmy się posiłkiem, zjedliśmy i dopiero potem wypiliśmy "mieszanki wspomagające magiczne bariery". Podobno nie były dobre na pusty żołądek, a ja wolałem nie ryzykować, w tej kwestii ufałem wilczycy całkowicie. Po wypiciu herbaty, przy której rozwinęła się długa acz interesująca konwersacja na temat naszych zainteresowań postanowiliśmy pobyć trochę w milczeniu. Vallieana zaproponowała mi wybranie książki z imponującej kolekcji stojącej po drugiej stronie kominka, lecz odmówiłem, zauważając stojące na jednej z półek karty. Wilczyca pozwoliła mi ich używać, więc czym prędzej zabrałem się za układanie pasjansów przy pomocy delikatnych podmuchów. Moja towarzyszka natomiast przysiadła w pobliżu, zaczytując się w "Sposobach na zachowanie optymizmu" niejakiego Prulia. Miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś pożyczyć tę książkę, ponieważ brzmiała jak coś, co by mi się naprawdę przydało. 
Gdy obudziliśmy się po drzemce, w dalszym ciągu nie do końca wyspani, ale już w lepszych humorach wadera postanowiła oprowadzić mnie po królestwie swojego opiekuna, opowiadając o zastosowaniu różnych roślin, płynów i przedmiotów, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Było widać, że jest w swoim żywiole- w jej głos wkradł się entuzjazm, oko rozbłysło blaskiem, a uśmiech stał się szczery. Wydawało się, że choć na chwilę udało jej się zapomnieć o... a tak. Dzisiaj o tym nie myślimy. 
Podczas tworzenia z wykorzystanych, ale już niepotrzebnych kartek ptaków oraz owadów i puszczania ich na moim wietrze zastał nas zmierzch, ponownie dociskając nasze powieki ciężarem senności. Zjedliśmy kolację, dołożyliśmy do kominka i zasnęliśmy.


<Valli?>

Słowa:570=34 KŁ

czwartek, 14 października 2021

Od Vallieany, CD. Jastesa

Stary basior wyszedł z salonu. Przeszedł przez przestronny korytarz i trafił do kuchni. Westchnął, zamyślił się, pokręcił głową. Tak straszne... Że też tak przerażający dramat musiał dotknąć tę dwójkę obcych sobie wilków. Mdliło go na samą myśl o potworze, który z taką swobodą prześladował zielarkę i posłańca, jakby przeczuwał, że nie są w stanie mu w żaden sposób zagrozić.

Adril pokręcił głową ze zmęczeniem. Rozciągnął kości i mięśnie, wymordowane całym dniem siedzenia w jednym miejscu. Tyle czasu poszło na stracenie.

A teraz musiał jeszcze wymyślić rozwiązanie. 

Eh, że też ta mała, głupia Eana zawsze musiała się w coś wplątać. 

Zielarz rozpalił ogień w niewielkim ognisku i nastawił cały dzbanuszek wody. Przez chwilę obserwował jak gorące języki... nie, stop, żadnych języków... 

Odwrócił się gwałtownie i wrócił do pomieszczenia, w którym zostawił gości. Zupełnie tak jak się spodziewał, oboje byli już po drugiej stronie świadomości. Tak zmęczeni... Ten duch musi być potężny - pomyślał, patrząc na obie sylwetki. Zatrzymał wzrok na Vallieanie, grzejącej chude ciało przy kominku. A skoro już o potężnych duchach mowa... 

Znów wrócił do kuchni. Zaczekał aż woda zacznie wrzeć. Wrzucił odpowiednie zioła i wmieszał we wszystko własną magię. Wymamrotał parę zaklęć, nalał sobie naparu do kubka i odsunął się w kąt pomieszczenia. Rozluźnił całe ciało i wziął parę łyków herbaty, unosząc naczynie za pomocą telekinezy. 

Mijały minuty, ogień zaczął przygasać, zatapiając pokój w narastającej ciemności. Nagle basior wyrwał się ze stanu odrętwienia i zadrżał tak, jak wtedy kiedy mózg robi ten trik ze spadaniem. 


- Wreszcie zadziałało. Myślałem że usnę i wszystko się skończy, jeszcze zanim zaczniemy- burknął ze znudzeniem. 

Podniósł powieki by zaobserwować lśniącymi oczami, jak powstający na ścianie cień zaczyna skupiać się w jedną czarną masę, wypuklającą się poza samą definicję cienia jako nieoświetlonego miejsca. To się ruszało, wystawało z kamienia i zdecydowanie było dotykane światłem ognia, który nagle zaczął chaotycznie się wyginać, przybierając kształty nienazwanych figur. 

Sivarius szeroko ziewnął, odsłaniając pożółkłe zęby. Wziął jeszcze parę łyków naparu, dając duchowi czas na ukształtowanie sobie formy. Dawno tego nie robił, więc Adril go nie pośpieszał - i tak wychodziło mu to zadziwiająco sprawnie, jak na parę lat bez praktyki. 

- Wreszcie mogę porozmawiać z kimś, kto ma jakiekolwiek pojęcie o sprawie. 

Bryła cienia przybrała kształt wilka... no, tak jakby. Był wyraźny kadłub, a to już było wiele. Łapy - jako tako także były, chociaż raczej wyglądały jak zarys w szczenięcych bazgrołkach, gdzie z ciała zwierzątka wychodzą cztery krzywe badyle na jednej płaszczyźnie. Ogon mu odpadł w ciemną lewitującą masę za zadem, podobnie jak niekształtny łeb po drugiej stronie paskudnej plamy. Adril poznał gdzie dusza ma przód (a tym samym rozróżnił co jest głową, a co ogonem) tylko po tym, że w miejscu serca, czyli bardziej z przodu, niematerialna masa ewidentnie emanowała jaskrawym, czerwonym kolorem. I od tej pory starzec rzeczywiście patrzył tylko w ten jeden punkt, gdy Vernon zaczął poruszać się po całym pomieszczeniu bez ładu i składu. Szybciej. Wolniej. Znów szybciej. Był na dole. Na górze. Przed Adrilem. Za Adrilem. Znów na suficie. Na podłodze. 

To ścierwo jest demonem.

Zimny, ciężki głos rozbrzmiał w białej głowie. 

- Wcale nie przywiązał się do maski, tylko do dzieciaka, to już wiem... - głos zielarza zadrżał - Pytanie brzmi, jak bardzo może narozrabiać... 

Rozłożył moc na trzy różne wilki. Bardzo. 


W głowie Adrila, zarówno głos, jak i aura Vernona wypełniały całą przestrzeń kuchni, zaś czarna masa nie zatrzymywała się nawet na chwilę, manipulując beztrosko światłem. Przytłaczał i doprowadzał do drżenia każdego mięśnia. Przerażał całym swoim jestestwem, a jednak Adril utrzymywał nieporuszoną maskę. Przecież nie mógł dać się pokonać w tak głupiej grze, zupełnie niezależnej od woli błądzącej duszy. To byłoby chujowe. I słabe. 

- Opowiedz o wszystkim, na co do tej pory wpadłeś.

W porządku...

Adril wziął parę wdechów, czekając aż duch przygotuje wypowiedź. Obserwował jego przypadkowe, niepoukładane ruchy z udawanym nieprzejęciem, chociaż prawda była taka, że kontakt z tak dzikim bytem fascynował go jak jasna cholera. Zresztą, zawsze uważał istotę tego konkretnego ducha jako coś intrygującego. Był silny i mógł zrobić krzywdę. Adril, jako osoba interesująca się zjawiskami paranormalnymi, zawsze go podziwiał... a jednak pojawiło się coś silniejszego.


Ten demon był wcześniej na ziemi. Opętał czyjeś ciało. Stworzył sobie potomka. To jest pewne. Maska może być tylko przykrywką


- Ale mówiłeś, że jest naładowana energią. Skoro jest demonem, po co byłaby mu maska? Nie sądzę, żeby był sentymentalny.


Demony mają różne obsesje, poza tym kazałeś mi się wypowiedzieć, więc szanownie zamknij się na chwilę. Zmierzam do tego, że był między wilkami od niepamiętnych czasów... to wspomnienie z ziemi jest stare, więc jeśli przeskakiwał przez kolejne pokolenia, to mógł sobie upodobać tę protezę, którą posiadał jej pierwszy właściciel. Opętywał kolejne ciała, aż w końcu coś mu nie wyszło i zginął... 


Sivarius prychnął. Przymknął oczy, a jego łapy zadrżały, gdy przez ciało przeszła mu fala nienazwanego chłodu. 

- Myślę... - minęły sekundy, nim znowu się wyprostował - Możesz mieć rację, jednak w takim wypadku dzieciak może mieć na głowie duży problem, szczególnie jeśli naprawdę jest synem z demona... I nie tylko dzieciak. Gdyby chodziło tylko o młodego, demon odpuściłby sobie Vallieanę i tego posłańca.


Czarna smuga nadal odbijała się między niewidzialnymi barierami jak oparzona, a dym na jej środku niespokojnie pulsował czerwienią. Biały basior zaczął od tego wszystkiego dostawać oczopląsu.


Gówniarz nie będzie miał problemu, bo gówniarz już ma problem. Gówniarz ma problem, odkąd został wybrany przez tego śmiecia jako zabawka. Nieważne czy jest potomkiem, czy nie. Najprostszym tropem byłoby stwierdzenie, że śmieć chce pozyskać ciało gówniarza, ale jest to zbyt niepewne. Po pierwsze, jak już wspomniałeś, zaangażował w to dwa inne wilki. Sprowokował gówniarza do zaatakowania ich, czyli bezpośrednio naraził jego życie - skąd mógłby wiedzieć, że te dwa obce osobniki nie postanowią zemścić się za przelaną krew? Uszkodzony gówniarz nie przydałby mu się do niczego. Po drugie, nadal nawiązując do zaangażowania Vallieany i tego drugiego, cały czas się nimi bawi. Nimi i mną. Wie o moim istnieniu i próbuje mnie wkurwić. Cały czas mnie odcina od Vallieany, ale za dobrze się skurwysyn ukrywa, żebym mógł zareagować. No i ostatni argument: gdyby chciał posiąść szczeniaka, zrobiłby to dawno temu. Robił to wielokrotnie, tym razem również by dał radę... Adril, nie usypiaj jeszcze, nie ma czasu na sen. Musimy coś wymyślić. 


Stary basior rzeczywiście nie wyglądał najlepiej. Z siadu, pochylił się w przód i ułożył się na brzuchu. Trzymał łeb w górze, jednak nie wyglądał zdrowo, zupełnie jakby dostał czymś ciężkim w łeb. 


A niech cholera was i wasze słabe ciała. 


-  Zamilcz, myślę... Jeśli młodzieniec, Eana i Jastes są po prostu zabawkami demona, poradzimy sobie z tym. Jeśli demon chce opętać szczeniaka z kaprysu, ale Eana i Jastes mu przeszkadzają, to wszystko zależy od determinacji obu stron. Jeżeli demon chce pozyskać szczeniaka bo to jego potomek, a Eana i Jastes stanowią jakąś przeszkodę... No to tkwimy w gównie po łokcie.


Bardzo pocieszająca wypowiedź.

- Ale pamietajmy, że to tylko domysły. Wciąż nie wiemy nic na temat napiętnowanej maski, udziału twojego, Vallieany, Jastesa w tym wszystkim, ani sytuacji w domu szczeniaka... 

Adril już bardziej mamrotał niż mówił, jednak duch nie miał problemu ze zrozumieniem poszczególnych słów. W tamtej chwili niemal błogosławił łączenie się dusz podczas tego konkretnego rytuału, a przeklinał za to ucieczkę energii ze starego ciała zielarza, które musiało udźwignąć dwa byty.

- Jutro... Jutro przejdziemy się do domu szczeniaka i zrobimy rozpoznanie…

Łeb białego basiora upadł na podłogę, a błękitne oczy schowały się pod powiekami, jednak duch nadal słuchał jego słów. 

"Pójdziesz ze mną, zażyję zioła, demon niczego nie wyczuje. Musimy wykluczyć, że szczeniak ma zepsutą krew"

Zgoda. 



Nazajutrz, gdy Vallieana obudziła się przy nadal grzejącym kominku, poczuła otaczającą ją, ziejącą pustkę. Jej myśli były rozbiegane, a gdy już miała wpaść w panikę z powodu braku naszyjnika, Jastes znalazł na stole notatkę od właściciela domostwa. 


"Poszedłem sprawdzić parę spraw. Vernon jest ze mną. W kuchni macie mieszanki wspomagające magiczne bariery. Zjedzcie je, ale wolę, żebyście na mnie czekali i nie łazili. Eana wie gdzie jest jedzenie. Jeśli nie wrócę do rana to, spalcie na moją cześć jakieś dobre zioło."




<Jasiu? To jakie plany na dzień?>

Słowa:1314= 86 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics