Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Yelthana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Yelthana. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Od Xevy, CD. Yelthany

 Xeva spojrzała w niebo, na którym zaczęły gromadzić się ciemne, gęste chmury. Zerknęła na Yelthanę. 
- Ja chyba też. Na burzę wygląda, jakby się zbierało. - Otrzepała się, a jej długie uszy zatańczyły wokół bordowego pyska. Niższa wadera obserwowała ją uważnie z wątpliwym wyrazem twarzy.  - Razem iść możemy.
Postąpiła kilka kroków do przodu. Folix strzepnęła ogonem i ruszyła za nią.
- Cholera, dawno się tak nie najadłam - przerwała po chwili. Nadęła policzki, a po okolicy poniosło się ciche ,,Burp". Powinna przeprosić? Może przeprosi. - Przepraszam.
Xeva spojrzała na nią z zaskoczeniem, stawiając na sztorc długie, wielokrotnie przekłute małżowiny.
- Coś się stało?
Chwila ciszy.
- Nie, nic - Folix ledwo powstrzymała się od przewrócenia oczami. Spowolniła krok, czując, jak posiłek ciąży jej na brzuchu. 
Piegowata zerknęła na nią i zwolniła. Nie do końca wiedziała, co myśleć o jej niespodziewanej towarzyszce. Zdawała sobie sprawę, że ich znajomość zaczęła się w bardzo nietypowy sposób, w dodatku jej podejście do nieznajomej już kilkakrotnie zdążyło się zmienić w tym krótkim czasie. Mogła sobie odpuścić, w końcu tamta zabrała jej torbę... Ale ta myśl opuściła jej głowę tak szybko, jak się w niej pojawiła. W końcu Folix wróciła! A teraz chce razem z nią wracać do Centrum! Zupełnie nie wydawało jej się to podejrzane. Kto mógłby przypuszczać, że Yel (która przecież już raz ją okradła) mogłaby spróbować ponownie zabrać, co nie swoje - być może tym razem przy użyciu siły lub czegoś... ostrego. Nie, nie, Xeva była skora dać jej drugą... A właściwie trzecią szansę. Czego się nie robi dla potencjalnych przyjaciół?
Pogrążona w rozmyślaniach piegowata nie przejmowała się krępującą ciszą, jaka zapadła między waderami. Ba, nawet jej nie zauważyła - w przeciwieństwie do Yelthany, która była coraz bardziej zirytowana nonszalancją tej dziwnej długouchej. Dalej nie mogła pojąć, dlaczego jeszcze nie dostała w pysk... Dlaczego jej nawet nie zwyzywała?! A teraz jeszcze śmiała milczeć i wpatrywać się w krajobraz, jakby szła na przechadzkę ze swoją dobrą kumpelą.
Folix wzięła głęboki wdech i zmusiła się do tego, aby nie fuknąć na towarzyszkę.
- To czym się zajmujesz na codzień?
Patrzyła, jak różowe, zamglone oczy odzyskują wyraz i odszukują jej ślepia, a piegowaty, czekoladowy pysk rozjaśnia uśmiech.
- Ja odkrywcą jestem! - odrzekła samica, a długi ogon zamerdał tak mocno na boki, że pacnął w zad niebieską.
- Odkrywcą? - powtórzyła Yelthana. - I co tacy odkrywcy robią?
Xeva kicnęła w miejscu.
- Ja tak się cieszę, że ty pytasz!
- Widać - burknęła Folix.
- My wieloma rzeczami się zajmujemy. My zwiedzamy, różne ciekawe znaleziska spisujemy,  rośliny i zwierzęta liczymy.
- No a z tych rzeczy co ty robisz?
- Cóż... - zamyśliła się Xeva. - Głownie rośliny liczę. Do lasu idę, teren wyznaczam, przeliczam osobniki z gatunku poleconego, a potem przeliczam, ile na cały teren lasu ich jest... Tak około, wiesz, bo tego dokładnie nie da się policzyć.
- I co, podoba ci się to liczenie roślin?
Chwila ciszy.
- Tak szczerze, to nie za bardzo - przyznała się Xeva. - Trochę to nudne jest. A wyprawy męczące są. Często po kilka dni trwają, a Królestwo bardzo zimne jest.
- Nie masz jakiś ciepłych ubrań? - zapytała Folix, zerkając na wytarty kożuch wadery. Futerko przy kołnierzu było zmechacone, a w niektórych miejscach  zupełnie go brakowało.
- Nie, nie za bardzo - Xeva pokręciła głową. - To i jeszcze jeden płaszcz mam, czasem mi nie wystarczają.
- A co wolałabyś robić zamiast liczyć rośliny? - dopytywała dalej oddana. Poczuła ulgę, że rozmowa zaczęła się toczyć. 
- Cóż... - zamyśliła się zapytana. - Może zwierzęta obserwować? Ale najbardziej to bym podróżować chciała! Mój przełożony mówi, że najlepsi odkrywcy podróżują po kontynencie podróżują i co znaleźli opisują. Niektórzy nawet książki o tym wydają... - rozmarzyła się. - Ty wiesz, ja chciałabym zobaczyć?
Yelthana zerknęła na nią. Xeva wpatrywała się w nią roziskrzonymi oczami i podniesionymi oczami, najwyraźniej czekając na odpowiedź znajomej. Yelthana wzięła głęboki wdech.
- Nie - westchnęła.
- To ja powiem ci! - szczeknęła piegowata, podskakując w miejscu niczym młode koźlątko. - Ja Torettę chciałabym zobaczyć! I Olktę! I Lovor! Och, i ostatnie szczyty zdobyć! Tak, tak!
Nic nie mogło przygotować Folix na nadchodzący potok słów o tych wszystkich miejscach, które wadera chciałaby zobaczyć. Miała wrażenie, że tonie w opisach, zachwytach i epitetach, którymi odkrywczyni zaczęła w nią strzelać jak z karabinu maszynowego. Próbowała się wtrącić kilka razy, ale Xeva, zafascynowała swoimi marzeniami, wyobrażeniami i przemyśleniami, nawet nie zauważała, że towarzyszka próbuje dopłynąć do słowa. Pozostało jej milczeć i dzielnie znosić potok wyrazów. 
Przez kilkanaście minut szły jeszcze na przełaj, dopóki nie natrafiły na wąską ścieżkę, którą następnie podążyły. Folix dalej słuchała wywodów swojej towarzyszki, stawiając łapy w zagłębieniach kolein powstałych prawdopodobnie przez jakiś powóz. ,,Ech", westchnęła w myślach. ,,Długoucha ma parę w płucach. I silne struny głosowe".
- ...i wiesz, ja chciałabym kepiry zobaczyć, ty co to kepiry wiesz? To takie do konia podobne... Co to koń wiesz? Na pewno wiesz! No więc to takie jak koń, tyle że skrzydła mają i niewielkie są, jak kolibry... A co to kolibry wiesz? To takie ptaki małe są, strasznie szybko skrzydłami mach...
Yelthanie chwilę zajęło, aby się zorientować, że towarzyszka stanęła oraz, co bardziej zaskakujące, zamilkła. Folix uniosła głowę i zerknęła na nią, a kiedy zobaczyła, że wadera patrzy na prawo, również skierowała tam swój wzrok.
Na przydrożu stał czterokołowy wagon, w który zaprzęgnięto jaka o długiej, gęstej sierści. Jego długie, proste poroże było oszronione, a samo zwierzę przeżuwało gałęzie rozrzucone u jego nóg. Uniosło głowę, a kółko w jego nosie podrygiwało wraz z ruchem żuchwy.
Jednak to nie doniosłe stworzenie, które co prawda jako pierwsze przykuwało uwagę, okazało się być najbardziej istotne w tej sytuacji. Wzrok obu wader prześlizgnął się po jego ciemnej sierści i spoczął na kołach powozu. Jedno odpadło, a szprychy w drugim były powyginane lub połamane. Nie były w stanie zobaczyć reszty kół, ale obie podejrzewały, że nie były one w o wiele lepszym stanie. Zawartość wozu również nie przedstawiała się za dobrze - płachty były porozrzucane bez ładu i składu, część z nich została porwana, a niektóre powiewały na wietrze, przewieszone przez poniszczone balustrady.
- Co do... - rzekła Yelthana.
- Ktoś tu jest? - rozległ się nieznajomy, waderzy głos. - Mam broń! Wynoście się albo nie zawaham się jej użyć!
- My pani nic ci nie chcemy robić - powiedziała głośno Xeva. - My zwykłymi przechodniami jesteśmy. Ty pomocy nie potrzebujesz?
Minęła chwila, potem dwie, przerywane okazjonalnymi pociągnięciami nosa. W końcu jednak zza wozu wychyliła się postać, trzymająca telekinetycznie rozchwiane ostrze niewielkiego nożyka.
Wadera była smukła i miała stosunkowo krótką, szarą sierść. Jej tułów opatulony był w jasny kubraczek podbijany gęstym, kręconym kożuszkiem. Wiązany był on na piersi za pomocą srebrnej wstążki zakończonej pomponami, a na wąskim karku spoczywał obszerny kaptur, którego środek wyglądał na bardzo miękki i ciepły. Długie, szczupłe łapy odziane zostały w pasujące do wierzchniego stroju buciki. Na jednej z nich wisiała srebrna, wygięta i ledwo trzymająca się razem bransoletka.
W dodatku płakała. Łzy utworzyły ciemne paski na jej policzkach, a białka się zaczerwieniły. Samica pociągnęła głośno nosem i otarła go łapą.
- Och... Panie wybaczą, spodziewałam się jakiś zbirów lub innych złodziei - odparła płaczliwie. Yelthana zerknęła na Xevę, ale ta nie posłała jej znaczącego spojrzenia, którego Folix się spodziewała.
- Co się stało? - zapytała Teneriska. - Pani ranna jest?
- Nie, na szczęście nie... Ale pojawili się tak szybko, że nie miałam czasu nawet wyciągnąć sztyletu! To... To stało się tak...
- Kto się pojawił? - wtrąciła się Folix. - Ktoś panią napadł?
- Tak! - pisnęła nieznajoma. - Tak, i ukradli moje cynamonowe bułeczki!
Dwie podróżujące samice zdębiały.
- Cynamonowe bułeczki? - powtórzyła niebieska. - To chyba nie jest wielki dramat.
- Nie jest?! - wykrzyknęła szara, a po jej twarzy pociekły kolejne krople. - Oczywiście, że to wielki dramat! Tak samo, jak to było wielkie zamówienie...
Przerwała i zaczęła chlipać, osunąwszy się na ziemię. 
- Bo panie nie wiedzą... - zaczęła po chwili, ciężko przełykając ślinę. - Ja jestem piekarzem cukiernikiem, mam kilka sporych zakładów. I ostatnio otrzymaliśmy zamówienie na desery  na duże przyjęcie jednego z członków rodziny obecnego generała, jakieś urodziny, to jest... nieważne. No i dostarczyliśmy już tort i babeczki i serniki, zostały tylko bułeczki cynamonowe i... To było tak duże zamówienie, że zabrakło nam czasu na ten ostatni transport, więc ja z nim wyruszyłam, bo to w sumie była moja wina, ale nieważne, to nie jest ważne. No i wyruszyłam i nagle...
Zaniosła się głośnym płaczem. Xeva przestąpiła z łapy na łapę, wyraźnie nie wiedząc, co robić. Stuliła uszy i oblizała się nerwowo po nosie. Wyraźnie było jej przykro z powodu nieszczęścia nieznajomej, ale nie wiedziała, jak się zachować.
- I mnie okradli! - wykaszlała szara, chowając pysk w łapach. - Zabrali wszystko! Wszystkie bułeczki! - załkała głośno. - Mój zakład upadnie!
Piegowata rzuciła niepewne spojrzenie niebieskiej, po czym podeszła powoli do łkającej samicy. Ta wzdrygnęła się gwałtownie, gdy wysoka wadera usiadła koło niej, ale po chwili rzuciła jej się na szyję, smarkając w futro na szyi. Xeva z pustym spojrzeniem klepała ją delikatnie po plecach, mając w pamięci swoje pierwsze spotkanie z Pensri. Dziwne, że drugi raz dzieje się praktycznie to samo... No, poza powodem - chodziło o napad rabunkowy, nie o kłopoty związkowe. 
- Dlaczego ktoś miałby ukraść bułeczki cynamonowe? - zaczęła nagle Yelthana. - To bardzo... dziwna rzecz do kradzieży. 
- Nie wiem! - załkała szara. Odsunęła się nieco od Xevy, aby obetrzeć nos.
I nagle Teneriska coś zauważyła - coś czerwonego pod policzkiem nieznajomej. Rozmazana plama wyglądała nietypowo, była rozmazana, zupełnie tak, jakby ktoś próbował ją zmyć. Różowe oczy przesunęły się w kierunku pochwy na sztylet, która umocowana była przy pasie rozpłakanej samicy. Czarne źrenice zafiksowały się na kilku rdzawych plamkach, których szkarłatne środki zdradzały, że dalej były świeże. Patrzyła na nie, dopóki szara ponownie nie rzuciła jej się w ramionach, a jej uszy i futro zasłoniły różowe oczy.
- Ja... Ja przepraszam panie - rzekła po chwili piekarka. Odkleiła się od sparaliżowanej odkrywczyni i otarła mokry pysk. - Po prostu nie wiem, co robić. Muszę jakoś odzyskać te bułeczki, ale nie wiem jak...
I posłała długie spojrzenie najpierw Xevie, a potem Yelthanie.
 
<Yelthano? Pomożemy nieznajomej, czy puścimy ją w maliny?>

 Słowa: 1597 = 125 KŁ
 
 

piątek, 27 stycznia 2023

Od Yelthany, CD. Xevy

Przez moment przyglądałam się jej nastroszonej sierści i obojętnej minie. W jakiś sposób mnie drażniła. Aktualnie nie podobało mi się to, jak się do mnie zwróciła. Coś się stało? Głupie pytanie. Zabrzmiało, jakbym natrafiła na swojej drodze na jakąś przeszkodę, której nie potrafię bez niej obejść. „Dałam ci go”, te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie echem. To mnie najbardziej rozzłościło. Dała mi go – nie było tak, wiedziała o tym. Ukradłam, zabrałam jej to sprzed nosa, a ona miała czelność stwierdził, że mi go dała. Denerwował mnie ten jej… spokój i przyjmowanie na siebie niedogodności świata z uśmiechem.
„Nie dość, że zbiera bezużyteczne muszelki, to jeszcze ma problemy z pamięcią”. Chciałam się podzielić z nią tą informacją, ale stwierdziłam, że to będzie już za dużo, nawet jak na mnie. Najpierw kradnę jedną rzecz, a ona mi pomaga. Potem kradnę drugą rzecz, a ona się nawet nie złości. Co to w ogóle za wilk?!
- Własznie przyszłam go zjeścz – powiedziałam niewyraźnie, przez jenota trzymanego w pysku. Położyłam go na ziemi. – Wolisz tył czy łapy? – zapytałam, kładąc się przy martwym zwierzęciu, z pyskiem nad jego zakrwawionym torsem. Samica jak stała w miejscu, dalej to robiła. Przyglądała mi się tylko z coraz większym zdziwieniem.
- Nic. Możesz zjeść sama go – powiedziała tym samym obojętnym głosem, który znowu sprowadził na mnie falę gniewu. Zdusiłam go i nawet wysiliłam się na uśmiech, przynajmniej tak mi się wydawało, jeśli był niewidoczny, nie wiedziałam o tym.
- Ty mi go dałaś, więc chce się podzielić. Nie słyszałaś powiedzenia? Dają, to bierz – po tych słowach zanurzyłam kły w mięsie zwierzęcia, słysząc burczenie brzucha. Przez to wszystko zapomniałam, jak bardzo byłam głodna.
Wilczyca przez moment stała i mi się przyglądała, aż w końcu sierść na jej grzbiecie opadła, a na jej pysku zagościł uśmiech – krzywy i niepewny, ale jednak uśmiech. Podeszła do mnie i powoli usiadła obok, po czym zaczęła od nogi. W milczeniu spożyłyśmy upolowanego przez nieznajomą jenota.

Stwierdzić, że byłam najedzona, to mało powiedziane. Byłam napchana i nażarta. Jenot w pewnym momencie przestał mi wchodzić, ale wiedziałam, że ani grama mięsa tu nie zostawię, bo nie wiadomo kiedy znowu znajdę się w posiadaniu świeżego mięsa, tym bardziej, że nie odzyskałam moich skradzionym monet – i prawdopodobnie już ich nie odzyskam, bo zostaną szybko roztrwonione.
 - Tym razem chyba do domu będę się toczyć – stwierdziłam, widząc jak okrągły miałam brzuch. Mogłam się zwinąć w kulkę i sturlać do tej nędznej części miasta, którą zwałam domem.
- Mogłaś na później zostawić go – spojrzałam na nią. To śmieszne, że mimo tego, iż ją rozumiałam, miałam wrażenie, że mówi bardzo dziwnie.
- Nieeee – przeciągnęłam ostatnią literę. – potem już nie jest tak smaczny – podniosłam się z ziemi z cichym jękiem. – Wracam do miasta, a ty? – zapytałam od niechcenia.

<Xeva?>

Słowa: 448 = 28 KŁ

poniedziałek, 31 października 2022

Od Xevy, cd. Yelthany

 Wadera stała zszokowana, patrząc, jak niebieski ogon znika między drzewami. Przez chwilę jeszcze słyszała trzaski łamanych patyków. A potem zapadła cisza. Płatki śniegu powoli prześlizgiwały się przez powietrze, aby w końcu wylądować na glebie. Jedynymi śladami, jakie pozostały po nieznajomej, była plama krwi na białym puchu oraz tropy pozostawione w pośpiechu.
Xeva przysiadła, próbując zrozumieć, co zaszło, jednak w końcu jedynie westchnęła i pomachała na boki głową. Na co ona liczyła? Powinna zostawić tę dziwną waderę samą sobie. Jeśli brakowało jej towarzystwa, mogła odwiedzić Karwielę lub Pensri, nie bawić się w samarytanina. Było jej jednak przykro, bo nawet jeśli potrafiła sobie logicznie wyjaśnić, że prawdopodobieństwo, że ta nieznajoma zostanie jej najlepszą przyjaciółką, było bliskie zera, to jej dziecinna, naiwna część chciała wierzyć, że będzie inaczej.
Wstała ze śniegu i otrzepała się z wyraźnie skwaszoną miną. Poprawiła torbę i ruszyła w drogę powrotną, którą przepełniało ciągłe przypominanie sobie o tym, że niestety, ale dobro nie zawsze wraca i wilki nie zmieniają się na lepsze, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko dlatego, że okazało im się trochę ciepła - a na pewno nie będą wdzięczne. Ani uprzejme.
Kopnęła z wściekłością patyk leżący na drodze. Była zła - zła na siebie, że pomogła komuś, kto nie dość, że ją okradł, to obraził jej pasję i na tamtą Folix. Nawet nie za tę kradzież, ale za to, że... czuła się wykorzystana. I ponownie poczuła, że świat jest brudny i szary. 
I tak szła ze zwieszoną głową i nastroszoną sierścią, gdy nagle...
Jej uszy natychmiast obróciły się o sto osiemdziesiąt stopni. Ktoś za nią szedł. Obróciła się, spodziewając się zobaczyć zająca, kruka, może dzika. Ale nie niebieskie futro nieznajomej.
Yelthana stała między dwoma nagimi krzakami, trzymając dużego jenota w szczękach. Wpatrywała się w Teneriskę uważnie, wyraźnie napięta.
Xeva również wlepiła w nią oczy, ale w czystym braku zrozumienia. Już kompletnie nie wiedziała, co myśleć.
- Coś się stało? - zapytała długoucha, dalej urażona. - Jeść idź. W końcu ci go upolowałam. I dałam.

<Yelthano?>
Słowa: 323 = 21 KŁ

wtorek, 4 października 2022

Od Yelthany, CD. Xevy

Było kilka opcji. Mogłam trafić na oszustkę. Samica chciała mnie zwabić na dół, a następnie policzyć się ze mną, za zabranie jej drogocennych muszelek. Niestety nieznajoma merdała ogonem i widocznie była szczęśliwa, nie mogła więc ukryć chęci mordu i zemsty w tych jasnoróżowych oczach. Więc może samotność i depresja spowodowana brakiem otworzenia do kogoś pyska popchnęła ją do tak poniżającego czynu, jakim jest zaproponowanie swojemu niedoszłemu złodziejowi wspólnego polowania. Przez jej akcent byłam skłonna w to uwierzyć, ale istniała jeszcze jakaś opcja. Mogła być psychopatką. Mogła udawać, że z niewiadomych przyczyn chciała mnie poznać, spędzić ze mną czas, by następnie obezwładnić, zamknąć w głębokiej jaskini i torturować lub pożreć, w zależności od zachcianki.
Lepszego życia i tak nie będę miała, czy się zgodzę czy nie, z tą różnicą, że jeśli mówiła prawdę, będę miała co jeść. Wizja „lepszego życia”, która kręciła się wokół jedzenia, zachęciła mnie do zeskoczenia na ziemię. Stałam za nią, nie podchodząc bliżej niż na trzy jardy. Samica widząc moją nieufność, ruszyła przodem, a ja za nią. Stąpałam po jej śladach odbitych w śniegu. Między nami trwała krótka cisza, podczas której zastanawiałam się, jakie były jej prawdziwe zamiary. Samica przerwała ciszę, kiedy znaleźliśmy się w głębi lasu. Zaczęła wąchać powietrze, w celu odnalezienia ofiary.
- Wyczuwam jenota, jest niedaleko – przytaknęłam i sama powąchałam powietrze. Nie wyczułam nic oprócz zimnego powietrza i lasu. – Tak właściwie, to jak się nazywasz? – zerknęłam na nią. Teraz szłam bliżej niej, bardziej z boku.
- Yelthana… a ty? – samica przedstawiła się jako Xeva. Pomyślałam, że to dosyć unikatowe, żeby nie powiedzieć dziwne, imię, aczkolwiek te rasy z innych wysp różniły się od nas, więc szybko zapomniałam o tej myśli. Xeva poprowadziła mnie w kierunku zwierzęcia, które, okazało się, właśnie oznaczało swoje terytorium.
- I co teraz? – zapytałam szeptem. Samica się schyliła, aby zwierzę jej nie wyczuło. Zrobiłam to samo, chociaż nie musiałam, bo byłam od niej mniejsza.
- Okrążę go i zaatakuje, ty mu zagrodzisz drogę i złapiesz – mimo, że plan składał się raptem z czterech rzeczy (okrążyć, zaatakować, zagrodzić, złapać), to mój umysł nie przyswoił do siebie tego planu, dlatego gdy nieznajoma mnie opuściła i poszła realizować swój plan, ja przez moment leżałam na brzuchu i zastanawiałam się, co tak właściwie mam zrobić. Dopiero gdy Xeva znalazła się po drugiej stronie, a jenot zaczął nerwowo poruszać uszami i nosem, zdałam sobie sprawę, że samica nie miała bladego pojęcia jak bardzo beznadziejna byłam w polowaniach. Cała moja nauka polowania była jedną wielką kpiną: nie było nikogo, kto chciałby mi poświecić czas, który ja pożytkowałam na okradanie innych. Na dodatek moja mała postura, praktycznie nierozwinięty zmysł węchu i mój refleks nie pomagały mi w tym, dlatego nic dziwnego, że kiedy samica wyskoczyła z ukrycia i pogoniła zwierzątko w moją stronę, plan nie wypalił. Byłam gotowa do skoku, jednak kiedy to zrobiłam, zwierzę przeskoczyło nade mną, a moje zęby nie wbiły się w miękkie ciało psowatego, ale w suchy patyk, który tylko pękł mi w pysku z cichym łoskotem. Z głośniejszym odgłosem padłam na ziemię, a samica sama popędziła ze zwierzęciem.
Zniknęła mi z oczu, kiedy podnosiłam się na równe nogi. Wyplułam z pyska resztki patyka, ciesząc się, że nie miałam na języku drzazg. Odwróciłam się i spojrzałam w kierunku, w który uciekła zwierzyna. Łowca ruszył za nią i co ciekawsze, Xeva po krótkiej chwili wróciła do mnie z jenotem w pysku. Położyła go na ziemi.
- Miał pecha, bo nie zmieścił się w krzakach – stwierdziła. Popatrzyłam na nią, potem na martwe zwierzę.
To był jak impuls. Instynktownie skoczyłam do jenota, pochwyciłam go w zęby i zaczęłam uciekać. Biegłam tak przez jakieś sto metrów, kiedy się zatrzymałam i odwróciłam. Samicy nigdzie nie widziałam. Przede mną rozciągał się jedynie zaśnieżony las, w którym nie wyczuwałam niczego innego, jak chłodu i świeżego powietrza, nie czułam nawet zapachu wadery. Położyłam po sobie uszy, czując się głupio. Upolowała mi zwierzaka, którego jeszcze ukradłam na jej oczach.
Nieświadomie łapy zaczęły mnie prowadzić w kierunku samicy. Wiedziałam jednak, że jeśli zrobi niewłaściwy ruch, to zacznę nieświadomie uciekać. 

<Xeva?>
Słowa: 661 = 37 KŁ

środa, 21 września 2022

Od Xevy, CD. Yelthany

 Xeva skrzywiła się z niesmakiem.
- To ,,cholerne muszelki" nie są - mruknęła, zbierając je powoli do sakiewki. Spojrzała w górę, dalej wyraźnie urażona. - Wyrzucać ich nie musiałaś.
Niebieska wilczyca zamachała powoli ogonem z lewa na prawo, po czym położyła go na gałęzi, na której siedziała, jednak dalej milczała. Różowooka westchnęła wyraźnie zirytowana i kontynuowała zbieranie swoich skarbów. Na szczęście nie były uszkodzone, albowiem upadły w miękki śnieg.
- Wiesz, drugą osobą jesteś, która w ostatnim czasie mnie okrada. Co z wilkami z Królestwa nie tak jest? - wyrzuciła, znów zadzierając głowę w górę.
- Byłam głodna - strzepnęła nieznajoma ogonem. - Myślałam, że masz pieniądze.
- Poprosić nie mogłaś? - mruknęła pod nosem piegowata, jednak Yelthana wyraźnie ją usłyszała. - Nikt by ci jedzenia nie dał?
- Nie tak działa życie, skarbie - zaśmiała się gorzko Folix. - Co z tym akcentem? Jesteś nowa w Królestwie?
Teraz to długoucha zamilkła. Strzepywała nieudolnie biały puch ze swoich znalezisk. 
- Z Teneris pochodzę - odparła w końcu. - I tutaj od roku mieszkam. Cóż, od trochę więcej niż roku.
Z wysokich gałęzi drzew rozległ się zimny, perlisty śmiech.
- I co, dalej wierzysz, że jakiś randomowy wilk na ulicy dałby mi jedzenie, gdybym go poprosiła? Proszę cię, teraz to już jest głupota, nawet nie naiwność.
- Może i naiwność tak - odszczeknęła Xeva. - Ale głupota nie, bo gdybyś mnie zapytała, to ja bym ci pomogła!
Wcisnęła gniewnie sakiewkę do torby, a muszelki zabrzęczały głośno. Poprawiła płaszcz i nastroszyła futro, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła ku linii lasu znajdującej się niedaleko. Yeltana patrzyła za nią uważnie, dalej leżąc na grubej gałęzi. Już myślała, że wadera zostawi ją w spokoju, gdy nagle długie łapy zatrzymały się w pół kroku, a samica obejrzała się za siebie.
- To idziesz? Czy głodować chcesz?
Zapadła długa chwila milczenia.
- C... Co? - wydukała Folix.
- To idziesz? Czy głodować chcesz? - powtórzyła Teneriska, głośniej i wyraźniej.
- Usłyszałam, co powiedziałaś, ale... Co chcesz zrobić? 
- Polować ci pomogę - strzepnęła ogonem Xeva. - Żebyś okradać innych wilków nie musiała. W końcu nie tego, co trzeba okradniesz i pożałujesz.
Yelthana patrzyła na nią uważnie. Nie wiedziała, czy bardziej zaskoczyła ją nietypowa propozycja, którą złożyła jej zupełnie nieznajoma wilczyca (przed chwilą przez nią okradziona), czy to, że jej długi ogon zamiatał na boki śnieg - co świadczyło o tym, że najwyraźniej owa samica cieszyła się z wizji wspólnego polowania.

<Yelthana?>
Słowa: 375 = 24 KŁ

piątek, 2 września 2022

Od Yelthany do Xevy

 Przeklęłam cicho pod nosem, podnosząc się z kałuży, na której się poślizgnęłam, biegnąc za złodziejem. Jego czarny ogon zniknął za rogiem rozwalającego się budynku i wiedziałam już, że moja wypłata zniknęła tak szybko, jak spłoszona ryba w wodzie. Moje ciężko zarobione grosze zabrał byle jaki złodziejaszek, tylko dlatego, że zajęłam się oglądaniem jakiegoś szczeniaka, próbującego wcisnąć staruszce szary naszyjnik. Chcąc wiedzieć, czy młodemu się uda i spełni wymagania naszego ponurego świata, nie zauważyłam, kiedy obok mnie przechodził obcy wilk, który sięgnął do mojej torby i wyciągnął brązową sakiewkę. Gdy poczułam różnice z boku i się odwróciłam, złodziej już uciekał. Instynktownie ruszyłam w pogoń i chociaż siedziałam mu na ogonie, za samcem nagle pojawiła się kałuża wody. Kałuża jak kałuża – a jednak nie. Tę, którą basior stworzył, pokrywała cienka warstwa lodu. Nie zdążywszy zmienić kursu, wpadłam w pułapkę, poślizgnęłam się i tak o to straciłam swoje pieniądze.
- Mógł chociaż zaczekać, aż sobie żarcie kupie – wymruczałam pod nosem.
Teraz miałam trzy opcje. Pierwsza, to odnalezienie złodzieja. Wiedziałam jednak, że mogę nie zdążyć go odnaleźć, nim nie wyda lub schowa moich pieniędzy. Druga opcja to polowanie w lesie. Problem jednak polegał na tym, że nie do końca potrafiłam polować. Jako szczenię łatwiej było kogoś okraść lub wziąć kogoś na litość, robiąc ładne szczenięce oczka, niż zapolować na jakiekolwiek zwierzę, nawet te najmniejsze. Została więc mi trzecia opcja; znalezienie ofiary, którą można łatwo zrabować.
Nim jednak zabrałam się za poszukiwania ofiary, poszłam nad pobliskie jezioro, w którym najczęściej znajduje starych znajomych. Miałam nadzieję, że któryś poratuje mnie paroma monetami (lub pomoże odnaleźć winowajcę). Gdy dotarłam na miejsce, zauważyłam, że przy zbiorniku wodnym nikogo nie było, oprócz jednego wilka. Nie rozpoznałam w nim nikogo, kogo znałam. Prawdopodobnie moi znajomi postanowili tego dnia pospacerować gdzieś indziej – akurat jak ich potrzebowałam. Westchnęłam zrezygnowana i nie chcąc ich już szukać, rozejrzałam się ponownie po miejscu. Mój wzrok napotkał torbę, leżącą nie daleko wody, w której do połowy był zanurzony nieznajomy mi wilk. Od razu wszystko przekalkulowałam: wilk zostawił torbę, on jest w wodzie, a w torbie musi coś być.
Nie myśląc za długo i wiedząc, że lepszej okazji nie napotkam, zakradłam się do torby. Wilk szukał czegoś w wodzie, więc na spokojnie podeszłam do zdobyczy. Chwyciłam ją powoli w zęby, a wtedy nieznajomy poruszył uszami i odwrócił głowę. Była to samica, która szybko pokazała kły.
- Zostaw to – powiedziała spokojnie i wyraźne. Ja tylko uśmiechnęłam się do niej krzywo, unosząc jeden kącik ust do góry, po czym poderwałam się do ucieczki.
Za sobą usłyszałam głośny chlupot wody. Samica szybko wyskoczyła z wody i popędziła za mną. Słysząc, jak szybko pokonała odległość między sobą a torbą, będąc w wodzie, wiedziałam, że była szybsza. Inny wilk zrobiłby to dwa razy wolniej, a może by nawet później niż ona zdał sobie sprawę, co się stało. Skręciłam ostro w lewo i wbiegłam do lasu, wskakując na pierwszą gałąź, jaka była wystarczająco nisko, by móc się z łatwością na nią wspiąć. Wskoczyłam jeszcze gałąź wyżej, wdrapałam się na górę po korze, po czym zatrzymałam się 6 metrów nad ziemią. Nieznajomy wilk przebiegł obok drzewa. Obserwowałam go, jak biegnie dalej, zatrzymuje się, skręca, biegnie, zatrzymuje się i wącha. Zaczęła krążyć i wtedy zobaczyła moje ślady, mniejsze od jej, odbite w śniegu i kończące się przy drzewie. Zadarła głowę do góry.
- Oddawaj to złodzieju! – zażądała. – I tak nie masz gdzie uciec – dodała. Ignorując ją, wsadziłam pysk do torby, poszukując pieniędzy.
Wyciągnęłam łeb i telekinezą wywróciłam torbę do góry nogami, a cała jej zawartość poleciała na śnieg.
- Serio? Ukradłam torbę z muszelkami?  - zapytałam samą siebie. – Z cholernymi muszelkami? Ja tu głodna chodzę i nawet żadnego kawałka jedzenia nie masz? – powiedziałam trochę głośniej, po czym puściłam torbę, która poleciała pod nogi samicy. – To jest upadek na samo dno – westchnęłam, zeskakując dwie gałęzie niżej. Nie miałam zamiaru skakać na ziemię, nie byłam pewna, czy nieznajoma mnie nie rozszarpie. Chociaż za co? Oddałam jej głupie muszelki.

<Xeva?>
Słowa: 646 = 37 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics