Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Jastes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Jastes. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2021

Od Vallieany CD. Jastesa

Biegała. Naprawdę dużo biegała. 
Raz była w lesie. Dookoła unosiły się zapachy. Prawdziwa euforia zapachów- drzewa, kwiaty, rozbiegane zające przed nią, za nią, masa ptaków i motyli, których nigdy nie widziała poza księgami. Były wszędzie. Przemieszczały się, zatrzymywały w bezruchu, wyginały w pozycje równie nienaturalne, jak szalone były kolory przez nie reprezentowane. Nie było ani śladu po śniegu. Był kalejdoskop barw i świateł, pochłaniających wszystko niczym płomienie malowane przez samą Mokashi. A ona biegła prostą, soczyście nasiąkniętą mieniącymi się pigmentami ścieżką, wpatrzona maniakalnie w jeden punkt. Nie musiała jeść, nie musiała pić, nie nie musiała oddychać. Musiała biec. Nawet się więc nie rozejrzała, gdy cała ta obłąkana wizja rozpadła się gwałtownie w drobiny żółtego piasku, zaś spomiędzy jej mechanicznie poruszających się kończyn zaczęła pryskać woda. Morze. Wiatr. Niebo. Piszczące krzyki nieznanego ptactwa orały słuch tak, jak ich masywne dzioby i krótkie pazury mierzwiły czarno białe futro w niezrozumiałych atakach. Wielkie, białe skrzydła pobudzały wiatr, przez który cząstki piachu i słonej wody bezczelnie lądowały w oczach, nosie i pysku. Zamazywały widok na niebieskie sklepienie świata. Wygłuszały wrzask. Nie powstrzymała krótkiego śmiechu, skutkującego jeszcze większą ilością piachu i soli w pysku. Nie przeszkadzało jej to. Gnała przed siebie. Znów wbiegła w leśny krajobraz. Wiosna, pąki. Lato, słońce. Jesień, liście. Nie było to coś, czego kiedykolwiek mogła doświadczyć w krainie wiecznej zmarzliny. Lód, właśnie. Wreszcie zima, śnieg. Dalej biegła, jednak gwałtownie dopadło ją mrożące krew w żyłach zimno. Pysk buchnął parą, by zaraz zaczerpnąć głęboki wdech. Uniosła załzawione, przeraźliwie niebieskie tęczówki. Czarny basior, stojący na środku zamarzniętej łąki, z łapami skutymi w smolistej mgle. Czerwone oczy były zmrużone w cynicznym uśmiechu. Grunt zaczął się pod nią zapadać. Nie, to nie grunt. To jej noga.

Valliano, martwiłem się o ciebie.


Powieki wadery się uchyliły, jednak blask szpitalnych świateł niemal natychmiast zmusił je do ponownego osłonięcia wrażliwych źrenic. Nie było to za bardzo po myśli zielarki. Obudziła się dosyć spontanicznie, jednak nie była w stanie dokładnie określić czy było to trzy minuty wcześniej, czy może trzy godziny. Wiedziała za to, że ma dosyć spania. Niewidzialna siła jakby dotykała całego jej ciała, pobudzając je do działania, do jakiegokolwiek ruchu. Siła nie była agresywna, wcale nie szarpała, a bardziej ciągnęła kończyny ledwo przytomnej samicy ku górze, dając sygnały, że żyje. Ona sama cieszyła się z faktu, że oddycha.

Rzeczywiście, jasne światła zaczęły majaczyć, a jakieś fizyczne ciało zaczęło dotykać jej ciała, przynajmniej takie odnosiła wrażenie. Ktoś nią potrząsnął, ktoś podniósł jej głowę, ktoś się bawił jej rozchwianymi członkami, ktoś coś non stop mamrotał. Sama świadomość Vallieany wracała powoli, mimo jej walki. Już raz obudziła się z takiego snu i jej organizm zdawał się o tym pamiętać. Już raz spał przez miesiąc, a potem przez ponad miesiąc nie mógł się z tego otrząsnąć, tym razem miało być inaczej. Ty razem nie było z nią aż tak źle.

- Ma pani... ma pani te moce...- 

Zamrugała, próbując skupić wzrok na migoczącym przed nią wilku. Spora wadera, chyba Sivarius. Tak, raczej tak. Chyba nawet się śmiała. Dlaczego lekarz miałby się śmiać, mówiąc takie słowa?

- ..odciąć tę nogę, bo wyglądała...-

Zerdin znowu zabujała głową, chcąc wyłapać szczegóły. Gdzieś głęboko miała wrażenie, że zdania wydobywające się z kształtu białej wilczycy były niezwykle istotne, ale nie wiedziała co może z tym zrobić. Opuściła kończyny, a czarny łepek samoistnie opadł na poduszkę, gdy drętwiejący kark przestał spełniać swoją rolę. 

- ...leki przeciwbólowe powinny… i sen…

Jednak Vallieana już spała. 

Następna jej pobudka wyraźnie różniła się od poprzedniej. Przede wszystkim, umysł samicy był zdecydowanie jaśniejszy. Szybko się zorientowała, że znajduje się w szpitalnym łóżku i, że coś złego się stało. Na początku nie wiedziała co, jednak wystarczyło jedno porządne rozejrzenie się, by masa wspomnień (bynajmniej nie jej własnych, miała bowiem w głowie zgliczowane wspomnienia trzech wilków) usmażyła jej szare komórki. Tym razem też nie dawała celowo znaków życia. Leżała na boku z szeroko otwartymi oczami i trawiła każdą myśl, która próbowała się na siłę zagnieździć w mózgu sygnalizując “to nieee był seeen. Caias zeżarł ci nooogę...”, aż w końcu ktoś zwrócił na nią uwagę.

- Jest już pani z nami?

Duży basior uśmiechnął się półgębkiem i podszedł do łóżka wadery. Ta na początku chciała wstać, jednak szybko się rozmyśliła.

- Może mi pan powiedzieć… jak tu trafiłam? Co się stało z moimi towarzyszami? I co z moją łapą? Czy ja…

- Proszę o spokój, zaraz wszystko wyjaśnimy. Będziemy musieli też wypełnić dokumenty, ale na to przyjdzie czas. Przede wszystkim, jak pani się czuje, pani Vallieano?

Zielarka przesunęła spojrzeniem po lekarzu, a potem po jedynym fragmencie swojego ciała jaki widziała: dwóch wyciągniętych w przód łapach. Jedna z nich, ta lewa, czarna spoczywała pod tą drugą, misternie obwiązaną uzdrawiającymi liśćmi, pierwotnie białą. Spróbowała poruszyć kończyną, jednak było to na nic. Błękitne opuszki pozostały nieruchome.

- Jest pani pod wpływem silnych środków przeciwbólowych i regeneracyjnej magii, a w związku z dosyć poważnym… uszkodzeniem, cała prawa kończyna została znieczulona od ramienia, by tkanki mogły się swobodnie odbudować… Na początku planowaliśmy całkiem ją amputować od łokcia, jednak ze względu na pani moce damy jej czas. Jeśli unerwienie nie wróci albo coś pójdzie źle, to będziemy się zastanawiać do dalej.

Samica nie skomentowała tego niczym, nadal wpatrując się w kończynę.

- Jak długo spałam?  I co z dwoma basiora…

- Pan Jastes został już poinformowany i jest w drodze, zaś szczenię wróciło do rodziców. Spała pani przez około dwa dni.

Tym razem musiała się podnieść. Gwałtowne poruszenie i szok wymalowany na jej pyszczku wyraźnie skonsternowały wilka, który szybko poprosił o nieprzemęczanie się.

Następne minuty minęły na wzajemnym wypytywaniu się obu wilków o szczegóły, jednak ostatecznie oboje nie wyszli z rozmowy w pełni usatysfakcjonowani- Vallieana wiedziała, że będzie musiała jeszcze zostać w szpitalu przez długi czas, co spowoduje poważne zaniedbanie jej pracy i prawdopodobne obumarcie części roślin, którym od dawna z takim zaangażowaniem poświęcała swoją krew, zaś lekarz nie dowiedział się, co takiego się stało z tą cholerną łapą wadery. Ona powiedziała tyle, że nie pamięta. Najszczęśliwszym momentem dnia za to było wkroczenie na salę Jastesa. Na widok wielkiego wilka niebieskooka chciała się na raz roześmiać i rozpłakać (co zresztą zrobiła, nie mogąc powstrzymać nagłego zalewu emocji), bo, na bogów, przeżyli razem coś tak nieprawdopodobnie przerażającego… Poza tym była poruszona samym faktem, że od razu przyszedł ją odwiedzić w szpitalu.

Szybko wymienili podstawowe fakty, kiedy Valli cały czas ocierała łzy z policzków, próbując zachowywać emocje na wodzy. Dowiedziała się, że posłaniec nocował w okolicy, i że nic mu nie jest, chociaż ma zdecydowanie dość wrażeń na najbliższy czas, a Caias trafił bezpiecznie do rodziców za co byli bardzo wdzięczni. Zarówno rodzina szczeniaka, jak i on sam, a nawet wędrowni handlarze życzyli zielarce szybkiego powrotu do zdrowia. W końcu zapadł moment ciszy, podczas której oboje wpatrywali się gdzieś w przestrzeń. Byli sami w pomieszczeniu (fontanna krwi wyciekającej z łapy rannej samicy była najwyraźniej wystarczającym powodem, aby zamknąć ją w odosobnieniu), co tylko minimalnie dawało komfort przy tak ważnej rozmowie, ponieważ musiało w końcu paść pytanie, które paść musiało.

- Co teraz?

Złote oczy basiora zwróciły się na samicę. Był wykończony, jednak wyraźnie nie chciał sam podejmować tej decyzji. Zerdin nie miała mu za złe, ponieważ jak mogłaby? Wcześniej jasno zadecydowali, że chcą pomóc tej opętanej kupce nieszczęścia, jednak w obliczu poświęcania swojego czasu, nerwów, a przede wszystkim zdrowia, przestawało to się logicznie kalkulować. Oczywiście, wcześniej też wiedzieli że nie wyjdą z tego bez szwanku, lecz podchodząc do sprawy, powiedzmy, na trzeźwo (gdyż Jastes nie mógł spokojnie usiedzieć przez dwa dni, które wadera spędziła w uśpieniu) nie spodziewali się, że rzeczywistość może zmiażdżyć ich do tego stopnia. Poza tym Caias teraz był z rodzicami, więc zakładając że obydwoje z białym wilkiem odpuściliby sobie pracę i ogólnie zdrowy rozsądek, to pod jakim pretekstem niby mieliby się spotykać z tym młodziakiem? Odprowadzili go do domu, mieli po drodze wypadek, to cóż, tak bywa, dzięki za wszystko i szerokiej drogi! 

Czaszka Vallieany zaczęła od tego wszystkiego dymić. W pewnym momencie pomyślała nawet o wizycie u jakiegoś psychologa, zupełnie ją odcinając od najważniejszej sprawy. Przywróciło ją do rzeczywistości krótkie chrząknięcie opierzonego towarzysza, którego zmęczone spojrzenie błądziło gdzieś za oknem. Zielarka odetchnęła.

- Myślę, że oboje potrzebujemy czasu na  powrót do całkowitej sprawności…- zaczęła, zerkając na swoją własną kończynę. Jastes lekko skinął głową, nadal nieobecny wzrokiem- A co do tej sprawy, to myślę… że nie jest to coś, z czym jesteśmy się w stanie mierzyć… Nie zrozum mnie źle, ale… jesteśmy zwykłymi wilkami, a nie superbohaterami i…- jąkała się, sama nie będąc przekonaną do słów produkowanych przez własny pyszczek. Czy naprawdę mogli to tak zostawić? Zaczęła się zastanawiać, jak wiele takich wilków jak oni trafiło na tego nawiedzonego potwora, a ile wilków dopiero na niego trafi. Jak się to dla nich skończy? Jak to się skończy dla Caisa?

- Rozumiem.- wewnętrzne rozterki przerwał spokojny, nieco wyprany z sił głos- Oboje zgadzamy się, że to nie jest zabawa dla naszym poziomie.

Wadera uniosła łeb. W złotych oczach była powierzchowna obojętność, ale też strach. To przerażenie równie dobrze mogłoby być odbiciem jej własnych wątpliwości, gdyby nie fakt, że obok niego stało jeszcze coś- determinacja. 

Zmrużyła lekko powieki i spojrzała gdzieś w dół. Wzięła lekki wdech. Gdzieś przeskoczyła jej myśl, że samo oddychanie rzeczywiście może być naprawdę przyjemną czynnością.

- Czyli to koniec tej przygody…- zaczęła, a wahanie ulotniło się z jego głosu- Ale wpadnij do mnie na herbatę... jak już wrócę do domu i się ogarnę z tym wszystkim.

I mimowolnie się uśmiechnęła, może nawet przez chwilę się poczuła tak, jakby wszystko co najgorsze było już za nimi wraz z wypowiedzeniem tych słów.



<Koniec>


Słowa: 1570 = 123 KŁ

piątek, 1 stycznia 2021

Od Jastesa CD. Vallieany

-Pozwól, że ci pomogę.- wymamrotałem, widząc jak niska, sięgająca mi zaledwie do połowy szyi  handlarka ma duży problem z poruszaniem się z zarzuconymi po obu stronach ciała dwiema drewnianymi skrzynkami, ciągnącymi się po ziemi z niezbyt przyjemnym trzaskiem. Wadera zatrzymała się z niepewnym wyrazem pyska, widocznie rozdarta, zapewne sama nie wiedząc co począć. W końcu towar łatwo może się uszkodzić, a ona sama szybko zmęczyć musząc targać zbyt duży ciężar, co doprowadziłoby do spowolnienia grupy i być może wykrwawienia Vallieany. Z drugiej jednak strony kilka minut wcześniej została zaskoczona pojawieniem się roztrzęsionego szczeniaka, a chwilę później dwóch obcych, którzy wyszli ze środka lasu: jeden z rozdartą kończyną, drugi z nieobecnym spojrzeniem, oboje pokryci ciemnoczerwoną posoką i oboje wyglądający jakby zobaczyli ducha. Czy powinna mi zaufać? Czy powinna "wysługiwać się" nieznajomym? 
-Niech pani nic nie mówi- powiedziałem cicho, widząc jak szykuje się do otworzenia pyska i wyrażenia wątpliwości. Po co marnować słowa?- Nic mi nie jest. Naprawdę zależy mi na jak najszybszym udzieleniu pomocy mojej towarzyszce, więc proszę, niech pani nie oponuje. Nie zniszczę towaru, jestem posłańcem.- nie siliłem się na jakieś szczególne wyjaśnienia, będąc na to zbyt wyczerpanym, mając nadzieję, że handlarka zrozumie przekaz. Nagle ogarnięty niepokojem rzuciłem spojrzenie na oddalający się wóz z nieprzytomną Vallieaną i siedzącym tuż obok niej Caiasem, czując bezpodstawną irytację na niewinną i niczego nieświadomą waderę, która po chwili namyślenia, które wydawało się dla mnie wiecznością skinęła głową i zaczęła uwalniać się spod skrzynek. Nie zwróciłem jednak na jej działania uwagi, zbyt pochłonięty gwałtowną chęcią natychmiastowego znalezienia się przy wozie. Gdyby w tej chwili młodemu, a raczej siedzącemu w nim demonowi coś strzeliło do głowy nie byłbym w stanie na czas dopaść pojazdu i zapobiec tragedii. Otaczający nas obładowani towarami handlarze również byliby pozbawieni szansy pomocy. 
Idiota, warknąłem na siebie w myślach i obróciłem się w stronę już nieco mniej obciążonej wadery, szybko zauważając leżące na ziemi skrzynki.
-Niech pani biegnie do wozu i trzyma się blisko, błagam.- wyrzuciłem z siebie ostatnie słowo, żeby zapobiec natłokowi pytań, przynajmniej na razie. Szczerze, nie obchodziło mnie czy uzna mnie za zdesperowanego paranoika, za nadopiekuńczego zakochanego, czy za nieuprzejmego gbura, byle by nie wydarzyło się to, czego się obawiałem. Stojąca przede mną przedstawicielka płci pięknej zdębiała, ale nie kwestionowała moich próśb, być może myśląc że dostrzegłem jakieś niebezpieczeństwo lub pogorszenie u nieprzytomnej i, ku mojej uciesze już po chwili była koło tylnego koła i na tyle, na ile pozwalał jej wzrost zaglądała do wnętrza wozu. Ja natomiast skierowałem kroki ku pozostawionych na środku drogi skrzynkom i nie zwlekając zanurkowałem pod łączącym je sznurem, grubo owiniętym białym materiałem, jako środek zapobiegawczy obtarciom. Coś szczęknęło, coś skrzypnęło, trzask w kościach, lekkie zachwianie i już drewniane obudowy z towarem w środku zwisały mi z grzbietu, ocierając się o boki. Przez pierwsze sekundy myślałem, iż ładunek pociągnie mnie ku ziemi, lecz zmęczonym nogom w miarę szybko udało się pokonać słabość i już po chwili pewnie podążałem za wozem, który zdążył odjechać na dobre sto metrów. Nie minęło dużo czasu, gdy zrównałem się z idącą przy powozie waderą, która na mój widok odetchnęła z ulgą. No tak, pewnie musiałaby ponieść konsekwencje gdybym ukradł towar. Skinąłem jej głową, sygnalizując że odtąd ja przejmę pilnowanie odpoczywającej na wozie dwójki, a gdy handlarka spowolniła i zrównała się z jednym z jej towarzyszy, rozpoczynając cichą rozmowę skupiłem się na bezwładnie leżącej Vallieanie i siedzącym tuż przy jej pysku szczeniaku, który raz po raz rzucał okiem na jej wyciągniętą, owiniętą szmatami zranioną łapę, podskakującą lekko na wyboistej drodze. Chwilę po tym jak wadera została przetransportowana na wóz, jej stan sprawdzony, rana przemyta, opatrunek zmieniony i wszyscy upewnili się, że jej życiu nie grozi natychmiastowe niebezpieczeństwo podszedłem do Caiasa, złapałem go lekko za kark i posadziłem obok nieprzytomnej, nakazując by miał na nią oko i w razie czego natychmiast kogoś zawołał. Może i powinienem trzymać go jak najdalej od niej, jednak zależało mi, by siedzący w nim demon jeśli jeszcze nie przejrzał naszych zamiarów i nie zorientował się, że został odkryty pozostał w niewiedzy. I chociaż traktowałem dzieciaka z chłodną rezerwą było mi go szczerze szkoda, a "zaufania", jeżeli można o nim w ogóle mówić w tym przypadku, nie zyskuje się przez odtrącenie i wyraźne traktowanie kogoś jak zagrożenie, nawet jeśli takowym jest. Jednak najlepiej upewnić Caiasa że nic mu z nami nie grozi, że ma jakieś wsparcie i ktoś się nim opiekuje, by zwiększyć powodzenie współpracy i zapewnić komfort psychiczny małemu, który choć zgrywa twardziela niebezpiecznie balansuje nad przepaścią utraty kontroli. A spadnięcia w nią, a raczej skutków zdecydowanie wolałbym uniknąć.
Podrostek widząc, że ponownie moja głowa ukazała się przy prawej stronie wozu rzucił mi szybkie spojrzenie, po czym znowu spuścił wzrok i skupił się na Vallieanie. Ja natomiast patrzyłem przed siebie, raz po raz zerkając w jego stronę i upewniając się, że nic nie kombinuje, jednocześnie obserwując otoczenie i zastanawiając się jak daleko jest stąd do Centrum.
Wiatr lawirował figlarnie między moimi łapami, co ruż skacząc do uszu, by przynieść z sobą odgłosy skrzypiących pni, ledwo słyszalne skrobanie jakiegoś małego leśnego drapieżnika czy ciche słowa rozmawiających z sobą handlarzy. Nie chciałem jednak podsłuchiwać, więc przełączyłem się na mimowolny tryb filtrowania dźwięków- zwykłe przelatywały gdzieś na granicy świadomości, by zaraz zniknąć w otchłani zapomnienia, natomiast podejrzane natychmiast powodowały rozdzwonienie się uporczywych dzwonków alarmowych. Całe szczęście tych drugich na przebytej w milczeniu parodziesięciominutowej drodze nie było zbyt wielu, co nie znaczyło, że choć na moment pozwoliłem mięśniom na głębokie rozluźnienie. Podejrzewałem, że całą te chorą przygodę będę musiał odchorować, głównie od strony psychicznej, lecz zapewne nie obędzie się również bez bolącego ciała i ogromnego zmęczenia, które przykuje mnie przez dobre kilka dni do posłania we własnej jaskini. Chyba, że znajdzie się poselstwo, które będzie wymagało długich łap i chłodnego spojrzenia na sprawę, a więc mówiąc krótko, mojej opieki. Bogowie jednak wiedzą, jak dużą mam nadzieję na kilkadziesiąt godzin wolnych od pracy.
O ile oczywiście przeżyję.
No właśnie.
Potrząsnąłem głową, prychając cicho pod nosem. Gdybanie nic nie da, Jastesie. Skup się na tym co jest tu i teraz, jakby to ojciec powiedział. Od kiedy to ojciec jest twoim wielkim autorytetem i skarbnicą złotych myśli, co?, pojawił się cichy, złośliwy głosik w głowie, który przyjąłem do grona stłoczonych myśli z często spotykaną u mnie ignorancją i mentalnym wzruszeniem ramionami. Staruszek może najlepszym tatkiem nie był, ale przynajmniej o mnie dbał i troszczył się bym wyszedł na wilki.
- Patrol przed nami!- dobiegło mnie donośne wołanie jednego z dwóch handlarzy idących kilka metrów przed wozem, zaledwie sekundy potem powtórzone przez jego towarzysza i waderę, której wcześniej pomogłem. Caias, który chwilę przedtem położył się z pyskiem wyciągniętym na łapach, zapewne by szybciej zebrać siły na dalszą podróż teraz poderwał się na nogi i wspinając się na tylne kończyny próbował wyjrzeć ponad drewnianymi zabezpieczeniami oraz podrygującymi w rytm kroków długimi rogami sporej, łaciatej kozy ciągnącej wóz. Skubana, niewinnie wyglądająca bestia z siłą jak fenris. Nie wiem czym oni te monstra karmią, grunt że najwyraźniej sprawdzają się w pracy i są w stanie udźwignąć ranną waderę, a za to powinienem być wdzięczny.
Wyciągnąłem ku przodowi głowę, starając się ujrzeć wspomniany patrol i gdy zobaczyłem charakterystyczne sylwetki zwróciłem się do idącej za mną pary.
-Proszę, niech państwo przez chwilę popilnują moich przyjaciół.- wyrzuciłem prosząco i gdy tylko otrzymałem skinienie na zgodę przyspieszyłem kroku, najpierw wymijając wóz, potem równając się z handlarzami na przedzie i w końcu wyprzedzając ich, biegnąc już z pełną prędkością, pomimo ciążących mi lekko skrzyń obijających się nieprzyjemnie o boki. Wojskowi najwidoczniej zauważyli karawanę jak i zbliżającego się do nich białego basiora, bo wymienili z sobą kilka słów i stanęli na drodze ławą, zagradzając przejście, w bezruchu czekając na moje przybycie. Nie mieli czasu się nudzić, ponieważ zaraz potem stanąłem przed nimi w swojej pełnej, zmęczonej krasie i chociaż dobrze tuszowałem przyspieszony oddech, galopującego serca i szybko unoszącej się piersi nie mogłem.
- Czy macie medyka?- specjalnie pominąłem uprzejmości, by skupić uwagę na sednie sprawy i zwiększyć wrażenie desperacji, jednocześnie próbując wymigać się od niepotrzebnych na ten moment pytań. Patrolujący nie zawiedli mnie i wykazali się umiejętnością szybkiego działania, ponieważ zamiast robić przesłuchanie spojrzeli po sobie i jeden z nich skinął głową, wskazując na stojącego wśród nich skrzydlatego basiora z trudną do przeoczenia torbą. Pewnie po prostu mieli w swoim gronie wilka potrafiącego przewidywać zamiary albo czytać w myślach.
-Czy ranny jest w stanie zagrożenia życia?- spytał, podchodząc do mojego boku. 
-Nie wiem. Ale raczej nie nagłego.- szczerze, nie bardzo wiedziałem co odpowiedzieć, więc czując irracjonalne zawstydzenie zmusiłem się do powiedzenia tych słów. Medyk z nieczytelną miną machnął białym skrzydłem na towarzyszy, po czym truchtem podążył ze mną w stronę zbliżającego się wozu. 
-Pańskie imię?- spytał jeden z dwóch biegnących za nami wojskowych.
-Jastes z Tukidydesów (+10 dla historyków xD)- odparłem na tyle głośno, by mógł usłyszeć. Gdzieś w podświadomości zarejestrowałem głosy witających patrol handlarzy. Caias spojrzał na mnie zdezorientowanym spojrzeniem dwukolorowych oczu.
Cholera, za jakie grzechy mnie to spotyka?


<Valli?>


Słowa: 1471 = 93 KŁ






Guess who's back
Back again

 


Co to za nieszanowanie prywatności XD
 
 A ja nie widzę nigdzie tabliczki z ,,nie wchodzić" 

mogłabym postawić, ale w sumie whateva, wchodź tylko nie spojleruj
wgl ten Jasiu i Nevt tak trochę nie pasują do Jasia piszącego z Valli no ale ok XD

Słuchaj, gdzie Jas tam i Nevt, gdzie Nevt tam i jas i wszystko się zgadza XD

Dobry, co za ciekawe rozmowy się tu dzieją? XD
 
 A pogaduchy urządamy, Bambiokowi słowa nabijamy
 
 Niech to ktoś opublikuje z tymi rozmowami, najmniejszą czcionką. Może staniemy się sławni xD

W sumie to nie taki zły pomysł, od dawna marzę o sławie XD tylko problem jest jeden: co zrobić z artem Jasa i Nevt? wgl kto w tym zgromadzeniu bierze udział bo się gubię XDD
 
Ja jestem picasso, najmądrzejsza istota na świecie

Wiem, że to ty XD Pytałam o resztę
 
Eeee, makarena. A ty niby kto?

"Nie ma ulubionego dziecka" dziecko, a kto inny
 
MMMMMM WIDZĘ ŻE PISZESZZZZ

To ma być sarkazm czy stwierdzenie faktu? XD

Stwierdzenie faktu, Bambioku

środa, 19 sierpnia 2020

Od Vallieany CD. Jastesa

Młody może i wydawałby się spokojny, gdyby nie sposób w jaki jego mięśnie napinały się pod grubym futrem. Pochylał się w przód, w tył i na boki, nie poruszając przy tym łapami. Wzrokiem wbitym w ziemię usilnie unikał tej trawy, która pokryta była czerwoną posoką. Nawet jeśli była prosto przed nim... wyglądał niczym lunatyk. Lunatyk z brwiami mocno zaciśniętymi z gniewu, zbyt jednak trzeźwy. A mój żołądek zawiązał się w supeł, gdyż z każdą chwilą również coraz bardziej trzeźwiałam.
Cicho westchnęłam i mimowolnie mocniej oparłam się na białym basiorze, spuszczając głowę jeszcze niżej. Jastes na szczęście pozostał niewzruszony, może tylko zerknął kątem oka, czy przypadkiem nie mam zamiaru sobie upaść. Nie miałam, bardziej analizowałam w pośpiechu swoją sytuację. Wylałam z siebie więcej krwi niż normalny wilk powinien, jednak bywało już ze mną znacznie gorzej. Moment, kiedy w wieku dwóch lat chciałam uratować umierającego młodziaka przeleciał mi natychmiast przed oczami, jak nieprzyjemna mara. Oddałam mu wtedy o wiele za dużo swojej mocy, kiedy dla niego było już o wiele za późno. Był cały poszarpany, praktycznie przestał oddychać. Mój opiekun wrócił do jaskini, kiedy szczeniak sztywniał, a ja nad nim wisiałam. Mały oczywiście umarł, a mi wyjście ze śpiączki zajęło nieco ponad miesiąc. Adril wzywał lekarza za lekarzem, a ja przez cały czas miałam przed oczami enigmatyczne wizje Vernona biegającego z martwym dzieckiem u boku, poprzeplatane ze wspomnieniami i bólem jaki młody odczuwał przez cały etap własnej śmierci. Potem przez kolejne tygodnie dochodziłam do siebie, bo mój organizm oraz umysł bardzo dziwnie odreagowywały ten przespany czas. Nie odróżniałam snu od jawy, gubiłam się we własnych myślach i nawet pełne nierozładowanego stresu wrzaski Adrila nie miały na to żadnego wpływu. Tym razem więc nie było tak źle. Bolało jak diabli, jednak wiedziałam, że dojście mojej łapy do pełni sprawności zajęłoby jej jakieś cztery tygodnie, co i tak brzmi jak znakomity wynik w porównaniu do standardowego organizmu. Większość wilków w ogóle nie miałaby co liczyć na naprawienie takich szkód, ponieważ ciało nie jest w stanie samo z siebie odtworzyć takich ilości mięśni, nie wspominając o żyłach, nerwach, sierści. Nieczęsto cieszyłam się z żywiołu krwi, nie był bardzo zjawiskowy,  jednak w takich momentach nie mogłam trafić lepiej.
Z zamyślenia wyrwał mnie cichy syk Caiasa. Najwyraźniej zahaczył pazurem o jakiś korzeń, kiedy znudziło mu się obserwowanie zielonych źdźbeł, nerwowo smaganych przez wiatr. Podeszliśmy wystarczająco blisko, by podniósł w końcu głowę, więc kiedy Jastes się poruszył i ja też musiałam, zaciskając zęby przy siadaniu, sfrustrowana niespokojnym spojrzeniem dwukolorowych oczu, wędrującym za każdym ruchem mojego ciała. Zapadła rzekoma cisza, jednak moje uszy wciąż podrygiwały, czy to skupione na dźwiękach przyrody, czy z tych wszystkich nagromadzonych we mnie emocji. W końcu sprawca mojego stanu siedział przede mną, z obrażoną miną i nieprzyjemnym spojrzeniem, którym jakby chciał wywiercić we mnie dziurę. Już otworzyłam pysk, bo chciałam się odezwać. Gotowa na dyskusję tak, jak rozmawiałam z Jastesem.
- Jeśli planujecie mnie zostawić- zaczął szczeniak, a ja ugryzłam się w język - to proszę, powiedzcie wprost. Nie będę miał wam za złe, ale nie bawmy się w takie podchody.
Stres i zmęczenie zmieniły się w coś dziwnego… chyba złość. Tak dziwną, że moja łapa zapiekła. Po tym wszystkim on miał nam tyle do powiedzenia? "Nie bawmy się w podchody"? Znowu otworzyłam pysk, jednak tym razem to Jastes mnie uprzedził. 
- Zdecydowaliśmy, że zabierzemy cię do Centrum i tak zrobimy - powiedział sucho, nieco zachrypniętym głosem. Spojrzałam na niego ale tylko na chwilę, próbując uspokoić walące serce. Chciałam mieć tyle spokoju i zrozumienia co wysoki wilk. Chociaż tak naprawdę w głębi przeczuwałam, że to nie kwestia zrozumienia. Przecież nikt nic nie rozumiał.
Znów pochyliłam głowę do przodu, biorąc kolejny już wdech. No, Vall, to nie czas na załamywanie się. I doskonale o tym wiedziałam, powstrzymując odruchy własnego ciała, które kazało mi uciekać, od niewiele mniejszego szczenięcia. Jakby nagle samo stwierdziło, że nie powinnam siedzieć tak blisko istoty, która próbowała, i, ba, byłaby w stanie mnie zabić. Nie powinnam siedzieć obok czegoś tak niestabilnego i niebezpiecznego, jak opętany wilczek o jasnej sierści.
Wtedy ponownie poczułam wyraźny ruch mięśni, pod grubym futrem mojego towarzysza. Zamrugałam zdezorientowana, powoli zdając sobie sprawę z tego, jak mocno próbowałam się zatopić w białym futrze. Spojrzałam w złote oczy, uciekając od tych kolorowych. Jastes przełknął ślinę, a jego gardło zadrżało.
- Wszystko w porządku?
- Przepraszam, zamyśliłam się.
Natychmiast pochyliłam głowę do przodu w przepraszającym geście, jednak zdrętwiałam w połowie. 
- Caias, wstań- wymamrotałam najłagodniej jak potrafiłam, speszona tym, że obce dziecko się przede mną płaszczy. Oczywiście, że było mu przykro, w końcu sam nie wiedział co się z nim działo i był daleko od domu, właściwie bezbronny..!
- Przepraszam. Za wszystko. I dziękuję - wydusił z łebkiem praktycznie zakopanym w śniegu, a jego ciałem wstrząsnęły doskonale widoczne dreszcze - Ale… Ale naprawdę przepraszam, ja… Twoja noga…
I znowu zacisnęłam zęby na języku, bo co odpowiedzieć na takie przeprosiny? “To nie twoja wina, że prawie oderwałeś mi nogę”, nawet jeśli to prawda, z którą ciężko było mi się pogodzić? Gdyby złamał kość, nie byłoby czego ratować i jakie w tym wszystkim miało znaczenie to, że to nie był on? Jak mógłby wtedy udowodnić, że to właśnie z nim teraz rozmawiałam, a nie ze sprawcą, który tylko podszywał się pod słabe szczenię?
Zbawcą po raz kolejny okazał się opierzony basior, który przez dłużącą się ciszę ostrożnie zaczął wstawać.
- Nie oczekuj pełnego wybaczenia i się podnieś. Nie mamy czasu do stracenia.
- Nie oczekuję! - odpyskował młody, krzyżując spojrzenie z właścicielem chłodnego głosu i tylko zerknął na mnie z przestrachem. Na szybko otarł śnieg i krew z pyska, by na koniec się oblizać. Dziękowałam niebiosom, że mogłam udawać, że tego nie zauważyłam, niby zajęta ustawianiem się do pozycji odpowiedniej do chodzenia.
Po raz kolejny z wdzięcznością przyjęłam bok wyższego basiora jako podporę, a młodszy jakby z poczucia winy ustawił się po mojej drugiej stronie, pytając, czy może mi jakoś pomóc. Nawet mimo mojej odmowy, nie przyspieszył nawet o pół kroku przez całą drogę z grzecznie pochyloną głową.
Przez ten czas zastanawiałam się, jak wiele mogliśmy mu powiedzieć, a jak wiele sam już wiedział. Co zdążył wywnioskować oprócz tego, że coś z nim było mocno nie w porządku? 
Powoli zbliżyliśmy się do najczęściej uczęszczanego w całym dystrykcie szlaku, gdzie mieliśmy zaczepić jakichś wojowników, by odprowadzili nas do centrum.
Zapytaj teraz, póki masz szansę. 
Zastrzygłam uszami, lekko się wzdrygając wraz ze znajomym głosem wypełniającym moją własną ciszę. Głos o którym moi towarzysze nie mieli pojęcia. Nie potrafiłam wtedy określić, dlaczego to krótkie zdanie aż tak we mnie uderzyło, ale nie miałam zamiaru do tego docierać, bo brakowało mi tego głosu, a skoro się odzywał, to znaczyło, że nic nam przez chwilę nie groziło. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Uważaj o co pytasz.
Znowu zrobiło się cicho, a ja wbiłam wzrok jeszcze intensywniej w ścieżkę, ładując siły.
- Caiasie… Wiem, że to pytanie może być dziwne w aktualnej sytuacji, ale lepszego nie zadam - nabrałam powietrza w płuca i zerknęłam na tuptającego obok szczeniaka, którego dwukolorowe, lśniące oczy wbiły się w te moje - Czy masz pytania? Jeśli tak, to je zadaj.
Cisza. Przez chwilę. Dwie. Trzy.
- Czy to wszystko to moja wina? Czy ja jestem...chory? Jakoś?
Spojrzałam na niego zdezorientowana, aby zrozumieć, że nadal mówi o tym ataku na życie moje i mojego towarzysza. Spojrzałam gdzieś w bok, skupiając myśli.
- Nie jesteśmy pewni... ale nie nazwałabym tego chorobą - wyjaśniłam pokrętnie, jednak zgodnie z prawdą. Jeśli miał zrozumieć, to zrozumiał.
- Oh… Załóżmy, że rozumiem- mruknął- W takim razie co planujecie dalej?
Spojrzałam na Jastesa, odpowiedział krótkim spojrzeniem.
- Oboje mamy dużo pracy, ale może jeszcze się zobaczymy - wyjaśniłam równie pokrętnie. Skinął głową.
- Byłoby… miło…
Przez głowę przeszło mi jeszcze jedno pytanie, które mogłoby paść z ust młodzieńca: skąd wiesz, jak mam na imię? Jednak nie padło, więc nie musiałam się po raz kolejny tłumaczyć, w jaki sposób mimowolnie wpycham się w najbardziej intymne szczegóły życia innych, które i tak zaraz zapominam.
Podniosłam nagle łeb, słysząc głosy innych wilków. Nie spodziewałam się, że znajdziemy tak szybko jakąś ewentualną pomoc, co absolutnie nie oznaczało, że się nie cieszyłam. Przeciwnie, nigdy jeszcze w życiu nie poczułam takiej euforii emocji na raz. Od szoku, przez szczęście, chwilę potem znowu szok i przerażenie, by skończyć na najczystszej nienawiści do siebie samej za głupotę. 
Mimowolnie spróbowałam przyspieszyć, przez co w skutkach niemal się przewróciłam, z automatu zranioną łapą uderzając o ziemię w próbie ratunku. Jastes jakby wstrzymał oddech odsuwając się, gdy ja natychmiast usiadłam.
- Zatrzymaj ich, Caias - polecił basior szybko, spoglądając tylko na młodziaka, który od razu kiwnął głową i pobiegł. 
Tymczasem ja zacisnęłam zęby, opuszczając nisko łeb, szukając pozycji w której będę mogła złapać normalny oddech. Nie było to jednak takie oczywiste- przez mój mózg, gwałtownie, raz za razem, przelatywał ostry, mrożący impuls, odbierający oddech i przyćmiewający zmysły. Non stop przypominał o bólu odrywanych tkanek, kiedy adrenalina jeszcze nie zdążyła mnie wypełnić. Kiedy oprzytomniałam z wizji, sama walka była szybką bitwą o przetrwanie- mogłam umrzeć, albo nie. W tej chwili jednak hormony mi nie pomagały, bo wygrałam, więc musiałam się mierzyć z konsekwencjami. Każda kropla krwi wsiąkająca w brudną już szmatę powodowała identyczne cierpienie, zupełnie jakby na raz wybuchała mi zarówno głowa, jak i całkowicie zniszczona kończyna, uświadamiając jak najbardziej dobitnie, że wciąż jestem tylko zwierzęciem, nawet pomimo posiadania magii. 
- Proszę pani, czy wszystko w porządku?!
Głos wadery spowodował chwilowe otrzeźwienie, przez które byłam w stanie unieść głowę. Nie wiedziałam czemu tak szeroko otwierałam oczy, ani czemu z mojego wykrzywionego pyska leciała ślina, gdy łapałam powietrze, całkowicie niezdolna do wydania z siebie żadnego dźwięku. Chciałam, żeby to się skończyło. 
- Czy macie może medyka? - głos Jastesa wypełnił powietrze, tak niespokojny i zmęczony.
- Nie, p..przepraszam - wadera także była porządnie wystraszona, a przynajmniej na tyle, żeby przepraszać za rzecz na którą nie miała wpływu - Mamy za to wózek. Możemy wziąć towar na plecy, a panią tam położyć. Co wam się stało? 
Jednak biały wilk zignorował to pytanie i tylko zapytał mnie cicho, czy dam radę wstać. 
Nie dam. Jak mogłabym dać radę w takim stanie?! 
Skinęłam jednak głową, gdy nieruchoma kończyna niesamowicie powoli przestawała dawać o sobie znać. 
Podniosłam się, potem upadłam na zad, by znowu wstać przytrzymywana z obu stron, niezdolna powstrzymać drżenia całego obolałego ciała. Ale się podniosłam.
- Więc co się stało?- ponowiła pytanie samica, mocno przywierając do mnie bokiem. Przez pierwszy moment trwała cisza, kiedy stawiałam pierwsze kroki jak nowo narodzone źrebię, jednak mój towarzysz podjął się wyjaśnień.
- Coś nas zaatakowało. Nie widziałem co, musiało zsyłać na nas wizje… - mamrotał, powodując u mnie niemalże zdumienie, jak szybko był w stanie objaśnić ostatnie zdarzenia. 
- Trzeba będzie powiadomić wojsko w takim razie. Powiem chłopakom, że trzeba uważać, skoro pan mówi, że tego nie widział. Może być wszędzie... - odparła wilczyca, na co już nie otrzymała żadnej reakcji.
Następne chwile zapamiętałam jak przez mgłę, kiedy, najwyraźniej handlarze, a nie wojsko, rozładowywali swój wózek, ciągnięty przez jakieś zwierzę, a następnie mnie na niego wsadzili. Nim zdążyłam zawyć z bólu, szybko usnęłam, zaś ostatnim co zapamiętałam, były kolorowe oczy Caiasa.

<Jastesie? Wybacz to… coś… To tak na rozgrzewkę XD>

Słowa: 1807 = 135 KŁ

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Od Jastesa CD. Vallieany

W jednym momencie stałem twardo na ziemi, przenikając enigmatycznego dzieciaka na wpół wzburzonym, a na wpół podejrzliwym spojrzeniem, z sercem dziko tłukącym się o klatkę piersiową i wszystkimi zmysłami postawionymi w najwyższy stan gotowości, a w drugim światło jakby zgasło, pogrążając cały świat w przenikliwym mroku, moje ciało straciło jakikolwiek ciężar i oderwało się od stałego gruntu, dryfując w nieograniczonej więzami rozmiaru przestrzeni, unosząc się nad czarną przepaścią, stawiając czoła czarnej rzeczywistości, wchłaniając wszechobecną czerń. Wszystkie burzące się we mnie wcześniej emocje w momencie wyparowały, pozostawiając lodowatą pustkę, wypełniającą mnie tak szczelnie jak powietrze wdmuchiwane w balon, który wyrwany przez wiatr z rączki nieuważnego dziecka, unosi się ku bezmiarowi nieba, zdany na łaskę targających nim prądów powietrznych, tym samym nieodwracalnie zmierzając ku swojej śmierci.
Pojęcie czasu przestało obowiązywać. Znajdowałem się na tym dziwnym pustkowiu zaledwie parę sekund czy tkwiłem w nim już od dziesięcioleci? Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie, lecz wyprany całkowicie z uczuć nie byłem w stanie poczuć czegokolwiek. Jakbym kompletnie zapomniał jak to jest niepokoić się, niecierpliwić czy bać. I wiedziałem, że mimo iż jakaś dziwna zapora całkowicie powstrzymuje napierającą rzekę przerażenia, w tej chwili powinienem być zalany przez nią całkowicie. Wszystkie wspomnienia powoli również zaczęły zanikać, moje myśli samoistnie spowolniły swój bieg, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Nic. Do diabła, znajdowałem się w tym gdzieś nie wiadomo jak długo i nie byłem w stanie się stąd wydostać. Nie byłem w stanie się ruszyć. Nie byłem w stanie oddychać.
Wtem poczułem jak coś przeraźliwie lodowatego i lekko chropowatego dotknęło mojego grzbietu i zaraz, jakby wystraszone, uciekło. Przełknąłem ślinę, modląc się, by były to tylko wybryki mojej wyobraźni i kiedy przez parę następnych chwil nic nie poczułem, głupi zacząłem w to wierzyć. Lecz już zaledwie dziesięć sekund później ponownie coś mnie tyrpnęło, tym razem z większą odwagą i siłą i mało tego, nie ono jedno, ponieważ zaraz po pierwszym dotknięciu poczułem kolejne, mniej lub bardziej pewne, spowodowane przez mniejsze lub większe byty. Po chwili cała przestrzeń mojego grzbietu została wypełniona szturchającymi z coraz większą siłą chropowatymi i lekko klejącymi się podejrzanymi elementami tego przerażającego świata, powodując nieustające podskakiwanie i trzęsienie mojego nic nie ważącego ciała. Za każdym razem kiedy jedno z silniejszych wypychało mnie w górę miałem wrażenie, że opadam i tylko te enigmatyczne twory powstrzymywały mnie przed powolnym osuwaniem się w dół. Zdałem sobie również sprawę, że przez cały pobyt w tym czarnym świecie mimo, iż nie byłem w stanie tego wyczuć, podążałem ku dnu, a nie- jak mi się wcześniej zdawało- dryfowałem ku górze.
Powoli zacząłem przyzwyczajać się do stanu, w którym się znajdowałem, a dotknięcia i tyrpanie w pewnym momencie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Zamknąłem oczy, czując wypełniającą mnie po brzegi pustkę i przestałem nakłaniać uparty mózg do jakiegoś sprzeciwu, zmusić do spuszczenia z wodzy choćby najdelikatniejszej emocji, by ta mogła choć trochę rozjaśnić to moje czarne wnętrze, być iskrą która spowodowałaby rozpalenie ognia. Po chwili nie czułem już nic. Żadnych dotknięć. Żadnych dźwięków. Żadnych myśli.
Wtem coś mocno chwyciło mnie za gardło, gwałtownie wyrywając z całkiem przyjemnego otępienia i burząc cały spokój, który wcześniej opadł na mnie jak kurz. Wiedziałem, że nie oddycham, a jednak uścisk dławił mnie, był jak korek powstrzymujący jakikolwiek przepływ....czego? Tlenu? Pustki? Czerni? Przed moje szeroko otwarte, wypełnione wszechobecnym mrokiem oczy napłynęło jaskrawe światło, które w sekundzie oszołomiło mnie i oślepiło. Czym prędzej zamknąłem powieki błagając, by jasność na powrót ustąpiła miejsca ciemności, lecz na próżno. Nawet za zamkniętą kurtyną ukrywającą moje spojrzenie niesamowita biel była widoczna w całej swej, trudnej do ogarnięcia krasie. Nie będąc w stanie nic na to poradzić, patrzyłem. Patrzyłem mimo zamkniętych oczu.
Znajdowałem się w białej przestrzeni bez ograniczeń; żadnych ścian, żadnych konturów. Wydawać by się mogło, że to to samo, tak samo przytłaczające nic, tyle że białe. Nic bardziej mylnego. Biel wypalała mój mózg od środka, wlewała się przez uszy i nos, jeszcze bardziej utrudniając wchłanianie najwidoczniej utrzymującej mnie przy życiu pustki. Sprawiała ból.
Zacząłem walczyć o uwolnienie z uścisku, z rozpaczą szamotając się, bezradnie wyciągając łapy w przestrzeń, próbując jakoś przekręcić się na brzuch by zobaczyć, co powstrzymuje mnie przed ponownym zaznaniem spokoju, jednak na nic się to zdało. Lina na moim gardle jedynie się zacieśniła, dusząc coraz poważniej i odbierając siły na dalszą bitwę o obrócenie się w dół. Po paru sekundach odpuściłem zupełnie, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, czując jak okropna biel przeszywa mój wzrok milionami niewidzialnych szpilek, jak moje płuca zapadają się, a moje myśli powoli odpływają w dal. Ostatnia z nich niewyobrażalnym zrywem przedostała się przez twardą otoczkę otępienia krzycząc "niech w końcu nadejdzie ciemność!", po czym spadła w przepaść zapomnienia, nie pozostawiając po sobie nawet echa.
I gdy już niemal przestąpiłem wyblakłe progi śmierci, uścisk na moim gardle poluzował się, lecz nie puścił całkowicie. To jednak pozwoliło mi wrócić. Całym moim ciałem wstrząsnęły gwałtowne dreszcze i potężny kaszel rzucał mną we wszystkie strony, na nowo wprowadzając do organizmu pustkę. Ta biała pustka była jednak ciężka, o wiele trudniejsza do wchłonięcia niż czarna, dłużej więc zajęło mi wypełnienie nią wnętrza. Kiedy atak w końcu ustąpił, pozostawiając cholernie drapiące gardło zdałem sobie sprawę, że w dalszym ciągu jestem trzymany na smyczy, a mój grzbiet nieustannie jest wypychany przez znajdujące się pode mną byty. Było mi już jednak wszystko jedno. Żyłem.
Biel jakby odrobinę wyblakła, nie raniąc mnie dłużej. Parę chwil zwlekałem z otworzeniem oczu bojąc się, że gdy to zrobię znowu oślepi mnie światło, lecz nic takiego się nie stało. Mrugnąłem. Widok nie zmienił się. W dalszym ciągu otaczało mnie bezkresne pustkowie w kolorze mleka, teraz jednak bardziej przyswajalne. Wyciągnąłem przed siebie prawą przednią łapę i w spokoju zacząłem się jej przyglądać. Biała, zakończona długimi pazurami. Czy aby na pewno moja?
Nie dane było mi się nad tym długo zastanawiać, ponieważ poczułem jak lina na moim gardle odrobinę się napięła, a w efekcie ciało zaczęło powoli obracać. Miałem wrażenie jakbym przekręcał się jak ten świniak na rożnie całe wieki, choć umysł podpowiadał, że było to zaledwie parę sekund. Kiedy jednak w końcu to, co wcześniej prawie doprowadziło do mojej śmierci przestało ciągnąć, poczułem jakieś uczucie. Pierwsze od dawna, tak upragnione i wyczekiwane uczucie. Chwilę zajęło mi oswojenie się z nim i zdanie sprawy z jego znaczenia. Zaskoczenie.
Ogłupiały wpatrywałem się w białą otchłań pode mną, wytężając oczy w poszukiwaniu czegokolwiek. Spodziewałem się zobaczyć choćby blokującą moją wolność linę na gardle, lecz nie ujrzałem nic. Tylko niekończącą się biel, spływającą w dół daleko poza zasięg mojego wzroku, ucinającą na nowo budzącą się we mnie nadzieję ostrzem najbardziej śmiercionośnym ze wszystkich. Nie do końca zarejestrowałem spływające mi po pysku drobne łzy, które znacząc boleśnie dwa gorące tory po obu stronach nosa, docierały na jego skraj, parę sekund trzymały się na nim ostatnimi resztkami siły, by po chwili spaść w otchłań, bez jakiejkolwiek szansy na ocalenie. Podążałem za nimi zmęczonym wzrokiem dopóki tylko mogłem, do punktu gdzie zlewały się z przerażającym, trzymającym mnie w niewoli światem i znikały na dobre. Płakałem. Płakałem, nie czując smutku. Dlaczego?
Wtem w bramę powstrzymującą spienione emocje od koryta mojego umysłu uderzył potężny taran, wysyłając w moje ciało falę niepowstrzymanych wibracji. Świat, niby wiatraczek dla dziecka poruszony gwałtownym uderzeniem wiatru zaczął kręcić się z szaleńczą prędkością, wirując bez ustanku przed moimi oczami, powodując kotłowanie się wnętrzności, zapętlanie myśli i tak ogromną dezorientację, że nie wiedziałem już gdzie jest góra gdzie dół. Gdzie głowa gdzie łapy. Gdzie rzeczywistość gdzie ułuda. Ułuda. Czyż to nie w niej trwam nieustannie?
Narowiste emocje wypełniły prawie całą przestrzeń mojej głowy, robiąc w niej tumult podobny do pędzącego przez dziedziniec spłoszonego stada dzikich koni. Moje małe ja tkwiło w samym środku tej zdenerwowanej i rozentuzjazmowanej masy, bezradne i spanikowane, próbując łapać falujące naokoło grzywy, by jakoś zapanować nad tym oszalałym chaosem. Miałem bardzo realne wrażenie jakbym raz po raz obrywał kierowanym wściekłością kopytem, był smagany ogonem znudzenia, obijany pomiędzy bokami szczęścia i strachu, gryziony przez poczucie winy i po prostu tratowany przez ten cały koszmar. Nie potrafiłem odróżnić ani jednej emocji, ponieważ zawładnęły mną wszystkie na raz. Nie byłem w stanie powkładać ich do odpowiednich koszulek, ponieważ wszystkie mieszały się z sobą i zlewały w jeden ogromny bałagan. Jeszcze parę minut temu tak bardzo pragnąłem poczuć je na nowo, teraz jednak błagałem, by powrócił utracony spokój. Bym ponownie nie czuł nic.
Byłem już na skraju wyczerpania, kiedy nagle wszystko to, co działo się w mojej głowie zeszło na drugi plan, bowiem przez twardą otoczkę niezdawania sobie sprawy z tego co się wokół mnie dzieje, przedarła się nagła świadomość, że coś pełznie po moich nogach, dotyka brzucha i leniwie wspina się ku głowie, owijając swoje chropowate, lekko kleiste cielsko wokół mojej szyi. W dalszym ciągu otumaniony, mimo iż próbowałem obrócić pysk ku dołowi i spojrzeć, nie mogłem zobaczyć tego czegoś. Tak jakby oczy widziały, lecz sprawunek przekazywany do mózgu był niszczony przez dezorientację już na starcie i w efekcie docierał bardzo zniekształcony, a wręcz niewidoczny. Toteż zamiast kierować te skrawki uwagi na wzrok, skupiłem się na dotyku i już po chwili byłem pewny, że to te same byty, które wcześniej szturchały mój grzbiet. Przełknąłem ślinę, gdy jedno z nich złapało mnie mocno za pysk, najwyraźniej nie zamierzając puszczać. Był to jednak bodziec, który pozwolił mi niejako przejąć kontrolę nad wrzeszczącym cyrkiem w mojej głowie, ponieważ na pierwszy plan przepchnął się przede wszystkim niepokój i strach, depcząc stłoczoną resztę, jednocześnie doprowadzając do przynajmniej połowicznego ładu i składu. Dzięki temu mogłem w końcu uwolnić swój umysł od przytłoczenia i ujrzeć to, co znajdowało się pode mną w jasnej, klarownej postaci. Nie przeciągając nadejścia tego momentu, czując zbliżającą się z każdą chwilą panikę szarpnąłem głową, luzując trzymające mnie więzy i spojrzałem w dół. I to był pieprzony błąd.
Języki. Rozciągające się wzdłuż i wszerz falujące morze pierdolonych języków, wijących się jak tłuste larwy o różnych kształtach i wyglądzie. Każdy z nich był inny; jeden popękany jak spieczona ziemia, inny obłożony grubą warstwą białej substancji, kolejny pokryty bladymi, obleśnymi plamami. Wszystkie oplatały się nawzajem, wiły i skręcały w splotach, nieustannie poruszały, tworząc niedające się ogarnąć wzrokiem upiorne pole niespokojnego robactwa, wyciągające ku mnie swe głowy, dotykające mego brzucha, ślizgające się po gardle i pysku, sklejające moją sierść produkowaną przez nie gęstą, lodowatą śliną.
Żołądek z prędkością światła podjechał mi do gardła i obrzydzenie wypchnęło z niego obfitą rzekę wymiocin, która pobrudziła białe włosy na mej piersi i z chlustem opadła na podekscytowane w dole języki, spływając po ich chropowatej powierzchni z iście wstrętną niespiesznością. Smród wypełnił moje nozdrza a ściśnięty wstrętem przełyk palił żywym ogniem, lecz mój umysł nie zdołał zwrócić uwagi na te...drobiazgi, w porównaniu do rozciągającego się pode mną widoku i jedyne co mógł zrobić, to nakłanianie organizmu do kolejnych odruchów wymiotnych, pomimo tego że opróżniony żołądek nie miał już czego wyrzucać. Tak bardzo chciałem zamknąć wytrzeszczone oczy, pragnąłem tego jak nigdy wcześniej w życiu, lecz nie byłem w stanie tego uczynić. Prosiłem, aby dobiegające z dołu mlaskające odgłosy ucichły, niestety nie mogłem dokonać niczego, żeby to zmienić. Walczyłem z trzymającymi mnie niewzruszonymi narządami, ale moje słabe zrywy były niczym przy ich sile. Błagałem, by to piekło zniknęło, by cokolwiek mogło wybudzić mnie z tego koszmaru, jednak nieustannie w nim trwałem.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że cały ten pokurwiony świat ułudy od samego początku uniemożliwiał każdą moją chęć. Każdą. Nawet. Najmniejszą. Chęć.
Już nie może być gorzej...
Prawda?
Kolejne języki dotarły w pobliże moich rzucających się desperacko w bezsilnym akcie sprzeciwu łap i bezlitośnie oplotły się wokół nich, zmuszając mięśnie do zaprzestania walki. Powoli, jakby delektując się dotykiem i świadomością, że jestem zdany całkowicie na ich łaskę, zaczęły piąć się ku górze, coraz wyżej i wyżej, sunąc po moim ciele, wijąc się między sobą i mocno przylepiając do mojej skóry. Coraz bardziej zacieśniając swe sploty, zupełnie jak węże dusiciele mające w swej władzy życie ich ofiary. Całą moją istotą wstrząsały nieustanne dreszcze obrzydzenia, moje palące gardło jakby zapadło się w sobie, a panika zdążyła na dobre zagościć się w moim wypełnionym chaosem umyśle. Myślałem, że nie jestem w stanie wycisnąć z siebie już żadnych łez, jednak one nie przestawały spływać, mocząc chropowatą powierzchnię pokrytego bielą języka trzymającego mnie za pysk. Czułem jak żelazna lina, która połączyła siły z tą zaciskającą się boleśnie na moich szczękach napina się odchylając moją głowę coraz bardziej do tyłu. Czułem jak narządy mnożą się, napływają kolejnymi falami, tym samym pokrywając coraz większą połać mojego ciała, niespiesznie zmierzając ku odsłoniętej przez trzymające mnie już wcześniej języki szyi. Czułem obezwładniający strach, ból i niedające się zaspokoić pragnienie powietrza, napędzane lękiem i moją fobią.
I nagle wszystko zniknęło, nawet cała ta niesamowita biel, którą na powrót zastąpiła czerń i pustka. Oszołomiony wpatrywałem się w mrok, niezdolny do żadnego ruchu, żadnej myśli. Gapiłem się w jedno i to samo miejsce, zbyt zdezorientowany by w pełni zdać sobie sprawę co się właśnie wydarzyło, zbyt skołowany na wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków. Jedyne, co w tej chwili w pełni do mnie docierało to to, że ten chrzaniony koszmar się skończył. Chociaż...niezupełnie. Lecz byłem zbyt szczęśliwy i pełen ulgi, aby przejmować się ciągłym tkwieniem w świecie bez ograniczeń. Odłożyłem więc troski i zachłysnąłem się uczuciem nieważkości i tak upragnionej wolności, dryfując w bezmiarze czarnego pustkowia, pozwalając zmęczonym mięśniom na jakże wyczekiwany odpoczynek. Przymknąłem powieki, wsłuchując się w wyraźne bicie mego serca, powoli uspokajając trzęsące się jeszcze wnętrze i zapewniając rozedrgany umysł, że wszystkie pieprzone języki diabli wzięli. Gdzieś na jego skraju przycupnęła nieśmiała koncepcja, że upiorne pole w dalszym ciągu faluje daleko pode mną i czeka, bym na nowo osiadł na jego plonie, jednak gdy tylko doszła do głosu na pełnej krzyków rozprawie w mojej głowie, zaraz kopniakiem posłałem ją w otchłań, zbyt przestraszony i pełen nadziei, by roztrząsać tę kwestię. 
Kiedy ponownie otworzyłem oczy, czerń zastąpiła rozciągająca się przede mną paleta tysięcy kolorów rzeczywistego świata, tak piękna, tak utęskniona, tak miła dla oka... Czy jednolita szarość chmur kiedykolwiek wcześniej wydawała mi się tak skomplikowaną plątaniną uzupełniających się wzajemnie barw? Czy wyblakłe na tle śniegu szare pnie starych drzew miały wcześniej aż tak wyraziste kształty? Czy poprzeplatana cieniem biel śnieżnego puchu zdawała mi się być kiedyś tak szczegółową i dopracowaną kompozycją? Patrzyłem na otaczającą mnie naturę z szeroko otwartymi oczami zupełnie tak, jakbym dopiero co się urodził lub po wielu latach odzyskał utracony wzrok. Chciałem płakać ze szczęścia i pozwoliłem sobie na to, zbyt oczarowany tak kontrastującym z trzymającą mnie w niewoli jeszcze przed chwilą przestrzenią światem, do którego należałem.
Silny wiatr uderzył w moje ciało i owinął się wokół mnie, wysyłając w głąb mojej skóry lodowaty dreszcz, szepcząc mi do ucha warkocz słów znanych jedynie w jego języku i odgłosów lasu, wędrujących razem z nim przez wiele kilometrów. W pierwszej chwili chciałem stulić uszy, włożyć głowę pod śnieg, zakryć ją łapami, byle tylko oddzielić mój zanurzony w ciszy przez tak długi czas umysł od przytłaczającej i raniącej uszy kakofonii dźwięków, lecz przymknąłem tylko oczy i zacisnąłem szczęki, czekając aż grzmiący śpiew ptaków i ogłuszający szum liści oraz traw złagodnieje i powróci do odpowiedniej głośności, przyswajalnej dla mojego mózgu. Aż ponownie stanie się harmonią. Kiedy to się stało, odetchnąłem głęboko i odchyliłem głowę do tyłu czując jak kąciki mojego pyska unoszą się, jak w mojej piersi budzi się cichy śmiech szczęścia. Nie pamiętam kiedy ostatnio się śmiałem, kiedy byłem tak bardzo ogarnięty ulgą.
Zachłysnąłem się domagającymi się o moją uwagę woniami, które skrywało otoczenie. Wszystkie wtargnęły do mojego nosa z zaskoczenia, przyprawiając mnie o lekki ból i zawroty głowy, które jednak szybko ustąpiły. Wyczułem samego siebie. Delikatną woń skrywającego się wśród roślinności zająca. Częściowo znajomą obecność dwóch innych wilków...i przytłaczający zapach krwi, chyba najbardziej rozpoznawalny ze wszystkich.
Spanikowany, czym prędzej otworzyłem oczy i od razu moją uwagę przykuła intensywna czerwień na pysku. Zamrugałem, czując jak serce ponownie podkręca tempo pracy i przez parę sekund zezowałem na mój nos, ogłupiały i przerażony. Jak mogłem nie zauważyć jej wcześniej? Przez głowę przelatywały mi urywki zdarzeń, znajomych sylwetek...
O mój Boże.
W momencie poderwałem się na łapy, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że przez cały czas tkwiłem w tej samej, bardzo niewygodnej pozycji. Niemal od razu nogi się pode mną ugięły i mało brakowało, bym wylądował pyskiem na ziemi... Albo raczej w kałuży krwi. Udało mi się jednak zachować równowagę i z pewnym trudem, na przekór odrętwieniu odwróciłem się, kierując nerwowy wzrok na znajomą dwójkę wilków, patrzących na mnie z mieszaniną niepokoju, wyczerpania i smutku w oczach. Już miałem odetchnąć z ulgą na widok ich zadowalającego stanu, lecz zaraz mój wzrok opadł na owiniętą pokrwawioną szmatę na nodze Vallieany i cała krew odpłynęła z mojej kufy, a ciałem wstrząsnął zimny dreszcz strachu. Czyżbym to ja to uczynił?
Przeniosłem spojrzenie na stojącego obok wadery podrostka i zmarszczyłem brwi w konsternacji, widząc plamiącą sierść czerwień także na jego ciele. O co chodzi? Co tu się wydarzyło, do diaska? Chciałem jak najszybciej wyrzucić z siebie te dwa nurtujące pytania, lecz podenerwowany głos Vallieany skutecznie zamknął mi pysk.
-Jastes, musimy porozmawiać.- rzuciła okiem na stojącego tuż przy niej smętnego, patrzącego na łapy dzieciaka, po czym z pewnym trudem ruszyła w stronę niskiego, łysego i lichego drzewa, którego niedługie ramiona posępnie zwisały ku ziemi, pod naporem leżącego na nich śniegu. Przez parę sekund wpatrywałem się bezmyślnie w jej oddalającą się powoli sylwetkę, zbyt oszołomiony na jakikolwiek ruch, lecz gdy tylko spojrzała przez bark w moim kierunku z wyraźnym oczekiwaniem, odzyskałem rezon i zamrugałem kilkakrotnie, otrząsając się delikatnie.
-Poczekaj tutaj.- wydusiłem z ususzonego na wiór gardła, kierując te słowa do oklapniętego z nieznanych mi przyczyn szczeniaka, który uniósłszy na mnie pełen wyczerpania wzrok niemrawo pokiwał głową i ponownie spuścił go z powrotem. Uniosłem brew na jego dziwne zachowanie, lecz zmilczałem i podążyłem stronę czekającej już pod drzewem Vallieany. Pierwsze kroki wywołały lekki zawrót głowy, a zastygłe w niewygodnej pozycji ciało ruszało się jak nienaoliwiona maszyna, jednak po dwóch potknięciach i trzech zachwianiach udało mi się dotrzeć w pobliże wadery i z westchnieniem ulgi usadziłem cztery litery na śniegu.
-Nasza sytuacja, mówiąc krótko, jest bardziej niż nieciekawa.- zaczęła wadera, początkowo przewiercając mnie pochmurnym jak burzowa chmura spojrzeniem, po chwili jednak minęło ono moją postać i skupiło się na oddalonym o kilkanaście metrów dzieciaku, który zaraz odwrócił głowę, udając że wcale nie interesuje go nasza rozmowa na osobności.
-Wybacz, że przerwę- zachrypiałem i zaraz zaniosłem się uporczywym kaszlem, który gwałtownie wstrząsnął całym moim ciałem. Mimo iż nieprzyjemny, pozwolił mi jednak odrobinę nawilżyć zasuszone gardło i doprowadzić je przynajmniej do takiego stanu, w którym będę mógł mówić bez wyraźnego dyskomfortu. Dlatego kiedy atak ustał uniosłem głowę, odchrząknąłem i dysząc ciężko starałem się uspokoić oddech, układając wszystkie niewypowiedziane słowa w odpowiedniej kolejności, zbyt zaaferowany by dojrzeć zaniepokojony wzrok Vallieany.
Czułem się okropnie. Euforia i szczęście, które jeszcze parę chwil temu wypełniały mnie całego, zostały przyćmione przez zgoła inne, gorsze doznania. Zmęczone, przytłoczone kolorami oczy musiałem trzymać na wpół przymknięte, by nie podrażniać ich i nie potęgować szczypania. Dźwięki napływające z zewsząd na szczęście ucichły, lecz dochodziły do mnie z dalekiej oddali, jakby odgrodzone grubym materiałem przykrywającym uszy. Wiatr swym chłodnym powiewem raz po raz wysyłał w me ciało zimny dreszcz, który nie powinien był z taką łatwością przedrzeć się przez grubą sierść. Lecz to, co spowodował świat zewnętrzny było tak bardzo nieznaczne, tak miałkie i wręcz przyjemne w porównaniu z tym, co działo się w moich myślach. Odtwarzana w kółko taśma wspomnień. Przypominający się natłok emocji. Pustka. Języki.
-Jastesie?- gdzieś obok zadźwięczał cichy, niespokojny głos Vallieany, który natychmiast przywrócił mnie do rzeczywistości. Spojrzałem na nią z wdzięcznością, po czym kontynuowałem.- Dlaczego mam...krew na pysku, a co gorsza...w pysku? I mały też?- przełknąłem ślinę, mimowolnie kierując wzrok na poważnie zranioną nogę wadery i poczułem jak ponownie oblewa mnie lodowaty dreszcz.
-Czy to przeze mnie?
Lekko zdezorientowana wilczyca podążyła za moim spojrzeniem i kiedy zdała sobie sprawę na co patrzę, błysk zrozumienia pojawił się w jej oku.
-Nie.- ze świstem wypuściłem powstrzymywane powietrze.- Pozwól, że zacznę od początku i w trakcie historii odpowiem na twoje pytania. Wydaje mi się, że tak będzie...najprościej.- skinąłem głową, godząc się na słowa mojej towarzyszki, która czym prędzej odwróciła wzrok od owiniętej szmatą kończyny i przeniosła go na mnie, siadając w miejscu, w którym zamiast śniegu była, mokra co prawda, trawa.
-Mam poważne podejrzenia, że Caiasa...naszego młodego towarzysza- wyjaśniła szybko, widząc moje zdezorientowane oczy. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że przez cały czas nazywałem szczyla albo per "mały" albo "dzieciaku" i puknąłem się w myślach w głowę za swoją ignorancję.- Coś opętało. Jestem tego niemal pewna, tak samo jak tego, że i wycie i spłoszone zwierzęta i iluzja, a przede wszystkim przywiązanie szczeniaka do tej przeklętej maski jest sprawką tego, co w nim siedziało. I siedzi dalej.- zadrżałem i ledwo powstrzymałem się od obejrzenia i upewnienia się, że nic nie skoczy na mnie od tyłu i nie zabije. Opętanie. Jasna cholera.
-Nie mam pojęcia jakie to coś ma powody i co chce osiągnąć z wyjątkiem tego, że pragnie skrzywdzenia Caiasa i cóż, przy okazji również nas. Ta rana to działanie tego demona, istoty...czymkolwiek on jest. Posłużył się Caiasem, zawładnął jego emocjami i ciałem, by mnie zaatakować wtedy, kiedy jeszcze tkwiłam w iluzji. Udało mi się go zatrzymać, przynajmniej na razie, i przywrócić do siebie. Proszę, nie wiń go za to.- kiwnęła głową w stronę luźno opartej na ziemi łapy, po czym przeniosła spojrzenie na szczeniaka i milczała parę chwil, albo czekając na moją reakcję, albo po prostu pozwalając przyswoić mi wszystkie mnożące się informacje.
Jeśli chodzi o mnie, to krótko mówiąc, odjęło mi mowę. W życiu nie przypuszczałbym, że znajdę się w takiej sytuacji, z opętanym bachorem jako towarzyszem podróży. Na samą myśl ciarki mi przeszły po grzbiecie, lecz teraz przynajmniej mogłem sobie wytłumaczyć ciąg dziwnych zdarzeń i to obezwładniające uczucie bycia obserwowanym, kiedy Caias miał drewnianą protezę przy sobie. Właśnie, gdzie się podziała ta cholerna maska? Jak przez mgłę zobaczyłem obraz odrzucającej ją w krzaki Vallieany, na kilka chwil przed wpadnięciem w iluzję i od razu poczułem się spokojniejszy wiedząc, że nie ma jej blisko nas i mając ogromną nadzieję, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.
-Nie będę go winić.- w końcu odparłem, wzdychając ciężko i przymykając powieki.
-Wiesz już, że moim żywiołem jest krew. Ma ona pewne właściwości uzdrawiające, wzmacnia. I tu dochodzę do odpowiedzi na twoje pytanie. Poniekąd zmusiłam cię do wypicia jej, by uwolnić cię z iluzji.- nie bardzo wiedziałem jak na to zareagować. Z jednej strony czułem obrzydzenie. Z drugiej wdzięczność. Gdzieś na skraju świadomości pojawiła się myśl, że ta ułuda musiała być diabelsko mocna, że do wybudzenia mnie z niej potrzebne były aż moce wadery. Chociaż ona wyzwoliła się wcześniej...Może ze względu na ból jaki zadał jej Caias, a raczej siedzący w nim demon?
-Cóż, dziękuję.- powiedziałem po chwili milczenia, chcąc powiedzieć coś jeszcze, lecz nie do końca zdając sobie sprawę co. Słowa zamarły mi na pysku i w efekcie otwierałem go parokrotnie tylko po ty, by zamknąć z powrotem. Vallieana skrzywiła się i opuściła zaczerwienione oczy. Czyżby wcześniej płakała?
-Skąd wiesz jak mały ma na imię?- spytałem, doznając nagłego olśnienia. Wadera przez paręnaście sekund milczała, przyglądając się wystawionej na działanie wiatru zwartej kępie trawy, jakby zastanawiając się jakich odpowiednich słów użyć.
-Moja krew ma również inną właściwość. Jeżeli dostanie się do czyjegoś organizmu...- zawahała się, lecz na tak krótką chwilę, że nie byłem pewien czy mi się nie przewidziało.- mam wgląd do głowy tego kogoś. Widzę wspomnienia, sny, zamiary...Widziałam dzieciństwo Caiasa, jego rodzinę i dom, a także czarną breję, która powoli wspinała się ku jego głowie...To było okropne.- wzdrygnęła się na samą myśl, a ja tylko sposępniałem. Czy miała również dostęp do mojego umysłu? Może i nie miałem najgorszego dzieciństwa, ale świadomość, że wadera mogła zobaczyć te lata płaczu i bólu wprawiały mnie w zażenowanie i strach przed jej oceną. Jednak pal licho wspomnienia z bycia dzieciakiem. Co jeżeli zobaczyła wszystko, co działo się ze mną podczas iluzji? Tego nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi, a co dopiero towarzyszce podróży, z którą dzięki niebezpieczeństwu czyhającemu na każdym kroku nawiązałem nić porozumienia i sympatii.
-Sądzisz, że ta czarna maź, którą widziałaś może reprezentować mieszkającą w Caiasie istotę?- spytałem, chcąc jak najszybciej zapomnieć o wątpliwościach i nasuwających mi się przed oczy wspomnieniach.
Wadera skinęła głową i rozejrzała się jakby w obawie przed mogącą podsłuchiwać obecnością, a ja skierowałem wzrok na bawiącego się wystającymi z śniegu źdźbłami trawy dzieciaka, którego oczy nie odrywały się od trącanych pazurami roślin, lecz lewe ucho było wyraźnie skierowane w naszą stronę. Sam nie wiedziałem czy lepiej by było gdyby usłyszał, czy raczej gdyby dalej tkwił w błogiej nieświadomości. Wiedza mogłaby wywołać panikę albo chęć ucieczki, natomiast jej brak może narazić nas wszystkich na jeszcze większe niebezpieczeństwo.
-Myślę, że powinniśmy powiedzieć młodemu.- stwierdziłem w końcu, po dokładnym rozważeniu wszystkich za i przeciw, które nasunęły mi się na myśl.
-Chyba tak będzie najlepiej.- odparła Vallieana, po chwili ciszy.- Jednak dopiero wtedy, kiedy się uspokoi. Jeszcze strzeliłoby mu coś głupiego do głowy oraz spotęgowało i tak nagromadzony strach...
-Nie wiemy czy w ogóle będzie w stanie się uspokoić, a zwłoka może mieć kluczowe znaczenie w przypadku naszych dalszych losów.- powiedziałem śmiertelnie poważnym tonem.- Co jeżeli usłyszał i już wie? Niewykluczone, że przestałby nam ufać, a to mogłoby spowodować gorsze rzeczy niż ucieczkę.
-To prawda, jednak nie mamy pojęcia czy to, co w nim jest jest w stanie słyszeć i rozumieć. Czy nie lepiej byłoby zataić przed wrogiem, że wiemy z czym mamy do czynienia?
-Cóż, tak naprawdę nie wiemy właściwie z czym mamy do czynienia. Polegamy tylko na doświadczeniach, domysłach i wskazówkach...Jednak masz rację. Chociaż nie możemy wykluczyć, że ten byt, demon czy cokolwiek to jest, jest już świadomy naszych podejrzeń. A w takiej sytuacji nie mówienie dzieciakowi może nas drogo kosztować.- zapadło milczenie. Że też musieliśmy znaleźć się w takim gównie...zdezorientowani, zastraszani, nieprzygotowani i tylko we dwoje zdawaliśmy się nie być wystarczająco silni, by obronić znajdującego się pod naszą opieką szczeniaka i pokonać przyprawiającego o ciarki, niewidocznego przeciwnika. Lecz nie mając wyjścia, byliśmy zmuszeni brnąć w to bagno coraz dalej i dalej, powoli tracąc stały grunt pod nogami i możliwość swobodnego oddechu.
Co robić? Na co się zdecydować?
-Proponuję najpierw wybadać zachowanie małego. Jeżeli wychwycimy w nim jakieś anomalia może posłużyć nam to za dowód...a raczej domysł, że siedzący w nim demon czy jakaś siła aktywnie uczestniczą w jego życiu i zdają sobie sprawę z naszych działań. Musimy zwracać uwagę zwłaszcza na reakcje. Dopiero jak upewnimy się, że nasze obawy są bezpodstawne lub wydarzy się coś co skłoni nas do powiedzenia mu prawdy, zrobimy to.- zadecydowała Vallieana, wcześniej posyłając mi pytające spojrzenie, na które odpowiedziałem szybkim skinieniem głowy, wyrażającym moje poparcie dla tego pomysłu.
-Prawdopodobieństwo, że usłyszał naszą rozmowę jest bardzo niskie, lecz nie wykluczone, dlatego  nie okłamujmy go, że wszystko jest w porządku, lecz mówmy prawdę pod niejasną postacią. Może lepiej to przyjmie.- wymruczałem zamyślony.
-Zgoda. Pomyślałam wcześniej, że dobrze byłoby dotrzeć do Centrum, a mówiąc wprost- do Biblioteki. Nawet jeżeli w księgach nie znajdziemy odpowiedzi na nasze pytania, nie mamy za bardzo innej, lepszej możliwości.- przerwała, dając mi sposobność do wypowiedzenia sprzeciwu czy wątpliwości, jednak ja milczałem, w pełni się z nią zgadzając. Widząc to wadera skinęła mi głową, po czym kontynuowała- Nie sądzę także, by podróżowanie w trzy osoby było najlepsze, dlatego...
-Powinniśmy znaleźć patrol i się podpiąć- wszedłem jej w słowo, będąc pewnym tego, co chce powiedzieć. Nie myliłem się, ponieważ na zmartwionym obliczu Vallieany pojawił się delikatny uśmiech, a w jej wypełnionych strachem, bólem i niepewnością oczach zalśnił błysk determinacji.
-Widzę, że całkiem nieźle się rozumiemy.- stwierdziła tylko, po czym syknęła i skrzywiła się, ponieważ nieświadomie zahaczyła zranioną łapą o leżący tuż obok sporej wielkości kamień.
-Może trafi nam się ktoś ze zdolnością uzdrawiania- wyraziłem swoją nadzieję, ze smutkiem patrząc jak wadera zaciska zęby i szybko opuszcza powieki, starając się powstrzymać jęk bólu.
-Oby- odparła z zamkniętymi oczami, stopniowo rozluźniając nagle zaciśnięte mięśnie i wygładzając delikatny grymas na pysku.
Tak, nasza trójka z pewnością była zbyt słaba na obronienie się przed tajemniczym wrogiem. Opętany szczeniak, ranna wadera i podatny na iluzje, zawieszający się basior...zdecydowanie nie brzmi to jak drużyna marzeń, z którą ktoś chciałby ramię w ramię iść do walki, a tym bardziej wędrować z niebezpieczeństwem wytyczającym  drogę. W tej chwili mogliśmy tylko modlić się, by nieprzyjaciel nie ponowił ataku, inaczej byłoby z nami, mówiąc w najprostszych słowach, po prostu źle.
Co pragnie osiągnąć? Do czego dąży? Do zemsty? Zapewnienia potrzeb życiowych? Znalezienia sobie rozrywki i prowadzenia okrutnej gry? Jeżeli nasze teorie były prawdziwe, iluzje zostały zesłane właśnie przez niego. Na samo wspomnienie bycia powoli pochłanianym przez obryzgane wymiocinami języki, poczułem falę obrzydzenia i ogarniającą mnie panikę. Zadrżałem. Raz. Drugi. Trzeci. Przypomniałem sobie żelazny uścisk na szyi, który niemal doprowadził do mojej śmierci.  Świadomość, że moja pierś nie unosi się w poszukiwaniu oddechu. Niemającą początku ani końca czerń. Torturująca oczy gęsta biel. Pustkę.
Przytłoczenie.
Ból.
Strach.
Wstręt.
Rozpacz.
Bezradność.
Byłem pewien, że te obrazy malowane przez wspomnienia nie opuszczą mnie aż do śmierci. Jednak czy to ważne, kiedy nie wie się, czy dożyje się następnego dnia?
Ważne, by przeżyć. By zapewnić innym bezpieczeństwo. By powstrzymać potwora. Obierz to sobie za cel, Jastesie i dąż do niego dla dobra wszystkich.
Czułem jak kiełkują we mnie nowe pokłady determinacji, woli do walki i chęci poznania rozwiązania zagadki. Pojawiła się również złość, podsycana wracającymi co róż wspomnieniami, widokiem cierpienia Vallieany oraz wyczuwalnym nawet stąd strachem Caiasa.
-Wracajmy do młodego i przedstawmy mu plan.- zaproponowałem, a wadera w odpowiedzi wstała, unosząc zranioną łapę i westchnęła cicho.
-Tak bardzo chciałabym, by ten koszmar już się skończył.- wyznała, gdy lekko podparłszy ją, za wcześniejszym zapytaniem o pozwolenie, zaczęliśmy powoli zbliżać się ku czekającemu z niecierpliwością podrostkowi.
-Zgadzam się całkowicie. Niestety jednak nie wygląda na to, by miało się to stać w najbliższym czasie.- odparłem, dbając o to, by pozbawić te słowa jakichkolwiek odcieni emocji, zmęczonym wzrokiem patrząc na kołyszące się przed nami drzewa.
-Z polowania nici. - ponownie odezwała się Vallieana, a ja dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak bardzo głodny jestem. Faktycznie, wycie, zwierzęta... Skutecznie przeszkodziły nam w tropieniu zwierzyny. - Pędzące stado na pewno przepędziło wszystko, co tylko ma nogi. - dokończyła zrezygnowanym tonem, a mój żołądek na te słowa jęknął z rozpaczy i miałem wrażenie jakby w akcie sprzeciwu przekręcił się w jedną i w drugą stronę.
-Może złapiemy coś po drodze. Ale na razie czeka nas wymagająca rozmowa z Caiasem. - mruknąłem, obserwując unikającego wzroku dzieciaka. Wadera odpowiedziała milczeniem.


<Vallieana? Pod długim czasie oczekiwania>

Słowa: 5037 = 576 KŁ

niedziela, 26 kwietnia 2020

Od Vallieany CD. Jastesa

Biegnij...
Biegnij... 
Oddychałam znacznie ciężej niż nakazywał zdrowy rozsądek i doświadczenie. Jednak nie panowałam nad tym. Kiedy moje serce pulsowało w panice, a krew w uszach huczała niczym wodospady, ja podświadomie czułam jak moje kończyny samoistnie się poruszają, niszcząc mięśnie. Czułam jak przerażająca cisza opadała na las.
Gdzieś z tyłu zaryczał jeleń, który jednym kopniakiem złamałby mnie w pół, potem w powietrze wzbił się przerażony ptak, napadając skrzydłami na rozedrgane gałęzie dzikich malin. Jednak czułam ciszę. Bynajmniej nie wyciszenie.
Zamrugałam ponownie, aby nawilżyć dotychczas szeroko otwarte oczy, smagane wiatrem. Intuicyjnie zwróciłam pysk delikatnie w lewo, gdzie masywna, ciężka masa sunęła tuż przy moim boku. Widziałam go.
Biegnij, Vallieano... 
Widziałam też jak Jastes po mojej prawej kręci dookoła głową, szukając możliwej drogi ucieczki przed spłoszonymu zwierzętami, jednak te jakby zaczęły nas otaczać od tyłu. Co szybsze osobniki różnych gatunków zaczęły pojawiać się w zasięgu wzroku, a te biegnące za nami niemal sapały mi na kark.
Biegnij...
Jasnowłose szczenię wpatrywało się w nieokreślony punkt przed siebie. Oczy błyszczały mu przerażeniem, a łapy raz za razem odbijały drewnianą maskę, utrudniając mu poruszanie.
Czy to tak umrę?
Vallieana, nie panikuj. Nie umrzesz.
A jeśli zginę?
Zamknęłam na chwilę pysk, jednak ten zaraz sam się otworzył, nie pozwalając organizmowi się udusić. Chyba tylko magia utrzymywała mnie wtedy przy życiu. Inną kwestią był widocznie wymiękający szczeniak, który zwrócił na siebie naszą uwagę dopiero kiedy głośno pisnął, a jego ciało zostało z tyłu.
- Potknął się...- wyszeptałam, gwałtownie orając ziemię pazurami. Zatrzymaliśmy się jak oparzeni, zupełnie ignorując biegnącą w amoku wprost na nas falę wszelkiego rodzaju zwierząt. Mimo mroczków przed oczami, doskonalne widziałam jak biały basior posyła w kierunku zwierząt potężny podmuch wiatru, jednak wyłapałam również czarny cień wyrastający na samym przedzie pochodu, który natychmiast się rozstąpił w obie strony.
Doskoczyłam do malca, a mocny ruch powietrza zmierzwił mi futro.
Młodzieniec podniósł łepek, a wyraz jego pyska był tak żałosny, że sama bym się nad nim rozkleiła. Był głodny, wymęczony i najwyraźniej coś innego również postanowiło dodatkowo go obciążyć.
Maska.
Ta pierdolona maska.
- Potknąłeś się o nią- rzuciłam bez ogródek, a drżenie mojego głosu poruszyło całym ciałem. Zarówno jego, jak i moim. Już widziałam, jak chce zacząć kręcić głową i krzyczeć, jednak nie pozwoliłam mu nawet się wtrącić- Tylko nas spowalnia, poza tym cuchnie złem na kilometr. Zdejmij ją.
Niebo jakby zaczęło ciemnieć, a las ponownie zastygał w milczeniu. Nie widziałam kiedy złotooki stanął tuż obok mnie.
- Nie możemy tu zostać- warknął, rozglądając się, natomiast na pysk szczeniaka wpłynął tak brzydki grymas gniewu, że cały żal dotychczas wpływający pomiędzy każdą moją myśl niczym ciesz, nagle zmienił się w parę.
- To się stąd wynoście, sam sobie dam radę!- wrzasnął. Lodowaty, piszczący głosik dotknął mnie w taki sposób, jakiego jeszcze chyba w swoim życiu nie czułam.
Doskonale widziałam też, jak źrenice mojego towarzysza niebezpiecznie się zwężają, a długie pazury wbiają w ziemię. Nawet nie tyle widziałam, co poczułam.
Pokręciłam gwałtownie głową, jakby coś lepkiego przykleiło mi się do skroni.
Zobaczyłam Vernona, który stał wyprostowany za najmłodszym basiorem, jednak nikt inny go najwyraźniej nie widział. Czerwone oczy miał zmrużone, nieruchome, jednak wielki łeb kręcił się lekko na boki... aby po chwili zmienić się w rozmazaną plamę.
Nie. Takie rzeczy się nie zdarzały.
Nie zawahałam się więc, kiedy postanowiłam złapać zębami po skórzany pas i gwałtownie zerwałam przedmiot z szyi szczeniaka. Nie zawahałam się też, kiedy odrzucałam protezę, aby zniknęła nam z drogi choć na chwilę.
Zawahałam się dopiero, kiedy podejmowałam decyzję co powinnam zrobić z małymi zębami próbującymi dopaść przez grube futro mojej szyi. Dopadł.
Świat mi się rozjaśnił w mgnieniu oka dopiero kiedy silne szczęki Jastesa oderwały ode mnie młodzeńca i rzuciły nim o najbliższy kamień, przypadkiem lub nie. Z niewielkiej głowy zaczęła sączyć się plama obrzydliwie czerwonej posoki, a zaszklone oczy zamarły.
Stanęłam tam jak wmurowana, czując każdym fragmentem ciała jego krew. Mój instynkt samozachowawczy rozpoczął wojnę z poczuciem sprawiedliwości, a także zerdinowskim genem, który jakby chciał rozerwać każdą komórkę ciała.
- To nie była jego wina, wiesz o tym... musimy jak najszybciej stąd odejść- wypowiedziałam szybko, przeskakując z nogi na nogę. Coś we mnie wrzało i wyraźnie pragnęło naszej krzywdy. Spojrzałam w oczy Jastesa, gubiąc te kulturalne słówka, którymi darzyliśmy się jeszcze godziny temu- Dziękuję ci, ale proszę, musimy go uratować.
Potok słów jaki z siebie wylewałam nawet przez chwilę nie wzbudził we mnie zażenowania. Byłam czysto przerażona, w dodatku coś krążyło między nami, a wręcz w nas, jak trucizna. Chciało nas zastraszyć i dobrze mu szło.
- Mamy go teraz dźwigać?- ani na chwilę nie spuściłam wzroku z jego oczu. To pytanie nie było ani złośliwe, ani wytykające. On pytał. On też nie rozumiał.
- W razie konieczności porzucimy go- obiecałam, rozglądając się w końcu po lesie tonącym w ciemnościach. Przez cały czas na granicy mojego spojrzenia widziałam czarnego, masywnego basiora, który kiwał ostrożnie głową na boki. Kiedy jednak chciałam na niego spojrzeć, ten się rozpływał.
Dziwny paraliż jakby odcinał ode mnie logiczne myślenie, jakim więc było dla mnie wysiłkiem, zdać sobie sprawę, że to nie mógł być koniec świata.
- Ta ciemność… i cisza…- wymruczałam, kiedy opierzony wilk stał koło mnie zdębiały. Jakby sam nad sobą tracił kontrolę. To się działo. Straciłam wątek. Raz, drugi i trzeci.
Wszystko było tak dziko ciche i nieruchome, za razem słyszałam zmodulowany śpiew ptaków, gdzieś nade mną pojawiło się niebieskie niebo, chociaż wpatrywałam się w ziemię.
Nagle do mojej głowy napłynęły obrazy ciepłej chatki, szczupłej, zmęczonej wadery, pachnącego posiłku. Gdzieś z boku przemknął srebrny basior, jednak uśmiechał się, wadera także. Mieli w końcu śliczne dziecko, silnego synka. Jak oni się kochali. Jak ten młody dobrze dorastał, taki szczęśliwy, napawający swoich rodziców dumą. Potrafił już polować na zające. Może i miał epizody uciekania z domu, jednak nadal byli szczęśliwą rodziną. Tylko czym jest ta czarna breja, w której miał skąpane łapy? Na miłość, tak cuchnęła, w dodatku wspinała się coraz wyżej. Bogowie, pomóżcie mu, to okrutne! A skąd to obrzydlistwo pojawiło się na mnie?! Bogowie…
Vall. Obudź się. To koniec.
Koniec? Koniec czego?
Otworzyłam oczy, wzięłam wdech. Wróciły ptaki, wiatr i słońce. Wrzasnęłam. Tak głośno, jak mocno pociągnęły mnie za sobą negatywne emocje i iluzja. Jakby łamali mnie na żywca.
Natychmiast spróbowałam oderwać się od podlotka, który z taką namiętnością rozrywał mi łapę, powodując niewyobrażalny ból. Kontynuowałam wrzaski, kłócące się z jego warczeniem. Trzymał zębami i ciągnął w swoją stronę, a ja miałam wrażenie, że zechce mnie zaraz pożreć żywcem. Nie mogłam mu pozwolić na dalsze ruchy i próbowałam odzyskać kończynę z uścisku. Rzuciłam się na bok, wściekle ujadając, przy okazji odsłoniłam brzuch, jednak ten uparcie trzymał. Tego, że w najbliższym czasie niczego z tą łapą nie zrobię byłam pewna. Kość poorana śladami zębów była na wierzchu, żyły zostały poprzecinane, gdzieś z boku leżał jakiś kawał mojej białej skóry. Ale nie mogłam zginąć.
Przewaliłam się na brzuch w ten sposób, że ranna kończyna była pode mną. Gdy tylko młodzieniec się nachylił, zaciskając szczęki na resztkach mojej łapy, złapałam go za kark z całą pozostałą siłą i pociągnęłam ku ziemi. Nie puszczał, nawet nienaturalnie wykręcony. W tej pozycji przynajmniej miałam dostęp do jego brzucha. Bez chwili zastanowienia poderwałam się z głośnym krzykiem na zdrowe nogi i złapałam jego pachwinę. Młody skulił się z piskiem i histerią w oczach gwałtowniej, niż się spodziewałam. W końcu jednak do niego dopadłam i siłą przytrzymałam łeb przy ziemi.
- No już, uspokój się, Caias- rozkazałam szybko, zdrową łapą zakrywając mu oczy, na drugą bałam się spojrzeć- Czy ta wilczyca to twoja mama? Jest prześliczna. Naprawdę, piękna i… auć!- syknęłam, zaciskając zęby, kiedy mimowolnie się poruszyłam. Szczeniak próbował się szarpnąć, nawet warknął, ale był już mój. Wzięłam ciężki oddech i przyciszyłam ton- Nie przejmuj się, Caiasie, nic się nie stało. A ten tam to twój tato, prawda? Są razem bardzo ładni. Muszą cię kochać- wyszeptałam, poluźniając uścisk- Też ich bardzo kochasz. Nie przejmuj się, teraz się pewnie o ciebie martwią, ale to jest w porządku, niedługo się z nimi spotkamy. Zobaczysz swoją rodzinę. Teraz leż spokojnie, dobrze?- spytałam cicho, przykładając nos do jego czoła w miejscu, w którym wcześniej widziałam poważny uraz głowy. W końcu był czysty i zrelaksowany.
Wstałam powoli, stękając z bólu. Ryczeć musiałam zacząć razem z napływającymi do głowy wspomnieniami szczeniaka, kiedy ten w końcu dopadł się do mojej krwi, bo teraz po prostu lały się po moich polikach. Nie chciałam patrzeć na łapę, więc po prostu ją podciągnęłam, jęcząc przy tym jeszcze gorzej. Moim priorytetem było uwolnienie Jastesa z iluzji.
Kiedy doczłapałam do białego wilka, skrzywiłam się jeszcze bardziej, a łzy, które męczyły mnie przez cały czas, przybrały na sile. Wilk leżał przyklejony do podłoża z przerażonym spojrzeniem, odsłaniał zęby, a pazury wrzynał w ziemię. Wyglądał jak zając, którego zaraz coś ma dopaść. Jakby był gotowy na śmierć.
Zaryczana usiadłam obok niego i bez problemu wsadziłam mu pysk w kałużę, która tworzyła się pode mną przy każdym ruchu nogi, a pod którą wyrastała powoli gęsta trawa. Przynajmniej się wzmocni.
- Jastes, proszę, wróć do mnie. Potrzebuję cię- załkałam, walcząc o uspokojenie ciała. Na miłość, jak to bolało- No już, wstań, musimy iść dalej… To tylko iluzja… Wszystko jest już dobrze.
Położyłam się obok, kiedy po grzbiecie basiora przeszedł dreszcz jeden, a za nim drugi. Wilk zaczął szybko mrugać, ale wiedziałam że się uspokaja. Miałam właśnie wgląd do dwóch głów, które przytłaczały mnie swoimi wspomnieniami i uczuciami, ale byłam zbyt wyczerpana, aby je przyswajać. Pozwoliłam, aby przelatywały, przy okazji musiałam ułożyć sobie to, czego zapomnieć nie mogłam.
- Vall..?- młody nagle podniósł głowę. Przestraszony i zagubiony Caias. Nie wiem czy od początku naszej "znajomości" był choć raz tak trzeźwy i dojrzale wyglądający jak w tamtej chwili. Ze strachem w oczach i krwią na całym pysku. Przynajmniej on dobrze się odżywił.
- Idź znajdź jakieś szmaty- powiedziałam poważnie, chociaż już nawet nie miałam ochoty udawać, że jestem jakkolwiek groźna i że mam panowanie nad głosem- Zapytaj kogoś, czy coś. Byle jak najszybciej i wróć sam.
I nie odpowiedział, tylko odbiegł. Odetchnęłam i spojrzałam na miejsce, w które odrzuciłam maskę. Podczas całej tej szamotaniny trochę się odsunęliśmy od przerażającego przedmiotu. Może i lepiej, że nie muszę na nią patrzeć- pomyślałam.
Jak wywnioskowałam, maska pojawiała się w życiu młodego od samego początku, jednak zamaskowany wilk nie mógł być jego ojcem. Przede wszystkim krew Caiasa była czysta, po drugie jego biologiczny ojciec nadal żył, po trzecie nie byłam pewna, czy zamaskowany w ogóle jeszcze żył, kiedy młodziak został poczęty. Przywiązanie do maski było tylko iluzją, stworzoną przez kogoś, kto miał powiązanie z zamaskowanym. Jeszcze inną kwestią było to, że zamaskowany wilk, był zamaskowanym wilkiem, natomiast to Caias był wyznaczony na wilka z maską. A przecież "wilk z maską nie kończy dobrze". Westchnęłam, świadoma tego, jak wiele rzeczy było przed nami ukrytych, nie mniej jednak poczułam się spokojniejsza na duchu. Na chwilę cokolwiek co opętało młodego, odeszło, chociaż nie miałam pewności na jak długo, skoro weszliśmy mu w drogę. Jego przekaz również był niejasny, chociaż miałam wrażenie, że nie zdziwiłoby mnie coś tak prymitywnego, jak zemsta.
Na samym początku musimy dorwać się do Centrum, może nawet powinniśmy się podłączyć pod jakiś patrol, bo spacerowanie we trójkę jakoś mnie przerażało. Potem droga do biblioteki. Stamtąd się okaże.
Uporządkowywanie tego pozwoliło mi się zająć czymś na tyle, że kiedy kolorowooki zdążył wrócić z jakimś płóciennym materiałem w zębach, po moich łzach zostały tylko szlaki na ciemnym futrze, a magia w moim ciele walczyła z otwartymi naczyniami i zmarnowaną krwią. Mój bezruch jej pomagał, nawet trochę odcięła ból.
- Dziękuję- wymruczałam i delikatnie uniosłam łapę z grymasem. Się naodpoczywałam- Weź owiń, tylko szybko, nie pieść się proszę, bo i tak będzie bolało.
Młody skinął łebkiem, po czym narzucił mi na kość szmatę i rzeczywiście bez krztyny delikatności wykonał moje polecenie. Kiedy skończył, ja zaciskałam zęby na zdrowej nodze, a ogonem zdążyłam zamieść całe poszycie lasu w jego zasięgu.
W końcu odłożyłam nogę na ziemię, dopiero wypuszczając powietrze z płuc.
- To powinno trochę wspomóc gojenie, bo przynajmniej więcej krwi się zachowa- mruknęłam zmordowanym głosem, a Caias bez słowa usiadł tuż obok mnie, przytulając się barkiem do mojego boku. Miałam ochotę zapytać jak wytłumaczył ten brudny pysk, jednak jego głowa była opuszczona, a wzrok uciekał gdzieś na bok. Postanowiłam dać mu spokój.
Minuty mijały, las się uspokoił razem z nami i wtedy w końcu Jastes podniósł głowę. Wbiłam wzrok w jego zdrętwiałe ciało i lekko się odsunęłam, przy okazji zmuszając Caiasa, aby wstał. Westchnęłam. Że też się wplątaliśmy w coś takiego. Tracenie kontroli, iluzje, prześladowania.
Najgorsze chyba było to, że wszystko co zrobiliśmy, było za nami… A co jeszcze miało stanąć nam na drodze? Czy w ogóle coś osiągnęliśmy?
Czułam, jak nerwy odbijają mi się na kręgosłupie i prawej łapie dreszczem oraz pulsującym bólem.
- Jastes, musimy porozmawiać.


<Jastesie? Oczywiście, że nudzie mówimy: nie c:>


Słowa: 2094
Layout by Netka Sidereum Graphics