Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leonardo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leonardo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2019

Małe zmiany w liczbie członków

Z przykrością informujemy, że z dniem dzisiejszym opuszczają nas: Valion, Leonardo, Warper i Elaine








Oprócz nich, z decyzji autorów, zawieszeni zostają:

Arian
Askalio
Lysander
Nevt
Renaya

Przez pewien czas nie będą się pojawiały opowiadania od nich, jednak ich wizerunki i imiona nadal są traktowane jako zajęte - autorzy mogą w każdej chwili zadecydować o powrocie tych postaci "do życia" ;)


~ Spero

czwartek, 9 maja 2019

Od Leonarda CD. Renayi

Ledwie zdążyłem zareagować, zanim poczułem jak grunt osuwa mi się spod łap, a ogień który dawał nam światło gaśnie, porzucając nas w otchłani mroku. Rzuciłem się mimowolnie w przód, próbując wyczuć w ciemności pod łapami stabilny grunt, na którym mógłbym się utrzymać, ale zanim udało mi się tego dokonać, runąłem w dół razem ze skałami, na których stałem jeszcze chwilę temu. Wszystko działo się dosłownie w ułamku sekundy, zanim poczułem jak zanurzam się w lodowatej zimnej, wciągającej mnie wgłąb siebie pod wpływem uderzenia wodzie. Ogarnął mnie nagły, nieopanowany lęk, próbowałem młócić łapami, aby wynurzyć się na powierzchnię, lecz miałem wrażenie że coś ściąga mnie jeszcze głębiej w otchłań nicości, w której czekał on. Ostrzegał mnie, abym nie zbliżał się do wody. 
Coś uderzyło mnie w bok tak mocno, że straciłem dech. Moje płuca wypełniła klująca lodem ciecz i już czułem jak odlatuję, gdy nagle coś mocno szarpnęło mnie ku górze. W jednej chwili znalazłem się na powierzchni i nagle poczułem pod łapami stabilny grunt, na nowo zaczynając przebierać ociężałymi łapami, by całkowicie wynurzyć się z wody. Krztusząc się jeszcze ostatkami tego, co dostało się do moich płuc upadłem na chłodną, kamienną powierzchnię. Wreszcie mogłem zaczerpnąć powietrza po panicznej walce o życie. 
– Jesteś cały? – usłyszałem nad sobą znajomy mi głos. Renaya. Uchyliłem powieki i wyciągnąłem łapę, aby zapalić nad nią mały płomień, który pozwoliłby mi zobaczyć gdzie jestem. 
– Ta. Dzięki. – mruknąłem cicho, dopiero po chwili próbując się pozbierać. Gdybym czuł ból, to zapewne wszystko by mnie teraz rwało, ale go nie czuję, więc jedyne co teraz przeszkodziło mi we wstaniu, to jedna z tylnych łap, na której nie potrafiłem stabilnie stanąć. 
– Jesteś ranny. – odezwała się samica. Właściwie swój stan bardziej wywnioskowałem po jej tonie, w jakim to wypowiedziała, niż z własnych odczuć. Zerknąłem na swój bok, gdzie spomiędzy zabarwionych już na szkarłatny kolor kosmyków skapywała powolnie ku ziemi krew. Oprócz tego również moja łapa, ta na której nie potrafiłem stanąć nie wyglądała zbyt ładnie.
– To nic. Wyleczę jak się stąd wydostaniemy. - Przeniosłem spojrzenie ponownie na waderę, aby skontrolować czy jej nic się nie stało. O dziwo nie potrafiłem dostrzec na jej ciele żadnych ran. – Jesteś cała? – zapytałem bardziej ze zdziwieniem niż troską. 
– Rozszczep atomowy. Naprawdę się przydaje. – odpowiedziała, po chwili znowu poważniejąc. – Przecież nie zajdziesz daleko w takim stanie. – upierała się. Zacząłem się zastanawiać czy to dlatego, że może się martwi, czy raczej dlatego, że wyjście stąd zajmie nam więcej czasu i być może zdążę do tego czasu paść. 
Zaśmiałem się. 
– Spokojnie, bywałem w gorszej formie. Jedyne co teraz mnie męczy to to, że zaraz zamarznę. – mówiąc to powiększyłem swój płomyk tak, aby mógł ogrzać nas oboje. Poczułem miłe ciepło muskające moje futro. 
– Jak możesz być tak spokojny, skoro wyglądasz jakby przetrącił cię niedźwiedź? – miałem wrażenie, że nieco się zdenerwowała. 
Westchnąłem. 
– Nie czuję bólu. – odpowiedziałem niechętnie. – Dobrze, że chociaż ty jesteś cała bo byłabyś zmuszona dźwigać się sama. – wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu. 
– No tak, bo przecież wtedy ty byś tam utonął. –teatralnie odwzajemniła mój gest, ruszając przed siebie, wgłąb jedynej drogi, którą przed sobą mieliśmy. 
Pokręciłem pyskiem na boki, ruszając niezgrabnym krokiem za nią. Oświetliłem długi, kamienny korytarz przed nami, by wiedzieć z czym mamy do czynienia. Zanim się jednak oddaliłem, mimowolnie zerknąłem za siebie, w stronę wody, gdzie jeszcze chwilę temu mogłem zginąć. Podziemne jezioro było duże, a przy jego innych brzegach rozchodziło się wiele tuneli. 
Jak długo zajmie nam odnalezienie wyjścia? Jakby na potwierdzenie mojego niepokoju usłyszałem gdzieś w oddali cichy odgłos, jakbyśmy nie znajdowali się tutaj sami. 

<Renaya?>

Słowa: 580

niedziela, 5 maja 2019

Od Leonarda CD. Renayi

Mimowolnie zaśmiałem się, słysząc końcówkę jej opowieści o tym, jak załatwiła tamtych kłusowników. No proszę, nie dość że posiada charakterystyczny wygląd, to jeszcze ciekawy charakter. Nie miałem w założeniach zawierania znajomości, ale może jednak zrobię wyjątek? Przynajmniej nie będę się nudził, a myślę, że możemy się fajnie dogadywać z tą czarnulką.
– No dobrze. – Zacząłem, próbując zebrać myśli o tym, co w ogóle mógłbym opowiedzieć o swojej historii. Nigdy nie lubiłem sobie jej przypominać. Mimowolnie opuściłem na chwilę wzrok, spoglądając w ziemię, by po chwili zacząć opowiadać. – Jak już wcześniej wspominałem, pochodzę z dosyć daleka. Ziemie, z których przybywam zwą się wyspami wilczych plemion. To tam dorastałem, z początku w Plemieniu Ognia, pod okiem przydzielonego mi przez alfę mentora. Kiedy ten zniknął, wszystko zaczęło się psuć. Z nienawiści do wilków o innym żywiole niż ten panujący w danym Plemieniu prawie zginęła moja siostra bliźniaczka, która zresztą i tak później mnie zdradziła i zostawiła. Stałem się alfą nowego, stworzonego przez siebie plemienia, chcąc pogodzić w przyszłości wilki ze wszystkich plemion, o różnych żywiołach. Ich nienawiść do odmiennego zdania była jednak tak ogromna, że w końcu zostałem skazany na śmierć. Straciłem wtedy wszystko. Pozycję, dom... rodzinę. – zacisnąłem szczęki, czując jak na wspomnienie tamtej chwili w ostatnim zdaniu aż drży mi głos. Sam nie byłem pewien czy ze złości czy z żalu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że spoglądam na swoją towarzyszkę, jakby to ona była jednym z tych zdrajców, których nie potrafiłem wymazać z pamięci. Rozluźniłem się i opuściłem wzrok z westchnieniem, by nie poczuła się przez to nieswojo. Gdy ponownie podniosłem na nią ślepia, nie było już w nich ani odrobiny tego wyrazu sprzed chwili. – Oczywiście uciekłem. Wędrowałem po tym tak długo, póki nie znalazłem się tutaj. Postanowiłem zacząć od początku. – dokończyłem już spokojnym tonem, wstrząsając ramionami.
– Przykro mi. To musiało być trudne. – odparła wilczyca, wpatrując się we mnie współczująco.
– Tylko na początku. – skłamałem. Tak naprawdę w każdej chwili, nawet teraz byłem chętny się zemścić. Problem z tym że nie miałem odpowiedniej siły, by móc to uczynić, pozostałem z niczym, a nie było mowy o tworzeniu kolejnego plemienia, zwłaszcza tutaj. Postanowiłem zmienić temat. – Wiesz jak dostałem się na kontynent? – uśmiechnąłem się delikatnie dla rozluźnienia atmosfery. Gdy ta pokiwała pyskiem na boki, kontynuowałem. – Pewnego dnia obudziłem się na pirackiej łajbie, dasz wiarę? – uniosłem jedną brew – Nienawidzę wody, a tak się składa, że o swoim położeniu zorientowałem się dopiero wtedy, gdy na horyzoncie nie było już widać żadnych lądów. Noc przed tym musiałem naprawdę nieźle się bawić, skoro nic nie pamiętam. – zaśmiałem się, mimowolnie kiwając głową na boki. Do tej pory bawi mnie ta historia, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. Przynajmniej mogłem wtedy trochę zapomnieć o tym, co spotkało mnie wcześniej. A piraccy znajomi wcale nie byli tacy źli. No, chyba że ja jestem taki jak oni i dlatego się tak nieźle dogadywaliśmy. Ale to była rozrywka, wspólne rabowanie! Niestety wtedy znowu pojawił się mój największy lęk, ten cho*erny demon, który nie daje mi spokoju. – Pozostawiłem ich okręt, kiedy tylko dotarli do brzegu Królestwa Północy, no i zdecydowałem, że tutaj zostanę. – dokończyłem jednym tchnieniem, z zabawnym uśmiechem na ustach. Poczułem jak ze skaleczonej ostrym kłem wargi spływa mi krew. Często mi się to zdarzało więc po prostu ją starłem, prawie nie zwracając na to uwagi.
Wyjrzałem na zewnątrz, na ośnieżoną, chłodną krainę, którą miałem strzec właśnie teraz, o tej porze, jako nocny strażnik. No ale komu by się chciało podróżować o tej porze i w takiej pogodzie? Chyba musiałby być świrnięty. Ziewnąłem i położyłem się na już częściowo ugrzanej przez własne ciało ziemi.
– Zostaniemy tutaj na noc? – zapytałem leniwie.
– A czy ty przypadkiem nie powinieneś teraz patrolować okolicy? – samica uniosła jedną brew w rozbawieniu, spoglądając na mnie z niedowierzaniem.
– No niby tak. – zaśmiałem się, szczerząc zęby w uśmiechu.

<Renaya?>

Słowa: 628

piątek, 3 maja 2019

Od Leonarda CD. Renayi

Cisnąłem kulą ognia w sam środek jaskini, tak jak chciała wilczyca, by po chwili ujrzeć nagły ruch i trzepot skrzydeł w górnej części jamy. Od razu gdy ujrzałem chmarę lecących w naszym kierunku nietoperzy, podobnie jak wilczyca wyskoczyłem w powietrze, łapiąc ich jak najwięcej w swój pysk. Poczułem jak słodka krew zwierzyny wypełnia moje jakże spragnione podniebienie, ucieszone takim odczuciem po porażce z poprzedniego polowania. Tutaj przynajmniej i ja i Renaya mogliśmy się najeść, nie kradnąc sobie zwierzyny, o którą często walczyłem z samotnikami podczas ostatniej wyprawy. Oboje złapaliśmy wystarczająco dużo małych ofiar, więc już po chwili zabraliśmy się za jedzenie. Teraz w jaskini zapanowała miła cisza i tylko momentami usłyszeć się dało kapanie wody gdzieś głęboko. Kiedy już zaspokoiłem swój głód, usiadłem swobodnie zawijając złocisty ogon wokół swoich łap, oblizując przy tym wargi.
– Że też sam nie wpadłem na ten pomysł. Chyba będę korzystał z niego częściej, bo o normalną zwierzynę dosyć tu ciężko, nie to co na moich wcześniejszych terenach. – zacząłem, przyglądając się samicy swoimi szmaragdowymi ślepiami. Być może robiłem to zbyt intensywnie, jednak nie zwróciłem na to uwagi.
– Pochodzisz z daleka? – zapytała unosząc na mnie wzrok, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo dostrzegłem błysk księżycowego światła w jej czarnych oczach.
– Z bardzo daleka. – „I dobrze“ dokończyłem sobie w myślach. Dobrze, bo nikt mnie tutaj nie zna, chociaż momentami zdawało mi się, że samica z którą właśnie przebywam kogoś mi przypomina. Nie znałem jednak nikogo o podobnym wyglądzie do niej, więc odgoniłem od siebie te myśli. Jej samej również nie znałem, jestem tego pewien. – Wyspa, na której wcześniej mieszkałem nie była tak mroźna jak to miejsce. Była raczej przyjazna dla wilków posiadających różne żywioły, nie za ciepła, nie za zimna. Nie jak to miejsce tutaj. – zadrżałem na samą myśl o chłodnym wietrze i śniegu na zewnątrz. – Nie wiem jak się do tego przyzwyczaję. – wysiliłem się na śmiech, spoglądając na wyjście z jaskini, za którym pomiędzy drzewami iskrzył się biały, zimny puch.
– Wiem co czujesz. – wilczyca uśmiechnęła się krzywo, ale zaraz na jej pysku pojawiła się ciekawość. – Czemu więc tutaj przybyłeś? – zapytała patrząc na mnie.
Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, po czym wstrząsnąłem ramionami.
– Długo by opowiadać. Póki co ty pierwsza miałaś mi o sobie opowiedzieć jak tylko się najesz. – uniosłem jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu, czekając aż zacznie mówić.

<Renaya?>

Słowa: 383

Od Leonarda

Stanowisko straży nocnej było dla mnie idealne – nie musiałem zadawać się z większą ilością wilków, prowadzących dzienny tryb życia, a w razie, gdyby ktoś obcy pojawił się na terenach nowej watahy, mogę go zaatakować, bo przecież nikt nie zauważy. Nie miałem zamiaru tutaj zawierać z nikim bliższych relacji, właściwie chciałem po prostu odpocząć, zobaczyć jak to jest wieść nudne, monotonne życie przeciętnego szaraka. Może to wydawać się dziwne, ale po swojej ostatniej życiowej porażce miałem naprawdę dosyć tego wszystkiego. Nie potrafiłem już ufać innym, bo przecież wszystkich straciłem. Nawet nie byłem pewien tego, co z niektórymi z nich się stało. Czy żyją? Gdzie są? Czy w ogóle o mnie pamiętają? A może sądzą, że umarłem?
To była pierwsza noc po moim dołączeniu, rozmowie z Przywódcą Frakcji oraz przyjęciu wybranego przeze mnie stanowiska. Miałem szczęście, że nikt mnie tu nie znał i mogłem chociaż spróbować zacząć od początku. Przywłaszczyłem sobie jedną z wolnych jaskiń gdzieś na uboczu i to właśnie tam postanowiłem spędzić swój czas w oczekiwaniu na nadejście nocy. Chciałem trochę odpocząć po swojej wyprawie, którą wreszcie zakończyłem i muszę przyznać, że naprawdę szybko zasnąłem. Wydawało mi się, że od naprawdę dawna tak dobrze nie spałem, dopóki nie nadszedł ten sen... Śniły mi się czasy mojego dzieciństwa, gdy szkoliłem się jeszcze w Plemieniu Ognia, a moim mentorem był Ryuketsu. Nie potrafiłem przypomnieć sobie teraz dokładnie tego, jak wyglądał. W moim śnie był rozmazaną postacią, która znika w ciemności, a ja się wtedy budzę. Uniosłem jeszcze zaspane powieki i podniosłem się z zamiarem wyjścia z ciepłej jaskini. Chciałem przejść się jeszcze po terenach, zanim zapadnie zmierzch, aby wiedzieć mniej więcej czego w ogóle mam strzec. Było tego naprawdę sporo, dlatego, gdy zaczynał zapadać zmierzch, dalej brnąłem w nieznane mi jeszcze tereny. Otaczający mnie lód kojarzył mi się z dawnymi terenami Plemienia Wody, opisywanymi wtedy jeszcze jako należące do Zimowych Szeregów. W starych księgach one również zawsze były wspominane jako skute lodem i trudne do przetrwania dla chociażby takiego wilka ognia jak ja. Nienawidziłem zimy i nadal jej nienawidzę. Nie znoszę mieć mokrego i zmarzniętego futra, nie cierpię tego chłodu i wilgoci bijących od łap. Tak... Więc co ja tutaj w ogóle robię? To jest naprawdę dobre pytanie.
Z zamyśleń wyrwało mnie burczenie w brzuchu. Przechadzając się po tajemniczych nowych terenach nawet nie poczułem wcześniej doskwierającego mi głodu. Zatrzymałem się z westchnieniem, rozglądając dookoła, czy w ogóle jest tutaj na co polować. Niczego nie zauważyłem. Przez następne odcinki nieznanej mi trasy cały czas skupiałem się na odnalezieniu jakiegokolwiek śladu zwierzyny, a kiedy tylko wyczułem zapach jakiegoś leśnego żyjątka, aż ślina napłynęła mi do pyska. Zacząłem skradać się w jej stronę, ostrożnie, powoli, aby nie spłoszyć tak długo szukanej zdobyczy i wreszcie skoczyłem. Widziałem już przed sobą swoje przyszłe, niczego niespodziewające się jedzenie, kiedy nagle jakiś cień pojawił się tuż przede mną. Zahamowałem ostro, ale w śnieżnej warstwie moje łapy nie potrafiły uchwycić podłoża. Uderzyłem w coś, a raczej kogoś mocno, staczając się z nim z małej górki. Dopiero gdy opuściły mnie pchające siły fizyki, mogłem pozbierać się z okropnej, śnieżnej zaspy. Mimowolnie zerknąłem w stronę spłoszonego, uciekającego zwierzątka, które miało być moim pożywieniem i znowu poczułem jak burczy mi w brzuchu.
– No i uciekło... – mruknąłem z niezadowoleniem, spoglądając na czarną postać, w którą wpadłem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wcześniej widziany przeze mnie cień, to nie był cień, tylko dokładnie ta wadera, która leżała teraz przede mną, próbując się pozbierać.
– Nic ci nie jest? Lepiej na przyszłość załatw sobie jakieś odblaski, bo gdybym w ciebie nie uderzył, to nadal nie byłbym pewien czy rozmawiam z cieniem, któremu uciekło ciało, czy z ciałem, które wygląda jak cień. – zebrałem się, by do niej podejść i pomóc jej wstać. Z bliska była jeszcze ciemniejsza, wydawało mi się, że nie ma oczu, ale dopiero później uświadomiłem sobie, że one też są czarne. No to niezły waderka ma styl, przynajmniej z nikim się jej nie pomyli.

Renaya?

Słowa: 648

czwartek, 25 kwietnia 2019

Leonardo


Urodziłem się aniołem, jednak wyrwano mi skrzydła i zdeptano sumienie

Imię: Leonardo 
Ród: z Cichej Ziemi 
Wiek: 7 lat 6 miesięcy
Płeć: Basior♂ 
Rasa: Folix 
Stan: Mieszkaniec 
Stanowisko: Straż Nocna 
Charakter: Leonardo to wilk niezwykle rozmowny i pewny siebie, a w dodatku posiadający niesamowite poczucie humoru. Żadna z tych cech nie mówi jednak nic o dobroci i słusznie, bo owej w sobie nie posiada za grosz. Owszem, nie boi się wyrażać swojego zdania wśród innych, jednak jeżeli już się z czegoś śmieje, to jest to zazwyczaj druga osoba, lub jej cierpienie. Ma więc niesamowicie sarkastyczny humor. Raczej nie zawiera przyjaźni, a już tym bardziej związków, chociaż są wyjątki. Jeżeli takowe jednak zaistnieją, mimowolnie bywa dosyć władczy i nachalny. To osobnik, który naprawdę łatwo się denerwuje, a więc nie będzie się wahał przed walką, zwłaszcza, że nie czuje on bólu. Urazę trzyma długo i nigdy nie przeprosi pierwszy, chociażby ze względu na swoją dumę. Jest okrutny i naprawdę samo to określenie bywa łagodne w porównaniu z tym, do czego jest zdolny. Krzywda innych nigdy nie zmiękczała jego serca, a wręcz napędzała go do zadawania większych cierpień. Może to dlatego, że nie potrafi zrozumieć bólu innych...
Leonardo nie należy do tych, którzy starają się wśród innych o dobrą opinię o sobie samym, nie zależy mu na tym. Nie przeszkadza mu również samotność, a więc nie będzie się starał o relacje z kimkolwiek. No... Chyba że poczuje się znudzony i będzie szukał rozrywki. W jego życiu spotkał naprawdę tylko nielicznych, którzy byli dla niego ważni i dla których był gotów zrobić wiele. Potrafi być delikatnym romantykiem, chociażby dla wader, jednak nie oznacza to, że zależy mu na którejś. Świadczy to raczej o tym, iż ma ochotę się zabawić. Nie musi jednak taki być, to zależy od jego humoru. Potrafi raz wcielić się w rolę namiętnego kochanka, a innym razem stać się chamskim basiorem. Wilk ten nienawidzi sprzeciwu wobec swoich słów, a służenie komuś go irytuje. Trzeba jednak przyznać, że w porównaniu z tym, kim był jeszcze jakiś czas temu, jego charakter zdecydowanie ochłonął. Właśnie dlatego dał się „oswoić“ i przyjął za alfę kogoś innego niż on sam. 
Wygląd: Zacznijmy od jego szczupłej, drobnej i dosyć dziewczęcej sylwetki, przez którą bardzo łatwo pomylić go można z waderą. Delikatne mięśnie widoczne są jedynie na jego mocnych i długich łapach, poruszających się z ostrożnością i gracją. Również rozmiary owego samca nie dorastają nawet do tych średnich basiorów. Raczej jak przeciętnej samicy. Posiada za to długi i puszysty ogon, jak u lisa. Sierść samca jest wyjątkowo zadbana, o barwie czysto złocistej, nieco dłuższa na karku i ogonie. Całość dobrze kontrastuje z lśniącymi, dużymi, szmaragdowymi ślepiami, na które opada gęsta grzywa. Jego kły są dłuższe i ostrzejsze niż u normalnego wilka. Czasami rani sobie nimi wargi. Posiada on również wiele blizn oraz nie ma znacznej części lewego ucha, które stracił podczas jednej z wielu walk. 
Żywioł: Ogień, Krew 
Moce: 
– Władza nad ogniem – moc, którą opanował jako pierwszą, jeszcze jako dziecko. Gdy był młody, bardzo długo ją ćwiczył, tak więc zdołał okiełznać moc swojego żywiołu bardzo dobrze. 
– Władza nad krwią – musi się ugryźć do krwi by skorzystać z tej mocy. W każdym razie, gdy już się okaleczy jego krew przyjmuje postać nici - szybkiej, żyjącej własnym życiem, żądnej krwi oraz niezniszczalnej. Potrafi ona okaleczyć nawet najsilniejszego, jest jak nóż.
– Niewidzialne Wektory – może dzięki nim sprawić że ktoś się potknie, lub nawet złamie jakąś część ciała przez uderzenie niematerialnej siły. Przy używaniu tej mocy jedno z oczu Leonarda przybiera czarny kolor (prócz tęczówki, która zaczyna intensywnie lśnić na zielony kolor). 
Rodzina: 
Matka – Prawdziwą rodzicielką wilka była wilczyca imieniem Velks, jednak zaraz po urodzeniu oddała swoje potomstwo pod opiekę przyjaciółki – Beth. 
Ojciec – Wilk należący niegdyś do Plemienia Wody, zwanego Zimowymi Szeregami, noszący plemienne imię – Gwałtowny Wicher†. Leonardo nigdy go nie poznał. 
Siostra – Rin, bliźniaczka Len'a
Rodzeństwo od strony ojca – Xena i Amon, jednak nie wie o ich pokrewieństwie ze sobą. 
Partner: Chociaż uważał miłość za słabość, której nie chciał doświadczyć, nie udało mu się jej uniknąć. Swoje uczucie skierował ku błękitnookiej waderze, Gevieli. Niestety ostatni raz widział ją podczas wojny plemion. Nie wie czy żyje i gdzie jest teraz. 
Potomstwo: Aphrodi, Hvit, Liquido, Walter†, Loran†
Miejsce Zamieszkania: Dystrykt IV, mała jaskinia położona między jeziorem, a Lśniącym Przesmykiem
Patron: Versagon  
Umiejętności: 

Intelekt: 16 | Siła: 15 | Zwinność: 13 | Szybkość: 14 | Latanie: 0 | Pływanie: 2 | Magia: 10 | Wzrok: 10 | Węch: 10 | Słuch: 10 |

Historia: To była ulewna, jesienna noc, gdy na świat przyszło dwoje szczeniąt o złotych sierściach i szafirowych oczach, zupełnie jak u ich matki. Bliźnięta, chociaż różniły się płcią, były identyczne jak dwie krople wody. Niebezpieczeństwo jednak groziło im już od samego początku, gdyż miejsce, w którym przyszły na świat należało do Plemienia Ziemi, zwanego wtedy Dream Team, którym dowodziła ich matka – Velks. Dopuściła się ona strasznego czynu, karanego tam śmiercią, a mianowicie spłodziła swoje potomstwo z wilkiem należącym do innego plemienia niż jej samo, Plemienia Wody, nazywanego Zimowymi Szeregami. Wilczyca w obawie o życie swoich młodych oraz swoje samo oddała je pod opiekę swojej przyjaciółki, Beth, a sama uciekła, odwracając na siebie uwagę Plemienia. Od tamtej chwili szczeniaki już nigdy nie spotkały ani swojej prawdziwej matki, ani ojca. Beth zabrała je z dala ich rodzimej ziemi, a gdy te podrosły, dołączyła z nimi do Plemienia Ognia, gdyż właśnie taki żywioł miała ona sama, jak i jedno z młodych. To właśnie tam młody Leonardo i Lillian, bo właśnie takie imiona nadała im matka, wkraczając w wiek uczniowski rozpoczęli swoje nauki pod okiem przydzielonych im mentorów. To była właściwie pierwsza chwila, w której młode wilki musiały działać w pojedynkę, bez drugiego bliźniaka. Leonardo trafił pod skrzydła bardzo wymagającego basiora, jednak nadzwyczaj go szanował. Naprawdę wiele się przy nim nauczył i chciał nauczyć się jeszcze więcej, jednak pewnego dnia jego mentor zniknął. Dowiedział się tylko od Alfy, że wyruszył na wyprawę i niedługo wróci, choć tak naprawdę, jak tylko wrócił, tak znowu odszedł. Złoty wilk osiągał już powoli wiek dojrzałości, jednak pomimo własnego zawzięcia do codziennych treningów oraz nauki z plemiennych ksiąg, Alfa cały czas uparcie twierdził, że ten nie jest gotowy na otrzymanie nowego stanowiska, przydzielanego tylko tym, którzy ukończyli szkolenie. Zresztą, nawet inne wilki Plemienia nie traktowały go na poważnie, zapewne przez jego drobny wygląd. Młody wilk był zawiedziony. Chciał, aby mentor był z niego dumny, gdy wróci, jednak nie zdążył tego doczekać. Pewnego dnia, po powrocie do jaskini, w której mieszkał z matką i siostrą, nawiedził ich Alfa Plemienia Ognia. Dowiedział się od Beth, że jej córka posiada żywioł wody, a poprzez restrykcyjne zasady panujące w każdym z plemion, przywódca zamierzał ją przez to zabić. Wtedy w Leonardzie wybuchło ogromne uczucie nienawiści, goszczące w nim już od dłuższego czasu. W obronie ukochanej siostry bliźniaczki wygrał walkę z Alfą plemienia, pozostawiając go ledwie żywego, by zaraz po tym zabić matkę. Czy zrobił to z chwilowego impulsu, przez czyn którego się dopuściła? Nie. Wilk nigdy nie żałował śmierci Beth, a zaraz po tym, gdy opuścił tereny Plemienia Ognia wraz z siostrą, wyrzekł się swojego imienia, pewien, że nadała je ta zdradziecka oszustka. Od teraz zwał się Len i stał się przywódcą nowego Plemienia, które zapoczątkował z siostrą, Plemienia Ciszy. Pragnął pewnego dnia odwdzięczyć się Ognistym Wilkom za to, czego doświadczył. Jego nowo powstałe plemię rosło w siłę z ogromną prędkością, a on cały swój czas oddawał właśnie na stworzenie tej siły. Nikt wtedy nie był jeszcze w stanie zauważyć tego, co w nim kiełkuje – chorych ambicji nie wychodzących na światło dnia, chęci mordu dla większej władzy i zemsty. Wydawać by się mogło, że nie zauważyła tego nawet siostra wilka. W końcu Plemię Ciszy osiągnęło siłę, której nie posiadało żadne inne plemię. Było gotowe na zemstę, jednak Alfa postanowił dalej bawić się niepewnością swojego przeciwnika. Trwało to tak długo, że w końcu ten nie wytrzymał. Alfa Plemienia Ognia popełnił samobójstwo. W złotowłosym przywódcy z każdym dniem powiększała się chęć większego mordu. Szala normalności przełamała się w nim jednak dopiero, gdy odkrył romans swojej ukochanej siostry z nowym Alfą Plemienia Ognia. Właśnie wtedy zrozumiał, że sam żywił do niej coś więcej niż tylko bliźniaczą miłość. Nie potrafił opanować zżerającego go od środka poczucia zdrady i zgwałcił własną siostrę, chcąc mieć ją tylko na swoją własność. Dopiero wtedy poznał jej sekret – wadera władała niszczycielskimi siłami istot stworzonych z cieni. Z urazu do brata zniszczyła jego plemię i uciekła. Czy ktoś tak bliski naprawdę może nie wiedzieć o drugiej osobie aż tak wiele? Złotym właśnie w tamtej chwili już całkowicie zawładnęła nienawiść. Jego miłość względem siostry bliźniaczki prysnęła w mgnieniu oka, a głównym celem stało się odbudowanie plemienia i niszczenie. Potrzebował w tamtym czasie odskoczni i przypadkiem spłodził potomstwo z wilczycą należącą do jego plemienia, Gevielą. Z początku nie chciał jej pomagać w ich wychowaniu, ba! W ogóle nie chciał dzieci. Później jednak zgodził się jej pomóc. Trzeba przyznać, że chociaż nigdy tego nie okazywał, przywiązał się zarówno do szczeniąt, jak i ich matki, która powoli zajęła jego pustkę po zdradzie siostry. Właściwie wilk oddał jej swoje serce całkowicie zaraz po zakończeniu ich wspólnej wyprawy do Źródła Wiecznej Młodości. W międzyczasie tego zamieszania przypadkiem dowiedział się o swojej prawdziwej matce, jednak nie uwierzył. Gdy młode urosły i ukończyły trening pod jego czujnym okiem, postanowił przystąpić do planu działania, który nieco zmienił się w jego głowie przez ten czas. Po co karać Plemię Ognia, skoro można zawładnąć wszystkimi po kolei, obsadzając jako nowe Alfy swoje dzieci, a później połączyć plemiona w jedno i stworzyć watahę? Już nic nie mogło go powstrzymać i tak za długo czekał. Pierwsze zaatakował Plemię Ziemi, na którego czele stanęła jego córka – Hvit. Później Plemię Powietrza, oddając swemu synowi – Liquido, Plemię Ognia, Niennie i wreszcie ostatnie Plemię Wody, które sprawiło mu najwięcej kłopotu. Prawie zginął przy opanowywaniu ich terenów, gdyż Wodnym pomogła grupa rebeliantów z Plemienia Ziemi. Musiał zarządzić odwrót, jednak przyrzekł, że to nie koniec. No i na tym się nie skończyło, bo stanowisko Alfy Plemienia Wody zajął w końcu jego ostatni syn – Walter. Len nie sądził, że cokolwiek lub ktokolwiek mógłby go teraz pokonać. Przez swą dumę nie zauważył nowo powstałego Plemienia Nocy, które zebrało wilki i rozpoczęło ostatnią, wielką wojnę. Plemię Ciszy zostało rozbite z niemal łatwością, gdyż nie zdążyło jeszcze odbudować swoich sił po wojnach, a ich Alfe, Len'a wtrącono do podziemnych lochów, gdzie miał zginąć. Oczywiście udało mu się uciec, jednak nigdy już nie odnalazł swojej ukochanej, Gevieli, ani nie dowiedział się co z jego dziećmi. Poczucie przegranej zawładnęło nim tak bardzo, że nie mógł go znieść i nie potrafił tak dalej żyć. Miał zamiar popełnić samobójstwo, jednak wtedy odnalazły go wilki należące niegdyś do rozpadłej teraz Watahy Czarnej Perły, którą odwiedzał czasami z Gevielą w poszukiwaniu różnych informacji. Okazało się, że jest wśród nich Velks – stara wilczyca, do której Len był uderzająco podobny. Nic dziwnego. Była ona jego prawdziwą matką. Basior przez swój stan nie potrafił żywić do niej urazy. Właściwie, pomogła mu się pozbierać. Kiedy umierała, wilk przywrócił sobie imię, które mu nadała, a później odszedł. Nie był zbyt długo samotnikiem, bo w końcu znalazł nową watahę, w której postanowił się zatrzymać i być może zacząć od nowa. Tak właśnie znalazł się tutaj. 
Inne: 
– Przez jakiś czas nosił imię Len, które nadał sobie po ucieczce z Plemienia Ognia i śmierci Beth. 
– Nienawidzi wody i wręcz można powiedzieć, że się jej boi. Nikomu jednak o tym nie mówi. Jego strach jest spowodowany demonem, któremu niegdyś pozwolił w sobie zamieszkać, a później się go „pozbył“. Teraz ten ukazuje mu się w wodzie, kiedy tylko się do niej zbliży. 
– Podczas narodzin podobnie jak siostra potrafił opanowywać dwa przeciwne sobie żywioły, jednak ogień w jego ciele wziął górę i zniszczył wodę bardzo szybko. Został uszkodzony przy tym również jego układ nerwowy, dlatego Leon nie odczuwa bólu fizycznego. 
Autor: Sandi0123 [Hw], Chat: Leo
Layout by Netka Sidereum Graphics