Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawrence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawrence. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2020

Od Lawrecne'a CD. Pandory

Niemal podskoczył ze strachu, kiedy ogromny, biały wilk wbiegł do gabinetu. Lawrence rzucił mu badawcze spojrzenie - był gotów skoczyć do walki w obronie swoich pacjentów i Pandory. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nieznajomy nie wydawał się nawet trochę groźny. Przedstawił się jako partner rannej wadery. Medyk rozpromienił się na widok ojca szczeniaka. Po krótkiej rozmowie zdecydowali, aby malec powrócił z tatą do domu. Jego matka musiała zostać jeszcze na obserwacji. Lawrence chciał, aby szybko doszła do siebie.
Korzystając jeszcze z chwili wolnego czasu, brązowy basior zaczął pakować niezbędne zioła. Recytował w myślach znane receptury. Nie mógł zapomnieć o niczym. Od tego, co weźmie, może wiele zależeć. Decyzja o pójściu na bitwę zobligowała go do zapewnienia pomocy każdemu rannemu.
Lawrence skończył pracę, po czym udał się do Pandory. Wilk już nie spał i właśnie podnosił się z bezpiecznego posłania.
- Jesteś gotowy? - zapytał biały basior, przeciągając się. 
- Na coś takiego nie da się być gotowym. - Lawrence uśmiechnął się delikatnie w odpowiedzi. Żaden z nich nie wiedział, co ich spotka. Kolejny raz zastanawiał się, czy dobrym pomysłem było proponowanie Pandorze pójścia z nim. Naprawdę nie chciał, aby wilkowi cokolwiek się stało. Nie wyglądało na to, aby zajmował się on walką. Czy na pewno poradzi sobie w bitwie? Lawrence pokręcił łeb. Nie pozwoli skrzywdzić swojego przyjaciela. 
Oba basiory dołączyli do zgromadzonej przed dowódcę grupki. Wszyscy wyglądali na gotowych do walki. Wspólnie ruszyli do lasu - miejsca, gdzie odnaleźli ranną waderę. Wokoło panowała cisza. Lawrence strzygł uszami, próbując wyłapać najdrobniejszy dźwięk. Wtedy w krzakach coś się poruszyło.
Wszyscy zwrócili wzrok w stron kryjących się pomiędzy gałęziami drzew istot. Czerwone spojrzenie błysnęło z gałęzi. Czarne istoty przemykały się w ciemnościach. Były jak dym. Lawrence nastroszył sierść. Jak mieli z tym walczyć? 
Stworzenia skakały, zmieniały się miejscami - wydawało się, iż są ich setki. Przygotowani do bitwy wojownicy niepewnie spoglądali na przeciwników. Wszyscy czekali na sygnał, jakikolwiek znak. Przeciwnicy wpatrywali się w siebie w grobowym milczeniu. 
Nagle rozległ się pisk. Czarne stworzenia, wznosząc okrzyk bitewny, skoczyły na najbliższe wilki. Lawrence w kilku susach dołączył do pobratymców. Mocnymi kłapnięciami szczęki ściągał wrogów z grzbietów sojuszników. Nim zdążył się obejrzeć, przeciwnicy uwiesili mu się u futra. Było ich tak wielu! Drobne kiełki nieprzyjemnie wbijały się w jego ciało. Medyk postanowił zastosować ostatnią deskę ratunku. Rzucił się na ziemię i przygniótł całym swoim ciężarem istoty, które zaskoczone pisnęły głośno, a po chwili znikły w kłębie ciemnej mgły. Wilk otrząsnął się i rozejrzał po polanie. 
Jego sojusznicy walczyli z małymi potworkami, które miały zdecydowaną przewagę liczebną. Lawrence z niepokojem zaczął szukać Pandory. Dojrzał go dopiero na samym końcu łąki. Jego jasne futro tonęło pod czarnym ciałkiem wrogów. Lekarz od razu skoczył mu na ratunek. Nie dał rady jednak dobiec, ponieważ kolejna fala istot spadła mu prosto na głowę. Zaczął miotać pyskiem we wszystkie strony. Przeciwników, których udało mu się zrzucić, miażdżył potężnymi łapami. Te, potworki, podobnie jak wcześniejsze, zamieniały się w dym. Lawrence otarł kilka kropel krwi, które zalewały mu oczy. Musiał pomóc Pandorze. Ruszył w jego kierunku. Zaczął ściągać z teraz już brudnej sierści przyjaciela niewielkie istotki. Rozgryzał się, co skutkowało kolejnymi zmianami w tajemniczy dym. Medykowi to się nie podobało. Choć pokonał już tak wielu wrogów, na polanie przeciwników nie ubywało. Czyżby przemiana w tajemniczy gaz nie oznaczała zabicia istoty? Czy mogą się jeszcze odbudować? Lawrence przeklął pod nosem. To będzie ciężka walka...

<Pandora?>
 

Liczba słów: 552 = 32 KŁ

wtorek, 6 października 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

 Wilk wstał z miejsca i uśmiechnął się łagodnie do siedzącego obok Pandory. Cieszył się, że towarzysz zgodził się iść z nim. Lawrence był pewien, że nie pozwoli skrzywdzić go nikomu. Bez słowa ruszył przed siebie w celu poszukiwania dowódcy. Jednak odszukanie go nie należało do najprostszych czynności. Medyk odnalazł go w końcu na posterunku, gdzie meldował nieobecnym na misji współpracownikom o nowym zagrożeniu. Na widok wchodzącego do budynku basiora, dowódca otworzył szeroko oczy i pośpiesznie do niego podszedł.  
-  Lawrence! - rzekł, nie kryjąc zmartwienia. - Coś się stało?
- Nic gorszego od tego, co spotkało nas do tej pory - odparł medyk, kręcąc zmarnowany głową. - Razem z Pandorą oferujemy swoją pomoc w złapaniu sprawcy - wyjaśnił. - Myślę, że przyda wam się lekarz na miejscu. 
- Nie jestem pewien, czy mogę narazić was na takie niebezpieczeństwo - odparł duży wilk, krzywiąc się lekko. - Nasz przeciwnik wydaje się być bezwzględny. Czy dacie sobie radę? 
- Biorę za nas pełną odpowiedzialność - rzekł Lawrence, wypinając dumnie pierś. - Może i pełnię zawód medyka, ale nie oznacza to, że nie potrafię walczyć. 
Dowódca jeszcze przez chwilę wpatrywał się niepewnym wzrokiem w brązowego basiora.
- Dziękuję - odpowiedział w końcu. - Wasza pomoc na pewno się przyda.
Lawrence uśmiechnął się delikatnie. Następnie wspólnie omówili szczegóły wyprawy. Mieli się stawić o świcie przy bramie miasta. Medyk po zakończonej rozmowie pożegnał się z dowódcą i od razu skierował swoje kroki w stronę przychodni, gdzie czekał na niego Pandora. 
Biały wilk, zgodnie z przewidywaniami Lawrence'a, podczas nieobecności lekarza sprawnie zajął się rannymi. Dodatkowo, poszukiwana wilczyca odzyskała przytomność i poświęcała całą swoją uwagę synowi. Medyk przywitał się z nią krótko, pytając o stan zdrowia, a następnie udał się na spotkanie z Pandorą, który znajdował się w drugim pomieszczeniu. 
- I jak poszło? - Biały basior ściszył głos, aby nie przeszkadzać usypiającym pacjentom. - Wojownicy się już obudzili i wyszli.
- Rozumiem, dziękuję za pomoc. - Kiwnąłem delikatnie głową. - Dowódca zgodził się na naszą obecność na wyprawie - odpowiedziałem na pytanie. - Wyruszamy jutro. Pomógłbyś mi przygotować zioła? 
Wilk przytaknął. Przystąpiłem więc do szybkich wyjaśnień, jakich roślin, w jakich porcjach powinien użyć do przygotowania lekarstw. Szykowaliśmy się na bitwę z psychopatą. Na pewno nie obędzie się bez ran. 
Zrobienie odpowiedniej ilości lekarstw trwało dłuższą chwilę nawet przy pomocy Pandory. W końcu nastał też wieczór. Tym samym samce wcześnie ułożyli się do snu. Rano czekała ich podróż. Lawrence spojrzał na swoje łapy. Jeśli będzie musiał ich jutro użyć do walki, zrobi to bez zawahania. Jest gotów stanąć do bitwy. Nie pozwoli skrzywdzić swojego towarzysza, choćby nie wie co! Zamknął oczy i zwinął się w kulkę obok Pandory. Rano musi dać z siebie wszystko.

<Pandora?>

Słowa: 423 = 26 KŁ

czwartek, 10 września 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Lawrence chwycił w pysk garść ziół i natychmiast ruszył do pomieszczenia, w którym odpoczywali ranni. Musiał im jak najszybciej udzielić pomocy. W najgorszym stanie znajdowała się matka Luciena. Medyk nie wypowiedział tego na głos, jednak jej rany wydawały się naprawdę niepokojące. Obawiał się, że waderze mogło się wdać jakieś zakażenie.
O pomoc przy opatrywaniu rannych poprosił Pandorę. Jego towarzysz natychmiast się zgodził. Wspólnie odkazili rany i zabandażowali co poważniejsze obrażenia. Po leczeniu większość z pacjentów położyła się do snu. Lawrence wcale im się nie dziwił. Kątem oka spojrzał na zwijającą się w kulkę mamę Luciena. Wadera zasługiwała na długi odpoczynek. 
Kiedy wszyscy zostali już zabezpieczeni, dowódca wziął medyka na szybką rozmowę. Według basiora, lekarz powinien wiedzieć, co spotkało patrol. Podobno zaatakował ich wilk. Wyłonił się on z ciemności. Pojawiał się i znikał tak nagle, że ledwo udało im się wydostać z mrocznej pułapki. Sam dowódca szczerze nie wiedział, dlaczego nieznajomy ich zaatakował. Wszystko jednak wskazywało na to, że to właśnie on był odpowiedzialny za ostatnie ataki. Wydawał się niezwykle silny i bezwzględny. W końcu - zaatakował bezbronną waderę ze szczeniakiem. To zdecydowanie nie jest ktoś normalny. 
Lawrence powrócił do siedzącego przy rannych Pandory. Zajął miejsce zaraz obok niego. Zaproponował wspólne wyjście na zewnątrz. 
- Czegoś się dowiedziałeś? - zapytał biały basior po chwili niekomfortowej ciszy. Medyk wbił wzrok w ziemię i westchnął głośno. Streścił przyjacielowi wszystko, o czym powiedział mu dowódca. Pandora na te wieści pokiwał powoli głową. Fakt. Znaleźli się w bardzo nieprzychylnej sytuacji. Podróż z miasta na jego obrzeża stała się teraz niezwykle niebezpieczna. Dowódca musi jak najszybciej pozbyć się niezrównoważonego wroga, nim komukolwiek bardziej ucierpi. Mama Luciena w końcu ledwo uszła z życiem. 
- Mam zamiar im pomóc - odparł Lawrence. - Nawet, jeśli musiałbym stanąć do walki z nieznajomym wilkiem. 
- Jesteś tego pewien? - W głosie Pandory medyk usłyszał zmartwienie. 
- Nie mogę pozwolić, aby komuś jeszcze stała się krzywda - rzekł, spoglądając na swojego towarzysza. - To tylko jeden przeciwnik. Jeśli zbierze się duży, silny patrol, na pewno damy radę. 
Biały wilk przez chwilę milczał, najwyraźniej próbując poukładać swoje myśli. 
- Chcesz mi towarzyszyć? - Medyk uśmiechnął się delikatnie. - Zapewniam, że nie pozwolę cię skrzywdzić. W końcu - taki mój zawód. 

<Pandora?>
Słowa: 353 = 22 KŁ

sobota, 8 sierpnia 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

- Lucien. - Maluch przedstawił się, spoglądając w kierunku białego wilka. Lawrence zaczynał współczuć maluchowi. Biedak najpewniej nie zdawał sobie sprawy z sytuacji, w jakiej się znalazł. Co jeśli jego mama się nie znajdzie? Albo co gorsza, odnajdą jej ciało? Medyk potrząsnął łeb. Nie może z góry zakładać najgorszego. Wystarczy poczekać, aż patrol sprowadzi waderę całą i zdrową.
- Bardzo ładnie. - Idący obok mnie basior zagadywał do małego. - Ja jestem Pandora, a to jest Lawrence.
Brązowy basior przytaknął, delikatnie się kłaniając. Szczeniak nie odzywał się przez chwilę, najwyraźniej nad czymś myśląc.
- A Pandora to nie żeńskie imię? - odezwał się po chwili. Towarzysz Lawrence'a jedynie położył po sobie uszy.
- Tak - potwierdził po momencie milczenia. Medyk zaśmiał się cicho, na co jego przyjaciel zareagował szturchnięciem skrzydła.
- Gdzie jest twój tata? - Lawrence postanowił zmienić nieprzyjemny temat. Nie chciał, aby mały zaczął drążyć rozmowę dalej.
- W domu - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie. Medykowi spadł kamień z serca. Dzieciak nie zostanie sierotą, jeśli patrolowi się nie powiedzie. Chociaż tyle.
- A gdzie mieszkasz? - dopytywał. Może dobrym pomysłem będzie odprowadzenie malucha do ojca.
- Nie mogę powiedzieć, nie znam was - mruknął, kuląc się nieznacznie. Pandora uśmiechnął się, na co Lawrence odwzajemnił podobny gest. Inteligentny malec.
- Racja. Kiedy przyjdzie twoja mama, wrócicie do domu - zapewnił biały wilk.
W końcu doszli do mieszkania medyka. Pierwszą czynnością, jaką zrobił Lawrence, po wejściu do domu było sprawdzenie stanu swojego pacjenta. Lis dalej pozostawał nieprzytomny, ale chociaż przeszła mu gorączka. Lekarz wierzył, iż ranny szybko dojdzie do siebie. Następnie przygotował posiłek, którym poczęstował swoich gości. Jak zauważył, w międzyczasie Pandora umył szczeniaka.
- Smacznego. - Lawrence podał sarninę. - Musisz nabrać energii przed powrotem twojej mamy - dodał, podsuwając talerz pod sam nos malucha. Lucien obwąchał niepewnie posiłek. 
- Mama mówiła, aby nie brać nic od nieznajomych - odparł, krzywiąc się lekko. 
Lawrence zaśmiał się serdecznie. 
- Jestem medykiem - wyjaśnił łagodnie. - Jaki cel miałbym w tym, aby cię otruć, a później leczyć? 
Szczeniak spojrzał na mięso. Brązowy basior wzruszył ramionami i sam zajął się swoim posiłkiem. Nie jadł od dawna. Czuł niebywały głód. 
Kończąc swoją porcję usłyszał dochodzące z zewnątrz głosy. Wyjrzał przez drzwi, skąd dojrzał wracający patrol. Zamarł widząc kulejących i rannych wojowników. Co ich tam spotkało? Pomiędzy nimi dojrzał nieznaną sobie waderę. Od razu domyślił się, że jest to matka Lucien'a. Wilczyca wydawała się wycieńczona. Bez słowa Lawrence wybiegł na spotkanie z patrolem. Musiał dowiedzieć się, co zaszło w lesie. 


<Pandora?>

Słowa: 390 = 24 KŁ

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Rozglądał się nerwowo, pokonując długimi susami kolejne odległości. Polegał jednak głównie na swoim węchu, który nigdy wcześniej go nie zwodził.
- Nigdzie go nie ma - syknął medyk, zatrzymując się gwałtownie. Pandora zajął miejsce zaraz obok niego. Wyglądał na równie zdenerwowanego. Po chwilowej ciszy, którą wykorzystali na burzę mózgów, biały wilk wezwał znajome już Lawrence'owi ogniki. Lśniące iskierki w ułamku sekundy rozdzieliły się i skierowały w przeróżnych kierunkach. Po dłużącej się chwili, jeden z płomyków powrócił. Pokręcił się nad głową Pandory, następnie wskazał znajdujące się przed nami krzaki. Ruszyli wskazaną drogą. W szaleńczym pędzie zatrzymali się dopiero przed porośniętą cierniami kotliną.
Choć Lawrence próbował przecisnąć się pomiędzy ostrymi kolcami, nie dał rady. Biały wilk również nie podołał zadaniu.
- Zbyt gęsto - stwierdził zasmucony Pandora. - Nie przeciśniemy się. - Po chwilowych przemyśleniach, basior rozprostował skrzydła i wzleciał w niebo. - Więc sprawdzę z góry!
Medyk zadarł łeb do góry, próbując wypatrzeć swojego towarzysza, który po chwili zniknął nad cierniami. Nerwowo kręcił się w miejscu, oczekując powrotu przyjaciela.
- Lawrence! - Usłyszał po upływie paru minut. - Jest, zawołaj resztę, może uda mi się go stamtąd wyciągnąć!
Zgodnie z poleceniem, medyk zerwał się z miejsca. Przecisnął się przez gęste drzewa i tą samą drogą powrócił na miejsce zbiórki. Tam zastał nerwowy patrol. Poinformował ich szybko o najnowszych wieściach i zaprowadził do kotliny.
Tam czekał już na niego Pandora. Lawrence niemal od razu dostrzegł jaskrawe strużki krwi na jego skrzydłach. Dopiero sekundę później zauważył kulący się pod nim mały, szary kształt. Podszedł do przyjaciela i jak później się domyślił, szczeniaka. Od razu przystąpił do pierwszej pomocy.
Początkowo sądził, iż malec jest ranny. Krwawe ślady okazały się jednak jedynie plamami na sierści. Dzieciak nie był ranny.Medyk obwąchał go starannie, próbując ocenić jego stan. Wyglądał na jedynie przestraszonego.
Szczeniak po chwili otworzył powoli oczy i spojrzał na patrol z niemałym przerażeniem. Lawrence trącił go nosem pocieszająco.
- Nikt nie ma zamiaru zrobić ci krzywdy - zapewnił. Mówił jak najspokojniej, próbując zdobyć zaufanie malca. - Możesz nam powiedzieli, co się stało? Obiecujemy pomóc.
Słowa medyka spotkały się z poparciem całej grupy. Szczeniak rozejrzał się niepewnie. Przyglądał się chwilę pyskom zgromadzonych, kiedy nagle pisnął ze strachu.
- Gdzie moja mama?! - jęknął, kuląc się pomiędzy łapami Pandory. Lawrence wymienił spojrzenie z resztą patrolu.
- Nie martw się, zaraz ją znajdziemy - pocieszył szczeniaka biały basior. Położył delikatnie łapę na jego łebku.
- O-ona kazała mi uciekać - tłumaczył przestraszony malec. - Zaatakowano nas po drodze... Mama rzuciła się na dużego wilka i wtedy straciłem ją z oczu...
Sprawa wydawała się niezwykle niebezpieczna. Ktoś krzywdził bezbronnych na bezpiecznej drodze do miasta. Okropieństwo. Medyk najeżył sierść. Szybko muszą odnaleźć najpewniej ranną waderę i jej oprawcę.
- Więc postanowiłeś schować się w krzakach, tak? - upewniał się Pandora, dalej uspokajająco gładząc szczeniaka po jasnej czuprynie. 
- Mhm - potwierdził delikatnym kiwnięciem głową. - Ale wilk ruszył za mną. Nie dał rady jednak przecisnąć się przez gałęzie. Powiedział kilka niemiłych słów i odszedł dalej - wytłumaczył, po czym spojrzał w górę, w stronę towarzysza medyka. - Kiedy mnie wyciągnąłeś, bardzo bałem się, że to on...
- Przepraszam, że napędziłem ci tyle strachu - odparł łagodnie Pandora. - Teraz jednak nie musisz się już niczego obawiać. Zaraz znajdziemy twoją mamę. 
Szczeniak wtulił się w białe futro wilka. Medyk uśmiechnął się delikatnie na ten widok. Chwilę później znacznie spoważniał. Nie mają na to czasu. Jakaś wadera pilnie potrzebuje jego pomocy. 
- Co robimy więc dalej? - zapytał Lawrence, podchodząc do dowódcy. 
- Nie możemy narazić małego na dalsze niebezpieczeństwo - stwierdził basior, spoglądając w stronę szczeniaka. - Będzie lepiej, jeśli wrócicie do miasta. Mamy do czynienia z jakimś psychopatą. Nie możemy pozwolić na skrzywdzenie osób postronnych. 
Medyk kiwnął krótko głową i podszedł do Pandory, aby opowiedzieć mu o decyzji przywódcy patrolu. 
- Przygotuję ci u mnie w domu naprawdę dobre jedzenie - zapewnił Lawrence, przekonując szczeniaka do podróży. - Kiedy zjesz i odpoczniesz, twoja mama na pewno będzie już na ciebie czekała. 

<Pandora?> 

Słowa: 626 = 36 KŁ

sobota, 13 czerwca 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Nastroszył futro, słysząc propozycję Pandory skierowaną ku ciemnemu basiorowi. Dalej nie ufał Haiderowi. Wilk budził w nim nieprzyjemne uczucie. Lawrence przez chwilę obserwował, jak jego przyjaciel zaczął czyścić z krwi sierść wilka. Medyk odwrócił się ostatecznie, nie chcąc ich dłużej obserwować. Powrócił zaś myślami do swojego pacjenta. Podszedł do lisa i sprawdził jego puls. Nieciekawie, ale stabilnie.
- Gdy skończycie, pójdziemy do dowódcy - poinformował Lawrence zaraz po tym, jak upewnił się, że życiu pacjenta już nic nie zagraża.
Pandora i Haider wymienili dość zaskoczone spojrzenia. Brązowy basior zaś usiadł w milczeniu i zaczął wpatrywać się w lisa. Nie chciał patrzeć, jak jego przyjaciel zajmuje się nieznajomym wilkiem. Po prostu nie potrafił mu zaufać.
Po chwili dłużącej się w nieskończoność, Pandora zakończył pielęgnacje ubrudzonego krwią towarzysza.
- Gotowi? - pośpieszył. Medyk z każdą minutą zdawał się być coraz bardziej zdenerwowany. Miał dosyć tej patowej sytuacji.
- Tak, zmyłem z niego całą krew, możemy iść. - Biały basior najpewniej nie zauważył irytacji Lawrence'a.
- Pójdźcie sami. - Po pokoju rozległ się głos Haidera. Lawrence zastrzygł zaciekawiony uszami. Poczuł dziwną ulgę. Nie będzie musiał oglądać pyska czarnego basiora, co za szczęście! Pandora przez chwilę próbował przekonać wilka do zmiany zdania, jednak ten był nieugięty.
- Wezmę tylko torbę i będziemy wychodzić - poinformował medyk, kierując się w stronę magazynu. Słyszał cichą rozmowę dobiegającą z przychodni, ale postanowił to zignorować. Zapakował do swojej torby garść ziół i kilka paczek opatrunków. Musiał być przygotowany na spotkanie większej ilości rannych.
Powrócił do głównego pokoju. Ostatni raz zerknął na lisa, kiedy zdał sobie sprawę, że Haider już wyszedł. Uśmiechnął się triumfalnie do siebie. Rezygnacja basiora wcale go nie zasmuciła. 
- To jak, ruszamy? - Zwrócił się w stronę Pandory, który dalej patrzył w kierunku drzwi. Biały wilk pokiwał powoli głową. 
- Nic mu nie będzie? - zapytał, spoglądając na lisa.
- Nim się obudzi, wrócę się nim zająć - obiecał Lawrence. - Przeżyje to. 
Po tych słowach, odwrócił się i podszedł do drzwi. Pandora podążył za nim. Droga do biura dowódcy nie była na szczęście daleka. Dotarli tam po kilku minutach. Ominęli zgromadzony tłum i tłumacząc szybko zastępczyni, iż mają "pilną sprawę", od razu zostali przekierowani do dowódcy. 
Duży basior, niemal dorównujący wzrostem Lawrence'owi, przywitał ich spokojnym spojrzeniem. 
- W czym mogę pomóc? - Przekrzywił łeb wyraźnie zaciekawiony. 
Medyk naprzemiennie z Pandorą zaczęli wyjaśniać przyczynę nagłych odwiedzin. Dowódca wsłuchiwał się w ich słowa zainteresowany i dość zmartwiony. 
- Tak brutalny atak na naszym terenie? - dopytywał. - Zwołam kilku wolnych żołnierzy i zaraz wyruszymy to sprawdzić. Możesz nas tam zaprowadzić? - zwrócił się do Pandory.
- Oczywiście. 
- Dziękuję - odparł Lawrence, kiedy ich rozmowa dobiegła końca. - Będę więc wracać do pacjenta. 
- Wolałbym, żebyś jednak poszedł z nami - stwierdził dowódca. - Myślę, że nie zajmie nam to długo, a w przypadku, kiedy znajdziemy kogokolwiek rannego, twoja pomoc będzie niezwykle ważna. 
Lawrence wahał się przez chwilę. Dowódca miał rację, jednak medyk nie mógł pozostawić lisa samego na długo. 
- Jeśli zajmie nam to tylko chwilę, pójdę z wami - zdecydował. 
Basior uśmiechnął się i wstał z miejsca, szybko wołając kilku odpoczywających w budynku żołnierzy. Wilki wstały i cały prowadzony przez Pandorę pochód skierował się w stronę lasu. Skrzydlaty towarzysz medyka poruszał się niezwykle szybko, jakby chciał jak najszybciej zaprowadzić resztę orszaku do miejsca zbrodni. 
Szybko było rozpoznać, gdzie ów atak na lisa miał miejsce. Młoda trawa była pokryta zaschniętą już krwią. Żołnierze zaczęli poszukiwania tropu. Po dłużących się chwilach, rudy wilk w biegu dołączył do dowódcy. 
- Chodźcie zobaczyć, co znalazłem!
Grupka ruszyła za nim, do miejsca, gdzie znajdowała się kolejna kałuża krwi. Po zapachu, łatwo było stwierdzić, że została upuszczona niedawno. 
- Szybko, musimy znaleźć rannego! - polecił dowódca. - Nie może być daleko... 

<Pandora?> 

Słowa: 587 = 34 KŁ

środa, 27 maja 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Skrzywił się nieznacznie, kiedy ciemny wilk opuszczał klinikę. Dziwne przeczucie, iż Haider coś ukrywa, nie pozwalała medykowi spuścić z niego wzroku. Basior ukrywał część prawdy.
- Chyba go nie lubisz. - Słowa Pandory nie zaskoczyły Lawrence'a. Wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru ukrywać swojego braku sympatii.
- Nie ufam mu po prostu - wyjaśnił. Wtedy też przypomniał sobie, iż nie zaproponował swojemu gościowi śniadania. - Zjesz coś?
Do południa medyk spędzał czas z Pandorą. Ciągnęli niezobowiązujące rozmowy, zjedli śniadanie i w końcu nadszedł czas, aby biały wilk powrócił do domu. Medyk pożegnał się z nim, dodatkowo przez chwilę obserwując, jak jego przyjaciel oddala się. Miał nadzieję, że dotrze bezpiecznie w swoje strony.
Kiedy biały towarzysz zniknął mu z oczy, Lawrence powrócił do swojej kliniki. Czekał go kolejny ciężki dzień pracy.
Pacjenci zaczęli się szybko schodzić. Medyk kolejny raz miał pełne łapy roboty. Złamania, kaszle czy inne dolegliwości męczyły wilki, które go odwiedzały. Jeden z pacjentów nawet przyszedł do niego nawet z dość uporczywym kleszczem. Lawrence większość czasu i tak spędził na tłumaczeniu wilkowi, że wcale nie umiera, a pajęczak, jak się okazało po dokładnym sprawdzeniu, w żaden sposób nie był zarażony. Polecił oglądać ranę kilka razy dziennie i smarować ją podarowanym przez Lawrence'a kremem. Brązowy basior z nietęgą miną zdał sobie sprawę, że zaczął się sezon kleszczy. To dopiero będzie udręka dla medyka. Westchnął zmarnowany i powrócił do swoich typowych obowiązków.
W czasie układania na półce medykamentów, do głównego pokoju wparował przerażony Pandora. Lawrence, widząc czerwoną ciecz pokrywającą jego futro, wstrzymał oddech. Zaskoczenie basiora wzrosło, kiedy zobaczył wchodzącego do kliniki Haider'a. Co oni robili razem?
Chwilowe zamieszanie szybko zostało zrozumiane przez Lawrence'a. Ciemny basior odłożył na ziemię rudy kłębek futra. Medyk po charakterystycznym zapachu rozpoznał lisa.
- Zostaliście zaatakowani? - zapytał pośpiesznie, oglądając rany rudzielca. Zadrapania, którymi były pokryte boki rannego wydawały się dość poważne. Lawrence, nie czekając na odpowiedź, pobiegł do magazynu po bandaże i maści odkażające. Powrócił do pacjenta z nieprzyjemnym przeczuciem, że zwykły opatrunek nie wystarczy. Obrażenia trzeba będzie zszyć. Prowizorycznie więc zatrzymał krwawienie. Niemal biegając, powrócił do magazynu po igłę i nić medyczną. Musiał połatać pacjenta.
Praca ta wymagała niezwykłego skupienia. W milczeniu przystąpił do zszywania co większych ran. Wydawały się one dość głębokie. Musiał więc z niewyobrażalną uwagą monitorować stan lisa. Nie mógł pozwolić, aby rudzielec wykrwawił się na śmierć.
Po minutach, dłużących się wilkowi niczym godziny udało mu się zabezpieczyć pacjenta. Rany zostały odkażone, pozszywane i dokładnie zabandażowane. Lawrence odetchnął z ulgą. Więcej zrobić dla niego nie może. 
- No dobrze, opowiecie mi, jak go znaleźliście? - Wilk powtórzył pytanie, odwracając się do milczących do tej pory basiorów. 
- W lesie - odparł zmieszany Pandora. - Był zawieszony za tyle łapy liną do drzewa. 
- Rozumiem. - Lawrence pokiwał głową. To nie brzmiało dobrze. - Zdaje się, że ktoś zastawia w lesie pułapki. Oby nie było ich więcej... 
Biały basior i Haider wymienili zmartwione spojrzenie. Choć medyk nie dał tego po sobie poznać, był niezwykle zaskoczony. Nie tylko faktem, iż lis trafił do niego zraniony w dość nietypowy sposób, ale tym, że jego przyjaciel i obcy wilk razem podróżowali. Dlaczego Pandora ignoruje przeczucia medyka? Czy jego zdanie kompletnie się nie liczy? Westchnął zmarnowany i wstał z miejsca. Nie odzywając się słowem, ruszył do magazynu, gdzie miał również dostęp do bieżącej wody. Zmył zaschniętą już krew z łap. Był dziwnie przygnębiony całą sytuacją. Niespodziewany pacjent, który nie wiadomo, czy przeżyje oraz wspólny powrót do domu Pandory i Haider'a przytłoczyły Lawrence'a. Spuścił uszy i pokręcił łbem. Musi się skupić na potrzebującym lisie. 
Powrócił więc do niezapowiedzianych gości. Spojrzał na swojego pacjenta. Boki rudzielca powoli podnosiły się i opadały. 
- Jeśli dożyje do rana, to będzie dobrze - stwierdził. Chwilę później, szybkim, aczkolwiek delikatnym ruchem podniósł rannego i odłożył na bezpiecznym legowisku. - Teraz musimy pomyśleć, co zrobić z tą sprawą. Nie mogę pozwolić, aby ktokolwiek jeszcze ucierpiał. 

<Pandora?> 


Słowa: 628 = 36 KŁ

czwartek, 14 maja 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Z dość dziwnym zainteresowaniem obserwował dziejącą się na scenie akcję. Wydawało się, że aktorzy żyją w całkowicie innym świecie. Lawrence podziwiał ich skupienie i zaangażowanie. Jego oczy błyszczały, kiedy fabuła pochłonęła go niemal całkowicie. Uwielbiał teatr. Interesował się dramatami od dawna. Często więc oglądał przedstawienia, ale to wydawało mu się najpiękniejsze. Wilk spojrzał na siedzącego obok Pandorę. Jego towarzysz również został pochłonięty przez grę teatralną.
Spektakl skończył się wyjątkowo szybko. Lawrence dalej rozpamiętywał zawiłą fabułę. Jego uwagę dopiero odwróciła bariera. Spojrzał w górę. Widok był przepiękny. Pandora z zachwytu wzleciał w górę. Medyk miał wrażenie, iż ta chwila ciągnie się w nieskończoność. Stał z zadartym w górę łbem i przerzucał spojrzenie między lśniącą barierą, a swoim przyjacielem. Białe futro opiekuna szczeniąt mieniło się podobnie co kapsuła. Zdaniem Lawrece'a wyglądał niezwykle.
Pokaz zakończył się głośnymi brawami i wiwatami. W całym panującym wokoło wilka tłoku, medyk zdał sobie sprawę, że zgubił z pola widzenia Pandorę. Choć co chwila spoglądał w górę, nigdzie nie dostrzegł charakterystycznego basiora. Musiał go szybko odnaleźć! W końcu - razem muszą wrócić do domu Lawrence'a.
Czekał więc cierpliwie, jak wszyscy mieszkańcy wycofają się z placu. Muzyka cichła, a po zgiełku nie zostało prawie nic. Na opustoszonym już rynku Lawrence dostrzegł dwie sylwetki. Przecisnął się przez tłum powracający do domu tłum i wyszedł na spotkanie Pandory. Medyk nie potrafił odczytać uczuć swojego towarzysza. Zastanawiał się, dlaczego jego kompan znowu rozmawiał z Haiderem. Miał go w końcu unikać. Brązowy basior potrząsnął łbem - nieważne. Pandora jest dorosły, ma prawo robić to, na co ma ochotę.
- Widziałeś? Wyglądało jak zorza! - Podekscytowany głos białego basiora tym bardziej rozwiał ponure myśli Lawrence'a.
- Ciężko nie było ich nie zauważyć! Jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie widziałem w życiu - stwierdził, a na jego pysku pojawił się mimowolny, delikatny uśmiech. - Wracamy do domu?
- Padam z łap! - Wilk pokiwał zgodnie rogatym łebkiem. Ruszył za medykiem.
Sam Lawrence przez całą drogę powrotną miał wrażenie, że ktoś ich śledzi. Właściwie, był niemalże pewien, kto mógł podążać ich śladem. Dlaczego Haider nie chce dać za wygraną?

~*~

- Przygotuję ci miejsce do spania - poinformował brązowy basior. Wyjął przechowywane dla gości posłanie i miękkie poduszki. Lawrence pragnął, aby jego towarzysz wyspał się w wygodzie.
- To dla ciebie. - Medyk wskazał prowizoryczne łóżko. - Miłych snów!
- Dziękuję za wszystko, dobranoc. - Pandora uśmiechnął się delikatnie i położył wśród poduszek.
Brązowy basior ułożył się zaś w swoim gabinecie, który często w przypadku przyjmowania gości czy klientów, zamieniał się w jego sypialnię.
Medyk cieszył się, iż jego towarzysz zgodził się zostać u niego na noc. Nie wyobrażał sobie, że Pandora mógłby wracać do siebie tak późno w nocy! Jeszcze, jak Haider najpewniej jest gdzieś w pobliżu.
Noc minęła mu wyjątkowo szybko. Lawrence przeciągnął się, prostując wszystkie swoje kości. Cicho, aby nie obudzić Pandory zajrzał do salonu, przez który przemknął, aby dostać się do kuchni. Tam przygotował śniadanie. Nie mógł przecież pozwolić, aby jego gość był o pustym żołądku. Kiedy tylko skończył nakładanie kanapek, usłyszał pukanie do drzwi. 
Wyszedł, aby otworzyć. Stukanie najwyraźniej obudziło śpiącego wilka. Pandora przywitał się w wchodzącym medykiem, który właśnie zapraszał niezapowiadanego gościa do domu. 
Był nim Haider. 
- Złapałem wczoraj jakieś przeziębienie - wyjaśnił przyczynę odwiedzin. - Mógłbyś coś na to poradzić? 
- Oczywiście. - Lawrence uprzejmie kiwnął głową i udał się do swojego schowka. Przygotował prostą mieszankę ziół - między innymi trochę rumianku i mięty. Gotowy środek zapakował do niewielkiej torebki i powrócił do salonu, gdzie zdążył usłyszeć końcówkę rozmowy Haider'a i Pandory.
- Mówiłeś, że wracasz do domu - odparł z wyrzutem basior. 
- I w nim jest - odparł medyk, podchodząc do wilków. Podał pacjentowi mieszankę. - Twoje zioła. 

<Pandora?> 

Słowa: 587

niedziela, 3 maja 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Wilk ucieszył się na myśl wspólnej zabawy ze swoim przyjacielem. Będzie to wspaniała nagroda za tydzień ciężkiej pracy! Medyk nie mógł się już doczekać.
Przez ostatnie dwa dni dzielnie stawiał czoło nowym lekarskim przypadkom. Łapy miał pełne roboty. Lawrence obawiał się, że nie wyrobi się z pracą, kiedy cudownie wieczorem Święta Jedności udało mu się zakończyć wszystko.
Medyk starannie wyczyścił swoje futro i umył zabrudzone łapy. Kiedy stwierdził, że wygląda wystarczająco dobrze, opuścił swoje mieszkanie i skierował się w stronę targu. To właśnie tam umówił się z Pandorą. Szybkimi krokami znalazł się na wyjątkowo zaludnionym placu. Zarówno budynki, jak i lampy zostały cudownie ozdobione. Rozglądał się, podziwiając eleganckie ornamenty. Lawrence zatrzymał się przy niewielkim krzewie bzu. Medyk kochał zapach rosnących na nim kwiatów. Mocna woń sprawiła, iż wilk dłuższą chwilę spędził z głową wysoko zadartą. Wtedy też kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Był to Pandora. Biały basior rozmawiał z kimś. Lawrence zastrzygł uszami na widok Haider'a. Dlaczego są razem? Medyk napuszył sierść. Nie podobało mu się to.
Mniejszy wilk najwyraźniej zdał sobie sprawę z obecności Lawrence'a. Pożegnał się z ciemnym basiorem i dołączył do medyka. 
- Cześć Lawrence! - Pandora uśmiechnął się szeroko.
- Witaj - przywitał się medyk. - Jak minęła ci podróż?
- Całkiem miło - odparł wilk. Chwilę później rozejrzał się nerwowo i dodał ściszonym głosem: - Mam wrażenie, że ten Haider cały czas za mną idzie...
- Doprawdy? - Lawrence przechylił głowię. Pandora wydawał się być dość zmartwiony. - Czego od ciebie chciał? 
- Pytał o imię i miejsce zamieszkania, czego oczywiście się nie ode mnie nie dowiedział - odpowiedział cicho biały wilk. 
- Nie przejmuj się nim. Będę mieć oko na Haider'a - obiecał medyk. - Dzisiaj w końcu mamy się dobrze bawić!
Pandora rozpromienił się na widok przystrojonego placu. Oba wilki już z daleka usłyszały wesołą muzykę. Wszyscy goście bawili się już w najlepsze. 
Lawrence dostrzegł, jak oczy jego towarzysza błyszczą z zachwytu. Doprawdy było tu przepięknie. Widok radosnego Pandory na tle kolorowych świateł stanowiło miłą odskocznię od codzienności medyka. Wilk przyzwyczaił się już do śmierci i łez. Teraz, widząc radosne twarzy znanych mu pacjentów uznał, że jego trud jest tego warty. 
Rozglądając się po znajomych pyskach, Lawrence dostrzegł w tłumie ciemne futro Haider'a. Wilk definitywnie wpatrywał się w Pandorę. Brązowy basior nastroszył swoją grubą sierść. Tym samym, wydawał się dwa razy większy. Jego kompan posłał mu zaskoczone spojrzenie. Chwilę później dostrzegł jednak swojego "prześladowcę" i westchnął cicho. Haider wycofał się.
Lawrence postanowił nie przejmować się wilkiem dłużej.
- Zobaczmy, co mają do jedzenia! - zaproponował i podszedł w stronę bufetu. Nie był wyjątkowo głodny, jednak wolał oddalić się od Haider'a. Chociaż dalej czuł na sobie wzrok wilka, wzruszył jedynie ramionami. 
Po szybkim posiłku Lawrence i Pandora pogrążyli się w rozmowie. Choć nie widzieli się koło dwóch tygodni, mieli wrażenie, jakby minęły wieki od ich ostatniego spotkania. Śmiali się, wymieniali spostrzeżeniami czy też opowiadali, co robili w ostatnim czasie. 
Spędzili wspólnie niezwykle przyjemny czas. Minuty przeszły w godziny, na niebie pojawiło się już wiele gwiazd. Zaczynało być naprawdę bardzo późno. 
- Może zostaniesz u mnie na noc? - Lawrence szczerze martwił się, że Pandora będzie chciał wracać o takiej porze sam do domu. - To żaden problem.

<Pandora?> 

Słowa: 517

niedziela, 26 kwietnia 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory


Powrót do normalności okazał się dziwnie ciężki. Choć Pandory nie znał zbyt długo, obecność wilka sprawiała, iż medyk stawał się dziwnie szczęśliwy. W swoim zawodzie nie mógł narzekać na brak towarzystwa, jednak wśród innych równie łatwo być samotnym.
Lawrence od rana do nocy pomagał wszystkim zranionym duszyczkom. Tu ktoś przyszedł z katarem, kolejny z kolcem w poduszeczce, a jeszcze inny żalił się na uporczywy ból brzucha. Medyk więc miał pełne łapy roboty. Mimo obietnicy złożonej Pandorze, nie miał dnia, aby wybrać się w tak daleką podróż. Jego wcześniejsze zniknięcie bez zapowiedzi wywołało w miasteczku niemałą panikę. Nie potrafił kolejny raz odejść na tak długo.
Tak więc poświęcał się głównie swojej pracy. Całymi wieczorami siedział przy lekarstwach, dniami przy pacjentach, więc nie miał nawet czasu pomyśleć o odwiedzinach u przyjaciela.
- Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, smaruj nos - polecił Lawrence szczeniakowi, który stoczył niedawno walkę z dość upartym jeżozwierzem. - Jeśli opuchlizna nie zejdzie do końca tygodnia, zgłoś się do mnie. I uważaj na siebie na przyszłość!
- Dziękuję, Lawrence! - Malec przetarł cały zaczerwieniony nos, z którego wcześniej wyjąłem kolce. Był to ostatni pacjent na dzisiaj. Zdawało się, że z dnia na dzień coraz mniej wilków potrzebowało jego pomocy. Nadchodząca wiosna najwyraźniej zakończyła czas przeziębień i nagłych złamań. Zaczęły się zaś alergię, jednak z nimi łatwiej było sobie poradzić. Znane już od lat medykowi lekarstwa z roku na rok nie traciły na szczęście skuteczności.

~*~

- Wybierasz się na Święto Jedności, Lawrence? - Medyk zastrzygł uszami, słysząc pytanie ciężarnej wilczycy, która przyszła zapytać, czy z jej młodymi wszystko w porządku. Basior zaprzeczył, nie wiedząc, o co chodzi. Wadera szybko wyjaśniła okoliczności zabawy, która miała się niedługo odbyć.
- Może wpadnę na kilka minut - przyznał zainteresowany Lawrence. Odpoczynek po całym tygodniu pracy będzie zasłużony.
- Na targu widziałam dzisiaj świeży rumianek. - Informacja od wilczycy ucieszyła medyka. Okazja zdobycia nowych ziół to zawsze świetna wiadomość. 
Wilki pożegnały się. Basior zabrał swoją torbę i skierował się w stronę centrum. Nadszedł czas uzupełnić deficyt rumianku.
Medyk spacerował po straganach w poszukiwaniu wszystkich potrzebnych mu składników. Mijał wszelkiego rodzaju warzywa, owoce czy ozdobne roślinki. Kończąc przeglądać stoisko z kwiatami, odwrócił łeb. Wtedy też w tłumie dostrzegł znajome, białe futro. 
- Pandora! - zawołał. Basior odwrócił głowę. - Dobrze cię widzieć!
- Witaj Lawrence, ciebie również. - Widocznie zadowolony wilk podszedł do medyka. - Pewnie to, co ciebie - zakupy. 
- Niewątpliwie - odparł brązowy basior. - Jak się czujesz? Dawno się nie widzieliśmy. 
- Dzieciaki, którymi się opiekowałem dały mi trochę w kość - Pandora zaśmiał się serdecznie. Wcale nie wyglądał na złego. 
- Podobnie jak moi pacjenci, ale taka praca - przyznał medyk. - Słyszałeś może o święcie, które ma się niedługo odbyć? 
- Coś obiło mi się o uszy. 
- Może masz ochotę się tam ze mną wybrać? - zaproponował Lawrence, delikatnie się uśmiechając. Obaj potrzebują odpoczynku. Liczył, że Pandora się zgodzi - mieliby wtedy trochę czasu, który mogliby spędzić razem. 

<Pandora?>

Słowa: 461

niedziela, 5 kwietnia 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory


To było wyjątkowo szybkie polowanie. Lawrence rozsiadł się na brzegu rzeki i zaczął odgryzać duży kęs zająca. Niezwykły głód, jaki do tej pory odczuwał, przygasał, zamieniając się w przyjemne nasycenie. Dzień się kończył. Medyk wciąż nie wierzył, w to, co ich spotkało. Ledwo udało im się wydostać ze śmiertelnej pułapki! Dawno nie używał swoich piaskowych umiejętności. Wilk obiecał sobie, że kiedy tylko wróci do domu, wróci do treningów. Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu będzie zmuszony skorzystać ze swoich zdolności.
Lawrence z utęsknieniem spojrzał w stronę słońca. Powinien szybko wracać do domu. Jest tam potrzebny. Ogarniał go strach na myśl, że ktoś liczył na jego pomoc, a on nie mógł mu jej udzielić.
- Lawrence. Masz już wszystkie zioła? - Głos Pandory wyrwał go z zamyślenia. Medyk wstał, przeciągnął się i bez pośpiechu podszedł do wody. Kiedy skończył zaspokajać swoje pragnienie, odwrócił się do towarzysza i pokiwał powoli głową. Wszystko, co potrzebował, znalazł.
- Tak, mech był ostatni - odparł, strzygąc uszami. - A co?
- Nic - Pandora wydał się być przygaszony. - Teraz będziesz wracał do siebie?
- Chyba powinienem, muszę sprawdzić, co z pacjentem. - Na myśl o rannym wilku Lawrence posmutniał. Miał nadzieję, że wszystko u niego w porządku.
- Dzisiaj chyba jest już późno na powrót. - Uwaga białego basiora była słuszna. Zbliżała się noc. 
- Nie sądziłem, że w jaskini spędziliśmy tyle czasu - westchnął medyk. Czy naprawdę tak długo byli uwięzieni? Beznadziejna sprawa.
- Może zostań u mnie jeszcze jedną noc, żebyś teraz nie szedł po ciemku - zaoponował Pandora. - Do centrum dość daleko. 
Brązowy basior spojrzał w niebo. Nie chciał nawet myśleć o powrocie do domu w panujących wszędzie ciemnościach.
- Naprawdę nie będzie to problemem? - Medyk wolał upewnić się, czy kolejna noc w jaskini Pandory należy do dobrych pomysłów.
- W porządku, nie przejmuj się - zapewnił wilk, jednocześnie drapiąc się po uchu. Wyglądał na dość zadowolonego, choć radosny błysk w jego oku, Lawrence dostrzegł tylko na sekundę. 
Chwilę jeszcze przesiedzieli wspólnie przy rzece, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Dzisiejszej nocy było wyjątkowo piękne. Lawrence podzielił się z Pandorą znajomością konstelacji, wskazując je łapą.

~*~

Medyk obudził się wcześnie. Czekała go dość długa podróż do domu. Właściciel jaskini oczywiście nie spał i pomagał przy pakowaniu ziół. Lawrence wyciągnął na zewnątrz dwie torby.
Atmosfera niemal całkowicie zmieniła się od wczoraj. Słońce rzucało ciepłe płomyki, roztapiając zamarzniętą dotychczas ziemię. Brązowy wilk dostrzegł rozwijające się na gałęziach pąki oraz przebijające się przez resztki śniegu kępki świeżej, zielonej trawy. Rozbudzone ptaki wzniosły ku niebu swe wesołe piosenki, całkowicie przywracając światu utraconą przez zimę radość.
- Wiosna. - Medyk uśmiechnął się szeroko. Później zaczerpnął pełną piersią świeżego powietrza i przeciągnął się. Czuł się, jakby był o kilka lat młodszy!
Pandora dołączył do niego i z oczami pełnymi zachwytu, rozejrzał się wokoło. Wydawał się równie zadowolony co Lawrence. Chwilę później, biały wilk spojrzał na leżące obok medyka torby. Trochę posmutniał. Medyk zastrzygł uszami, zaciekawiony. Nie zapytał jednak o nic.
- Pora, bym wracał - odezwał się w końcu, wstając z miejsca. - Dziękuję za nocleg, Pandoro.
- Przyjemność po mojej stronie - odparł wilk, uśmiechając się lekko. - Jesteś pewien, że dasz radę zanieść obie torby do Centrum?
Lawrence spojrzał z powątpiewaniem na swój bagaż.
- Nie mam wyjścia. Muszę - odpowiedział, wzruszając ramionami.
- Wiesz... Jeśli chcesz, mogę ci pomóc - zaproponował Pandora, przerzucając wzrok z towarzysza na torby.
- Nie mogę cię o to prosić - zdziwił się Lawrence. - To ja miałem cię przecież odprowadzić. Przecież wiesz, że to daleka droga.

<Pandora?>


Słowa: 557

piątek, 20 marca 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Splątane korytarze z każdą kolejną chwilą wprawiały medyka w ponury nastrój. Mimo tego nie chciał poddawać się łatwo. Podążał za białym towarzyszem i rozjaśniającymi mu drogę płomykami. Lawrence z trudem pokonywał co węższe tunele, przyjmując co ciekawsze pozy, aby przedostać się na druga stronę. Wilk powoli męczył się całą sytuacją. Stare, zaleczone przeziębienie dawało o sobie znać. Co chwila kichał, a głośny dźwięk roznosił się echem po tunelach.
- Nie powinienem go atakować, teraz byśmy tu nie utknęli - obwiniał się Pandora. Zmarnowany położył się na zimnej, kamiennej ziemi. Wyglądał na niezwykle smutnego. Lawrence starał się pocieszyć towarzysza, trącając go nosem w geście zachęty do dalszej drogi.
- Głupoty gadasz, dobrze zrobiłeś, to on nie powinien nas atakować - odparł medyk. Wrogi basior nie miałby z nimi szans w równej walce!
- Ale to my tkwimy w labiryncie i nie możemy znaleźć wyjścia - przypomniał Pandora. Lawrence odpowiedział mu cichym westchnięciem. Trafił w punkt.
- Na pewno jakieś jest. - Medyk próbował tymi słowami również przekonać siebie.
- Nie ma, zrozum to. Ogniki zawsze wskazują kierunek wyjścia, jeśli go nie ma, one nie odstępują mnie na krok - mówiąc to, biały basior odwrócił wzrok. Lawrence zaś zamilkł. Wiadomość o płomykach jednak nie powstrzymała wiary wilka. Machnął gniewnie ogonem. Nie umrą tutaj! Nie ma mowy. Medyk położył się obok towarzysza.
- Poddajesz się? - szepnął. W odpowiedzi Pandora jedynie wzruszył ramionami. Lawrence oparł łeb o łapy i zamknął oczy. Odpoczną chwilę i ruszą dalej.
Nie wiedział, ile siedzieli otoczeni mrokiem jaskini, kiedy biały wilk nagle się podniosły.
- Słyszysz? - Lawrence postawił uszy. Nie doszedł do niego jednak żaden dźwięk. Zmarnowany pokręcił głową. Podekscytowany towarzysz jednak kontynuował: - Słyszę ptaka, za tymi skałami musi być wyjście. Tylko jak je rozwalić?
Medyk podszedł do kamiennej ściany. Zastrzygł uszami. Teraz i on usłyszał delikatny świergot. Ze szpar między głazami poczuł na swoim pysku delikatną bryzę. To musi być wyjście.
- Odsuń się - polecił Lawrence, przejeżdżając łapą po zimnej powierzchni muru odgradzającego ich od świata. Między kamieniami znajdowały się ziarna piachu. Dzięki swojej mocy mógł je obluzować. Nie wiedział, na ile jego pomysł ma odzwierciedlenie w rzeczywistości, skupił się, powoli przyzywając do siebie piasek. Drobimy wysuwały się spod głazów, obluzowując je. Chwilę później przed Lawrence'm stworzyła się niewielka kula piachu. Sklecił z niej pocisk, który wycelował w osłabioną ścianę. Pierwsze uderzenie niewiele pomogło. Za drugim zaś kilka kamieni opadło, wpuszczając do ciemnej nory światło codzienne.
Medyk wymienił radosne spojrzenie ze swoim towarzyszem. Są blisko zwycięstwa! Kolejne wykreowane piaskowe pociski wystrzeliły w stronę ściany. Osunięte głazy utworzyły przejście. Było jednak one dość wysoko. Lawrence musiał więc podsadzić Pandorę. Sam musiał doskoczyć do wyjścia. Ledwo się przecisnął, a biały towarzysz pomógł mu złapać równowagę.
Chwilę później obaj opadli na szorstką trawę, łapiąc łapczywie świeże powietrze.
- Mówiłem, że nam się uda. - Medyk uśmiechnął się delikatnie, przewracaj ac się na plecy, przypadkiem zgniatając swoją torbę. Nie obchodziło go to jednak wiele. Cieszył się chwilą. Oczywiście do momentu, kiedy jego brzuch zaburczał. Lawrence nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł.
- Chodźmy zapolować - zaproponował brązowy basior, przeciągając się. - Umieram z głodu.
Pandora zgodził się z nim. Cała ta szalona wycieczka po podziemiach była niezwykle męcząca. Medyk miał nadzieję, że nic gorszego już ich dzisiaj nie spotka.

<Pandora?>

Słowa: 519

czwartek, 12 marca 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory


Podziwiał niezwykłe, jarzące się świetliki. Nigdy przedtem nie widział nic podobnego! Przeskakiwał z kamienia na kamień, obserwując przelatujące mu nad głową owady. Śledził je wzorkiem, nie potrafiąc spojrzeń na nic innego.
Lawrence, kiedy w końcu nasycił wzrok pięknymi widokami, zarzucił na siebie torbę i skierował swe kroki w stronę Pandory. Medyk nie spodziewał się jednak, że jego towarzysz postanowi w tym momencie się cofnąć. Brązowy wilk runął do wody. Sadzawka na szczęście nie była głęboka. Odbił się tylnymi łapami od dna i wystawił łeb nad toń wody.
- Przepraszam. - Głos białego basiora pozwolił mu namierzyć kierunek. Lawrence otarł mokrą sierść z oczu i uśmiechnął się lekko. Ostatnio woda bardzo go polubiła.
Nim jednak medyk zdążył się odezwać, usłyszał za sobą dziwny dźwięk. Odwrócił się momentalnie. Gdyby nie mokra sierść, Pandora pewnie dostrzegłby jego najeżone futro. Zaraz za Lawrence'm nagle otworzyło się tajemnicze przejście. Wilk zaciekawiony zastrzygł uszami i spojrzał w kierunku swojego towarzysza. Wymienili spojrzenia i w milczeniu ruszyli przez owiany mrokiem korytarz.
Woda stawała się coraz głębsza. Ze względu na moje długie łapy, szybko uporał się z pływaniem, aż w końcu poczuł pod łapami stabilny grunt. Pandora poddał się szybciej - wzbił się w górę i przeleciał nad całą sadzawką, lądując na bezpiecznym brzegu.
Jaskinia, trochę mniejsza niż wcześniejsza, oświetlona była przepięknym drzewem. Lawrence pierwszy raz widział taką roślinę na oczy! Z zachwycenia otworzył pysk. Zignorował nawet chłód spowodowany mokrym futrem i przeciągiem. Jak w transie, ruszył za Pandorą i podszedł do niezwykłego drzewa. Lśniło ono błękitną poświatą.
Kiedy znalazł się blisko, obwąchał starannie pień i liście. Ogarniał je słodki, delikatny zapach.
- Co to za miejsce? - zapytał medyk, odwracając się do równie zaskoczonego towarzysza.
- Nigdy tutaj nie byłem - odpowiedział Pandora, przepierzając łapą po pniu drzewa. - Jest dosyć stare. Tak, jakby rosło tutaj od wieków!
- W to nie wątpię - przytaknął Lawrence. - Myślisz, że ma jakieś lecznice właściwości?
Biały wilk wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
Medyk stanął na tylnych łapach i zerwał kilka błękitnych liści z gałęzi powyżej. Jednak te w momencie odczepienia ich od gałęzi, zgasły, a po chwili rozsypały się w pył.
- Ciężko będzie to sprawdzić - zaśmiał się brązowy basior, wypluwając z pyska resztki proszku. - Raczej mi się nie przydadzą.
Pandora odwzajemnił uśmiech i skocznym krokiem skierował się w głąb jaskini. Lawrence podążył za nim, bacznie rozglądając się na boki. Jaskinia ta zdawała się jeszcze piękniejsza od wcześniejszej. Kiedy tylko medyk dogonił towarzysza, usłyszał za sobą dziwny dźwięk. Momentalnie odwrócił łeb i ujrzał za sobą znajomego wilka - sprawcę porannej sprzeczki. Nim Lawrence zdążył zareagować, nieznajomy wystrzelił w ich kierunku strumień dziwnie wyglądającej wody. Medyk instynktownie skoczył w stronę Pandory, którego zepchnął w boczny korytarz. Ścieżka okazała się wyjątkowo stroma. Oba wilki zjechały po niej niczym zjeżdżalni i rozbili się o siebie na dole. Ledwo powrócili do rzeczywistości, kiedy z tunelu zaczęły wypadać kamienie. Tym razem Pandora odepchnął medyka, szczęśliwie unikając katastrofy. Chwilę później całe wyjście zostało zagrzebane pod gruzami.
- Cholera - mruknął Lawrence, uporczywie starając się odkopać przejście. Poddał się niedługo później. - Zdaje się, że musimy poszukać innej drogi.
Mówiąc to, odwrócił się w stronę całkowicie okrytego mrokiem wnętrza kolejnej jaskini.

<Pandora?>


Słowa: 510

wtorek, 3 marca 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

- Tam jest rykowisko. - Lawrence słuchał uważnie wypowiedzi Pandory. - W czasie rui i wychowywania młodych jest zakaz polowania.
Medyk zastrzygł uszami i spojrzał we wskazanym przez mniejszego basiora kierunku.
- Ktoś chyba o tym zapomniał – powiedział brązowy basior, kiwając łbem. Niedaleko, za wysokim drzewem skrywał się czarny wilk. Wolnym krokiem zmierzał w stronę skubiącej trawę łani. Pandora momentalnie zerwał się z miejsca, skacząc w kierunku obcego. Zdjął go z główki, zbijając z łap. Ciemny basior mocno uderzył o ziemię. Towarzysz medyka usiadł na ziemi, masując się po głowie. 
Czarny wilk wstał, otrząsnął się i z głośnym warknięciem skoczył w stronę Pandory. Lawrence nie czekał dłużej. Momentalnie znalazł się za swoim kompanem. Najeżył sierść, łypiąc wściekle na przeciwnika.
- Odbiło wam! - mruknął czarny basior, spluwając na ziemię. - Prawie była moja!
- W czasie rui nie można tutaj polować - wyjaśnił nerwowo Pandora. Na pysku obcego wilka malowała się wściekłość. Syknął jedynie i zrzucił się w stronę białego basiora. Lawrence był jednak szybszy. Z warknięciem zbił z łap napastnika, przygniatając go swoim ciężarem. Nieznajomy zaskomlał. Przez chwilę próbował wyrwać się z objęć. Medyk nie trzymał go jednak długo. Odskoczył równie szybko, co zaatakował. 
- To nie czas na walki - prychnął Lawrence, otrzepując futro. Zdziwiony wilk zmierzył go wrogim wzrokiem. Ponownie splunął na ziemię i odszedł w stronę drzew. Pandora i medyk wymienili się spojrzeniami. 
- Dobrze, że obeszło się bez rozlewu krwi. - Biały wilk ostatni raz zerknął w stronę obcego. 
- Racja. Nie mam jeszcze wszystkich ziół. Tych tamujących krwotok głównie. - Lawrence zaśmiał się posępnie. - Kontynuujemy podróż? 
Pandora kiwnął łbem i ruszył w znanym sobie kierunku. Brązowy basior poszedł za nim. Nie mógł doczekać się odwiedzinami w jaskini! W podskokach dogonił swojego towarzysza. 
Reszta podróży minęła im w miłej atmosferze. W międzyczasie Lawrence niejednokrotnie usłyszał za sobą dziwny szelest. 
- Śledzi nas, prawda? - szepnął medyk. Pandora potwierdził obawy. Czarny wilk najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić. Obydwaj podróżnicy nie dali jednak po sobie poznać. 
W końcu dotarli do dużej groty. Lawrence poczuł na swoim futrze chłodny przeciąg. Jaskinia wydawała się głęboka. 
- Chodźmy! - zadecydował Pandora i poprowadził towarzysza dalej. 
W panujących wszędzie ciemnościach Lawrence nie potrafił dostrzec nic oprócz białego futra idącego przed nim wilka. Medyk kierował się głównie węchem i słuchem. Ostatecznie doszli do ogromnej groty, w której centrum znajdowało się jezioro. Przez niewielki otwór w sklepieniu padał niewielki strumień światła. 
- Jak tutaj pięknie! - Lawrence otworzył pysk z zachwytu. Zeskoczył niżej, biorąc głęboki oddech. Brakowało mu tak niezwykle świeżego powietrza. 
Pandora przebiegł obok, ocierając się o futro medyka. 
- Czego szukamy? - zapytał, rozglądając się po pogrążonej w półcieniu jaskini. 
- Mchu - odparł brązowy basior. - Dużo mchu!

<Pandora?> 

 Słowa: 422 

piątek, 21 lutego 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Ogień buchnął, trawiąc przyniesione przez Pandorę kawałki drewna. Z futra medyka skapywały zimne krople wody. Lawrence kichnął głośno, wprawiając płomień w ruch. Potrząsnął głową i przeniósł wzrok z ogniska na siedzącego obok basiora.
- Dziękuję - odezwał się. Jego głos był cichy, tłumiony przez narastającą chrypę.
- Spłacam dług, w końcu sam użyczyłeś mi noclegu na dwa dni - odparł Pandora, uśmiechając się delikatnie. Po chwili wstał, ruszył w znajomym jedynie sobie kierunku. Wrócił niedługo później dzierżąc w pysku kawałek zająca. Biały wilk położył posiłek obok medyka, mówiąc:
- Jeśli chcesz, możesz zostać tak długo, aż wyzdrowiejesz.
Lawrence nie potrafił nie przyjąć propozycji. W tym stanie nie było mowy, aby spacerować po dworze. Zwykłe przeziębienie mogłoby przeistoczyć się w coś znacznie gorszego. Kiedy posilił się, wilk oparł łeb o łapy i zamknął oczy. Zmęczenie brało górę nad taktem. Chwilę później całkowicie odpłynął.

~*~

Obudziła go krzątanina Pandory. Basior przechadzał się po jaskini, w ciszy porządkując swoje rzeczy. Lawrence przywitał się z towarzyszem. Był to już trzeci dzień, który spędzili razem w jaskini białego wilka. Medyk z dnia na dzień czuł się coraz lepiej. Czuł się na tyle dobrze, iż postanowił dzisiaj ruszyć w dalszą podróż.
- Jesteś tego pewien? - dopytywał Pandora, kiedy tylko Lawrence podzielił się swoim planem. - Choroba nie będzie ci już doskwierać?
- Co byłoby ze mnie za medyk, jeśli nie potrafiłbym poradzić sobie ze zwykłym przeziębieniem? - większy basior zaśmiał się serdecznie. Z niemałym trudem wstał z miejsca, przeciągając się i tym samym prostując kości.
- Dziękuję ci za pomoc, Pandoro. - Medyk był wdzięczy basiorowi za schronienie. - Czas mnie jednak nagli, muszę ruszać.
Skrzydlaty wilk wbił wzrok we własne łapy. Chwilę później podniósł smukłą głowę do góry.
- Myślisz, że mógłbym ci dalej towarzyszyć? Znam okolicę. - Propozycja Pandory zaskoczyła go. Nie potrafił mu jednak odmówić.
- Tylko pod warunkiem, że pozwolisz mi przechować w swojej jaskini zioła, które zebraliśmy do tej pory. - Lawrence uśmiechnął się ciepło. Mniejszy wilk od razu podszedł do medyka i pomógł mu rozpakować zioła. Ułożyli je na kilka starannych kupek. 
Medyk ostatni raz spojrzał na zebrane rośliny, odwrócił się i wyściubił nos na zewnątrz. Jego pysk owiał chłodny wiatr. Już całkowicie zapomniał o panującym wszędzie mrozie. Nastroszył więc swoje grube futro i obejrzał się na podążającym za nim Pandorą. 
- Czy w pobliżu są jakieś większe jaskinie? - zapytał Lawrence, przeciągając się na śniegu. 
- Znam jedną - odparł biały basior po chwili zastanowienia. - Znajduje się kawałek stąd. 
Medyk do pełni szczęścia potrzebował jeszcze dużo mchu. Odnalezienie świeżego o tej porze roku w innym miejscu niż głębokie groty było wręcz niemożliwe! 
- Mógłbyś mnie do niej zaprowadzić? - poprosił Lawrence. - Liczę na twoje przewodnictwo. 


<Pandora?> 

Słowa: 423

piątek, 7 lutego 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Dzień był wyjątkowo piękny. Lawrence odetchnął pełną piersią, kiedy tylko znalazł się na przestronnej polanie. Odwrócił się, by spojrzeć na Pandorę. Mniejszy wilk przeciągnął się, otrzepując ze śniegu. Medyk czuł zadowolenie. W końcu w tak krótkim czasie udało im się odnaleźć dosyć ważne rośliny. W takim tempie będzie mógł wrócić do domu szybko!
Wykopywał właśnie ostatnie ziele, kiedy zimny wicher przeczesał futro basiora. Nim zdążył się obejrzeć, śnieg sypnął im prosto w oczy. Dla Lawrence'a priorytetem było ocalenie roślin. Zasłonił swoim futrem torbę i ruszył biegiem przed siebie. Nie znał kierunku - zaufał prowadzącemu go wilkowi. Białe futro Pandory stawało się coraz mniej widoczne w spadającym puchu. Medykowi wydawało się, że stracił go z oczku, kiedy towarzysz ponownie pojawił się i zaprowadził do skalnej ściany. Znajdowała się w niej wnęka - idealna na schronienie.
Mniejszy basior ruszył pierwszy, znikając w mroku jaskini. Lawrence ledwo przecisnął się przez wąską dróżkę. Futrem zaczepiał o wystające kamienie. Z ulgą westchnął, kiedy znalazł się w ciasnej, aczkolwiek przytulniej jaskini. Usiadł obok Pandory, gdzie zajrzał do torby. Nic nie ucierpiało.
- Dobrze, że zdążyliśmy - rzekł biały wilk. - Jak rośliny?
Medyk odsunął wieko torby, aby pokazać towarzyszowi stan ziół. Kompan wydawał się być zadowolony.
- Położę się na chwilę - poinformował Pandora, zawijając się w kulkę. Lawrence zaś odłożył bagaż i wyjrzał na zewnątrz. Prawdziwa burza śnieżna!
Wrócił do środka i spojrzał na swojego towarzysza. Mniejszy wilk, okrył się skrzydłem, trzęsąc się z zimna. Lawrence spojrzał na niego ze smutkiem. Futro Pandory, znacznie mniej gęste niż sierść medyka, najwyraźniej nie chroniło go wystarczająco przed chłodem. Medyk położył się więc obok niego. Chciał go ogrzać.

~*~

Nastał nowy dzień. Lawrence wstał z lodowatej podłogi. Czuł, jakby przez noc wszystkie jego kości zmarzły doszczętnie. Musiał się więc przeciągnąć. Swoim ruchem zbudził Pandorę, który podniósł łeb i tępo rozejrzał się po pomieszczeniu. Wilki przywitały się i wspólnie zaczęły odgrzebywać zasypane śniegiem wyjście. 
Zajęło im to dłuższą chwilę, ale w końcu przekopali się na drugą stronę. Lawrence z podziwem spoglądał na pokryty puchem krajobraz. Było przepięknie!
Wyruszyli. Medyk co chwila zapadał się w zaspy, jednak jego długie łapy umożliwiały mu łatwe wydostanie się z nich. Pandora miał utrudnioną wędrówkę. Nie tylko problem podróży ciążył nad basiorami. W owych warunkach polowanie nie należało do najprostszych. Zdawało się, śnieg oprócz ziemi, przykrył również wszystkie zapachy zwierzyny. 
Doszli ostatecznie do zamarzniętej rzeki. Lawrence dostrzegł na przeciwległym brzegu roślinę. Zioło było niezwykle ważne w leczeniu zapalenia płuc. Zdobycie go o tej porze niemal graniczyło z niemożliwością! Medyk nie mógł więc przegapić okazji i nie spróbował go zdobyć. 
- Pójdę sam - zaproponował Pandora, stając na lodzie. 
- Wykluczone. - Brązowy basior nie miał zamiaru zostawić towarzysza. Biały wilk skrzywił się i ruszył przodem. Pokonał rzekę w kilku susach, bezpiecznie lądując na śniegu po drugiej stronie. Lawrence zdjął torbę i popchnął ją do kompana. Wolał nie ryzykować możliwości zatopienia jej. Bagaż z impetem uderzył w łapy Pandory, niemal go przewracając. Medyk wszedł na lód, który cicho pod nim zatrzeszczał. Basior pokręcił głową i przesunął się o kilka kroków dalej. Musiał się pośpieszyć. Stawiał łapę za łapą z rozwagą i spokojem. Co jakiś czas zerkał na nawołującego go Pandorę. Dotarł niemal do końca, kiedy usłyszał głośny trzask. Cały jego tył zapadł się do rzeki. Chwilę później zanurzył się w niej cały. Z trudem łapał oddech, szukając oparcia dla łap. Poniósł łeb ponad powierzchnię wody, która kotłowała się wokoło niego. Użył resztki swojej siły, odbił się od dna i wyskoczył na brzeg. Pandora złapał go za kark i pomógł całemu wgramolić się na stały ląd. Wypluł tam resztki lodowatej wody. Futro medyka całkowicie przyległo do jego ciała, odsłaniając szczupłą sylwetkę. Jedynie śmierć nadawała mu objętości. Teraz wydawał się niemal tak drobny jak Pandora. Lawrence kichnął i otrzepał się. Nie tak wyobrażał sobie ich podróż.

<Pandora?>

Słowa: 618

wtorek, 28 stycznia 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Brązowy wilk spojrzał zaskoczony na białego basiora. Nie spodziewał się podobnej propozycji. Nie chciał, aby Pandora kłopotał się z jego problemami. Mniejszy samiec jednak szybko przekonał medyka.
Lawrence ponownie zniknął w magazynie. Wyciągnął z niego sporą, skórzaną torbę. Powrócił jeszcze po kilka ziół. Utworzył spokojnie sporą ilość pomniejszych porcji. Podał lekarstwa pacjentowi.
- Niestety, będę musiał was opuścić na jakiś czas - odparł, przysuwając dawki wilczycy. - Dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Rokowania są wysokie, jeśli nie zrobisz nic głupiego, po miesiącu zapomnisz, że taki wypadek miał miejsce.
Ostatnie zdanie zwrócił bezpośrednio do leżącego obok basiora. Ten pokiwał wolno głową i podniósł się do siadu. Medyk wyjaśnił jeszcze kilka spraw. W razie problemu skierował ich do drugiego, zaprzyjaźnionego sobie lekarza.
Nastało popołudnie. Pandora i Lawrence, kiedy pacjent i jego partnerka powrócili do domu, wspólnie zdecydowali, że wyruszą z samego rana. Teraz rozpoczęli pakowanie. Medyk zaczął przygotowywanie lekarstw na wędrówkę. Nie wiedział, co może spotkać ich po drodze. Zioła na przeziębienie, odmrożenia, otarcia, zakażenia...Wszystko mogło się zdarzyć. W związku z utratą części roślin, miał niekoniecznie duże pole popisu. Gotowe leki zapakował do torby. Sporządził również listę pędów, które będzie musiał głównie odnaleźć. Bez niektórych ze zmarnowanych ziół się nie obejdzie. Miesiące zbierania ich poszły na marne.
Kolejno, z pomocą Pandory, wysprzątał magazyn. Zajął się również mieszkaniem. Nie chciał, żeby po powrocie zastał go bałagan.
Lawrence sam nie wiedział kiedy nastał zmrok. Przygotował więc dodatkowe, znacznie wygodniejsze niż wcześniejsze, posłanie dla Pandory. Życzył mu dobrej nocy, a sam udał się do swojej sypialni. Rozłożył się na miękkim łóżku. Ciążąca jednak wizja jutrzejszej podróży nie pozwalała mu łatwo zasnąć. Oparł brodę o przednie łapy. Czekał go męczący dzień. Cieszył się jednak, że będzie mu towarzyszyć właśnie Pandora.

~*~

Obudziły go promienie słońca. Lawrence przeciągnął się i zajrzał do pokoju, w którym spał biały basior. Wilk leżał skulony na posłaniu, wśród miękkich poduszek. Kiedy medyk postawił krok w jego kierunku, Pandora czujnie podniósł smukłą głowę w jego kierunku.
Po krótkiej rozmowie, jaką ze sobą stoczyli, zapakowali ostatnie rzeczy. Lawrence poczęstował swojego gościa również bogatym śniadaniem. Medyk nie chciał, aby cokolwiek podczas jego nieobecności się zepsuło. Wszystko, co pozostało, postanowił wziąć ze sobą.
Zamknął mieszkanie i dziwnie zatłoczoną uliczką wraz z Pandorą ruszyli w stronę lasu. Od domu białego basiora dzielił ich kawał drogi. W międzyczasie medyk przypominał sobie wszystkie miejsca, w których może odnaleźć potrzebne zioła. O tej porze roku ciężko będzie jednak o przeróżnego rodzaju kwiaty. Zdobycie ich właściwie było niemożliwe. Brązowy wilk ze smutkiem przyjął do wiadomości, że na całkowite uzupełnienie zapasów będzie musiał poczekać do wiosny.
Szczęście jednak im sprzyjało. Ledwo wkroczyli pomiędzy drzewa, napotkali wystające ponad śnieg delikatne pędy jednej z niezbędnych do leczenia zakażeń rośliny.
- Oby reszta podróży była równie owocna - odrzekł medyk, zbierając ziele.

<Pandora?> 

Słowa: 455

piątek, 17 stycznia 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Lawrence dokończył sprawunki. Rozmowa z Pandorą dała mu trochę do myślenia. Życie w Dystrykcie II zdecydowanie nie należało do najłatwiejszych. Wilk, nie odzywając się więcej wziął do pyska szczelnie zapakowane produkty i skierował się w stronę swojego domku. Odwrócił się po chwili, aby poczekać na męczącego się z zaspami Pandorę. Mniejszy basior z trudem pokonywał co większe góry śniegu. Musiał wspomagać się swoimi skrzydłami. Biały puch sprawnie spowalniał również Lawrence'a. Ciążąc, przyklejał się do jego grubego futra.
W końcu udało im się dostać przed dom medyka. Tam większy wilk otrzepał się ze śniegu, zapominając o swoim niższym towarzyszu. Przypadkiem obsypał go strąconym z siebie puchem. Pandora nie zdążył niestety odskoczyć.
- Wybacz - rzekł Lawrence, a po chwili zaśmiał się ciepło. Zdał sobie sprawę, jak biały śnieg wygląda niemal identycznie co futro Pandory.
- Nic się nie stało - odparł basior, pozbywając się ze swojego grzbietu dodatkowej warstwy puchu. Po chwili kichnął cicho.
- W zamian za to, naszykuję ci czegoś na katar - zaproponował Lawrence. Zaraz po tym otworzył drzwi i zaprosił swojego gościa do środka.
Pacjent wraz ze swoją partnerką rozmawiali żywo, jednak zamilkli chwilę później po pojawieniu się basiorów. Ranny wilk wyglądał znacznie lepiej niż o poranku. Udało mu się nawet podnieść do siadu. Chociaż Lawrence nie pochwalał jego samowolki, cieszył się, że pacjent raczej nie ma połamanych żeber. To oznaczało tylko jedno - będzie szybciej mógł wrócić do domu.
- Dasz radę do mnie podejść? - zapytał medyk, odstawiając zakupy. Basior pokiwał głową i wolnym krokiem skierował się we wskazaną stronę. Lawrence z nieukrywanym uśmiechem obserwował postępy rannego.
- Wspaniale! - pochwalił wilka. Chwilę później pomógł mu wrócić do wcześniejszego miejsca. - Dam ci zaraz lekarstwa. Jeśli dobrze pójdzie, za dzień lub dwa, będziesz wolny.
Pacjent wymienił wesołe spojrzenie z ukochaną. Lawrence również poczuł ulgę. Wypadek wydawał się znacznie groźniejszy. Na szczęście obeszło się na siniakach.
Wilk udał się więc do swojego schowka z ziołami. Kierując się głównie węchem, odnalazł te najprzydatniejsze. Pamiętał również o obietnicy złożonej Pandorze. Zabrał więc ze sobą kilka roślin leczących wczesne przeziębienie. Wrócił do swoich gości i przyrządził dwa lekarstwa. Ułożył je starannie na dwie kupki, a po chwili podał pacjentom. Pandora spojrzał podejrzliwie na zioła. 
- Nie martw się, na pewno ci nie zaszkodzą - zapewnił Lawrence. - Mogę nawet ci pokazać, z której półki je wziąłem. 
Wstał, aby zajrzeć do spiżarni. Gdy tylko otworzył drzwi, pierwsza stojąca półka, a dokładnie jedna z jej desek, jak na zawołanie, pękła, rozsypując po całym pomieszczeniu leżące na niej zioła. Lawrence odkaszlnął, wycofując się. 
- Cholera - westchnął zmarnowany. Czekało go kilka pięknych tygodni odrabiania strat. Niektóre zioła niesamowicie ciężko było znaleźć. 

<Pandora?> 

Liczba słów: 423

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Od Lawrence'a CD. Pandory

Rozmowę z Pandorą przerwała wbiegająca do pomieszczenia wadera. Jej błękitne futro było zmierzwione i nastroszone. Lawrence doskonale znał Tanelię, dziewczynę rannego wilka. Medyk wstał i podszedł do niej. 
- Jest ciężko ranny - wyjaśnił cicho, jednak widząc przerażenie na pysku wadery, dodał pośpiesznie: - Wyjdzie z tego, na pewno. 
Tanelia pokiwała powoli łbem - w jej oczach błyszczał smutek. Lawrence położył łapę na ramieniu wilczycy. Rzucił okiem na leżącego nieopodal Pandorę. Ruchem głowy wskazał, by basior poszedł za nim. 
- Zostawimy was na chwilę samych, gdyby coś się stało, proszę, zawołaj nas. Będziemy w pokoju obok - poinformował, udając się w stronę wyznaczonego kierunku. 
Małe pomieszczenie, w którym znalazł się wraz z Pandorą, było sypialnią medyka. Lawrence podwinął pod siebie łapy, całkowicie chowając je w gęstym futrze. Biały wilk usadowił się koło niego. 
- To wzruszające, jak rodzina przychodzi odwiedzać rannych. - Lawrence zagaił rozmowę. - A najsmutniejsze, kiedy przychodzą się pożegnać. 
Pandora rzucił mu pełne zrozumienia spojrzenie. Brązowy wilk zaczął wspominać straconych pacjentów. Wiedział, że nie da się uratować wszystkich, jednak wierzył, że może pomóc rannemu wilkowi. Wykluczył krwotoki wewnętrzne, chodź spodziewał się licznych złamań żeber. Westchnął głośno. Poszkodowany wilk szybko nie opuści jego przychodni, tego był pewien. 
- Przepraszam za to wszystko - odezwał się w końcu medyk do swojego gościa. Źle czuł się z faktem, że naraził Pandorę na takie nieprzyjemności. Chciał zapewnić mu bezpieczeństwo na czas śnieżycy, ale nie wszystko poszło po jego myśli. 
- Nic się nie stało - odparł szybko biały wilk. - Zrozumiała sytuacja.
- Jutro, jeśli mój pacjent poczuje się lepiej, pokażę ci miasto, dobrze? - zaproponował medyk, układając łeb na łapach. Był zmęczony, marzył o chwili snu. Czuł, jak oczy same mu się kleją. Nawet nie wiedział, kiedy całkowicie odpłynął. 

~*~

Obudziło go szturchnięcie w bok. Otworzył powoli oczy, zauważając stojącego nad nim Pandorę. 
- Przepraszam! - Medyk zerwał się z miejsca. - Coś się stało? Czy stan pacjenta się pogorszył? 
Biały wilk pokręcił łbem na boki. 
- Obudził się właśnie. 
- Dziękuję, już do niego idę - rzucił szybko, wychodząc na spotkanie z rannym wilkiem. Obok poszkodowanego leżała jego partnerka, łypiąc na ukochanego przepełnionymi miłością oczami. Lawrence przywitał się z nimi, po czym udał się do swojej spiżarni. Omiótł go tam znajomy zapach ziół. Wyszukał kilka poszukiwanych roślin i powrócił do pacjenta. Wykonał lekarstwo, które podał rannemu. 
- Powinno złagodzić ból - wytłumaczył. - Gdzie dokładnie cię boli?
- Myślę, że wszędzie - odparł, zmuszając się do śmiechu, jednak wykonując ruch, ponownie naruszył rany. Błękitna wadera odsunęła się w obawie i spojrzała na Lawrence'a. 
- Nic ci więc nie będzie. - Medyk uśmiechnął się ciepło. - Możecie chwilę tutaj poczekać? Muszę zrobić małe zakupy. 
Wyjrzał na zewnątrz. Całe miasteczko było zaśnieżone, jednak burza minęła. Pierwsi śmiałkowie wyściubiali łby na ulicę. Poczuł, jak jego ciało przebiegają dreszcze, kiedy postawił łapę na zimnym, białym puchu. Odwrócił się i spojrzał na Pandorę:
- Masz ochotę pójść ze mną? 

<Pandora? :3> 

Słowa: 456
Layout by Netka Sidereum Graphics