Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aiden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aiden. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2020

Od Aidena CD. Xevy

- Musimy iść. Wiatr robi się silniejszy. Czuję niebezpieczeństwo. - powiedziałem do wadery zaniepokojony nagłym szumem drzew i krakaniem ptaków lecących w przeciwną stronę. Zrobiło się chłodno, oboje czuliśmy chyba dziwny skręt w żołądkach kiedy nasze oczy spotkały się. Śnieg wirował nad nami, futro wiewało wraz z porywistym wiatrem a naszym uszy skuliły się ku dołu jak i nasze ciała. Rozejrzałem się po okolicy i nie wyglądała zbyt przyjaźnie. Zbliżała się prawdopodobnie burza śnieżna, dodatkowo było już ciemno co znacznie osłabiało naszą pozycje. W końcu postanowiłem działać. Wilczyca była zbyt rozkojarzona i zdenerwowana żeby cokolwiek powiedzieć.
- Chodźmy. - narzuciłem i pokiwałam głową w kierunku, w którym znajdowała się jaskinia. Nie mieliśmy jak na razie innego punktu zaczepienia, a z nadchodzącą burzą śnieżną i na otwartym terenie niezbyt ciekawie byśmy na tym wyszli. Zamieć mogłaby nas pogubić i nie odnaleźlibyśmy drogi do „domu”. Nawet najlepszy wilk może stracić orientację jeżeli tylko minimalnie się rozkojarzy, a jednak trudne warunki atmosferyczne wymagają od wilków pełnego skupienia i logicznego myślenia. Znikąd może wyskoczyć zagrożenie. Dużo starych weteranów wykorzystuje niekorzyść młodszych na własny cel. Kto wie co mogłoby nas spotkać.
Droga dłużyła się i dłużyła, omijaliśmy zaspy i ogromne głazy czy drzewa, żeby szybciej znaleźć się w jaskini. Co jakiś czas oglądałem się za siebie, żeby upewnić się, że nikt za nami nie podąża. Nie czułem spokoju, coś nas jednak tej nocy wytropiło i ewidentnie będzie próbowało zaszkodzić. Nasze schronienie było tuż przed nami, kiedy wiatr przybrał na sile, śnieg zaczął wręcz pędzić z wiatrem w jednym kierunku, a nad nami niebo otworzyło się wypuszczając biało-złoty piorun na ziemię w towarzystwie ogromnego i silnego grzmotu. Wbiegliśmy do jaskini, ale nie do tej samej. Dziwne, bo wydawało mi się, że idziemy w dokładnie tym samym kierunku, z którego wróciliśmy. Mógłbym przysiąc, w końcu znałem drogę do doliny, w której polowaliśmy na ptaki, bo sam już chyba ze sto razy tam polowałem i przesiadywałem.
- To chyba nie ta jaskinia co wcześniej nie? - zapytała wilczyca po chwili.
- Zgadza się. Ta jest pokryta trawą od spodu. Co prawda lichą, w połowie już jej nie ma, ale lepsze to niż śnieg pod łapami... - zauważyłem to dopiero po wejściu do środka. Czuć w niej jednak było energię. Znam się nieco na magii, chociaż zaklęć znam dosłownie kilka z dzieciństwa, ale potrafię wyczuć jej obecność. To wszystko było bardzo dziwne.
- Nie mamy na czym jedzenia przyrządzić. Zjemy na surowo? - zapytała wadera machając radośnie ogonem. Powróciła do żywiołu.
- Chyba tak musimy sobie dzisiaj poradzić. Musisz jednak uważać, w udach znajdują się igły. Coś jak w udach kurczaków o ile kiedykolwiek je jadłaś. Potrafią wbić się w podniebienie czy pysk, a nawet gardło. Wiele przypadków już widziałem. Często nogi tych ptaszków są zostawiane i jakieś padlino-lubne zwierzątka się tym zajmują.
Po skończonym posiłku usiedliśmy w rogu jaskini, była dość sporych rozmiarów jak na dwa wilki. Miejsca było w opór, jednak wilczyca postanowiła wybrać miejsce blisko mnie. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłem jak czyjaś bliskość była obecna, ale nie wyczuwalna. Śmieszna sprawa. Zasnęliśmy patrząc na siebie.
Rano obudził nas wielki hałas. Mimo ranka było jeszcze ciemno, co nas zdziwiło. Co prawda była zima, ale kiedy się przebudziłem prześwity słońca już pukały na progów jaskini. Zebrałem się na równe nogi, Xeva również wystraszona przybrała śmieszną, ale obronną pozę. Gotowi ruszyć do walki zorientowaliśmy się co się stało. Wejście do jaskini zostało zawalone lawiną z pobliskiej góry. Niezbyt dobrze na tym wyszliśmy. Podczas zamieci nie wiedziałem gdzie jesteśmy, nie było w ogóle widać, że ta przytulna, spora jaskinia jest częścią kamiennego wzgórza. Głazy runęły wraz ze śniegiem zostawiając malutką szczeliną na górze, przez którą wpadała odrobina światła do naszej norki. Wadera wystraszona uspokoiła się i schowała pazury, a ja oniemiały zastawiałem się jak nas stąd wydostać. Powietrze zatrzymywało mi się w gardle, a smak wściekłości swojego niedopatrzenia robił się niczym gul.
- Co teraz Aiden? Umrzemy? - zapytała wadera chowając ogon i spuszczając łeb. Spojrzałem na nią. Widziałem w jej oczach zmartwienie. Przypływ emocji z przeszłości nie pozwolił mi na to patrzeć. Przytuliłem ją do siebie nie pytając o zdanie i powiedziałem ze spokojem:
- Nie umrzemy, nie pozwolę nam umrzeć. Mamy dwa wyjścia. - wadera spojrzała na mnie, a w jej wyrazie twarzy dostrzegłem nadzieję i radość. Cieszyła się. Zaczynałem ją lubić za to, jaka jest. Cieszy się z najmniejszej głupoty, jo potrafi dostrzegać jej wartość. Male gesty i słowa wiele dla niej znaczą, a to co widzi, słyszy i czuje bierze do siebie. Cudowna.
- Jakie? - zamerdała ochoczo ogonem, pokazując gotowość do pomocy.
- Albo poodpychamy głazy przy tej małej szczelinie na miarę naszych możliwości i wypełzniemy dziurą, albo podkopiemy się dołem i  wyjdziemy pod skałami. Którą opcję wybierasz? - zapytałem dając jej możliwość wyboru. Zastanawiała się chwilę.

<Xeva?>

Słowa: 775 = 43 KŁ

poniedziałek, 28 września 2020

Od Aidena CD. Xevy

- Ja przybyłem z Rodu Czarnego Diademu. - powiedziałem spuszczając wzrok ze smutkiem.
- Nigdy o niej nie słyszałam. - wadera zerknęła na mnie pytająco.
- Możliwe, że nigdy nie usłyszałaś o niej słowa, bo jest to bowiem teren bardzo, ale to bardzo dokładnie strzeżony przez strażników i całodobowo monitorowany przez szpiegów wrogich stad jak i samego Rodu... - przypomniały mi się moje ostatnie chwile spędzone w moich rodzinnych stronach, śmierć mojej ukochanej, matka... - Wiesz... Jestem synem Alfy z tamtych rejonów.
- Mówisz poważnie? - wadera spojrzała zaciekawiona. - Opowiesz mi coś więcej? Wiesz, jak to jest być "kimś wyżej".
- Hah, kochana... Nie jestem nikim "wyżej". Jestem najzwyklejszym wilkiem. Ród Czarnego Diademu jest niemiłosiernie okrutny. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodzą takie czynniki jak miłość, władza czy walka. - spojrzałem na nią. Wydawała się tak okropnie zaciekawiona, że nie mogłem zostawić jej bez wyjaśnień. Czekałem jednak na jej reakcję.
- Chciałabym, żebyś opowiedział mi coś więcej, ale... nie chcę naciskać. Wiesz, może to coś drażliwego, o czym nie chciałbyś mówić. - spojrzała zrezygnowana, a nawet trochę rozczarowana.
- Wiesz... Jedyne co mogę Ci na ten moment zdradzić to... - nie zdążyłem dokończyć, gdyż wadera radośnie i ochoczo zaczęła wymachiwać ogonem i skakać wokół mnie.
- O tak! Hura! Usłyszę historię! Usłyszę historię! Usłyszę his... - nagle zamilkła i stanęła w bezruchu lekko zdezorientowana. Ja również nie wiedziałem jak zareagować.
Mimo tego, że wciąż jej nie znałem zachwyciłem się jej niesamowitym podejściem do mnie, świata, jej radością z każdej możliwej rzeczy i tym, że chciałaby wszystko zobaczyć, dotknąć, posmakować i powąchać. Jej ciekawość była tak urocza, że mimo ciężkich chwil, które czasami nadchodzą i przypominają mi o najgorszych latach mojego życia jakoś łatwiej mi się z nią o tym rozmawiało.
- Usłyszysz, jak najbardziej. Ale może przejdziemy się w końcu w dół? Chciałbym sprawdzić, czy jest tam jakieś miejsce, żeby no wiesz... Ogrzać się trochę i być może schronić nadchodzącym zimnem? - zaproponowałem. Wadera ochoczo pokiwała głową i zajęła miejsce przy moim boku.
- A więc? Co takiego możesz mi zdradzić? - czekałem na to pytanie.
- Mogę Ci zdradzić to, że w Rodzie Czarnego Diademu miałem swoją rodzinę najwyżej i byłem jednym z prawdopodobnych następców. Niestety, mam brata bliźniaka.
- O jak super! Znaczy... Dlaczego niestety? - zapytała z chwilowym namysłem.

- Nie dogadywaliśmy się. Ojciec dał nam do realizacji jakiś chory test, który miał nas sprawdzić. Ja chciałem go przejść pokojowa, a mój brat Aiked raczej krwawo, chociaż doskonale wiedział, że walką, zwinnością i zdolnościami nie grzeszy. Nie dałby rady. Chciałem go jakoś zatrzymać i uświadomić co chce zrobić. W końcu chodziło o 8 obcych wilków. Nie dogadaliśmy się. Aiked wykorzystał moją słabość, doszło do bójki i ojciec przekonał się, że chciałem dobrze. Uważał, że jestem tchórzem, że nie umiem podejmować krwawych i poważnych decyzji jak Aiked. Odszedłem z watahy, nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. - spojrzałem na waderę, która wyraźnie przejęła się moją historią o rodzinie.
- To przykre... Bardzo mi smutno z tego powodu. - spuściła łeb i spojrzała na mnie przepraszająco.
- Spokojnie moja droga, to nic takiego. Spójrz lepiej tutaj, pięknie prawda? - nie zorientowaliśmy się nawet gdzie dotarliśmy.
W dolinie było naprawdę magicznie. Śnieg opatulił drzewka, krzewy i inne roślinki. Nieopodal mini lasku znajdowało się śliczne bajorko w idealnie okrągłym kształcie. Zaciekawiło nas, podeszliśmy, ale było pokryte cienkim lodem. Pod spodem, na samym dnie widzieliśmy jednak kilka małych rybek, które ganiają się w ich podwodnym, małym świecie. Wadera wodziła pazurami po lodzie za wodnymi przyjaciółmi, aż rybki odpłynęły na sam środek bajorka. Krótko myśląc wskoczyła na lód pochłonięta zabawą.
- Nie! - krzyknąłem przerażony. W końcu lód był cieniutki, a woda zapewne lodowata. Moja towarzyszka runęła wraz z lodem do wody. Usłyszałem za nią tylko trzask, krzyk i chlupot wody. Bez namysłu skoczyłem za nią.
W wodzie była przerażona i spanikowana, ale na spokojnie udało mi się dobrze ją chwycić i ciągnąć ku górze. Była przestraszona, widziałem w jej oczach strach. Ten sam strach, który miała w oczach Ovena patrząc na mnie, kiedy Aiked wrzynał w jej szyję swoje kły. Przepełniła mnie furia, nie mogłem pozwolić by Xevie coś się stało, miałem ogromny uraz. Natłok wspomnień władował mnie w niemiłosierną złość, ból i cały mój umysł pochłonął mrok. Z całych sił próbowałem wydostać waderę z wody, aż w końcu udało mi się. Szybko i zwinnie wyciągnąłem ją na brzeg, była cała przerażona, wystraszona i zmarznięta.
- Aiden! Aiden przepraszam! - zaczęła szlochać i sprawdzać resztką sił czy wszystko ze mną w porządku. Ja tymczasem siedziałem nad nią bez ruchu i bez żadnych emocji mając przed oczami Ovenę. Wiedziałem, że nie mogę dać się złamać wspomnieniom. Musiałem w końcu ułożyć sobie życie na nowo. Patrząc na przerażoną waderę, wbijając wzrok w jej pełne przejęcia i strachu oczy czułem coś dziwnego. Czułem jakbym dostał od losu drugą szansę. Jakbym dostał towarzyszkę, przyjaciółkę, a być może kompankę do końca życia. Bogowie mnie wysłuchali.
- Nie pozwolę Cię skrzywdzić Xev. - powiedziałem i postanowiłem zabrać ją w bezpieczne miejsce. Wtargałem ją jakoś na swój grzbiet i podniosłem się na równe nogi.
Rozglądałem się idąc w kierunki ogromnych głazów na zachód, wyglądały na dość bezpieczne, a powoli zaczynało się ściemniać. Przyśpieszyłem kroku, myśląc tylko o tym, w jaki sposób zapewnić jej bezpieczeństwo. Mój syndrom był czasem ogromną zaletą, chociaż wiedziałem, że muszę go w końcu z siebie wydusić. Xeva trzęsła się na moim grzbiecie z zimna, jej futerko było mokre oblepione śniegiem. Akurat wtedy znaleźliśmy się w suchutkiej i malutkiej jaskini w głębi ogromnych głazów. Ktoś wcześniej musiał już kiedyś się tutaj chować, bo w samym końcu małego wgłębienia były obtoczone kamieniami malutkie patyczki, a zaraz za nimi większe kłody. Położyłem ostrożnie waderę obok mnie i zająłem się drewnem, aby wydobyć choć cień ciepła. Długo mi to zajęło, aż ostatecznie udało się rozpalić ogień. Drewna na dorzucenie starczy do rana, ale trzeba oszczędnie się nim posługiwać. Wadera w tym czasie zasnęła i nie chciałem jej budzić. Wiedziałem, że przez zimne i mokre futro może nabawić się nieciekawego przeziębienia czy innego dziadostwa.
- W śniegu nie znajdę żadnych roślin, które Cię wyleczą. Jeśli Cię nie ogrzeje, możemy tu utknąć... - pomyślałem.
Długo myślałem czy dobrze zrobię przysuwając się do niej po tak krótkiej znajomości, ale w całości już woda obleciała z mojego ciała. Xev nie ma nawet siły po tym szoku przysnąć się bliżej. Mam nadzieję, że nie będzie zła... Podszedłem do wadery i ostrożnie przysuwałem ją po troszku do ogniska, by było jej cieplej. Ocknęła się, kiedy położyłem się przodem do niej najbliżej jak potrafię.
- Wiem, że to niezbyt komfortowe, ale jeżeli nie dostaniesz odpowiedniej ilości ciepła nie będziesz w stanie dalej zwiedzać. - uśmiechnąłem się zmartwiony.
- Aiden ja... - wadera spojrzała na mnie i...

~*~

Spoglądało z daleka na światło padające z małej wnęki nazwanej przez Aidena jaskinią. Po krótkim przyglądaniu się uciekło.


< Oj Xeva, ten Twój talent do wpadania w kłopoty... XD>

Słowa: 1095 = 74KŁ

niedziela, 20 września 2020

Od Aidena

 Noc wydawała się jakaś piękna. Błąkając się po lesie bez celu w nerwach w końcu usiadłem pod jakimś krzakiem i spojrzałem przed siebie. Ciemność. Drzewa. Gwiazdy. Blask księżyca zaglądający przed korony drzew tutaj, na ziemię, gdzie wszystko jest inne niż tam - wysoko. Wróciły do mnie wspomnienia ojca, matki, brata... Chyba nigdy do końca o tym nie zapomnę. Przychodzi to do mnie w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy wydaje mi się, że to już koniec historii z nimi. Czasem zastanawiam się jak potoczyło by się moje życie, gdyby nie ta bójka, gdyby nie ojciec, gdyby nie moja decyzja o tej okropnej samotności. Bałem się, że nigdy nie znajdę partnerki, nie będę miał potomstwa i nie zaznam szczęścia, albo stanę się tyranem jak wilk zwany moim ojcem... Bałem się. Tak mocno się bałem, że ze strachu moje oczy spowił sen.
Obudziłem się w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, w której zasnąłem tej nocy. Otworzyłem oczy i spojrzałem przed siebie w ten sam sposób, kiedy moje myśli były pełne przeszłością. W końcu wstałem i przeciągnąłem się. Rozglądając się za czymś do przekąszenia zobaczyłem wiewiórkę. Była dość blisko mnie. Czułem, jakby w ogóle się mnie nie bała, a wręcz starała się w jakiś sposób pocieszyć i skontaktować. Radośnie machała łapkami i wyciągała w moją stronę orzeszka, którego wcześniej wyjęła zza ogona. Była urocza.
- Co tu robisz tak wcześnie rano? - zapytałem ją, a raczej siebie, bo ona i tak nic nie była w stanie odpowiedzieć. Mimo to radośnie machała rączkami i zachęcała mnie, abym za nią szedł. W moim brzuchu rozległo się głośne burczenie, ale ignorowałem je. Byłem zainteresowany moim nowym, wiewiórkowatym przyjacielem. W końcu malutka istotka obróciła się szybko i zaczęła biec. Zaintrygowało mnie to jeszcze bardziej niż fakt, że zamiast jej zjeść to próbuję z nią porozmawiać. Absurd. Biegłem i biegłem nie mogąc jej dogonić. Omijałem zawalone drzewa, przeciskałem się miedzy większy kamieniami i przebiegała przez krzewy i rozgałęzione, małe drzewka. W końcu wiewióra zatrzymała się na skraju lasu, przysiadła na głazie i wskazała mi łapką drogę przed siebie.
- Mam tam biec? - zapytałem zaskoczony, na co ta pokiwałam głową. Podarowała mi dwa orzechy i pomachała na pożegnanie po czym zniknęła w lesie. Szok. Co jest ze mną nie tak? Mimo to, posłuchałem wiewiórki i ile mogłem tyle biegłem. Nie mam pojęcia ile to zajęło, bo mijałem wiele różnych terenów, wiele łąk, lasów i nieco bardziej skalistych miejsc, aż w końcu dobiegłem. W oddali zobaczyłem wilka albo wilczycę. Nie zwróciłem uwagi, ponieważ mój wzrok bardziej skupiał się na tym pięknym miejscu. Rozejrzałem się dookoła i nie mogłem uwierzyć, że zadziwi mnie jeszcze jakieś miejsce bo tej bezdomnej tułaczce, która tyle trwała. Odwróciłem się i nagle przede mnie stanął wilk, jakby wyszedł spod ziemi. Zmieszany cofnąłem się o krok, ale wilk zatrzymał mnie i powiedział...


<Ktoś?>

Słowa: 461 = 28KŁ

Aiden

Cactus Canine

Lepiej cierpieć w jednej chwili niż żyć jak szmata do podłogi.

Imię: Aiden
Ród: Z Rodu Czarnego Diademu
Wiek: 6 lat
Płeć: Basior
Rasa: Fenris 
Stan: Mieszkańcy
Stanowisko: Posłaniec
Charakter: Aiden to romantyk, niepoprawny romantyk. Jest niewiarygodnie wytrwały i wierny, jeśli na czymś mu bardzo zależy. Potrafi dać z siebie 100%, jego miłość jest ogromna a serce wielkie i walczenie. Dba i rodzinę i partnerkę, jeśli ją posiada. Jest typem zazdrośnika i nie lubi się dzielić. Akceptuje stado i toleruje wszystkich, jest bezkonfliktowy i promieniuje od niego dobra energia. Można na niego liczyć, jest świetnym doradcą i słuchaczem. Nie każdy musi go lubić, on też nie zawsze za kimś przepada, ale okazuje mu szacunek. Aiden jest bardzo pamiętliwy i nigdy nie zapomina. Lubi się mścić na kimś, kto zadał mu niewyobrażalny ból, ale zna umiar.
Wygląd: Czarny, posturny wilk z dodatkiem błękitnych, lśniących oczu. Puchaty, wielki ogon, silne łapy, dobrze zbudowany tors. Fotogeniczny, postawny basior.
Żywioł: Ogień, Metal
Moce: Wpada w ognistą furię, jego kły w trakcie furii robią się metaliczne, potrafi albo zmienić się w kłębek ognia, albo w metaliczną machinę, potrafi zahipnotyzować wzrokiem
Rodzina: nie ma
Druga połówka: Nie ma, ale wpadła mu w oko Arvena
Potomstwo: Planuje w przyszłości
Miejsce zamieszkania: Dystrykt I
Patron: Nemeye
Umiejętności:

Intelekt 15 | Siła 10 | Zwinność 15 | Szybkość 15 | Latanie | Pływanie 10 | Magia 5 | Wzrok 10 | Węch 10 | Słuch 10

Historia: Aiden po kłótni ze swoim bratem bliźniakiem Aikedem nie został zaakceptowany przez ojca. Jego rodzina bowiem, założyła własne stado. Jego ojciec postanowił sprawdzić, który z synów będzie lepszym Alfą po jego śmierci i dał im za zadanie zdecydować czy lepiej będzie zaatakować niewielkie stado liczące 8 wilków teraz, aby przejąć ich ziemię i rosnąć jako Ród czy lepiej wyjść do nich z inicjatywą o dołączenie do ich Rodu, bądź sojusz. Aiden wybrał pokojową opcję, jego brat krwawą. Aiked zapragnął władzy i własnego stada, stąd też kłótnia między braćmi. Dodatkowo Aiked zdobył intrygą serce wadery, z którą Aiden planował przyszłość. Tak samo jak i brat jego była wybranka okazała się być chciwa i pazerna. Aiden w swoim wyborze został wyśmiany przez ojca, nazwany pokraką i tchórzem. Ostatecznie ojciec wyparł się Aidena, uznając go nie za swego syna, lecz za ofiarę losu, której nigdy nie wychowywał. Aidena zabolała wrogość ojca, nie chciał uczestniczyć w krwawych potyczkach, które miały udowadniać władzę i pokazywać jakim Królem jest jego ojciec. Matka Aidena chciała zatrzymać go w stadzie, jednak ten nie miał zamiaru się temu przyglądać. Gdy chciał odejść nocą, aby nie zwracać na siebie uwagi i uniknąć zbędnych tłumaczeń Aiked zaszedł mu drogę wraz z jego ukochaną. Aiked nie chciał tracić dobrego wojownika jakim był jego brat. W tym nigdy nie dorównywał Aidenowi.
Ten nie chcąc słuchać odepchnął brata, rozpętała się walka, Aiden oczywiście wygrał, ponieważ Aiked nie potrafił polować, walczyć. Aiked nie potrafił także uderzyć w czuły punkt Aidena, ale w końcu znalazł sposób jak go zranić. Wgryzł się w szyję nic nie znaczącej dla niego Oveny. Aiden w zemście za zamordowanie na jego oczach ukochanej rozpętał piekło. Ojciec widząc cale zajście zrozumiał błędy i pragnął zmienić decyzję, jednak Aiden nigdy nie przyjął przeprosin ani oferty panowania nad watahą. Początkowo odszedł na peryferia, gdzie spotykał się z matką od czasu do czasu, jednak gdy ta usilnie knuła jak sparować go z ojcem odsunął się w dalekie strony. Jego brat został marnym zwiadowcą, zdegradowano go z hierarchii i zakazano jakiegokolwiek zarządzania. Aiden nie chciał być częścią tego świata, nie chciał patrzeć na brata, który zabrał mu jego pierwszą miłość i na ojca, który się go wyrzekł. Obiecał matce, że kiedyś powróci z rodziną i jeszcze porozmawiają, ale czy uda mu się kiedykolwiek spojrzeć ojcu i bratu w twarz?
Autor: NevadaParadise na Howrse
Layout by Netka Sidereum Graphics