Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renaya i Leonardo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renaya i Leonardo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 maja 2019

Od Renayi CD. Leonarda

Ruszyłam przed siebie, skupiając się na rysujących się przede mną kształtach gdzieś w ciemności. Lepiej nie wsadzić łapy tam gdzie nie trzeba. Jeszcze się utknie, poharata czy cholera wie co. Już i tak użyłam mojej mocy, co później odczuję jeśli będę tego nadużywać.
- Wyprawa wgłąb tej groty i jej zbadanie to był zaiste mądry pomysł - skomentował basior, który szedł za mną. 
- No w końcu dorównałeś mi kroku. Myślałam, że ciągle będziesz tam siedzieć - prychnęłam schylając się żeby przejść pod jakąś niską skałą. Zwykle nie muszę się się schylać, to dla mnie mała odskocznia. - Poza tym zawsze możesz wrócić - odwróciłam się do niego, posyłając mu szyderczy uśmiech, tuż przed tym jak skierowałam się do niezbyt wielkiego tunelu, przez który będziemy musieli się przeczołgać. 
- Czy przed tobą nie będzie przypadkiem jakiejś drogi bez wyjścia. Korytarz nie wygląda zachęcająco.
- Nie mów mi, że się boisz - rzuciłam niedbale, wchodząc do tunelu. 
- Na mnie takie rzeczy nie działają - powiedział w moją stronę. Powiedziałabym nawet, że fuknął.
- Ha! Więc nie marudź! Ile można na ciebie czekać - podążałam przed siebie, nie tracąc czasu na zbędne pogaduszki i potyczki słowne. Wilk w końcu podążył za mną. Czułam na pysku coś dziwnego. Nie był to powiew świeżego powietrza, raczej cuchnącego... ale wciąż powietrza. Zaczęłam szybciej przebierać łapami, aby odkryć co to jest, czułam, że jesteśmy już blisko.
- Mogłabyś nie sypać mi gruzem do oczu? - warknął będący za mną Leonardo.
- Skoro już się odzywasz opowiesz mi o tych twoich Wilczych Plemionach? - zignorowałem jego narzekanie, nie przestając brnąć do przodu.
- Jest to aż takie ciekawe?
- Chyba słyszałam kiedyś o tym miejscu. Pamiętam jak przez mgłę, odśwież mi pamięć.
- Tak bez żadnego proszę?
- Chyba nie wyglądam ci na waderę, która o coś prosi - rzuciłam, a ten prychnął cichym śmiechem.
- Ogólnie jak nazwa wskazuje były to plemiona. Każde władało innym żywiołem.
- Coś mi to mówi, miałam tak w moich... watahach. - czułam, że tunel się kończy i zaczyna się jakaś większa grota.
- Woda, powietrze, ziemia no i oczywiście ogień. Ja byłem w tej ostatniej na początku. Miałem tam nawet mentora. Wołali na niego Ryuketsu, nienawidził kiedy ktoś zdrabniał jego imię. - gdy usłyszałam o kim musi wystartowałam z tunelu, prawie tocząc się po grocie, gdy z niego wypadłam. Zatrzymały mnie stare kości.
- Pewnie mógł za to zabić - mruknęłam niezbyt ochoczo.
- Nie potrzebowałby raczej aż takiego powodu, żeby kogoś na wieku uciszyć.
- Wołali na niego Krwawy Władca? - czułam jak sztywnieją mi mięśnie.
- Bardzo dopytujesz - westchnął ciężko - Ale tak, to jego drugie imię.
- A więc nie znasz nawet jego prawdziwego imienia - warknęłam odruchowo. Leonardo znał mojego ojca. Oczywiście fakt, że nim jest zachowam dla siebie. Wciąż jednak - Ukrywał je bardzo dokładnie. Tak samo jak to, że jego żywiołem nie był ogień.
- Co ty znowu wygadujesz?
- Nie widziałeś. że Ryuketsu władał umysłem?
- Skąd go znasz? - spojrzał na mnie, sceptycznie nastawiony
- Zalazł mi za skórę jakiś czas temu - uderzyłam łapą w stertę kości.
Znowu poczułam ten obrzydliwy zapach, co to do cholery było?!

<Leonardo?>

Słowa: 484

czwartek, 9 maja 2019

Od Leonarda CD. Renayi

Ledwie zdążyłem zareagować, zanim poczułem jak grunt osuwa mi się spod łap, a ogień który dawał nam światło gaśnie, porzucając nas w otchłani mroku. Rzuciłem się mimowolnie w przód, próbując wyczuć w ciemności pod łapami stabilny grunt, na którym mógłbym się utrzymać, ale zanim udało mi się tego dokonać, runąłem w dół razem ze skałami, na których stałem jeszcze chwilę temu. Wszystko działo się dosłownie w ułamku sekundy, zanim poczułem jak zanurzam się w lodowatej zimnej, wciągającej mnie wgłąb siebie pod wpływem uderzenia wodzie. Ogarnął mnie nagły, nieopanowany lęk, próbowałem młócić łapami, aby wynurzyć się na powierzchnię, lecz miałem wrażenie że coś ściąga mnie jeszcze głębiej w otchłań nicości, w której czekał on. Ostrzegał mnie, abym nie zbliżał się do wody. 
Coś uderzyło mnie w bok tak mocno, że straciłem dech. Moje płuca wypełniła klująca lodem ciecz i już czułem jak odlatuję, gdy nagle coś mocno szarpnęło mnie ku górze. W jednej chwili znalazłem się na powierzchni i nagle poczułem pod łapami stabilny grunt, na nowo zaczynając przebierać ociężałymi łapami, by całkowicie wynurzyć się z wody. Krztusząc się jeszcze ostatkami tego, co dostało się do moich płuc upadłem na chłodną, kamienną powierzchnię. Wreszcie mogłem zaczerpnąć powietrza po panicznej walce o życie. 
– Jesteś cały? – usłyszałem nad sobą znajomy mi głos. Renaya. Uchyliłem powieki i wyciągnąłem łapę, aby zapalić nad nią mały płomień, który pozwoliłby mi zobaczyć gdzie jestem. 
– Ta. Dzięki. – mruknąłem cicho, dopiero po chwili próbując się pozbierać. Gdybym czuł ból, to zapewne wszystko by mnie teraz rwało, ale go nie czuję, więc jedyne co teraz przeszkodziło mi we wstaniu, to jedna z tylnych łap, na której nie potrafiłem stabilnie stanąć. 
– Jesteś ranny. – odezwała się samica. Właściwie swój stan bardziej wywnioskowałem po jej tonie, w jakim to wypowiedziała, niż z własnych odczuć. Zerknąłem na swój bok, gdzie spomiędzy zabarwionych już na szkarłatny kolor kosmyków skapywała powolnie ku ziemi krew. Oprócz tego również moja łapa, ta na której nie potrafiłem stanąć nie wyglądała zbyt ładnie.
– To nic. Wyleczę jak się stąd wydostaniemy. - Przeniosłem spojrzenie ponownie na waderę, aby skontrolować czy jej nic się nie stało. O dziwo nie potrafiłem dostrzec na jej ciele żadnych ran. – Jesteś cała? – zapytałem bardziej ze zdziwieniem niż troską. 
– Rozszczep atomowy. Naprawdę się przydaje. – odpowiedziała, po chwili znowu poważniejąc. – Przecież nie zajdziesz daleko w takim stanie. – upierała się. Zacząłem się zastanawiać czy to dlatego, że może się martwi, czy raczej dlatego, że wyjście stąd zajmie nam więcej czasu i być może zdążę do tego czasu paść. 
Zaśmiałem się. 
– Spokojnie, bywałem w gorszej formie. Jedyne co teraz mnie męczy to to, że zaraz zamarznę. – mówiąc to powiększyłem swój płomyk tak, aby mógł ogrzać nas oboje. Poczułem miłe ciepło muskające moje futro. 
– Jak możesz być tak spokojny, skoro wyglądasz jakby przetrącił cię niedźwiedź? – miałem wrażenie, że nieco się zdenerwowała. 
Westchnąłem. 
– Nie czuję bólu. – odpowiedziałem niechętnie. – Dobrze, że chociaż ty jesteś cała bo byłabyś zmuszona dźwigać się sama. – wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu. 
– No tak, bo przecież wtedy ty byś tam utonął. –teatralnie odwzajemniła mój gest, ruszając przed siebie, wgłąb jedynej drogi, którą przed sobą mieliśmy. 
Pokręciłem pyskiem na boki, ruszając niezgrabnym krokiem za nią. Oświetliłem długi, kamienny korytarz przed nami, by wiedzieć z czym mamy do czynienia. Zanim się jednak oddaliłem, mimowolnie zerknąłem za siebie, w stronę wody, gdzie jeszcze chwilę temu mogłem zginąć. Podziemne jezioro było duże, a przy jego innych brzegach rozchodziło się wiele tuneli. 
Jak długo zajmie nam odnalezienie wyjścia? Jakby na potwierdzenie mojego niepokoju usłyszałem gdzieś w oddali cichy odgłos, jakbyśmy nie znajdowali się tutaj sami. 

<Renaya?>

Słowa: 580

niedziela, 5 maja 2019

Od Renayi CD. Leonarda

Kiedy wysłuchiwałam historii Leonarda w głowie coś mi błysnęło. Ale czym były Wilcze Plemiona? Nazwa brzmiała dla mnie jak z legend, jakaś stara opowieść, którą ktoś mi opowiadał. Postanowiłam na moment porzucić domysły. Zlustrowałam basiora wzrokiem.
- Jeśli chcesz, śpij. Ale ja mam w planach zobaczyć co jest dalej w tej jaskini. Poza tym, im głębiej, tym cieplej - rzuciłam. Wilk podniósł powiekę, którą przed chwilą opuścił, patrząc w moim kierunku. 
Nie czekając na niego zwróciłam się w stronę niekończącej się ciemności. Usłyszałam jak basior wstaje i podchodzi do mnie, stukając pazurami o podłoże.
- W tej norze już całkowicie wtopisz się w tło - powiedział.
- Więc podpal jakiegoś ognika i ruszamy. Mi ciemność nie przeszkadza - uśmiechnęłam się chytrze, zaczynając dreptać przed siebie.
- A co? Twoim żywiołem jest noc? - odparł, a w jego pobliżu pojawił się płomień, rzucający ciepłą łunę na nasze otoczenie.
- Dokładnie, gdyby nie ja, księżyc nigdy by nie wschodził. - mimowolnie się zaśmiałam. - Po prostu wolę ciemność. Lepiej w niej widać. A uwierz mi, oczy niemiłosiernie bolą kiedy jest jasno - powiedziałam z niesmakiem.
- To dlatego, że są takie... ciekawe?
- Wolałabym usłyszeć przerażające - spojrzałam na niego i na emocje, które malują się na jego pysku. Miałam rację, że nie był do końca przyjacielskim wilkiem i coraz bardziej to wyczuwałam. Potrafię wyłapać podobnych sobie. 
- Widziałem w życiu wiele strasznych rzeczy, ale fakt faktem, że twoje oczy są niecodzienne. Znałem kiedyś kogoś kto też unikał światła. Nie sądzisz, że Północ to niezbyt ciekawe miejsce dla ciebie? Śnieg w końcu odbija światło.
- Cel uświęca środki - mruknęłam, rozglądając się po grocie.
- A jakiż to jest cel? - zapytał. Nie wiedziałam czy naprawdę go to interesowało, czy tylko udawał. Przez lata żyłam tylko i wyłącznie chęcią zemsty. Co jeśli on chce wyciągnąć ze mnie jakieś informacje?
- Korytarz się rozgałęzia - zauważyłam. Przy okazji nie musiałam odpowiadać na jego pytanie.
- Chcesz się rozdzielać? - spytał, zbliżając się do jednego z korytarzy.
- Mi to obojętne. Mamy całą noc, możemy zbadać wszystkie odgałęzienia. Kto wie co tu znajdziemy?
Koniec końców poszliśmy przed siebie, nie rozdzielając się. Przemierzaliśmy jaskinię mogłoby się wydawać wieki. W końcu poczułam, że zaczyna się robić cieplej.
- Chyba jesteśmy dość głęboko. Zimno z zewnątrz tu nie dociera - Leonardo również to zauważył. Nie odpowiedziałam, miałam przeczucie, że zaraz stanie się coś złego. Zastrzygłam uszami, kiedy poczułam jak ziemia zaczyna się trząść. Spojrzeliśmy po sobie, a grunt usunął nam się spod łap. Płomyk zgasł. Czując jak spadam w dół natychmiast zmieniłam swoją formę, przybierając kształt mgły. Rozszczep na poziomie atomowym, aby to zrobić jest nieprzyjemny, ale przynajmniej moje ciało nie otrzyma niepotrzebnych obrażeń od gruzu. A basior? Zanim pochłonęła mnie własna osoba zauważyłam, że zaczął skakać po skałach, aby go nie zasypały. Ale w tych ciemnościach nie było to za łatwe.

<Leonardo?>

Słowa: 448

Od Leonarda CD. Renayi

Mimowolnie zaśmiałem się, słysząc końcówkę jej opowieści o tym, jak załatwiła tamtych kłusowników. No proszę, nie dość że posiada charakterystyczny wygląd, to jeszcze ciekawy charakter. Nie miałem w założeniach zawierania znajomości, ale może jednak zrobię wyjątek? Przynajmniej nie będę się nudził, a myślę, że możemy się fajnie dogadywać z tą czarnulką.
– No dobrze. – Zacząłem, próbując zebrać myśli o tym, co w ogóle mógłbym opowiedzieć o swojej historii. Nigdy nie lubiłem sobie jej przypominać. Mimowolnie opuściłem na chwilę wzrok, spoglądając w ziemię, by po chwili zacząć opowiadać. – Jak już wcześniej wspominałem, pochodzę z dosyć daleka. Ziemie, z których przybywam zwą się wyspami wilczych plemion. To tam dorastałem, z początku w Plemieniu Ognia, pod okiem przydzielonego mi przez alfę mentora. Kiedy ten zniknął, wszystko zaczęło się psuć. Z nienawiści do wilków o innym żywiole niż ten panujący w danym Plemieniu prawie zginęła moja siostra bliźniaczka, która zresztą i tak później mnie zdradziła i zostawiła. Stałem się alfą nowego, stworzonego przez siebie plemienia, chcąc pogodzić w przyszłości wilki ze wszystkich plemion, o różnych żywiołach. Ich nienawiść do odmiennego zdania była jednak tak ogromna, że w końcu zostałem skazany na śmierć. Straciłem wtedy wszystko. Pozycję, dom... rodzinę. – zacisnąłem szczęki, czując jak na wspomnienie tamtej chwili w ostatnim zdaniu aż drży mi głos. Sam nie byłem pewien czy ze złości czy z żalu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że spoglądam na swoją towarzyszkę, jakby to ona była jednym z tych zdrajców, których nie potrafiłem wymazać z pamięci. Rozluźniłem się i opuściłem wzrok z westchnieniem, by nie poczuła się przez to nieswojo. Gdy ponownie podniosłem na nią ślepia, nie było już w nich ani odrobiny tego wyrazu sprzed chwili. – Oczywiście uciekłem. Wędrowałem po tym tak długo, póki nie znalazłem się tutaj. Postanowiłem zacząć od początku. – dokończyłem już spokojnym tonem, wstrząsając ramionami.
– Przykro mi. To musiało być trudne. – odparła wilczyca, wpatrując się we mnie współczująco.
– Tylko na początku. – skłamałem. Tak naprawdę w każdej chwili, nawet teraz byłem chętny się zemścić. Problem z tym że nie miałem odpowiedniej siły, by móc to uczynić, pozostałem z niczym, a nie było mowy o tworzeniu kolejnego plemienia, zwłaszcza tutaj. Postanowiłem zmienić temat. – Wiesz jak dostałem się na kontynent? – uśmiechnąłem się delikatnie dla rozluźnienia atmosfery. Gdy ta pokiwała pyskiem na boki, kontynuowałem. – Pewnego dnia obudziłem się na pirackiej łajbie, dasz wiarę? – uniosłem jedną brew – Nienawidzę wody, a tak się składa, że o swoim położeniu zorientowałem się dopiero wtedy, gdy na horyzoncie nie było już widać żadnych lądów. Noc przed tym musiałem naprawdę nieźle się bawić, skoro nic nie pamiętam. – zaśmiałem się, mimowolnie kiwając głową na boki. Do tej pory bawi mnie ta historia, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. Przynajmniej mogłem wtedy trochę zapomnieć o tym, co spotkało mnie wcześniej. A piraccy znajomi wcale nie byli tacy źli. No, chyba że ja jestem taki jak oni i dlatego się tak nieźle dogadywaliśmy. Ale to była rozrywka, wspólne rabowanie! Niestety wtedy znowu pojawił się mój największy lęk, ten cho*erny demon, który nie daje mi spokoju. – Pozostawiłem ich okręt, kiedy tylko dotarli do brzegu Królestwa Północy, no i zdecydowałem, że tutaj zostanę. – dokończyłem jednym tchnieniem, z zabawnym uśmiechem na ustach. Poczułem jak ze skaleczonej ostrym kłem wargi spływa mi krew. Często mi się to zdarzało więc po prostu ją starłem, prawie nie zwracając na to uwagi.
Wyjrzałem na zewnątrz, na ośnieżoną, chłodną krainę, którą miałem strzec właśnie teraz, o tej porze, jako nocny strażnik. No ale komu by się chciało podróżować o tej porze i w takiej pogodzie? Chyba musiałby być świrnięty. Ziewnąłem i położyłem się na już częściowo ugrzanej przez własne ciało ziemi.
– Zostaniemy tutaj na noc? – zapytałem leniwie.
– A czy ty przypadkiem nie powinieneś teraz patrolować okolicy? – samica uniosła jedną brew w rozbawieniu, spoglądając na mnie z niedowierzaniem.
– No niby tak. – zaśmiałem się, szczerząc zęby w uśmiechu.

<Renaya?>

Słowa: 628

sobota, 4 maja 2019

Od Renayi CD. Leonarda

- Czyli chcesz usłyszeć o tym jak się tutaj dostałam? Cóż, powiedzmy, że mogę na chwilę przysiąść i o tym porozmawiać.
Znalazłam w miarę wygodne miejsce na zimnym kamieniu i zaczęłam wpatrywać się w basiora, który zrobił dokładnie to samo, tyle że po przeciwnej stronie groty. Mogliśmy usłyszeć jak na zewnątrz nasila się wiatr. Chyba należy przyzwyczaić się do obecnego stanu rzeczy i do wichru targającego każdy włos na ciele, czy tego się chce, czy nie. Ciężkie płatki śniegu przypomniały mi o chwili, kiedy pierwszy raz zawitałam na te tereny. To było już po dostaniu się do Królestwa. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie pamiętam kto mnie powitał i można powiedzieć "przygarnął". Moja pamięć do innych jest dość szczegółowa. Przyswajanie faktów, historii, ciekawostek czy cech wyglądu i charakteru jest dla dość proste. Chcę czy nie, te informacje zostają mi w głowie. To, że często je olewam to już inna kwestia... Na początku dotarłam do Dystryktu III. Była tam wadera o drobnej posturze. Miała długą i jasną sierść z kasztanową grzywką. Wołali na nią Travka. Poznałam jej charakter prawie od razu. Próbowała udawać silną, z mizernymi skutkami, bo wszystko mogłam odczytać z niej jak z otwartej księgi. Typowy przykład "próbuję sobie radzić". Wprowadziła mnie do tego otoczenia, a było to zaledwie tydzień temu. Mimo krótkiego upływu czasu zdążyłam zauważyć, że znalezienie tutaj mojego celu będzie utrudnione. On też był biały. Jedyne co mogłoby go tutaj wyróżniać to czarne białka oczu (no i oczywiście arogancki temperament). Niegdyś sądziłam, że odziedziczyłam te oczy po nim i demonie, którego w sobie zamknął. Podobno kiedy ten go opętał, po jakimś czasie mój ojciec nad nim zapanował, niejako stając się jednością z demonem. Kiedy już rozerwę mu krtań, przekonam się o tym. Jak na razie mojego wyglądu nie będę przypisywać genom, a przeznaczeniu, które mi nadano.
- Samej byłoby to dość trudne - zaczęłam krótką historię. - Śnieg, temperatura nie do przeżycia. Większość zatrzymałaby się w połowie. Podążałam pierwszy dzień, chyba przechodziłem przez zamarznięte jezioro, bo pod łapami czułam lód. Usłyszałam okrzyki i coś zadzwoniło. Zatrzymał się przy mnie wóz, ciągnięty przez niedźwiedzia polarnego. Wyskoczyło z niego trzech wilków. Zaproponowali mi podwózkę za małą opłatą, na co przystałam. Następne kilka dni podążaliśmy w stronę północy. Zatrzymali się kilka godzin przed Królestwem. Miałam szczęście, bo chyba tak mnie polubili, że nie zażądali zapłaty. Resztę drogi przeszłam na piechotę. - zachowałam dla siebie kilka szczegółów. Jak na przykład to, że przewoźnikami okazali się nielegalny kłusownicy grasujący na tutejsze zwierzęta. I to, że skróciłam ich wycieczkę po tym padole, a ciała wrzuciłam pod lód. Niedźwiedzia oczywiście uwolniłam.
Popatrzyłam w kierunku środka groty, zainteresowana co może być w środku.
- Twoja kolej, Leonardzie - uśmiechnęłam się delikatnie, czułam, że przez ten uśmiech przemawia moja pewność siebie.

<Leonardo?>

Słowa: 448

piątek, 3 maja 2019

Od Leonarda CD. Renayi

Cisnąłem kulą ognia w sam środek jaskini, tak jak chciała wilczyca, by po chwili ujrzeć nagły ruch i trzepot skrzydeł w górnej części jamy. Od razu gdy ujrzałem chmarę lecących w naszym kierunku nietoperzy, podobnie jak wilczyca wyskoczyłem w powietrze, łapiąc ich jak najwięcej w swój pysk. Poczułem jak słodka krew zwierzyny wypełnia moje jakże spragnione podniebienie, ucieszone takim odczuciem po porażce z poprzedniego polowania. Tutaj przynajmniej i ja i Renaya mogliśmy się najeść, nie kradnąc sobie zwierzyny, o którą często walczyłem z samotnikami podczas ostatniej wyprawy. Oboje złapaliśmy wystarczająco dużo małych ofiar, więc już po chwili zabraliśmy się za jedzenie. Teraz w jaskini zapanowała miła cisza i tylko momentami usłyszeć się dało kapanie wody gdzieś głęboko. Kiedy już zaspokoiłem swój głód, usiadłem swobodnie zawijając złocisty ogon wokół swoich łap, oblizując przy tym wargi.
– Że też sam nie wpadłem na ten pomysł. Chyba będę korzystał z niego częściej, bo o normalną zwierzynę dosyć tu ciężko, nie to co na moich wcześniejszych terenach. – zacząłem, przyglądając się samicy swoimi szmaragdowymi ślepiami. Być może robiłem to zbyt intensywnie, jednak nie zwróciłem na to uwagi.
– Pochodzisz z daleka? – zapytała unosząc na mnie wzrok, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo dostrzegłem błysk księżycowego światła w jej czarnych oczach.
– Z bardzo daleka. – „I dobrze“ dokończyłem sobie w myślach. Dobrze, bo nikt mnie tutaj nie zna, chociaż momentami zdawało mi się, że samica z którą właśnie przebywam kogoś mi przypomina. Nie znałem jednak nikogo o podobnym wyglądzie do niej, więc odgoniłem od siebie te myśli. Jej samej również nie znałem, jestem tego pewien. – Wyspa, na której wcześniej mieszkałem nie była tak mroźna jak to miejsce. Była raczej przyjazna dla wilków posiadających różne żywioły, nie za ciepła, nie za zimna. Nie jak to miejsce tutaj. – zadrżałem na samą myśl o chłodnym wietrze i śniegu na zewnątrz. – Nie wiem jak się do tego przyzwyczaję. – wysiliłem się na śmiech, spoglądając na wyjście z jaskini, za którym pomiędzy drzewami iskrzył się biały, zimny puch.
– Wiem co czujesz. – wilczyca uśmiechnęła się krzywo, ale zaraz na jej pysku pojawiła się ciekawość. – Czemu więc tutaj przybyłeś? – zapytała patrząc na mnie.
Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, po czym wstrząsnąłem ramionami.
– Długo by opowiadać. Póki co ty pierwsza miałaś mi o sobie opowiedzieć jak tylko się najesz. – uniosłem jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu, czekając aż zacznie mówić.

<Renaya?>

Słowa: 383

Od Renayi CD. Leonarda

Polowanie w krainie, gdzie wiecznie jest biało nie jest zbyt łatwe dla kogoś o moim wyglądzie. Kiedy już udało mi się wystarczająco długo stać w miejscu, aby żadna żywa istota mnie nie zauważyła mogłam ruszyć do akcji. Biały królik wyszedł na żer, mamy ze sobą tyle wspólnego. Uwielbiałam ten moment. Mogłam zniżyć się do ziemi i wziąć ostatki łyk powietrza zanim ruszę w stronę zdobyczy. Minął ułamek sekundy i rzuciłam się w stronę kicającej poczwary. Towarzysząca mi w tym momencie smuga dymu miała dodatkowo zdezorientować żyjątko. Skoczyłam w stronę królika, zdołałam go nawet musnąć zębami, niestety w pysku pozostał mi tylko fragment jego futra. Nie zdążyłam jednak się go pozbyć, bo to samo, co nie pozwoliło mi zakończyć polowania sukcesem uderzyło w mój bok. Zdezorientowana nie mogłam nawet chwycić się drzewa, ześlizgnęłam się wraz z przyczyną mojego upadku po śnieżnej zaspie. Wyplułam białą sierść, słysząc jakiś komentarz. Nie za bardzo wiem co to było za zdanie, ktokolwiek je mówił, mamrotał do siebie, a przynajmniej tak mi się zdawało.
– Nic ci nie jest? Lepiej na przyszłość załatw sobie jakieś odblaski, bo gdybym w ciebie nie uderzył, to nadal nie byłbym pewien czy rozmawiam z cieniem, któremu uciekło ciało, czy z ciałem, które wygląda jak cień. – widziałam jak złoty wilk podchodzi w moim kierunku. Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie, niepewna jego zamiarów, choć wątpię żeby to mi pomogło. Nie za wiele emocji można wyczytać z moich oczu. 
Pozbierałam się i wstając otrzepałam się z puchu. Uważnie zmierzyłam nieznajomego wzrokiem. No pięknie... z niskimi basiorami zawsze jest problem.
- Oprócz tego, że jestem głodna? Raczej dobrze się trzymam. Co nie zmienia faktu, że jestem dość widoczna na tym białym... - przygryzłam się w język, mowa Renaya, dbaj o swoją mowę! - czymś.
- Dobrze się zakamuflowałaś na tle drzew. Kim właściwie jesteś? - czułam, że to pytanie będzie musiało paść. Nie wiedziałam jak zachowywać się w stosunku do tego wilka. Wydawał mi się dziwny. Nie chodzi o samo przeświadczenie "małe jest złe" ze względu na mego przeklętego ojca. Po prostu... jest miły. Rozumiem, że są zboczeńcy, którzy tacy się urodzili, ale wolę dmuchać na zimne.
- Zwą mnie Renaya. Jak widać nie jestem przyzwyczajona do tutejszych warunków.
- Zauważyłem. Leonardo, swoją drogą. Jak nie stąd, to z jakiej krainy pochodzisz? Dość ciężko dostać się do Królestwa.
- Długo by opowiadać. Bywało się wszędzie. A trafiłam tu stosunkowo niedawno. Ciekawa historia, ale jestem zbyt głodna, by opowiadać - postanowiłam nie pokazywać zbytnio swojej nieufności. Zobaczę jak rozwinie się ta sprawa. - Macie tu gdzieś jakieś jaskinie? Nie mieszkalne oczywiście.
- Coś się znajdzie. Masz jakieś plany? 
- Skoro oboje chcieliśmy dopaść tamtego kicaka możemy zapolować na coś innego, ale potrzebuję, żebyś zaprowadził mnie do wspomnianego miejsca.
Basior wydawał się analizować wszystkie za i przeciw. Nie trwało to dłużej niż dwie sekundy, koniec końców kiwnął głową. 
Tak więc ruszyliśmy w kierunku grot. Po drodze odbyliśmy krótką konwersację. On dowiedział się o tym, że wstąpiłam w tutejsze szeregi wojsk lądowych, a ja, że jest strażnikiem nocnym. Czasami śmiałabym się z mojego przewrażliwienia na punkcie miłych istot, ale to ono uratowało mi nie raz, nie dwa skórę. Ci, którzy udają przyjacielskie podejście mogą okazać się najgorsi ze wszystkich - to dobrzy manipulatorzy. W końcu sama tak robię. Może nie cały czas, ale innym raczej wisi to czy naprawdę jestem z nimi szczera, czy tylko przybieram kolejną rolę. Cholerne przekleństwo, akurat taki los na mnie spłynął.
- Jesteś folixem, dobrze myślę? - rzuciłam, spoglądając na niego. Przypomniał mi o Starali.
- Dobrze trafiłaś. Ty mi za to przypominasz Xynth. Mgła i te sprawy.
- Hah, dokładnie. Więc nie spodziewaj się, że odblaski pomogą w moim przypadku. 
- Jesteśmy - spojrzeliśmy na ośnieżone wejście. Kilka kroków, a wewnątrz już czekała na nas brunatna skała. Analizowałam co się na niej znajduje. Musiałam znaleźć dobre miejsce.
- Dobre tyle, że nie ma tu niedźwiedzia. Ale mam jeszcze lepszą wiadomość. Tylko trzeba tu będzie jakoś oświetlić - skupiłam się na ciemności przede mną. Wiedziałam już co tam się kryje.
- To się da załatwić.
- Ogień? - spytałam, a wilk kiwnął głową na potwierdzenie. - A taką kulę ognia potrafiłbyś stworzyć? I powiedzmy, tam w środek cisnąć?
- To nie powinno być nic trudnego.
- Więc czekam - uśmiechnęłam się pewnie, lecz wątpię by ten to zobaczył. Minęła chwila i cisnął płonącą kulą. - A teraz smacznego - powiedziałam. 
Ogień oświetlił korytarz. Zobaczyliśmy dziesiątki stworzeń, które odczepiły się sufitu i zaczęły lecieć w naszą stronę. Nietoperze. Biorąc delikatny rozbieg skoczyłam na ścianę, odbijając się od niej i zaczęłam łapać do pyska swoją kolację.

<Leonardo?>

Słowa: 730

Od Leonarda

Stanowisko straży nocnej było dla mnie idealne – nie musiałem zadawać się z większą ilością wilków, prowadzących dzienny tryb życia, a w razie, gdyby ktoś obcy pojawił się na terenach nowej watahy, mogę go zaatakować, bo przecież nikt nie zauważy. Nie miałem zamiaru tutaj zawierać z nikim bliższych relacji, właściwie chciałem po prostu odpocząć, zobaczyć jak to jest wieść nudne, monotonne życie przeciętnego szaraka. Może to wydawać się dziwne, ale po swojej ostatniej życiowej porażce miałem naprawdę dosyć tego wszystkiego. Nie potrafiłem już ufać innym, bo przecież wszystkich straciłem. Nawet nie byłem pewien tego, co z niektórymi z nich się stało. Czy żyją? Gdzie są? Czy w ogóle o mnie pamiętają? A może sądzą, że umarłem?
To była pierwsza noc po moim dołączeniu, rozmowie z Przywódcą Frakcji oraz przyjęciu wybranego przeze mnie stanowiska. Miałem szczęście, że nikt mnie tu nie znał i mogłem chociaż spróbować zacząć od początku. Przywłaszczyłem sobie jedną z wolnych jaskiń gdzieś na uboczu i to właśnie tam postanowiłem spędzić swój czas w oczekiwaniu na nadejście nocy. Chciałem trochę odpocząć po swojej wyprawie, którą wreszcie zakończyłem i muszę przyznać, że naprawdę szybko zasnąłem. Wydawało mi się, że od naprawdę dawna tak dobrze nie spałem, dopóki nie nadszedł ten sen... Śniły mi się czasy mojego dzieciństwa, gdy szkoliłem się jeszcze w Plemieniu Ognia, a moim mentorem był Ryuketsu. Nie potrafiłem przypomnieć sobie teraz dokładnie tego, jak wyglądał. W moim śnie był rozmazaną postacią, która znika w ciemności, a ja się wtedy budzę. Uniosłem jeszcze zaspane powieki i podniosłem się z zamiarem wyjścia z ciepłej jaskini. Chciałem przejść się jeszcze po terenach, zanim zapadnie zmierzch, aby wiedzieć mniej więcej czego w ogóle mam strzec. Było tego naprawdę sporo, dlatego, gdy zaczynał zapadać zmierzch, dalej brnąłem w nieznane mi jeszcze tereny. Otaczający mnie lód kojarzył mi się z dawnymi terenami Plemienia Wody, opisywanymi wtedy jeszcze jako należące do Zimowych Szeregów. W starych księgach one również zawsze były wspominane jako skute lodem i trudne do przetrwania dla chociażby takiego wilka ognia jak ja. Nienawidziłem zimy i nadal jej nienawidzę. Nie znoszę mieć mokrego i zmarzniętego futra, nie cierpię tego chłodu i wilgoci bijących od łap. Tak... Więc co ja tutaj w ogóle robię? To jest naprawdę dobre pytanie.
Z zamyśleń wyrwało mnie burczenie w brzuchu. Przechadzając się po tajemniczych nowych terenach nawet nie poczułem wcześniej doskwierającego mi głodu. Zatrzymałem się z westchnieniem, rozglądając dookoła, czy w ogóle jest tutaj na co polować. Niczego nie zauważyłem. Przez następne odcinki nieznanej mi trasy cały czas skupiałem się na odnalezieniu jakiegokolwiek śladu zwierzyny, a kiedy tylko wyczułem zapach jakiegoś leśnego żyjątka, aż ślina napłynęła mi do pyska. Zacząłem skradać się w jej stronę, ostrożnie, powoli, aby nie spłoszyć tak długo szukanej zdobyczy i wreszcie skoczyłem. Widziałem już przed sobą swoje przyszłe, niczego niespodziewające się jedzenie, kiedy nagle jakiś cień pojawił się tuż przede mną. Zahamowałem ostro, ale w śnieżnej warstwie moje łapy nie potrafiły uchwycić podłoża. Uderzyłem w coś, a raczej kogoś mocno, staczając się z nim z małej górki. Dopiero gdy opuściły mnie pchające siły fizyki, mogłem pozbierać się z okropnej, śnieżnej zaspy. Mimowolnie zerknąłem w stronę spłoszonego, uciekającego zwierzątka, które miało być moim pożywieniem i znowu poczułem jak burczy mi w brzuchu.
– No i uciekło... – mruknąłem z niezadowoleniem, spoglądając na czarną postać, w którą wpadłem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wcześniej widziany przeze mnie cień, to nie był cień, tylko dokładnie ta wadera, która leżała teraz przede mną, próbując się pozbierać.
– Nic ci nie jest? Lepiej na przyszłość załatw sobie jakieś odblaski, bo gdybym w ciebie nie uderzył, to nadal nie byłbym pewien czy rozmawiam z cieniem, któremu uciekło ciało, czy z ciałem, które wygląda jak cień. – zebrałem się, by do niej podejść i pomóc jej wstać. Z bliska była jeszcze ciemniejsza, wydawało mi się, że nie ma oczu, ale dopiero później uświadomiłem sobie, że one też są czarne. No to niezły waderka ma styl, przynajmniej z nikim się jej nie pomyli.

Renaya?

Słowa: 648
Layout by Netka Sidereum Graphics