Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Lysander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Lysander. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 stycznia 2021

Od Spero CD. Lysandra

Patrzenie na niego po takim czasie było... Było... Brakowało mi odpowiednich słów, by wyrazić emocje, jakie mną targały. Nie pozwalały trzeźwo myśleć, skupić się na tym, na czym powinnam w tej chwili, mianowicie jedzeniu tej cholernej tarty, miast tego zaczynały wędrować w coraz to bardziej nietypowe dla mnie do tej pory rejony... Śledziłam każdy jego ruch, każde spojrzenie rzucone w moją stronę, odwracane szybciej, niż mogłabym zdążyć je zarejestrować, gdyby nie to, że moje oczy niemal bez przerwy wpatrzone były w niego...
Cholera, zaczynałam się zachowywać jak zakochany szczeniak. Chociaż... Czy nie nim w głębi duszy byłam? Szczególnie teraz, widząc basiora, którego już od dłuższego czasu darzyłam uczuciem, choć bałam się tego przyznać, nawet sama przed sobą... Przecież zmarnowałam tyle czasu na bezsensownej walce, i w jakim celu? Tak wiele czasu minęło, odkąd widziałam go ostatnim razem, uświadamiałam to sobie coraz mocniej z każdą chwilą, którą spędzałam zatapiając spojrzenie w jego przeszywającym wzroku. A mimo to... Nadal chciałam przebywać w jego towarzystwie, może nawet bardziej, niż przed jego wyjazdem. Potrzebowałam go, jak ryba do życia potrzebuje wody. Tak wiele czasu zajęło mi uświadomienie sobie tego, tyle miesięcy... lat... W zasadzie zmarnowanych.
Nie chciałam już czekać. Uciekać od tego, co czułam.
Ale się bałam. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, nigdy nie wchodziłam w podobne relacje, nie wiedziałam, jak się powinnam zachować... Co było właściwe, a co nie.
Chyba za dużo nad tym myślisz, Spero, ogarnij się.
Potrząsnęłam lekko głową, wracając myślami do tej cholernej tarty, która dalej przede mną stała, niemal nietknięta. Tak to jest, jak się myśli, zamiast jeść...
- Też za tobą tęskniłam - mruknęłam cicho, nie byłam nawet pewna, czy to usłyszał. Zaraz potem zapchałam sobie pysk tartą. Odruchowo. Tak, możliwe, że wystraszyłam się swojej odpowiedzi, nie przeczę.
Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się. Jeszcze zanim skończyliśmy jeść, na nowo poczułam się przy basiorze całkowicie swobodnie. Uśmiech już nie znikał z mojego oblicza, nie odrywałam zauroczonego wzroku od Lysa, śledziłam każdy jego pełen gracji ruch.
- Co się u Ciebie działo przez ten czas? - otrzeźwiałam na tyle, by być w stanie zadać jakieś logiczne i składne pytanie dopiero, gdy już kończyliśmy nasze odwiedziny w cukierni. Nie wiedziałam, czy chciał o tym rozmawiać. Wojna to... wojna. Nic ciekawego, nic dobrego do wspominania. Mimo to... Niektóre traumy trzeba "przegadać". Chciałam dać Lysowi opcję, z której mógł, ale nie musiał korzystać. Wszystko zależało od niego. Czy będzie chciał ze mną o tym porozmawiać, czy zbyje moje pytanie krótkim "nic szczególnego".

<Lys? Wena umiera w męczarniach, przepraszam, może przejdźmy do rzeczy po prostu po tym? XD>

Słowa: 403 = 25 KŁ

czwartek, 3 grudnia 2020

Od Lysandra CD. Spero

Śmiech wadery był dźwiękiem błogim dla moich uszu, tak spragnionych by go usłyszeć, że mógłbym się rozpłynąć. Bardziej jednak zachwyciła mnie odpowiedź Spero, która stwierdziła, że ze mną poszłaby wszędzie. Jednak to gest jaki wykonała później był gotów zatrzymać pracę mojego serca. Wtuliła się we mnie ponownie, mrucząc, co sprawiło, że po całym moim ciele przeszły dreszcze. Zupełnie jakbym był szczeniakiem. Musiałem jednak ponownie się skupić, wolałbym żeby lądowanie było najprzyjemniejsze dla mej towarzyszki jak tylko się da. I chyba takie właśnie było. Ostrożnie wylądowałem na śniegu, chciałbym rzecz puchu, jednak był on już doszczętnie wydeptany, złożyłem skrzydła, pozwalając tym samym wilczycy na zejście.
- Mały lot nie jest zły – zaśmiałem się serdecznie, ciesząc się jak głupi, że znowu mogłem poderwać się w górę… z nią. Naprawdę czułem się jak nastolatek, kiedy najprawdopodobniej połowa życia już za mną. Niby mogę żyć jeszcze z piętnaście lat, może trochę dłużej, ale nie oszukuję się, nie dożyję pewnie nawet 25 lat jako weteran. Choć podobno nas trudno dobić. To jednak nie zmienia faktu ile czasu już zmarnowałem będąc daleko. Gdyby nie te cholerne wojny, jak teraz to wszystko by wyglądało? Jedynie cieszyć mogę się, że wróciłem, że znów tu jestem. Ile nocy siedząc nad mapami i planując kolejne kroki w bitwach myślałem tym by wrócić? Móc się położyć, otulić skrzydłem Spero, albo po prostu położyć łeb na jej boku, zasypiając. To jak się przy niej czułem przed laty nie minęło, mogę wręcz śmiało powiedzieć, że się nasiliło. 
Z mego małego zamyślenia wyrwał mnie śnieg rzucony na mój pysk.
- No, odpowiadaj co więc proponujesz? – spytała, rzucając mi szyderczy uśmiech, dłubiąc pazurami, jakby zaraz miała obrzucić mnie kolejną dawką puchu. Ja tymczasem spojrzałem na budynek po drugiej stronie ulicy.
- Madame czyżbyś nie pamiętała gdzie jesteśmy? – udałem urażony ton, przyciągając ją skrzydłem do siebie. – Idziemy na tartę. To tutaj w końcu pierwszy raz taką zjedliśmy. Chcę to powtórzyć!
- Jaki podekscytowany – skomentowała
- Oczywiście! Wiesz jak dawno nie jadłem takich dobroci? – rozmarzyłem się – A, no i ty też tutaj jesteś, więc też fajnie – zerknąłem na nią, drocząc się, za co oberwałem kuksańcem pod żebra. – Auć, a wyżej nie możesz? – cicho warknęła i już chciała coś odpowiedzieć kiedy weszliśmy do tawerny, karczmy, piekarni, już nie pamiętam jak nazywało się to miejsce. Przyjemne ciepło uderzyło w moje Poliki, a do nozdrzy dotarł słodki zapach ciast. Radosnym i żywym krokiem wszedłem do środka, zamykając za nami drzwi. O tej godzinie jeszcze kilka stolików było na spokojnie wolnych. Pewnie za chwilę będzie tu więcej przybyszy, zaczyna się wieczór. Poleciłem Spero usiąść przy jednym, ja w tym czasie zamówiłem dla nas dwie tarty i po kubku wytrawnego wina. Nie kieliszku, z nich w końcu ciężko pić. No i nie słodkiego, wystarczy nam już w końcu ciasto. Z zamówieniem przyklapnąłem na poduszce, podając waderze jej porcję.
- Tęskniłem za tym – mówiąc rozejrzałem się po pomieszczeniu, utykając wzrokiem na błyszczącym źrenicach wilczycy. – Ale należy przyznać, że za tobą najbardziej – szepnąłem. – Smacznego – rzuciłem szybko, okazywanie emocji i uczuć wciąż jest takie… specyficzne. 


<Spero?>

Słowa: 500 = 30 KŁ

piątek, 13 listopada 2020

Od Spero CD. Lysandra

Uśmiechnęłam się w reakcji na jego propozycję. Nie myśląc za dużo, wtuliłam się w sierść na jego karku, wciągnęłam głęboko powietrze wraz z jego zapachem... Tęskniłam. Tak bardzo za nim tęskniłam... Poczułam, jak w jednej chwili ucieka ze mnie większość napięcia ostatnich tygodni... Co ja mówię - miesięcy! Tyle czasu szamotania się samej ze sobą, ze swoimi koszmarami i nowymi mocami, które spadły na mnie jak grom z jasnego nieba, nie dość, że nie poprawiając mojej sytuacji, to wręcz przeciwnie - pogarszając ją. I to znacznie. Nie radziłam sobie z tym wszystkim, co ze sobą niosły. Okazały się dla mnie ciężarem ponad moje siły.
Teraz jednak, będąc tak blisko tego basiora, po raz pierwszy poczułam, że wszystko zaczyna się układać. Wracać na swoje miejsca. Wróciła do mnie nadzieja, że jeszcze będzie lepiej. Nie będę już sama.
Miałam taką nadzieję. Nie chciałam nawet dopuszczać do siebie możliwości, że mogłabym stracić Lysandra. Nigdy więcej go nie zobaczyć... Wzdrygnęłam się na samą myśl, co basior musiał poczuć, bo obrócił głowę tak, by spojrzeć na mnie. Na jego pysku pojawił się ciepły uśmiech.
- Wszystko dobrze? - zapytał, a ja szybko, gorliwie skinęłam głową.
- Tak - odpowiedziałam z uśmiechem. Wychyliłam się lekko zza jego grzbietu, by oprzeć pysk na czubku jego głowy, między uszami. Otarłam się przy tym lekko o niego, w odruchu, chcąc znaleźć się jak najbliżej niego, przenieść na siebie jego zapach... By już mnie nie opuścił.
Irracjonalne? Może. Ale w tamtej chwili nie myślałam jakoś szczególnie racjonalnie. Wręcz przeciwnie. Byłam na to chyba zbyt zmęczona.
Lys wzbił się w powietrze, ze mną na swoim grzbiecie, wcześniej, ze śmiechem, każąc przejść głębiej na jego plecy i przestać się wygłupiać. Dawno nie latałam tak z nim... Zapomniałam, jakie to uczucie. Unosić się wiele metrów nad ziemią, prawie zupełnie wolna, niczym ptak... Z mojego gardła wydobył się w którymś momencie śmiech. Taki prawdziwy. Szczery. Prawdziwy śmiech, wybuch nieskrępowanego szczęścia, podszytego wciąż niedowierzaniem, że on... Że tak drogi mi basior w końcu wrócił. Ile to lat minęło? Trzy, cztery...? Stanowczo za długo. Nie chciałam już dłużej czekać. Nie chciałam, żeby to się powtórzyło. Nie pozwolę na to. Już go nie zostawię...
Te i inne myśli wykluwały się w mojej głowie z wręcz nieziemską szybkością. Przypominały jeden wielki chaos, było ich za dużo, bym potrafiła nad nimi zapanować, wyciągnąć z nich jakieś logiczne wnioski... Logiczne wnioski, pf!, żeby cokolwiek z tych rozmyślań wynieść. Byłam oszołomiona. Po prostu pijana szczęściem, które w końcu do mnie wróciło, tak nagle, niespodziewanie...
Lys musiał chyba kilkakrotnie powtarzać pytanie, zanim w końcu do mnie dotarło, bo w ton jego głosu wkradło się jakby zaniepokojenie. Otrząsnęłam się z zamyślenia i dostrzegłam, że dotarliśmy już do Centrum i zbliżaliśmy się ku ziemi... Zamrugałam powoli.
- Gdzie idziemy...? - powtórzyłam pytanie, próbując odzyskać panowanie nad własnymi myślami. - Hm, no nie wiem... Z tobą pójdę wszędzie - uśmiechnęłam się lekko, ale nie mógł tego zobaczyć, bo zajęty był obserwowaniem otoczenia, żeby dobrze wymanewrować przy lądowaniu. Mógł za to poczuć, jak znowu wtulam się mocniej w sierść na jego karku, mrucząc przy tym cicho z zadowolenia.


<Lys? Przepraszam, że tak długo trwało i krótki odpis, ale sporo się dzieje ostatnio i czasu brak ;-;>


Słowa: 502 = 30 KŁ

niedziela, 27 września 2020

Od Lysandra CD. Spero

 W jednej chwili jakby zniknęło wszystko to, co wydarzyło się przed chwilą. Nie zadałem żadnego pytania, drżąc cały na widok wadery. Jednym ruchem odtrąciłem truchło, które teraz najmniej mnie interesowało. Nie odrywając wzroku od Spero podszedłem do niej. Ledwo wstała, a ja objąłem ją ramieniem, przyciskając do siebie. Jej cichy, słodki głos i łzy spływające po policzkach sprawiły, że moje serce było gotowe rozpaść się na tysiąc kawałków w każdej chwili. Jej ciepły oddech wędrował pomiędzy moją sierścią, przynosząc mi dziwne uczucie ulgi. Okryłem nas skrzydłami, a wtedy ona spojrzała na mnie z dołu. Już prawie zapomniałem jak uroczyła była różnica wzrostu między nami. Błękitne oczy, w które się właśnie wpatrywałem doprowadzały mnie do palpitacji, emanując wręcz blaskiem, olśniewając. Złączyłem nasze czoła, nie mogąc nacieszyć się chwilą. Nie było mnie tak długo, w końcu mogłem tutaj wrócić. Najchętniej przyciągnąłbym ją jeszcze bliżej, a może nawet i pocałował ze szczęścia. Ale takie zachowanie przecież nie przystoi, nie mogę dawać się tak łatwo ponieść emocjom. Wtedy Spero kaszlnęła po raz kolejny.
- Najpierw musimy stąd wyjść – powiedziałem, trącając ją pyskiem. Co z tego, że dymu było coraz mniej, lepiej przeczekać to na zewnątrz.
Pomogłem waderze wyjść poza jaskinię, po drodze nieco rozdmuchując dym skrzydłami. Cholera, w świetle dnia wyglądała jeszcze piękniej. Mógłbym rzec, że właściwie nic się nie zmieniła. Lata z dala od Królestwa były warte zobaczenia jej ponownie. 
- Tak bardzo tęskniłem – odparłem w końcu, podnosząc ze śniegu bukiet, który rzuciłem na bok, wyczuwając dym. Moją pierwszą myślą było, że wybuchł pożar, w sumie chyba się nie pomyliłem, ale jedyne o czym myślałem to to, żeby przypadkiem Spero nie stała się krzywda. Przecież gdyby stało się to samo, co wtedy z.. uh, wolę o tym nawet nie wspominać. - A to przyniosłem dla ciebie Mademoiselle – wyciągnąłem kwiaty w jej stronę. Nie zastanawiałem się nad tym, ale mam nadzieję, że mój akcent nie jest za mocny. Wadera podziękowała, łagodząc łapą sierść pod oczami. Miałem jej tyle pytań do zadania, chciałem usłyszeć co się działo przez cały ten czas. W końcu z pola bitwy nie mogłem wysłać ani jednego kruka. W zasadzie próbowałem na początku, ale żaden nie wydostał się żywy z kraju. Jeszcze zdążę ją dopytać. Teraz powinienem wrócić do spraw teraźniejszych – Co tu się w zasadzie stało? - zerknąłem w stronę wejścia do groty, z której wydobywała się resztka dymu.
- No wiesz dużo eksperymentuję z magią – zaczęła, błądząc wzrokiem od jaskini do kwiatów. - Czasem to i owo wymknie się spod kontroli jak to już bywa, prawda? - zbliżyłem się do niej, nie zmieniając wyrazu mojego pyska, który był w tym momencie stanowczy. Kręciła. - No i trochę mi się ten kociołek zbuntował.
- Spero, może powiesz mi szczerze co się tam stało. Coś co zabiłem z kociołka też wyskoczyło?
- Tak w zasadzie to mój inny eksperyment, który.. - przerwała kiedy prychnąłem na jej grzywkę i wzięła głęboki wdech, aby następnie szybko wszystko powiedzieć. - Noboja tak trochę mało sypiam, trochę w ogóle ostatnie dni zwłaszcza i organizm mi się zaczął buntować, zasnęłam akurat jak przygotowałam napar z ziół dla jednego z klientów!
- Chryste Spero, a to cholerstwo? Też z kotła wypadło? - spytałem zmartwiony o jej stan.
- Nie. To akurat wina koszmaru, który mi się śnił – położyła uszy po sobie – wyszedł z niego.
- Potrafisz zmartwić wilka – odwróciłem się, wracając na środka. Chciałem znaleźć to cholerstwo, które przed momentem przyciskałem do zimnej skały, ale rozglądając się nic nie napotkałem. Czy możliwe, żeby uciekło? Nie, było martwe, sam usłyszałem kruszenie się lichych kości. Ogarnąłem miejsce jeszcze kilka razy wzrokiem. Przynajmniej kociołek był dogaszony. Wróciłem do wadery, która właściwie nie czekała za długo. Prędze niż ja do niej, ona dołączyła do mnie. - Zniknęło. Czy te twoje koszmary uciekają? Mogło po prostu wrócić do snów?
- Nie wykluczam – zmrużyła oczy. Nie wiem już sam czy z powodu tlenku węgla, zmęczenia, a może po prostu ze zwykłego zastanowienia.
- Mógłbym przysiąc, że umarło. Nawet jeśli uciekło, zostawiłoby przecież ślady. - dodałem, drapiąc pazurem po skale. Moje oczy spoczywały na waderze – cokolwiek się stało, musisz najpierw odpocząć, mogło ci się coś stać.
- Lysander dopiero wróciłeś i już chcesz mnie uśpić? - spytała, wychodząc z jaskini.
- Mógłbym po prostu zabrać cię do łóżka i pewnie byłoby to łatwiejsze niż proszenie – uśmiechnąłem się zalotnie – ale mówiąc poważnie naprawdę musisz odpocząć.
- Lys nie mogę tak po prostu pójść spać! Poza tym najpierw chcę z tobą porozmawiać. Tak długo nie było od ciebie wieści – te oczy potrafią manipulować, naprawdę. Ale nie dam się kiedy chodzi o jej zdrowie.
- Pójdźmy na kompromis. Położysz się w najlepszej pościeli, pójdziesz spać, a przedtem porozmawiamy jeszcze chwilę – cóż, jeśli ekscytuje ją to, że wróciłem trochę dłużej może zająć jej przyśnięcie. - Zgoda?
- Powiedzmy.
- No! - poderwałem się do góry, chwytając waderę i podrzucając ją. Następnie szybko pojawiłem się pod nią, w ten sposób posadziłem ją sobie na plecy. Jeszcze za stary na to nie jestem – A teraz zapraszam na tartę. - powiedziałem ze wspomnieniem naszego pierwszego wyjścia gdzieś.

<Spero?>

Słowa: 836 = 46KŁ

czwartek, 24 września 2020

Od Spero CD. Lysandra

Cóż... Taaa, zawsze wiedziałam, że mój legendarny wręcz pech ma beznadziejne wyczucie czasu. 
Dowody? Ach, można nimi sypać z rękawa. Począwszy od całkowicie losowych wizyt w Katakumbach pod Centrum, acz dziwnie zbiegających się w czasie z jakimiś innymi nietypowymi wydarzeniami w moim życiu, a na pojawianiu się u mnie ni z tego ni z owego nowych mocy skończywszy. Potencjalnie śmiercionośnych mocy. Nawet, jakby się nie wydawała taka na początku, to z czasem wychodziło, że w jakiś pokrętny sposób była inicjatorem jakiegoś przypału ze mną w roli głównej.
Generalnie nie polecam.
Moje niewyspanie spowodowane ostatnio odkrytymi mocami, które zdecydowanie nie pomagały mi zapanować nad w miarę regularnym odpoczynkiem, sięgało zenitu. Gdyby nie Valentine, który przez większość czasu czuwał nad moją trzeźwością, prawdopodobnie dawno wysadziłabym się w powietrze. Albo kogoś przypadkiem otruła. Albo sobie zrobiła krzywdę. Względnie wszystko na raz, bo i tak tragiczne etapy się zdarzały, szczególnie na przestrzeni ostatnich kilku dni. No ale cóż... Val ze mną nie mieszkał, miał swoje życie, swoją rodzinę. Nie mógł być ze mną cały czas.
A ja, głupia, zamiast posłuchać jego prośby z dnia poprzedniego, żeby zrobić sobie dzień wolny i nie zabierać się za ważenie żadnych specyfików... zrobiłam dokładnie to, czego robić nie miałam.
I w ten oto sposób dochodzimy do chwili obecnej. A mianowicie...
- Kurwakurwakurwa - poderwałam gwałtownie głowę z blatu, na którym wcześniej, dosłownie na moment!, oparłam ją, żeby sobie nieco ulżyć w zmęczeniu, podczas gdy czekałam, aż postawiony na ogniu bulgoczący napar ziołowy nabierze odpowiedniej konsystencji. Coś mnie obudziło. I to w niezbyt wesołym momencie kolejnego koszmaru.
Czy on wrócił ze mną?, przemknęło mi przez myśl, jednak nie miałam za bardzo czasu na zastanawianie się głębiej nad tym, co się stało z istotą z mojego koszmaru. Choć wydawało mi się, że gdzieś nad moją głową przemknął jakiś ciemny kształt. Miałam poważniejsze rzeczy na głowie.
Takie jak płonący kociołek z naparem, który zostawiłam samemu sobie na nieco dłużej, niż chwila, jaka minęła od zamknięcia przeze mnie oczu.
Zaczęłam biegać w panice po pracowni, starając się znaleźć cokolwiek do zagaszenia płonącej cieczy. Jakoś wtedy nie wpadłam na to, żeby użyć do tego celu magii, z resztą pewnie nie byłabym w stanie wymyślić żadnego w stresie i ślepej panice, która mnie ogarnęła. Duszący dym zaczął powoli wypełniać pomieszczenie. I moje płuca. Zakaszlałam gwałtownie, próbując sobie jakoś ulżyć, ale nie na długo pomogło. Zaraz znowu gryzący dym zmusił mnie do zmrużenia oczu, by zaraz potem wywołać salwę spazmatycznego kaszlu.
Potem usłyszałam głos, na którego dźwięk łapy się pode mną ugięły.
- Spero?
Bezmyślnie zaciągnęłam się gwałtownie powietrzem. Odruchowo, w wyrazie niedowierzania i totalnego zaskoczenia. Przez to jeszcze więcej dymu dostało się do moich płuc, a ja rozkaszlałam się jeszcze bardziej, w jeszcze większej panice próbując zrobić coś, żeby ugasić płomienie, które zaczęły już sięgać poukładanych na blatach kuchennych kępek ziół. Suchych ziół.
Lys chyba ogarnął, że coś jest nie tak, może wyczuł dym, bo zaraz zobaczyłam jego sylwetkę w wejściu. Mimo nieciekawych okoliczności nie mogłam powstrzymać się od przystanięcia na moment, by zagapić się na niego. Spojrzeć w jego oczy...
Wstrząsnęłam gwałtownie głową, próbując odzyskać trzeźwość myśli. Skup się, Spero. Pożar, pamiętasz?
Ten moment zawahania pozwolił mi odzyskać jasność myśli na tyle, by przypomnieć sobie o kocu, który dostałam od Ash na urodziny, a który obecnie leżał w pracowni wraz z kilkoma poduszkami, z których zrobiłam sobie posłanie, na którym urządzałam sobie krótkie drzemki, gdy Val przychodził zajmować się częścią moich zadań, żeby mnie odciążyć. Złapałam pięknie plecioną płachtę materiału w zęby i szybkim ruchem narzuciłam ją na płonący kociołek. Słyszałam, jak wypełniająca go ciecz zasyczała, przygasając. Mimo to zgarnęłam z okolic źródła ognia wszystkie łatwopalne elementy, bezceremonialnie zrzucając je na podłogę, robiąc tym samym jeszcze większy bałagan. Czy raczej, w obecnym stanie mojej pracowni, już bardziej armagedon.
- Co tu się...? - kątem oka zobaczyłam, jak Lys rusza ze swojego miejsca w drzwiach w moim kierunku. Odwróciłam głowę w jego stronę, na pysk już wypływał mi promienny uśmiech, istna demonstracja prawdziwego szczęścia... Który zamarł mi na ustach, gdy tylko wzrok zarejestrował to, co znajdowało się rozpłaszczone na ścianie tuż za Lysem. Odruchowo położyłam uszy po sobie, podwijając fafle w bezgłośnym warknięciu. Sierść na grzbiecie zjeżyła się, ogon podwinęłam pod siebie...
Czyli jednak przylazł za mną. Wspaniale.
Lys chyba pomyślał, że moja reakcja wynikała z jego nagłego pojawienia się, bo się cofnął, tracąc rezon, z jakim tu przyszedł. Poczułam, jak resztki dymu drażnią moje nozdrza, duszący kaszel zaczął zbierać się w moim gardle... Jednak moje oczy śledziły z przerażeniem koszmar.
Który, gdy tylko Lys postąpił ten nieszczęsny krok w tył, by zwiększyć dzielącą nas odległość, prawdopodobnie uważając, że tym samym daje mi większą przestrzeń... Zaatakował.
- Uważaj! - warknęłam. Tylko na tyle mogłam się zdobyć, bo zaraz kaszel wygrał z moją samokontrolą i zaczęłam wydawać z siebie dźwięki, jakbym miała zamiar wykaszleć płuca. Cóż, tak też się w sumie czułam. Nie zdążyłam przez to zaatakować wystarczająco szybko, potwór z mojego snu skoczył na basiora. Był jednak zbyt mały w porównaniu do rosłego wojownika, nie miał wystarczającej siły, by go powalić. Mimo to widziałam, jak Lys zachwiał się zaskoczony pod niespodziewanym ciężarem na swoich barkach. Próbowałam jakoś zareagować, zrobić cokolwiek, żeby mu pomóc, w końcu to przeze mnie to coś się tu w ogóle znalazło, jednak wstrząsające mną torsje skutecznie mi to uniemożliwiły. Zamiast rzucić się na pomoc, zgięłam się wpół, starając się oczyścić płuca. Tymczasem przede mną rozpoczęła się szarpanina.
Która zakończyła się przygwożdżeniem oślizgłego, nietoperzowatego stworzenia do podłogi. Widziałam kątem oka, jak próbuje się wywinąć, jak rzuca się pod ciężarem łap basiora. Potem usłyszałam nieprzyjemny trzask przegryzanych kości, prawdopodobnie karku. A potem jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu było już tylko moje ciężkie sapanie.
Kto by pomyślał, że kaszlenie jest aż tak wyczerpujące.
Bałam się podnieść wzrok na basiora. Tak długo go nie widziałam... Tak niesamowicie za nim tęskniłam. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało nasze spotkanie. Ile to już minęło, odkąd wyjechał...? Co w tym czasie przeżył? Czy dalej...
Dobra, halo, o czym ty myślisz.
Tak czy tak, nie tak wyobrażałam sobie nasze ponowne spotkanie. Zdecydowanie nie tak.
W końcu powoli, nieznośnie powoli, podniosłam wzrok z łap ezirisa, wodząc nim po jego ciele, by w końcu sięgnąć jego pyska. Nasze spojrzenia się spotkały. I zamarliśmy. Obydwoje. On stojąc kilka kroków ode mnie, nadal przygniatając truchło tego paskudztwa do ziemi i ja, nadal leżąca na ziemi, próbując pozbierać się po podduszeniu tlenkiem węgla i innymi substancjami smolistymi zawartymi w tym paskudnym dymie, który na szczęście już zaczął ulatniać się z pomieszczenia.
Minęła chwila całkowitego bezruchu, w czasie której tylko na siebie patrzyliśmy... Po czym uśmiechnęłam się ciepło, uśmiechem pełnym ulgi i uczuć, które tak długo w sobie tłumiłam...
Nie wiem nawet kiedy, wszystkie te emocje, które nagle na mnie spadły, uderzając we mnie jak obuchem, spowodowały, że po policzkach popłynęły mi łzy. Łzy wzruszenia. Szczęścia. Miłości.
- Lysander...

<Lysiu? <3 >

Słowa: 1126 = 76 KŁ

niedziela, 13 września 2020

Od Lysandra CD. Spero

Statek przybił do portu jakieś pół godziny temu. Przez moment zostałem jeszcze na pomoście przyglądając się rozładunkowi. Mroźna bryza gdy wilk stoi na lądzie to jednak coś innego niż wiatr buchający ci w pysk kiedy próbujesz nie wylecieć za burtę na wielkich falach. Dawno już tutaj nie byłem. Jak bardzo zmieniło się Królestwo? A Fean? Miałem być dla niego wspaniałym ojcem, a zniknąłem na prawie trzy lata! Pewnie już nie jest małym szczeniaczkiem jak wtedy, na pewno nie jest! Do tego Spero.. tak dawno ich wszystkich nie widziałem. Moje myśli odkąd wyruszyliśmy z Ziemi Fareńskiej błądziły ciągle do nich. Byłem gotów pokusić się o myśl, że to nie tęsknota, a już choroba. Czy oni w ogóle na mnie czekają? O ile Fean jest dla mnie jak rodzony syn – i mam nadzieję, że on traktuje mnie jak ojca – to Spero nie miała żadnego powodu. Po co miałaby zaprzątać sobie myśli walczącym na wojnie wielkoludem, kiedy tutaj ma tyle spraw na głowie. Muszę zabić te myśli i porozmawiać z bliskimi, bo nie znajdę spokoju. Kilka minut po postawieniu łap na lodzie poprawiłem ledwo trzymającą się już sakwę, zarzuconą przez ramiona i ruszyłem skromnymi uliczkami w stronę zamku. Mój chód był dość drętwy, zmieniłem się czy to po prostu stres? Mijając kilku żołnierzy, którzy mnie kojarzyli nawet się nie uśmiechnąłem, a jedynie skinąłem głową. Nie tak miałem w zwyczaju. Czuję się jakby ta wojna nie zabrała mi trzech kolejnych lat, a co najmniej dziesięć. Wzdychając ciężko z mojego pyska wydobyła się para. Skupiłem się na niej, a następnie przerzuciłem wzrok na jasne niebo, po którym wężem sunęły chmury. Na dachach niskich domów siedział śnieg, jak zwykle. Piękne sople ozdabiały budynki dodając im jakiejś magicznej rysy. Ostatnimi czasy widziałem same zielone lasy, zima nawet jeżeli przyszła to nie wyglądała jak tutaj. Często śnieg mieszał się z błotem… bądź topił przy pożarach. Tutaj to co innego, ale czego można się spodziewać po Krainie wiecznie skutej lodem, nazwa mówi w końcu sama za siebie. Chcę już dotrzeć na miejsce. 
Niewiele osób wiedziało o tym kiedy wrócę, ja i załoga w zasadzie sami nie mogliśmy tego określić. Wysłaliśmy jedynie kruka mówiącego, że rozpoczynamy nasz… powiedzmy rejs powrotny. Rozumiem więc zdziwienie kiedy pojawiłem się na zamku. Co prawda nie było tam nikogo, z kim najbardziej chciałbym porozmawiać, ale przynajmniej razem z Nairą przedyskutowaliśmy kwestię mojego dowodzenia. Po ostatnich latach wojna coraz bardziej męczyła mnie psychicznie. Chciałbym pomóc wszystkim duszom, tym których mogłem uratować gdybym bardziej się postarał, nie wpadł w zasadzki. Ale na to już za późno. Właściwie to rzuciłbym wojskową karierę w kąt, ale na niczym innym się nie znałem. No i mógłbym odkupić winy pomagając tutaj. 
Po omówieniu wszystkiego z królową ruszyłem pod adres, który od niej dostałem. Kilka minut zajęło mi dotarcie tam. W tym miejscu pracuje Fean. Hah, ma już pracę, naprawdę jestem stary. Przekraczając próg siedziby detektywistycznej do mych nozdrzy dotarł zapach papierów i książek. Spodziewałem się większego bałaganu, ale wszystko było tutaj naprawdę nieźle poukładane. 
- Witam, w czym mogę pomóc? - Basior, może nieco starszy ode mnie spojrzał na mnie znad okularów, odrywając wzrok od dokumentu, który przed chwilą wypełniał.
- Witam, szukam syna. Fean ponoć tutaj pracuje.
- Pan De Lyunes? Ledwo pana poznałem – rzucił szybko. No ej kilka siwych włosów ze stresu to przecież nic takiego. - Fean o panu opowiadał – mruknął – jest za tymi drzwiami – wskazał mi kierunek. Kiwnąłem głową w podzięce i skierowałem się w tamtą stronę. Zapukałem i nie zwlekając dłużej wszedłem do środka. Tutaj… panował większy nieporządek. Na biurku walały się teczki i jakieś papiery, na skromnej półce brakowało już miejsca na książki, więc kilka z nich spoczywało na podłodze. Niektóre były otworzone, mogłem zobaczyć, że wiele jest w nich zaznaczone. Dwie skromne lampy jakoś oświetlały ten gabinecik, ale gdyby nie okno, byłoby tu o wiele gorzej.
- Fean? - zapytałem, szukając wzrokiem wilka. Ktoś właśnie uderzył głową o biurko, podnosząc się gwałtownie. Ale czego on szukał pod spodem?
- Lysander? Lys! - odpowiedział mi krzyk i zobaczyłem jak zza mebla wyskakuje basior. - Wróciłeś! - podbiegł, przystając do mnie, truchtając w miejscu z łapy na łapę, aż w końcu mnie przytulił. - Mówili, że nie wrócisz, ale ja wiedziałem, że byś tego nie zrobił! Nie zostawiłbyś swoich bliskich! - zaraz po uścisku odskoczył ode mnie radosny, wpatrując się we mnie ze szczerym uśmiechem na pysku, jakby jeszcze raz dokładnie badając czy to na pewno ja.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Nadal masz szal ode mnie, który ci dałem przed wyjazdem i jak ty wyrosłeś! - musiałem przyznać, że niesamowicie mnie to wzruszyło. Mój mały chłopiec nie jest już małym chłopcem.
- Oczywiście, że go noszę! Ale jednak się pomyliłeś, bo nie jestem tam wysoki jak ty – rzucił, badając mnie wzrokiem.
- Nie porównuj się do potomka fenrisa, bo nic ci to nie da – zaśmiałem się cicho, rozluźniony.
- Skąd ta ogromna blizna? - podszedł bliżej mojego skrzydła, rzucając znikąd. Czyli jednak jest jeszcze bardziej widoczna niż myślałem, ale czego się spodziewać, to była ogromna rana, a teraz jest do tego nieupierzona.
- Z pola bitwy. Lepiej mi powiedz skąd tu ten bałagan.
- Muszę uporządkować rzeczy od początku, bo powoli przestaję mieć tutaj miejsce, dlatego musiałem wszystko rozłożyć! Co robiłeś cały ten czas? Jak tam było? A byłeś już u Spero? Pewnie się ucieszy! Wiesz, odwiedzała mnie kiedy przebywałem na zamku.
- Właściwie to jeszcze nie. Ma dzisiaj wolne i ponoć odpoczywa u siebie. – odwróciłem wzrok – Wiesz, gdzie znajdę jakiś sklep z kwiatami?
- Za rogiem jest kwiaciarnia. A co, zamierzasz ją zaskoczyć z bukietem?
- Właściwie to tak. A ty powinieneś dokończyć swoją pracę. Kiedy tylko ogarnę wszystkie sprawy przyjdę do ciebie, musimy gdzieś razem wyjść i porozmawiać o wszystkim co się stało przez ten czas. - posłałem mu kolejny ciepły uśmiech i uścisnąłem go.
- Oczywiście! - może był dorosły, ale cieszył się jak szczeniak. Pożegnałem się z nim, nie przeszkadzając mu dłużej w pracy. Poszedłem tam gdzie mi wskazał i poprosiłem kupca o pokazanie mi wszystkich pudrowo-różowych kwiatów jakie tylko miał. Nigdy nie zapomnę o wianku, który kupiłem dla Spero na Zimowy Bal. Takie kolory naprawdę do niej pasują i już chyba zawsze będą mi się z nią kojarzyć. Ta mała wadera ma w sobie tyle siły, że nie przestanę jej nigdy podziwiać. Dosłownie mała, jej wzrost jest aż uroczy. Kupiłem bukiet, który wydał mi się najlepszy i natychmiast wyruszyłem do Dystryktu I, aby złożyć wizytę waderze. Muszę przyznać, że zacząłem nawet nieco się martwić naszym spotkaniem. Przecież nie było mnie tak długo! Co ona może o mnie teraz myśleć, co ja sobie wyobrażam pojawiając się od tak. Przecież nawet… Uh nawet nie wiem jak ją nazwać. Lubię ją, ale jak, nigdy nie zdołałem zrozumieć dlaczego od zawsze tak bardzo mi na niej zależało. A teraz zamierzam pojawić się jak gdyby nigdy nic. Jasna cholera Lysander! Może powinienem był ją wcześniej o tym powiadomić? Ale teraz to i tak już na nic, stresowałem się całą podróż, aż w końcu znalazłem się w pobliżu jej jaskini. Wylądowałem, chwytając bukiet pod skrzydło. Serce waliło mi niczym dzwony świątynne. Mógłbym się wycofać, ale egoista, który we mnie siedział tak bardzo chciał ją teraz zobaczyć. Mógłbym znów badać ją wzrokiem, cieszyć się jej zapachem, obserwować uśmiech i błyszczące oczy.
-Spero? - zapytałem, stając przy wejściu. Zupełnie jak kiedyś, gdy przez moje wołanie uderzyła się w głowę o jedną ze skalnych półek. Oby teraz do tego nie doszło, bo będzie to głupie powitanie po latach. 

<Spero?>
Słowa: 1244 = 82 łuski

czwartek, 18 lipca 2019

Od Spero CD. Lysandra

Rano, ledwo otworzyłam oczy, powitał mnie ciepły uśmiech Lysa.
- Witam śpiącą królewnę. Jak się spało? - zapytał.
W ramach odpowiedzi jęknęłam w proteście i, zwinąwszy się w kłębek, wtuliłam się w skrzydlatego basiora. Słońce ledwie przebijało się znad horyzontu, prawie nie rozświetlało w tym momencie pokoju. Było zdecydowanie za wcześnie, by w ogóle myśleć o wstawaniu.
- A kto mówił, że już nie śpię? - mruknęłam. - Musiało ci się wydawać... - ziewnęłam, zamykając oczy z zamiarem ponownego zaśnięcia. Przez chwilę przez głowę przeszło mi pytanie, gdzie tak w zasadzie się znajduję, ale ostatecznie nie zadałam go, uznawszy, że jestem na to zbyt zmęczona, a skoro Lysander był obok, to nie mogło mi nic grozić.
- Czyli zakładam, że dobrze - nie tylko usłyszałam, ale i poczułam śmiech Lysa. Położył na mnie głowę i mruknął do ucha - W takim razie śpij dalej. Nigdzie nam się nie spieszy...

~•~

Gdy obudziłam się po raz drugi tego dnia, było już znacznie później. Słońce stało wysoko na widnokręgu, a z zewnątrz dobiegał znajomy harmider zatłoczonych w środku dnia ulic Centrum. Poruszyłam się nieznacznie, gdy nie poczułam koło siebie Lysandra, i rozejrzałam się po pokoju.
Ze zmarszczonymi brwiami wygrzebałam się spod skór, którymi byłam przykryta.
- Wyspana? - usłyszałam wtedy znajomy głos. Na mój pysk wkradł się uśmiech, gdy odwracałam się, by spojrzeć na basiora. Stał przy jednym z okien w pokoju. Pewnie wyglądał na zewnątrz, nim się obudziłam.
- Teraz tak - odpowiedziałam z uśmiechem.
Lys zaproponował, byśmy zeszli na dół coś zjeść. Poinformował mnie też przy okazji, że znajdujemy się w zajeździe Pod Maciągowym Okiem.
- Mogliśmy iść do mnie - zauważyłam, gdy zchodziliśmy schodami na parter, do wspólnej jadalnii.
- Dystrykt I jest nieco daleko - Lys spojrzał na mnie spod zmrużonych brwi.
- Chodziło mi o moje mieszkanie w Centrum - zaśmiałam się. - Jest niedaleko sierocińca.
Teraz basior zatrzymał się ja wryty i popatrzył na mnie, jakby mnie widział po raz pierwszy, na co ponownie się zaśmiałam.
- Nie mówiłam ci o tym? Przepraszam - szturchnęłam go lekko pyskiem, żeby się uśmiechnął, co zaraz zrobił. - Musiało nie być okazji.
We wspólnej jadalni znaleźliśmy dla siebie miejsce w rogu sali i zamówiliśmy jedzenie. Czekając na nie, Lys zagadnął:
- Wiesz... Zastanawiałem się nad czymś ostatnio - zaczął, wbijając wzrok w łyżeczkę, która mieszała moją herbatę. Tak, jestem leniwa i używam magii też do takich przyziemnych rzeczy. Gdy podniosłam wzrok na basiora, kontynuował. - Pamiętasz Feana, o którym ci mówiłem? - zapytał, a ja skinęłam głową. Słodki maluch z sierocińca, nie dało się go nie pamiętać. - Zastanawiam się... z resztą, sama to sugerowałaś... - plątał się. Co było w pewien sposób urocze.
- Lys - przerwałam mu z uśmiechem. - Spokojnie. Nie denerwuj się, to tylko ja - mrugnęłam do niego porozumiewawczo, na co uśmiechnął się, nieco spięty, ale w końcu udało mu się skończyć zdanie.
- Chciałbym go adoptować - wyrzucił z siebie. I nim zdążyłam przyswoić tę informację, zaczął wyrzucać z siebie z prędkością karabinu maszynowego - Ale... jestem żołnierzem. W każdej chwili mogę zginąć. Albo, co gorsza, doprowadzić do śmierci bliskiej mi osoby, a tego bym po raz kolejny nie przeżył...
- Lysander - ucięłam jego słowotok, przybierając poważny wyraz pyska. - Nie mów tak. Nie zginiesz. A nawet... - zacięłam się, ale przełknąwszy ciężko ślinę, uciekłam wzrokiem gdzieś w bok i kontynuowałam. - Nawet gdybyś jakimś chorym zrządzeniem losu zginął... Dasz mu dom. Miłość rodzica, której nigdy w swoim, jak na razie krótkim, życiu nie zaznał - spojrzałam ostrożnie na Lysa. Wbijał wzrok w stół. Uśmiechnęłam się lekko i dodałam pokrzepiającym tonem - On też tego chce, Lys. Pytał o ciebie, gdy ostatni raz odwiedzałam sierociniec. Jestem pewna, że gdybyś zdecydował się go adoptować, byłby w siódmym niebie.

<Lys? ^^ >


Słowa: 581

poniedziałek, 15 lipca 2019

Od Lysandra CD. Spero

Słowa Spero drgnęły mną. Gdy to powiedziała poczułem jakieś przyjemne, wewnętrzne ciepło. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy jej głowa ukryła się na mojej piersi i uniosłem delikatnie skrzydło, obejmując ją. Westchnąłem szczęśliwy składając pocałunek na czubku jej głowy, a następnie mój wzrok powędrował na kolorowe ogniki. Trwało to jeszcze jakąś chwilę. Po oddechu towarzyszki, mogłem spokojnie stwierdzić, że odpłynęła w mocny sen. Nie powinna zasypiać na zewnątrz. Przemyślałem jak mógłbym ją podnieść, nie budząc jej jednocześnie. Na całe szczęście jest drobna, więc z ułożeniem jej nie będę mieć problemu. Najdelikatniej jak potrafiłem odsunąłem się od niej i gdy się osuwała natychmiast położyłem się na ziemi. Z pomocą skrzydeł mogłem na moich plecach przenieść Spero, nie zakłócając jej spokoju. Tak nie pójdziemy ani do mnie, ani też do niej. W głowie wertowałem wszystkie możliwe wyjścia. Mógłbym poprosić Lien o pomoc, ale czy naprawdę jest to potrzebne? Oczywiście przyjmą nas na zamku, ale z jakiegoś powodu chciałem tego uniknąć. Po krótkiej chwili stwierdziłem, że najlepiej będzie udać się do Maciągowego Oka.
~*~
Gdy dotarliśmy na miejsce w zajeździe unosił się miły dla nosa aromat pieczonej dziczyzny, Palenisko na środku rozgrzewało pomieszczenie, a kilkoro wilków siedziało w spokoju przy stołach i jadło kolację. Zapłaciłem za pokój, do którego udałem się ze śpiącą przyjaciółką. Delikatnie położyłem ją na posłaniu i przykryłem baranią skórą. Kiedy byłem pewien, że waderze jest ciepło i wygodnie mogłem zgasić świecę i położyć się obok niej. Światło księżyca wpadające przez okno delikatnie oświetlało pomieszczenie. Wpatrywałem się przez moment w pysk Spero. Lubię cię, wiesz? Chyba nawet bardziej, niż jestem skłonna przyznać, wybrzmiewało mi w głowie. Dlaczego tak mnie ucieszyły te dwa zdania? Właśnie, kim ona właściwie dla mnie jest? Znam siebie, znam moje przekleństwo. Nie mogę postępować nigdy pochopnie. Poza tym jestem żołnierzem, powinienem dwa razy się nad wszystkim zastanawiać. Tak jak nad tym szczeniakiem. Może Spero ma rację? Skoro tak bardzo się o niego martwię powinienem go adoptować. A co jeśli umrę na polu walki? Przecież o to chodzi, nie chcę nikogo opuszczać. Chyba muszę poprosić błękitną o radę i jej zadać to pytanie, co jeśli umrę?
Nie miałem siły dłużej zadręczać się myślami. Po prostu zasnąłem, przypominając sobie jak wilczyca szeptała do mnie przy lodowisku.
Obudziłem się nad ranem. Wadera właśnie zaczęła otwierać oczy.
-Witam śpiącą królewnę – uśmiechnąłem się szeroko – Jak się spało?

<Spero?>

Słowa: 385

piątek, 12 lipca 2019

Od Spero CD. Lysandra

Nie byłam przekonana, czy to aby na pewno dobry pomysł, ale ostatecznie wzruszyłam tylko ramionami i uśmiechnęłam się niepewnie do Lysa. Ten wyciągnął do mnie łapę i, nie dając mi czasu na zastanowienie, wyciągnął na środek lodowiska.
Chwiałam się niemiłosiernie na dziwnych butach, zastanawiając się, kto je, do diabła, wymyślił i opatentował. Nie łatwiej ślizgać się na łapach? Co prawda i w tym biegła nie byłam, ale radziłam sobie lepiej niż na tym czymś.
Z niemałą pomocą Lysandra udało mi się nie wywalić przy pierwszych pięciu krokach. Szósty zakończył się rozjechaniem moich łap we wszystkich kierunkach, każda niezależnie od siebie. Gdy opadł szok po nagłym upadku, wybuchnęłam śmiechem i, patrząc niepewnie na Lysandra, rzuciłam:
- Chyba nawet z twoją pomocą nie dam rady. To nie mój poziom - zaśmiałam się nerwowo.
- Bzdura - Lys był nieugięty. Podjechał do mnie i pomógł wstać z powrotem na łapy. - Dasz radę. Zaufaj mi.
Westchnęłam cicho, podnosząc wzrok na przyjaciela. Podchwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się pokrzepiająco.
Nic no, raz kozie śmierć.
Lys podjechał do mnie i objął skrzydłem. Trącił mój pysk swoim, chcąc dodać otuchy i poinstruował mnie:
- Poruszaj łapami razem ze mną. Przysięgam, spodoba ci się.
I w ten sposób, bok w bok, zaczęliśmy poruszać się w rytm muzyki.
Szybko musiałam przyznać rację Lysandrowi. Podobało mi się. Zaśmiałam się w głos, gdy, puściwszy mnie, obrócił mnie wokół własnej osi. I nawet nie upadłam. Zaraz ponownie przywarłam bokiem do jego boku.
Nad nami unosiły się magiczne światełka, spokojna muzyka prowadziła nas w tańcu... Czułam się jak w bajce. Po raz pierwszy bezsprzecznie, wyjątkowo szczęśliwa.
Po kilku tańcach i jeszcze chwili poświęconej na naukę jazdy, nie wywalałam się już co chwilę. Ale byłam też zmęczona, a łapy mi odpadały od noszenia łyżew. Razem z Lysem zeszliśmy z lodu, oddaliśmy wypożyczony sprzęt i odeszliśmy kawałek, by usiąść na rozstawionych nieopodal ławkach i chwilę odpocząć.
- Dzięki, że mnie tu zabrałeś - uśmiechnęłam się do Lysa po chwili.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł zawadiacko, patrząc na mnie kątem oka.
Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę, w milczeniu przyglądając się wilkom sunącym po lodowisku. Poczułam uderzającą we mnie falę senności. Oczy zaczęły mi się same zamykać, aż w końcu nie mogłam znaleźć w sobie siły, by je otworzyć.
Oparłam się o bok Lysandra, wtulając głowę w jego sierść. Półprzytomna, nie bardzo kontaktując, mruknęłam cicho, a mój głos dodatkowo stłumiła sierść basiora, lecz mimo to chyba mnie usłyszał:
- Lubię cię, wiesz? Chyba nawet bardziej, niż jestem skłonna przyznać...
Po czym odpłynęłam w objęcia Morfeusza.

<Lysander?>

Słowa: 410 słów

wtorek, 9 lipca 2019

Od Lysandra CD. Spero

Zaśmiałem się cicho, wpatrując się w waderę. 
- No nie każ mi czekać - rzuciła zniecierpliwiona, na co tylko pokiwałem głową, biorąc do pyska kęs ciasta. Tarta z jagodami rozpłynęła się po moim podniebieniu i mogłem delektować się jej delikatnym smakiem. Widząc moje zadowolenie, na pysku przyjaciółki pojawił się uśmiech. Wyglądała z nim naprawdę uroczo. Wziąłem kilka łyków mleka i następny kęs ciasta. 
- I jak? - zaśmiała się, patrząc na mnie. 
- Pyszne. Ale nie musisz się od razu tak śmiać. 
- To tylko... - parsknęła jeszcze raz, biorąc serwetkę. Zbliżyła się do mnie, wycierając mi kąciki pyska - zostało ci trochę jagód.
- Co my mamy z tymi jagodami? - rzuciłem w jej stronę, kiedy ta delikatnie wycierała mi pysk. Powinienem poczuć się dziecinnie, ale o dziwo mi to nie przeszkadzało.
~*~
Posiedzieliśmy w kawiarni jeszcze przez dłuższą chwilę, nawet nie zauważyłem kiedy czas zleciał nam na kilkugodzinnej pogawędce. Zamówiliśmy jeszcze cały dzbanek ciepłego mleka z miodem i kilka muffinek. Kiedy doszło do płacenia Spero chciała zapłacić za siebie, ale stanowczo zabroniłem, zasłaniając ją skrzydłem. W końcu to ja jej zaproponowałem posiłek. Ona tylko wybrała lokal. 
- A teraz chodź za mną! - odparłem, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Mróz ponownie uderzył w nasze poliki, a chłodne powietrze znów wleciało do naszych nozdrzy.
- Gdzie mnie prowadzisz? - spytała, a ja ruszyłem żwawym tempem. 
- Zobaczysz! - niemal wykrzyknąłem, posyłając w jej stronę zadziorny uśmiech. Po kilku minutach marszu dotarliśmy na rynek, gdzie stała kamienna rzeźba drzewa obwieszona złotymi lampkami. Zbliżał się wieczór, więc zostały one zapalone. Magiczne ogniki lada moment wyszybują na ulicę. Ale nie o ten widok mi chodziło.
- Łyżwy? - zdziwiła się, widząc lodowisko. - Nie potrafię jeździć!
- Spokojnie Spero, ze mną nie musisz się bać - roześmiałem się, wypożyczając dla nas po parze. Ci to na magazynie muszą mieć miejsca, żeby te wszystkie komplety uchować. W końcu jeden to aż cztery łyżwy. I to nie byle jakie, a specjalnie dostosowane na wilczą łapę. Ciekawi mnie co by zrobili gdyby inne zwierzę chciało pojeździć. - Nauczę cię jeździć.
Zawiązałem swoje łyżwy, wadera uczyniła to samo, tyle, że za pomocą magii. Trąciłem ją lekko pyskiem w bok, dając tym samym znak, żeby weszła na lód, na który sam po chwili wskoczyłem, czekając na towarzyszkę.
Spero dość nieufnie wyszła na lód.
- W tych okropnych butach jest o wiele trudniej!
- I o to w tym chodzi - posłałem jej wspierający uśmiech kiedy ta wsparła się na mnie.
Zacząłem tłumaczyć jej jak chociażby ustać na łyżwach. Po kilku próbach zaczęło jej to wychodzić. Dumny ze swej uczennicy odjechałem od niej, okrążając ją następnie i wykonując zgrabne manewry.
- Jakim cudem ktoś twojej postury może tak łatwo poruszać się po lodzie?
- Spokojnie, za niedługo zaczniesz śmigać lepiej niż ja. A teraz dalej, spróbuj do mnie podjechać.
Odsunąłem się o dobre kilka metrów, spoglądając na nią wyczekująco. W tym czasie ktoś we mnie wjechał.
- Och, bardzo przepraszam - usłyszałem delikatny głos. Odwróciłem się i spojrzałem na srebrną waderę o długiej, lśniącej sierści, która właśnie do mnie dobiła.
- Ależ nic się nie stało - powiedziałem, posyłając jej uśmiech pełen błyszczących, białych zębów. - Mam nadzieję, że tobie również.
- Nie, nic mi nie jest - zachichotała, spoglądając na mnie. - Cassandra - przedstawiła się.
- Lysander de Lyunes, miło mi poznać Madame. - spojrzałem kątem oka na Spero, która patrzyła na mnie, może lekko zdezorientowana. Muszę do niej wracać. - Niestety muszę się pożegnać, pomagam znajomej w nauce jazdy - posłałem jej szarmancki uśmiech.
- Dobrze, nie przeszkadzam. Ale mnie też mógłbyś pouczyć, jak zauważyłeś nie wychodzi mi to za dobrze. Do zobaczenia - powiedziała, odjeżdżając i przesuwając ogonem po moim pysku. Odwróciłem się, trząsnąc głową i wróciłem do Spero.
- Idzie ci coraz lepiej - odparłem.
- Kto to? - spytała, gdy tylko znalazłem się obok niej.
- Och, to? Nikt taki. - skomentowałem. Właśnie włączono muzykę. To znak, że zbliżał się wieczór. Słońce zaczynało chować się za horyzontem, lampki na posągu stwarzały przyjemną atmosferę, a ogniki nad naszymi głowami połyskiwały pięknymi barwami.- Zechcesz zatańczyć?
- Chyba sobie żartujesz! - odrzekła zszokowana. - Ja ledwo jeżdżę.
- Czy wyglądam jakbym żartował? Spokojnie, będę cię pilnować - uśmiechnąłem się.

<Spero?>

Słowa: 649

piątek, 24 maja 2019

Od Spero CD. Lysandra

- Cóż, w zasadzie... - posłałam mu szeroki uśmiech. - Zjadłabym jakieś dobre ciasto.
- W takim razie - Lysander błysnął zębami i poprowadził mnie drogą w stronę dzielnicy z najlepszymi kawiarniami i restauracjami w Centrum - nie pozostaje mi nic innego, jak spełnić twą zachciankę. Wszak wiadomo, że głodna wadera, to wściekła wadera.
W odpowiedzi zafundowałam mu ostrzegawczego kuksańca w bok, na co tylko się roześmiał.
Skrzydlaty basior zwinnie poruszał się w tłumie, lawirując między mrowiącymi się w Centrum wilkami. Już po kilku minutach powolnego spaceru dotarliśmy przed drzwi kawiarni, o której mówił Lys. Miała bardzo przyjemną z wyglądu witrynę, przed budynkiem stało kilka stolików. Przy niektórych siedziały wilki rasy Sivarius, którym nie przeszkadzała chłodna aura.
Lys otworzył przede mną drzwi. Ledwo przekroczyłam próg, w moje nozdrza uderzył słodki zapach wypieków. Owoce, karmelizowany cukier... Samo pomieszczenie było urządzone bardzo przytulnie. Pluszowe fotele, drewniane stoliki i krzesła. W rogu zbudowano kominek, w którym teraz wesoło trzaskał ogień.
Westchnęłam oczarowana, zatrzymując się na środku pomieszczenia.
- Podoba się? - szepnął mi na ucho Lys, dołączając do mnie.
- Bardzo - odpowiedziałam, lustrując pomieszczenie rozmarzonym wzrokiem. Nagle w polu widzenia dostrzegłam istne cudo. - Mają tu tartę z jagód! - wykrzyknęłam, ruszając do lady, czym wywołałam u Lysandra cichy wybuch śmiechu.
- Witamy w naszej kawiarni - wadera stojąca za ladą uśmiechnęła się do mnie ciepło. Odpowiedziałam tym samym. - Czym mogę służyć?
- Poprosimy dwa kawałki tarty z jagodami. I dwie porcje ciepłego mleka - złożyłam zamówienie, nie czekając, aż Lysander się odezwie. Za co zostałam obdarzona spojrzeniem spod uniesionych brwi. - Oj, nie patrz tak na mnie - zwróciłam się do basiora z zadziornym uśmieszkiem. - Musisz spróbować tego ciasta!
Lys pokręcił tylko głową z niedowierzaniem na mój entuzjazm.
- O matko, jak ja dawno go nie jadłam - rozmarzyłam się, gdy już usiedliśmy przy jednym ze stolików nieopodal kominka, a przed nami stanęło nasze zamówienie. Natychmiast wzięłam kęs i aż jęknęłam z zadowolenia. Tarta wprost rozpływała się w ustach.
- Widzę, że wyjątkowo ci smakuje - zaśmiał się Lys.
- To było pierwsze ciasto, jakie jadłam, mam do niego sentyment - mrugnęłam do basiora porozumiewawczo. Jednak pomimo uśmiechu nieznikającego z moich ust, w sercu poczułam lekkie ukłucie. Przeszłość jak zwykle nie pozwalała o sobie zapomnieć... - Sukki zmusiła mnie do zjedzenia go zaraz po tym, jak mnie poznała - wskazałam ruchem głowy na nietknięty kawałek cista na talerzu Lysandra. - Wcinaj i mów, jak wrażenia.

<Lys? Wybacz, że tak krótko, ale coś wena uciekła>

Słowa: 377

czwartek, 23 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

- Och, sierociniec. Tak. Właśnie z niego wyszedłem. - odpowiedziałem jakby szukając słów. Niezmiernie trapiła mnie kwestia adopcji Feana. - Szczeniaki jak zwykle były rozradowane moją osobą - posłałem waderze słaby uśmiech.
- Chyba coś stało się po drodze. Nie masz sobie tyle energii i radości do zwykle. No i nie rzucasz żadnymi komentarzami... 
Prychnąłem cicho pod nosem, odwracając się w stronę, gdzie po pokonaniu korytarza będzie czekało na nas wyjście.
- Dlaczego nie zostałaś psychologiem jak tak dobrze idzie ci czytanie z innego wilka?
- Może po prostu dobrze rozumiem właśnie ciebie? - uniosła brew, zerkając gdzieś na nas, domyśliłem się na co, a raczej na kogo. Postanowiłem nie przejmować się szeptami rozchodzącymi się po kątach tego zamku i zarzuciłem na Spero jedno z moich skrzydeł, przyciągając ją do mnie.
- Niezbyt to chyba jednak przydatne? Może lepsze byłoby czytanie z innych jak z otwartej księgi?
- Co kto woli Lysandrze, co kto woli… - powiedziała, akceptując mój dotyk. - Więc… co ci leży na duszy?
- Czyli chcesz drążyć ten temat? - spytałem, wypuszczając z pyska powietrze. Na moment moje oko przykuł piękny, ba nawet mianem zjawiskowego bym go określił, dzban z rzeźbionymi w nim kwiatami. Były to lilie, których płatki z lodu zabarwione na delikatny róż czy fiolet. Niezły patent, który można wykorzystać. Wracając jednak do Spero i emocjach wyrysowanych na jej pysku wiedziałem, że wyboru mieć nie będę. Nie była to może czysta determinacja, ale coś czego odgadnąć nie potrafiłem. - Polubiłem jednego ze szczeniaków.
- To chyba nic złego? - spojrzała na mnie, zakotwiczając swoje błękitne oczęta na mej osobie.
- Nie nazwałbym tego niczym zły. Ale martwię się… - nie było to łatwe, przyznać się, że martwię się o jakiegoś szczeniaka. - Fean może zostanie adoptowany. Cieszę się z tego! Nie chciałbym żebyś jakoś źle mnie zrozumiała… Ja. Ech. Jeśli to się stanie już więcej go nie zobaczę. Do tego tak bardzo przypomina mi małego Jacques, nawet nie wiem czemu.
- Może on też cię polubił? Pomyśl o tym w ten sposób.
- To mi nie pomoże jeśli nadejdzie czas rozłąki. Ten mały szczeniak podbił moje serce. Ale chcę jego szczęścia, więc powinien znaleźć rodzinę.
- To może ty go zaadoptuj? - powiedziała po chwili, na co prychnąłem kpiąco. Otworzyłem wrota prowadzące na zewnątrz, mogliśmy w końcu opuścić zamek.
- Piękny żart, udany. Co nie zmienia faktu, że jeśli cudem go nie wybiorą byłbym samotnym ojcem.
- Samanta cię lubi i wie, że potrafisz zaopiekować się szczeniakiem – przystanęła. - Lysander?
- Hm? - odwróciłem się, lecz wciąż unikałem kontaktu wzrokowego.
- Czy ty… Może nie powinnam pytać, ale czy ty nie boisz się czasami tego, że to co było w przeszłości się powtórzy?
- Kochana, ja się niczego nie boję! - odpowiedziałem, typowym dla siebie tonem. - A teraz przestańmy błądzić głowami w obłokach, zapraszam się na kilka drinków.
- Jeszcze nie ma wieczora, a właściwie jest dużo czasu zanim zajdzie słońce – położyła po sobie uszy.
- Więc zapraszam cię na ciepłe mleko. Co ty na to?

<Spero?>

Słowa: 503

poniedziałek, 20 maja 2019

Od Spero CD. Lysandra

Ledwo otworzyłam drzwi do Pałacu, zostałam staranowana przez Sukki.
- Spero! - wykrzyknęła, rzucając mi się na szyję. Stęknęłam, uginając się pod jej ciężarem. - Gdzieś ty się podziewała? Miałaś wrócić już wczoraj - odsunęła mnie od siebie na odległość łap. Przyjrzała się uważnie mojej twarzy. - Myślałam, że cię utopiły...
- Przepraszam - powiedziałam, uśmiechając się przepraszająco. Postanowiłam przemilczeć fakt, że w sumie miała rację. Bo gdyby nie Lys, pewnie spoczęłabym na dnie Oceanu Dusz... - Nic się nie stało, sytuacja przy stawie opanowana - mrugnęłam do niej, chcąc rozładować napięcie.
- Dlaczego nie wróciłaś od razu? - nie dawała za wygraną Sukki. No tak, zbycie młodej wadery graniczyło z cudem.
- Musiałam odespać - rzuciłam, mijając przyjaciółkę i ruszając w kierunku sali Wielkich Magów.
- Taaak? A gdzie, jeśli można wiedzieć? Pod chmurką? - wyrzuciła z siebie Sukki. Nie próbowała nawet ukrywać czającej się w jej głosie wściekłości. Choć, jak podejrzewałam, była ona napędzana strachem o mnie... - Bo jak przyszłam do twojej jaskini, ciebie nie było. Jak wróciłam rano do Centrum, także nigdzie cię nie było - powiedziała z wyrzutem.
Westchnęłam ciężko. Postanowiłam zignorować waderę, ruszyłam korytarzem nie oglądając się na nią.
- Pytałam o coś - warknęła Sukki, nie doczekawszy się odpowiedzi. Nagle ze szczelin w posadzce wystrzeliły pędy jakiejś rośliny i błyskawicznie oplotły moje łapy, uniemożliwiając dalszy ruch.
- Sukki - jęknęłam, próbując się uwolnić. Jednak wyczarowane przez waderę rośliny były nadzwyczaj wytrzymałe. - To naprawdę nie ma znaczenia.
- Dla mnie ma.
Przestałam się szarpać i zrezygnowana spojrzałam w końcu przyjaciółce w oczy. Dopiero wtedy dostrzegłam, jak była zdenerwowana. Położyłam uszy po sobie, uświadomiwszy sobie, że wręcz szalała z obawy o mnie. To było tak... inne.
- Przepraszam - powtórzyłam, już spokojniej. - Byłam z Lysandrem. Musiałam wejść do wody, więc porządnie zmarzłam, a Lys zaproponował, żebym spała u niego, bo mieszka bliżej...
Wadera otworzyła szeroko oczy z zaskoczenia. Niemal natychmiast w jej oczach dostrzegłam zmianę. Wyglądało na to, że zupełnie zapomniała o tym, że była na mnie wściekła.
- Spałaś z LYSANDREM? - zapytała podekscytowana, niemal wykrzyknęła. Skrzywiłam się, gdy jej głos odbił się zwielokrotniony od ścian korytarza, a zaskoczone spojrzenia kilku wilków kręcących się w okolicy powędrowały na nas.
- Matko, Sukki, po co krzyczysz - jęknęłam, przerażona, gdy niektórzy zaczęli rzucać sobie znaczące spojrzenia. - Tylko u niego spałam, przecież nic się...
- Będę mogła wybrać imię dla szczeniaków, prawda? - Sukki już się nakręciła. - Ojeju, już niedługo będą tu biegały małe Verdisy, wyobrażasz to sobie?
Najchętniej bym w tym momencie uciekła. Jednak skutecznie uniemożliwiały mi to pędy, nadal krępujące moje łapy. Coraz więcej otaczających nas wilków zaczynało już szeptać między sobą.
- Sukki, naprawdę do niczego nie doszło - za wszelką cenę starałam się przerwać wywód wadery. Bo zaczynała wygadywać coraz większe niedorzeczności. - Tylko z grzeczności zaproponował, żebym u niego spała, bo mieszkał bliżej, a ja byłam przemoczona...
- A potem ogrzał cię swoim ciałem... - rozmarzyła się wadera. Momentalnie spłonęłam rumieńcem, co oczywiście nie uszło uwadze mojej przyjaciółki. Pisnęła podekscytowana i przypadła do mnie. - O matko, naprawdę to zrobiliście!
- Cholera, Sukki, przecież mówię, że nie! Tylko koło siebie leżeliśmy.
- Aha, uważaj, bo ci uwierzę - Sukki znacząco uniosła brwi.
- Dobra, nieważne, wypuść mnie już - mruknęłam, ponownie zaczynając szarpać za pędy. - Muszę coś zanieść do sali Wielkich Magów.
Wadera zlitowała się w końcu nade mną i spełniwszy moją prośbę, ruszyła za mną, nadal szczebiocząc mi nad uchem o głupotach. Odprowadziły nas znaczące spojrzenia pozostałych w korytarzu wilków.

~•~

Na moje szczęście Rada zgodziła się przechować zaklęty nóż. Pojawiły się nawet spekulacje odnośnie do możliwego wykorzystania go do ochrony Królestwa. Odradzałam co prawda ten pomysł, jednak zdecydowano przedyskutować sprawę jeszcze raz. Później.
Tymczasem w końcu miałam upragnione wolne. Idąc korytarzem Pałacu z powrotem na zewnątrz, zastanawiałam się, co zrobić z takimi pokładami wolnego czasu. Nagle wpadłam na kogoś. Już zaczęłam się pospiesznie odsuwać, przepraszając za swoją nieuwagę, gdy oplotła mnie czyjaś silna łapa i ponownie przyciągnęła do siebie.
- W porządku - powiedział Lys, uśmiechając się do mnie ciepło. - I co z tym nożem?
Odetchnęłam z ulgą, gdy go zobaczyłam. Już chciałam wtulić głowę w moje ulubione miejsce na jego szyi, kiedy usłyszałam szepty przechodzącej koło nas pary wader. Spojrzałam na nie kątem oka i dostrzegłam, że wpatrują się w nas z dziwnymi minami. Jakby wyobrażały sobie nie wiadomo co.
Czym prędzej odsunęłam się od basiora i spuściwszy wzrok na swoje łapy, odpowiedziałam.
- Zgodzili się go przechować - uśmiechnęłam się ostrożnie. Jeszcze raz rzuciłam szybkie spojrzenie na wadery. Zatrzymały się kawałek dalej i, udając zainteresowanie jedną z lodowych rzeźb zdobiących korytarz, co chwilę zezowały na nas. - Wygląda na to, że chwilowo mam więc wolne - odważyłam się w końcu spojrzeć na Lysandra. Wydawał się czymś zatroskany. - Byłeś w sierocińcu?

<Lysander?>

Słowa: 745

niedziela, 19 maja 2019

Od Lysandra CD. Spero

Przyznam szczerze, że pytanie wadery mnie zdziwiło. Wpatrywałem się w nią przez moment, by zaraz potem spojrzeć na ogień.
- Jasne... zawsze będzie cieplej - dodałem, jakby szukając pretekstu i usprawiedliwienia dla mojej zgody. 
Zebrałem się z ziemi, obchodząc palenisko. Podniosłem grube skóry, pod którymi leżała Spero i ułożyłem się obok niej. Mogłem poczuć ciepło uderzające od jej ciała. I nie tylko to, słyszałem jak jej serce bije. Równo i powoli. Wadera choć lekko spięta, rozluźniła się po chwili, kładąc z powrotem głowę i wzdychając. 
- Dobranoc - szepnąłem, patrząc na jej pysk, pogrążony w spokoju.
- Dobranoc - odparła równie cicho. Tym razem Spero szybko zasnęła. Ja mogłem obserwować jak odpływa w objęcia morfeusza. Jej klatka piersiowa unosiła się teraz równomiernie, jakby ciało cieszyło się, że mogło wreszcie udać się w stan spoczynku. Mnie samemu nie za bardzo widział się jakikolwiek sen, bałem się co mogło podczas niego do mnie przyjść. Nie chciałbym, aby Spero wzięła mnie za jakiegoś wariata. Nie ona jedna. 
Walczyłem ze zmęczeniem ile tylko mogłem. Zwykle te dwie czy trzy godziny snu na dobę mi wystarczą, tym razem jednak było inaczej. Powieki same się zamykały, jakby ciążyła na nich jakaś ciężka, czarna magia. Nawet nie chodzi o to, że nie potrafiłem już dalej walczyć z tym uczuciem. Ja nawet tego nie chciałem. Strach przed koszmarami odszedł na moment gdzieś w zapomnienie. Przybliżyłem się do wadery śpiącej obok jeszcze odrobinę i zamknąłem ją w uścisku w moich łapach. Przywarłem pyskiem do jej głowy, ciesząc się jej bliskością. Ha, Lysandrze, chyba zaczynam myśleć niezbyt trzeźwo, bo nachodzą cię doprawdy ciekawe myśli. Napawając się zapachem ciała wilczycy powoli odpłynąłem do krainy snów. Już nawet się za to nie skarciłem.
~*~
Obudziłem się rano, kiedy usłyszałem jak coś przebiega obok drzewa, to zapewne jeden z zajęcy, często się mi to zdarza. Podniosłem łeb, spoglądając na wejście, ale bijący od niego blask, kazał mi odwrócić wzrok. Na powrót wtuliłem łeb w sierść Spero, która nie drgnęła ani o centymetr podczas snu. A co do snów... Nic mi się nie śniło... O dziwo. Hah, gdyby nie to, że męczą mnie koszmary podejrzewałbym się o sny z innej dziedziny. Ale dlaczego akurat tej nocy żadna maszkara i brutalne wspomnienia mnie nie odwiedziły? Przecież to niemożliwe żeby to było spowodowane... 
Lysander, przestań tak o tym myśleć. 
- Dzień dobry - powiedziałem prosto do ucha błękitnej wadery, wciąż ciesząc się dotykiem jej przyjemnego futra.
- Już ranek? - odparła, po jej głosie mogłem rozpoznać, że się uśmiecha. Odwróciła się do mnie, spoglądając łagodnie w górę, a nasze oczy ponownie się spotkały.
- Jak minęła noc? - uniosłem brew.
- Ciepło - zmrużyła oczy, przeciągając się. - A tobie?
- Lepszej jak dotąd nie miałem - zaśmiałem się, wypuszczając znajomą z uścisku.
Oboje musieliśmy wstać. Spero musiała jeszcze załatwić sprawę z tym cholernym nożem. Zastanawiała się czy zostawić go ze sobą, czy może porozmawiać z radą magów. Doradziłem jej, żeby wybrała drugą opcję. Tak więc po siedzeniu jeszcze w moim "mieszkaniu" kilku kwadransów i urwanych rozmowach, w czasie których nieustannie wpatrywaliśmy się sobie w oczy wyruszyliśmy w stronę Centrum. Spero jak to ona nie chciała mnie tam ze sobą ciągnąć, ale i tak zmierzałem w tym kierunku więc była skazana na mnie.
~*~
- Naprawdę nie musiałeś - rzuciła, gdy zatrzymaliśmy się na chodniku. 
- Nie mów, że podróżowanie ze mną nie sprawia ci przyjemności - wyszczerzyłem śnieżnobiały uśmiech.
- Lysander... - powiedziała, przewracając oczami, ale odwzajemniając mój gest.
- To moje imię mademoiselle. Ale skoro tak bardzo chcesz się mnie pozbyć, droga wolna - zagrałem teatralnie.
- Powodzenia na samotnej ścieżce - ruszyła pewna siebie w stronę zamku. Powiedziałbym nawet, że nie szła już tak ociężale jak kiedyś. Nie żebym zwracał na to jakąś szczególną uwagę.
Jak zaplanowałem, tak udałem się do sierocińca. Właśnie minęła mnie para, która z niego wychodziła. Przy bramie spotkałem także Samantę.
- Ktoś znalazł nowy dom? - spytałem, zaciekawiony.
- Szukają chłopca do adopcji. - odparła radosna, zapraszając mnie do środka, czego nie odrzuciłem.
- Chłopca? - spytałem, jakby łagodnie zdenerwowany.
- Tak. Poznałam ich z kilkoma.
- Z którymi dokładnie? - każde jej zdanie miękczyło mi łapy coraz bardziej.
- Ethanem, Mio, Stalem i Feanem. - na dźwięk ostatniego imienia jakby trafił mnie piorun, chyba za abrdzo przywiązałem się do tego malca. Za bardzo przypominał mi pewnego malucha. - Każdy powinien mieć szansę na nowy dom.
- Racja.
- Przyszedłeś na wizytę? - spytała i pokiwałem szybko głową. A co jeśli ktoś go adoptuje? Wtedy nie będę go więcej widywał. - Chodź za mną, na pewno ucieszą się, że cię widzą.
- No aj myślę - odparłem na tyle głośno na ile mogłem. Bogowie Lys, nie możesz się tak przejmować, przecież on zasługuje na rodzinę...

<Spero?>

Słowa: 740

Od Spero CD. Lysandra

Dopiero gdy Lys zniknął mi z pola widzenia, pozwoliłam sobie na zadrżenie z zimna. A jak już zaczęłam, nie mogłam przestać.
Położyłam się na podłodze zmyślnie urządzonego domu i opatuliłam skórami. Zęby mi szczękały, nie mogłam opanować targających mną dreszczy. Natychmiast zatęskniłam za ciepłem ciała Lysandra u boku.
Co ja gadam, ledwo się ode mnie odsunął już chciałam, by ponownie się do mnie zbliżył. I, choć przyznaję to sama przed sobą z ciężkim sercem, nie tylko ze względu na to, że akurat umierałam z zimna...
Mój wzrok powędrował na moją torbę, którą zostawił pod ścianą przy wejściu. Westchnęłam ciężko, zastanawiając się, co począć z nieszczęsnym nożem, który do niej włożyłam. Najprościej byłoby opchnąć go na targu, jednak moc, którą mógł zyskać dzięki duszy Maga... Mogła być zbyt niebezpieczna, by używał jej pierwszy lepszy mieszkaniec Królestwa. Dlatego, choć przyznanie tego przychodziło mi z trudem, najlepiej będzie, jeśli go zachowam. Chyba, że Rada Magów zechce uznać go za wystarczająco niebezpieczny, by umieścić go w naszym skarbcu wraz z resztą podobnych artefaktów.
Temperatura mojego ciała w końcu się podniosła, a oczy zaczęły się same zamykać. Zasnęłabym pewnie, gdyby Lysander akurat nie wrócił z drewnem na rozpalenie ogniska.
- Jesteś pewny, że nie puścisz tego miejsca z dymem? - zapytałam zaczepnie, łypiąc na basiora jednym okiem, jednak zmęczenie odebrało moim słowom moc.
- Okaże się, jak już skończę - mrugnął do mnie znacząco i skierował się do niewielkiego wgłębienia w podłodze, gdzie starannie ułożył zebrane drewno. Uważnie śledziłam wzrokiem każdy jego ruch, jak prześlizgują się mięśnie pod jego skórą...
Ledwo zdałam sobie sprawę, o czym myślę, pospiesznie odwróciłam wzrok. Co się ze mną działo? Dlaczego moje myśli wędrowały w tak niezwyczajne dla mnie rewiry?
- No, skończone - usłyszałam po chwili, którą spędziłam na uporczywym wpatrywaniu się w ścianę. Nie, nie było w niej nic niezwykłego. Była po prostu lepszą opcją, niż patrzenie w tym momencie na Lysa. - Chodź tu, będzie ci cieplej.
W odpowiedzi schowałam głowę pod skóry, którymi byłam okryta.
- Chyba śnisz, że teraz stąd wyjdę - burknęłam. Zwinęłam się w kłębek, podwijając ogon pod głowę. Miałam cichą nadzieję, że basior da sobie spokój. Że po prostu położy się koło ogniska i zaśnie...
Dobra, kogo ja okłamuję. Zdecydowanie bardziej podobała mi się wizja jego ciała przyciśniętego do mojego.
Ze względów oszczędności cieplnej, oczywiście.
- Spero - usłyszałam tuż nad sobą. Drgnęłam, zaskoczona. Nie słyszałam, jak podchodził. - Nie każ mi cię tam zanieść.
- Wcale cię nie... - zaczęłam, wystawiwszy głowę ze skór. Natychmiast poczułam jednak, jak pochwycają mnie wiązki magii. Pisnęłam zaskoczona. - Co ty robisz?!
- Spełniam swoją groźbę - odparł z chytrym uśmieszkiem. Siedział tuż koło mnie, leniwie wpatrując się, jak lewituję kilka centymetrów nad ziemią.
Wpatrywałam się oczarowana w jego oczy, gdy przy pomocy swojej magii przenosił mnie bliżej ognia. Basior też ani na chwilę nie przerwał naszego kontaktu wzrokowego.
- No i proszę bardzo - szepnął, gdy ponownie spoczęłam na ziemi. - Tak lepiej, prawda? - usiadł w odległości kilku kroków ode mnie. "Za daleko", pomyślałam, jednak nie odezwałam się. Jedynie nadal wpatrywałam się mu w oczy.
Zaśmiał się cicho i pochylił ku ziemi, by nasze pyski znalazły się na tym samym poziomie.
- Na co się tak zapatrzyłaś? - zapytał z uśmiechem na ustach.
- Masz piękne oczy - palnęłam. Natychmiast zganiłam się w myślach za głupotę. Po co ja to...
Lysander roześmiał się.
- Dopiero teraz zauważyłaś? - zapytał. Wiedziałam, że żartował. Mimo to zawstydzona odwróciłam wzrok.
- Tak tylko... - zaczęłam. Na szczęście Lys okazał się na tyle wspaniałomyślny, że przerwał moje męki.
- Chodźmy już lepiej spać. To był długi dzień - zaproponował. Wstał i odszedł na drugą stronę ogniska, gdzie się położył. Spojrzał na mnie jeszcze po raz ostatni, nim szepnął "Dobranoc" i zamknął oczy.
Długo leżałam wpatrzona w basiora. Za nic nie mogłam zasnąć. Zwyczajnie mózg nie chciał mi się wyłączyć.
- Lysander? - szepnęłam w końcu. Basior momentalnie otworzył oczy. Widać on również nie mógł spać.
- O co chodzi? - zapytał, również szeptem. Choć nie było ku temu powodu, poza nami nie było tu żywej duszy.
- Czy mógłbyś... - zacięłam się i przełknęłam zdenerwowana ślinę. Głupia, głupia Spero. - Mógłbyś się koło mnie położyć? 

<Lysander? XD>

Słowa: 660

Od Lysandra CD. Spero

Z niepokojem spoglądałem na waderę wypluwającą z siebie resztki wody. Pogładziłem ją po plecach, zerkając gniewnie w stronę wody, chcąc skończyć życie wieczne żartownisiów, którzy próbowali pociągnąć Spero na dno.
- Już ci lepiej? - spytałem, oplatając ją skrzydłem, gdy ta przestała kasłać.
- Chyba tak - odparła szybko, trząsąc się przez chwilę.
- Będzie ci zimno - powiedziałem, marszcząc brwi. Nie byłem zadowolony z tego faktu, wchodzenie do wody w naszej sytuacji, gdy znajdujemy się na wiecznie ośnieżonych terenach nigdy nie jest dobrym pomysłem. 
- Jakoś dam radę. Podaj mi sakwę, mam coś co mi pomoże - odparła. Posłusznie wykonałem polecenie, a ta wyciągnęła z torby jakąś fiolkę czy cokolwiek innego co to było. Spożyła trunek (jak ja bym to nazwał). - To na rozgrzanie. Mag musi w końcu zawsze być przygotowany - powiedziała, posyłając mi uśmiech. 
- To nie zmienia faktu, że pogoda się zmienia. Nie będziesz w takim stanie wracać do jaskini. 
- Nie dramatyzuj - powiedziała, pewna wytworzonych przez siebie substancji.
- Spero, wiem że wydaje ci się, że trochę eliksirów czy Bóg wie czego ci pomoże, ale ja nie pozwolę ci wędrować do twojej jaskini. Będę miał cię na sumieniu jak się rozchorujesz.
- Przeziębienie będzie takie groźne - zaśmiała się cicho, przez krótką chwilę, by dać mi odpowiedź, na którą czekałem. - No dobrze, co w takim razie proponujesz?
- Moje drzewo jest bliżej niż twoja jaskinia. No i wydaje mi się, że drewno lepiej zatrzyma chłód z zewnątrz. Będziesz mogła okryć się puchatymi skórami, które tam trzymam - powiedziałem z delikatnym uśmiechem. Spero jeszcze chwilę się zastanawiała, po czym cicho westchnęła, zgadzając się na moją propozycję.
- Może i masz rację.
- Oczywiście, że mam. A ty jak zwykle nie lubisz przegrywać. - prychnąłem, a ta trąciła mnie z łokcia.
- Przypomnę ci, że to nie ty wygrałeś w tamtej zaspie.
- No oczywiście, bo dałem ci fory - zaśmiałem się, posyłając wilczycy szeroki uśmiech. 
- Boisz się przyznać, że pokonała cię kobieta! A wracając do spraw ważnych - niezwykle szybko przeszła do innego tematu, nie dając mi nawet czasu na odpowiedź. - Muszę jeszcze coś zrobić z tym przeklętym nożem.
- Tak jak powiedziałaś, został zaklęty, teraz nie będzie uprzykrzał "życia" tym duszom. Jutro znajdziemy jakieś rozwiązanie - odparłem, choć czułem, że Spero ma już jakiś zamysł w głowie, po prostu nie wiedziała co zrobić z tym cholernym przedmiotem kiedy zaprowadzę ją do mnie.
- Niech będzie. A teraz lepiej się zbierajmy, faktycznie zaczyna robić się zimno.
Podniosłem torbę z ziemi, zarzucając sobie na plecy i odgoniłem kilkoro dusz, dołączając do przyjaciółki. Uniosłem skrzydło, rzucając jej pytające spojrzenie, a gdy ta przytaknęła, objąłem ją nim. Przyznam. Niezwykle miłe uczucie.
Podróż do mojego przybytku nie trwała aż tak długo. Może przez to, że droga była prostsza i chociaż trochę krótsza niż do jaskini wilczycy. Puściłem Spero przodem, by weszła do drzewa. Rozświetliłem wnętrze, pozwalając jej się rozgościć. 
- Przytulnie tu - powiedziała, podążając wzrokiem do otoczeniu.
- Przyznam, że mam dobry gust.
- Oczywiście to i owo mógłbyś dodać - dorzuciła uszczypliwą uwagę, na którą jednak uśmiechnąłem się.
- Rady dasz mi kiedy indziej. Jakbyś nie zauważyła na dworze jest już ciemno. To odpowiednia pora na odpoczynek.
- Ale przecież można odpoczywać rozmawiając - odparła pogodnie. Chwyciłem za baranią skórę, którą nałożyłem na wilczycę.
- A teraz bądź dobrą owcą i ogrzej się - uśmiechnąłem się, składając odruchowo delikatny pocałunek na jej czole. Przyznam, nie przemyślałem tego posunięcia, może nie powinienem był? Dlaczego do cholery to zrobiłem? - Ja tymczasem pójdę po opał - odparłem prędko.
- Będziesz palił ognisko w drzewie? - spytała po chwili ciszy, gdy właśnie wychodziłem z "groty"
- Znam się na tym! - rzuciłem pośpiesznie, wychodząc z drzewa. Miałem w nim specjalnie wykopany dół na takie małe ogniska, aby móc jednocześnie ogrzać pomieszczenie i się nie spalić.
Super Lysander, martwisz się o nią, okey. Zaprowadzasz do siebie, okey. Ale na litość boską co ty zaczynasz robić? Dlaczego to jest takie dziwne i paraliżujące. 
Otrząsnąłem się. Drewno, muszę znaleźć patyki. 

<Spero?>

Słowa: 624

sobota, 18 maja 2019

Od Spero CD. Lysandra

Strzepałam z siebie resztki śniegu, którym rzucił we mnie Lys. Pozornie niedbale przygładziłam też sierść na głowie, jednocześnie jednak przyzwałam do siebie magię, łypiąc na skrzydlatego basiora jednym okiem, żeby dobrze wycelować.
Pierwsza śnieżna kula trafiła go w bok. Lys odskoczył zaskoczony, odruchowo szukając w śniegu miejsca, z którego wyleciała śnieżka. Błąd. Kolejna trafiła go niemal w tym samym momencie w potylicę. Basior drgnął, zaśmiał się jednak tylko cicho i ruszył na mnie z psotnym błyskiem w oku.
Gdy tym razem w moją stronę poszybowała śnieżka, w ostatniej sekundzie zniknęłam i pojawiłam się tuż za moim przyjacielem. Ruchem łapy poderwałam śnieg w powietrze, zasypując mu oczy.
Basior przyjął na skrzydło następującą po tym salwę moich magicznych śnieżek, a gdy on zebrał się do rzutu, ja "przeskoczyłam", jak wcześniej, za jego plecy.
Jednak Lysander był już na to gotowy.
Gdy tylko pojawiłam się za nim, skoczył na mnie. Przeturlaliśmy się kawałek po śniegu, przy akompaniamencie naszych głośnych śmiechów.
- Mam cię - wysapał zziajany, przygważdżając mnie do ziemi. Czy raczej wciskając w śnieg, bo akurat trafiliśmy na dość głęboką zaspę.
I choć w zasadzie już tym manewrem wygrał, nie mogłam pozwolić mu na triumf. Kobieca duma mi na to nie pozwalała.
Uśmiechnęłam się do niego chytrze i, nim zdążył jakkolwiek zareagować, ponownie "przeskoczyłam", by znaleźć się tuż nad nim.
Mój ciężar, choć niewielki, zwielokrotniony przez impet, zwalił go z nóg. Nie mogłam się powstrzymać, wybuchnęłam śmiechem.
- Widzę, że ktoś tu nie umie przegrywać - zaśmiał się Lys, wykręcając głowę, by na mnie spojrzeć.
- Dziwne, wydawało mi się, że to ty przegrałeś - rzuciłam żartobliwie.
Lysander mruknął w odpowiedzi coś, czego nie dosłyszałam. Szybkim ruchem obrócił się na plecy, zrzucając mnie ze swojego grzbietu, czemu towarzyszył mój pisk zaskoczenia. Nim jednak zdążyłam się podnieść, długie łapy basiora ponownie przyciągnęły mnie do niego. Westchnęłam i wtuliłam nos w sierść na jego szyi.
Leżeliśmy tak razem dobrą chwilę. Jednak, jak wszystko, co dobre, i to musiało się kiedyś skończyć.
- Chyba powinniśmy już ruszać w dalszą drogę, bo noc nas zastanie - zauważył cicho Lys, nie przestając wodzić łapą po moim grzbiecie.
- Yhym - mruknęłam niemrawo. Nie chciałam się jeszcze od niego odsuwać. Był taki ciepły, przy nim czułam się... bezpiecznie.
- Nie żartuję - zaśmiał się, gdy mocniej się w niego wtuliłam. - Jeśli zaraz nie ruszymy w dalszą drogę, nie damy rady wrócić znad stawu przed zmierzchem.
Westchnęłam zrezygnowana. Miał rację. Niechętnie odsunęłam się od basiora i wstałam. Gdy także Lys wygrzebał się ze śniegu, ruszyliśmy w dalszą drogę.

~•~

- Oho - mruknęłam, gdy tylko w zasięgu naszego wzroku pojawił się cel naszej wyprawy. - Te duchy naprawdę powariowały.
Zwykle stosunkowo spokojna powierzchnia stawu teraz przypominała raczej wzburzone morze. Mimo, że było nieco po południu, na niebie doskonale widać było pojawiające się i znikające co i rusz kolorowe smugi, zwykle widoczne dopiero po zmierzchu. Poza tym, sądząc po wzroku Lysandra, skaczącym we wszystkie strony, duchy nie tylko w ten sposób manifestowały swoje niezadowolenie.
- Co im jest? - zapytałam mojego towarzysza, nie odrywając jednocześnie wzroku od pieniących się fal na jeziorze. Co jakiś czas mogłam dostrzec wśród nich półprzezroczyste sylwetki dusz.
- Nie wiem - mruknął. - Przekrzykują się, jeden mówi przez drugiego... nie idzie ich zrozumieć - skrzywił się, widocznie w reakcji na hałas, jaki robiły duchy. Chyba zaczynałam się cieszyć, że ich nie słyszę.
Ruszyłam naprzód, przedzierając się przez rosnące tu rośliny przybrzeżne. Co jakiś czas czułam na sobie powiew chłodnego wiatru, znak, że właśnie bezceremonialnie przeszłam przez jakiegoś ducha. Krzywiłam się za każdym razem, jednak nie zatrzymałam się, dopóki nie stanęłam nad samym brzegiem. Wtedy szturchnęłam wodę łapą i spojrzałam w taflę, przywołując do siebie magię.
Dopiero wtedy moich uszu dobiegł ogłuszający jazgot, który tu panował.
- Cisza! - wrzasnęłam. O dziwo, duchy natychmiast posłuchały. Ucichły wszystkie rozmowy, a wszystkie widmowe spojrzenia zwróciły się na mnie. Poczułam też bardziej, niż zobaczyłam, że tuż koło mnie, bok przy boku, staje Lysander. - Co tu się wyprawia? - zapytałam, już normalnym tonem.
Jakby za sprawą magicznego przycisku wrzawa rozpoczęła się na nowo. Widać każdy bardzo gorliwie chciał mi tę sprawę wytłumaczyć...
- Po kolei, jeśli łaska! - poleciłam, z trudem przebijając się głosem przez cały ten harmider.
- Pojawił się tu nowy duch - szepnął Lys. Wpatrywał się ze zmarszczonymi brwiami w jedną z niespokojnych dusz. - Innym nie podoba się jego towarzystwo, mówią, że to nie jest miejsce dla niego.
Spojrzałam na basiora z podziwem. No, może jednak zabieranie go ze sobą nie było aż takim złym pomysłem.
- Zakładam, że pozbycie się go uspokoi resztę, tak? - zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź. Co więcej, wiedziałam nawet, gdzie owy niechciany sąsiad się znajduje.
Na samym dnie stawu dostrzegłam samotną duszę. Pozostałe trzymały się od niej z dala. Chwilę zajęło mi załapanie, że znam tego wilka. Czy raczej, jak myślałam, znałam...
- Lysander, to jest... - nie byłam w stanie dokończyć zdania. Wpatrywałam się w ledwo widoczną stąd duszę czarnego basiora. Leżał nieruchomo, wbijając wzrok w jeden punkt, gdzieś przed sobą.
- Widzę - mruknął mój towarzysz, podobnie niezachwycony niespodziewanym ponownym spotkaniem z Magiem, jak ja. - Wyciągnę go stamtąd - postąpił krok naprzód, zanurzając pierwszą łapę w wodzie, ale powstrzymałam go.
- Nie - powiedziałam cicho, ale z pewnością siebie, której wcześniej mi przy tym Magu brakowało. Kiedy jeszcze był żywy. Zanim stojący u mego boku basior go nie zabił. - Ja to zrobię. Skoro jego dusza tu dotarła, pokonując taki kawał drogi, wróci tu, jeśli po prostu go stąd wyciągniemy - odetchnęłam głęboko, usiłując się nieco uspokoić. Sięgnęłam do torby, którą Lys nadal niósł, i wyjęłam z niej tę roślinkę, której tak zawzięcie szukałam, gdy przyszedł do mojej jaskini. Z nieskrywanym obrzydzeniem włożyłam ją sobie do pyska i połknęłam.
- Nienawidzę tego - mruknęłam, przeszukując dalej torbę w poszukiwania noża, który tam włożyłam. Zwykły, myśliwski nóż, który spakowałam, by posłużył mi do czegoś zgoła innego, niż miał teraz.
- Co chcesz zrobić? - zapytał Lys, obserwując z widocznym zaniepokojeniem moje poczynania. - Chyba nie...
- Zanurkować? Tak, dokładnie to chcę zrobić - wzięłam nóż do pyska.
- Przecież mówiłem, że mogę...
- Nie możesz - przerwałam mu ostro. Wypowiadane przeze mnie słowa były zniekształcone z powodu noża, który trzymałam w zębach. - Chcę go zakląć w ten nóż - a tak go lubiłam... ech. - Jego duch będzie do niego przywiązany: gdzie znajdzie się nóż, tam będzie i on.
- Spero... - Lysander zdecydowanie chciał protestować przeciwko mojemu pomysłowi, ale nie słuchałam go już.
Ściskając w zębach nieszczęsny kawałek metalu zanurzyłam się w wodzie.
Momentalnie otoczyły mnie dusze, jednak łaskawie nie przeszkadzały zbytnio w płynięciu. Najszybciej, jak potrafiłam, dopłynęłam na samo dno. I ponownie znalazłam się oko w oko z koszmarem, który dręczył mnie niemal przez całe moje życie.
Nie protestował, gdy przeprowadzałam rytuał. Patrzył tylko na mnie, apatycznie, aż do ostatniej sekundy, gdy zniknął, wezwany do mojego noża. Metal zabłysł na chwilę, a gdy na powrót przygasł, rękojeść zdobiły krwistoczerwone runy, których wcześniej nie było.
Nie tracąc czasu zaczęłam ponownie płynąć, tym razem w kierunku powierzchni. Jednak tym razem, gdy problem mieszkających w stawie duchów został już rozwiązany, psotne dusze nie pozwoliły mi w spokoju wypłynąć na powierzchnię.
Otoczyły mnie ze wszystkich stron, ograniczając ruchy, ciągnąc w dół. Szarpnęłam się, próbując wyrwać, jednak nic z tego.
Zjedzone przeze mnie zioło przestawało działać. Zaczynałam się topić.
Rzuciłam się w panice, próbowałam uciec natrętnym duchom, jednak nic z tego.
Gdyby nie Lys, pewnie bym tam umarła.
Dowódca Sił Powietrznych widocznie wyczuł, że coś jest nie tak. A może duchy mu to powiedziały? W każdym razie, wskoczył za mną do wody. W ostatniej chwili zdołał mnie wyciągnąć i zaciągnąć na brzeg.
- Jasna choleŕa - charknęłam, wypuszczając z zębów ściskany dotąd kurczowo nóż. - Chyba robię się na to za stara.
Po tych słowach rozkaszlałam się na dobre, za wszelką cenę próbując pozbyć się wody z płuc.

<Lysander?>

Słowa: 1248

Od Lysandra CD. Spero

Obserwowałem każdy, choćby najmniejszy ruch wadery, kiedy ta zabierała ostatnie potrzebne jej rzeczy. Po zebraniu wszelkich... roślinek czy innych fiolek i wrzuceniu ich do torby wyruszyliśmy, brnąc w śnieg. Przez ostatnie dwie noce nieco przyprószyło, więc w niektórych miejscach zaspy były nieco większe niż mogłoby się wydawać. Postanowiłem to sobie za moment wykorzystać.
- Czyli jak się dowiedziałeś, że będę miała kolejną wyprawę? - spytała, spoglądając w niebo, po którym sunęły kłębiaste chmury.
- Mademoiselle, dobry dowódca nie zdradza swych tajemnic. - wypiąłem dumnie pierś, zakręcając pazurem na ustach na znak tego, że nie da rady tego ze mną wycisnąć.
- No tak, oczywiście - przewróciła oczami, a na jej pysku pojawił się delikatny uśmiech.
- Poza tym, pewna wygadana wadera często cię widywała jak chodziłaś do sali magów na szczycie zamku. Postanowiłem wypadać sprawę. więc to tym się zajmowałaś przez ten tydzień?
- Tak, dostawałam dużo zadań, choć niezbyt ciekawych. Powiedziałabym, że raczej się mną wysługiwali. Teraz w końcu będę mogła zająć się czymś bardziej interesującym niż szukanie laski jakiegoś starego maga. Ty miałeś ciekawszy tydzień?
- Jak wspomniałem często spotykałem się z Lien.
- Masz na myśli tą z rodziny, królewskiej, którą kiedyś spotkałam gdy bawiliśmy się ze szczeniakami? - dopytała.
- Yhym - kiwnąłem głową - Postanowiłem odwiedzać sierociniec między treningami. Spodobało mi się tam. Pewien szczeniak jest rozkoszny, mogę powiedzieć, że zdobył moje serce. - zerknąłem na waderę, która również obrzuciła mnie spojrzeniem - Ej, nie patrz tak na mnie! - fuknąłem, udając obrażonego i czekając na reakcję wadery. Ta jedynie pokiwała głową i ruszyła przed siebie.
- Tylko nie stosuj obrażonej taktyki przy duchach - rzekła, gdy do niej dorównałem (co swoją drogą nie było trudne, bo Spero robi małe kroki).
- Wiem, że wydaje ci się, że duchy mają na mnie zły wpływ czy coś w tym stylu, ale chcę ci powiedzieć, że się mylisz.
- Po prostu pamiętam tamtego ducha, Stelli - powiedziała, teraz znając już imię.
- Nie wszystkie duchy mnie nękają tak jak ten jej. Są to owszem, moi... przyjaciele, kompani z wojska - powiedziałem, nieco ciszej. - Ale mogę też rozmawiać z duszami, więc przydam ci się nad tym stawem.
- Oceanem dusz - powiedziała, ale ja zachowałem się jakbym nigdy nie usłyszał tego komentarza.
- Plus jestem w stanie dobrze walczyć, przyzywając do siebie duchy.
- Przyzywasz dusze zmarłych? - spytała, wyraźnie zainteresowana.
- Tak. Pomimo tego jaki pokaz moich umiejętności musiałaś zobaczyć w tamtym zaułku jeśli chodzi o dusze potrafię o wiele więcej - nachyliłem się, szepcząc jej do ucha następne zdanie - To w końcu mój żywioł.
- Lysander. Opowiedz mi o tym, brzmi ciekawie.
- Domyślam się, że z powodu, że potrafię ich przyzwać bez większego problemu, nie panując nad wyższą magią. Jak widać te rzeczy nie muszą się łączyć - wzruszyłem ramionami. - Ale z łatwością rozumiem co chcą mi przekazać zmarli, to najłatwiejsza ze wszystkich mocy. Resztę może ci kiedyś opowiem - puściłem do niej oczko. Miałem jednak nadzieję, że pewnych mocy nie będę musiał użyć, bo to oznaczałoby że jest do tego wyższa potrzeba, która dla mnie jest wojną. - A tymczasem... - zabrałem do łapy śniegu i rzuciłem nim w plecy Spero - Wisisz mi jeszcze bitwę na śnieżki - spojrzała na mnie z dezaprobatą, ale czułem, że udało mi się ją namówić. Przez moment nawet zacząłem martwić się, że zaraz weźmie w objęcia magii cały okoliczny śnieg i zrzuci mi na głowę, albo zacznie mnie bombardować kulkami jak z armaty.

<Spero?>

Słowa: 537

czwartek, 16 maja 2019

Od Spero CD. Lysandra

- Piękne - wyszeptałam. Wbijałam roziskrzony wzrok w krople wody unoszące się nad naszymi głowami. I choć sama władałam o wiele potężniejszą, bardziej rozwiniętą magią, to proste zaklęcie mnie oczarowało. Bardziej niż cokolwiek, co widziałam do tej pory.
Chwilę trwałam nieruchomo, zapatrzona w te "gwiazdy". Nagle na moim nosie usiadł motyl o przezroczystych skrzydłach, zmuszając do oderwania spojrzenia od błyszczących kropli i skupienia wzroku na jednym z niewielu pięknych owadów, które są w stanie przeżyć w tutejszych warunkach.
Uśmiechnęłam się nieznacznie uważając, by gwałtownym ruchem nie spłoszyć stworzenia.
- Czyli nie tylko zwierzęta cię lubią - zauważył Lysander. - Owady też.
Spojrzałam na niego jednym okiem, nie zmieniając położenia głowy. Wpatrywał się we mnie z dziwną miną, której nie potrafiłam rozszyfrować.
Motyl odleciał. Śledziłam go wzrokiem, aż nie zniknął za którymś z krzewów Szklanych Róż. Dopiero potem odwróciłam się do skrzydlatego basiora.
- Dziękuję ci - powiedziałam cicho, ze spuszczoną głową. - Za wszystko.
- Cała przyjemność po mojej stronie - ugiął łapy w lekkim ukłonie i uśmiechnął się do mnie szeroko.
I choć natrętne wspomnienia nawiedzały mnie już do końca wieczora, kiedy to Lysander odprowadził mnie do mojego mieszkania w Centrum, humor zdecydowanie mi się poprawił. A to wszystko zasługa tego skrzydlatego basiora.
Z resztą, prawdopodobnie w ogóle by mnie tu nie było, gdyby nie on. Zawdzięczałam mu więc o wiele więcej, niż pomoc podczas wyprawy i dzisiejszego Balu...
A zważywszy na jego deklarację, której umyślnie nie skomentowałam, bo zwyczajnie się jej wystraszyłam, będę mu zawdzięczała jeszcze dużo, dużo więcej...

~•~

Tydzień po Balu Zimowym był prawdziwym urwaniem głowy.
Nagle okazało się, że magiczne osłony strzegące wejścia do jakiejś tajnej sali w bibliotece zostały naruszone. Trzeba było je więc naprawić oraz znaleźć wilka, który do tego doprowadził, a także wybadać, co zdołał z niej wynieść. Podczas gdy pozostali magowie zajmowali się tym pierwszym, mnie wysłali w pogoń za owym ktosiem. Złapałam go raptem po godzinie poszukiwań przy pomocy zaklęcia tropiącego i przyprowadziłam przed oblicze pozostałych.
Następnie wyszło na jaw, że z Sali Magów zniknęła magiczna laska jednego z zasiadających przed wiekami Wielkich Magów. Zadanie znalezienia jej także spadło na mnie...
A na koniec, żeby było ciekawiej, okazało się, że duchy z Oceanu Dusz powariowały. Przy tej okazji wyszło też na jaw, że wśród magów tylko ja mam choć szczątkowe umiejętności rozmowy z duchami. Czyli i tym razem najgorsza część roboty spadła na mnie.
Jeszcze trochę i zacznę uważać, że magowie białej magii to w zasadzie nic innego nie robią, tylko siedzą na tyłkach w Sali Wielkich Magów, podczas gdy ci posługujący się czarną magią, czyli w tym momencie ja, odwalają za nich całą brudną robotę...
Chcąc nie chcąc, musiałam się więc tam udać. Dzień wcześniej przeniosłam się z mojego mieszkania w Centrum do jaskini w Dystrykcie I, żeby przygotować się do tej krótkiej, acz potencjalnie niebezpiecznej wyprawy. Przeszukiwałam właśnie półki pełne składników, które wykorzystywałam do produkowania domowej roboty leków i przydatnych eliksirów, kiedy usłyszałam chrobot pazurów na kamieniu i wołający od strony wejścia do jaskini znajomy głos.
- Spero?! - sądząc po głośności, Lysander znajdował się już w głównej jaskini, pełniącej funkcję salonu. Podskoczyłam zaskoczona i wyrżnęłam głową w półkę powyżej tej, którą przeszukiwałam. Kilka flakoników z różnymi płynami, proszkami i nasionami pod wpływem uderzenia spadła, roztrzaskując się na podłodze. Zaklęłam szpetnie.
- Spero? - w wejściu pojawiła się głowa skrzydlatego basiora. - Co się stało? - zapytał, wyraźnie zaniepokojony hukiem, jakiego narobiłam.
- Nic - mruknęłam, badając ostrożnie łapą głowę, w poszukiwaniu urazów. Na szczęście nic nie znalazłam. - Po prostu...
- Wybierasz się gdzieś? - przerwał mi, lustrując wzrokiem torbę leżącą koło mnie. Wypełniały ją ciepłe ubrania i kilka specyfików na rozgrzanie. W jego głosie pobrzmiewała lekka uraza. Albo mi się wydawało.
- To... - zaczęłam, ale nie dane mi było dokończyć.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz? - kontynuował Lys. Skuliłam się pod jego badawczym spojrzeniem.
- Bo uznałam, że masz ważniejsze sprawy na głowie - po części było to prawdą. Z drugiej jednak strony uznałam, że wizyta przy Oceanie Dusz nie będzie dla niego przyjemna, jeśli nawiedzają go duchy z przeszłości. - Poza tym planuję wrócić jeszcze dziś wieczorem, nie wybieram się nie wiadomo jak daleko...
- To po co ci tyle tego? - wskazał moją torbę. Odruchowo też na nią spojrzałam, choć doskonale wiedziałam, co do niej zapakowałam.
- Bo mogę zmarznąć?
- Aż tak?
- Kąpiel w wodzie o tej porze roku do najprzyjemniejszych nie należy - wzruszyłam ramionami.
Odwróciłam się, by kontynuować poszukiwania rośliny, która po zjedzeniu, na chwilę umożliwiała oddychanie pod wodą. Wolałam ją wziąć. Tak na wszelki wypadek. Gdyby duchy okazały się wyjątkowo niespokojne i postanowiły zatrzymać mnie w wodzie...
Zaraz poczułam jednak, jak na moim ogonie zaciska się łapa basiora. Pisnęłam, gdy pociągnął za niego, by odciągnąć mnie od szafki. Znalazłam się tuż przed jego klatką piersiową. Musiałam zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy.
- Gdzie idziesz? - zapytał Lysander ze śmiertelnie poważnym wyrazem pyska.
- Nad Ocean Dusz - powiedziałam. - I nie, nie pójdziesz tam ze mną - dodałam natychmiast, starając się przybrać jak najbardziej stanowczy ton. - Dziękuję za miłe chęci, ale tym razem naprawdę nie potrzebuję eskorty - chciałam się już odsunąć, ale Lysander objął mnie jedną łapą i przyciągnął stanowczo do siebie.
- A jest jakiś konkretny powód, dla którego się tam wybierasz? - zapytał.
- Mam uspokoić szalejące tam dusze... - mruknęłam, próbując odwrócić od niego wzrok. Jednak przyciśnięta do niego nie miałam zbyt dużego pola manewru.
- Nie uważasz, że to dość niebezpieczne? - Lys ponownie spojrzał na moją torbę. - Samotna wyprawa tam? W takim celu?
- Dla ciebie z pewnością jest jeszcze bardziej niebezpieczna - fuknęłam, próbując wywinąć się z jego uścisku. Wywalczyłam jednak tylko tyle, że westchnął, niby zbolały, i przewrócił mnie na grzbiet, po czym zawisnął nade mną, skutecznie uniemożliwiając mi ucieczkę.
- Idę z tobą - oświadczył. - Czy tego chcesz, czy nie.
- Ale duchy... - próbowałam jeszcze protestować.
- Jestem już dużym chłopcem, Spero, poradzę sobie - mrugnął do mnie zadziornie. Trącił nosem mój nos, po czym odsunął się, pozwalając mi wstać. Co zrobiłam z kilkusekundowym opóźnieniem, jakby mój mózg potrzebował czasu by załapać, co się właśnie wydarzyło.
- Czyli się ciebie nie pozbędę? - zapytałam, rzucając mu spojrzenie spode łba, jednak na moim pysku pojawiał się już powoli uśmiech.
- Nie w tym życiu - Lysander wyszczerzył się i podszedł do porzuconej przeze mnie torby. Podniósł ją i zarzucił sobie na grzbiet, nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować. - To co, idziemy?
Uniosłam brwi, zdziwiona jego gorliwością. Pokręciłam jednak tylko głową i ruszyłam w kierunku szafy-szklarni, którą dostałam kiedyś w prezencie od Sukki. Mogłam w niej hodować wszelkiej maści rośliny, które nie wytrzymywały tutejszego klimatu. Otworzyłam ją i z jednej z "grządek", zalanej wodą, wyłowiłam pojedynczy liść. Skrzywiłam się już na samą myśl o zjedzeniu tego, ale innej opcji nie widziałam. Ususzonej wersji tego umożliwiającego oddychanie pod wodą glonu nie znalazłam.
- Możemy iść - odpowiedziałam Lysandrowi, umieszczając liść w małym pudełeczku. Mijając basiora wrzuciłam je do torby na jego grzbiecie i ruszyłam do wyjścia z jaskini.

<Lysiu? ^^>

Słowa: 1110
Layout by Netka Sidereum Graphics