Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lys i Tin i Vallieana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lys i Tin i Vallieana. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2023

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

Wadery galopowały na złamanie karku, ptaki u ich boku ćwierkały z oburzeniem, a świat przed oczami Vallieany podskakiwał nierówno wraz z każdym ruchem zadu, do którego przylgnęła całym ciałem. Hop, hop, hop. Tu gałęzie, tam kamienie, tu znowu drzewo, a nieszczęsny gronostaj musiał przytrzymywać się zębami grubego futra, żeby podczas szalonego pościgu nie zlecieć z ich grzbietu. Szczerze powiedziawszy, Zerdinka była tak zaskoczona ostatnimi wydarzeniami, że nawet nie miała czasu na stosowną reakcję pod względem emocjonalnym. Była po prostu ekstremalnie zdziwiona. 
Niespodziewanie w powietrzu rozniosło się urwane jęknięcie, a w tym samym momencie Valli gwałtownie podskoczyła wraz z tyłkiem Lys i Tin. 
– Takie to zabawne, co?! – wypluły rozgniewane, kiedy gronostajka na ich plecach dochodziła do siebie.
Naprawdę go dopadły?!
Szybko się otrząsnęła i wskoczyła na głowę wader, żeby zorientować się w sytuacji. Z tyłu głowy miała na uwadze sprawdzenie stanu kamieniarek, jednak tym razem ciekawość wygrała. I rzeczywiście, przed masywnymi łapami kózek widniały dwie tylne nogi i kawałek czarnego ogona, gdyż pozostała część… napastnika..? Valli nie wiedziała do końca kto w tamtym momencie był napastnikiem, ale na pewno reszta tamtego drugiego tkwiła nieruchomo w kupie śniegu. Lerdiski ciężko westchnęły między kolejnymi sapnięciami.
– Wszystko dobrze, Valli? – zapytały, unosząc lekko łepek ku górze.
– Tak, nic mi nie jest. 
Pogładziła głowę Lys i Tin w zamyśleniu.
– A ty tam, żyjesz? – Lys znów przybrała gniewny ton, kierując go w stronę nieznajomego. 
Nagle niedługa, czarna kitka poruszyła się na boki. Wadery schyliły się na łapach, gotowe do ewentualnej obrony, a Vallieana schowała się za grafitowymi rogami. 
– Mmfmf!
Ucho kózek drgnęło, a powietrze przeszyło krótkie “huh?”. Nie straciły jednak czujności.
– Wyłaź z tego śniegu, a potem mów! I nie próbuj żadnych sztuczek, bo pożałujesz!
Minęła chwila, po której czarne nóżki schowały się w śniegu, a potem znad białej powłoki wychyliła się mała głowa, czarna jak u jakiegoś diablęcia. Najpierw rozejrzała się przed sobą, a dopiero potem obróciła się w stronę wader (to znaczy, wadery i gronostaja), mierząc Lys i Tin z najbardziej obrażoną miną, na jaką było ją stać. Mina ta kontrastowała jednak z płaczliwością tonu, z jakim się wypowiadała
– Dźgnęłaś mnie w plecy, to boli – burknęła.
– A ty prawie zabiłaś naszą Vallieanę! Należało ci się! – wykrzyczała Lys natychmiast, nie pozwalając zrobić z nich “tych złych”.
– Ale nikogo nie zabiłam, więc nie, wcale mi się nie należało! 
– Właśnie, że należało!
Wadery zaczęły się ze sobą kłócić i choć młode diablę nie wyglądało do końca jak wilk, głównie ze względu na abstrakcyjnie duże uszy, nos przypominający ten nietoperza i błoniaste skrzydła, wyrastające z jej boków niczym dodatkowa para łap, zdecydowanie mogło podchodzić pod Lerdisa. Było też waderą, ewidentnie nieletnią. Wykorzystując chwilę zamieszania, Vallieana zsunęła się z powrotem na grzbiet Lys i Tin, a stamtąd do koszyka z kamieniarkami, żeby sprawdzić stan ptaków. 
– Nic im nie jest? – spytały kózki, nagle wytrącając się z dyskusji z drugą Lerdiską. 
– Na szczęście nie ale powinnyśmy iść dalej.
Obca waderka zmarszczyła brwi.
– Twój zwierzak naprawdę gada? Cool. 
Lys i Tin wymieniły porozumiewawcze spojrzenie z Vallieaną. Młoda albo udawała, albo rzeczywiście to wcale nie ona była winna zmiany formy niebieskookiej. Kozy jednak szybko się wyprostowały i skonfrontowały z ciemnoszarymi ślepiami.
– Nawet gdyby nie gadała, to i tak nie dawałoby ci pozwolenia żeby rzucać w nią szyszkami! 
Młoda obruszyła się.
– Nie jesteś moją matką.
– Dlatego wracaj do swojej matki i przestań zagrażać innym!
I cisza. 
A potem szare oczy wypełniły się łzami. 
– H..Huh, co… 
Młoda nietoperzyca zaczęła wyć, przy czym na zmianę marszczyła gniewnie brwi i uparcie ocierała oczy łapami z tymi długimi uszami rozciągniętymi wzdłuż karku. I choć Lys i Tin wyglądały na ekstremalnie zagubione, Vallieana nie mogła powstrzymać się od współczucia. Młoda zapłakała głośno i złośliwie
– Tak się skł…składa… że wyrzucili mnie z domu! Więc nigdzie nie wrócę!
Lys i Tin zastrzygły uszami z niepewnością
– Valli… ja...
Zerdinka nadal była nieufna, więc nie zeszła z bezpiecznego miejsca jakim było ciało towarzyszek, jednak wspięła się na ich kufę i pochyliła w przód, by mieć pewność, że czarnowłose stworzenie ją usłyszy.
– Masz jakąś rodzinę? Ktoś na pewno ci pomoże.
Waderka pokręciła przecząco głową, nawet nie podnosząc wzroku na czarno białe stworzenie. 
– A byłaś w jakimś mieście? Nie możesz tak się błąkać po lesie w nieskończoność i zaczepiać obcych. 
Nietoperzyca znów brzydko się zmarszczyła.
– Właśnie, że mogę.
 Zapadła cisza. Zerdinka oceniła młodą waderę wzrokiem, lustrując ją od góry do dołu. Wtedy dostrzegła u jej boku przetartą torbę, do tej pory schowaną za skrzydłem.
– Jak długo już tak żyjesz?
Znów milczenie.
– Eh, dobra, nie zostawimy cię tak – westchnęła gronostajka i obróciła się przodem do oczu Lis i Tin, czując jak te poruszają pyskiem.
– Nie zostawimy?
Niebieskooka wzruszyła ramionami.
– Wolałabym nie zostawiać, ale nikogo do niczego nie zmusimy. Myślę, że w zamian za pomoc w dźwiganiu kilku rzeczy mogłybyśmy się odwdzięczyć pomocą ze znalezieniem jakiegoś bezpiecznego miejsca, przynajmniej tymczasowo… I może czymś do zjedzenia... Oczywiście tylko jeśli wy się zgodzicie.
Vallieana nie mogła tego zobaczyć, ale na pyszczku młodej pojawił się szok, a potem zapłakała jeszcze głośniej. 


<Lys i Tin? Adoptujemy dziewczynkę? XD>
Słowa: 821 = 47 KŁ

sobota, 31 grudnia 2022

Od Lys i Tin, CD. Vallieany

 To, że Lys i Tin były złe na ich żartownisia, to było zdecydowanie za mało powiedziane. Wręcz nosiło je z emocji, na tyle, że nawet Tin zdolna byłaby i przeklnąć. A to się zdarzało naprawdę rzadko. Zaczęły się zastanawiać, czy ten osobnik był tym samym, co spowodował zmianę biednej Valli w gronostaja. Jeśli tak, to już nie byłby zwykły dowcip, a jakieś chore prześladowanie. Przecież w takim wypadku ten ktoś musiałby ich śledzić! Ale czy możliwa była opcja, że wadery miały aż takiego pecha, aby trafić jednego dnia na aż dwóch śmieszków? Bardzo, bardzo dziwna sprawa. W zarówno tej pierwszej, jak i drugiej możliwej wersji. Świat powariował.
Teraz jednak skupiły się na obecnej chwili, zamiast rozwodzić się nad genezą całego zdarzenia. Wciąż były złe.
– Gdzie on ucieka? – rzuciły bardziej do siebie, sapiąc z irytacją.
Zmarszczyły grube brwi. Nie miały czasu się zastanawiać, czy powodem do zerwania się w bieg było coś niebezpiecznego, ani czy one też powinny uciekać. Znalazły sobie nowy cel. Wolały gonić napastnika. Tak więc zgarnęły pannę gronostajową między swoje rogi, nawet nie słuchając obaw, pytań protestów, zwyczajnie ruszyły w pościg.
Być może była to pochopna i nierozsądna decyzja. Ba, oczywiście, że taką była. W tamtym momencie jednak mało to obchodziło te dwie wściekłe wadery. Może i zużyją niepotrzebną ilość sił, ale przynajmniej zmierzały w dobrym kierunku całej podróży. Chociaż tyle dobrego, nie zboczą z trasy.
Tętent masywnych łap rozległ się między drzewami. Stanowcze pazury kruszyły śnieg pod sobą, dając dobrą przyczepność do szarżującego biegu. Powarkiwały co chwilę coś pod nosem, coś o tchórzu i, że i tak go dopadną, a ucieczka była na marne. Czuły się prawie tak, jakby goniły zwierzynę, tylko bardziej agresywnie i zapominając o myśliwskiej gracji. Niesiony bagaż teraz nie robił im żadnej różnicy, jakby nic nie ważył. Dobrze, że był porządnie zabezpieczony, bo istniała szansa, że w innym wypadku mogłyby coś pogubić. Co w nie wstąpiło? Nie mogły nie przyznać się, że trochę poczuły się odpowiedzialne za bezpieczeństwo towarzyszki podróży, która przecież w swoim obecnym stanie nie mogła się sama obronić.
Dopadnięcie uciekiniera było tylko formalnością. Zderzenie spotkało się z brutalnym zaryciem jego łbem w śniegu. Vallieana w tamtym momencie musiała naprawdę mocno się trzymać, żeby nie spaść z głowy lerdisek, które nie pomyślały już więcej o ostrożności. Gorąca para buchnęła z nosa.
– Takie to zabawne, co?!
Nie kontrolowały siebie. Zupełnie też nie wzięły pod uwagę faktu, że sam dowcipniś uciekał przed czymś innym, niż przed nimi. Oby… Oby to coś już odpuściło

<Valli?>

Słowa: 410 = 26 KŁ

środa, 14 września 2022

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

 Samiczka gronostaja zatrzymała się w pół kroku i podniosła łebek na kozie wadery. Do tej pory szła za nimi, wykorzystując koleiny w śniegu wyryte przez wilcze łapy, jednak gdy Lys i Tin zwolniły, Vallieana żwawo przebiegła między ich łapami, wyskakując na przód. Kątem oka zerknęła na niebo i musiała przed samą sobą przyznać, że miały wystarczająco duże obsunięcie czasowe, że przerwa czy to teraz, czy później, nie zrobiłaby już im różnicy.

– Jasne, że możemy – pisnęła. Stanęła na tyle łapki i zaczęła rozglądać się za miejscem odpowiednim na chwilowy przystanek, jednak z punktu widzenia tak małego zwierzątka nie była w stanie dostrzec nic, co znajdowało się poza piętrzącymi się nad jej główką murami ze śniegu. Szybko się więc poddała oddając chwilowo swoją pozycję “lidera” wyprawy– Możecie wybrać miejsce.

Lys i Tin, jakby napędzane nową energią na samą myśl o chwili odpoczynku energiczne przeskoczyły z łapy na łapę i dziarsko skinęły głową, biorąc na siebie odpowiedzialność za powierzone zadanie. Przez chwilę chodziły, przez chwilę tuptały, trochę powęszyły, aż w końcu cupnęły. Wybraną przez nie miejscówką była spora przestrzeń, otoczona przez kilka większych, ciasno rosnących przy sobie drzew, gdzie warstwa śniegu była znacznie niższa, niż na ich dotychczasowej, nieosłoniętej gałęziami trasie.

– Może być? – odezwał się dumny głos Lys, zupełnie jakby wadera pytała Vallieanę o zdanie tylko po to, żeby usłyszeć, że wykonała dobrą robotę.

– Tak, dobra robota – uśmiechnęła się Valli – Ziemia jest wydeptana, zdaje się, że nocują tu dziki – zauważyła, kiedy zadowolona z siebie koza zaczęła rozładowywać z siebie toboły.

– Czuć je z kilometra – skrzywiła się lekko w odpowiedzi – Dobrze, że teraz ich tu nie ma.

– A jak wrócą? – gronostaj rzuciła okiem na towarzyszki.

– To będą musiały znaleźć nową miejscówkę – rzekła zadowolona Lys i chwyciła zająca, którego dzień wcześniej złapała. Wadery już zabierały się do dzielenia mięsa, kiedy spojrzały złotymi ślepiami na towarzyszącego im gronostaja. Vallieana jakby wywołana do odpowiedzi podskoczyła w miejscu i za chwilę znów usiadła..

– Spokojnie możesz zjeść więcej, moje ciało jest teraz bardziej… ekonomiczne? – zaśmiała się niezręcznie, zerkając na sześć razy większe truchło zajęczaka – No, powiedzmy…Wystarczy mi naprawdę mały kawałek.

– Hm, no dobrze…

Wadery otworzyły pysk i zaraz zacisnęły silne szczęki na udzie zwierzęcia, łamiąc kości jak wykałaczki i rwąc mięśnie wraz ze skórą jak kawałek pergaminu. Z tej perspektywy, Vallieana odczuła realną grozę i aż musiała się kawałek wycofać, gdy jej ciałem targnęło nagłe, niezrozumiałe przerażenie. Na szczęście wilczyce tego nie zauważyły i zaraz delikatnie położyły udziec przed nosem gronostaja.

– Wystarczy? – zapytały.

– T..tak – czarny łebek potrząsnął się na boki, chcąc pozbyć się dyskomfortu – Dziękuję i smacznego.

Po usłyszeniu odpowiedzi, towarzyszki wyprawy wzięły się do jedzenia. Bardzo szybko okazało się, że mała Vallieana nie jest w stanie zjeść nawet jednej trzeciej swojej porcji, więc więcej trafiło do Lys i Tin, które również nie zjadły swojego przydziału do końca. Ostatecznie resztki zająca trafiły zapakowane do zielarskiej torby, a samice postanowiły odpocząć jeszcze przez chwilę. 

– Nie jest wam zbyt ciężko z tymi rzeczami? – spytała z troską gronostajka, zwijając się w rogalika przed wyciągniętymi łapami pozostałych wader. Te jednak pokręciły powoli głową.

– Nie jest ciężko, po prostu daleko.

Niebieskooka wyłapała delikatniejszy głos Tin

– Tak, to prawda, też miałam nadzieję, że dostaniemy się tam szybciej… ale z tym, ciałem nie da się szybciej – westchnęła przygnębiająco. Wadery podniosły uszy i machnęły łapą.

– A… ale nie przejmuj się, to nie jest twoja wina..!

– Ah, wiem, że to nie moja wina, naprawdę! Po prostu mam swoje obowiązki i przez takie… nieoczekiwane… sytuacje muszę na nowo organizować czas… Poza tym nie wiemy jak mnie odmienić z powrotem i to też jest całkiem stresujące – uśmiechnęła się niewesoło. Tin skinęła głową ze zrozumieniem. Vallieana westchnęła i znów się rozluźniła.

– Ale dość o moim obecnym stanie. Powiedzcie, jesteście myśliwymi, tak? Jakiś czas temu zastanawiałam się jak wygląda… – niespodziewanie drobne zwierzę urwało, gdy przez las rozległ się nieprzyjemny dla ucha chichot. W jednej sekundzie samice nastawiły uszy, a w następnej Valli wydała z siebie niepodobny do niczego pisk, gdy nadlatująca z powietrza szyszka uderzyła w ziemię z takim impetem, że wystarczyłoby kilka centymetrów w bok i drobniutkie łapki gronostaja zostałyby bezpowrotnie zmiażdżone. 

– Valli! – krzyknęły wadery, zrywając się na nogi – Nic ci nie je… Auć! 

Grafitowe rogi przyjęły na siebie uderzenie kolejnej szyszki, a potem ciemny zad oberwał jeszcze następną. W tym czasie zielarka zwiała czym prędzej w krzaki z walącym sercem. Kolejną niespodziewaną dla niej rzeczą było to, że Lys i Tin postanowią wepchnąć się za nią pod ten sam krzak, więc gdy nagle przed jej malutkim pyszczkiem pojawiła się wielka para złotych oczu, wdrapała się niezdarnie na czarny nos i pozwoliła waderom na rozgoszczenie się.

– Valli, czy… czy wszystko… – Tin próbowała złapać oddech, jednak nagle potrząsnęła łbem i zachwiała się na bok, zrzucając gronostaja na ziemię – Mógł cię zabić! Niech ja go tylko dostanę w swoje łapy!

Wadery znów się poderwały, a Valli mogła tylko chwycić się jednej z ich łap, obawiając się bycia stratowaną. Rollercoaster emocji w jej ciele zaliczał wzniesienia i upadki, a ona wyklinała w myślach wrażliwość emocjonalną tego ciała. Miała wrażenie, że to jej serce zaraz się zatrzyma!

Lys jednak nie wybiegła zza krzaka, a jedynie zaszarżowała w przód, kręcąc głową, gdy rogi stale ocierały się o gałęzie rośliny. Już wyglądała jakby miała zaczął krzyczeć, ale przypomniała sobie o obecności towarzyszki, o którą zadeklarowała się walczyć.

– Jak się trzymasz? Wszystko dobrze- zapytały z niepokojem. 

– Ja… Tak, ja… Dajcie mi chwilę – sapnęła niebieskooka, trzymając się kurczowo przedniej łapy wader. Lys nastroszyła całe ich ciało.

– Co za…!

Jednak ponownie rozwój sytuacji przerwał czyjeś zdanie w połowie. Chichot nagle się urwał i zmienił się we… wrzask. Dziwaczny, kłujący w uszy krzyk, zupełnie jakby napastnik nagle się przestraszył. To co wydarzyło się jako następne jednak jeszcze bardziej zaskoczyło samice – to coś spadło z drzewa! Wylądowało na grzbiecie parę metrów od Lys, Tin i Vallieany, jednak zaraz bez problemu wstało i zaczęło uciekać w drugą stronę.

A ten co, ducha zobaczył?


<Lys, Tin?>
Słowa: 971 = 54 KŁ

czwartek, 30 czerwca 2022

Od Lys i Tin, CD. Vallieany

W ich uszach odbiło się pewne siebie "ruszamy". Już dosyć niepotrzebnej paniki, były zebrane i gotowe, już bez niepotrzebnego mętliku w głowie, który do niczego dobrego by nie doprowadził. Tak więc, zgodnie z tym słowem, ruszyły, nie chcąc już gubić większej ilości cennych sekund.
Wsłuchały się w rytm kroków odbijanych w śniegu, bo na razie nie miały nic więcej do powiedzenia. Może to i dobrze… Uszom Vallieany też przyda się mały odpoczynek. Ładunek na brązowym grzbiecie wader kołysał się delikatnie, a po niedługim czasie nawet kamieniarki przestały tak żywo popiskiwać. Wszystko zlało się z ciszą otoczenia. Okoliczne drzewa nie śmiały nawet zaszumieć, jedynie pochylały się wdzięcznie nad wędrującymi, jakby życząc im spokojnej drogi. Błękitnoszare niebo przebijało się przez korony, pozwalając słabemu światłu tańcować na futrach.
Tak, zdecydowanie chwila wyciszenia była wszystkim potrzebna.
– Ale w sumie to całkiem śmiesznie jest mieć takie małe ciałko – miały na myśli gronostaja oczywiście – i takie długie. Możesz sobie pewnie bez trudu powąchać tyłek – zaśmiały się.
Początkowo nieco zdezorientowana reakcja wilka w łasicowatym ciele też przerodziła się w krótki śmiech. Później rozmowa jakoś zaczęła im się kleić. Miały tylko nadzieję, że uda im się wyciągnąć Valli z tego ciałka, które przecież wcale nie należało do niej, pomimo tego, że nawet barwy miało takie same. Martwiły się trochę.
Brnęły do przodu. W takich momentach rogate wadery cieszyły się ze swojej krzepkiej budowy, bo inaczej już dawno padłyby z wycieńczenia, jęcząc, jak to jest im strasznie ciężko. A tymczasem trzymały się całkiem nieźle i to raczej nogi jako pierwsze odmówią im posłuszeństwa, nie ze względu na niesiony ciężar, a jedynie na przebyty dystans. W dodatku, ze względu na wzięcie na siebie całego ładunku, posiadały immunitet w postaci wcześniejszej przerwy. Opłaca się, nie? No, znaczy, opłacałoby się, gdyby to nie było jedyne wyjście. Jakoś trzeba było te ptaszki nad morze donieść.
Ale jeszcze trochę wytrzymają. Chciały przejść jak najwięcej, zanim w końcu pozwolą sobie na przerwę. Przecież były silne!
Na pewno? Ja to już bym odpoczęła.
Lys nie chciała słyszeć o takim scenariuszu. Do zachodu słońca jeszcze trochę, a do morza jeszcze dalej. Nie chciała marnować dnia.
Nie czujesz, że nogi nas bolą?
Ani trochę. Wcale. Było świetnie. Mogłaby przejść drugie tyle, co dzisiaj. Dobra, może to lekka przesada…
No weeeź.
To powiedz to Vallieanie!
Oh. Racja, przecież od tego trzeba było zacząć, a nie pytać się Lys o zgodę. Zwłaszcza że ona nie przyznałaby się do słabości.
Nagle chód wilczyc stał się mniej pewny siebie, a nawet odrobinę wolniejszy.
– Valli? – Tin zabrała głos.
Odczekała parę sekund, aby usłyszeć krótkie "hmm?".
– Możemy zrobić przerwę?

<Vall?>
Słowa: 425 = 26 KŁ

czwartek, 31 marca 2022

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

Chaos, który musiała wadera ogarnąć w tym mało wilczym ciele był przeogromny i chociaż sama obecność Lys i Tin była bardzo pocieszająca, tak ich histeria już nie do końca. Bogowie, jak dużo one mówiły, a mała Vallieana nie miała nawet najmniejszej szansy żeby przebić się przez ten krzyk! Musiała więc odczekać chwilę, nim wadery wróciły do względnie ogarniętego stanu, oczekując odpowiedzi od towarzyszki w ciele drobnej samiczki.
Gronostaj wykorzystał to spojrzenie i machnął łapką na znak żeby ciemny pysk się zbliżył, a gdy tak się stało, obie kończyny przednie drobnego ssaka spoczęły na wielkim nosie. Cztery pary oczu zalśniły w skupieniu.
– Uspokój się, Tin. Damy sobie radę – rzuciła, na ślepo zakładając, że to właśnie ta wadera z pary zamieszkującej kozie ciało miała wyższy ton głosu. 
Vallieana ze spokojem pogłaskała wilczycę po kufie i korzystając z tej chwili ciszy, pozwoliła sobie na chwilę zastanowienia. Tylko chwilę, ponieważ pyszczek Lerdisek nie zamknął się na długo.
– Co teraz zrobimy? – zapytały cicho, a Valli... cóż, nie miała pojęcia co miały dalej zrobić. Rozważała opcje. Cała postawa Vernona wskazywała na to, że nie ma powodu do stresu, więc w tym wypadku powrót do domu byłby nonsensem i pewnie wiązałby się z zostaniem wyśmianym przez ducha, szczególnie biorąc pod uwagę, że  tym stanie Zerdinka tak czy inaczej nie byłaby w stanie opiekować się kamieniarkami. Lodowe oczki znów skierowały się na te złote, zezujące na gronostaja w przejęciu. Vallieana zdała sobie również sprawę, że przez cały czas uspokajająco gładziła wielki pysk, więc zaraz się wycofała.
– Pójdziemy nad to morze. Oddamy kamieniarki pod opiekę specjalisty, a potem zgłosimy straży, że po okolicy biega jakiś żartowniś zmieniający wilki w zwierzęta. Nie chcę nawet sobie wyobrażać co bym musiała robić, gdyby coś takiego przytrafiło mi się, gdybym była sama... Później będzie z górki. Pasuje wam ten plan? – samiczka zrobiła pauzę, dając Lys i Tin czas na przetrawienie tego wszystkiego. W końcu, mimo iż wypełnione niepewnością, skinęły głową, więc czarnula kontynuowała – Dacie radę wziąć ptaki, moją torbę i mięso? 
Lerdis spojrzały na rzeczy porzucone przez przemianę zerdińskiej wilczycy, po czym znów kiwnęły głową w zgodzie, pomrukując ciche "mhmm" dla potwierdzenia, dopasowując swój ton głosu do głośności gronostaja.
– To znaczy, że nie wiesz jak się naprawić? – pisnęły.
– Nie – odparła szczerze druga (trzecia) – ale jakoś da się na pewno.
Uśmiechnęła się pocieszająco.

I tak doszło do próby zapakowania wszystkiego na grzbiet Lys i Tin. O dziwo, poszło dużo sprawniej niż można by się spodziewać, a przynajmniej zielarka była pod wrażeniem. Z jednego boku krępego ciała tkwił kosz z kwiczącymi ptakami, z drugiego zaś zielarska torba, w której wylądował ząb Vernona, i jedna porcja mięsa, gdyż druga została schowana między gąszczem pobliskich krzaczorów. Gronostaj biegał dookoła, plątał się i wszędzie zaglądał, zaniepokojony, że waderom może być zbyt ciężko.
– Ale na pewno wszystko jest w porządku? Jeśli tylko odczujecie zmęczenie to od razu powiedzcie i zrobimy przerwę, dobrze? Nie chcę żeby cokolwiek wam się stało, ponieważ was w to wciągnęłam.
W odpowiedzi objuczona koza podskoczyła kilka razy, zrobiły kilka kroków w każdą stronę, a potem wypowiedziały pewnie:
– Jest dobrze, nie musisz się martwić!
Fakt faktem, wadery były trochę młodsze od Vallieany, a jednak ta odnosiła przeszywające wrażenie, że powinna się martwić. Zagrzebała jednak to poczucie w śniegu, tak jak wcześniej zrobiły to z niewygodnym królikiem.
– No dobrze, w takim razie... Według planu miałyśmy zjeść posiłek na wysokości trzech czwartych drogi, ale zrobimy przerwę trochę wcześniej ze względu na to drobne obsunięcie czasowe... i nie tylko – westchnęła – Sama też muszę przyznać, że nie wiem jak wiele zniesie to ciało, więc nie wątpię, że dotrzemy na miejsce z opóźnieniem. Nie martwcie się więc powiedzieć mi, jeśli będziecie potrzebowały przerwy.
– Będziemy wołać – oznajmiły wadery, przestępując z łapy na łapę – Ruszamy?
Zerdinka wykonała podobny ruch, jakby chcąc dodać sobie siły utracone przez cały ten shit, w którym się znalazły.
– Ruszamy. 

<Lys i Tin? Robimy tup tup~>
Słowa: 631 = 37 KŁ

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Lys i Tin CD. Vallieany

Wszystko szło tak ładnie i gładko, dlaczego nie mogło więc tak zostać? Najpierw, zanim zrozumieć, co się w ogóle stało, postanowiły znaleźć Vallieanę, którą zupełnie straciły z oczu. Desperacko.
– Vallieana! – pisnęły zmartwione.
Ich głowa kilka razy obróciła się we wszystkich możliwych kierunkach, na tyle, na ile zakres jej ruchu im na to pozwalał. Postawiły kilka kroków, praktycznie dreptając w kółko, właściwie tak szybko, że nie były się w stanie skupić na żadnym konkretnym szczególe. Zwolniły więc, biorąc głęboki wdech. Spojrzały jeszcze raz pod swoje futrzaste łapy. A potem dookoła, zahaczając wzrokiem o wszystkie drzewa, jakie rosły w pobliżu. Prawie się zaplątały we własne nogi, w ostatniej chwili z powrotem łapiąc równowagę.
To przecież nie mogło być aż takie trudne…
– Valli? No weź, schowałaś się gdzieś? – dobrze wiedziały, że to raczej nie był możliwy scenariusz – nie mogłaś tak nagle zniknąć! – jęknęły wręcz płaczliwie.
Tin zaczynała się stresować, co odczuwała też Lys. Rozbiegane oczy już nie wiedziały, gdzie spocząć. Oddech im przyspieszył, a kończyny zaczęły jakby drżeć. Albo im się wydawało? Już nic nie wiedziały. Jak to się mogło w ogóle stać?
I wtedy omal nie stanęło im serce. Gdy nagle na ich pyszczku wręcz po prostu zmaterializowała się niewielka łasiczka, bo nie zorientowały się nawet, kiedy ta wspinała się po ich ciele, z ich krtani wyrwał się zaskoczony krzyk. Zwierzątko wyglądało zupełnie tak, jakby ściągnąć skórę z Vallieany i naciągnąć tak, żeby pasowała na gronostaja. W dodatku nawet imię miała takie samo…
Zaraz…
– Vallieana?!
Myślały, że już wcześniej nic nie rozumiały, ale teraz było jeszcze gorzej. Starały się skupić na tym, co Valli-gronostaj próbowała im przekazać.
– Naszyjnik? – powtórzyły głucho, żeby lepiej to przetrawić – oh tak, tak, już! Gdzie on jest?
Pokiwały energicznie głową, zaraz jednak opamiętały się, widząc, że już-nie-wadera prawie przez to spadła. Złote tęczówki powędrowały torem wskazanym przez malutką łapkę. Zmrużyły powieki odrobinę, aż zauważyły w białym puchu niewielkie wgłębienie. Zaraz pokierowały prędko swoje kroki właśnie tam, trochę chaotycznie, ale pokierowały. Ich nos zanurkował w śniegu, a przy okazji Valli mogła swobodnie zeskoczyć z ich kufy. Ostrożnie chwyciły zagubiony naszyjnik w zęby, potem zakładając go na niewielką szyję. Był trochę za duży… No nic! Ważniejsze sprawy się działy. Przestąpiły nerwowo z łapy na łapę.
– O co chodzi? Jak to się stało? Dlaczego? Dlaczego gronostaj? Jak ci pomóc? Naprawić? – Tin wyrzuciła z pyszczka lawinę pytań.
Jakby liczyła, że Vallieana wie więcej od niej, jakkolwiek byłoby to możliwe.

<Vall?>
Słowa: 400 = 25 KŁ

wtorek, 30 listopada 2021

Od Vallieany, CD. Lys i Tin

Hm, tego się nie spodziewałem.

Vallieana otworzyła oczy i rozejrzała się. Jeszcze przed chwilą Vernon krzyczał “odsuń się!”, a teraz z taką łatwością przyznał, że coś było w stanie go zaskoczyć? Zresztą, ona sama też była zaskoczona. Wszystko było w porządku, szły razem z Lys oraz Tin w kierunku portu, a teraz widziała ciało wader od góry… Niepocieszona zielarka zbadała wzrokiem swoje drobne łapki: czarną i białą, zakończone malutkimi paluszkami z pazurkami.

Wzięła głęboki wdech, gdy nieduże serduszko zabiło mocniej.

- Ja… - pisnęła cienko, po czym znów zamilkła, nie rozpoznając własnego głosu.

Gronostaj, Vallieana. Jesteś gronostajem.

- Jak to gronostajem?!- zapłakała i obejrzała się za siebie, by przeanalizować resztę tego mikrociałka. Plecy, ogonek, długi brzuszek - wszystko należało do niej, jednak w łasicowatych kształtach. Znów spojrzała pod siebie z pośpiechem, jakby w obawie, że coś złego się stanie także z waderami które w zakłopotaniu szukały swojej dotychczasowej towarzyszki. Słyszała ich głos i poćwierkiwania zdziwionych ptaków.

- Niech to szlag - zaklęła do siebie, by w odpowiedzi usłyszeć rozbawiony pomruk ducha. Natychmiast się zjeżyła jak wściekła kotka - Z czego się śmiejesz?! Powiedz mi jak to odwrócić! Musisz wiedzieć, skoro się śmiejesz!

Ale dlaczego?

- Jak to "dlaczego", Vernon?! Co "dlaczego"? Muszę zejść z tego drzewa i wrócić do Kózek, żeby odnieść kamieniarki! I muszę znaleźć tego wesołka, który zmienił mnie w gronostaja..! Przestań się śmiać, to poważna sprawa! - krzyknęła, skacząc po drzewie w tę i z powrotem, jakby to ciało miało dużo więcej energii do przebierania nóżkami, niż jej własna wilcza forma - No mów!

Nie przejmuj się, szybko znajdziesz rozwiązanie, jest banalne.

- Możemy nie bawić się w zagadki, proszę? Skoro wiesz, to powiedz wprost.

Idź do tych dwóch, ja rozejrzę się za sprawcą tego zamieszania.

Przez chwilę milczała, nie wiedząc jak skomentować całą tę sytuację… To wszystko było tak nagłe, że nie była pewna czy powinna skrzyczeć ducha, że chce ją zostawić, czy pozwolić mu iść, bo przecież daleko nie ucieknie… chociaż…

Przerażona wytężyła wzrok i dostrzegła malutką dziurkę w czystym śniegu. Cholera, cholera, cholera! Jeśli ta rzecz zostanie w tym miejscu, to może jednak Vernonowi nie będzie tak łatwo do niej wrócić.

- Dobrze, idź - westchnęła, i nie czekając na odpowiedź zbliżyła się do konaru drzewa, by móc zastanowić się nad jakimś bezpiecznym zejściem. Gałęzie pod nią w pewnym momencie całkiem się urywały, więc musiała postawić na ryzyko zaginięcia w śniegu, jeśli nie chciała utknąć w tym miejscu na zawsze. Motywowała ją także myśl, że w tej postaci była dużo lżejsza, więc ryzyko jakichś uszkodzeń wielokrotnie malało - miała mniej niż 30 cm długości i giętki kręgosłup, to musiało się udać. Zeskoczyła więc na najniższą możliwą gałąź, by się z niej wybić i spaść prosto w otchłań lodowatych ciemności… ponieważ śnieg miał zdecydowanie więcej niż 30 cm wysokości i zaraz wchłonął ją bez kapryszenia. 

Doskonale słyszała zarówno głos wader, jak i ich kroki, więc możliwie najszybciej zaczęła przedzierać się przez mrok, budując sobie elegancki korytarz. Gdy w końcu dotarła do długiej, przedniej kończyny Lerdis, zaczęła się po niej wspinać niczym po gałęzi. Nim którakolwiek z sióstr zdążyła zareagować, Valli już była na ich grzbiecie, a stamtąd wskoczyła na głowę i na pysk wader. Usiadła na czarnym nosie, by ustawić się przodem do zezujących na nią oczu.

- To ja, Vallieana!- krzyknęła możliwie najgłośniej, a potem nie czekając na odpowiedź, wskazała drobną łapką na dziurę w śniegu, którą dostrzegła z drzewa - Proszę, podnieś dla mnie ten naszyjnik.


<Lysu i Tinu?>
Słowa: 557 = 33 KŁ

sobota, 30 października 2021

Od Lys i Tin, CD. Vallieany

– Nie, nigdy! Właściwie, to w Królestwie Północy pomieszkujemy dopiero od niedawna, więc większość terenów jest dla nas jeszcze dosyć obca. Byłyśmy tylko w kilku miejscach, tych, które akurat były nam potrzebne, albo po prostu po drodze. Wstyd przyznać, ale kilka razy byłyśmy nawet bliskie zgubienia się. Terytorium jest takie duże… Te wszystkie dystrykty to trochę za wiele na naszą głowę – zaśmiały się lekko, aby zbyć nadchodzące zakłopotanie – ale! Port brzmi jak ciekawe miejsce, może dobrze wiedzieć, gdzie się znajduje. 
Pokiwały szybko głową, jakby chciały potwierdzić swoje słowa. Jakby w ogóle wymagały potwierdzenia.
– Oh, tak? Jak dokładnie dawno temu się tutaj u nas zjawiłyście?
Zamyśliły się, ściągając wargi w cienką linię. Powinny pamiętać takie rzeczy.
– To jest trudne pytanie! Liczenie czasu na dłuższą metę nie jest naszą mocną stroną. Może… Chyba niecały księżyc temu. Jakoś tak.
Vallieana w ramach odpowiedzi mruknęła jedynie krótkie "mhm", na znak, że słyszała. Pomiędzy waderami zapadła chwila ciszy, więc Lys i Tin skupiły się na drodze i otoczeniu. Co im będzie z wyprawy nad port, jeśli nie zapamiętają nic z trasy? No tak, nie było tu za dużo do zapamiętania, bo praktycznie nic się nie zmieniło, od kiedy ostatni raz dokładniej rzuciły okiem na krajobraz. Z jednej strony powoli, leniwie sunęła rzeka. Delikatny szum jej nurtu był tak rześki, że rogate mogły przysiąc, iż słyszą, jaka jest ona zimna. Z drugiej strony natomiast, ciągnął się równie mroźny co sama rzeka widok, aż po horyzont przykryty… Śniegiem. Kto by się spodziewał.
Nagle uniosły wyżej głowę, w tym samym momencie, w którym wpadło do niej jedno pytanie.
– A co jeszcze ciekawego można robić u nas nad morzem? No wiesz, oprócz zanoszenia tych…
– Kamieniarek? – zielarka naprowadziła towarzyszki na właściwe słowo.
– Tak! No przecież mówimy – perlisty chichot znów wydobył się z ich pyska.
Może i nad morzem było tylko kilka oczywistych rzeczy do robienia, ale nie dla Lys i Tin. Zaczęły się zastanawiać, czy w ogóle kiedyś nad jakimkolwiek morzem były. Nie przypominały sobie. Mogłyby zapomnieć?
– Cóż…
Niespodziewanie, coś zupełnie innego skupiło na sobie całą uwagę rogatych wader. Zdawało im się, że usłyszały śmiech? Stłumiony i jakby schowany za ścianą. Zmarszczyły brwi w niezadowolonym i podejrzliwym grymasie. To nie miało żadnego sensu, bo przecież wokół nich nie było żadnej kryjówki! Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Rzut. Tak, trafne słowo. Patrząc na to, co stało się sekundę później.
Bolesny dźwięk rozbijanego szkła zakłuł je w uszy, aż się wzdrygnęły, a cieniutkie odłamki odbiły się od ich łap, opadając na połyskujący w słońcu śnieg, przez co te najmniejsze stały się już niemożliwe do znalezienia. Zatrzymały się w półkroku i odwróciły, chcąc sprawdzić, czy może coś im po prostu nie wypadło. Byłoby szkoda. Ale… 
Szkoda była znacznie gorsza, niż się spodziewały. 
Wzięły gwałtowny wdech i nie śmiały już wypuścić powietrza z płuc.
– Vallieana?


<No właśnie, Vallieana?>
Słowa: 460 = 28 łusek

czwartek, 24 czerwca 2021

Od Vallieany CD. Lys i Tin

 Lubię tę królewnę.

- Czekaj chwilę, ja jeszcze… O..oh! Ona zamordowała Stiara… Na samym końcu książki! Co takiego ci się w niej podoba?

Na pyszczek zielarki wpłynęło zmieszanie, kiedy oderwała wzrok od literek. Jej łapy poruszyły się niespokojnie, ostrożnie przytrzymując cienki tomik pomiędzy dwiema ostatnimi kartkami. Była oburzona. Zarówno książką, której pierwsza część kończyła się w takim momencie, jak i sobą- bo czułą potrzebę natychmiastowego przeczytania dalszych tomów, których jeszcze nie zdążyła kupić.

Pień drzewa ma więcej charyzmy i decyzyjności niż ona, a jednak z miłości była w stanie zamordować wilka, który poświęcił jej całe życie. Króla, a zarazem swojego ojca. 

- W tym rzecz- mruknęła w odpowiedzi- Wraz z Dearnotem przejęliby tron po jej ojcu gdyby tylko poczekali. Nie musieliby nikomu robić krzywdy, ani nikomu się narażać. Była lekkomyślna, szczególnie, że Dearnot wcale nie musiał jej długo przekonywać.

A może jej też to odpowiadało? Może wcale nie była taka głupia.

- Możliwe. Muszę kupić kolejną część żeby się dowiedzieć.

Głośne ziewnięcie przepłynęło między jednym, a drugim uchem wadery, na co potrząsnęła głową. Odłożyła książkę na bok i już wstawała by rozprostować nogi i dokończyć przygotowywanie się do podróży, gdy nagle… Czyżby to te dwie naprawdę wróciły?

- Dzień doooobry! Lys i Tin przyszły!

Vallieana cicho odetchnęła po czym podbiegła do wejścia na korytarz. Kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się wczoraj poznana kózka, na pyszczek niebieskookiej wpłynął uśmiech

- Dzień dobry, wejdźcie- rzuciła- Jak rany? Maści pomagają?

Wycofała się lekko w głąb jaskini, pozwalając Lys oraz Tin rozgościć się w głównym pomieszczeniu. Obie grzecznie usiadły na dywanie i rozejrzały się dookoła, jakby szukając na suficie odpowiedzi na zadane pytanie. 

- Myślimy, że pomagają… a przynajmniej nic już nie krwawi.

Valli krótko skinęła łebkiem, zadowolona z takiej odpowiedzi. Już chciała zacząć znosić do głównego pomieszczenia potrzebne torby, gdy głos dziewcząt ponownie rozbrzmiał w jaskini. Tym razem emanował dużo większym ożywieniem.

- I przyniosłyśmy zająca, tak jak mówiłaś!

- To świetnie. Ja wezmę jeszcze jednego ze spiżarni i starczy nam obu na cały dzień drogi. Na jutro będziemy mogły coś załatwić w porcie.

Tym razem to kózka skinęła, z uwagą słuchając słów drugiej wadery. Wyglądały na zaintrygowane, a Vallieana już zaczęła się domyślać jakie pytanie padnie jako następne.

- Na jutro? Jak długo idzie się nad to morze?

Trafiła w punkt. Te dwie naprawdę nigdy nie były w porcie? Zaskakujące, jednak nawet pomimo swojego początkowego zdziwienia, wadera usiadła i przyjęła ton cierpliwej nauczycielki.

- Słońce niedawno wzeszło, więc idąc wzdłuż rzeki na spokojnie dotrzemy tam przed zachodem- oznajmiła, przez chwilę odpływając wzrokiem na półkę z książkami- Noc spędzimy tam, a z samego rana wrócimy do domu. Przynajmniej taki jest plan.

- Idąc wzdłuż rzeki da się dotrzeć do morza?- tym razem to Lys i Tin były zaskoczone. Valli uśmiechnęła się i pokiwała twierdząco głową.

- Zależy w którą stronę pójdziesz, ale tak, większość rzek prowadzi do morza. Nam zależy na jednej konkretnej, która wskaże nam port, zresztą, zobaczycie same.


~*~


- No dobrze, rozdzielmy to.

Obie wadery (wszystkie trzy!) podświadomie zmierzyły wzrokiem bagaże, na które składały się kolejno: kosz z kamieniarkami przystosowany do noszenia na boku, wiszący worek z dwoma zapakowanymi zającami oraz torba zielarki, zaopatrzona w rzeczy z którymi Vallieana wolałaby się nie rozstawać. Spojrzały na torby, a potem siebie nawzajem. Nic więc dziwnego, że na pytanie Lys i Tin “co jest najcięższe?” Vallieana bez oporu wskazała na kosz z kamieniarkami. Oczywistym było, że w tej kwestii nie mogła się równać bardziej krępemu, silnemu ciału towarzyszek.

- Dacie radę z tym koszem? Ja wezmę mięso i swoją torbę.

- Damy- odparła dziarsko Lys, a może Tin (co jak co, ale Valli nadal nie miała pojęcia jak je rozróżniać). Obie więc sprawnie zamontowały do boku kózki koszyk z uskrzydlonymi stworkami w środku, po czym starsza z wader zgarnęła swoją torbę i oba zające.

W końcu wymaszerowały. W oba pyski od razu uderzył chłodny wiatr wraz z ciepłymi promieniami słońca. Vallieana w odpowiedzi na ten subiektywnie czuły gest od przyrody wdziała na pyszczek pogodny uśmiech. Cały świat jakby zachęcał do wędrówki, więc i nasze trio nie miało zamiaru się ociągać. Jako, że rogate były bardziej załadowane, to nawet jeśli ptaki nie były specjalnie ciężkie, niebieskooka pozwoliła im narzucić tempo biegu i otwarcie powiedziała, że nie muszą się śpieszyć. Miały masę czasu w nadmiarze i to również zadawalało zielarkę, ponieważ lubiła mieć czas. Mimowolnie uśmiechnęła się kątem pyszczka nieco szerzej, kiedy zerknęła na tuptającą lekko z przodu postać. Były dwie, więc miały dwie głowy do przemyśleń, a jednak nawet przez chwilę nie zawahały się przed rzuceniem się na pomoc obcej waderze, o której wiedziały tyle, że jest zielarką i miały u niej dług na kilka łusek. Nie wiedziały gdzie, kiedy, ani na jak długo, ale zadecydowały od razu, a nawet specjalnie upolowały zająca i wzięły na siebie główny ładunek. Jednak zerdinka musiała przyznać, że były naprawdę silne, szczególnie w porównaniu do niej samej. Przesunęła wzrokiem po ciele wader, a potem po masywnych rogach. Były imponujące jak na jej wiek- ponieważ Vallieana miała poczucie, że wspólne ciało Lys i Tin było młodsze niż ona o co najmniej dwa lata, a z takimi rogami przecież urodzić się nie mogła. 

Czemu się tak uśmiechasz, moja droga? Patrz pod nogi.

Mimowolnie zastrzygła uszami i już otwierała pysk żeby odpowiedzieć na pytanie, jednak na szczęście powstrzymała się w ostatnim momencie. “Na szczęście” z jednej strony, bo z drugiej strony szkoda, że nie powstrzymała się z własnej woli. Nim zdążyła zarejestrować pod łapami spory dołek, już było za późno i leciała na ryjek. Zamiast krzyczeć, wyciągnęła szybko przed siebie przednie kończyny i w ostatnim momencie wykonała dziwny ruch taneczny, odbijając się od ziemi. Zachwiała się potężnie przez dodatkowy ruchliwy towar spoczywający po jej obu bokach, ale ostatecznie nie zaliczyła gleby! Całkowicie wytrącona z rytmu wyprostowała się i z ironicznym śmiechem ducha w tle spojrzała na Lys i Tin. Chciała zbadać po reakcji ile te widziały, ale szybko się zorientowała, że widziały wszystko. Nerwowo się zaśmiała, co szybko przerodziło się w swobodny uśmiech.

- Zamyśliłam się, wybaczcie- odparła lekko, próbując ukryć zażenowanie swoim oderwaniem od rzeczywistości.

Cóż, każdemu się zdarza~

Ten drań był wyraźnie rozbawiony! W normalnych warunkach oczywiście zaczęłaby reagować na tę prowokację, w tym wypadku było to jednak niewskazane. Wzięła wdechy, jeden płytszy, kolejny głębszy, potrząsnęła głową. Może jeśli skupi się na rozmowie, będzie nieco ostrożniejsza. Lej wodę, Vallieano, może nie zanudzisz ich na śmierć, zacznij od czegoś prostego.

- Naprawdę nie byłyście nigdy w porcie?

Czasami milczenie jest złotem.



<Lys i Tin? Wybacz nienajlepsze jakościowo opko, ale później się rozwinę!>

 

słowa:1065 = 73 łuski


niedziela, 11 kwietnia 2021

Od Lys i Tin CD. Vallieany

Kiedy radosnym krokiem Tin przekroczyły próg wyjściowy jaskini i znowu znalazły się na zewnątrz, natychmiast poczuły, jak było okropnie zimno. Aż się zatrzęsły pod wpływem nieprzyjemnego dreszczu, a ich grube, ciemne futro nastroszyło się nieznacznie. Jednak to nie zdołało w żadnym stopniu ostudzić ich entuzjazmu i już po chwili, robiąc zdeterminowany grymas na pysku, pognały wesoło w stronę swojej ciasnej nory, jakby dostały porządnego zastrzyku pozytywnej energii. Śnieg sypał im w pysk, a silny wiatr huczał dźwięcznie w uszach, odbijając się od dwóch par rogów, ale już w tym momencie nawet niewtajemniczony mógł śmiało powiedzieć, że nic a nic tym dwóm nie dolega. Brykały jak rozszalałe szczenię, a jeszcze niedawno wyglądały na takie obolałe. Nic z tych rzeczy!
A jedno z tych śmiesznych pudełeczek niegrzecznie wysunęło się z plecionej torby i upadło w biały puch, nie wydając przy tym prawie żadnego dźwięku. Uciekinier!
– Coś ci wypadło.
I Lys zahamowała gwałtownie, zabierając siostrze władzę nad ich masywnymi nogami. Zawróciła już spokojnie, z tym zabawnym, króciutkim ogonem w górze. Czarny nos zanurkował w jeszcze miękkim, nieuklepanym i puszystym śniegu po to, aby ostre zęby mogły chwycić zbiegłe lekarstwo. Kichnęła od kilku śnieżynek, które postanowiły osiąść na ich pysku. I jednym ruchem schowała maść z powrotem do torby. A dalej pozwoliła już biec Tin, żeby mogła nacieszyć się tym, czym tam akurat się cieszyła.
W końcu stanęły przed swoim domkiem trochę później niż "w okamgnieniu", bo jednak Tin się trochę zmęczyła w połowie drogi. Ale! Dotarły, to się liczy. Śmiało, jakby z lekkim utęsknieniem i delikatną ulgą, albo nawet dumą, przeszły przez krótki, ciasny korytarzyk, aby dostać się do większego pomieszczenia. Niby schyliły głowę, ale jednak i tak zahaczyły czubkiem rogów o sklepienie przejścia. Z góry posypało się trochę ziemi, a Lys zaklęła siarczyście. Jeszcze trochę, a wyżłobią w tym miejscu dwie paskudne, głębokie rysy. Może przynajmniej wtedy, kiedy będą pasować idealnie do ich rogów, nie będą szurały nimi o sufit. 
Jedno pstryknięcie włącznika i cały pokój oblało miłe, w ciepłym odcieniu światło. Wadery usiadły ciężko na samym środku, jakby w przeświadczeniu, że jeszcze nie zrobiły wszystkiego, czego miały, i nie mogą jeszcze w pełni odpocząć. Tak więc wstrzymały oddech ulgi i zostawiły go na później. 
No tak! Jedzenie. Vallieana poprosiła je, aby zabrały na drogę coś do jedzenia. 
Więc zerwały się z miejsca, już podekscytowane na myśl o polowaniu. I nagle znów zatrzymały się w półkroku.
A może lepiej będzie, jak złapią coś dopiero rano, zaraz przed podróżą? Wszak jako myśliwe, nie powinno im to sprawić problemu, a świeże mięso zawsze jest lepsze od takiego przeleżałego. Jednak… Obiecały zjawić się u zielarki z samego rana, więc jak wcześnie musiałyby wstać, żeby zdążyć urządzić łowy? A czy też nie będą potrzebne im spore pokłady energii? Nie wiedziały, jak daleko jest to całe morze, nad które miały się wybrać, a lepiej, żeby nie jęczały w trakcie drogi, że nóżki bolą. Bo "kawałek drogi, a samej mogłoby być niebezpiecznie", na pewno nie oznaczało dosłownie jakiegoś krótkiego odcinka trasy. 
– Ah, skończ! Po prostu chodźmy coś złapać teraz i już, będzie z głowy. 
Oh, jakże zgrabnie ucięty temat i natychmiastowe podjęcie decyzji.
– Dobrze więc, ruszamy! – Lys zadarła wysoko głowę i to był jej błąd, bo o mało co nie zaryła rogami o sufit, kiedy chciała wyjść przez ten nieszczęsny korytarzyk. 
I znowu ten śnieg. Mróz, mróz, zima. Chociaż, czy im się zdawało, czy teraz padało trochę lżej? Tak odrobinę? Ale i tak, jak tu teraz znaleźć cokolwiek nadającego się do upolowania…? Głupie, zachciało im się świeżego mięsa. Musiały też przekalkulować to, że musiało to być coś na tyle dużego, że wystarczy aż dwóm (trzem…) waderom, a jednocześnie coś na tyle małego, żeby dało się to łatwo przetransportować. To takie skomplikowane!
Rozejrzały się, nawet nie zawieszając na zbyt długo wzroku na tych licznych, łysych drzewach, oblepionych z jednej strony śniegiem, jakby białym mchem. Wydawało im się, że nic nie znajdą podczas tej zawieruchy. A wystarczyło tylko zaciągnąć się mocno tym lodowatym powietrzem i pozwolić, aby do nozdrzy wpłynęły wszystkie biegnące tędy zapachy.

~*~

Złapały szybko jakiegoś ładnego, dużego zająca, mając nadzieję, że on wystarczy. Prawie zupełnie zapomniały też o tych maściach od Vallieany, już chcąc kłaść się spać. Która była na co…? Zajęło im trochę czasu na namysły, ale w końcu chyba odpowiednie lekarstwa zostały przez nie wtarte w odpowiednie miejsca. I wreszcie mogły odpocząć. Walnęły się plackiem na swoim legowisku i nagromadzone powietrze zeszło z ich płuc jak z rozwiązanego balonika. Tin już nawet nie miała siły na nadmierne ekscytowanie się nadchodzącą wyprawą. Szybko (no dobra, może nie tak szybko, bo jednak Tin się trochę wierciła) zapadły w głęboki, przyjemny sen. 
Ranek! Chyba nigdy tak bardzo nie cieszyły się z tego, że muszą już wstać. Od razu zerwały się na równe łapy, pełne pozytywnej energii i gotowe do drogi. I chociaż wstyd jej było przyznać, to nawet Lys całkiem się cieszyła na tę podróż. Pospiesznie i niezbyt starannie zgarnęły jeszcze tego upolowanego wczoraj zająca, który, przechowany w najchłodniejszym miejscu ich nory, zachował jeszcze swoją świeżość. O, i jeszcze to lekarstwo na opuszki! Gdyby nie Lys, znów by zapomniały. Ciekawe, ile to powinno się wchłaniać… Cóż, czekanie w głowie wader było zbyt nudne, więc nie minęło dużo czasu, a one już wyskoczyły na zewnątrz, aby pognać po lodowatym śniegu, w akompaniamencie mroźnego, choć nie tak silnego jak poprzedniego dnia, wiatru, prosto w stronę jaskini Vallieany. Szczęście chyba im sprzyjało, bo pogoda na ten dzień zapowiadała się nad wyraz dobrze. 
Pchane jakąś dobrą energią już niebawem znalazły się u celu. Zupełnie nie przejęły się tym, że się teraz zmęczyły, a miały tego nie robić. Jedynie stanęły na kilka chwil, aby odsapnąć trochę. Wejście do jaskini zielarki było zasłonięte śmiesznymi gęstymi pnączami i Lys i Tin nie wiedziały, co dalej miały zrobić. Tak po prostu wejść? Nie chciały już dłużej czekać i marnować czasu. Zanurzyły łeb w lejących się roślinach, o mało nie zaplątując w nie rogów. Dopiero by było! Przednie łapy stanęły w ciemnym korytarzu, a ich tył został… No, w tyle. Krótki ogon zamerdał radośnie.
– Dzień doooobry! Lys i Tin przyszły! – zawołały z szerokim uśmiechem.

<Vallieano?>

Słowa: 1006 = 70 łusek

środa, 27 stycznia 2021

Od Vallieany CD. Lys i Tin

Vallieana miała naprawdę duży problem ze zrozumieniem co się działo w jej jaskini. Wadera… wadery?.. przekrzykiwały się wzajemnie i nawet jeśli zielarka była pewna, że już widziała wiele w życiu, to czegoś takiego raczej by się nie spodziewała. Zmiany, zarówno w tonie głosu jak i postawie nieznajomej, następowały po sobie gwałtownie i lodowate oczy niemal wyłapywały kolejne efekty uboczne takiego stanu rzeczy.  Kiedy ona próbowała się skupić, Veron w tle miał wyraźną radochę.

Ale cyrk. Powiedz im, że za karę mają ci zbudować pomnik z szyszek.

Wadera ledwo powstrzymała się od gwałtownego prychnięcia śmiechem, a jej ucho zadrżało, zdradzając rozkojarzenie. 

Albo, że rzucisz na nie klątwę. 

Wadery raz wpatrywały się nią błagalnie, a potem odwracały wzrok na własne łapy. Głowa Vallieany w końcu lekko przechyliła się na bok.

- W porządku, przyda mi się pomoc przy ptakach. W grupie raźniej, prawda?- uśmiechnęła się ciepło, a speszenie na pyszczku wader zaraz przeistoczyło się w szok, zaś potem w radość… a może zadowolenie z siebie? 

- Tak? Naprawdę?- zapytały

- Myślę, że tak. Stąd nad morze jest kawałek drogi, a samej mogłoby być niebezpiecznie.

Żałuj, że nie możesz zobaczyć ich aury. To wygląda jakby przykleiły do siebie kolorowe fale, coś niesamowitego.

- Dobrze! To kiedy wyruszamy?

Ciało wader się podniosło i dziarsko przestąpiło z łapy na łapę, kiedy Vallieana się wyprostowała, a na jej mordce wciąż gościł lekki uśmiech.

- A kiedy mają panie czas?

- My możemy nawet teraz- odparły.

Zerdinka mimowolnie poczuła jakąś radość, że wadery były tak pozytywnie nastawione, a przynajmniej jedna z nich wyglądała na zdeterminowaną. Pomyślała, że może nie zostanie oszukana na tych trzydziestu łuskach. 

- A jutro? Od samego rana?

- Też może być. Mamy coś wziąć ze sobą?

- Może jakiś posiłek, żebyśmy nie musiały tracić czasu na polowanie- spojrzenie Vallieany prześlizgnęło się najpierw po sylwetce wilczycy, a potem zerknęła na rozkrzyczane ptaki- Tak, chyba tylko to. Resztą ja się zajmę.

- Okej- rogata głowa pokiwała twierdząco na znak że zrozumiała i podążyła spojrzeniem za tym valieanowym.

Nastała chwila ciszy, po której starsza znów podniosła wzrok.

- Jeszcze jedno, jak się do pań zwracać?- spytała, zdawszy sobie sprawę, że wcześniej wyłapała tylko jedno krótkie “Tin” podczas wewnętrznej dyskusji, podczas kiedy bogowie wiedzieli ile dusz siedziało w tym jednym ciele.

- Oh, jestem Lys, a moja siostra to Tin- odparła szybko- A do pani?

- Vallieana- tym razem to zielarka skinęła głową, zadowolona że są tylko dwie- No dobrze, w takim razie proszę jutro przyjść i wyruszymy nad morze... W końcu będę mogła spać bez ich pisków- uśmiechnęła się.

Pyszczek wader zdradzał lekkie zdziwienie, ale za chwilę odwzajemniły uśmiech.

- Nie zawiedziemy cię- oznajmiły i zaczęły się kierować do wyjścia z jaskini, zatrzymane jednak na chwilę przez zielarkę.

- Jeszcze lekarstwa- powiedziała szybko i wepchnęła nowo poznanym towarzyszkom ich pakunek. Lys i Tin wesoło skinęły głową i jeszcze raz powiedziały “Nie zawiedziemy cię!”, po czym wytuptały z jaskini, pozostawiając za sobą jedynie przeciąg.

Niebieskooka odetchnęła w przestrzeń i usiadła przodem do stadka kamieniarek, wpatrując się bez celu jak ptaki biegają z kosza do kosza.

- Myślałam najpierw żeby zaprosić Aarveda, ale może to lepiej że przybyły Lys oraz Tin- wyznała- Aarved pewnie jest zajęty.

Znów zapadła cisza, ale tylko na chwilę.

Mi to odpowiada. Te dwie są zabawniejsze.

Leniwy pomruk rozniósł się po przestrzeni. Valli mimowolnie uniosła jeden kącik pyszczka w lekkim uśmiechu, aby zaraz zabrać się za przygotowania do wyprawy.

- Wiadomo, bo ty to taki rozrywkowy jesteś.


<Lys i Tin?>



Słowa: 556 = 32 KŁ

niedziela, 17 stycznia 2021

Od Lys i Tin CD. Vallieany

Trzydzieści łusek… Łusek…? Że pieniędzy? 
Wadery wciągnęły gwałtownie duży haust powietrza, o mało się nim nie zachłystując. Złote tęczówki zwęziły się, a pysk wykrzywił w nerwowym grymasie. 
Ale jak to aż trzydzieści?
– My… My chyba nie mamy tyle – spuściły wzrok na swoje masywne łapy, które w tamtym momencie wydawały się niezwykle ciekawe.
Ba, w ogóle nic nie miały. Cofnęły niewielkie uszy z zażenowania, przyciskając je do grafitowych rogów. Obydwie, a właściwie trzy wadery trwały tak w niezręcznej ciszy kilka dobrych sekund, a powietrze wokół zdawało się Lys i Tin tak ciężkie, że możnaby je pociąć pazurem na kawałki. Cisza skończyła się, kiedy do głosu dorwała się Tin.
– Aah, strasznie przepraszamy! Niepotrzebnie zawracałyśmy ci głowę, powinnyśmy wiedzieć, że za takie rzeczy się płaci, to oczywiste! Zmarnowałyśmy tylko twój czas i środki – jęknęła szczerze skruszona, spoglądając błagalnie w zdziwione i lekko zmieszane oczy zielarki.
Nagle ciało wader zachwiało się, zupełnie jak listek na mocnym wietrze. Problem w tym, że wiatru nie było. Musiały aż ustać w rozkroku, aby się nie przewrócić. 
– ZAMKNIJ SIĘ TIN – warknęła, tym razem, Lys.
Głowa szarpnęła się, jak dziki zwierz próbujący wydostać się z uwięzów. 
– Może po prostu znajdzie się inny sposób na zapłatę? – dla odmiany tym razem już spokojny ton wydostał się z ich wspólnego pyska. 
– Pomożemy z ptaszkami! – wyrwała się znowu Tin.
Wadery aż usiadły, żeby już dłużej się nie chwiać. Zupełnie ignorowały narastający ból i zawroty głowy. I te mroczki, które co chwilę pojawiały się przed ich oczami. A to ci nowość.
– Tin mówiłam ci że masz być cich-- Chociaż… To może być niegłupi pomysł, wiesz? 
Gdyby Tin mogła, uśmiechnęłaby się wtedy triumfalnie. Jednak jedno ciało nie było w stanie robić dwóch rzeczy na raz. 
W końcu nadszedł czas na poświęcenie chociaż części uwagi tej biednej zielarce, która musiała to wszystko obserwować. Złote oczy wbiły się w jej sylwetkę, czekając na jakąkolwiek reakcję. Nie uciekła jeszcze? Ah, tak, przecież były u niej w domu, nie miała więc jak uciec. W takim razie to dziewczyny powinny czuć się teraz zagrożone. Co ona sobie o nich pomyśli! Pewnie ma je za jakąś zwykłą idiotkę, której się klepki we łbie poprzestawiały. Mogły się przypilnować i dużo lepiej zaprezentować, a nie skazać na bycie postrzeganym jako dziwadło. Pewnie na nie nakrzyczy, albo zrobi coś gorszego! Bały się, że zabierze im te maści i wyrzuci je za drzwi, karząc już nigdy nie pokazywać się na oczy. Albo może też je wyśmiać. Że są głupie i niepotrzebnie tu przychodziły. To by było chyba nawet gorsze niż jej złość! Z nerwów zaczęły skrobać pazurami podłogę, i też już patrzeć na nią nie mogły, obawiały się. Znowu zaczęły wgapiać się w swoje łapy, jakby miały tym wzrokiem wywiercić w nich dziurę. Ale wtedy nie mogłyby uciec od odpowiedzialności! Przełknęły powstałą w gardle gulę, w wyczekiwaniu na ostateczny werdykt. Noż szybciej bo zaraz obie tu ze stresu zwariują! 
Wcale nie obie. Tin, przestań panikować.


<Vallieana?>

Słowa: 480 = 29 KŁ

niedziela, 10 stycznia 2021

Od Vallieany CD. Lys i Tin

Ślęczenie przed własną jaskinią i drapanie kamieni nie było idealnym planem na spędzenie dnia, jednak co biedna Vallieana mogła zrobić? Zdarła pazurami kolejną szarą skorupkę, przypominającą narośl na skale, wskutek czego nagle spod oderwanej powłoki wysunęły się długie, ruchliwe nóżki. Obudzone stworzenie szybko trafiło do kosza zielarki, gdzie już parę jego pobratymców tuptało po dnie, zaś ona poszła dalej.

Jesteś durna. Mogłaś je pozabijać i zjeść, zamiast pieprzyć się z zabawą w niańkę.

I mimo pierwotnej determinacji, wadera była coraz bardziej skłonna do poddania się woli ducha. Przecież miała swoją pracę, która pozwalała jej żyć, więc nie potrzebowała kolejnego zajmowacza czasu w postaci stada ruchliwych ptaków… jednak nie przestała zgarniać skorupiaków ze skał. Oblała ją kolejna fala determinacji. Postanowiła się nie zniechęcać nawet pomimo monotonności zajęcia.

Co za uparte stworzenie…- pojawiło się przy jej uchu, jednak następne zdanie usłyszała już jakby z oddali- Oho, dwie kozy na horyzoncie. Masz dar do przyciągania dziwaków, moja miła.

“Miła” odłożyła kosz ze skorupiakami i zaraz obejrzała się za siebie, szukając podmiotu zainteresowania Vernona. Postanowiła nie komentować jego dziwnie dobrego humoru, w końcu nastrój jej przyjaciela był zmienny jak pogoda na morzu.

– Dzień dobry!

O dziwo, przed zielarką nie stanęły dwie kozy, a jedna wadera. Cały jej wygląd był dosyć interesujący, zaczynając od intensywnie pachnącej krwi na ciele, przez charakterystyczne dla przeżuwaczy umaszczenie i rogi, aż po czarne oczy eksponujące złote tęczówki. Dodając do całości słowa “dwie kozy”, czarna wadera uniosła lekko brwi w zainteresowaniu, obracając się do nowo przybyłej przodem.

- Potrzebujemy pomocy z tymi zadrapaniami, nie wiedzieć czemu nie chcą przestać krwawić… i może przy okazji znajdzie się coś na spękane poduszki?

Z jakiegoś powodu Vallieana wyobraziła sobie w miejscu zwykłych łap u samicy...a może samic? raciczki, kiedy jednak rzuciła na nie okiem, jasne było że tym razem nie znajdzie nic niesamowitego. Lekko się uśmiechnęła i podeszła parę kroków, zeskakując ze skalnych półek.

- Oczywiście, mogłabym zerknąć na rany?

Kózka energicznie pokiwała głową i ustawiła się bokiem do zielarki, dając jej szerokie pole podglądowe. Co prawda najwięcej krwi ściekało po głowie nieznajomej, jakby właśnie przetoczyła wymagającą bitwę, jednak wydawało się to nie przeszkadzać nowej klientce. Czyżby wadera była jakimś ogrodnikiem, który zapomniał jak się wykonuje swoją pracę? Zerdin delikatnie oglądała kolejne drobne cięcia, coraz bardziej upewniając się w swojej hipotezie.

- Czy może mi pani opowiedzieć, jak to się stało?

- Tak, tak! Otóż walczyłyśmy z krzakiem- przyznała dumnie- I wygrałam.

Niebieskie oczy zerknęły w te złote z milczącym zainteresowaniem. Chyba nie spotkała się jeszcze z takim sposobem na mówienie o sobie, ale przynajmniej była już pewna, że uprzednio się nie przesłyszała. Mimo wszystko postanowiła o to nie pytać, w końcu nie po to klientka przyszła. Szybko powróciła więc do głównego wątku 

- To był taki szary, kolczasty krzak z wijącymi się gałęziami?

- Był raczej brązowy, ale tak- nieznajoma skinęła głową

- Jego kolce zawierają substancje zapobiegające krzepnięciu krwi przez jakiś czas. Nie jest to niebezpieczne dla zdrowia, ale przeszkadza. 

Wadera słuchała z zainteresowaniem, gdy zielarka w końcu się odsunęła

-Zapraszam do środka, zaraz coś na to zaradzimy.

Chwyciła w zęby koszyk z drobnymi skorupiakami i weszła przez roślinną kurtynę do mieszkania jako pierwsza. Tak znajomy zapach ziół nie poruszył Vallieany, jednak towarzyszka parę razy kichnęła po wejściu w ciemności mieszkania zielarki. Gospodyni umiejscowiła koszyk pod ścianą porośniętą fluorescencyjnymi grzybami po czym wymamrotała krótkie "proszę tu poczekać" i po kamiennych schodkach zeskoczyła na najniższe piętro swojego mieszkania, czemu towarzyszył nagły pisk. W akompaniamencie dziwnych, cichych skrzeków wybierała najważniejsze medykamenty i zaraz wróciła na górę, spotykając się z klientką, która stała w pozycji gotowej na potyczkę, parę razy nawet drapnęła pazurami dywan z jeleniej skóry. 

- Co tak krzyczy? 

Zielarka odstawiła leki na niewielki stolik i zaczęła je dawkować.

- Wodne kamieniarki- odparła, jednak pytające spojrzenie Lerdis dało jej jasno do zrozumienia, że oczekuje większej ilości wyjaśnień. Vallieana nie musiała na nią patrzeć, żeby czuć na sobie ten wzrok- Takie wędrowne ptaki. Podróżowały teraz nad morze, ale w nocy złapała je burza więc trochę spanikowały przy tych kamieniach. Zazwyczaj dobrze się wspinają, co wynagradza im brak zdolności latania, jednak nie kiedy są w panice. Większość z nich jest wyziębionych i osłabionych, ale najgorzej oberwała przewodniczka stada, dlatego wzięłam je do siebie dopóki nie odniosę ich do znajomego ornitologa nad morzem... i teraz tak krzyczą jak coś się rusza.

- Oh, możemy zobaczyć?

W czarno złotych oczach zalśnił zachwyt

- Najpierw leki, dobrze?

Wadera zmarszczyła nos, ale ostatecznie się zgodziła i pozwoliła zielarce nałożyć maść na krwawiące miejsca, potem wetrzeć kolejną papkę z ziół w łapy i nawet zjadła porcję witaminową na uzupełnienie braków. Gdy w końcu zerdinka poprosiła aby nowa wadera chwilę została i poczekała aż leki się wchłoną, sama zeszła na niższą partię mieszkania, a wróciła z kolejnym koszyczkiem- tym razem pełnym piszczących, małych kuleczek pstrokatego puchu. Gdy tylko niebieskooka położyła koszyk pod ścianą, koło dwudziestu kamieniarek szybko wyskoczyło na stały grunt, zaś z niego przeskoczyły do kosza ze skorupiakami. Zachwycone ptaki zaczęły dłubać w skorupkach z takim przejęciem, że nawet im nie przeszkadzało to, że były mniejsze od swojego posiłku. W poprzednim koszu zostały wyłącznie osobniki osłabione i te które zapewniały im ciepło, zagrzebane wygodnie w grubym futrze.

- Ich społeczności są bardzo ciekawe. Opiekują się sobą nawzajem, a za przywódczynią pójdą wszędzie, dlatego tak łatwo było je tu przyprowadzić- opowiedziała zerdinka, siadając obok klientki, wpatrzonej w żyjątka. 

Vallieana również skupiła wzrok na kulkach w piaskowych kolorach, które pomimo półmroku jaskini wytrwale biegały z kosza do kosza i walczyły z większymi skorupiakami. Po chwili milczenia wadera znów się podniosła i przeciągnęła kończyny, zwracając na siebie uwagę obcej wadery.

- Myślę, że maści powinny się już wchłonąć. Tę wetrzeć jeszcze dzisiaj wieczorem po najgłębszych ranach- niebieskooka uniosła drewniane pudełko i wsadziła je do splecionej torby- A tę na opuszki stosować po obudzeniu i przed snem przez następne dni. Jeśli maść się skończy, a jeszcze będzie potrzebna to proszę przyjść, dam nową porcję- i kolejne pudełko wylądowało w torbie- Za całość będzie trzydzieści łusek.

Podniosła wzrok na towarzyszkę i nagle ukuło ją wrażenie, że coś jest nie tak.

Chyba zbyt szybko wasze drogi się nie rozejdą.


<Lys, Tin?>


Słowa: 1001 = 70 KŁ

Layout by Netka Sidereum Graphics