Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashaya i Vallieana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashaya i Vallieana. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2021

Od Vallieany CD. Ashayi

 - Cholera…- szepnęła, dobiegając do mdlejącej wilczycy- cholera, cholera, cholera…

Ashaya padła jak długa, na co wyziębiona zielarka mogła jedynie zacząć skakać dookoła niej i szturchać większe ciało nosem w nadziei, że mag zaraz powstanie- powstanie i powie, że tylko żartowała, albo że chciała zobaczyć reakcję starszej wilczycy. 

Ta to ma tupet. Przyszła na takie wypizdowie i sobie zemdlała pod naszymi łapami.

- Na bogów Vernon…- stęknęła zerdinka, potrząsając łebkiem. Podskoczyła kilka razy i rozejrzała się dookoła, szukając jakiegoś ratunku. Z jednej strony była ledwie osłonięta od wiatru przez górkę śniegu, opartą na przewalonym korzeniu. Od następnych stron szalał wicher. Z góry nadchodziła nieunikniona śnieżyca, a pod sobą miała nieprzytomną waderę.

No dobra, zemdlała pod twoimi łapami, a nie naszymi. Ja nie mam fizycznych kończyn. 

- Uspokój się- burknęła.

Kładąc uszy i mrużąc oczy wychyliła się zza korzenia, który mógł zapewnić im prowizoryczne schronienie przed wiatrem jeszcze na maksymalnie parę minut, zresztą, już teraz nie spełniał się w tej roli najlepiej. Płatki wpadające do każdego otworu na jej głowie były nieznośne, podobnie jak te, które układały się na jej grzbiecie jako gruba pokrywa. Vallieana wiedziała, że musi jakoś przemieścić Ashayę w bezpieczne miejsce, a śmieszki Vernona w niczym jej nie pomagały. Nie oznaczało to jednak, że obrażanie się jej w czymkolwiek pomoże.

- Proszę, znajdź jakąś jaskinię w pobliżu, albo cokolwiek, gdzie będziemy mogły się ukryć przed burzą- wymamrotała więc.

Nie usłyszawszy odpowiedzi przez następne chwile, wadera zrzuciła z siebie swoją torbę, zaś ciało Ashayi okryła swoim własnym jelenim futrem i wyskoczyła zza ściany śniegu. Kąsające zimno mierzwiło jej sierść, odcinało zmysły. Nie widziała nic, nic nie słyszała, a czuła tylko ból w łapach, zapadających się pod lodową pokrywą śniegu. Potrzebowała się teraz tylko szybko dostać między drzewa, i się dostała. Niewysłowiona ulga spłynęła na jej głowę, kiedy wgrzebała się do skąpego lasku, z którego uprzednio wyszła na lodowe pustkowie. Wtedy jeszcze była w stanie poruszać się na śniegu, zamiast się w nim wlec. Niemal powstrzymując się od oddychania, przemieszczała się szybko i ciężko, badając wzrokiem kolejno drzewa i łyse krzaki. Przez myśl jej przeszło, że przecież mogłaby jakimś sposobem zarzucić Ashayę na taki większy, uschnięty krzak i zaciągnąć ją w bezpieczne miejsce, a z drugiej strony, czy miałaby na tyle siły? Ewentualnie przydatne mogłoby też być jakieś zwierzę, jednak skąd wziąć jakieś większe stworzenie w takim miejscu?

Nagle usłyszała trzask, stłumiony przez wycie wiatru. Błyskawicznie obejrzała się za siebie, rejestrując jak wielki płat kory odrywa się ze starego drzewa. Niby na skutek kolejnych podmuchów, łupina bujała się w przód i w tył, aby ostatecznie zostać zerwaną z charakterystycznym jękiem i wbiła się w miękkie podłoże.

Vallieana wydobyła z siebie ciche westchnięcie, bez problemu podłapując tok rozumowania nadwilczej istoty.

Parę metrów od tego miejsca znalazłem norę, poprowadzę cię.

- Dziękuję- wymamrotała i w doskokach dopadła do kawałka drewna. 

Przednimi łapami zielarka wgramoliła się na korę ślizgającą się po powierzchni śniegu, zaś tylnymi mogła się odpychać od gruntu, by powrócić do uśpionego maga. Mimo upływu zaledwie paru minut, pogoda wyraźnie się pogorszyła, zasnuwając niebo peleryną z czarnych, niesamowicie ciężkich obłoków, które rozeźlone ciskały w waderę ogromem śnieżynek. Ta mogła co najwyżej zamykać oczy, pochylać głowę i modlić się do bogów, żeby Ashayi nic się nie stało. Trasa powrotna zajęła jej następne minuty, zaś wtarganie ciężkiego ciała młodszej wilczycy, która zaczęła bezskładnie majaczyć pod wpływem ciągania i ugryzień Vallieany, było stratą jeszcze większej ilości chwil. W końcu jednak zerdinka dała radę. Całkowicie zmordowana okryła ciało towarzyszki jelenią skórą, całkiem pokrytą śniegiem i poprawiła na waderze jej czerwony płaszcz. Nie zapominając o swojej torbie, którą także rzuciła na górę, zaczęła poruszać płatem oderwanej kory, odpychając się łapami od ziemi. Może gdyby nie była taka styrana i nie miałaby wszędzie śniegu, to zaczęłaby się zachwycać faktem, że to naprawdę działa.

Po niedługim czasie zaczęła słyszeć znajomy głos, którego żadna wichura nie byłałby w stanie zagłuszyć. Głos, za którym Vallieana mogłaby pójść wszędzie, i który doprowadził ją do bezpiecznej dziury w podłożu, osłoniętej masą gałęzi i krzaków. Całość wyglądała jak duża kupka badyli, która była zbyt starannie ułożona, aby być zwykłą kupką  badyli- nie mniej jednak było to solidne i miało wejście, przez które zielarka mogła wciągnąć młodszą wilczycę, a za podłoże służył prawdziwy suchy piasek. 

Cała komnata nie była duża, jednak odizolowana od zewnętrznej zmarzliny, a i mała ilość przestrzeni dawała się szybciej nagrzać. Kiedy mniejsza wilczyca otrzepała towarzyszkę ze śniegu, a potem zrobiła to samo z futrem jelenia i czerwonym płaszczem, szczelnie owinęła nimi czarno białe ciało, nieraz włażąc i udeptując waderę ze względu na brak miejsca. Ostatecznie ciężko odetchnęła i położyła się bokiem przy boku Ashayi, monitorując całym ciałem jej funkcje życiowe.

- Myślisz, że powinnam jej udzielić trochę krwi?- wyszeptała w ciemność- Nie rozpalę ognia, a nie wiem jak mogę jej pomóc…

Moment ciszy.

Na tę chwilę przystopuj i obserwuj. Jak będzie bardzo źle, to pozwolę ci się wykrwawić, teraz potrzebujesz swojej mocy.

Samica potrząsnęła głową z westchnieniem, próbując opanować przemęczone ciało.

- Nie chcę żeby stała jej się krzywda.

Nie stanie. Takie jak ona nie są łatwe do zgładzenia.


<Ashayo? Będziemy się tak przepraszać na zmianę za słabe opka ^^”>



Słowa: 832 = 46 KŁ

piątek, 23 października 2020

Od Ashayi CD. Vallieany

Stanowisko Maga nie pozwalało osiąść w jednym miejscu na dłużej, szczególnie, jeśli dopiero zaczynało się swoją przygodę na tym stanowisku. Wszystkie zlecenia wymagające podróżowania zwykle były składane na barki młodych wilków. Czy ze względu na chęć dania im możliwości zwiedzenia świata, czy raczej było to kwestią niechęci do zbytniego męczenia starych łap doświadczonych wilków... A może z obydwóch tych powodów. W każdym razie - nie mnie to oceniać, a fakty pozostają faktami.
W tym tygodniu było to już trzecie zlecenie, które otrzymałam, a które wymagało ode mnie udania się na tereny Królestwa znacznie oddalone od miejsca, które wybrałam na swój dom. Nie, żebym miała coś przeciwko podróżowaniu... Ale trzy czaso- i energochłonne wędrówki w przeciągu zaledwie siedmiu dni to dość dużo, a ja nie miałam za bardzo możliwości, by odmówić. Ostatnie silne mrozy rozłożyły na łopatki większą część szeregów magów, z resztą nie tylko tę grupę zawodową dopadły choroby, także wilki na innych stanowiskach, a także te ich nieposiadające, nie miały się najlepiej. W większości nie były to może groźne schorzenia, ale wystarczające do tego, by sparaliżować gospodarkę Królestwa niedoborem pracowników... Tak czy inaczej, na tę chwilę radzono sobie z tym poprzez zlecanie większej ilości pracy pojedynczym wilkom, nie bardzo zastanawiając się nad tym, czy ich moc przerobowa jest w stanie to udźwignąć. Ja osobiście miałam z tym problem, wiedziałam, że nie jestem jedyną, na którą w ostatnim czasie spływa więcej zadań do wykonania, niż jest w stanie zrealizować. Wyższe wynagrodzenie niekoniecznie pomagało, materialna motywacja nie zawsze była wszystkim, czego potrzeba, by ktoś coś zrobił.
Niemniej, skoro nikt inny, może mieszkający bliżej, nie mógł udać się pod wulkan Razjela w celu zbadania przyczyny jakiegoś magicznego zatrucia wody, cóż mi pozostało? Nie bardzo mogłam odmówić.
Dlatego też ponownie spakowałam dopiero co rozpakowane sakwy podróżne, wysłałam kruka z wiadomością do Spero, żeby wiedziała, gdzie jestem i dlaczego nie będę mogła wpaść na jutrzejszy obiad z Lysandrem, po czym wyruszyłam w drogę. Wielogodzinną, trudną i zimną... Do tego, gdy byłam już blisko celu, niebo przykryły ciemne chmury.
Zbliżała się burza.
W normalnych okolicznościach pewnie od razu poszukałabym jakiejś kryjówki, żeby przeczekać. Tym razem coś mnie tchnęło, żeby z tym poczekać, aż naprawdę nie będę w stanie już dalej iść przez padający śnieg i wiatr, który na tym terenie potrafił być naprawdę uciążliwy. Pomysł może nierozważny, ale czułam jakąś lekko irracjonalną presję czasu. Chciałam jak najszybciej skończyć to zlecenie i wrócić w końcu do domu. Odpocząć. Do tego czułam, że coś mnie zaczyna brać, jakieś choróbsko... Chyba trzeba będzie po powrocie rzucić to wszystko w cholerę i iść na przynajmniej tydzień zwolnienia chorobowego.
Spacer w burzy mojego samopoczucia zdecydowanie nie poprawił. Czerwony płaszcz, nieodłączny towarzysz podróży, był szarpany przez wiatr, próbujący zerwać go ze mnie swoją nieposkromioną siłą. Użyłam magii, by okryć się nim szczelniej i choć w minimalnym stopniu zapobiec dostawaniu się pod niego zimnego powietrza. Trochę pomogło. Tylko trochę.
Po niecałej godzinie walki ze zjawiskiem pogodowym byłam zmuszona się poddać. Ciemna sierść na nieosłoniętych płaszczem fragmentach ciała była posklejana topniejącym, a następnie ponownie zamarzającym śniegiem. Taka jej faktura w żaden sposób nie pomagała zatrzymać ciepła, wręcz przeciwnie, bardzo szybko uciekało ono z mojego ciała, doprowadzając do wychłodzenia organizmu. Cała trzęsłam się z zimna, sypiący śnieg powoli uniemożliwiał mi normalne widzenie, zaklejał powieki...
Już miałam się poddać, po prostu położyć się tam, gdzie akurat stałam, czyli w sumie pośrodku jakiejś pustej przestrzeni, której jedynym urozmaiceniem były powstałe gdzieniegdzie śnieżne zaspy. Było mi tak przeraźliwie zimno, chciało mi się spać... Ale wtedy, bardziej poczułam, niż zobaczyłam, znajomą obecność. Przystanęłam na moment, chciałam wciągnąć powietrze w nozdrza, ale szybko poczułam, że... w sumie nic nie poczułam. Odruchowo skuliłam uszy. Nie podobało mi się to. Miałam przytłumione wszystkie zmysły, zmysły, na których zawsze się opierałam, których wyczulenie było tak charakterystyczne dla mojej rasy... Tylko magia buzowała we mnie z niezmienioną siłą, wyczuwając każdą, najmniejszą nawet zmianę na poziomie astralnym mojego otoczenia.
A zmiana, jaką powodował ten konkretny duch, do najmniejszych czy w jakikolwiek sposób dyskretnych i możliwych do przeoczenia, nie należała.
Spróbowałam mocniej uchylić zaklejone śniegiem powieki, niestety, na próbach się skończyło. Nie mogłam za wiele zobaczyć. Próbowałam przetrzeć oczy łapą, ale i to na niewiele się zdało. Pierdolona pogoda. Powód zmian, które wyczułam, znajdował się w sporej odległości ode mnie, jednak magia była na tyle precyzyjnym dla mnie zmysłem, że określenie tożsamości denata nie stanowiło dla mnie większego problemu. To był ten duch, przywiązany do Zerdinki, którą spotkałam w czasie Święta Jedności. Zatem... jeśli on tu był, znaczyłoby, że i wadera jest gdzieś w pobliżu. Co z kolei mogło być dla mnie wybawieniem z dość... nieciekawej sytuacji.
Odkaszlnęłam gwałtownie, próbując pozbyć się wrażenia duszenia. Pociągnęłam nosem. Ponownie kaszlnęłam. Spróbowałam raz jeszcze rozkleić pozlepiane powieki, otrzepałam się, starając się pozbyć zbrylonego śniegu z sierści na całym ciele. Niewiele mi to pomogło, prawdę mówiąc, ale już się tym za bardzo nie przejmowałam. Ruszyłam, na tyle pewnym, na ile byłam w stanie, krokiem w kierunku, w którym, jak przypuszczałam, znajdowała się ta intrygująca dwójka. Tak z czystej ciekawości, może trochę chęci znalezienia towarzystwa, chociaż na czas, jaki trzeba będzie jednak poświęcić na przeczekanie burzy śnieżnej. Podróż w taką pogodę to było chyba najgorsze, na co mogłam wpaść. Już plułam sobie za to w brodę.
Dotarłam w końcu do nich... Jakoś. W sumie chyba bardziej trafnym określeniem byłoby przyczołgałam się. Ale okej, nie ważne. W każdym razie - znalazłam się tuż koło nich, w jakimś osłoniętym od wiatru miejscu... Chciałam się jakoś przywitać, coś powiedzieć... Ale jedyne, na co starczyło mi sił, to otworzenie pyska.
I niemal natychmiastowe po tym zwalenie się na śnieg bez przytomności.

<Vallieano? Wybacz, za tak długi czas oczekiwania i nędzną jakoś ;-; >


Słowa: 925 = 51 KŁ

niedziela, 7 czerwca 2020

Od Vallieany CD. Ashayi

Wadery porozmawiały jeszcze kilka chwil, zanim do Ashayi nie podbiegła jakaś inna wilczyca, absorbując całą uwagę młodszej. Ostatecznie Vallieana nie zrozumiała o co chodzi i nawet nie próbowała się wtrącać w sprawy między nimi, więc postanowiła szybko się eksmitować, by nie robić sztucznego tłumu. Po krótkim pożegnaniu z magiem odeszła w swoją stronę, wpadając w zamyślenie. Mimo iż była niemal pewna, że już nigdy więcej nie spotka intrygującej samicy o dwukolorowych oczach, poczuła swego rodzaju fascynację jej osobą. Widziała duchy, ponadto była magiem, zapewne potężnym mimo młodego wieku. Sama Vallieana była jedynie podrzędnym Zerdinem bez większych zdolności i nie miała raczej czym się pochwalić, a tutaj pojawia się przed nią najprawdziwszy mag! W dodatku mag czarnej magii!
Uspokój się trochę, ta młoda nie jest aż taka niesamowita.
Zimny głos ducha wypełnił powietrze, przeszywając myśli, ale zielarka tylko pokręciła na to głową z lekkim uśmiechem na pyszczku.
- To twoje zdanie. Moim zdaniem jest wyjątkowa- odparła cicho, jednak na głos. Idąc główną drogą pozwoliła sobie na odezwanie się, bo nikt tak naprawdę nie zwracał na nią uwagi, każdy skupiony był na swoim życiu i jak najmilszym spędzeniu wolnego czasu.  
Widzisz, czyli zgadzamy się tylko do połowy. 
Wadera lekko uniosła brwi, tym razem nie odpowiadając. Mimo iż zaczęła włóczyć się po granicach święta bez celu, wyglądała na wybitnie zainteresowaną straganami… nawet jeśli patrzyła niekoniecznie na to co prezentują.
Wyjątkowa jest... ale nie wiem czy na tyle, żeby spędzanie z nią czasu mogło wyjść ci na dobre. 
Vallieana poczuła jak znowu się gubi, co czasami było aż męczące. Vernon znów wiedział rzeczy, których ona sama nie była w stanie dostrzec, czy chodziło mu tylko o zainteresowanie Ashayi jego osobą? Już chciała się odezwać, jednak duch znów zabrał głos, rozgadany tego wieczora jak nigdy przedtem.
Mam wrażenie, że źle to odebrałaś. Nie przejmowałbym się czymś tak prostolinijnym jak to, że mnie widzi albo że czegokolwiek ode mnie oczekuje. Dla mnie jest tylko jakimś kundlem, który ma zbyt cięty język, może mnie co najwyżej chwilę pokontrolować dla zabawy, ale krzywdy mi nie zrobi. Odnosiłem się do ciebie, bardziej mam na myśli że jej magia nie jest czymś stuprocentowo bezpiecznym. Przynajmniej takie pozostawiła mi po siebie wrażenie. 
Chwila milczenia, dosłownie kilka zbyt długich sekund.
- W końcu to czarna magia- na pyszczek wadery wpłynęło znowu zamyślenie, rzuciła to luźno, prawie od niechcenia. To że nie wiedziała wszystkiego, a chciała wiedzieć jak najwięcej, nie było tajemnicą, w dodatku Vernon miał magiczny zmysł do mocy i aury innych stworzeń, co często wyjaśniało jego nastawienie, a tym samym jeszcze bardziej interesowało waderę. Świadomie lub nie, odsuwała się powoli od tłumu.
Nie wiesz o czym mówisz, moja najdroższa.
Wypuściła powietrze nosem, bo nie była w stanie się z tym kłócić. Jej znajomość z czarną magią była raczej znikoma, wiedziała o tym doskonale, tak jak wiedział to duch Zerdina.
Resztę wieczoru spędzili na powolnym spacerowaniu w obrębie Centrum Królestwa i tam też wadera została na noc. Dopiero z rana wróciła do swojego mieszkania przy Kościach Przeszłości, gdzie powitały ją znajome westchnienia wiatru i tajemnicze szepty, przejmujące wilka do głębi. Jej uwielbienie do tej ciszy i spokoju natychmiast opadło na ciało pewną ulgą, bo w końcu wróciła w bezpieczne miejsce. Następne dni także były spokojne, a Vallieana opuszczała swoją jaskinię sporadycznie, nie mając potrzeby przeżywania mrożących krew w żyłach przygód. Wszystko było dobrze i dobrze mogłoby pozostać, gdyby pewnego dnia nie dostała listu od wilków wyższych rangą. Nazwiska zapisanego na pergaminie nie kojarzyła w ogóle, jednak dlaczego miałaby je znać? Nie interesowała się wszystkimi wojownikami z zarządu, a zresztą to nie był pierwszy taki list, w którym jakiś poważny wojownik prosi o wybranie się przez waderę w jakieś tereny, bo rzekomo rośnie tam jakaś potrzebna mu roślina, ale on nawet nie wiedziałby co z nią zrobić. Na takie sytuacje wzywali zielarkę, stawiali granicę czasową, a potem dużo jej płacili, więc nie narzekała. Zlecenia na terenie królestwa zazwyczaj nie stanowiły problemu, a jeśli stanowiły, to odesłała list zwrotny i było po problemie.
W Dystrykcie trzecim naprawdę rosłyby srebrzyki szklane? W dodatku w wulkanie? Pierwsze słyszę, a uczyłem się o tym zielsku razem z tobą.
- Mi również to nie pasuje- przyznała, jednak nie przerywała pakowania się nawet na chwilę. Wprawiona była w tym do tego stopnia, że nie musiała się nawet szczególnie zastanawiać, jak powinna się przygotować na tę wyprawę, zgarniając po kolei ważne rzeczy- Ale nigdy tam nie byłam, więc myślę, że tym bardziej powinniśmy to sprawdzić. Nawet jeśli nie srebrzyki, to rosną tam inne nieczęsto spotykane rośliny, więc nie zmarnuję czasu.
A jeśli czeka tam na ciebie niebezpieczeństwo?
Głos ducha nie był ani zły, ani przestraszony, a raczej zimny jak zawsze. Zero przejęcia, czy jakiejkolwiek słabości. Wadera mimowolnie lekko się skrzywiła.
- Jest masa wilków które jest łatwiej porwać ode mnie. Myślę, że gdyby ktoś chciałby zrobić mi krzywdę to nie wysyłałby mnie specjalnie do wulkanu używając takiej wymówki, jak srebrzyki… Poza tym w razie problemów mam ciebie.
Tak, masz do mnie masę zaufania. Co jeśli to ja chcę cię zabić?
- Brzmi strasznie, ale zbyt wiele razy ratowałeś mój zad, żebym w to uwierzyła.
I z tymi słowami wadera otulona w lekkie, jelenie futro, z torbą zwisającą u boku, wyszła z jaskini. Kroki skierowała do Dystryktu trzeciego, a w nim - do wulkanu Razeia, gdzie rzekomo miała zebrać rzadkie kwiecie.
Do wyprawy przygotowywała się przez dwa dni, powiedziała też o tym swojej dobrej znajomej na wypadek, gdyby za długo nie wracała. Pogoda była zadziwiająco przyjemna, a wiatr wiał jej w plecy, więc nad ranem następnego dnia znaczną większość drogi miała za sobą, nawet jeśli wcześniej poświęciła kilka godzin na szybkie zregenerowanie sił. Niestety im bardziej zbliżała się do celu, tym bardziej niebo powoli było zakrywane przez ciężkie chmury burzowe, więc z niezadowoleniem przyznała przed sobą, że czekają ją kolejne godziny oczekiwania na lepsze warunki.
Stała więc tak otoczona lodowatym wiatrem, wpatrując się w wyrastający w oddali spod lodu zarys wulkanu. Wielką górę otaczało pustkowie, była prawie czarna, otulona puchem zimnych, gęstych chmur, co nadawało całemu miejscu koszmarny wygląd.
Vallieana już miała zawracać w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia, kiedy jej spojrzenie wyłapało gdzieś z boku na horyzoncie poruszającą się czarną masę. Zamarła, zaś Vernon jedynie zmrużył czerwone ślepia. Po jego niematerialnym ciele przelazłby zimny dreszcz, gdyby nie fakt, że był martwy. Zadrżał mentalnie, bo już wiedział, że czarna masa ma dwukolorowe oczy.

<Ashayo?>

Słowa: 1045 = 72 KŁ

wtorek, 26 maja 2020

Od Ashayi CD. Vallieany

Pytania... Na szczęście ja nie miałam z nimi aż takiego problemu, jak towarzyszący Zerdince duch, bo nasze zetknięcie mogłoby skończyć się naprawdę nieciekawie. Nawet przy założeniu, że tylko na potyczce słownej by się zakończyło. Acz z moimi zdolnościami to było, prawdę mówiąc, wątpliwe...
- Jestem magiem - odpowiedziałam Vallieanie po chwili. - Magiem Czarnej Magii i tak, tak się składa, że od wczesnego dzieciństwa dość często widuję duchy. A że większość jest upierdliwa, choć nie w taki sposób, jak ten osobnik - wskazałam ruchem głowy niewidzialnego dla niższej wadery basiora. Fuknął na mnie w odpowiedzi. - Tamte koniecznie, gdy tylko połapią się, że je widzę, chcą, żebym im w czymś pomogła. Najlepiej na wczoraj - wzruszyłam ramionami. - Potrafi być to dość uciążliwe, dlatego to właśnie na duchach skupiła się w dużej mierze moja edukacja... Zatem tak, wiem o nich całkiem sporo.
Wadera skinęła wolno głową, na znak, że rozumie, a ja kontynuowałam.
- A ty? Jakie pełnisz stanowisko?
- Jestem zielarką - uśmiechnęła się lekko, przyjaźnie.
Zielarka z duchem... w sumie ciekawie. I, jakby się tak zastanowić, może nie aż tak nietypowo...
Ale. Nie mogłam nic ze stuprocentową pewnością stwierdzić. Nie znałam ich. Vernon na pewno był nietypowym wilkiem, tylko skąd brała się ta jego wyjątkowość? Nie wiem dlaczego, ale chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę zainteresowało mnie pochodzenie jakiegoś ducha. Powód jego pozostawania na ziemi, wśród żywych. Kim był... dlaczego akurat ta niepozorna wadera.
- Mieszkasz w Centrum? - zagadnęłam, rzucając ukradkowe spojrzenie na Vernona, który widać postanowił ignorować moją obecność, bo patrzył gdzieś w przeciwną stronę, byleby przypadkiem jego wzrok nie padł na mnie.
Wadera pokręciła głową.
- Nie, w Dystrykcie II.
- Ja w IV - mruknęłam. Chyba było w moim tonie słychać niezadowolenie, bo Vallieana spojrzała na mnie z troską.
- Smuci cię to? - zapytała, tonem, jakby autentycznie była zdziwiona, acz również z jakiegoś powodu było jej przykro. Może mi się tylko wydawało. Może nie.
- Po prostu gościu mnie zaintrygował - wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się krzywo. - Pomyślałam, że mogłabym poznać go lepiej.
Vernon nie wyglądał na zachwyconego pomysłem, ale to nie jego opinia mnie interesowała. Mógł sobie myśleć i mówić co chciał. Był martwy, niech ma jakąś przyjemność z nieżycia... Niemniej ja nie musiałam się jego opinią przejmować.
Możliwe, że byłam okrutna. Ale w taki właśnie sposób traktowałam zwykle duchy, żeby nie zwariować. Nie miałam w związku z tym wyrzutów sumienia głównie dlatego, że nie miały wiele wspólnego z istotami żywymi, nie tak jak czarny basior. Niemniej przyzwyczajenie zostało. Ale starałam się. To znaczy... dopiero miałam zacząć się starać.
Bo, być może, nie wszystkie duchy chciały mnie tylko wykorzystać. Jak widać, mogły się trafić i takie, które miały mnie, mówiąc oględnie, w dupie.

<Val? Przepraszam, że ciągle takie meh te opowiadania, ale poprawię się jeszcze ;-; >

Słowa: 433 = 26 KŁ

sobota, 23 maja 2020

Od Vallieany CD. Ashayi

- Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, co go trzyma przy tym naszyjniku? 
Pytanie z ust młodej wadery padło niespodziewanie. Vallieana spojrzała z lekkim zdziwieniem na Ashayę, ponieważ nie rozumiała, czy kolorowooka naprawdę chciała z nią porozmawiać tylko ze względu na ducha? To była zwykła ciekawość, czy może miała w tym głębszy cel? Jednak, jaki mogłaby mieć cel, pytając o martwego od dziesięcioleci Zerdina..? Nim zdążyła odpowiedzieć, wspomniany Zerdin poruszył się i zmrużył oczy.
Też tu jestem, co już pewnie zauważyłaś. Jak cię to tak interesuje, to mogłaś spytać.
Vernon warknął tuż przy uchu zielarki, wyrywając ją z chwilowego zamyślenia. Przez jej głowę musiało przejść natychmiast tysiąc myśli, żeby z wahaniem odwrócić pysk w jego kierunku, tak jak to robiła kiedy byli sami. Odetchnęła cicho, próbując przyswoić nową sytuację, powoli jakby traciła powietrze w płucach.
- I niby byś mi odpowiedział? - Ashaya prychnęła z niezadowoleniem, wpatrując się w niewidocznego dla reszty społeczeństwa wilka - Poza tym pytam Val, czy ona wie. Nie jestem aż tak wścibska, żeby cię pytać o tak... hm... prywatne kwestie, no ale jak bardzo chcesz, to możesz się wyżalić.
Czarna wadera poczuła na grzbiecie jak przeszywa ją powoli lodowaty dreszcz. Negatywna energia Vernona przepełniła całe pobliskie powietrze. Temperatura spadała, robiło się duszno, a serce Vallieany przeciął grot, jakby od strzały, pełen niepokoju. W tamtym momencie była pewna, że nigdy nie była świadkiem tak silnej niechęci jej towarzysza do czegokolwiek. Tymczasem martwy osobnik siedział przy jej boku. Ze zjeżonym karkiem i głową pochyloną na wysokość głowy Ashayi. On patrzył z nienawiścią, ona z czymś bliżej nieopisanym, między oburzeniem a niedowierzaniem.
Nie chcesz być wścibska, więc nie pytasz mnie o prywatne sprawy, tylko pytasz osoby, która jest obok mnie?
Zielarka poruszyła się niespokojnie, kiedy traciła czucie w łapach z nerwów. Powoli aura martwego wilka zaczynała być niemal namacalna, aż miało ochotę schować się pod najbliższą ławką. Jednak… na bogów, czy oni byliby w stanie zrobić sobie krzywdę? 
- Uspokój się, proszę- wtrąciła w końcu cicho do ducha, nim Ashaya zdążyła coś, najprawdopodobniej, odpyskować. 
Zielarka pokręciła łapą w przestrzeni obok siebie, a Zerdin spuścił spojrzenie z kolorowookiej, aby zerejestrować jak łapa Vallieany przenika przez jego własny brzuch. Miał ochotę westchnąć na ten gest, jednak nie poruszył się, spinając każdy mięsień niematerialnego ciała, dopóki jego towarzyszka nie zajęła ponownie głosu, już spokojniejsza.
- Nie mam pojęcia - odparła, patrząc na większą waderę- Kiedy dostałam kieł, Vernon już był do niego przywiązany. Dostałam go od ojca.
Ash skinęła głową z rozwagą. Zerdinka przestąpiła z łapy na łapę, patrząc na pysk towarzyszki. Młoda wadera nie mogła być byle przypadkowym wilkiem, a przynajmniej starszej waderze wydawało się, że zbyt neutralnie reagowała na tak… niespodziewane wydarzenia? Vernon był martwy, jednak miał więcej z żywego wilka niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Nie był bezmyślną, sunącą ku niczemu masą, ani nienawistnym demonem i Vallieana była tego świadoma, nawet jeśli cała jej wiedza polegała na czytaniu ksiąg i słuchaniu rozmów mądrzejszych wilków.
- Więc mówisz, że jesteście blisko?- zaczęła Ash po krótkim namyśle i z nutą prowokacji spojrzała na czarnego basiora. Oczywistym było, że miała na myśli, że Vall nie wie nawet tak podstawowej rzeczy jak powód przebywania ducha w tym świecie.
Duch jednak tak jak ostatnie minuty spędził w jednej pozycji, tak nadal się nie poruszył, obserwując łapy posiadaczki jego zęba. 
- Nigdy nie spytałaś?- wzrok wyższej wadery powędrował tym razem na zielarkę. Lodowate oczy zatopiły się w tych dwukolorowych z wahaniem.
- Pytałam… oczywiście, że pytałam- przyznała- Jednak trafił mi się ciężki przypadek- dodała, z niewyraźnym uśmiechem, a czerwonooki prychnął pod nosem, bez grama złośliwości- Jednak dogadujemy się na tyle, że krzywda jeszcze mi się nie stała.
- Rozumiem… Może jest tu po to, żeby cię chronić- rzuciła Ash luźno, po czym się podniosła.
Vallieana czuła, że Ash nie trafiła ze swoimi przypuszczeniami, jednak nie chciała wnikać w drażliwy dla Vernona temat. Zresztą, dla niego każdy temat, który go dotyczył był drażliwy. Sama również wstała, nie do końca wiedząc co powinna dalej zrobić. Odejść? Zapytać o coś? Zapewnić, że wszystko jest w porządku? 
W końcu przechyliła lekko głowę, a  jej wzrok przybrał zainteresowany wyraz. Może będzie mogła od młodszej wadery dowiedzieć się czegoś ciekawego, skoro już ich drogi się skrzyżowały.
- Jakie zajmujesz stanowisko? Z wieloma duchami spotykasz się na co dzień? 

<Ashayo?>

Słowa: 694

środa, 20 maja 2020

Od Ashayi CD. Vallieany

Duchy były bardzo ciekawym zjawiskiem.
O ile można je było tym mianem nazwać. Ja sama nie byłam pewna. Czy to faktycznie dusza zmarłego wilka, czująca, mogąca uczyć się, dokonywać korekt swojego światopoglądu... Po prostu zachowująca się jak żywa istota, co kazałoby nam traktować je jak inne, wciąż żywe, wilki. A może to tylko ślad czyjejś bytności, właśnie takie zjawisko, które już nie żyje w znaczeniu również emocjonalnym. Która już na zawsze zostanie taka sama, nie zmienia się, nie jest dynamiczna. Które na tym świecie trzyma tylko cel, który chce zrealizować. Strach przed całkowitą śmiercią, rozpłynięciem się w niebycie. Chęć zrobienia czegoś, na co za życia nie miało się czasu. Lojalność do drugiej połówki, która każe nam trwać u boku ukochanego wilka nawet po śmierci. Zemsta.
Zastanawiałam się, co trzyma przy tym kle Vernona. Dlaczego stąpa krok w krok za tą, nie ubliżając jej, ale niewyróżniającą się waderą? Powiedział, że są bliżej, niż mogłabym przypuszczać. Czy to tylko żart z jego strony, czy może jest w tym coś głębszego...?
Nikt cię nie nauczył, że nieładnie się gapić?
Zignorowałam słowa martwego basiora i dalej wpatrywałam się w niego przenikliwym spojrzeniem dwukolorowych tęczówek. Był inny od duchów, które zwykle spotykałam. Nie narzucał się, nie chciał od razu nakłaniać mnie do pomagania sobie w skończeniu tego, co mu do skończenia na ziemi zostało. Zachowywał się... Prawie jak żywy. Dlaczego?
Pomyślałam wtedy o lodowym golemie, którego stworzyła Spero. Uwięziła w nim duszę wilka, którą wybrała spośród wszystkich innych, kręcących się przy Oceanie Dusz. Spotkałam go kiedyś, jak przechadzał się przy granicy, monitorował terytorium, jak to miał w zwyczaju. On również był inny. Jego również pętał naszyjnik...
Ale nie, to raczej nie to. To znaczy... Co innego naszyjnik, w którym Spero po prostu zamknęła ducha, a co innego kieł należący niegdyś do basiora. Tak przynajmniej sądziłam. Tak wszelka logika kazała mi sądzić.
- Czyli znacie się w sumie od zawsze - wypowiedziałam na głos oczywistą oczywistość, ale musiałam jakoś uporządkować myśli. Przeniosłam w końcu wzrok z czerwonych, niepokojących oczu naszego umarlaka, na waderę. - Nie widzisz go, prawda?
Pokręciła głową.
No cóż, jakby widziała, to by wyrzuciła ten naszyjnik w cholerę i miała nadzieję, że duch nie postanowi jej mimo to nawiedzać. To znaczy... ja bym tak zrobiła. Nie znałam charakteru Vallieany, może i by go przy sobie zostawiła. Z przyzwoitości czy coś. Bez towarzyszki, jeśli w istocie nie może odejść od naszyjnika, pewnie byłoby mu potwornie nudno.
- Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, co go trzyma przy tym naszyjniku? - zapytałam po chwili, gdy skończyłam jeść jedną z tart, które kupiłam.
Wadera popatrzyła na mnie lekko zdziwiona, a basior mruknął coś, niezadowolony. Po czym burknął:
Też tu jestem, co już pewnie zauważyłaś. Jak cię to tak interesuje, to mogłaś spytać.
Posłałam mu krzywe spojrzenie.
- I niby byś mi odpowiedział? - prychnęłam. - Poza tym pytam Val, czy ona wie. Nie jestem aż tak wścibska, żeby cię pytać o tak... hm... prywatne kwestie, no ale jak bardzo chcesz, to możesz się wyżalić.

<Vallieano?>

Słowa: 489

sobota, 9 maja 2020

Od Vallieany CD. Ashayi

Centrum Królestwa Północy Vallieana odwiedzała nieczęsto. Jednym z powodów było to, że zazwyczaj nie miała powodu; jej klienci odwiedzali ją sami, albo posyłała kogoś z pakunkami, kto akurat miał po drodze, a zawsze się ktoś trafiał. Innym powodem było to, że najlepiej czuła się w swojej jaskini lub między drzewami, nawet jeśli towarzystwo innych wilków jej nie przeszkadzało. Po prostu sam na sam ze sobą i Vernonem czuła się… pewniej.
Nie mniej jednak Święto Jedności nie zdarzało się na co dzień, zatem na szybko spakowała najważniejsze rzeczy i wyruszyła w podróż do najważniejszego dystryktu całego królestwa. Nie obyło się oczywiście bez narzekań zaprzyjaźnionego ducha, nie mniej jednak wadera nie traciła chęci rozrywki. Tłumaczyła się tym, że zasłużyła na odpoczynek od pracy (nawet jeśli ta praca to sama przyjemność), ponadto czuła podekscytowanie na myśl, że to jej pierwsze takie święto, jakie będzie obchodzić bez Adrila u boku. Z drugiej strony wiedziała, że wypadałoby odwiedzić basiora w drodze powrotnej, a przynajmniej zajrzeć do jego jaskini.
Pewnie stary będzie siedział w którejś tawernie ze swoimi zapijaczonymi przyjaciółmi. Przynajmniej ma teraz argument, żeby siedzieli z nim jeszcze dłużej.
I mimowolnie Vallieana uśmiechnęła się na tę myśl, ponieważ było racją, że Adril z Tandirit nie lubił siedzieć na zadzie w swoim mieszkaniu, a już na pewno nie podczas święta.
Jeszcze nim zdążyła dotrzeć na miejsce, słyszała niewyraźną muzykę niesioną wraz z wiatrem oraz okrzyki powszechnej wesołości, które nasiliły się, gdy tylko przekroczyła mury. Zewsząd docierały przyjemne zapachy, których aromaty, nawet ze sobą zmieszane, zachęcały do spróbowania wszystkiego co tylko było na stoiskach. Egzotycznie mięsa, pieczone i surowe, niesamowite, słodkie wypieki, jakieś dziwne, kolorowe cukierki. Wszystko było tam tak nienaturalnie fantazyjne i kolorowe, że zachwyt sam wpływał na pyszczek Zerdinki. Mimo powszechnego chaosu, wszystko było fascynujące, w dodatku nikt nie zwracał w tym wszystkim większej uwagi na to, iż owa wadera od czasu do czasu rozmawiała “ze sobą”.
- Co o tym myślisz, Vernon?- zapytała cicho, podchodząc nieco bliżej do jednej z ciekawiej ozdobionych cukierni. Budynek prezentował się efektownie, natomiast kolejka przed nim była na tyle długa, by wadera uznała, że zapewne słodycze będą warte czekania.
Przysiadła na łapach i rozejrzała się wokoło z zainteresowaniem. Nie mogła mieć pojęcia, że tuż obok siedzi znacznie większy basior, który kilkukrotnie krzyżował spojrzenie krwawo czerwonych tęczówek, z tymi jej, lodowatymi. Uniósł jakby jeden kącik pyska w krzywym uśmiechu, jednak zaraz spoważniał.
O czym, o święcie? 
Zmrużone oczy przesunęły się czujnie po tłumie, niczym oczy leniwego kocura, który właśnie bezwstydnie ukradł wróbla innemu zwierzęciu. Jakby oczekiwał ataku znikąd, jednak zarazem nie obawiał się niczego. W końcu wylana krew nigdy nie miała dla niego znaczenia.
Udają, że wszystko jest w porządku przez jeden dzień w roku. Wszyscy są równi, co nie zmieni faktu, że kto był głodny, ten głodny pozostanie, a kto ma na łbie koronę, będzie traktowany jak król.
Wilczyca cicho westchnęła, ledwo unosząc boki. Udawała, że zastanawia się nad tym, co wybrać. Mimo iż prawdziwość słów basiora była oczywista, w jakiś dziwny sposób te ją dotknęły, a ochota na słodkości odeszła na bok. Taka rzeczywistość, tłumaczyła sobie, powinnam się cieszyć z tego co mam… 
I wtedy poczuła ciepły oddech przy uchu, który bynajmniej nie mógł być wiatrem. Zamrugała.
Natomiast wadery z dwukolorowymi oczami zawsze mnie przerażały. Jak myślisz, co widzi ta młoda, która tak namiętnie ci się przygląda?
Zupełnie zbita z tropu Vallieana zastrzygła uszami i natychmiast wyłapała wzrokiem wspomnianą przez ducha wilczycę. Skierowane na nią intensywne dwukolorowe spojrzenie niemal wzbudziło dreszcze na czarno-białym ciele starszej, jednak mniejszej wadery.
Tymczasem druga wadera odsunęła się ze swoimi odebranymi już słodkościami, aby za chwilę przejść obok zielarki z szerokim uśmiechem.
- Spróbuj tart jagodowych. Są przepyszne. Zjesz jedną i nigdy nie będziesz miała dość - oznajmiła, odsuwając się kawałek pod czujnym spojrzeniem Vernona.
Szkarłatne oczy raczej powinny odpychać waderę, jednak ta tylko raz skrzyżowała z nim spojrzenie. Zerdinka tymczasem posłuchała porady i wzięła kilka jagodowych ciastek, nawet jeśli tarty w ogóle nie były jej w tamtym momencie w głowie. Zaklęła w myślach na wielkiego basiora, który chyba by zachorował, gdyby powiedział chociaż raz coś wprost. Tak jak spędzanie z nim czasu było relaksujące, tak rozmowy nieraz zmieniały się w katorgę, gdyż komplikowanie spraw międzywilczych było jego specjalnością. Niczym narrator siedział cały czas przy jej boku, komentując to, co skomentować można.
Vallieana podziękowała sprzedawczyni i podeszła do obcej wilczycy, która jakby czekała z boku. Nawet nie było już szansy na odwrót.
- Więc mówisz, że są aż takie dobre?- zagadała, zwracając na siebie uwagę nowej towarzyszki. Uśmiechnęła się delikatnie, ponieważ sama kolorowooka nie wyglądała na groźną. W istocie wadery zaraz wymieniały ze sobą uśmiechy.
- Są najlepsze- poprawiła, całkowicie pewna swego. - Jeśli masz ochotę, możemy je zjeść razem, znam dobre miejsce.
- Prowadź więc - Vallieana skinęła głową, a nowa znajoma od razu się podniosła- Swoją drogą, na imię mam Vallieana. Z rodu Tandirit.
- Ashaya z Rodu Xijan- przedstawiła się, tylko przez chwilę lustrując mniejszą waderę wzrokiem, jakby zdziwiona Zerdinem przedstawiającym się rodem. A być może zielarka była zwyczajnie przewrażliwiona na tym punkcie, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała. W końcu po paru metrach Ashaya zwolniła, by mogły wyrównać ze sobą krok- A jak zwie się twój towarzysz?
I wtedy zielarka całkowicie się zatrzymała, ponieważ czego, jak czego, ale tego się nie spodziewała. Pewnie gdyby mogła, w tamtym momencie spojrzałaby na Vernona, który tymczasem stał tuż obok z kamiennym wyrazem na pysku, absolutnie niewzruszony. Tylko właśnie rzecz w tym, że nie mogła na niego spojrzeć. Jak bardzo chciała, tak bardzo nie była  wstanie. 
I wtedy młodsza z wader ponownie zajęła głos, wyraźnie widząc zaskoczenie towarzyszki.
- Widzę duchy, tak w dużym skrócie… - wyjaśniła na szybko, spoglądając to na Valli, to na jej towarzysza. - Jesteście ze sobą blisko?
Vernon uniósł jedną brew, spoglądając na posiadaczkę jego zęba, dla której najwyraźniej te informacje były zbyt dużym wysiłkiem do przetworzenia.
Bliżej niż może ci się wydawać, mruknął, mrużąc oczy. 
Mimo iż Ashaya wydawała się mocno zainteresowana takim wyznaniem, zielarka westchnęła i postanowiła wszystko sprostować. Bo oczywiście to nie tak, że kiedykolwiek spodziewałaby się po Vernonie podobnych słów odnośnie ich relacji.
- Vernon jest duchem, przywiązanym do mojego naszyjnika. Jest ze mną odkąd skończyłam trzy miesiące, to wszystko.
Zakończyła, spoglądając gdzieś w bok, gdzie wilki zaczęły tłoczyć się przy scenie. Zapewne oczekiwali przedstawienia, nie domyślając się jakie przedstawienie odbywało się teraz w głowie starszej wadery.

<Ashayo~?>

Słowa: 1043

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Od Ashayi do Vallieany

Święto Jedności... było wspaniałe.
To był pierwszy raz, gdy mogłam je obchodzić jako dorosły wilk, pełnoprawny członek społeczeństwa Królestwa Północy. Wobec tego miałam całkowite prawo być podekscytowana. Tak sądzę.
Otaczające mnie dźwięki, muzyka, rozmowy, głośny śmiech rozbrzmiewający od czasu do czasu z różnych kierunków... To wszystko upajało, mieszało w głowie, prosiło, bym dołączyła do tego wszechogarniającego szczęścia i pozytywnej energii emanującej z każdego członka tłumu.
Biegałam od stoiska do stoiska, z niegasnącą ekscytacją wysłuchiwałam lokalnych mistrzów kuchni i cukiernictwa, zachwalających swoje wyroby. Czerpałam radość ze słuchania muzyki wygrywanej przez muzykantów przechadzających się po rynku. Wszystko tutaj było... po prostu wspaniałe. Słyszałam, że na otwartej scenie ma być jakieś przedstawienie, po Centrum przechadzała się Królowa... Tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do odwiedzenia, a tak mało czasu. Po zmroku miałam się stawić wraz z pozostałymi magami przy kamieniu, który podtrzymuje barierę, by pomóc przy przeprowadzeniu niesamowitego widowiska, jakim było rozejście się po barierze błyskawic, by pokazać mieszkańcom, gdzie magiczny twór, który pozwala tu mieszkać rasom innym niż Sivarius, się rozpościera, jak daleko sięga i, przede wszystkim, że jest, cały czas chroni nas przed śmiertelnym zimnem...
Poprawiłam swój czerwony płaszcz, który ze względu na grubą sierść, którą byłam pokryta, w zupełności wystarczył mi, bym mogła utrzymać ciepło i się nie wyziębić na zewnątrz. Truchtem pokonywałam właśnie drogę między straganami kupców, którzy, korzystając z tego, że na Święto Jedności wiele wilków przybywa do Centrum, rozstawili swoje kramy niemal w każdej uliczce, wykorzystując całe dostępne miejsce. Zauważyłam kątem oka wilka wykonującego kuglarskie sztuczki ku uciesze zebranych wokół niego szczeniaków. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok. Jeszcze niedawno bym do nich dołączyła, ciągnąc za sobą Spero i z zafascynowaniem przyglądałabym się temu, co wilk robi. Teraz... Teraz potrafiłam posługiwać się prawdziwą magią, a po sytuacjach, które już zdążyły mnie w związku z nią spotkać... Cóż, nie uważałam jej wcale za dobre źródło rozrywki. Bardziej przykry obowiązek, który musiałam dźwigać, od urodzenia dysponując zdolnościami potężniejszymi, niż byłam w stanie wykorzystać czy w ogóle nad nimi zapanować.
Zostawiłam jednak kuglarza i otaczającą go zgraję szczeniaków za sobą. Kontynuując moją drogę między straganami, zastanawiając się, gdzie najlepiej będzie się teraz udać. Przedstawienie? A może poszukam Spero i zapytam, czy nie chciałaby się razem ze mną napić nektaru, w końcu pierwszy raz mogłybyśmy to zrobić razem przy świątecznej okazji? Już chciałam podjąć próbę wyśledzenia wadery przy pomocy magii, ale dostrzegłam coś, co odwróciło moją uwagę.
Stoisko mojej ulubionej cukierni. I mini tarty jagodowe. Wspaniałe. Przepyszne. Kruche. Tarty jagodowe na waniliowym spodzie, małe na tyle, że można je było wziąć do łapy i zjeść na kilka gryzy, w biegu.
Bez wahania skierowałam się w tamtą stronę. Już z daleka zobaczyłam, że do stoiska ustawiła się już spora kolejka wilków złaknionych słodkości, nie zniechęciło mnie to jednak w żadnym stopniu. Za wypieki właścicielki cukierni można było zabić, tak niesamowicie pyszne były, przysięgam.
Stanęłam więc kulturalnie w kolejce, by poczekać na swoją kolej. Przy okazji rozglądałam się dookoła z ekscytacją, już planując, co pójdę zobaczyć w dalszej kolejności. Może pokaz talentów? Widziałam tam wielu artystów, którzy przedstawiali swoje prace, a także wilki z zupełnie innymi niż twórcze zdolnościami... Może też do nich dołączę? Na pewno wymyśli się coś, co mogłabym przedstawić, a może inni mnie zainspirują?
Na rozmyślaniach na ten temat upłynął mi czas oczekiwania na moją kolej do zakupu ciastek. Wymieniłam się ze sprzedawczynią uśmiechami, kilkoma przyjaznymi, ciepłymi słowami. Następnie przyjęłam od wadery papierową torbę z kilkoma mini  tartami i już miałam odchodzić od stoiska, gdy zobaczyłam, że stojąca za mną niewielka wadera patrzy na wszystkie wspaniałe, wyłożone na stoisku wypieki i widocznie nie może się zdecydować, co wybrać. I możliwe, że nie zwróciłabym na to większej uwagi, ewentualnie doradziła tarty jagodowe... Ale koło wadery stał duch. I patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.
Zatrzymałam się na moment, patrząc na ducha. Duch patrzył na mnie. Wadera nadal kontemplowała nad ciastkami.
Zamrugałam powoli, przenosząc spojrzenie z ducha na resztę otaczających nas wilków, a potem na waderę. I znowu na ducha. Jego obecność tu była dziwna, a przynajmniej dla mnie nielogiczna. Czemu akurat tutaj, przy tym stoisku z ciastkami...
Wtedy zobaczyłam, jak duch rusza szczęką, jakby coś mówił. Pewnie z resztą tak było, tylko ja nie usłyszałam, byłam za daleko, a dookoła było za głośno, Jeśli duchy nie zwracały się bezpośrednio do mnie, mogłam je usłyszeć, jednak im więcej było bodźców rozpraszających, tym gorzej mi to szło. Za to usłyszał go ktoś inny, do kogo pewnie się zwracał... Wadera zastrzygła uszami, jakby wyłapała dźwięk. Po czym podniosła głowę i spojrzała... prosto na mnie.
Uznając, że niekulturalnym byłoby teraz odwrócenie się i udawanie, że nic się nie wydarzyło, zawróciłam, chwilowo odraczając moje plany wzięcia udziału w pokazie talentów na rzecz zdobycia nowej znajomości. I być może otrzymania logicznego wyjaśnienia obecności ducha tutaj, w środku Centrum, w czasie trwania corocznego Święta jedności. Podeszłam nie bezpośrednio do wadery, ale dość blisko, by mnie usłyszała i, uśmiechnąwszy się promiennie, rzuciłam:
- Spróbuj tart jagodowych. Są przepyszne. Zjesz jedną i nigdy nie będziesz miała dość.

<Vallieana?>

Słowa: 825
Layout by Netka Sidereum Graphics