Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elijas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elijas. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 lipca 2021

Od Elijasa CD. Xevy

Elijas miał kiedyś koleżankę. Były to czasy, kiedy był jeszcze szczenięciem, zaś Ragnarook- dumna głowa rodu- wiódł bogate życie towarzyskie. Kiedy akurat nie poświęcał się graniu w karty z bezdomnymi, organizował najbardziej kolorowe bankiety i spotkania. Zapraszał swoich znajomych z całego świata, a każdy chętnie przybywał by spędzić czas z tą niesłychanie charyzmatyczną duszą towarzystwa. Przyjaciele ojca zabierali ze sobą własne rodziny i w ten sposób mały Elijas także kosztował bogatego, rozrywkowego życia w gronie rówieśników z tej samej społecznej szufladki. Wspomniana koleżanka była właśnie jedną z takich postaci. Była niewiele młodsza od najmłodszego członka rodu Seresshmir i biegała za nim całkiem zauroczona. Jej wielkie uszy zawsze wyszukiwały go w każdej kryjówce, zaś ciekawskie oczy śledziły każdy ruch, gdy tylko był obok. Zachwycała się miękkością jego nagiej skóry, syczącym akcentem którego jeszcze wtedy nie kontrolował, a także wysuwanym w stresie i zamyśleniu językiem. Potężnym, jak na waderkę w tym wieku, ciałem, bardzo często wpadała na delikatnego Elijasa i przewracała go z zadziornym śmiechem, krzycząc przy tym głośno że chce się z nim ożenić “tu i teraz!”. Ta znajomość nauczyła go o sobie samym jednej rzeczy- potężne wadery go przerażały. Poza tym po latach nadal śmiał się z pomysłu “ożenienia się” z basiorem, nieważne jak wrażliwy i miękki by nie był. 
Lekko uśmiechnął się pod nosem, wspominając.
Oczywiście waderka również pochodziła z Wysp Trojaczych, tak jak różowooka przed nim. Te wilki były rzadko spotykane w Królestwie, lecz dosyć charakterystyczny wygląd przykuwał uwagę. Przez napływ myśli zapomniał o zmęczeniu i zaraz przypomniał sobie, że tamta rodzina rzeczywiście któregoś dnia próbowała nawiązać ponowny kontakt z Seresshmirami, jednak skutkiem tego wszystkiego były paskudne przekleństwa wypluwane z ust jego zrozpaczonej matki w kierunku znajomych wilków. To był ostatni raz, kiedy widział przedstawiciela tej rasy.
Nigdy nie dowiedział się o co chodziło, gdyż w tamtym momencie jego życie było nastawione na rujnowanie się, a potem zapomniał… zaś gdy sobie przypomniał, jego spojrzenie było skupione już na innej Tenerisce. Ta była od niego niższa i nawet jeśli byłaby w stanie go powalić, nie odczuwał tej samej grozy co przed laty. To też go bawiło.
Różowe oczy przyglądały się przedmiotom ze stoiska starego wilka i jego córki, absorbując cały ich urok, którym Elijas absolutnie nie był poruszony. Wolał stać z boku i pozerkać na waderę, której towarzystwo zdołało odblokowywać w jasnej głowie kolejne zakurzone zdarzenia. 
Kiedy w końcu kolorowe spojrzenie wpadło w jego własne oczy, a wadera prawie podskoczyła w zdziwieniu, odwrócił głowę by nie zrobiło się niezręcznie. Spojrzał na niebieski kamień, badany wzrokiem przez sprzedawcę, tak jakby było go na taki zakup stać.
- Och, kasylyt- rzucił od niechcenia, zwracając na siebie uwagę staruszka, zaś właścicielka kamienia przetuptała z łapy na łapę. Nawet inna klientka zmierzyła go oceniającym wzrokiem. Pod naporem tych par oczu ledwo powstrzymał się od ostentacyjnego ziewnięcia, przypominając sobie że obudził się zaledwie godzinę wcześniej i przecież śpieszyło mu się do własnego łoża. Poczuł się jednak wywołany do tablicy.- Dawniej były używane przez pewien ród jako niezwykle cenny dodatek do farb, na który mało kto mógł sobie pozwolić. Trwały i efektowny. Teraz wybiera się tańszy, syntetyczny zamiennik, jednak… to nie to samo.
Lekko pochylił głowę, by lepiej się przyjrzeć.
- Dobry panie, farba z kasylytu to wyłącznie legendy- ku zaskoczeniu bezwłosego, sprzedawca podjął rozmowę niemalże od razu, i chociaż na jego pysku nie było ani grama wyższości, Aeskeron poczuł lekką irytację tak szybkim zanegowaniem jego wiedzy- Słyszałem o tymi widziałem parę obrazów, ponoć stworzonych z tym materiałem, jednak nie były one niczym specjalnym. Poza tym, kasylyt od zawsze był przede wszystkim jednym z piękniejszych kamieni do tworzenia biżuterii, kto by go niszczył w ten sposób?
- Artyści, proszę pana. Jeśli widział pan obrazy namalowane przy pomocy kasylytu, w takim razie wciskali panu kit, ewentualnie jest pan skrajnym ignorantem, chociaż mam powody by wątpić w to drugie- na pysku Elijasa zakwitł czarujący uśmiech, chociaż wilk wcale nie miał ochoty się uśmiechać. Kultura jednak wygrała- Przede wszystkim, obok samego kasylytu nie da się przejść obojętnie, a tym bardziej ten kto ma oczy nie ominie obrazu zwieńczonego farbą z tego kamienia. Sam maluję odkąd się urodziłem, więc widziałem niejedno, a jednak kasylyt na płótnie widziałem tylko raz w życiu. W Zamku Królewskim. Tego widoku nie da się zapomnieć.
Uśmieszek nadal rozświetlał jego oblicze, podczas gdy brwi starszego wilka powędrowały nisko, ściskając się w skupieniu. Wyglądał jakby coś dogłębnie analizował, i chociaż nie dał po sobie poznać nagłego olśnienia, artysta rzucił mu za dużo wskazówek a propos swojego nazwiska żeby nie wiedzieć. Na piękną Vartię, w końcu ile ten handlarz mógł w swoim życiu spotkać Aeskeronów noszących się tak elegancko i dumnie, które miały pojęcie o rzadkich kamieniach i farbach z nich zrobionych? Już abstrahując od wizyt w Królewskim Zamku, był wtedy zaledwie szczenięciem, ale tego doświadczenia nie miał czelności zapomnieć. 
Zapadła chwila ciszy. Stary zaczął znów oglądać kamień, klientka pożegnała się z drugą sprzedawczynią, a młoda Teneriska, która gdzieś spadła na drugi plan… no, niemal przestraszyła malarza swoim nagłym doskokiem. 
- Ty rzeczy malujesz? Kamieniami też malujesz?
Elijas zrobił pół kroku w tył, ledwo się powstrzymując przed odepchnięciem wadery telekinezą. Zresztą, nie dość że byłoby to niekulturalne, to nawet gdyby chciał to nie mógłby tego zrobić. Zdawał sobie doskonale sprawę, że jego moce były w znacznej mierze unieszkodliwione ze względu na pewien specyfik który przydał się w nocy. Noc minęła, on chciał wrócić do domu i to przetrawić, ale wyszło jak zwykle. Ugryzł się w swędzący język żeby powstrzymać go od wysunięcia z zębatej paszczy i odczekał chwilę, aż brązowa zdała sobie sprawę, że powinna się odsunąć chociaż o kawałek.
- Owszem, maluję… ale tylko farbami. Za mało mi płacą, żebym malował kamieniami.
Uśmiechnął się, jednak tylko delikatnie. Po tej krótkiej wymianie zdań miał już tylko ochotę się wycofać i wrócić do leża, tak jak planował w momencie, w którym dowiedział się że ma zbierać chudą dupę, bo jego towarzysz zapomniał że jego siostra wraca wcześniej z wyjazdu. Tak, iść spać i mieć święty spokój, to był dobry plan… z drugiej strony, błysk w oczach obcej wilczycy wzbudził w  nim dziwną ciekawość, jakby mogła mu coś zaoferować.
A przecież mógłby się wyspać.

<Xevo?>

Słowa:1010 = 70 KŁ

sobota, 26 grudnia 2020

Od Elijasa CD. Kvischa

 Siedział.

Ale gdyby wstał to najpewniej złapałby za blat i wywalił go przez okno z impetem. Jako, że nie było okien to bez wahania sam zrobiłby jedno tymże blatem, przebijając się przez grubą ścianę. Potem mógłby wszystko podpalić, tak dla zasady. Wcześniej jednak zabrałby cały alkohol. Albo właściwie to nie, przecież tu nie było nawet poważnego alkoholu. Więc po prostu puściłby to z dymem. Oczywiście musiałby liczyć się ze złą sławą ale pal licho o sławę, miałby większy problem: musiałby zapłacić za szkody.

Więc siedział. Ciepłe powietrze wentylowało w tę i z powrotem przez wrażliwe zatoki, zaś zapach mięs drażnił jego organizm, niczym mdła chmura. Gnębiło to basiora z jeszcze większym okrucieństwem. Zimne spojrzenie wbił w porzucone posiłek i napar, które wciąż były ciepłe. Artysta nie lubił nadmiernie opryskliwych dziadów, którzy wychodzą bez żadnego słowa, nie lubił też wyrzucać jakichkolwiek pieniędzy w błoto, taka ignorancja wkurwiała go niemiłosiernie, jednak nic, absolutnie nic go tak nie skręcało niż myśl, że do wyrzucenia pójdzie właśnie jedzenie. Wiele z jego znajomych oddałoby ogon za coś ciepłego, a ten prostak po prostu to zostawił.

Kiedy Elijas tak wpatrywał się w pełny talerz, dokładnie wyczuwał jak spojrzenie kelnerki przesuwa się a to po jego całym ciele, a to po posiłkach, jednak nie odważyła się podejść. Przynajmniej na początku.

Rozzłoszczony Aeskeron miał w naturze ignorowanie tego, co miał ochotę ignorować, więc zaraz powrócił do swojej gęsi, nie darząc natrętnej wilczycy nawet pojedynczym spojrzeniem. Zresztą, mimo pozornego spokoju, był w stanie wybuchnąć w każdym momencie. Dosłownie, każdym. Nie dość, że stracił czas, to dodatkowo nadzieję. To mógł być naprawdę dobry obraz z wilkiem w roli głównej, gdyby tylko ten dzikus mógł zrozumieć, jak bardzo malarzowi zależało na tej pieprzonej współpracy. Ale nie, oczywiście, skoro życie wsadzało Elijasowi kija w dupę, to teraz jeszcze go tak na siłę tam musiało dopychać, żeby miał ochotę krzyczeć. A potem inni narzekali, że marudny. Jak nie być marudnym w takich warunkach?!

Skończył jeść. Wypił zimną herbatę. Łuski na jego polikach i uszach przybierały w tamtym momencie kolor agresywnie pomarańczowy. Nie powiedział nic, kiedy kelnerka podeszła.

- Smakowało? Podać panu coś jeszcze?

Podniósł wzrok. Pozornie spokojny, acz wciąż zimny. 

- Poproszę o rachunek, dziękuję. Było smaczne- odparł, prostując się. Samica skinęła łebkiem i zaraz podała basiorowi kawałek pergaminu w taki sposób, że czerwone oczy nie były w stanie zarejestrować skąd ten się wziął. Ledwo powstrzymał się od pytającego spojrzenia, z powodu nagłej zmiany zainteresowania, ale zaraz sobie przypomniał, że przecież był wściekły na świat. Zmierzył więc papier z niesmakiem, po czym podał pracownicy zajazdu odliczoną ilość łusek. W odpowiedzi otrzymał ładny uśmiech i przyjazne “miłego dnia”. Nawet jeśli jego dzień już nie miał prawa być dobrym, podziękował i odparł “wzajemnie”. Był sfrustrowany całą sytuacją, a poczucie zostania zignorowanym tkwiło między jego łopatkami niczym jakiś przeszkadzający guz, który uwierał wilka przy każdym ruchu. Jedyna wartościowa nauka jaką wyniósł z tego wszystkiego, to że nie każdy dziwak mógł mu coś zaoferować. Poza tym stwierdził, że chyba szczeniak z kwiatkiem nie byłby takim głupim pomysłem. Szczeniaka zawsze mógł znaleźć, kwiatków też nie było mało nawet na takim lodowym zadupiu. Przynajmniej jednego był pewien w ostateczności- nawet jeśli sama królowa poprosiłaby go o namalowanie tego dzbanowatego Aeskerona, syn Ragnarooka nie zgodziłby się.

Tymczasem zszedł na ziemię i dla kontrastu spojrzał w niebo, kiedy już opuścił karczmę. Mentalnie prychnął, zdając sobie sprawę, że ma do przeżycia jeszcze pół dnia. A mógłby gdzieś się schlać i kontynuować ciąg picia, trwający niezmiennie od czterech dni. 

To chyba jest niezdrowe, pomyślał, jednak nie potrafił nic zrobić z narastającym dyskomfortem. Zabulgotało mu w żołądku. Zrobił kilka kroków w przypadkowym kierunku, udając, że cieszy się orzeźwiającym spacerem w miły dzień. Minął parę szczeniąt, paru wojowników, kilka innych wilków. Jedni byli w pośpiechu, kolejni się śmiali, jeszcze następni dyskutowali. Część z nich rzuciła na niego okiem, a druga część nawet nie zauważyła jego obecności. Odetchnął w duchu, telekinezą naciągając wyżej swoje czarne futro. Jeśli już coś ma zostać nazwane niezdrowym, to życie powinno być pierwsze na liście. 

W swej beznadziei dotarł do murów odgradzających Centrum od reszty Królestwa. Nieco otępiałe spojrzenie prześlizgnęło się bo okolicy, lustrując domki, mieszczan i inne cegłówki. Cóż za miłe, nudne miejsce. Artysta aż przycupnął w cieniu jednego z budynków, by pooglądać niebo i chmurki.

Minęła chwila...

- Pan Elijas Ragnarook!

… i przestało być nudno. Jednak łeb piaskowego wilka wciąż był skierowany na pogodny horyzont przez następne sekundy. Zimny ogień z jego oczu przeszywał na wylot każdy obłoczek, który wchodził mu w paradę, analizując kształty i kolory. Lekko się skrzywił, gdy słońce wysunęło się nagle zza dachu, atakując rombowate źrenice. Opuścił głowę, wysunął gniewnie język i skupił się w końcu na swoim rozmówcy. Zamrugał w konsternacji, zdając sobie sprawę iż uśmiechniętej wilczycy wcale nie speszyło takie oczekiwanie.

- Rzeczywiście, to moja godność- odparł, lekko się kłaniając- Wszystko w porządku?

Rozmowa z początku była luźna i niezobowiązująca, jednak Seresshmir wyczuwał podstępy lepiej niż drogie wino. Wcale się więc nie zdziwił, kiedy biała jak mleko Sivarius przeszła do sedna, pytając go o obraz. Im głębiej jednak wprowadzała go w szczegóły, tym ciekawszy się robił. 

- Zależy mi, żeby to był naprawdę duży obraz rodzinny. Wie pan, ród mojego partnera od wielu pokoleń zamieszkiwał te tereny, mój zresztą także, jednak od jakiegoś czasu planujemy przeprowadzkę poza Królestwo. Wiem, że partnerowi z trudem przychodzi ta decyzja, ponieważ jest przywiązany do tego miejsca. Wymyśliłam, że taka pamiątka mogłaby go trochę podnieść na duchu- wadera nieśmiało się uśmiechała, co jakiś czas gubiąc się w zdaniu. Malarz pokiwał głową, bacznie słuchając- Chciałabym, aby na obrazie był mój partner, jego matka, jego dwaj bracia, ja z siostrą i trójka naszych szczeniąt, a w tle byłaby nasza posiadłość. Wszyscy są teraz na miejscu... planujemy przenieść się za około dwa księżyce, więc zależy mi na czasie… No i słyszałam o panu wiele dobrego.

Gdyby jakiś przyjaciel mu powiedział, że słyszał o nim “wiele dobrego”, to Elijas zaśmiałby mu się w nos. Ale Elijas nie miał prawdziwych przyjaciół. I nieczęsto się śmiał. A przed nim stała potencjalna klientka, która ewidentnie go chwaliła. Może i powinno zrobić mu się miło po takich słowach, ale dziwnym trafem wcale się nie poczuł niczego miłego, ponieważ nie wspomniała o jego sztuce, tylko o nim samym.

- Brzmi to jak masa pracy, jednak wszystko jest do ustalenia- odparł łagodnie, spoglądając w złote tęczówki. Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że malowanie tych oczu już mogłoby być całkiem miłe.

- Oczywiście- wadera pokiwała żywo łebkiem, po czym się rozejrzała dookoła- Co pan powie na spacer przez Podziemne Ogrody, żeby nie stać pod murami?

Elijas podniósł zad.

- Proszę przodem.

Basior poświęcił nieznajomej spory kawał dnia, ponieważ go o to poprosiła, a co jeszcze ciekawsze- zadziwiająco zależało jej na tym, aby to właśnie on namalował ten obraz. Powodem mogło być to, że miał tak dobre recenzje, w końcu nierzadko się trafiało, że nawet jego miłości na jedną noc kojarzyły jakieś jego malunki (co prawda wnoszenie pracy do łóżka nie było czymś pożądanym, ale przynajmniej Elijas miał świadomość, że jest rozpoznawalny w jakichś kręgach), ewentualnie po prostu nie znała innych artystów, którzy byli na miejscu i zbierali zamówienia, właściwie, w biegu. Dwa miesiące to nie było dużo czasu, co Elijas zaznaczył od razu, ponadto sama posiadłość znajdowała się w, o ironio, Dystrykcie III. Malarz nie byłby w stanie tak podróżować z i do Centrum, żeby zdążyć ze wszystkim i przy okazji żyć w jakiś godny sposób, więc Sivarius bez problemu zaproponowała artyście na czas pracy jeden z pokoi oraz wyżywienie. Stwierdziła, że nie byłby to żaden problem, a i wciąż skłonna była wiele zapłacić za skończone dzieło. Poprosił o czas na przemyślenie sytuacji i dopięcie niektórych spraw, na co wadera przystała, codziennie przychodząc po odpowiedź. Już po trzech dniach, Seresshmir miał zapakowane na wóz najpotrzebniejsze rzeczy. Po czterech był już w Dystrykcie III, przywitany i ugoszczony przez właścicieli domostwa. Po czterech i pół, wybrał się na spacer po okolicy.

Przede wszystkim, musiał obejrzeć dom z każdej strony i wybrać najbardziej korzystną perspektywę, w końcu potrzebował zmieścić na płótnie osiem wilków w ten sposób, żeby byli na pierwszym planie, a przy tym budynek za nimi musiał być rozpoznawalny. Problemem były też drzewa ciasno otaczające całość- nie dość że ograniczały plac manewru, dodatkowo psuły padanie światła. 

Wyraz na pysku Aeskerona pozostawał tak samo beznamiętny, nawet po siódmym okrążeniu dookoła budowli. W zamyśleniu badał co do dziury w drewnianych palach, podtrzymujących dwupiętrową posiadłość. Obserwował drzewa, światło, dachówki podchodząc, a potem cofając się o kolejne metry. Malował w głowie kolejne ujęcia, a potem wybierał te najlepsze. Po jakimś czasie powrócił do środka.

Między pokojami przepływał zapachy pieczeni, kiedy skierował się do kuchni, gdzie oczekiwał spotkać panią domu. Wadera rzeczywiście krzątała się po całym pomieszczeniu w skupieniu, jednak szybko wyłapała intruza i promiennie się do niego uśmiechnęła.

- Pan Elijas! Zaraz będzie kolacja, zapraszam. Jak podoba się dom?


Wszyscy byli ożywieni pojawieniem się artysty na ich włościach. No dobra, może nie wszyscy- jeden z braci gospodarza miał we wszystko absolutnie wywalone, a sam gospodarz wyglądał na tak zmęczonego życiem, jakby nie miał sił na prowadzenie konwersacji, chociaż wyraźnie się starał. Dla odmiany, siostra gospodyni była tak niesamowicie rozgadana, że wręcz raziła Elijasa iskrami, które sypały się z jej oczu, podobnie jak trójce rozbieganych szczeniąt, które podskakiwały i nie kontrolowały swoich zdolności, zamrażając przypadkowe obiekty w zasięgu wzroku. Ledwo wyrabiał z odpowiadaniem na wszystkie pytania, w czym pomagało mu naturalnie zachowywanie spokoju. Gdyby nie to, pewnie poraziłby wszystkich obecnych prądem zanim zasiadł do stołu (może oprócz gospodarza, tego było mu prawie żal). Niemniej jednak z ulgą przyjął, że ze względu na obowiązki domostwo szybko kładzie się spać, jednak on ma się czuć jak najbardziej komfortowo. Niczego więcej nie potrzebował. Szybko podziękował za posiłek i wycofał się do swojego pokoju, skąd wziął szkicownik, węgle i butelkę wina, którą schował pod naprawdę grubym, bordowym futrem. Wyszedł z mieszkania, na zdziwione spojrzenie wadery odpowiadając wyłącznie “niedługo wrócę”. Ta skinęła głową i się uśmiechnęła, krzycząc coś jeszcze o ostrożności. Jednak Elijas nie miał czasu na ostrożności, kiedy poczucie uciekającego czasu go przygniatało z każdej strony. Skoro już wywędrował poza Centrum, to powinien poświęcić jak najwięcej życia na problemy pokroju zbliżającego się deadline’u konkursu, czy nawet braku pieniędzy, które mógłby zarobić po uprzednim namalowaniu paru obrazów. Był wolnym strzelcem, więc potrzebował jakiegoś zabezpieczenia, a teraz miał świetną okazję na uzyskanie takowego. 

Jako że w poprzednich latach bywał w okolicy z różnych powodów, z pamięci zawędrował nad Lśniący Przesmyk, który w nocnym świetle księżyca wyglądał dobrze jak zwykle. Aeskron odetchnął chmurą ciepłego powietrza i ciaśniej okrył się płaszczem, którego kaptur niemal przyslaniał mu świat. Wsłuchany w ciszę, rozmyślał o tym, jak bardzo nie lubił przebywać poza Centrum Królestwa- tam przynajmniej nie musiał podnosić swojej temperatury do tego stopnia, że pod jego ciałem trawa robiła się natychmiast sucha, bo było mu zbyt zimno. Podniósł zmęczony wzrok i przesunął nim po krajobrazie, nieoczekiwanie zatrzymując się na jakimś białym punkcie w oddali. Jak się okazało, był to wilk. Ha, oczywiście nie byle jaki wilk. 


<Panie Kvisch?>


Słowa:1813 = 135 KŁ


poniedziałek, 9 listopada 2020

Od Elijasa - Event Halloweenowy - Quest III

 Elijas nie lubił Halloween. Nie lubił szczeniąt, rozdawania im słodyczy, ani przebieranek. W ogóle nie lubił tego okresu w roku.
A to, czego najbardziej nie znosił, to była ta dziwna melancholia. Nijak się ona miała do zabaw w diabły i inne trupiaki, do psujących zęby cukierków, do ganiania po domach z żądaniem ich.
Ale istniała. Istniała, a nawet pojawiała się w dosyć regularnych okresach. Bez żadnej spontaniczności. Powoli, dyskretnie  wkradała się w myśli wilka. Najpierw niepozornie- okoliczne dzieci krzyczą za jakiego ducha czy inne zwłoki się przebiorą, a ty się śmiejesz, bo w końcu duchy to nie tylko te śmieszne, białe prześcieradła. Z czasem niecodzienne myśli zaczynają pochłaniać coraz więcej chwil z doby. Pomyślisz, że dawno nie odwiedzałeś grobu bliskiej niegdyś osoby. No bywa, w końcu skoro umarło, to umarło, po kiego grzyba drążyć temat? Ha, ale żeby to było tylko to! Wiesz, że jednak wypadałoby od czasu do czasu zajrzeć, sprawdzić czy nic nie zmieniło się na moglie, więc zaraz też przychodzą wyrzuty sumienia. I tęsknota. Wtedy już jest do dupy.
- E! Li! Jas!
- Nie jesteśmy na “ty”, smarkaczu- warknął Aeskeron. Szybko odtrącił od siebie szczenię nim młodzieniec zdążył rzucić się na jego łapy i nonszalancko wszedł do drewnianej chaty. Gdy rude stworzenie zostało szarpnięte za nadmiar skóry na karku i zdębiało, wspomniany Elijas zamknął za sobą drzwi i ukłonił się przed stojącą przed nim babką- Dobrze panią widzieć, Inaido.
- Ciebie również- poszarzała wilczyca uśmiechnęła się ciepło, gdy malarz odkładał swoją torbę. Na jej chudych plecach spoczywał narzucony czarny płaszcz, zaś z głowy spływała pasująca kolorystycznie, cmentarna chustka- nie zmieniało to faktu, że niebieskie oczy nie dały się gasić przez grobową atmosferę czy zmęczenie i nadal przypominały niebo podczas pogodnego dnia.
Oba wilki po wymienieniu typowych grzeczności postanowiły poświęcić chwilę na rozmowę o pogodzie, ostatnich wydarzeniach i najbliższych planach, rejestrowanych sumiennie w głowie małego rudzielca. Nawet jeśli dziecior był cichy i grzeczny, niebieskie ślepia wbijał tylko w gościa, czego ten jak na złość zdawał się nie dostrzegać. Widziała to zaś jego opiekunka. 
- Już idziemy, Navann, no już. Zbieraj się- zarządziła, przerywając dyskusję, a czteromiesięczny basiorek skinął posłusznie głową i cichutko pobiegł do innego pomieszczenia. Staruszka odetchnęła, podążając za nim wzrokiem.
- Nie sprawia problemów?
Niebieskooka cicho parsknęła pod nosem, wypełniając chwilową ciszę pomieszczenia.
- Jeszcze nie. Pomaga nosić zakupy, sprzątać, a ostatnio nawet chciał, żebym mu pokazała rodzinny album. Coraz bardziej wciela się w ojca.
Artysta chrząknął z niezadowoleniem, chociaż przez jego pysk przepłynął cień kwaśnego uśmiechu, niby złośliwy.
- O zmarłych nie wypada mówić źle, jednakże wolałbym, gdyby wcielił się bardziej w matkę- para czerwonych oczu automatycznie popłynęła na obraz na ścianie, ukazujący rodzinkę. Biała staruszka, rdzawa samica i ogniste szczenię. Z nich wszystkich w ciągu kilku miesięcy zostało dwoje. Biała staruszka cicho się zaśmiała, a ogniste szczenię wydreptało zza rogu z torbą wypełnioną kwietnymi ozdobami, na jego plecach także był rozłożony czarny płaszcz. Rdzawa samica od jakiegoś czasu już spoczywała pod ziemią. Malarz zamrugał.
- Skarbie, nie jest ci ciężko?- głos Inaidy wskazywał na troskę, nawet jeśli szybko większość uwagi zaczęła pożytkować na znalezienie klucza od mieszkania. Elijas za to nie omieszkał przyglądać się, jak niewielki Navann siłuje się z dużymi wieńcami, jednak uparcie kręci głową na boki. Przez myśl przeszło mu by zapytać młodego czy mu nie pomóc, ale rudzik pewnie zaraz by zaprzeczył i jeszcze poczuł się urażony, że ktoś uwłacza jego męskości, więc syn Ragnarooka oszczędził sobie scen. Jak dzieciak się zmęczy, to Elijas sam weźmie wieńce bez zbędnego gadania, a tymczasem chwycił telekinezą swoje własne.
Gdy stara znalazła w końcu szklany przedmiot, jako pierwsza opuściła budynek. Za nią wyszedł dumny artysta, aż w końcu pojawił się Nav. Wadera zamknęła stare, drewniane drzwi. Wyruszyli.
Tego dnia nie można było powiedzieć, że pogoda jest wymarzona, jednak do tragicznej również było jej daleko. Od rana było niesamowicie pochmurno, to przede wszystkim, jednak Elijasowi wcale to nie przeszkadzało. Lubił, kiedy pogoda dostosowywała się okoliczności, sprawiało to jakąś przyjemność jego artystycznej części. Niebo było całkiem szare, zaś delikatny wiatr wplątywał się w czarne, gładkie futro zwracające na siebie uwagę grubym kołnierzem, jednak nie był nachalny. Złote kolczyki zwisające z długich uszu Aeskerona lekko kiwały się przy każdym sztywnym kroku wraz z brutalnie dużym, czerwonym kamieniem goszczącym na jego okrytej piersi. Przypominały one właścicielowi, jak bardzo jego zmarły ojciec lubił biżuterię. Ponura mina, dostojna postawa. Wszystko było na swoim miejscu, włącznie z nim.
Droga minęła sprawnie i w milczeniu. W mgnieniu oka cała trójka stanęła przed ozdobną bramą cmentarza, a czerwony wzrok starszego basiora prześlizgnął się po jej czarnych, metalowych wrotach. Na szybko pozdrowił wszystkich bogów, wyszczególniając tylko tych najbliższych sobie i wszedł na teren nekropolii. Od razu przez głowę przeleciały mu wspomnienia, że przynajmniej raz do roku to miejsce nie jest równie martwe, co jego mieszkańcy. Kamienne, drewniane, lodowe i szklane tablice i pomniki były ozdobione niezliczoną ilością kolorowych wiązanek i bukietów. Masy bardziej i mniej magicznych przedmiotów, w tym rzeźb, czy świateł różnej maści miały poprawiać duszom pobyt po drugiej stronie. Bo w końcu czy może być dla duszy coś milszego, niż świadomość, że wciąż jest ktoś, kto poświęca im czas i pieniądze? Szczególnie, że nie każdy ma takie szczęście nawet za życia. 
- Idziemy najpierw do dalszych krewnych, potem odwiedzimy Lancera i Nurieal- oznajmiła babka, zniżając głos niemal do szeptu i pomimo zamroczonego spojrzenia artysty, które błądziło między kolejnymi mogiłami, nie powtórzyła się.
- Zrobię podobnie, chociaż nie wiem ile czasu mi zejdzie u ojca. W razie gdybyśmy mieli się już tutaj nie spotkać, przyjdę prosto do waszego mieszkania- pochylił głowę ku waderze, po czym spojrzał na wilczka i jako że młody był wyjątkowo spokojny, może nawet spłoszony, Elijas uśmiechnął się do niego ze złośliwym rozbawieniem- Bądź grzeczny i nie podpal cmentarza.
Jednak młodziak zamiast rozchmurzenia się, tylko skinął głową, potrząsając wielką torbą z ozdobami. Starszy wilk aż zastanowił się, czy młodego już nie bolała żuchwa, jednak nie zapytał. Poobserwował przez chwilę oddalające się sylwetki i zaraz sam ruszył w kierunku pierwszych nagrobków.
Odkąd pierwszy raz postawił łapę na cmentarzu, zawsze jego trasa wyglądała tak samo. Za młodu, kiedy matka i babka szły na groby rodzinne, on z ojcem zawsze najpierw szli przywitać się z tymi, z którymi nie chciał się witać nikt inny. Ragnarook przy tym zawsze powtarzał, że oni sami na tym nie tracą, a duszom tych wilków na pewno robi się lżej, bo w końcu po śmierci wszyscy mieli szansę być równymi. Ojciec bardzo dbał o to, by jego potomek szanował każde istnienie, więc z zapałem i dumą opowiadał historie niektórych z mijanych nieboszczyków- nawet jeśli znaczna część była wymyślona, Elijas słuchał tego wszystkiego z zaciekawieniem. Najbardziej przypadła mu do gustu opowieść o tym jak Generał- pewien bezdomny wilk- uratował młodego Aeskerona przed napaścią ze strony jakiegoś ulicznego gangu za pomocą jednej szklanej butelki. Podczas kiedy arystokrata sikał pod siebie ze strachu, pijaczyna dzielnie rozgromił samodzielnie szóstkę potężnych wilków, a potem w zamian Ragnarook przynosił mu domowe posiłki. Elijas najbardziej lubił właśnie tę historię, bo była prawdziwa.
Stanął więc samotnie nad drewnianym, nieco już podżartym przez robactwo, pomnikiem Generała i skinął głową w geście szacunku. Sam nigdy nie poznał tego wilka, jednak tradycja, była tradycją. Zapalił jeden z przyniesionych ze sobą lampionów i ustawił na ziemi, po czym poświęcił chwilę na bezcelowe stanie w miejscu. Pomyślał, że gdyby był mniej opryskliwy i bardziej lubił szczenięta, to również chciałby zabierać swoje potomstwo co jakiś czas na cmentarz i opowiadać im historie, które sam usłyszał od swojego ojca. Skrzywił się, wyprostował.
Szybko pozbył się dziwnych myśli i ruszył dalej. Po kolei mijał kolejne nagrobki, badając wzrokiem godności kolejnych poległych. Niektórym zapalał lampiony, układał kwiaty, oczyszczał na szybko tablice z liści, z innymi się tylko witał. W końcu wrócił na główną ścieżkę, skąd prosta droga prowadziła do jego rodzinnej mogiły.
Basior nawet nie zauważył, kiedy wstrzymał w płucach powietrze. Z samego faktu zdał sobie sprawę dopiero kiedy stanął nad swoimi przodkami i całkowicie przycisnął czoło do zimnego szkła, odzianego w magiczną barierę.
Rodzinny pomnik tej gałęzi nie był niczym innym, niż trzema kamiennymi trumnami, które były widoczne przez niezwykle grubą taflę barwionego na czerwono szkła. Wierzch grobowca ozdobiony był masą kolorowych wieńców i świateł, otaczających gruby, złoty napis wskazujący na godność rzekomo leżących pod spodem osobistości. Marath Askajd Essend z rodu Seresshmir, Moyraja z rodu Kessandr i ich syn- Ragnarook Marath Askajd. Obok stała podobna mogiła, równie ozdobiona i poświęcona kolejnym krewnym. Wszyscy mieli związek ze sztuką w różnym jej rozumieniu, co zostało zaznaczone poprzez misternie zdobienia na krawędziach płyt.
W rzeczywistości kamienne groby nigdy nie gościły w swoich wnętrzach żadnego ciała, a raczej urny z prochami lub bez nich. Członkowie rodu Seresshimr od zawsze mieli problemy z egzystencją- ci, którzy mieli zginąć śmiercią bardziej lub mniej naturalną kazali się palić, zaś jeśli z jakiegoś powodu wilk nagle “zginął w akcji” również z różnych przyczyn, otrzymywał swoje miejsce przy rodzinie, a do poświęconego mu grobu wkładano przedmioty, do których dusza za życia była przywiązana i relikty patronów. 
Aeskeron wyprostował się. Ze spokojem odpalił lampiony, wyjął kwietne, magiczne ozdoby i rozłożył je równomiernie wszystkim obecnym zmarłym, zaś w jego torbie zostały tylko podarunki dla rodziców Navanna. 
Pozwolił sobie westchnąć, badając wzrokiem jedno z imion wyżłobionych złotem w szkle. 
Ojciec zaraz by go zganił za wzdychanie. Sam zawsze miał pełno energii, a jeśli jakimś sposobem ją tracił, nie dawał po sobie poznać, a już na pewno nie wzdychał. Uśmiechnięty, uprzejmy, z silnym poczuciem sprawiedliwości. Kiedy dowiedział się od swoich rodziców, że wybrali mu już partnerkę, chciał zrobić wszystko, by była najszczęśliwsza, ponieważ sama nie mogła mieć wpływu na sytuację. Nie wdawał się w bójki i wszystko załatwiał charyzmą, urokiem osobistym i szczęściem, a jeśli te metody zawodziły, dumny wilk wyciągał pieniądze. Znał milion wierszy na pamięć, a jeszcze więcej utworów potrafił zagrać na dowolnych instrumentach. Nawet pod koniec swojego życia krzyczał, a raczej starał się krzyczeć, zbyt osłabiony by podnieść głos, że ze smutkiem na pysku to nikt nigdzie nie zajdzie i nikt ma się nim nadmiernie nie przejmować, bo mu głupio. Jednak jego bliscy tylko tyle mogli zrobić, przejmować się. Od wystąpienia pierwszych objawów choroby Ragnarook wygasł w ciągu kilku dni, a Elijas nigdy się konkretnie nie dowiedział czemu stracił tak młodego ojca. Był to moment, w którym w rodzinie powstała gigantyczna wyrwa. Jedni stracili grunt pod łapami, innym poszarpały się relacje. Każdy się bał, każdy poczuł się osamotniony, Elijas chciał, żeby świat się skończył.
Ale jak na złość, świat nie zamierzał się kończyć.
“Ze smutkiem na pysku to nikt nigdzie nie zajdzie”.
Minęła chwila jedna, po niej kolejna i następna. Aeskeron zacisnął zęby i zmarszczył brwi, pochylając łeb. Smutek już dawno nie pojawił się u niego w takim natężeniu, by wpłynęło to na jego dzień, więc i tym razem na to nie pozwoli. Odetchnął, mamrocząc pod nosem pozdrowienia do krewnych. Czasem zastanawiał się, czy ojciec byłby z niego dumny. Jak Ragnarook zareagowałby, widząc swojego syna w związku z innym samcem, jak zareagowałby, widząc jak się upija do nieprzytomności, jak zareagowałby, zdając sobie sprawę, jak bardzo jego syn uparcie trzyma się życia, wewnętrznie go nienawidząc? Jak Ragnarook zareagowałby, widząc jak Elijas bardzo się stara, żeby wszyscy dookoła niego mogli godnie żyć, i żeby nikt nie musiał wstydzić się za niego samego?
Jednak zawsze równie szybko przestawał myśleć o takich rzeczach. Ragnarook nigdy nie wróci, więc to co by sobie pomyślał traciło sens, zaś gdybanie prowadziło donikąd. Liczyło się to, że sam Elijas miał jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Dokończył więc swój monolog.
- I dajcie mi cierpliwość do Navanna, bo osobiście wyrwę mu nogi- poprosił (a może zagroził) ze spokojem, sycząc przy tym tak, jak rasa przykazała. Otworzył oczy- Dziękuję za opiekę. Do zobaczenia wkrótce.





Treść questu:

Halloween to nie tylko przebieranie się, jedzenie słodyczy i straszenie potworami. Jest to też czas w którym wspominamy swoich zmarłych. Dlatego też w tym dniu postanowiłeś odwiedzić miejsca spoczynku twoich najbliższych - rodziny czy przyjaciół. Kogo odwiedzisz? O kim będziesz myśleć? O co będziesz prosił i co będziesz wspominał pośród morza lampionów i kwiatów?

Minimum 1500 słów
Nagroda: 150 KŁ

niedziela, 27 września 2020

Od Elijasa CD. Saity

Obserwował w milczeniu jak biała wadera beztrosko wpycha się w życie nieszczęsnego pijaczyny, który po prostu w nieodpowiednim miejscu i czasie postanowił się walnąć w towarzystwie innych wilków, aby sobie poegzystować bez wyższego celu. Nawet jeśli współczucie było zbyt dużym pojęciem, a empatia nie była jego mocnym punktem, Elijas widział w zdesperowanym spojrzeniu bezdomnego dosadne błaganie o pomoc z tą szurniętą samicą. W istocie, Aeskeron był w stanie zrozumieć dlaczego spośród tych wszystkich wilków to właśnie on mógł zostać odebranym jako potencjalny wybawiciel. Po pierwsze, odwalił przed chwilą dosyć niedyskretną awanturę, która jak najbardziej mogłaby zostać nazwaną poszukiwaniem sprawiedliwości dla bezdomnych. Po drugie, również chwilę wcześniej rozmawiał z tą konkretną waderą, co najwyraźniej wystarczyło, aby zostali zaszufladkowani jako potencjalni znajomi. Zaś po trzecie, Elijas wraz z tym członkiem polutii królestwa znali się- co prawda jedynie z widzenia, starszy basior zapewne kojarzył artystę dużo bardziej, niż w drugą stronę. Malarz mógłby o nim powiedzieć najwyżej tyle, że dosyć często spotykał tego osobnika w okolicy i właściwie to mógłby się zdziwić, że to nie on jako pierwszy skończył z rozprutym brzuchem.
Beznamiętny wyraz zastygł na pysku bezwłosego wilka, gdy jednym uchem słuchając rozmowy, w jego głowie próbowały wykiełkować jakiekolwiek przypuszczenia odnośnie tego, w jaki sposób morderca dobierał ofiarę. Szybko przypomniał sobie słowa Ethaina, który wciąż leżał przy zwłokach przyjaciela. “Kazał mi wypierdalać bo to nie moja pora”. Mimowolnie spojrzał na dwa stare wilki i aż go zemdliło z tego wszystkiego. Chciał wrócić do swojego mieszkania i się upić, nim chuda dupa mu całkowicie zdrętwieje. Nie pamiętać o głodzie, martwych znajomych i innych przyziemnych problemach świata. Był zmęczony.
- Więc tak- wilczyca pojawiła się po chwili, niszcząc rozmarzania styranego czerwonookiego o wiecznym spokoju. Na szybko streściła całą rozmowę o chmurach, polityce i gradzie. Elijasowi niemal drgała powieka od słuchania tego samego po raz drugi, ale mimo wszystko czekał na wielki finał, w którym towarzyszka powie mu coś pożytecznego. Doczekawszy się, zwrócił na nią wzrok- Właściciel Zajazdu "Pod Maciągowym Okiem" może coś wiedzieć na temat tej sprawy. Możemy się do niego przejść. A nóż się czegoś ciekawego dowiemy.
Artysta skinął łbem, powstrzymując narastającą w gardle chęć westchnienia.
- W porządku, i tak byłem w drodze aby coś zjeść- oznajmił, gdy jego uwagę odwróciło skrzypienie przemieszczającego się w ich kierunku wojska
- A tu taka miła niespodziewanka- na pysk wadery wstąpił wesoły wyszczerz, który Aeskeron skomentował tylko krótkim spojrzeniem w jej błękitne oczy. W tej samej chwili do obojga zbliżył się ten sam strażnik, który przez cały czas zachowywał milczenie, zaś nowo przybyłe cztery wilki już zbierały sztywniejące ciało.
- Zabierzemy go od razu do grabarza- oznajmił krótko wojak.
- Dobrze- odparł chudzielec- Jutro do wieczora załatwię formalności, do tego czasu niech leży w jakimś zimnym miejscu.
- Podejmiemy też środki w kwestii odnalezienia sprawcy.
Piaskowy basior nie miał nawet ochoty udawać, że wierzy w te słowa, więc odwrócił zimne spojrzenie na poczynania władz, zamykając temat. Strażnik zaś, nie otrzymawszy odpowiedzi, skinął łbem do obojga, a odchodząc z martwym bezdomnym kiwnął nawet do Ethaina, który za bardzo był skupiony na osobistej rozpaczy aby to zauważyć. Gdy zniknęli w innej uliczce, dopiero wtedy artysta zdał sobie sprawę, jak ogromny tłum zebrał się dookoła nich. Niby nikt się nie interesował, nikt nie szukał kontaktu wzrokowego, nikt też nie zostawał na dłużej niż kilka sekund, a jednak wszyscy byli w tym samym miejscu. Jego ucho drgnęło z niepokojem, gdy spojrzenie padło na pozostałą kałużę krwi.
W końcu wstał i podszedł do znajomego członka polutii, zbierając się w sobie, bo co mógłby powiedzieć w takiej sytuacji? Żeby nie chodził sam? Przecież Nerevalt nie był sam, a zginął. Że jego przyjaciel już jest w lepszym miejscu? Ot, pierdolenie. Żeby się uśmiechnął? Prędzej by się zrzygał kwasem, niż przeszłoby mu to przez gardło. Że dopilnuje, aby już nikt nie zginął? Sam w to nie wierzył.
- Panie Ethainie, proszę na siebie uważać- wymruczał najspokojniej jak potrafił pierwsze, co nie wydawało się znowu aż tak debilne- I niech pan próbuje nie rzucać się w oczy. 
Ślepy wilk się podniósł i przy tym całym odorze krwi i śmierci, nawet nie było czuć jego własnego aromatu wątpliwej jakości. Spojrzał na artystę zaćmionymi oczami, a Elijas wolałby się tego dnia wcale nie obudzić. 
- A weź przestań. W dupie z takim życiem- wywarczał niechętnie, gapiąc się gdzieś w przestrzeń, po czym pociągnął nosem- Rozszarpują wilka jak robactwo, bo co, bo gorszy?
Aeskeron nie mógł zaprzeczyć, kątem oka rejestrując jak biała wadera przechadza się po okolicy, pozostając jednak cały czas w zasięgu wzroku, zapewne już znudzona czekaniem.
- Zarejestrował pan może jakieś cechy napastnika? Płeć, wielkość lub kolor futra? Może kojarzy pan głos?
Bezdomny odkaszlnął, po czym znowu przysiadł i podrapał się tylną nogą za uchem.
- Chyba był biały i dosyć wysoki, ale mógł mieć coś narzuconego na siebie. Nie wiem, nie miałem czasu się przyglądać- wymamrotał, kręcąc głową- Na pewno chłop, chyba że jakaś zmutowana suka.
- Rozumiem- wężowaty na chwilę umilkł, podążając spojrzeniem za wilczycą- Zatem idę, zaś pan niech się gdzieś ukrywa przez następne dni i…
- Eljas, dziecko, co mi da ukrywanie się? Jak bogowie chcą mnie sprzątnąć, to i tak to zrobią!- roześmiał się niewesoło, powodując u młodszego zaciśnięcie zębów. 
- Bogowie nie mają z tym nic wspólnego, sam pan musi się pilnować.
- Idź ty też się pilnuj- stary prychnął, pochylając się do przodu. Nawet jeśli wtedy wyglądał na całkiem obojętnego, malarz nie potrafił spojrzeć na niego inaczej, niż jak na zastraszone zwierzę, dla którego ratunku już nie było. Niesamowicie go to irytowało.
Elijas podniósł się, pozdrowił pijaka głębokim ukłonem, by ten na pewno to dostrzegł i natychmiast wmieszał się w tłum, nie czekając na nowo poznaną waderę. Zaczął się zastanawiać nad tym co usłyszał, co zobaczył i co mógłby z tym zrobić, by jakoś ograniczyć całą tę rzeź.
- Panie filantropie, strasznie szybko pan się porusza, mógłby pan poczekać chwilę!
Aeskeron uniósł wyżej łeb prostując się, jednak nieco zwolnił gdy biała wilczyca zajęła miejsce po jego prawej.
- Mój błąd, proszę o wybaczenie- wymruczał.
- No raczej, że nie mój- zaśmiała się- Rozmawialiście o czymś przydatnym?
- Podejrzany może być Sivariusem, gdyż pan Ethain powiedział że widział białego, wysokiego basiora. Jednak pan Ethain jest również praktycznie ślepy i był pod wpływem silnych emocji, więc kto wie, co on naprawdę widział- odparł, ignorując fakt jak prywatne pytanie to było.
Wadera odpowiedziała krótkim “Mhm”, lekko marszcząc czoło, jakby nad czymś myślała, gdy Elijasa coś tknęło.
- I zamiast “pan filantrop”, preferowałbym “pan Elijas”, ewentualnie samo imię.
- Elijasss?- wadera wysyczała, naśladując charakterystyczny akcent z jakimś dziwnym rozbawieniem.
- Elijas Ragnarook Marath z roku Seresshmir.
- Pańscy rodzice musieli mieć niesamowity problem z wybraniem jednego imienia, co?
Aeskeron spojrzał na rozweseloną wilczycę spacerującą tuż obok, niczym szczenię rozglądając się po okolicy. 
- Niekoniecznie, pierwsze nadał mi ojciec, następne są ze względu na tradycję- wyjaśnił pokrótce, nie chcąc zagłębiać się w tak nieistotne szczegóły- Jak nazywać panią?
- Mnie? Saita, może być Sai.
- Miło poznać- wymamrotał ciężko, jednak zaraz po chwili zganił się za to w myślach. Może i pesymizm wypływał mu tego dnia uszami bardziej niż zazwyczaj, jednak mógł trochę przyhamować przy obcej waderze… nawet jeśli ona sama nie sprawiała wrażenia przejętej czymkolwiek. 
A skoro już o przejęciu mowa, po niedługiej chwili do głowy wilka zaczęły napływać myśli z serii “na co mi to wszystko?” i  “czy ja na poważnie zacząłem zabawę w detektywa?”. W rzeczy samej, wilk nie miał żadnego doświadczenia w zakresie jakichkolwiek prac wojskowych, czy detektywistycznych, a w Saicie nie pokładał zbyt wielu nadziei. Był pewien, że zaraz jej się znudzi i sobie pójdzie jak tylko ich “śledztwo” zatrzyma się w martwym punkcie lub zrobi coś na tyle irytująco-marnującego czas, że Elijas pierwszy pójdzie w długą.. już nawet  pomijając fakt, że gdyby nie ona, to sam pewnie nie podjąłby się niczego takiego- raczej próbowałby kogoś do tego wynająć. Musiał przed sobą przyznać, że podjął decyzję o ruszeniu z tym wszystkim idąc za ciosem wymierzonym przez samicę, co jeszcze bardziej tknęło w jego ego.
Jeszcze bardziej sfrustrowany niż wcześniej przepuścił waderę w wejściu do budynku i pozwolił się jej prowadzić, gdy szła zająć wolny stolik na boku pomieszczenia. Chłodny bezsens wciąż tkwił na jego pysku podczas zdejmowania z siebie niesamowicie czerwonego, ozdobnego futra.
- To jest prawdziwe?
Elijas zwrócił oczy w kolorze płaszczu na te niebieskie, należące do wadery.
- Owszem, zrobione jest z futer czarcich mar mieszkających na wschodzie- odparł grzecznie, usadawiając się wygodnie na miękkim siedzeniu i rozejrzał się z dyskrecją po karczmie, urządzonej w dosyć przytulnym stylu. Zwrócił uwagę na umeblowanie, rozmieszczenie stolików, bar, a także na pracowników i gości. Przy tych ostatnich w pewnym momencie aż serduszko mu szybciej zabiło, gdy nieoczekiwanie dostrzegł znajomą sylwetkę, wbijającą w niego wybitnie natarczywe, brązowe spojrzenie. Basior uniósł lekko brew, kiedy postać przywoławczo kiwnęła na niego łbem.
- Rzuca się w oczy- przyznała Saita, zaś Elijas uśmiechnął się krzywo, jednak lekko rozbawiony, gdy zdał sobie sprawę, że stwierdzenie mogło się odnosić zarówno do drugiej wadery, jak i jego futra.
- W rzeczy samej. 
Pani Saita odwzajemniła uśmiech z zainteresowaniem, zaś Elijas odchrząknął.
- Myślę, że to może być coś poważnego. Porozmawiam z nią.
- Ah tak? A co ze mną, mam tu czekać?- na pysku wadery pojawiło się nagłe niezadowolenie, jednak Aeskeron już zadecydował, więc sam przywdział nieco zaczepny uśmiech, który tak kontrastował z jego dotychczasowym zachowaniem.
- Może pani porozmawiać z barmanem na temat właściciela. Z moich obserwacji wynika, iż posiada pani do tego talent, ja zaś za chwilę dołączę.
Samica drgnęła i wydęła dolną wargę, eksponując swoje naburmuszenie.
- Ah tak? Może jeszcze nektar do tego?
Basior wstał, pozostawiając swoje futro przy stoliku, a ładny uśmiech nie schodził z jego pyska, gdy odparł dżentelmeńsko:
- Nie pijam nektaru, jednak byłbym wdzięczny za dziczyznę. Zapłacę, kiedy załatwię jedną sprawę.
Już widział jak wadera się podnosi, więc zaraz obrócił się na pięcie (nie dosłownie, ale wiadomo o co chodzi) i ruszył w kierunku stolika po przeciwległej stronie karczmy, a jego pysk wrócił do normalnego… no, standardowego wyrazu.
Gdy był o krok aby przywitać się ze starą znajomą, ta natychmiast się wyprostowała.
- Skąd ją wytrzasnąłeś?- warknęła gniewnie, jednak syn Ragnarooka nie dał po sobie poznać zaskoczenia, które w niego uderzyło. Nie mniej jednak nie spuścił już czujnego spojrzenia z towarzyszki ani na chwilę podczas siadania.
- Co masz na myśli, Suviano?
Złota wadera trzepnęła długim, ozdobionym przez kolorowe kamyczki i łańcuszki ogonem, zaś ładny pyszczek wykrzywiony był w mało atrakcyjnym grymasie. Była od Elijasa młodsza o trzy lata, uwielbiała nosić masę ozdób, kolorowe stroje i inne dekoracje, ponadto lubiła mieć nad wszystkim kontrolę, co dostarczało jej masy nowych klientów, zafiksowanych na całej jej osobie.
- Tę wywłokę- Suiviana niedbale wskazała na Saitę. Elijas podążając za jej spojrzeniem, dostrzegł że wspomniana biała wadera, o dziwo, rzeczywiście poszła do barmana- Co ty niby o niej wiesz?
I ponownie spojrzał na prostytutkę z konsternacją, tym razem nie ukrywając znużenia.
- Nie powinno być to dla ciebie istotne, naprawdę- odparł, starając się nadać głosowi delikatny wydźwięk, aby nie zrazić wilczycy napadem złości za wpychanie się w jego życie. Jednak ona dalej trzymała się swojego, dając piaskowemu wilkowi coraz bardziej do zrozumienia, dlaczego wadery nie są dla niego.
- Ja przynajmniej na tym zarabiam, i..!
- Już, wystarczy- warknął szybko, przerywając- To nie ona jest tu istotna, tylko martwe wilki. Neveralt nie żyje, a ja chcę się dowiedzieć czegoś na ten temat- jego głos był cichy, jednak samo spojrzenie połączone z dramatyczną wiadomością wystarczyły, by myśli wadery zrobiły gwałtowny w tył zwrot.
- Słyszałam, że kogoś zatłukli, ale nie spodziewałabym się, że to akurat staruszek- wyszeptała, a z jej głosu całkowicie uleciał gniew, jakby problem białej wadery nigdy jej nie dotyczył (a przecież nie dotyczył)- Jeszcze dzisiaj rano kazał mi na siebie uważać...- szeptała nadal, coraz bardziej pochylając się nad stolikiem. Brązowe oczy wyrażały czysty szok.
- Przed chwilą zdaliśmy jego zwłoki władzom- wymamrotał artysta, po czym zmarszczył lekko brwi- Od kogo usłyszałaś wieści i kiedy?
- Czekałam na mojego narzeczonego, bo mieliśmy razem zjeść posiłek, a tymczasem wszedł do środka jakiś basior, dziwny… Dosłownie wszedł, zaczął się śmiać w pysk barmanowi, że kolejny pijak leży zdechły na ulicy i poszedł z pięć minut temu. Jak na moje to zwykły prostak, który czuje się jak jakiś boski potomek bo ma dobrą posadkę i posłuszną dupę obok, która zrobi mu obiadek z podkulonym ogonkiem. Nie pierwszy taki i nie ostatni- opowiedziała, wtulając swoje drobne ciało w futerko z białego niedźwiedzia- Nie przyglądałam mu się, ale jego futro było brązowe z białymi wzorami, poza tym miał strasznie długie uszy i irytujący głos…
Aeskeron nieco konspiracyjnie pochylił się w przód i zaczął mamrotać.
- Jak zareagował barman?
- Nie wiem, bo ten brązowy tak mnie zmroził wzrokiem, że nie odważyłam się więcej podnieść głowy, aż nie wyszedł- wybąkała, odwracając wzrok.
- Rozumiem- wilk skinął łbem i mimowolnie zerknął na roześmianą Saitę i rozluźnionego barmana, co pobudziło do działania całą masę wątpliwych neuronów. Właściwie to dlaczego zamierzał jej zaufać? A w ogóle zamierzał jej zaufać? Znali się krócej, niż dwie godziny, nie miał pojęcia o jej motywach i zdołał zauważyć tyle, że zachowywała się w mocno zbyt przekoloryzowany sposób, jednak jeśli chciała, to pokazywała skupienie. Na wszystkie diabły, za dużo myślał!
Tym razem wyjątkowo pozwolił sobie na westchnięcie przed podniesieniem łba i spotkaniem się z brązowymi oczami. 
- Nie znasz powszechnej opinii o tej babce, nie?- Suviana płynnie zmieniła temat, jednak już nie podnosząc głosu.
- Gdyby interesowała mnie czyjakolwiek opinia…- zaczął pełnym zmęczenia głosem, jednak wilczyca przerwała mu z uśmiechem.
- To nie miałbyś tylu znajomych na poziomie Neveralta, ja wiem- parsknęła- Nie mniej jednak nie uważam, żeby do ciebie pasowała, chociaż wiem, że i tak postawisz na swoje.
- Standardowo.
Bezwłosy wyprostował się i zerknął na Saitę, która wracała do stolika, odprowadzana przez kelnera. Basior trzymał na tacy jakiś posiłek i dwa naczynia ze znajomym napojem, więc i piaskowy wilk zaczął się zbierać.
- Elijas…- zwrócił łeb ku towarzyszce, reagując na delikatny głos- Ethain wie?
Skinął, potwierdzając.
- Był w samym środku akcji. Więc proszę na siebie uważać.
Młoda prostytutka przełknęła ciężko ślinę, okazując żal i odwzajemniła skinienie.
- Ty też uważaj.
Czerwonooki pożegnał się szybko i za chwilę już wrócił do Saity, która siedziała przy ich poprzednim stoliku. Na blacie stał wazonik ze sztucznymi kwiatami, największa z możliwych porcji pieczonego mięsa z jelenia i dwa wielkie kufle nektaru- jeden przed niezwykle zadowoloną waderą, drugi przed Elijasem.
- Czy aby nie wspomniałem, że nie pijam nektaru?- basior zajął swoje miejsce i podsunął bliżej swój posiłek, zerkając na niebieskooką, która nagle okazała niezwykłe zaskoczenie.
- Oh, naprawdę? Musiałam zapomnieć, co za pech!- oznajmiła, sięgając szybko łapami po drugie z naczyń- Ale przecież nie może się zmarnować!
Oba kufle wylądowały pod jej nosem, a zimne spojrzenie czerwonych oczu nieznacznie złagodniało, jakby wcale nie przejmował się wydawanymi pieniędzmi, bo wadera w zamian dostarcza mu swoistej rozrywki. Nie mniej jednak oczy lodowate jak sopel, pozostały lodowate.
- W takim razie, na zdrowie.

<Saito? Dłuższe czekanie to lepsze śniadanie… czy coś xd>

Słowa: 2428 = 166 KŁ

poniedziałek, 13 lipca 2020

Od Elijasa CD. Saity

Ten dzień miał być spokojny. Elijas miał wygrzebać się ze swojego legowiska, trochę powyklinać na czym świat stoi, zjeść coś smacznego w karczmie i może by trochę pomalował, a może odwiedził muzeum, ewentualnie wrócił do spania, bo tak naprawdę było mu wszystko jedno- pewnie więc zdecydowałby w trakcie. Pierwsze dwa punkty szybko miał odhaczone. Z rana (artysta miał własne poczucie czasu- jego rano zaczynało się za każdym razem o innej godzinie, a tego dnia wypadło długo po południu, bo ostatniej nocy poczuł mocną potrzebę wypicia większej ilości pysznego wina, które dostał od znajomego. Wino było z jakiegoś egzotycznego owocu i nie mógł się powstrzymać, żeby sprawdzić po jakim czasie odczuje jego skutki. Odczuł je dopiero po kilku godzinach, ale padł jak szczeniak po jednym kieliszku) wstał, poprzeklinał, aż narzucił na siebie długi, czerwony płaszcz, przyozdobiony czarnymi kamieniami. Wyszedł z domu i zaczął spacer w kierunku znanej karczmy. Tak, zapowiadał się naprawdę spokojny dzień… a przynajmniej dopóki nie wkroczył w niego stary, cuchnący alkoholem wilk.
Znaczy, śmierdział nim jeszcze bardziej niż Elijas, od którego na co dzień czuć było charakterystyczną mieszaniną win i farby, co niekoniecznie było nieprzyjemne, a już na pewno w porównaniu do zaniedbanego bezdomnego.
Wysiwiały basior niemal gwałtownie wpadł na malarza, jednak ten dyskretnie odepchnął go telekinezą, rozpoznając już z oddali znajome brudne futro. Przez te kilka sekund zdążył zrozumieć tyle, że dzieje się coś bardzo złego. Przekrwione, pokryte następującą zaćmą oczy bezdomnego chaotycznie przemieszczały się po całej sylwetce wilka, aby zaraz przesunąć się gdzieś poza niego, jakby ledwo kontaktował. Przeraźliwie przy tym sapał i coś stękał. Szukał ratunku, jakiejkolwiek pomocy niczym dzikie zwierzę- od dzikusa odróżniało go to, że w pozlepianą sierść na policzkach wtapiały się najżywsze łzy. Elijas zadrżał, jednak jego wzrok pozostał niewzruszony, jakby próbował przekonać samego siebie, że nie warto panikować bez znajomości szczegółów. Pewnie to coś prostego do rozwiązania. Na pewno, Elijasie. Ten dzień jeszcze będzie spokojny.
Bezwłosy więc odchrząknął.
- Panie Ethain- zasyczał w kierunku basiora dosyć ostro, by go dobudzić. 
Ten zdębiał. Po chwili ponowił atak na artystę, podnosząc przednie łapy. Oczywiście ponownie odepchnięty. Syn Ragnarooka zmarszczył brwi jeszcze bardziej, robiąc krok w tył, kiedy bezdomny zachwiał się, ostatecznie upadając zadem na drogę. Zaraz jednak powstał na roztrzęsione nogi.
- E… Elijas?! Ja pierdolę, Elijas, to ty! Sa… sama Farani mi tu cię ze...słała!- wilk wrzeszczał, jego oddech świszczał, a wszędzie dookoła latała cuchnąca ślina, na łapach chyba miał krew. Wypalony alkoholem głos ranił uszy, zwracając na siebie uwagę przechodniów, a piaskowy wilk miał wrażenie, że bardziej nad jego głową siedzi Lore-Imri, niż bogini szczęścia- Mu... musimy się pośpieszyć!- chrypiał dalej i zrobił wielki krok w przód. Dalej chaotycznie się jąkał, kręcąc przy tym jak obłąkany. Elijas zacisnął zęby na języku. 
Złapał telekinezą bezdomnego za boki, unieruchamiając trzęsące się ciało, ale nie zbliżył o krok, kontynuując bycie zatorem na drodze dla innych mieszkańców. Znowu dotarły do niego jakieś dzikie krzyki i aż krew odpłynęła mu z głowy. Ethain zaczął krzyczeć jeszcze bardziej przeraźliwie, a gorące łzy dodawały mu efektu bycia słabym i żałosnym pomiotem świata. 
- Niech pan do mnie mówi, nie czytam w myślach- artysta wywarczał, próbując złapać jakikolwiek kontakt ze świadomością basiora, który stale jęczał i wył z rozpaczy- Co się dzieje? 
- On... biją Ner..revalta! Kazał mi wypierdalać bo to nie moja pora. Wziął go za łeb, zaczął wymiotować, tylko słyszałem! Nie mogłem walczyć, Eli, nie mogłem! Musimy… Szybko!- wilk nadawał jednym ciągiem, który zakończył przerażająco głośnym szlochem. 
Pod artystą prawie ugięły się łapy, bo do cholery jasnej, dlaczego to on musiał się w tym znaleźć?! Dlaczego tak nagle?! Mordestwo?! Skąd brali się tacy sadyści, którzy mordowali wilki gorszej kategorii jak niepotrzebne robactwo?! Kurwa, w dodatku to nie był taki pierwszy raz.
Gdzieś słychać było kolejny wrzask. Może to już podświadomość.
A Elijas tracił czas, ogarniając się z szoku.
- Idź po wojskowych. Teraz!- krzyknął na siwego. Wilk chciał złapać młodszego basiora za łapę, ale ten nie pozwolił się dotknąć, nie rozumiejąc dlaczego stary jeszcze się nie rusza.
- Ale oni…
- Do cholery, niech tylko spróbują odmówić!
I Ethain skinął łbem, po czym pobiegł. Kulejąc i się zataczając, jednak jakby poczuł nową siłę, mając w końcu kogoś po swojej stronie. 
Elijas w tym czasie poddał się intuicji, która miała zaprowadzić go do Nerevalta, bo co innego mógł zrobić? Biegł przy budynkach, unikając kontaktu z innymi wilkami, zaś czerwone futro ciągnęło się za nim jak groźny sygnał, zabraniający zbliżania się. Alarm, nakazujący bezwzględnie zrobić miejsce postaci, która była w pośpiechu, bo niesie ze sobą ważną misję. Przez cały czas rozglądał się na innych przechodniów, jakby mogli poprowadzić go prosto do krzywdzonego basiora. Bo oni wiedzieli. Oni wszyscy musieli wiedzieć, bo po niedługim czasie artysta bezbłędnie trafił w boczną uliczkę Centrum, gdzie już czekały na niego świeże zwłoki i obrzydliwie duszący odór śmierci. Przełknął ślinę.
Rzeczywiście, martwy już basior leżał na boku. Jego szeroko otworzone oczy powoli zachodziły mgłą, a z rozszarpanej klatki piersiowej i boku uchodziła energicznie, czerwona jak pajęcza lilia, krew, w której już zresztą cały był ubrudzony. Przednie łapy miał wyciągnięte do przodu, tylne karykaturalnie połamane. Nie leżał tak długo, jednak kałuża posoki pod nim była na tyle okazałych rozmiarów, że Elijasowi zrobiło się słabo na myśl o tym, jak stary musiał długo cierpieć przed śmiercią. Nie zdążył.
Pierwszą reakcją było obrzydzenie, bo to nie było coś, co chciałby widzieć ktokolwiek normalny. Czuł wstręt do martwego ciała, ale jeszcze większy do wilków, które szły tuż za jego plecami. Oni wszyscy wiedzieli. Chciał zwymiotować. Ale nie potrafił, bo gdyby to zrobił, czułby wstręt i do siebie. Chciał też upaść. Chciał zapłakać. Chciał zacząć wrzeszczeć, bo śmierć tego wilka była bezsensowna. Śmierć tych wszystkich wilków gorszego sortu była tak przykra i bez sensu że nie potrafił tego pojąć. Chciał wyć i przeklinać, żeby dusza martwego wiedziała, że ktoś pozostanie za nim w żałobie i będzie o nim myślał od czasu do czasu. Że dla kogoś się liczył.
Ale Elijas nie należał do płaczących. 
Stał tak, a na jego pysku widniał chłód i nawet jeśli co bardziej spostrzegawczy wilk zauważyłby jak silnie zaciska szczęki, nikt nie był w stanie zauważyć, jak szybko biło jego przerażone serducho. Nic więc dziwnego, że nie spodziewał się usłyszeć za sobą wesołego głosiku, tak nieadekwatnego do sytuacji. Podskoczył, ledwo powstrzymując ciało od postrzelenia obcej wadery prądem.
- Może pomóc?- zapytała, a jej wybitnie głupi uśmiech spowodował, że Elijas miał wrażenie jakby mu szkliwo na zębach zaczęło pękać od tego zaciskania. Próbował nie drżeć i walczył ze sobą, żeby nie zacząć wrzeszczeć na beznadziejną wilczycę, która jak gdyby nigdy nic wbiła sobie ot, tak, ignorując leżącego obok trupa, okazując mu całkowity brak szacunku.
Nim jednak Aeskeron zdążył odpowiedzieć, w jego polu widzenia pojawił się Ethain, a za nim dwóch strażników. Wyrazy ich pysków były równie beznadziejnie głupie co tej wadery, jednak ci najwyraźniej działali do niej odwrotnie i postanowili udawać skończonych idiotów.
- Co tu się dzieje?- zapytał młodszy, acz wyższy basior, kiedy zrozpaczony bezdomny rzucił się przed zwłoki przyjaciela, wyjąc jakby to jemu właśnie brutalnie odebrano życie. Wojownicy się nieznacznie skrzywili, wadera pozostała uśmiechnięta, a Elijas wziął głęboki wdech.
- Jak do tego doszło, że na ulicy Królestwa katują wilka, a wojsko nic z tym nie robi?- zapytał oschle, ignorując pytanie które wcześniej padło. Przymknął oczy, aby nie wyskoczyła mu na czole żyłka, kiedy ryk bezdomnego stał się jeszcze donośniejszy.
- Nikt nie zgłosił żadnego pobicia. Strażnicy zajmują się wieloma rzeczami na raz i nie jesteśmy w stanie reagować na wszystko- zaczął starszy z pełnym spokojem, tylko zerkając na martwe ciało. Doskonale wiedział, że z tego nie było już co zbierać, nie żeby miał na to ochotę. Aeskerona zaś tylko kultura trzymała od tego, żeby nie przerwać mu w połowie pierwszego zdania orzeźwiającym pierdolnięciem w głupi ryj.
- Czyli jak rozumiem, jeśli ja będę się wykrwawiał na środku drogi, zrywając przy tym gardło do krwi tak, że szczenięta sikają pod siebie ze strachu, to muszę sobie poczekać aż strażnicy znajdą czas, bo akurat muszą sobie postać pod sklepem i przetkać uszy na wrzaski rozrywanego wilka?- wysyczał, a gdyby miał futro, całe by się najeżyło. 
Starszy strażnik ściągnął brwi z oburzeniem, chociaż daleko mu było do agresji.
- Panie Elijasie, proszę nie tym tonem. Wojsko naprawdę stara się chronić wszystkich mieszkańców...
Artysta wbił natarczywe spojrzenie w jadeitowe oczy drugiego basiora. Został rozpoznany. W innych okolicznościach pewnie poczułby się dumny, teraz co najwyżej mógł odczuć jako-taką satysfakcję, że skoro ktoś zna jego nazwisko, to jest kimś ważnym, a przynajmniej ważniejszym, niż jakiś wojownik. Nie oznaczało to jednak, że miał zamiar się uspokoić. W końcu miał sensowną okazję, żeby się wyładować.
- Przepraszam bardzo, nie zauważyłem- wywarczał ironicznie w odpowiedzi- To już czwarty bezdomny, który stracił życie na przestrzeni miesiąca. Nikt się tym nie interesuje i…
Młodszy ze strażników nagle zajął głos i przerwał w połowie wypowiedź Aeskerona, najwyraźniej nie mogąc wytrzymać ośmieszania. Nie spodziewał się jednak, że zostanie zbesztany za to przez obcego wilka, jakim był Elijas, który wrzasnął że nie życzy sobie aby ktoś mu wchodził w słowo, ale także przez starszego kolegę po fachu, który zabronił mu się odzywać, bo kojarzył tego specyficznego malarza. Siedząca obok biała wadera miała niezły ubaw obserwując to wszystko, ale tymczasowo czerwonooki nie miał czasu się nią zająć. Nie, żeby wyglądała jakby jej to przeszkadzało.
- Proszę zabrać stąd to ciało. Natychmiast. Nie mam zamiaru oglądać martwych wilków na ulicy, zapewne reszta mieszkańców również- i tutaj zwrócił spojrzenie na wyższego wojskowego, który zdawał się nadal przeżywać burę od starszego strażnika- W każdym razie tak czy inaczej wyślę odpowiednie pismo do Królowej z zapytaniem, czy ona nie ma niczego przeciwko masowemu ubojowi mieszkańców Królestwa Północy. 
Wilk przeszyty wężowatym spojrzeniem przygryzł policzek od środka i posłał swojemu towarzyszowi pytający wzrok, najwyraźniej tracąc ochotę na jakiekolwiek dyskusje. W odpowiedzi dostał krótkie “idź po wsparcie”, bo wiedział, że ten chudzielec byłby w stanie się nawet wybrać osobiście do Królowej, a gdyby jakimś cudem i ona olała sprawę- malarz sprowadziłby samych bogów. Zatem Elijas uznając tę bitwę za wygraną, z równie nieprzyjemnym spojrzeniem zwrócił się do Ethaina, jednak nieco złagodniał na tonie. Siwy, kulawy bezdomny już się nieco wyciszył, jednak dalej leżał wiernie przed ciałem przyjaciela, wpatrując się zaćmionymi oczami w pysk trupa.
- Opłacę pogrzeb- oznajmił krótko, załatwiając drugą sprawę.
Pijaczyna tylko lekko skinął drżącym łbem, dając do zrozumienia, że przysłuchiwał się całej rozmowie. Przez pysk strażnika przeszło coś między wstrętem, a współczuciem, Elijas nie mógł tego rozgryźć, więc zwrócił wzrok na obcą wilczycę, która w odróżnieniu do grobowych min basiorów, wyglądała jakby oglądała dobry spektakl. Cóż, Aeskeron w rzeczy samej chciałby, żeby to wszystko było tylko sztuką- pewnie gdyby tak było, a on był zwykłym obserwatorem, to sam bawiłby się przednio, ponieważ temat był ciekawy, jak dobry kryminał, a rozweselona postać wilczycy, która teraz go tylko irytowała swoją ignorancją wprowadzałaby humor. Przez głowę nawet mu przeszło, że mógłby napisać scenariusz i sprzedać go jakiemuś teatrowi. Przynajmniej dorobiłby trochę grosza na więcej pogrzebów bezdomnych, bo nie zapowiadało się na zmiany. Skrzywił się na tę myśl, patrząc na sztywniejącego basiora, po czym podniósł swój własny sztywniejący od zimna zad i zbliżył się do białej wilczycy pod czujnym okiem strażnika o zielonych oczach. Był na tyle uspokojony, że przyciszył głos, dając do zrozumienia reszcie obecnych, że ta rozmowa nie powinna ich interesować.
Miał nadzieję, że dowie się czegoś konkretnego za niedużą cenę i wadera ma więcej do zaoferowania niż durne uśmieszki i popisy.
- Mówiła pani o pomocy. Zapraszam więc do podzielenia się spostrzeżeniami.
Skoro już bawili się w odgrywanie sztuki, to poszedł za ciosem. Show musiało trwać.

<Pani Sai~?>

Słowa: 1901 = 140 KŁ

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Od Elijasa - Trening VII

Centrum wyglądało tego dnia dokładnie tak samo, jak Centrum wygląda zawsze. Słoneczko świeciło, wiaterek wiał, monarchia panowała, więc żyć, nie umierać, a przecież życie jest piękne.
Aeskeron doskonale o tym wiedział, gdy “grzał” swoje zacnie siedzenie w starej, zimnej chałupie. Z zewnątrz obity deskami budynek wydawał się drewniany, jednak w środku między popruchniałymi panelami dało się dostrzec fragmenty gołych cegieł w odcieniach szarości. Sprawa inaczej się miała jeśli akurat patrzyło się na okno w formie rozbitej szyby, gdzie ubytek został zapchany białą szmatą, a całość prowizorycznie przysłonięta białą firanką z koronki. Na ciemnych ścianach panowały stare, pozornie bezwartościowe obrazy, których jednak historię Elijas zdążył poznać. Na jednym ze zszarzałych płócien widoczny był zarys rudego basiora o dumnym spojrzeniu i, może nieco zbyt wesołym, jak na kogoś kto idzie na wojnę, uśmiechu, wszystko osadzone na tle lasu. Wilk ubrany był w zbroję wojskową, która lśniła jakby samo słońce było dumne z tego wojownika, a zresztą miało rację, bo wojownik w rzeczy samej wydawał się być zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie dobrą osobą, z której należy być dumnym. Obok niego była druga postać, może nie aż tak dumna, ale na pewno tak samo szeroko uśmiechnięta. Piękna, młoda wadera o białym futerku, niczym drobny motyl siedziała przy boku większego wilka, pieszczotliwie jedną łapą przytrzymując tę jej partnera. Delikatna i kochająca, a przy tym niezwykle silna, bo mimo przerażenia, nie pozwoliła aby jej strach został ukazany na ostatnim obrazie z ukochanym. Artysta spisał się doskonale odwzorowując tamtą chwilę, ponieważ w tym niepozornym malowidle zawarł więcej emocji pary, niż pewnie syn Ragnarooka doświadczył przez całe swoje życie, co było w sumie dosyć przytłaczające, kiedy ostatecznie zdał sobie z tego sprawę. Drugi z obrazów był Aeskronowi jeszcze lepiej znany. Był nowszy, a co za tym idzie: wyraźniejszy, a kolory żywsze. Przedstawiał szczeniaka w objęciach matki, za nimi blisko stała starsza wadera. Rdzawy pieseczek ledwo zdążył otworzyć ślipka, kiedy artysta został przyzwany do uwiecznienia pięknej chwili. Na jego pyszczku gościły w jednym momencie fascynacja, szok, złość, może niedowierzanie, duża dawka podziwu i zmęczenie. Patrzył niebieskimi oczętami na swoją rodzicielkę, która okryta do połowy jelenią skórą leżała w legowisku. Jej spojrzenie w porównaniu do jej syna było pełne ciepła i bezwarunkowej miłości, a w kątach błękitnych oczu malarz zaznaczył łzy szczęścia. Była piękna, nawet pomimo wyraźnego zmęczenia, także ruda, jednak delikatniej niż jej ognisty potomek. Gdyby się zastanowić to nawet nieco przypominała waderę z poprzedniego obrazu, jednak nie mogła być nią, bo tamta wadera stała za nimi. Starsza, nieco pomarszczona i zgarbiona, poszarzała o niebieskich oczach, także uśmiechnięta, także przepiękna i także zmęczona, jednak w odróżnieniu od jej potomków, jej spojrzenie wypełnione było jakąś enigmatyczną melancholią. Jak bardzo by się nie starał, Elijas Ragnarook Marath, malarz, musiał odwzorować ten zakopany gdzieś w głębi duszy wadery żal. Bo było jej żal, a nie miała już tej siły, aby to ukrywać. Elijas nie był w stanie tego szczegółu ominąć.
Teraz kiedy spojrzał na tę waderę, a ona posłała mu ciepły uśmiech, nie potrafił go nie odwzajemnić. Pomarszczona, stara, zgarbiona i słaba bardziej niż na którymkolwiek z obrazów, nadal była piękna. Tak samo poszarzała jak one. Stała tak, w tej pseudo drewnianej chatce, w której miała rozłożone dwa posłania złożone z kilku skór zwierząt, parę szafek i niewysoki stolik, przy którym ognisto rudy wilczek wcinał obiad. Drugi posiłek leżał obok niego, nieruszony.
- Navann, co się mówi?- staruszka zajęła głos, a młodziak zaraz podniósł głowę i z zachwytem spojrzał na malarza.
- Dzię-ku-ję!- wykrzyczał wysokim, szczenięcym głosem, a jego ogon wesoło się pokiwał na boki. Ucho Elijasa aż drgnęło z rozbawienia, jednak zachował chłodną maskę.
- Nie ma za co, wcinaj- mruknął, wracając spojrzeniem na ścianę i obrazy. Przyglądał im się niezliczoną już ilość razy i zapewne nigdy nie będzie miał dość. Za każdym razem od nowa obserwował wilczycę i jej wnuka i porównywał ich do malunków, bo to było fascynujące. Młody się wzbijał w górę, a wadera zbliżała się ku ziemi, co budziło w artyście dziwne emocje i myśli o przemijaniu. Czy szczeniak bardziej wrasta się w matkę, czy w ojca? Co zostało mu po wychowującej go babce, a co w nim zostanie, jak tej babki już nie będzie? On sam chciał zdechnąć, kiedy jego ojciec odszedł, a matka zaczęła się staczać, bo jak żyć? Bez ojca, bez matki, a z nazwiskiem rodowym do obrony. To wszystko było tak głębokie i porywające, że czasami brak tchu, ale budziło fascynację artysty, bo ten młody też kiedyś zostanie sam. Co wtedy zostanie jemu?
- Elijasie, naprawdę bardzo nam pomagasz, jak ja ci się odwdzięczę?- stara wadera z zachwytem spojrzała na artystę, którego instynkt przetrwania obudził się wraz z tymi słowami, wyrywając go z zamyślenia. Znał starą za dobrze, żeby uznać to za zwykłe wzdychanie w podziękowaniach, gdyż rozmawiali już na ten temat raz i więcej nie było potrzeby. Pomagał wilkom, które ceni, może trochę ze względu na rodziców młodego, ale to wszystko. Pomagał bo miał taki kaprys i nie miał zamiaru brać niczego w zamian. Ale teraz? Uniósł ostrożnie brew, spoglądając na posiwiałą waderę. Tak jak się spodziewał, jej oczy zalśniły zadziwiająco wesoło jak na kogoś, o kim przed chwilą pomyślał “zbliża się ku ziemi”- Ale mam do ciebie jeszcze jedną prośbę… Wstyd mi, ale…
- Do rzeczy, pani Inaido- burknął
- Czy mógłbyś jutro zająć się Navannem?
I w tym samym momencie w niebieskich oczach wspomnianego szczeniaka zapaliło się miliony gwiazd, niczym na bezchmurnym niebie w nocy, kiedy w tym samym momencie w oczach Elijasa zapłonął niebezpieczny płomień, który mógłby trawić lasy. Wyprostował nieco łabędzią szyję, żeby zaraz przechylić łeb w bok, nie spuszczając spojrzenia ze staruchy.
- To nie jest dobry pomysł. Nie mam ręki do dzieci. Nie miałem nigdy dzieci pod opieką. Przykro mi, droga pani- wypowiedział wyraźnie i spokojnie, zaraz ponownie przybierając wygodną pozycję, odwracając wzrok na obrazy, aby uniknąć rozczarowania babki i jeszcze większej krzywdy jej wnuka. Zacisnął niewidocznie zęby i po chwili milczenia znowu się odezwał, nieco niechętnie- Właściwie skąd przypuszczenie, że jestem dobrym kandydatem na opiekunkę dla Navanna?
- Wiesz, że biorę od ciebie tak mało jak mogę, mam swój honor- wymamrotała wadera z równą niechęcią- Ale nie mam nikogo, kto mógłby się nim zająć. Perosh wyruszył w świat, a ja muszę odwiedzić szpital, nie chcę go ze sobą ciągać- kiwnęła głową na młodziaka który zapomniał o głodzie i patrzył maślanymi oczyma to na Elijasa, to na babcię. Musiał się nudzić całymi dniami z babką, a skoro opiekun w postaci nastoletniego Perosha się zawinął, teraz musiało być jeszcze gorzej. Aeskeron ponownie pomyślał o tym jak sam był samotny, ale musiał powstrzymać empatię… nawet jeśli nie miał planów na następny dzień… Cholera. Z krótkiego zamyślenia wyrwało go niemal niewidoczne szturchnięcie Navanna przez babkę i to jak gestem ucha wskazuje mu na starszego wilka. Artysta gniewnie zmarszczył brwi na staruchę, kiedy szczeniak podbiegł do swojej ofiary i stanął mu tuż pod nosem, czarując gwiazdkami w wielkich tęczówkach. 
- Panie Elijasie, ładnie proszęęę- zawył tak uroczo jak potrafił, jednak czerwonooki nie wyglądał na wzruszonego, przesuwając swoje spojrzenie z babki na wnuka. Cholerny szczeniak, będący idealnym miksem ognisto rudej sierści z niebieskimi jak noc oczami. Milczał uuparcie- proszęęęę…
Dobra, stop. Elijas przymknął oczy.
- I niby co chciałbyś ze mną robić, panie Navann?- zasyczał w charakterystyczny sposób, na co chodząca pomarańczka parsknęła śmiechem.
- Z Peroshem chodziliśmy na treningi, żebym był duży i silny i odważny jak prawdziwy wojownik!
Jego dziadek zginął jako wojownik, jego ojciec zginął jako wojownik, a on chce zostać wojownikiem, wzruszające. 
- Nie umiem się bić, więc niczego nowego cię nie nauczę- warknął, nadal nieporuszony.
- To ja nauczę pana! Albo porobimy coś innego! 
Chociaż bardziej było chyba wzruszające to, jak tego młodego strasznie ciągnęło do obcego basiora. 
- Bardzo, bardzo proszę!
Z drugiej strony Elijas znał go od narodzin, czy mógł się nazwać obcym?
- Eliiiijassssiee- szczeniak przeciągnął, naśmiewając się z jaszczurzego akcentu.
- Nie jesteśmy na “ty”, smarku, poza tym nie kalecz akcentu mojego rodu- prychnął i wysunął fioletowy język dla zwykłej popisówki. Młodziak zaśmiał się wesoło, a malarz zwrócił wzrok na rozczuloną tym widokiem waderę- Wezmę go na cały dzień, rano przyjdę.
Bez zbędnej zwłoki basior powstał, ignorując skaczącego z radości szczeniaka i wyminął bez pośpiechu starą, narzucając na siebie w międzyczasie ulubione futro w odcieniu przygaszonego fioletu.
- Jesteś aniołem, Elijasie. Prawdziwym aniołem- głos siwej znów stał się pełen zachwytu, aż malarz machnął gniewnie ogonem, czego już nie było widać pod grubym płaszczem.
- Bzdury- warknął, stając przed drzwiami i tylko na chwilę odwrócił się przed wyjściem, wskazując nosem na nietkniętą porcję jedzenia na stoliku- A ty masz to zjeść, Inaido, bo biorę go tylko na jeden dzień. Nie zastąpię cię- wysyczał na koniec.

Następnego dnia wstał wcześniej niż zazwyczaj i wyjątkowo był trzeźwy. Nie, żeby to było coś dobrego, bo Elijas bez kaca to Elijas wyżywający się na innych, a nie na sobie, ale jednak do tego doszło. Nie wyobrażał sobie w końcu pilnowania smarka z odruchami wymiotnymi co piętnaście minut drogi, a trochę drogi dla nich przygotował. Zgarnął więc szybko rudzielca, zabrał go na równie szybkie śniadanie i wyruszyli w drogę. Od samego początku Aeskeron nie był pewien czy podjął dobry wybór, chcąc zabrać młodziaka do innego Dystryktu, w końcu ten nie miał nawet skończonych czterech miesięcy, jednak skoro już Navann zdążył się podekscytować, to nie było wyboru. Szli powoli, najbezpieczniejszymi ścieżkami, a w międzyczasie zdążyli ustalić sygnały ostrzegawcze i określić jak niebieskooki ma się zachować w wypadku jakiegokolwiek zagrożenia, nieważne czy to wychłodzenie, niedźwiedź, pożar, czy chęć wysikania się. Wszystko musiało odbywać się jak w zegarku i bezpiecznie, bo gdyby coś stało się temu rudemu pokurczowi, Elijas mógłby od razu kupować trumnę dla jego babki, a potem dla siebie.
Do Lodowego Łuku dotarli jeszcze przed południem ku zadowoleniu artysty. Kiedy tylko w polu ich widzenia pojawiła się rzeźba nadająca nazwę całemu miejscu, Nav zaczął jeszcze bardziej się podniecać i podskakiwać, wesoło pokrzykując, dopóki nie został zganiony przez opiekuna. Zachwycał się tak samo lodową figurą, jak i wodą, czy brakiem śniegu.
- Co będziemy tu robić?- gwiazdy w oczach małego Agropiusa błyskały z fascynacją, co jednak nie rozpraszało skupionego Elijajsa.
- Mamy tu dużo skał, więc pomyślałem że moglibyśmy popracować nad twoją zwinnością. Co z tego, że będziesz silny, skoro nie będziesz potrafił unikać ciosów i skupiać się na terenie?- zapytał oschle, rozglądając się aby wyłapać ewentualne zagrożenia i niebezpieczniejsze fragmenty. W rzeczywistości sam po prostu rzadko podróżował po Królestwie, więc nie znał za dobrze jego terenów, a zwinność wymyślił po drodze bo wilczek często się przewracał. Ostatecznie Elijas stwierdził że to dobre miejsce, bo ciało szczeniaka i tak jest póki co zbyt miękkie żeby mógł sobie coś zrobić.
- Super!- krzyknął z radością malec i pobiegł prosto pod łuk, badając go ostrożnie łapkami.
Artysta patrzył na niego z ukrywanym zaciekawieniem. Może i miał te trzy i pół miesiąca oraz geny Agropiusa i Sivariusa, ale był naprawdę silny jak na tak zaniedbane przez życie szczenię. Babka starała się jak mogła żeby pielęgnować syna swojej zmarłej przed niecałymi dwoma miesiącami córki w warunkach jakie ma niepracująca wadera bez rodziny i w związku z tym nawet sam czerwonooki uparł się, że syn jego bliskiej znajomej nie będzie chodził głodny, póki żyje… jednak w głębi siebie wątpił, aby ten dzieciak zdrowo się wychował. A jednak przeżył zaskoczenie.
- Zaczynamy?- spytał w końcu Nav po obadaniu łuku. Aeskeron skinął głową i wybrał na początek jakąś płaską nawierzchnię w okolicach wody, bo w razie czego będzie mógł używać telekinezy by łapać szczeniaka.
Czuł się głupio, kiedy mówił o pracy mięśni, reakcjach i zachowaniu skupienia podczas potyczek, bo nigdy wcześniej tego nie robił. Zabawa w nauczyciela nie była czymś o czym marzył, a dzieci raczej unikał… w dodatku to uparte, zachwycone spojrzenie rudzielca, który chłonął każde słowo opiekuna jak gąbka, było wręcz rozpraszające. Kiedy przeszli do “prawdziwych czynów” Aeskeron musiał walczyć ze sobą żeby nie roześmiać się z każdym ruchem malucha. Wilczek chaotycznie biegał i skakał, a kij w tyłku Aeskerona nie pozwalał mu na podobne wyczyny, więc raczej udzielał porad słownych i jedynie popychał od czasu do czasu Nava telekinezą, kiedy ten zaczynał sobie radzić. Bardzo szybko wyszło na jaw, że to beznadziejna metoda.
- Więc czego ode mnie oczekujesz? Nie jestem ani wojownikiem, ani nauczycielem, tylko malarzem
Elijas przykucnął, by zejść do poziomu zziajanego szczeniaka i aż zrobiło mu się głupio, że przez niego niebieskooki tylko bezsensownie się zmęczył. Już zignorował fakt, że właśnie przez wszędobylskie kałuże moczył drogie, błękitne futro narzucone na własny grzbiet. Boki małego poruszały się szybko, kiedy odwrócił się tyłem do nauczyciela, by napić się wody, bo najwyraźniej już nie wytrzymywał. Sam artysta przełknął ślinę z zagubienia.
W końcu mały Agropius się wyprostował i nagle stanął twarzą w twarz z nauczycielem, a z jego spojrzenia ziało zawzięcie.
- Postaraj się- prychnął opiekunowi prosto w głupią mordę- Bo ja się staram, a ty nie!
Że artystę zatkało to mało powiedziane. 
Ten mały drań…
Elijas zamrugał, nie dając po sobie poznać jak bardzo Navann go zaskoczył. Zacisnął zęby na języku, nim ten zdążył w stresie się wysunąć by zbadać powietrze. Spojrzał gdzieś w bok i w końcu wziął wdech.
- Nie jesteśmy na “ty”, smrodzie- zasyczał cicho, próbując szybko wymyślić co powinien zrobić. Kiedy ponownie spojrzał na rudzielca, dostrzegł na jego mordce cały czas takie samo zaangażowanie, przez myśl artysty nawet przeszło, że nie zdziwiłby się, gdyby ten dzieciak zaraz wyskoczył do niego z tekstem typu “na nazywanie per “pan” musisz sobie zasłużyć!”, ale na szczęście nic takiego nie padło w przeciągu kilku sekund- Zgoda, zacznijmy od nowa.
Navann uśmiechnął się lekko i skinął łebkiem, patrząc jak jego mentor zdejmuje z pomocą telekinezy płaszcz i odrzuca go gdzieś na bok, a mięśnie pod nagą skórą natychmiast się spinają pod wpływem chłodu. Zadowolenie ucznia przybrało jeszcze bardziej na sile, kiedy przednie łapy Elijasa ugięły się do zachęcającej do zabawy pozy. Jednak czerwone czy nie zachęcały do zabawy, a prowokowały.
- Nie będę używał telekinezy, więc nie wleź do wody.
- Tak jest!
Na niedługich łapach rudzik w kilku susach pokonał odległość dzielącą go od starszego basiora, który odskoczył idealnie w momencie, w którym małe zęby chciały chwycić za nogę nauczyciela. Malec już miał opaść na głowę, jednak został złapany za ogon przez wyżej wymienionego wilka. 
- Przede wszystkim oducz się tego upadania na ryjek, bo krzywdę sobie zrobisz. Patrz, przed każdym kolejnym skokiem musisz mieć przemyślane co dalej chcesz zrobić: biegniesz dalej, czy już nie ma sensu?- Aeskeron oddalił się kawałek i zaczął lekko kicać po niewielkim okręgu, nie wiedząc do końca jak wyjaśnić tak prostą czynność- Sytuacje się zmieniają i to nie tak, że skoro ty na mnie cały czas biegniesz, to ja tam będę do ostatniej chwili. Mam dużo dłuższe nogi, a nie mogę pozwolić ci się złapać, więc będę uciekać- tłumaczył, nadal się poruszając- tylko że ty już o tym wiesz, więc możesz w porę zareagować- i w tym momencie starszy wilk wyżej podskoczył i miękko wylądował na przednich łapach, zatrzymując się- Rozumiesz? Reagować na bodźce podczas biegu jeszcze się nauczysz, tak jak gwałtownego skręcania. Najpierw opanuj ruchy swojego ciała. Rozluźnij się, tu masz dużo miejsca.
Przez cały wywód Elijasa Navann przestał się uśmiechać i rzeczywiście się skupił, obserwując ruchy Aeskerona, jakby analizował każdy ruch pojedynczego mięśnia. Przy okazji zdał sobie sprawę, że rzeczywiście teraz miał szansę się wybiegać i musiał dobrze wykorzystać ten trening, ponieważ jeśli wróci do domu, będzie żałować tego, czego nie pojął. Skinął głową, a Elijas ponownie przypadł do ziemi, uważając, aby młodziak go nie dotknął nawet przez najgłupsze potknięcie. W przeciwnym wypadku mógłby go usmażyć.
Zdjął futro, więc musiał podnieść temperaturę ciała prądem żeby sam nie zamarzł, a co za tym idzie- tak małe stworzenie mógł zabić jednym dotykiem w mokry nos. 
Tym razem wilczek zamiast biec na oślep w kierunku Elijasa, przyjął taktykę polegającą na wolniejszych skokach, a po każdym wyciągał wysoko przednie łapy ku górze, by w razie czego móc wylądować. W końcu zatrzymał się przed malarzem, który jednak nie poruszył się przez cały ten popis ani o centymetr. Oboje spojrzeli na siebie w pełnej powadze.
- To już?- spytał w końcu starszy basior, a młodszy w konsternacji nie wiedział co z tym fantem zrobić.
- Pobiegaj tak jak ci wygodnie, ale nie zapominaj że masz biec- kontynuował artysta, podnosząc się najpierw do siadu, a potem przespacerował się parę kroków za młodzieńca- Zacznij stamtąd i pobiegnij po łuku. Pamiętaj, że chcesz mnie złapać, a nie nastraszyć.
Nav bez słowa ruszył tak, jak Elijas mu polecił. Nadal wyglądał nieco karykaturalnie i sztywno, jednak wydawał się coraz lepiej opanowywać to co jest tak naturalne dla dorosłego Elijasa.
Przez jakiś czas tak skakali. Zarówno jeden jak i drugi w pełnym skupieniu, gdy jeden szkolił swoje umiejętności, a drugi unikał ataków pierwszego, wyskakując nieraz na wystające kamienie. Malarz sam nie był nawet świadomy, kiedy zaczął tracić oddech i z czasem coraz ciężej było mu złapać równowagę na nierównej powierzchni. Zaczynało go za to dziwić jak bardzo na swoim zadaniu skupiał się niebieskooki. Jakby zapomniał, że naturalną rzeczą jest też męczenie się i ból nóg. W trakcie treningu więc przeszli na nieco cięższe tereny, gdzie Elijas musiał unikać nie tylko coraz to wyższych kamieni, ale również nierównych form zarówno lodowych, jak i skalnych atakujących go z obydwu stron. Malarz całkowicie stracił czas polecając szczeniakowi coraz to kolejne wyzwania i z rosnącą satysfakcją obserwował, jak to nieduże ciało zaczyna się poruszać wedle uznania właściciela. Właściwie to nie potrafił nawet określić czy to co czuje to bardziej satysfakcja, czy strach, że to młodę to niezniszczalny potwór. Z czasem piaskowy wilk zaczął wyraźnie zwalniać i prawie odczuł ulgę, że to Navann się zatrzymał jako pierwszy. W końcu on sam nie mógł tego zrobić, bo jak by to wyglądało? Ulga jednak przeszła natychmiast, kiedy malarz zrozumiał, że to nie zmęczenie zatrzymało młodego. Razem z cichym słowem “uważaj”, wysuwającym się z pyszczka rudzielca, czerwonooki spiął całe zmęczone ciało i jednym impulsem odskoczył na bok, kiedy ogromna łapa niedźwiedzia prawie dotknęła jego boku, nieomal nie rozrywając delikatniej skóry potężnymi pazurami. Basior nie rozumiał w jaki sposób udało mu się wylądować, zapierając się łapami o wystające kamulce, jednak nie miał też czasu się nad tym zastanawiać. Kątem oka dostrzegł tylko jak Navann w panice zapomina o wszystkim co ustalali i biegnie prosto na Aeskerona, szukając ratunku w postaci celu obranego przez największe zagrożenie. 
Starszy wilk zszedł nisko na łapy i zaraz wybił się od krzywej nawierzchni, by wylądować półtora metra dalej w bok, a drapieżnik pełen sił ruszył za nim. Malarz natychmiast obrócił się do malca, który w panice zaczął biec za nimi. 
- Pogięło cię? Schowaj się!- Elijas wrzasnął na małą rudą kulkę, która po raz pierwszy w swoim niedługim żywioce spotkała niedźwiedzia. Stworzenie, o którym dotychczas słyszał tylko w opowieściach… jednak opamiętał się. W jego gwieździstych oczkach zalśniły łzy czystego strachu, jednak zaczął się wycofywać, kiedy ogromna bestia atakowała jego opiekuna.
Mimo iż starszy wilk był… starszy, był też przemęczony i nieprzygotowany na takie zabawy, a już na pewno nie planował bawić się z bestią w iluzję. Ostatni raz koślawo przeskoczył za jedną z lodowych kolumn i gdy napastnik pojawił się w zasięgu wzroku, niemal chwytając łapą za nogę wilka, Aeskeron nasłał na niego potężną dawkę prądu elektrycznego, wcześniej uchylając się, jakby miał zostać zbity. 
Zwierzę zamarło w pół kroku, każdy fragment jego ciała drgał, a powietrze wypełnił odór palonego futra. W końcu Elijas odpuścił, a na jego pysku nie było widać więcej niż zaskoczenia, kiedy oczy szeroko się otwierały. Stał tak, wpatrując się w nadal podrygujące ciało. Obserwował jak z pyska bestii wypływa spieniona ślina zmieszana z wymiocinami, a z jego drugiej strony wypływa to, co jeszcze wypływać nie powinno. Białe futro zdawało się dymić.
Basior wziął oddech, nie będąc nawet pewnym kiedy go wstrzymał, jednak nadal nie potrafił przestać patrzeć na martwe zwierzę, które przez cały czas się poruszało. Jakby niedźwiedź miał za chwilę wstać i znowu zaatakować.
- P...panie Elijasie..?
Jego ucho zadrżało, pysk pozostał nieruchomy.
Cóż, on też widział niedźwiedzia po raz pierwszy. I pierwszy raz zabił żywe stworzenie.
- Eli…- drobna łapka dotknęła nagle nagiej skóry, a niebieskooki wilczek urwał w pół słowa, kiedy napięcie przeszyło i jego.
- Nie dotykaj..!
 Oba wilki odskoczyły od siebie jak oparzone, a przerażenie Elijasa osiągnęło zenitu. Upadł na kamienie w niekomfortowej pozycji, jednak gwałtownie przewrócił się brzuchem na dół, łapiąc w pysk hausty powietrza. Czuł jak palą go wszystkie mięśnie, jego nos atakował smród spalonego futra, a on sam nie był w stanie się poruszyć, przerażony. Czy ten gówniarz nie widział co się stało z tym zwierzakiem!? Co do kurwy nędzy go napadło, żeby teraz dotykać zestresowanego wilka!? W uszach nadal słyszał trzaski swojej własnej mocy, obejmującej ciało dzikiej bestii i to jak agresywnie jej serce wtedy kołatało.
Jednak dzieciak zaraz wstał. Bez zarzutu na mordce, jak najbardziej przyklejony do kamieni, by stać się jak najmniejszym, podpełznął do starszego basiora i schował się między jego przednimi łapami. Ufnie wtulił się w dramatycznie podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową basiora, zwijając się w kłębek. Zupełnie ignorował delikatne mrowienie spowodowane mocą, która zaledwie dwie minuty wcześniej powaliła za jednym zamachem śnieżnego niedźwiedzia.
Całe ciało Elijasa drżało i nie był w stanie nic na to poradzić, walczył ze swoim oddechem i mrozem, który coraz nieprzyjemniej dawał mu się we znaki, zimnymi łapskami dotykając nagą skórę. Ale naprawdę nie mógł nic zrobić. Opuszczał lekko, bezwładnie głowę, przez cały czas hiperwentylując i próbując skupić wzrok na czymkolwiek sensownym, jednak kiedy jego broda w końcu napotkała małą rudą kupkę futra, malarz zatopił w niej cały nos, bo na litość boską, nic mu nie było. 
Zamknął oczy, chcąc się uspokoić jak najszybciej. Cała akcja powalenia zwierzęcia nie trwała długo, nie była też szczególnie krwawa, jednak Navann był prawdziwie przerażony, a roztrzęsiony Aeskeron przecież nie byłby w stanie dodać mu żadnej otuchy, kiedy sam chciałby schować się pod jakimś kamieniem, a najlepiej to zostać pogłaskanym po główce i zapewnionym, że już jest bezpieczny. Ale to on był tym nauczycielem.
Po dłuższej chwili spędzonej w tej pozycji, Elijas czuł jak cały ogon, tylne łapy i zad zaczynają boleśnie go mrowić na skutek zarówno przeciążenia, jak i mrozu, więc czy chciał, czy nie- musiał się poruszyć. Na samym początku wysunął pysk z grubego futra swojego podopiecznego, który zdawał się już mniej drżeć.
- Navann, żyjesz?- wychrypiał, jednak zaraz odchrząknął. Jego dusza już spokojnie spacerowała sobie po okolicy i zbierała porwaną przez strach dumę, a tymczasem przeszklone niebieskie oczy podniosły się na pysk większego wilka.
- Tak- mruknął jedynie wilczek w odpowiedzi, jednak też już powoli dochodził do siebie- ten niedźwiedź był taki ogromny…
- Ano- Aeskeron zgodnie pokiwał głową, a jego spojrzenie szybko przeniosło się na cuchnące zwłoki bestii. Co powinien powiedzieć? Że też się bał? Że nie planował żeby to się tak skończyło? Że chciał dobrze? Że to tylko głupie zwierzę?
- Byłeś niesamowity, Elijas- szepnął nagle wilczek z zachwytem. Piaskowy basior opuścił nisko brwi i spojrzał jak na pochmurnym niebie oczu młodziaka znowu pojawiają się gwiazdy.
- Ja zawsze jestem niesamowity, a poza tym, to nie jesteśmy na “ty”, dzieciaku- zasyczał, nawet jeśli przez jego pysk przeleciał krótki uśmiech. Bez większej chwili zwłoki podniósł chudą dupę, która potężnie zadrżała pod wpływem tego co dzisiaj przeżyła. Mimowolnie stęknął pod nosem, podciągając obie łapy aby wykonać dalsze kroki. Jak najszybciej odszukał wzrokiem swoje cudowne błękitne futro i przywołał je telekinezą prosto na swój grzbiet, podwyższając elektryką temperaturę ciała. Nawet gdyby chciał udawać odrazę do siebie, czy tej umiejętności, to nie miał jak. Tylko dzięki niej żył, więc czemu miałby narzekać? Kiedy w końcu jako tako się oporządził, zwrócił czerwone oczy na młodego Agropiusa, który z bezpiecznej odległości obserwował w milczeniu ścierwo niedźwiedzia. Sam nie chciał przyznać, że było mu nieco przykro ze śmierci zwierzęcia i tłumaczył to sobie po cichu, że to przez żywioł. Nie chciał go zabijać, ale oba wilki były w realnym zagrożeniu. Tak mały wilczek byłby na jedno kłapnięcie szczęk takiego potwora i Elijas zastanawiał się do jakiego stopnia ten wilczek był tego świadomy. I co teraz wyniesie z tego dnia? 
Odetchnął cicho, czując jak wszystko w jego organizmie trafia na właściwe tory. 
- Będziemy musieli opowiedzieć o tym jakiemuś strażnikowi, żeby się tym zajęli- wymamrotał, przełamując trwającą ciszę na pół. Jego połowa ciszy była zniszczona, a co z tą należącą do młodego?- Jak się czujesz, smarku?
I nadal cisza. Malarz znowu zaczął odczuwać niepokój, jednak nie poruszał się w oczekiwaniu, aż w końcu szczeniak zajął głos. Wesoły i roześmiany.
- Wszystko mnie boli, twoje treningi są chore.
Aeskeron wpierw nie wiedział jak zareagować, jednak po chwili sam parsknął śmiechem.
- Tak się kończy trucie mi zadu... Co powiesz na gorące źródła, a potem porządny obiad u mojej znajomej?
Nav podskoczył, nie wykazując żadnych objawów bólu, ani na pyszczku, ani na ciele. Jak zwykle był całkowicie zachwycony, a gwiazdy lśniły w jego oczach.


Nagroda: 2 punkty zwinności
Layout by Netka Sidereum Graphics