Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Mordimer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Mordimer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lutego 2023

Od Vallieany, CD. Mordimera

Gdy tylko oczy Marv’a, gospodarza karczmy, padły na Vallieanę, ta od razu dostrzegła narastające w nim napięcie. Spiął się jakby zobaczył co najmniej ducha albo coś jeszcze gorszego i nerwowo rozejrzał się po tłumie klientów w poszukiwaniu ratunku. Czarnowłosa zaraza i te jej cholerne zmordowanie ślepia były jednak zdeterminowane by poznać choć część wydarzeń z minionych trzech dni. Nim starzec zdążył czmychnąć, ona już była obok. Otworzyła pyszczek i wgapiła się tępo w jego zdenerwowaną twarz.

– Dzień dobry… Chciałam podziękować za pomoc i…

– Dzień dobry, dzień dobry – wymruczał ten, odstawiając trzymaną tacę na bar. Rozejrzał się po otoczeniu po raz ostatni, nim niespodziewanie jego duże cielsko pochyliło się nad blatem, zbliżając do zaskoczonej tym ruchem wadery – Wiem w jakiej jest Pani sytuacji, więc tym bardziej wolałbym, aby Pani tutaj nie przychodziła. Ja i moja żona nie chcemy kłopotów.

Oschły ton był jak kubeł zimnej wody wylany prosto na jej łeb. W pierwszym odruchu poczuła ogromną złość, ponieważ sytuacja w której się znalazła nigdy nie była jej wyborem. Nie ona wysłała za sobą list zlecający zabójstwo; nie ona zażyczyła sobie tracić moce; nie ona zaciągnęła siebie do karczmy, a potem do szpitala, do cholery! Jednak uświadomiła sobie, że karczmarz też nie miał wyboru - chciał tylko bezpieczeństwa dla siebie i swojej rodziny. Nawet nie mogła być na niego zła, co wypełniło ją tylko większym poczuciem bezsensu. Jej łeb opadł, a lodowate oczy wbiły się w blat. Nie mogła tak szybko odejść, choć w tamtym momencie nie było rzeczy, której pragnęłaby bardziej. 

– Rozumiem… – rzuciła niemrawo, na powrót podnosząc wzrok. Dostrzegła w drugim wilku jakiś żal, którego postanowiła do siebie nie dopuszczać – Zaraz stąd pójdę ale… orientuje się może Pan, gdzie jest pan Artem? Mówił coś o swoich planach? Muszę go znaleźć.

– Nie. Myśmy też widzieli go ostatni raz jak odprowadzał cię do szpitala.

– A nie znalazł Pan może gdzieś tutaj tajemniczej torby..?

- Jeśli zostawiłaś tutaj cokolwiek, prawdopodobnie ktoś już to sobie wziął.

Pomimo wyraźnego współczucia, cierpliwość wilka najwyraźniej została wyczerpana. Obdarzył ją ostatnim spojrzeniem, po czym wyminął i ruszył w głąb karczmy milcząc. Rozczarowana wilczyca westchnęła i odsunęła się od blatu. Jej sytuacja była, lekko mówiąc, wybitnie słaba. Stróż podejmujący się jej sprawy rozpłynął się jak ciepły kłąb oddechu w lodowatej, wieczornej mgle, a razem z nim jakiekolwiek dowody na wydarzenia, których Zerdinka doświadczyła. Ponadto jedyne wilki mogące pełnić rolę świadków, ewidentnie nie zamierzały angażować się w sprawę tak wysokiej rangi, zresztą, w oczach Marv’a Vallieana zdawała się już być martwa. Stąd to jego przestraszone, żałujące spojrzenie, które mogłoby mówić: ‘byłem pewien że już po wszystkim’. 

Pochyliła głowę, zmarszczyła czoło, jednak nie trwało to długo. Znerwicowane, nakręcone aż do skrajności zmysły podpowiedziały jej, że stała się obiektem czyjegoś zainteresowania. Gdy trafiła na parę niejednolicie niebieskich oczu, ich właściciel już był blisko. 

– Zgubiłaś torbę? – rzucił na przywitanie. 

– Uh, tak… nawet dwie… – palnęła bezmyślnie, po czym jakaś wiązka nowej energii wypełniła jej ciało. Czy to możliwe, że… – Znalazł Pan jakąś?

Czarnowłosy przybysz jednak uśmiechnął się, a jego głos nabrał nieco żartobliwego tonu.

– Nie, nie znalazłem, choć podejrzewam, że kilka takich wala się po Centrum. 

Nadzieja prysła, a razem z nią jakikolwiek wyraz emocji znajdujący się na pysku zielarki. 

– Może gdyby Pani powiedziała co było w środku, byłoby łatwiej. 

– W środku… – zaczęła niemrawo, jednak najpierw musiała odszukać odpowiednie słowa, nim dokończyła wypowiedź – Jedna była typową, zielarską torbą z medykamentami w środku, a w drugiej był… była ważna dla mnie biżuteria… 

Celowo pominęła fragment o liście i materiałach. Zdała sobie sprawę, jak irracjonalnie to brzmiało. Oczywiście, że gdyby ktoś znalazł cenną biżuterię to nie chciałby jej nikomu oddawać, chyba że za pieniądze, a ona jej tak po prostu… szukała. Z nerwów złapała łapą za zwisający z jej szyi naszyjnik i ciągle go trzymała, znów spoglądając na towarzysza, oczekując jego reakcji. Obcy nie wyglądał jednak, jakby chciał ją wyśmiewać, czy oceniać. Po prostu obserwował, jak nowe myśli odbijają się lustrem na jej pysku w postaci kolejnych zmarszczek i podrygów. 

– To rzeczywiście bardzo niefortunne – przyznał w końcu.

Skinęła głową w odpowiedzi. Jeszcze raz obejrzała się za karczmarzem, który tylko co jakiś czas zerkał z wyraźną konsternacją to na nią, to na czarnego basiora. 

– Ale może jeszcze uda się je znaleźć, nie można tracić nadziei – niebieskooki wilk wzruszył ramionami, brzmiąc jakby odnalezienie zguby było tylko kwestią czasu – A tymczasem co Pani powie na coś ciepłego do zjedzenia? W międzyczasie Pani powie coś więcej o tych torbach, może wspólnie uda nam się na coś wpaść. 

Niebieskooka aż otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia. Jasne, że nie mogła wplątywać obcych wilków w jej problemy, a już w szczególności problemy tej wagi… i zdecydowanie nie powinny być to całkiem obce wilki. Oczami wyobraźni już widziała, jak masywny basior zaciąga ją w jakąś uliczkę i zabija jednym uderzeniem jakiegoś ciężkiego, tępego obiektu… Zamroczyło ją na samą myśl, a po grzbiecie przeszedł gryzący dreszcz. 

Nie, najpierw musiała znaleźć Artema… a potem…

– Proszę Pani..?

Drgnęła, wracając na ziemię. Grawitacja nagle zadziałała mocniej, albo to jej łapy zapragnęły odpoczynku po trzech dniach tak skrajnego wycieńczenia i się zatrzęsły. Tylko jakby… zmartwione spojrzenie basiora utrzymało ją na ziemi. Dwa skrajne odcienie niebieskiego. 

– Zgoda… – westchnęła, próbując się wyprostować i wyglądać jakby wcale nie była w ekstremalnym dystresie - To znaczy… bardzo chętnie. Dziękuję.


<Mordimer?>


Słowa: 864 =49 KŁ

piątek, 27 stycznia 2023

Od Moridmera, CD. Vallieany

Od informatora dostałem kilka wskazówek na temat mojego obiektu obserwacji. Dziesięcioletnia wilczyca, rasy Zerdin, zielarka zamieszkała w dystrykcie II, charakterystyczna czarno-biała samica z bardzo silną magią. Informacji o niej było nie wiele, z tego względu, że były zbierane na szybko. Samica nigdy nie wystąpiła w żadnym temacie Krwistych, była niczym kropelką wody w oceanie ropy: nawet, gdyby się pojawiła, nikt jej by nie zauważył.
Samica od trzech dni leżała w szpitalu. Tylko raz do mniej przyszedłem. Zobaczyłem jej pysk przez szklane wejście, po czym wszedłem do jej sali. W pomieszczeniu były jeszcze trzy wilki, tylko jeden miał otwarte oczy i mi się przyglądał.
- Trafiła w ciężkim stanie – skomentował przyglądający mi się wilk. Zerknąłem na niego kątem oka, a potem przyjrzałem się samicy.
- To nie ona – powiedziałem na głos, po czym odwróciłem się do niej plecami.
- Hm? – nieznajomy chciał wiedzieć, o czym mówiłem.
- Szukam kogoś innego, myślałem, że to ona – skłamałem, po czym wyszedłem z sali i skierowałem się do wyjścia. Okłamałem nieznajomego po to, aby przypadkiem, gdy samica się wybudzi, nie zechciałby się z nią podzielić informacją, że ktoś ją odwiedził.
Na moje szczęście nieznajomy wilk wyszedł dwa dni później, przed jej otwarciem oczu.

Potem już nie przyszedłem. Kontrolowałem wyłącznie moment, w którym opuści lecznice. Podczas gdy ja mogłem spokojnie siedzieć i czekać, ponieważ wilczycy nie groziło żadne niebezpieczeństwo na razie, inni nie mieli tak lekko. Do odnalezienia mordercy wyznaczono kilka wilków, które pracowały dzień i noc. Zbieranie informacji było najlżejszą częścią ich zadania. Najciężej było stanowić ochronę dla naszych lekarzy tak, aby o niczym się nie dowiedzieli.
Cieszyłem się, że moje zadanie było łatwe – przynajmniej na początku.

Czarno-biała istota w końcu wyszła ze szpitala. Mimo, że mogła długo spać, wyglądała na zmęczoną. Przyglądałem się jej z daleka. Nie sądziłem, aby mogło jej się teraz cokolwiek stać: tak w biały dzień, na otwartej przestrzeni, wypełnionej innymi wilkami, będących idealnymi świadkami morderstwa. Samica najpierw zaszła do swojego domu: przynajmniej tak mogłem twierdzić, skoro zawitała do II dystryktu i jakby nigdy nic wkroczyła w progi mieszkania. W tym czasie ja postanowiłem coś zjeść. Niedaleko jej domu znajdowała się mała restauracyjka, w której serwowali owoce morza: mimo, że nie byłem ich miłośnikiem, łosoś przechodził mi przez gardło bez problemu. Po za tym trzeba jeść ryby, jak to mama mówiła.
W lokalu usiadłem tak, aby mieć oko na jej drzwi. Po zjedzonym posiłku, czekałem na nią jeszcze kilka minut, aż postanowiła wyjść na świeże powietrze. Ruszyłem za nią, zastanawiając się, czy takie śledzenie miało jakiś większy sens. Bezpieczniejsza będzie, jeśli będę miał ją na oku, ale takie śledzenie prędzej czy później wykryje, w końcu każdy z nas (albo przynajmniej większość) czuje, gdy jest ktoś nas obserwuje. Samica w końcu nabierze podejrzeń, będzie kojarzyła moją aparycję, aż w końcu weźmie mnie za jej oprawcę. Nie było mi to na łapę, więc postanowiłem spróbować czegoś innego: poznać ją.
Wilczyca weszła do karczmy, a ja za nią po kilku chwilach. Stała przy ladzie i zaczepiła karczmarza. Bez ogródek usiadłem trzy miejsca od niej, również po to, aby wiedzieć, o czym rozmawiają.
- …torby? – usłyszałem końcówkę jej wypowiedzieli. Szary wilk stojący przy butelkach popatrzył na samicę, przez chwilę się zastanowił, po czym pokręcił głową.
- Jeśli zostawiłaś tutaj cokolwiek, prawdopodobnie ktoś już to sobie wziął – skomentował, po czym wrócił do obsługiwania klientów. Wilczyca zmarnowała westchnęła.
- Zgubiłaś torbę? – odezwałem się do niej.

<Vallieana?>
 
Słowa: 553 = 33 KŁ

wtorek, 15 listopada 2022

Od Vallieany, CD. Mordimera

Trafiła do szpitala. Znowu. To znaczy, może i nie trafiała do szpitala aż tak często, aby mówić tu o jakiejś klątwie, czy innym przekleństwie, jednak kiedy otworzyła oczy i  zdała sobie sprawę, że pierwszym, co widzi jest charakterystyczny parawan z charakterystycznej sali, chciała zasnąć ponownie. Świat przed zabarwionymi na błękit oczami natychmiast zaczął wirować, a ona nie mogąc odnaleźć punktu zaczepienia. Pomyślała: po co w ogóle się budziłam? Ból głowy zmusił ją do ponownego zamknięcia powiek i ulżenia mu w opresji. Czuła się obolała, słaba i odrętwiała, jakby niewidzialna siła napierała na nią z każdej strony, powodując dyskomfort i wyciskając soki życia. Postanowiła, że chce jeszcze odpocząć… Jednak mijały minuty, a sen nie nadchodził. Wręcz było coraz gorzej. Mózg mimowolnie wytrącał się z bezpiecznego otępienia spowodowanego snem, a na jego miejsce wpełzały kąsające niczym węże wspomnienia z dnia poprzedniego. Uciekała przed nieznajomym, wpadła na strażnika, trafiła do karczmy i osłabła – tu film się urywał. Nim się spostrzegła, wgapiała się tępo w parawan, a z boku niemal było widać, jak z jej uszu wydostają się kłębki dymu spowodowane intensywnym myśleniem. W końcu poruszyła się i chcąc nie chcąc została zdemaskowana.
- Dzień dobry, pani Vallieano. Jak samopoczucie?
Niebieskooka westchnęła, gdy u jej boku pojawił się młody basior, najpewniej pomocnik medyka. Bez chwili zwłoki zaczęła się obracać, zaś ten bez zawahania jej z tym pomógł, łapiąc za łapę. Dopiero gdy ostrożnie ułożyła się na brzuchu, dostrzegła, że wilk trzymał rurkę wypełnioną pomarańczową cieczą, która sączyła się powoli do jej układu krwionośnego. 
- Co to? - spytała, całkiem zapominając o poprzednim pytaniu wilka. 
- Syntetyczna krew. Była Pani bardzo słaba, kiedy tutaj trafiła, ale medycy dali radę. Trzeba było dostosować surowicę do specyficznych układów krwionośnego i magii, tak aby... 
Młody pielęgniarz rozgrzał się na dobre i zaczął tłumaczyć waderze skomplikowane zadania przed jakimi stanął personel medyczny i może gdyby nie czuła się jak na cienkiej deseczce nad przepaścią, to podzieliłaby jego entuzjazm. Nie miała jednak na to siły, więc co jakiś czas zerkała na niego i przytakiwała, a jej wzrok uciekał na boki. Przez kurtyny między poszczególnymi pacjentami nie mogła jednak wiele zobaczyć, więc po jakimś czasie była zmuszona do przerwania tego monologu. 
- Gdzie wilk, który mnie tu przyprowadził? - spytała w końcu. Młodzieniec miał otwarty pysk po jednym niedokończonym zdaniu, ale zaraz przeszedł do kolejnego.
- Nie pojawił się tu od tamtej pory. Mówił coś o niebezpieczeństwie, jednak od trzech dni nie ma po nim śladu.
Tego się nie spodziewała. Artem wydawał się zaangażowany w jej sprawę, jednak nie można było powiedzieć, że Vallieana pamiętała to dokładnie. Tego wieczoru silnie gorączkowała.
- Jak kocha to przyjdzie. Teraz najważniejsze jest aby wróciła Pani do zdrowia, więc proszę się nie przejmować.
- Dobrze, dobrze - wilczyca machnęła łapą na irracjonalne założenie, że miałaby być romantycznie powiązana ze stróżem - Ale co mi dolega? Wiecie skąd to osłabienie?
Pielęgniarz wziął głęboki wdech, uświadomiwszy sobie, że zielarka nie podzielała jego energii kiedy jej tłumaczył dlaczego trafiła do szpitala. Nie był jednak urażony, może trochę zawiedziony. 
- Otóż magia jest podstawą życia wilków. Pani magia przestała pełnić swoją rolę, co przyniosło charakterystyczne objawy w postaci przeziębienia, gorączki, osłabienia, ze względu na to, że pani magia jest ściśle powiązana z układem krwionośnym i odpornością. Takie rzeczy nie są częste, ale nie są też bardzo rzadkie. Czasem magia się blokuje - pielęgniarz wzruszył ramionami - Ale już jest Pani pod specjalistyczną opieką i nic Pani nie grozi.
Zerdinka mogła z siebie wydusić tylko zduszone "oh". Wiedziała o dolegliwościach związanych ze sferą magiczną, jednak sama nie wpadłaby na to, że jej gorączka miała z tym związek. Szczególnie, że ktoś wystawił za nią list gończy. To nie była samoistna blokada magii. Jeśli wcześniej myślała że jest jej słabo, teraz dodatkowy stres zacisnął jej płuca przed wzięciem oddechu głębszego niż minimalny. 
W czasie, w którym wadera analizowała jego słowa, młody basior skupił się na jej odczytach i wynikach, prawdopodobnie bardziej z braku zajęcia i ciekawości, niż aby coś rzeczywiście przeanalizować. W momencie w którym zaczęła pytać, poderwał na nią głowę, gotów odpowiedzieć na każde pytanie.
- I... I Artem na pewno nie pojawił się ani razu? Nie przyniósł żadnych wiadomości? Gdzie jest moja torba?
- Jak już mówiłem, basior nie pojawił się więcej. Nie zostawił też żadnej torby... Może zapomniał..?
Wadera na chwilę zamarła. Poczuła się nagle obserwowana przez setki oczu, chociaż w rzeczywistości prócz kilku wilków na sali, z nią za parawanem był tylko młody pielęgniarz. Nie miała żadnego dowodu na to, że była ścigana. Musiała jak najszybciej odnaleźć Artema... Albo pójść do karczmy... Być może oba. Adrenalina nagle poderwała ją na łapy do siadu i pomimo lekkich mdłości, jej oczy były jasne. Na ten widok pielęgniarz niemal dostał zawału, patrząc na rurki podłączone do jej żył. 
- Kiedy będę mogła wrócić do domu?
- Na razie proszę leżeć! Trochę Pani odpocznie, zregeneruje się i wróci sobie do domu! Mu... Musimy jeszcze zrobić wyniki, przekonać się, że już wszystko w porządku...
- A w najlepszym wypadku kiedy?
- W najlepszym wypadku po południu będzie po wszystkim. Ale to naprawdę nie jest nic pewnego.
Vallieana posłusznie opadła na brzuch, jednak jej zmartwienie nie zmalało ani trochę. W szpitalu powinna być bezpieczna, jednak co jak już z niego wyjdzie? Bez listu nikt przecież nie uwierzyłby, że jest ścigana… Zacisnęła zęby, a krew pulsowała jej w skroniach.

Przez cały czas czuła się oderwana od swojego ciała. Nawet gdy przybyli lekarze by przeprowadzić obiecane przez pielęgniarza wyniki, grzecznie słuchała ich poleceń i nie zadawała pytań, zbyt skupiona na swoim problemie. Zastanawiała się co robić. Najpierw próbowała kontaktować się z Vernonem w celu przedyskutowania tego wspólnie, jednak duch nie dawał znaków nie-życia, zresztą jak zawsze, kiedy go potrzebowała… No, może trochę przesadziła z tym “zawsze”, bo duch wyciągał ją z naprawdę niebezpiecznych sytuacji, jednak brakowało jej go. Tak czy inaczej, ostatecznie doszła do wniosku, że i tak nie miała wyjścia. Będzie musiała pójść do karczmy i zapytać o torbę, następnie spotka się z Adrilem… a może spróbuje znaleźć Artema..? Co jeśli narazi swojego byłego opiekuna takimi odwiedzinami? Na litość boską, ktoś polował na jej życie…
I z tą myślą wyszła ze szpitala.
I nie wiedziała dokąd iść.
Czuła się bezsilna.

<Mordimerze?>
Słowa: 1009= 71 KŁ

poniedziałek, 3 października 2022

Od Mordimera do Vallieany

*wątek jest kontynuacją wątku Vallieana i Artem*

Ważną rzeczą, pojawiającą się nie tylko w mafii, ale i w polityce, a nawet w zwyczajnym życiu szarych wilków, są kontakty i łapówki. Mówi się, że bez nich świat byłby piękniejszy – wilki pracowały by na swoją karierę, zamiast chodzić na skróty, politycy odpowiadaliby na swoje grzechy tak, jak zwyczajni obywatele, a mafiosi nie wymigiwali się od kary pieniędzmi. Jednak wszystko ma swoje drugie oblicze, a większość tych obliczy wiążę się z powstrzymaniem zbędnej paniki, którą utworzyłyby wilki, gdyby dowiedziały się o czymś „okropnym”, a raczej o czymś, co zostało zniszczone i może zostać naprawione w kilka dni. Dla nas łapówki były na porządku dziennym, a kto z nich najwięcej dostawał? Lekarze, pielęgniarki i cały personel medyczny. Do oglądania większości ran potrzebni są specjaliści, a jeden lekarz nie obskoczy wszystkich Krwistych, dlatego na terenie królestwa większość medyków, gdyby byli bardziej zainteresowani, mogliby wskazać członków mafii. To był ważny powód, dla którego dbaliśmy nie tylko o nasze interesy, ale również o te istoty, które były nam potrzebne.
Jednak coś zaczęło się psuć tydzień temu. Mój ojciec został wezwany na jedną z ich narad, na które jeszcze nie miałem wstępu. W tym czasie siedziałem z Gardem, młodym wilkiem starszym ode mnie jedynie o dwa miesiące, który Krwistych traktował jak swoją rodzinę – nie było się czemu zdziwić, skoro jeden z głównych wilków znalazł go w koszu na śmieci i przygarnął. Rozmawialiśmy wpierw z samcem o rzeczach przyziemnych, jak o okropnym żarciu w nowym pubie czy złotym oświetleniu na bogatej jaskini. Potem jednak przeszliśmy do tematu, który był poruszany na naradzie. Od Garda się dowiedziałem, że w ciągu tygodnia zmarło dwóch medyków, którzy się nami zajmowali. O szczegółach ich śmierci dowiedziałem się potem, kiedy ojciec wyszedł ze spotkania i stwierdził, że mam ważną misję.
Pierwszy medyk ponoć zmarł na atak serca. Miało to sens, ponieważ był to starszy wilk, jednak znalezione w jego jedzeniu resztki arszeniku skutecznie zniszczyły tę tezę. Drugi wilk ponoć się powiesił, żona znalazła go w domu, gdy było już po wszystkim, jednak późniejsze dowody na to, że ktoś mu groził, a na łapach miał ślady sznura, również zbiły tę tezę na ziemię. Nasza hipoteza była jednogłośna: ktoś niszczył naszych medyków. Przynajmniej tak sądziliśmy, że „naszych”, do czasu, gdy się okazało, że następna osoba, która wylądowała w lecznicy, nie dostawała od nas łapówek.
- Valieana, zielarka, zamieszkała w Dystrykcie II – powiedział ojciec, kiedy wracaliśmy do domu.
- Skąd wiecie, że teraz jej kolej?
- Stu procentowej pewności nie ma, ale nasz donosiciel mówi, że są na to duże szanse. W każdym razie, zajmiesz się tą sprawą.
- Ja? – zapytałem zdziwiony.
- Tak. Zielarka nie jest nam do niczego potrzebna, nie mamy niezbitych dowodów na to, że jest kolejna na liście, więc taki nieogarnięty młodziak może się tym zająć.
- No tak, jeśli mi się nie uda, nie będzie nikt płakał.
- Dokładnie – jego ton się nie zmieniał, a ja wyczuwałem w niej chłód. Z jednej strony cieszyłem się z tego zadania, nie musiałem nikogo porywać czy ogłuszać, a wręcz przeciwnie, miałem sprawdzić, czy komuś nie groziło niebezpieczeństwo. Minusem jednak było to, jakim słabym i nędznym członkiem Krwistych byłem w oczach ojca. 
No cóż zielarko, widzimy się już wkrótce.
<Valieana?>
Słowa: 519 = 31 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics