Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karwiela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karwiela. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2022

Od Karwieli - "Polowanie"

Las niemal całkowicie zastygł w bezruchu, jak gdyby zdawał sobie sprawę z czającego się w pobliżu niebezpieczeństwa. Żadne nocne zwierzę nie kręciło się w poszukiwaniu pożywienia i to od dobrych kilku godzin. Tropy były ledwo widoczne pod warstwą wczorajszego śniegu, wszystkie zapachy straciły na intensywności. Jedyną oznaką życia w okolicy była samotna łowczyni, która z pochylonym pyskiem i drgającym co kilka chwil kolcem jadowym truchtała przez pogrążony w ciemności las, wzbijając w powietrze kawałki zmrożonego śniegu. Nie miała pojęcia w kierunku czego podąża, bowiem wszystkie informacje, które udało jej się uzyskać były niejasne, często ze sobą sprzeczne, a te, które się powtarzały, co mogłoby świadczyć o ich wiarygodności, nie były wystarczające. Jedyne, co było wiadome to to, że coś terroryzuje wilki mieszkające na skraju tego lasu i że w nim właśnie mieszka. Najprawdopodobniej była to bestia, dlatego skierowano się z tym problemem do płowej wadery, która, nie mogąc oprzeć się przygodzie, zaintrygowaniu tajemniczością sprawy i oczywiście zapłatą niemal natychmiast zgodziła się podjąć zadania. Po kilku dniach wypytywania, obserwowania i po prostu życia wśród mieszkańców wioski postanowiła poczynić pierwsze kroki w kierunku zlokalizowania potwora, co doprowadziło ją do tego właśnie momentu, w którym truchtała przez las w poszukiwaniu jakichś znaków. Ufając jednej z bardziej prawdopodobnych informacji wybrała się na te eskapadę nocą, ponieważ źródło zagrożenia atakowało głównie wtedy. Łatwiej więc było o natrafienie na ślady lub nawet, gdyby miała szczęście, nie miejsce zamieszkania sprawcy. 
Księżyc przebił się w końcu przez gęstą warstwę gałęzi i na kilka sekund  rozświetlił śnieg po jej łapami, po czym ponownie został zasłonięty, kiedy chyłkiem przebiegła przez polanę. Instynkt podpowiadał jej, że coś tam w głębi lasu na nią czeka, więc ochoczo, ale ostrożnie pokonywała kolejne metry, zmuszając wszystkie swoje zmysły do najwyższego stopnia zaalarmowania. Tamtej nocy nie planowała walczyć, o ile dałoby się temu zaradzić, a jedynie znaleźć jakieś poszlaki, aby upewnić się z czym ma do czynienia. Z bestią, demonem, czy wyrzutkiem-mordercą? 

Słowa: 318= 21 KŁ

piątek, 30 września 2022

Od Karwieli - "Z pamiętnika łowcy: Jadowity Wyszczerz," część I

Kiedy Karwiela przystanęła i opuściła głowę, aby napić się wody z biegnącego przez dżunglę wąskiego strumienia coś szybkiego przemknęło po gałęzi wysoko nad jej głową. Nie była w stanie dostrzec istoty, zawiadomił ją jednak cichy szelest poruszanych obcym ciałem liści oraz delikatne skrzypienie drewna. Momentalnie uniosła pysk w górę, wypatrując ewentualnego niebezpieczeństwa, lecz nic specjalnego nie rzuciło jej się w oczy. Zwierzę zapewne schowało się szybko, w strachu przed wzrokiem drapieżcy, jakim była dla niego Karwiela. Tak to sobie tłumacząc, wadera częściowo się rozluźniła i wznowiła marsz przez zaciemniony las, kierując się w stronę dobiegających z oddali odgłosów fal, zwiastujących bliskość poszukiwanej przez wilczycę plaży. 
Jeszcze kilka tygodni temu nie miała pojęcia jak wygląda piaszczysta plaża, trudno bowiem w Królestwie o czysty, niepokryty śniegiem piasek. Nie mówiąc już o lasach deszczowych i ciepłym morzu, które od razu przypadły łowczyni do gustu. Tutaj, na południu kontynentu, ulokowany był zupełnie odmienny świat od tego, który znała na co dzień.
Strumień skręcił w prawo, a niezaznajomiona z terenem Karwiela, mając go za jedynego przewodnika, podążyła wyznaczoną przez niego trasą. Morze było już blisko. Jeszcze tylko kilka kroków i las otworzy się na pustą przestrzeń, odkrywając przed nią niemal białe pole świecącego w słońcu piasku, a na jego końcu ciągnącą się po horyzont wodę.
Coś żółtawego pojawiło się na wysokości jej pyska i wyciągnęło szczypcowate kończyny w kierunku jej oczu. Wadera odskoczyła i na oślep zamachnęła się odwłokiem, próbując trafić intruza. Ten błyskawicznie podciągnął się na gałąź. Karwiela przypadła do ziemi, niskim warkotem próbując odstraszyć napastnika. Był to żółto-zielony stwór o wielu kończynach, który może i przypominałby pająka, gdyby nie był wysokości połowy ciała wadery. 
Jak nazywało się to cholerstwo? Alkar? Alukar Karzeł? Tereny nadmorskie. Agresywny.
Stwór rozwarł szczęki pełne małych, ostrych jak szpikulce zębów. Z ciemnego otworu wysunął się roztrojony język. 
Zębacz. Karłowaty? Jadowity.
W sekundę bestia oderwała się od gałęzi i spadła na ziemię, tuż przed napiętą jak struna wilczycą. Z głuchym łomotem uderzyła o ziemię, wykręcając swoje patyczakowate nogi w makabryczny sposób. Wydawało się, że tym przypieczętowała swoją śmierć. Tak się jednak nie stało, bowiem to, co wyglądało jak przedśmiertne drgawki, było jedynie zamierzonym wyginaniem stawów przedziwnej istoty. Długość dwóch oddechów i bestia już stała, lustrując wilka pozbawionym wyrazu wzrokiem.  
Karwiela zdążyła wycofać się kilka metrów i teraz z chłodną kalkulacją obserwowała zachowanie zębacza. W myślach mignęły jej fragmenty opowiadań tubylców, dzięki którym miała chociaż podstawową wiedzę o stojącej przed nią bestii. Znają dżunglę lepiej niż ty, aparicita*. Nigdy nie odwracaj się tyłem. Lubią wgryzać się w kark.


CDN.


*określenie na łowcę w języku wilków z południa, które powstało poprzez wpisanie słowa "obcy" w tłumaczu google

Ilość słów: 418= 26 KŁ

środa, 31 sierpnia 2022

Od Karwieli - Trening dotyczący bestii II

-Dlaczego, na odwłok dziadka Cytiona, zgodziłam się na tę cholerną robotę?- wymamrotała Karwiela, ogarniając wzrokiem sięgające horyzontu połacie piasku. Nic tylko piasek, piasek, o, czyżby chrząszcz? i piasek. Nie tylko w krajobrazie, ale również w oczach i pysku, ponieważ wiatr porywał go w górę i ciskał w przeszkodę, jaką była stojąca wadera. Gorąco otaczało ją jak ciężka kołdra, jednak przynajmniej na to miała rozwiązanie. Pamiętając opowieści rodziców, których przodkowie mieszkali na obrzeżach pustyni, zaopatrzyła się w tabletki schładzające. Miała też łatwiej ze względu na krótką sierść i wysoką tolerancję ciepła, które odziedziczyła w genach. 
-Jak się dobrze zastanowić- mamrotała dalej, tęskniąc za możliwością rozmowy z kimś innym, niż jaszczurką- to dobrym pytaniem byłoby, co ja do stu diabłów robię w Królestwie Północy, skoro moje ciało znacznie lepiej przystosowane jest do takiego klimatu. A tak mrożę sobie dupę na lodzie.- kierowała się na wschód, taszcząc przy sobie bukłaki przynajmniej w 3/4 wypełnione wodą. Nie był to jednak bardzo uciążliwy ciężar, bo zapięła je tak, aby zbytnio nie przeszkadzały w wykonywaniu ruchów, a pozostały dyskomfort zagłuszała wyobrażaniem sobie wody spływającej do wysuszonego gardła.
-Ah, no tak. W Królestwie przynajmniej można pogadać z wilkami i nie być uważanym za dziwadło. W większości przypadków.- odpowiedziała sobie na pytanie, rozglądając się w poszukiwaniu śladów szukanej przez nią bestii. Roicher beżowy. Stworzenie bardzo strachliwe i cholernie szybkie. Tropienie takiego wydawać by się mogło szukaniem igły w stogu siana, jednak wyzwania były tym, co Karwiela lubiła najbardziej. W dodatku nieczęsto otrzymuje się propozycje podobnego sortu, dające możliwość poznania świata i poszerzenia swojego fachu, za które jednocześnie oferuje się zapłatę. A gdyby jej się udało dostrzec tego szczwanego Błękitnego Liska, jaki to byłby materiał na opowieści o jej przeżyciach! 
Karwiela, zmotywowana takim myśleniem, z zapału aż przyspieszyła i z większą werwą zaczęła rozglądać się za śladami. Powtórzyła w myślach zapamiętane informacje. Półtora metra długości, pół wysokości. Duże uszy, echolokacja... Wykorzystuje gorące powietrze. Iluzja niebieskiego dymu? Zmarszczyła brwi, upewniając się czy w pobliżu nie ma czegoś podobnego w tym kolorze (oprócz nieba oczywiście). Nic jednak nie przykuło jej uwagi. Westchnęła więc i przystanęła, by napić się wody. Boski płyn cudownie zwilżył gardło i po raz kolejny w trakcie obecnej podróży przypomniał, że nie ma nad niego lepszego. Ten stary pryk jednak miał rację, pomyślała, przypominając sobie kłótnię z jakimś starszym wilkiem, przez którą nieomal dostała po głowie butelką Pana Beczułki. Tematem była wyższość piwa nad wszystkimi innymi trunkami. Jej przeciwnik wychwalał rum. A potem dołączył się stary basior i dorzucił swoje trzy łuski o wodzie. Po kiego demona przyszedł wtedy w ogóle do baru, skoro wystarczyła mu woda? Karwiela skrzywiła się z niesmakiem. I choć od owego zdarzenia minęło już kilka lat, trudno było jej się pogodzić z tym, że tamten wilk mógł miał rację. 
Jej kwaśny humor przerwało zauważenie na piasku przed nią ledwo widocznych śladów, nie pasujących do żadnego znanego jej zwierzęcia żyjącego na pustyni. O malutkich przednich łapach i całkiem sporych, w porównaniu do nich, tylnych. Czyżby strzał w dziesiątkę? Nie pozostało jej nic innego, jak tylko ruszyć tym tropem i się przekonać. Jednak zanim to zrobiła, wyjęła notes i pospiesznie zapisała "przednie łapy: pięciopalczaste?│tylne: trójpalczaste". W końcu naukowiec chciał, by zrobiła jakieś notatki. Szczerze, nie spodziewała się, że uda jej się zaobserwować cokolwiek, co będzie można zapisać, biorąc pod uwagę szybkość i nieśmiałość roicherów, dlatego z zadowoleniem ruszyła w dalszą drogę. Szła powoli, z nosem przy ziemi, próbując wyczuć zapach istoty. Był bardzo delikatny i trudny do uchwycenia, zupełnie inny niż wszystko, co do tej pory wąchała. Przypominał... sama nie wiedziała co. Staruszek się raczej nie ucieszy, pomyślała rozbawiona sobą. Trzeba będzie coś później wymyślić, bo jeszcze pieniędzy nie da.
Przez dłuższy czas tropiła bez większego sukcesu, jednak nie traciła nadziei na odnalezienie właściciela śladów. Miała tylko nadzieję, że poszukiwania nie będą trwały dużo dłużej. Piasek zaczynał robić się coraz cieplejszy, a wadera nie bardzo miała ochotę na przeczekiwanie upału w jakiejś norze. Albo, co gorsza, na piasku, bez żadnej innej ochrony niż kupiony przez nią spory kawałek materiału. Na wszelki wypadek zaczęła rozglądać się za jakimś schronieniem, by wiedzieć czy byłoby do czego wracać. 
Na szczęście jednak niedługo później dojrzała coś, co miało potencjał być bestią, której szukała. Kilkaset metrów od niej przemieszczało się kilka czarnych pasów. Niczego innego nie widziała, ale pamiętała jak stworzenie wyglądało na zdjęciu: taki sam układ czarnych pasów, na małym ciele w kolorze piasku. Karwiela przeklęła pod nosem swój słaby wzrok i pełna nadziei ruszyła dalej. Im była bliżej, tym ciało nabierało kształtów i coraz mocniej odrysowywało się od otoczenia. Wadera nie miała już wątpliwości. Trzy dni na pustyni i w końcu go znalazła!
Zwierzę leżało i wyglądało jakby drzemało. Albo zdechło. Tę teorię potwierdzało to, że bestia podobno miała świetny słuch i potrafiła posługiwać się echolokacją. Z jakiego innego powodu nie usłyszała Karwieli? Wszystkie źródła wiedzy o tym gatunku potwierdzały, że woli ucieczkę od ataku. Czyżby się myliły i istota zwabiałaby swoje ofiary udawaną bezbronnością, by chwilę potem rzucić się na nie i zagryźć na miejscu? Małe szanse.
Nie pozwoliła sobie jednak na żadne gwałtowne ruchy, bo nie mogła mieć pewności czy stwór naprawdę zdechł. Pamiętała zapewnienia uczonego, że roichery, pomimo nieproporcjonalnie krótkich nóg są diabelnie szybkie. Miała przewagę kamuflażu, w postaci swojego ubarwienia, które niewiele różniło się od otoczenia. Jedynym problemem w tym zakresie był długi, czarny i oznajmiający wszem i wobec "NIEBEZPIECZEŃSTWO" odwłok, lecz wadera schowała go za sobą. Zwierzę ani drgnęło. Około trzydziestu metrów od bestii zaczęła prawie szorować brzuchem po ziemi, starając się podchodzić jak najostrożniej i jak najciszej. Dostrzegła nieco zniekształcony pysk, wyglądający zupełnie tak, jakby bestia zderzyła się z czymś twardym, co spowodowało deformację. Może to było przyczyną jej śmierci?
Delikatnie położona na piasku łapa. Potem następna... Znieruchomienie. Głęboki wdech i ekscytacja szalejąca w piersi. Prawdziwy roicher, malowany skurczybyk! Chyba martwy, czy mogło być lepiej? Poduszka oderwana od ziemi, zastygłe w napięciu mięśnie... kur*a nO NIE, STÓJ TY MAŁY PIEPRZNIKU!
Wystarczyła sekunda, by nieruchome dotąd stworzenie poderwało się na nogi i zaczęło uciekać, lecz zaprawiona w zawodzie łowcy Karwiela nie pozwoliła sobie na chwilę zastanowienia czy nieuwagi i skoczyła za nim. Szybko jednak okazało się, że nie miała szans w starciu ze zbiegiem, który w krótkim czasie stworzył zadziwiająco dużą przewagę. Pytanie "jak on to robi??" kołatało jej się w głowie, gdy patrzyła jak długi stwór oddala się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu znika za horyzontem. Podżegana dumą determinacja nie chciała pozwolić jej się poddać, lecz bukłaki z wodą i torba, obijające się nieprzyjemnie o jej boki, ostatecznie ją do tego skłoniły. Stanęła, dysząc ciężko i wypatrując istoty w miejscu w którym ta zniknęła, nie chcąc jeszcze odpuścić. Wiedziała jednak, że ta bitwa była już przegrana i zaalarmowany stwór zapewne nie da do siebie ponownie podejść tak łatwo. Nie wspominając już o tym, że ciągle mógł biec i tworzyć coraz większy dystans do pokonania. A najgorętsze godziny zbliżały się nieustająco. Szansa na spotkanie kolejnego roichera w niedługim czasie? Prawie żadne. Poza tym miała już serdecznie dosyć samotności i pustyni, a coś tam udało jej się zaobserwować, prawda? Prawda. Zastanowiło ją tylko to, dlaczego stworzenie poderwało się dopiero wtedy, kiedy była już tak blisko. Może było otumanione? Wyjaśniało by to zniekształcony pysk. 
Usatysfakcjonowana swoim rozumowaniem zawróciła i ruszyła z powrotem po swoich śladach. Czas wracać do domu. 


Nagroda: 5 punktów szybkości + 100 KŁ

czwartek, 30 czerwca 2022

Od Karwieli, CD. Xevy

Po wyjściu Xevy zapadła niezręczna cisza, a sołtys wyglądał tak, jakby właśnie przełknął coś naprawdę niedobrego i przez to go zemdliło Nie zdążył jednak dać upustu emocjom, ponieważ przyzwyczajona do zachowania teneriski Karwiela postanowiła zainterweniować, nie mając najmniejszej ochoty na bycie ofiarą wybuchu, który niewątpliwie by nastąpił.
-Niech pan wybaczy mojej towarzyszce, nie może doczekać się pomocy mieszkańcom.- wyjaśniła, doskonale zdając sobie sprawę z nieco innych powodów zachowania Xevy, które pominęła, by nie sięgnąć dna w oczach sołtysa. Trzeba przecież będzie z nim współpracować, a lepiej żeby nie rzucał kłód pod nogi, bo jeszcze je odeślą i z łuseczek lipa. Nie czuła jednak żadnych wyrzutów sumienia, bo w końcu ekscytacja i chęć zmierzenia się z przyczyną terroru wśród tutejszych wilków jest formą pomocy, prawda? 
Basior nie wyglądał na przekonanego, dlatego wadera kontynuowała- Mogę pana zapewnić, ma dobre intencje i zna się na rzeczy. Ale, nie chcę jej zbyt długo zostawić samą, bo wie pan, dusza odkrywcy to ogień, a ogień rzuca światło na dotąd nieodkryte, dlatego chciałabym przy tym być. - widząc w dalszym ciągu zdenerwowaną minę rozmówcy postanowiła przyjąć nieco inną strategię. Nie było czasu na wahanie, jeszcze chwila i wywiązałaby się kłótnia, podczas której tylko straciłaby swój czas. Dlatego, dochodząc do wniosku, że w sumie i tak ich nie odeślą, bo nie mają nikogo na zastępstwo, z bardzo poważną miną kontynuowała- Poza tym ogień, jak pan doskonale wie, ma tendencję do gwałtowności, która może być powodem różnych konsekwencji. Mojej przyjaciółce bardzo zależy na dojściu do celu, co zresztą dobrze widać...- w oczach sołtysa pojawił się niepokój, potwierdzający jego opinię o młodszej waderze- Dlatego proszę, by pan szybko odpowiedział na jeszcze kilka pytań, bo czas nas nagli.- Xynth parę sekund zastanawiał się, ale w końcu skinął głową. Karwiela obdarzyła go szerokim uśmiechem. 
-Gdzie mieszka rodzina Tevaro?- sołtys zmarszczył brwi.
-W zachodniej części wioski, na samych obrzeżach, przy jednej z dróg. Ich dom łatwo rozpoznać, bo stoi przy nim wspomniany warsztat, w którego odbudowie pomagał Asserio, oby w Caishe odnalazł szczęście.- wadera zanotowała informację w pamięci.
-Gdzie możemy znaleźć tych, którzy odnaleźli ciało?- pytanie wzbudziło podejrzenia Xyntha, które bardzo widocznie odbiło się w jego rysach.
-Dlaczego pani pyta? Policja już zajęła się tą sprawą, morderca został złapany i ukarany. Po co kazać szczenięciu przypominać sobie po raz kolejny to traumatyczne przeżycie i wystawiać je na niepotrzebny stres?- Karwiela uważnie wpatrywała się w niego przez chwilę, zastanawiając się czy jego reakcja była skutkiem faktycznej troski, czy dyktowanego strachem przed zagłębieniem się obcych w sprawę niepokoju.
-Jej słowa mogą okazać się bardzo ważną wskazówką w znalezieniu zła, które gnębi tę wioskę. W końcu była tam pierwsza, może zauważyła coś szczególnego, coś istotnego.
-Wszystko, co zobaczyła, już opisała naszym służbom.- basior nie dawał za wygraną i, choć wyglądał beznamiętnie, w jego głosie pobrzmiewała irytacja. 
-Wasze służby nie spędziły większości lat swojego życia na obcowaniu z bestiami, sołtysie- odwarknęła Karwiela, która bardzo nie lubiła, jak ktoś jej się przeciwstawiał, zwłaszcza w powierzonej jej specjalnie sprawie. Zaraz jednak ochłonęła, ponieważ w dalszym ciągu nie wiedziała czy rozmówcy po prostu nie zależy na dobrobycie mieszkanki wioski. 
-Musimy mieć dostęp do wszystkich poszlak, by skutecznie działać. Obiecuję panu, że będziemy delikatne i nie będziemy się nad małą pastwić. Jednak jeśli pan chce, by pańska wioska jak najszybciej odzyskała spokój, proszę mi zaufać.- Xynth westchnął i skapitulował.
-Mieszkają blisko rynku. Proszę spytać kogoś o Gawgira i Urię z rodu Mupiani, z pewnością wskażą paniom drogę. 
-Dziękuję. Jak daleko stąd znajduje się kopalnia, w której przebywa sprawca?
-Około 7 kilometrów od wioski.
-Czy pan Asserio zachowywał się inaczej niż zwykle na krótko przed zaginięciem?
-Nie wydaje mi się.- wadera zamilkła, rozważając czy nie wypytywać dalej, ale uznała, że równie dobrze może to zrobić później albo z kimś innym, niekoniecznie sołtysem. W dodatku Xeva musiała się niecierpliwić.
-Na razie to wszystko. Dziękuję za poczęstunek i odpowiedzi.-skinęła sołtysowi głową, wstając z pufy.
-To ja dziękuję. Odprowadzę panią.- zaczął prowadzić ją przez korytarz. Wadera nie zwracała uwagi na obrazy i materiały dekorujące wnętrze, w jej głowie bowiem krystalizowała się świadomość sytuacji i początkowy plan działania. Dziwna siła mogła być powiązana z ofiarą, ze sprawcą, z obojgiem lub z żadnym z nich. W dodatku nie wiadomo, czy wioska miała do czynienia z bestią, demonem lub czymś jeszcze innym. Krótko mówiąc, były jak szczeniaki we mgle, ale hej! Od czegoś trzeba zacząć i chyba najlepiej będzie od ofiary, bo tutaj coś już miały. Przynajmniej póki nie było z nimi maga.
Wkrótce łowczyni przekroczyła próg, pożegnała sołtysa i na odchodnym poprosiła go o zorganizowanie spotkania z myśliwymi wioski. Basior zgodził się, po czym zamknął drzwi. Wilczyca rozejrzała po ulicy, na której spodziewała się zobaczyć zniecierpliwiony wulkan energii, jakim była Xeva. Ulica jednak była pusta. 
-Xeva?- zawołała, przystając-Xeva!
Gdzie ona znowu zginęła?


<Xevooooo? Gdzie jesteś?>


Ilość słów: 787= 45 KŁ

piątek, 1 kwietnia 2022

Od Karwieli, CD. Xevy

-Co ta smarkula sobie wyobraża?- mamrotała pod nosem Karwiela, rzucając spojrzenia spode łba idącej parę kroków przed nią Xevie, która albo nie zdając sobie sprawy z ucieleśnienia irytacji robiącego jej wyrzuty, albo zwyczajnie się nią nie przejmując, pruła do przodu.- Cios poniżej pasa, zdrada!- kontynuowała swój monolog, wyraźnie rozeźlona, z satysfakcją patrząc na uciekające przed jej wzrokiem oczy przechodzących wilków, zwłaszcza skaczących jej pod łapy dzieciaków. Zły humor nie był jednak wymierzony w młodszą waderę... No dobrze, w nią trochę też, ale za większą jego część była odpowiedzialna świadomość manipulacji, jakiej teneriska ją poddała i na jaką przystanęła, czując presję ugodzonej dumy. I łatwość z jaką była w stanie wygrać dyskusję. Była więc zła na siebie, a jej lubiąca narzekanie natura znalazła odpowiedni moment za danie upust emocjom w bardzo wygodny dla siebie sposób. Lerdis pozwoliła więc sobie na chwilę rodem z epizodu pod tytułem "zabranie dziecku cukierka", a znająca jej humorki Xeva pozostawiła ją samą sobie, uśmiechając się z rozbawieniem. 
Wkrótce potem Karwiela się z nią zrównała i z naburmuszoną miną, ale spokojem w głowie ruszyły w kierunku głównego szlaku, prowadzącego na zachód. Po drodze wstąpiły jednak do domu starszej wadery pod wpływem jej usilnego nakłaniania, że skoro "i tak już idziemy tą drogą, to możemy wstąpić, a ja dzięki temu nie umrę przez ciebie z zimna". Zabrała swoje flakoniki z napojami na utrzymywanie ciepła, trochę bandaży i magiczne podpałki, po czym wrzuciła do niewielkiej torby, którą zarzuciła na pierś. Kiedy wyszła Xeva posłała jej widok wyszczerzonych w niby niewinnym, a tak naprawdę nieco kpiącym uśmiechu, na co Karwiela bezceremonialne warknęła, ale bez gwałtowniejszych emocji. Niedługo potem znalazły się z powrotem na szlaku, umilając sobie czas rozmową. 
-Spotkałaś kiedyś tego  Deharo?- spytała towarzyszkę, czując jak podniecenie rośnie z każdym kolejnym krokiem skierowanym w stronę tajemnicy. Tak dawno nie miała możliwości polować na cokolwiek groźniejszego niż dzik!
-Nigdy spotkać go okazji nie miałam. Słyszeć też nie słyszałam. Ciekawe jaki on jest!- teneriska przechyliła głowę w zamyśleniu. 
-Żeby z nami wytrzymać, musiałby być święty!- roześmiała się lerdis, przypominając sobie wszystkie wilki, z którymi jak dotąd pracowały. Nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że większość chociaż raz miała ochotę coś im zrobić, a prawie wszyscy pragnęli jak najszybszego zakończenia misji, by odzyskać upragniony spokój i już więcej nie pracować z dwoma wariatkami, które pakują się w najgorsze kłopoty. 
Xeva na te słowa posmutniała i skuliła uszy, wbijając wzrok w ziemię. Karwiela od razu zauważyła nagłą zmianę nastroju towarzyszki i westchnęła, czując lekkie poczucie winy. 
-Nie smuć się skarbie. To tylko świadczy o tym jak bardzo niesamowite jesteśmy! Tylko najlepsi potrafią to docenić. Możemy się uznawać za... no za... wskaźniki największej cnoty? I mamy przewagę, bo się dobrze dogadujemy!- wadera usilnie próbowała podnieść teneriskę na duchu, modląc się, by zadziałało. Werbalna troska o uczucia innych nie była jej najlepszą stroną. Na szczęście chyba tym razem jej się udało.
-Naprawdę sądzisz tak?- spytała Xeva, przystając i zatapiając w oczach starszej swój łagodny wzrok.
-No ba. Wy-ją-tko-we. A teraz w drogę, bo czeka na nas morderstwo, cień bestii i nawiedzona wioska. Nie wiem jak ty, ale ja się nie mogę doczekać!

<Xevoooooo?>

Słowa: 517 = 31 KŁ

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Od Karwieli - Święto Wielkiego Obdarowywania - quest I

-Jasna cholera, czy naprawdę tak trudno jest uprzedzić swojego podwładnego wcześniej, niż na półtorej godziny przed, że ma się stawić w pracy? Nadęty burak.- wyburczała zdenerwowana Karwiela, truchtając między budynkami Centrum. Niecałe pięć minut wcześniej okazało się, że plany na leniwe popołudnie i kilka kolejnych dni pójdą w diabły, ponieważ jej obecność jest bardzo pożądana na jednej z tych wielodniowych obław, na których mało kto chce być. Ona dla odmiany czerpała z nich przyjemność, jednak MUSIELI JEJ POWIEDZIEĆ DOPIERO TERAZ, JAKBY OBUDZILI SIĘ Z ŁAPĄ W NOCNIKU? -Co z prowiantem? Co z ochroną przed zimnem? Pewnie, że nie raczył się zastanowić, przecież ma naturalną ochronę w postaci pokaźnej ilości tłuszczu, to go to nie obchodzi. Zasraniec. I to jeszcze w Święto Wielkiego Obdarowywania!- warczała, przyciągając spojrzenia przechodniów, którzy widząc drgający nerwowo odwłok na wszelki wypadek schodzili jej z drogi. 
Teraz, zamiast rozważnego i spokojnego obchodu po raju dla wilków lubiących tłum, żarcie i świecidełka (czyli po jej personalnym Eden) musiała czym prędzej wracać do domu, aby móc zdążyć przed tym jak reszta wyruszy. A nawet nie kupiła Xevie prezentu!
Xeva. Prezent. I co teraz?
Może wręczyć go po powrocie? Nie, byłoby to co najmniej niesmaczne, zwłaszcza że może wrócić długo po zakończeniu Święta. Trzeba coś szybko wymyślić i szybko dostarczyć, niech tego przeklętego gbura pchły ciągną za uszy! Tylko co? 
Już miała zawracać w kierunku Rynku, gdy do głowy wpadł jej genialny pomysł, który na pewno zaoszczędzi jej trochę czasu i sprawi przyjaciółce przyjemność. Porzucając gniewny wyraz pyska ruszyła biegiem w drogę do swojej jaskini.

~*~

W parędziesiąt minut później stała przed domem Xevy, ciepło ubrana, ubezpieczona w owijki i skórzaną torbę, trzymając w powietrzu włożony do zakupionego parę tygodni wcześniej niewielkiego, zdobnego w kwiaty pudełka prezent oraz karteczkę. W środku znajdowało się kilka ciekawych i ładnych kamieni, które zebrała na swoich wyprawach, pióro Sępiska Łysawego oraz bransoletkę ze złotym zębem (który kilka lat temu wybiła jakiemuś idiocie w karczmie). Brzmi to co najmniej groteskowo, lecz chciała przyjaciółce dać również coś, co zrobiła sama. A że z przedmiotem wiązały się przyjemne wspomnienia, a sam ząb prezentował się o wiele ładniej niż w gębie lowelasa z karczmy, a ponadto wcale nie wyglądał jakby stamtąd pochodził wybrała właśnie jego. Miała nadzieję, że Xevie się spodoba.
Na kartce natomiast widniało dzieło sztuki w postaci narysowanej węglem w trzy minuty Karwieli (Elijas Ragnarook Marath złapałby się za głowę) oraz napis "wkrótce będę z powrotem". 
Trzymane prezenty położyła przed drzwiami, po czym zaczęła w nie walić tak głośno, że obudziłaby umarłego. Gdy usłyszała zbliżające się kroki odbiegła kawałek, by dać znać że musi czym prędzej ruszać w drogę. Po chwili Xeva wyszła na dwór i ze zdziwieniem patrzyła na leżące pod jej łapami prezenty. 
-Wszystkiego najlepszego!- Karwiela krzyknęła z oddali, machając odwłokiem w geście powitania, które zapewne lepiej było widać niż uśmiech. Gdy tylko zobaczyła jak pysk Xevy rozpromienia się, a jej ogon zaczyna tłuc o ziemię wskazała szybko na swój ekwipunek i biegiem ruszyła na miejsce spotkania. Na bank była spóźniona, ale może jeszcze uda się dogonić drużynę.


Nagroda: 300 KŁ + 3 punkty do statystyk

piątek, 31 grudnia 2021

Od Karwieli - Święto Wielkiego Obdarowywania - quest II

Specjalnie z okazji Święta Wielkiego Obdarowywania Karwiela postanowiła w końcu pupuścić nieco pasa i wybrać się do Centrum, by sprawić sobie nieco przyjemności. Znając swoją rozrzutność wybierała się tam tylko z przymusu, pieniądze w końcu nie rosną na drzewach, a płaca myśliwego, choć wystarczająca na zwykłe potrzeby, nie wystarczała na zachcianki wadery, która jedną wyprawą na zakupy potrafiła wydać połowę swoich oszczędności. Dlatego po wielu tygodniach snucia się po dystryktach i omijania stolicy gospodarczej państwa, z wyliczoną sumką wyruszyła w drogę, uśmiechając się na samą myśl o łakociach i cacuszkach, które wpadną jej w oko i tym samym do kieszeni.
Pogrążona w myślach nie rejestrowała mijającego czasu, co jakiś czas budząc się z zamyślenia tylko dzięki wyćwiczonej wrażliwości zmysłów: a to złamana gałązka pękła pod łapą kryjącego się wśród zieleni wiecznie zielonych drzew zwierza, a to zapach dymu podrażnił nos, a to lodowaty powiew zmusił do zmiany pozycji grubego futra, który zarzuciła na grzbiet. Nic jednak nie przykuło jej uwagi na dłuższą chwilę, a droga przebyta została w spokoju. 
Powróciła do rzeczywistości dopiero przed murami Centrum, dokładnie sprawdzając czy wszystkie kieszenie jej "podręcznej torby myśliwskiej" są zamknięte (rynek bez złodzieja jest jak wilk bez pyska), a pieniądze nie wypadły w trakcie jej wędrówki (trzeba było by się po nie wrócić cholerka, jak nic). Na szczęście łuski dalej znajdowały się w kieszonce na piersi, a wszystkie zamki były już wcześniej zamknięte i gotowe na wkroczenie do miasta, więc bez dłuższej zwłoki ruszyła ku głównej bramie, witając się z pilnującymi jej strażnikami krótkim skinięciem głowy. Ci, widocznie znudzeni, odpowiedzieli tym samym i zajęli się przerwaną na chwilę grą w karty. Karwiela przez moment zastanawiała się czy do nich nie dołączyć, w końcu stawki leżące przed łapami basiorów były kuszące, jednak rozsądek wygrał bitwę z zachcianką. Wiedziała, że nie po to przyszła, więc tylko westchnęła i koniec końców minęła strażników, wkraczając w granice Centrum. 
Nie pożałowała tej decyzji, ponieważ zaraz po wkroczeniu na Rynek jej zmysły zalała fala niespotykanych często bodźców. Do nosa wdarły się zapachy od razu pobudzające wydzielinę śliny, oczy rejestrowały feerię barw gdzie tylko się skierowały, a uszy wypełniły śmiechy, rozmowy i śpiew. Wszędzie kręciły się wilki, młode i stare, wysokie i niskie, bogate i biedne. Rasy mieszały się ze sobą tworząc rzadkie zjawisko tak dużej różnorodności w jednym miejscu. Waderze nie przeszkadzał ani tłum, ani żaden jego element w szczególności, ba! Była bardzo zadowolona, że w końcu może porozmawiać, zawrzeć nowe znajomości i, oczywiście, opowiedzieć o swoich niesamowitych przygodach oraz zdobyć nieco podziwu. Jakże za tym tęskniła!
Nie marnując czasu wkroczyła na plac, podziwiając kolorowe stragany, ubrania mijających ja obywateli Królestwa, wyroby rzemieślników. Przystanęła przy starszym basiorze, który zabawiał grupkę wilcząt magicznymi sztuczkami i wrzuciła mu parę łusek do pojemnika na pieniądze. Uśmiechnął się słodko i posłał w jej stronę parę iskierek, które zatoczyły wokół niej krąg i zniknęły. Odpowiedziała uśmiechem i poszła dalej.
Zagadując przypadkowych przechodniów, oglądając co sprzedawcy mają do zaoferowania i po prostu ciesząc się spędzanym czasem zaszła pod prowizoryczny namiot ustawiony w rogu Rynku. Według napisu przed wejściem, był to przejezdny teatr kukiełkowy. Karwielę z takimi łączył głęboki sentyment- jej rodzice często zabierali ją na przedstawienia. Widząc, że następny spektakl ma odbyć się za zaledwie piętnaście minut postanowiła wziąć udział. W końcu do wieczora zostało jeszcze parę godzin, ona wydawała dopiero jedną czwartą swoich łusek, a odrzucenie perspektywy obejrzenia przedstawienia po tak długim czasie byłoby przykre. Zapłaciła więc i weszła do środka, zajmując miejsce z tyłu, by nie peszyć zbytnio maluchów swoim częściowo przykrytym futrem odwłokiem. Tyle lat, a wilki dalej nie do końca mogły pogodzić się z widokiem hybrydy wilka i skorpiona. Cóż, widocznie były zbyt ograniczone. 
Minuty mijały, a namiot wypełniał się coraz bardziej. Przed Karwielą usadowił się młody, łaciaty, o dwie głowy wyższy od niej basior. Minę miał bardzo nieszczęśliwą, pysk zwieszony, a ogon walał się po lekko ubłoconej ziemi, jednak osobnik w ogóle się tym nie przejmował. Wadera zirytowała się lekko, że musiał usiąść AKURAT przed nią i swoim wielkim ciałem zasłonić połowę sceny. Już chciała wstać i się gdzieś przesiąść, gdy światła na parę sekund zgasły, by zaraz zapalić się na nowo, skupiając się na małej drewnianej scenie, zza której wyłoniła się biała wilcza kukiełka. W tym samym momencie obok niej usadowiła się naprawdę potężna wadera z paromiesięcznym szczeniakiem, i tak sporym jak na swój wiek. Lerdis skrzywiła się, gdy matka wcisnęła się w jej bark, by móc zmieścić się między nią a siedzącym niedaleko basiorem, lecz jedynie przymknęła powieki i wzięła kilka głębokich wdechów. To nie zepsuje jej dnia. 
Przedstawienie rozpoczęło się historią Silvarii. Szczenięta z pierwszych siedzeń nie kryły podekscytowania i podziwu dla Srebrnej Królowej, co chwila wykrzykując, czy to z radości, czy też ze strachu. Pech chciał, że Karwiela siedziała obok jedynego starszego wilka, który ekscytował się równie mocno jak dzieci. Mowa tu oczywiście o starszej waderze, która raz po raz wybuchała ekscytacją, objawiającą się nie tylko głosem, ale również ruchem ciała. Gdy któryś raz z kolei popchnęła swoim wielkim barkiem głowę Lerdis, ta nie wytrzymała i odepchnęła sąsiadkę tak, że tamta aż się zachwiała. Już brała oddech, by na nią warknąć, gdy po namiocie rozniosła się owacja. Starsza wadera szybko do niej dołączyła, zapominając o siedzącej obok niej Karwieli. Nie zapomniało jednak jej szczenię, które zaczęło obserwować niską wilczycę, a zwłaszcza jej wystający spod futra odwłok, z dużym zaciekawieniem. Wadera uniosła oczy do nieba, ale zignorowała bachora w nadziei, że ten przestanie się interesować. Nie przestał. Nie minęło parę minut, a już poczuła ciepły dotyk na swoim chłodnym odwłoku. Z trudem zwalczyła odruch, by nie dziabnąć gówniaka kolcem jadowym. Odwróciła się błyskawicznie i przesunęła go poza zasięg młodych szczenięcych łap.
-Nie wiesz, że dotykanie innych bez pozwolenia jest niekulturalne?- zapytała wyraźnie poirytowana. Małe skonsternowało się i chyba trochę przestraszyło, lecz Karwiela zbytnio się tym nie przejęła.-Wracaj do matki i skup się na przedstawieniu, jest o wiele ciekawsze niż mój ogon.- rzuciła, po czym ponownie skierowała się ku scenie, olewając młodego. Nie dane jej było jednak skupić się na kolejnej kukiełkowej historii, bowiem znowu poczuła tyrpanie na swoim odwłoku. 
-Młody, naprawdę bardzo cię proszę, abyś przestał. Będzie lepiej i dla mnie, i dla ciebie. Zwłaszcza dla ciebie, bo dotykając mnie wystawiasz się na niebezpieczeństwo.  Rozumiemy się?- szczenię potaknęło i z niewinną miną cofnęło się parę kroków. Wadera odetchnęła i odwróciła się przodem do sceny. Po kilku minutach znowu poczuła dotyk, bardzo blisko kolca.
-Czy ty nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?- syknęła na szczeniaka, który gwałtownie cofnął łapę, złapany na gorącym uczynku. 
-Ma pani jakiś problem do mojego dziecka?- poczuła nad sobą obecność wielkiej wadery, która zaalarmowana została szybkim ruchem Karwieli, ocierającej się o jej bark. Lerdis uniosła głowę, by spotkać się ze wzrokiem zdenerwowanej rodzicielki.
-Tak, mam problem.- odpowiedziała, nie opuszczając wzroku.- Pani szczenię bez pozwolenia dotyka mojej części ciała!- potężna wilczyca aż się zapowietrzyła.
-To dopiero młody wilk! Niech pani nie oczekuje, że będzie się zachowywał jak dorosły!
-Jeżeli nie potrafi zrozumieć po dwóch ostrzeżeniach, że ktoś sobie tego nie życzy to chyba powinna się pani zastanowić nad tym, jak pani wychowuje dziecko!
-Ja? Jak wychowuję dziecko?! A co pani do tego?! Miała pani kiedyś dzieci?! Z takim wrednym pyskiem, szczerze wątpię by miała pani z kim je mieć!
-Dziwne, że pani miała z takim charakterem! - głosy stawały się coraz głośniejsze, tak samo jak szmery niezadowolenia. Wilki podniosły się z miejsc w obawie, że trzeba będzie powstrzymywać wilczyce przed rzuceniem się na siebie.
-Niech panie przestaną!- w końcu wtrącił się łaciaty basior o nieszczęsnej minie. Matka szczeniaka wyprostowała się i zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.
-Zamknij się pan i nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy!- basior skurczył się w sobie i wycofał. Po jego nosie popłynęła najpierw jedna łza, potem druga i w końcu wybiegł z namiotu, zapominając o niedokończonym przedstawieniu.
-Niech pani lepiej nauczy swoje dziecko podstawowych manier i przede wszystkim ostrożności, bo przedwcześnie zginie.- warknęła w końcu Karwiela, która poczuła nić sympatii i współczucia w stosunku do młodego basiora. Matka zaczerwieniła się i wyszczerzyła zęby.
-Pani mi grozi?- syknęła cicho. Lerdis również pokazała kły, unosząc powoli odwłok nad głowę.
-Nie. Widzi pani?- ruszyła kolcem, by przykuł uwagę starszej.- Gdyby pani dziecko dotknęło tej części bardzo prawdopodobne byłoby, że nie dożyje jutra. Dlatego radzę lepiej go pilnować.- potężna wadera wyraźnie się przestraszyła. Młodsza rzuciła jej tylko chłodne spojrzenie i zeskoczyła z ławki, tracąc jakąkolwiek chęć siedzenia dłużej w tym namiocie. Przedstawienie i tak miało się ku końcowi, a przebywanie obok swojej "rozmówczyni" napsułoby jej tylko więcej krwi. Dlatego powoli, by nie wyglądało to na ucieczkę, ale z ulgą wyszła na świeże powietrze. 
Zaraz zauważyła łaciatego basiora, który płakał oparty o ścianę sąsiedniego budynku. Ponownie poczuła sympatię do niego oraz łączącą ich złość na matkę szczenięcia i zdecydowała się podejść. Może nawet w głębi duszy poczuła się winna, że zepsuła mu, i tak już kiepskie popołudnie... Eh, mało prawdopodobne.
-Dlaczego pan płacze?- spytała. Podniósł na nią szklany wzrok i chwilę nie reagował.
-Moja narzeczona wyrzuciła mnie z domu.- załkał w końcu. Karwiela zamilkła, nie wiedząc jak zareagować.
-Dlaczego?- subtelność nigdy nie była jej cechą. Basior jednak nie wyglądał na poirytowanego bądź zniesmaczonego. 
-Pokłóciłem się z nią. Widziałem ją z jakimś basiorem i oskarżyłem, że mnie zdradza. A teraz pewnie mnie nienawidzi!- zaczął płakać jeszcze mocniej, a Lerdis zaczęła trochę żałować, że podeszła. Nie bardzo odnajdywała się w pocieszaniu innych. O sprawach sercowych już nie mówiąc.
-Czyli zerwała zaręczyny?- łaciaty gwałtownie przestał płakać i zamilkł.
-Nie. Nie zerwała.- powiedział, jakby dopiero teraz sobie to uświadomił. Karwiela poklepała go po grzbiecie.
-Dobra nasza! Jest nadzieja, niech się pan nie martwi!- uśmiechnął się delikatnie, zaraz jednak mina mu zrzedła.
-Tylko co teraz?
-Proponuję z nią porozmawiać. Kupić kwiaty, biżuterię, przeprosić i zapewnić o swojej nieustannej miłości. Jeżeli to nie zadziała, będziemy się zastanawiać.
-Spadła mi pani z nieba!- Wadera pokręciła głową z niedowierzaniem. Żeby naprawdę nie wpaść na to wcześniej?

~*~

-I jak, panie Vix, udało się?- spytała wadera, czekając w umówionym miejscu następnego dnia. Spotkali się rano, razem kupili kwiaty i porządny naszyjnik, po czym wilczyca wysłała łaciatego na spotkanie z narzeczoną, z którego właśnie wrócił. 
-Ciężko było na początku, a poza tym to w porządku.- uśmiechnął się z wdzięcznością.- Będzie potrzebne jeszcze trochę czasu, ale wszystko jest na dobrej drodze. 
-Cieszę się razem z panem- odpowiedziała tym samym.- Powodzenia!
 

Nagroda: 500 KŁ + 10 punktów do statystyk, dowolnie rozdanych

niedziela, 14 listopada 2021

Od Karwieli- II quest Eventu Halloweenowego, część 1

[quest nie jest kanoniczny]
Z zaciśniętym gardłem przykucnęła przy przednich drzwiach porzuconego samochodu, przylegając plecami do rozgrzanej od słońca powierzchni. Pierś unosiła się w urywanym oddechu, palce zaciskały się na pasku torby, a wzrok co chwila spotkał się z chowającą się za stosem opon Valensią i z leżącym przy niej Silasem. Cała trójka zastygła w bezruchu, wsłuchując się w charczenie i szuranie dobiegające zza rzędu starych, zdezelowanych samochodów. Odgłosy raz się zbliżały, a raz oddalały, niemal przyprawiając ich o atak serca. 
Karwiela bardzo powoli podniosła się i wyjrzała przez częściowo zbitą szybę. Na znajdującym się około pięćdziesiąt metrów od niej placyku snuły się cztery zombie, skutecznie zagradzające jedyną otwartą drogę ucieczki. Przeklęła w myślach, zastanawiając się jak w ogóle znaleźli się w tej sytuacji. Plan był banalnie prosty: przeszukać stojącą po drugiej stronie od wjazdu budę, znaleźć paliwo i zwinąć się jak najszybciej. Ale oczywiście tam, gdzie się kierowali, tam zawsze podążał za nimi pech. I tym razem przywlókł razem z sobą zombiaki.
Trwali więc w swoich prowizorycznych kryjówkach, czekając aż nieproszeni goście odejdą, z sercami chcącymi wyrwać się z klatek piersiowych, zbyt ostrożni i wystraszeni by się poruszyć. Wystarczył jeden zbyt głośny dźwięk, by przykuć uwagę całej czwórki, a tego w obecnej chwili bardzo, bardzo nie chcieli. Cenili swoje mózgi i nie byli gotowi się z nimi jeszcze pożegnać. Jasne, przeciwników było o zaledwie jednego więcej niż ich, jednak nie wiadomo czy w pobliżu nie czaiły się posiłki, a znając tendencję zombie do atakowania w grupach można było mieć prawie pewność, że tak w istocie było. A skurczybyki jak wyczują łatwą wyżerę potrafią zadziwiająco szybko biegać. Nie można też było zapomnieć, że byli praktycznie bez broni. Jak do tego doszło, ktoś mógłby spytać. W końcu kto normalny wybiera się na poszukiwania zapasów bez broni w dzisiejszych czasach? Kiedyś byli to jeszcze zwykli ludzie, nie mający albo dostępu, albo sposobów, albo chęci. Ci jednak szybko zginęli i sami dołączyli do podbijającego świat gatunku.
Teraz robili tak tylko samobójcy.
Kiedy wyruszali z bazy byli zaopatrzeni i w pełni gotowości na jakiekolwiek przeszkody na drodze. Przynajmniej tak im się zdawało, do czasu aż nie przykuli uwagi stada zdziczałych psów które, pozbawione właścicieli, musiały same zapewnić sobie przetrwanie w tych trudnych warunkach. To doprowadziło do ich zwiększonej ostrożności, zwiększonym lęku i przede wszystkim zwiększonej agresywności. Trójka zmuszona była odstraszyć je za pomocą strzałów, które zaalarmowały wałęsającą się w pobliżu hordę zombie. W tym całym zamieszaniu ledwo udało im się uciec, zużywając po drodze wszystkie kule lub, jak to było w przypadku Valensii, gubiąc broń. I tak uciekając dotarli do celu, na stary skup samochodów, myśląc że udało im się zgubić ogon. Cóż, najwyraźniej nie do końca.
Karwiela spojrzała w przeciwną stronę do placyku, wypatrując jakiejś drogi wyjścia. Zostanie w miejscu i czekanie aż nieumarli znikną mogłoby okazać się zgubne w skutkach, dlatego zależało jej na znalezieniu takowej jak najszybciej. Silas i Valensia wpatrywali się w nią z oczekiwaniem, ponieważ sami nie mieli dostępu do widoku.
Od tej strony pusty plac przylegał do niskiego, długiego budynku, wyglądającego na magazyn. Rząd okien kusił obietnicą wybawienia, tak samo jak naskładane na całej długości drewniane skrzynki i opony, po których może udałoby się wspiąć. Problem natomiast stanowiły szyby w oknach, będące istotną przeszkodą na drodze ewakuacyjnej. Skrzywiła się, kucając z powrotem. Myśl do cholery, przecież jesteś w stanie się z tego wyciągnąć. Dlaczego zawsze jak Silas jest potrzebny, to nie ma okazji się wykazać?! Podniosła się ponownie i wzrokiem przeszukała tę graciarnię, wypatrując luźnych desek czy metalowych prętów oraz miejsc, gdzie wspinaczka zdawała się w miarę bezpieczna. Wybrała jedno z nich, oceniła odległość. Teraz trzeba liczyć tylko na to, by za szybko nie przyciągnąć uwagi zielonych.
Rzuciła okiem w przeciwną stronę. Trzy nieświadome ich obecności zombie, daleko ale bliżej niż były poprzednio. Czwarty może stanowić problem jeśli nie ma się go na widoku, lecz i tak lepiej tylko jeden niż wszystkie. Prosząc o powodzenie ryzykownego planu kogokolwiek w górze, kto chciałby jej wysłuchać poczekała aż cała trójka odwróci się do niej plecami i gdy tylko to nastąpiło szybko przemknęła przez uliczkę, lądując obok przyjaciół. Wytłumaczyła im co i jak, opisała tyle co mogła i zaznaczyła gdzie powinni się kierować, po czym powoli ruszyli ku magazynowi, lawirując między samochodami zgięci w pół. Co chwila przystawali, rozglądając się, nasłuchując i wyglądając na plac po przeciwnej stronie, z ulgą widząc że trójka nieumarłych nie ma pojęcia o ich obecności. Po czwartym nie było śladu. 
W końcu dotarli na skraj gołego placu, na którym wkrótce miało się okazać, czy zdołają wyjść z tej przygody w całości. Przystanęli, zbierając się na odwagę, próbując uspokoić oddechy. W końcu Silas dał znak i powoli, po cichu i z jak największą ostrożnością jeden po drugim ruszyli ku magazynowi, dbając by samochody zasłoniły ich pochylone sylwetki przed zombie. Piasek cicho chrzęszczał pod butami, bawiąc się z ich napiętymi nerwami. W każdej chwili oczekiwali napłynięcia ohydnego odoru i ruchu rozkładającej się ręki, widoku przerośniętych zębów i tego koszmarnego charczenia. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a oni bezproblemowo przebyli pusty odcinek drogi. Dziewczyny ustawiły się tyłem do ściany budynku, jedna łapiąc za dziurawe wiadro, druga za coś co przypominało drążek poprzeczny i z niepokojem czekały aż Silas wybierze odpowiedni sprzęt, wespnie się po skrzynkach i zacznie łupać w okno. Przed tym ostatnim zapadła chwila ciszy naznaczonej świadomością, że zaraz zlecą się tu wszystkie zombie razem wzięte i będą mieli kurewsko duży problem. No nie ma bata, żeby to wiadro, które Karwiela taszczyła w rękach posłużyło do czegokolwiek innego niż zbieranie ich szczątek z parkietu, ale hej! Grunt to pozytywne myślenie!
-Dobra dziewczyny, raz kozie śmierć- stwierdził zrezygnowany mężczyzna i tak huknął w niewinne okno, że prawie spadł. Jakoś się jednak utrzymał i grzmotnął ponownie, jakby szkło było jedynym co stało mu na przeszkodzie do wolności. Bo właściwie było. Lol.
-Szybciej.- syknęła Valensia, nerwowo przekładając drążek poprzeczny z jednej ręki do drugiej, słysząc zbliżające się odgłosy szurania, charczenia i bulgotania.
-Staram się.- odwarknął Silas, coraz bardziej zirytowany niechcącym ustąpić szkłem. Już pojawiły się na nim pęknięcia, ale od kilku machnięć nic poza tym.- No dalej!- zza rządu samochodów wypadły trzy zombie i kuśtykając ruszyły w ich stronę, wyciągając przed siebie pozbawione skóry dłonie. Gnijące mięso odpadało z ich ciał pod wpływem szybkiego tempa. Jednemu wypłynęło oko. 
Nagle rozległ się potworny trzask zwiastujący wybawienie. Kątem oka Karwiela ujrzała jak Valensia wskakuje na skrzynki obok Silasa i nie zważając na ostre kawałki wślizguje się do magazynu. Szybko poszła w jej ślady, korzystając z pomocnej dłoni mężczyzny (sama bowiem miałaby problem z prędkim dostaniem się na wysoki "stopień") i już chciała dołączyć do czekającej Valensii, gdy dobiegł ją krzyk.
-Uwaga!- odwróciła się na pięcie i kierowana instynktem rzuciła we wspinającego się za nią zombiaka wiadrem. Tamten zatoczył się lekko, ale uparcie tkwił na skrzynkach próbując zachować równowagę. Silas jednak nie dał mu na to szans. Wykorzystując jego chwilowe zamroczenie grzmotnął nieumarłego z całej siły swoim metalowym drągiem, po czym popchnął Karwielę ku oknu. Kobieta zeskoczyła pierwsza, lądując w przewrocie, mężczyzna zaraz za nią. Nie zarejestrowali zranionych szkłem dłoni, zbyt przerażeni i naładowani adrenaliną by przejmować się takimi drobnostkami. Czym prędzej pozbierali się z ziemi i rzucili się przez magazyn, co chwila potykając się o leżące wszędzie graty, przeklinając i złorzecząc. W końcu jednak dobrnęli do drzwi które, dzięki niebiosom, były otwarte i nie odwracając się całą trójką wybiegli na opustoszałą ulicę.

Nagroda: 130 łusek oraz 10 punktów do dowolnego zagospodarowania

Od Karwieli- II quest Eventu Halloweenowego, część 2

[quest nie jest kanoniczny]
Szaleństwo. Istne szaleństwo.
Pomyśleć, że jeszcze osiem miesięcy temu świat nie wiedział, co w niego uderzy. Nie przewidywał, że w tak krótkim czasie ludzkość znajdzie się w największym kryzysie jaki kiedykolwiek na przestrzeni dziejów ją dotknął. Nie przewidywał, że fabuła z tak lubianego przez niego filmowego motywu stanie się rzeczywistością, będąc przyczyną zgonów tysięcy, nawet milionów. Wcześniej wyobrażał sobie taki scenariusz tylko w koszmarach, które uciekały wraz z palącym światłem dnia. Uspokojony wiedzą o ich nierealności kontynuował codzienny wyścig szczurów, nieświadomie zbliżając się do tego momentu w historii, gdy człowiek przestał być na szczycie łańcucha pokarmowego. Stał się głównym źródłem pożywienia dla gatunku nowego, a jednak w pewnym stopniu znajomego- dla zombie.
Karwiela nie miała zielonego pojęcia jak doszło do ich powstania, kto jest za to odpowiedzialny i czy istnieje możliwość wynalezienia lekarstwa. Sądząc po nieustannie rosnącej liczbie świeżo powstałych nieumarłych podejrzewała, że nikt nie przeżyje na tyle długo, by doszło do tego przełomowego okrycia. Straciła jakąkolwiek nadzieję na wybawienie, dzień w dzień obserwując zombie dopadających chowających się gdzie popadnie mieszkańców przypominających teraz betonowe pustkowia miast, dzień w dzień uciekając, dzień w dzień walcząc z nieuniknionym. 
Aż do momentu, gdy przeznaczenie złapało ją za nogę, wbijając swoje skrzywione zębiska głęboko w mięso, zdzierając jakąkolwiek myśl o lepszym jutrze. Została tylko ta, że będzie ono spędzone na powolnym, świadomym umieraniu w samotności, beznadziei. A potem jej dusza wydostanie się z ciała, pozostawiając tylko pustą skorupę, która wkrótce dołączy do hord zdobywających świat zdeformowanych, toczących czarną pianę z ust zombie. 
Oparła się plecami o zimną ścianę budynku i zamknęła oczy, pozwalając sobie na grymas bólu i chwilę odpoczynku. Nie była pewna, ale wydawało jej się, że od ugryzienia minęły dopiero trzy godziny. Miała więc jeszcze trochę czasu na... Właściwie to na co? Ucieczkę? Strach? Pogodzenie się ze śmiercią? A może skończenie ze sobą zanim zmieni się w potwora?
Zacisnęła palce mocniej na trzymanym i tak już kurczowo glocku i odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić. Dostała go miesiąc temu, po tym jak zgubiła ostatni. Teraz to jedyna pamiątka po "Mózgach za barykadą", jak lubiła się nazywać ich niewielka grupa niepogodzonych z losem głupców. Myśleli, że może uda się przeprowadzić przez morze nieumarłych ku lepszej przyszłości chociaż kilka osób suchą stopą. Parsknęła. Na początku nawet sama w to wierzyła. 
Zastanawiała się czy w ogóle jeszcze żyją. Ostatni raz widziała ich dwa tygodnie temu, chwilę przed tym jak do budynku w którym spali wtargnęły zombie. Próbując się z niego wydostać rozdzielili się. Kilka godzin później wróciła w pobliże, szukając obecności jakiejkolwiek znajomej osoby. Czekała kilka godzin zanim się nie poddała i odeszła, ściskając pistolet tak samo kurczowo jak i w tym momencie.
Coś z trzaskiem spadło na ziemię, momentalnie przywracając ją do pełnego gotowości napięcia. Z trudem oderwała się od ściany budynku, prawie upadając gdy ciężar ponownie skupił się na jej zranionej nodze. Zdążyła się jednak podtrzymać o stanowiące chwilę wcześniej oparcie i dusząc jęk bólu rozejrzała się szybko. Nic nie wyłaziło zza rogu. Ani żądny mózgu zombiak, ani chcący ją okraść czy nawet zabić człowiek. Mimo to wiedziała, że krótka chwila odpoczynku dobiegła końca. Musi iść dalej. Po co? Chyba była po prostu zbyt dumna. Nie umrze z rąk umarlaka, a tym bardziej jakiegoś skurwiela, chyba że na własnych warunkach. A konanie w wąskiej, brudnej uliczce nie bardzo jej się uśmiechało. W końcu jej gust uchodził w towarzystwie za całkiem niezły, nie może więc zniszczyć sobie opinii, prawda? Zarechotała cicho.
Kulejąc i co chwila klnąc w myślach ruszyła przed siebie, nie mając określonego celu. Z każdym kolejnym sunięciem, bo krokiem nie można było tego nazwać, coraz mniej obchodziła ją świadomość zbliżającej się śmierci. Ból zaćmiewał myśli, igrał z orientacją, obezwładniał zmysły. Pozostała tylko chęć znalezienia cichego, spokojnego schronienia.
Mózg włączył jej się z powrotem dopiero jak znalazła się w korytarzu jakiegoś domu. Nie była pewna jak się tu znalazła i ile czasu jej to zajęło, wspomnienia zacierały się z wycieńczenia, dezorientując, frustrując. Stała jedynie dzięki sile woli, która i tak z każdą sekundą łamała się pod naciskiem ciążącej na ciele i umyśle przeklętej trucizny, wypalającej ją od środka.
Na wpół przytomna pokuśtykała wgłąb ciemnego korytarza, nie odrywając ciała od ściany, desperacko chwytając za nie mogącą zapewnić uchwytu tapetę. Zraniona noga ciągnęła się za nią jak kula u nogi topielca. Karwiela chciała stanąć, osunąć się na podłogę i po prostu odpocząć, zasnąć... Jednak nie mogła, nie. Przecież ktoś ją goni, już wbiega na werandę! Ciężkie kroki odbijały się echem w jej głowie, świszczący oddech dotknął mokrego karku...
Niedomknięte drzwi nagle ustąpiły pod jej ciężarem, otwierając drogę do małego, zagraconego pokoju. Pozbawiona oparcia runęła na podłogę. Zawyła, gdy przygnieciona zraniona kończyna wysłała wgłąb jej ciała błyskawicę bólu, smażąc komórki nerwowe, oślepiając. 
Przez chwilę czuła dziwne odrętwienie, a ciemność która dotąd czaiła się na obrzeżach pola widzenia zaczęła coraz śmielej napływać ku jego centrum. Tak łatwo byłoby zamknąć oczy i poddać się senności, odpływając w krainę sennych marzeń...
Jeszcze nie teraz. Za parę chwil. Jeszcze tylko moment i nieustająca gonitwa dobiegnie końca. Żadnych trosk, żadnego cierpienia. Żadnego strachu. Szum krwi otaczał jej ulatującą świadomość, kołysał do snu. Obiecywał spokój, koił złość. Przysłaniał odgłosy znienawidzonego świata. 
Nie! Desperacko chwyciła się tego ostatniego żywego elementu jej umysłu. Nie. Jeszcze tylko chwilę... Próbowała podciągnąć się, na próżno. Spróbowała ponownie, bez skutku.
A więc tu naprawdę kończy się moja droga, westchnęła pokonana. Charknęła. Zakrztusiła się. Wypluła nalatującą do ust czarną pianę, walcząc o oddech. Ból przerodził się w odrętwienie, strach w obojętność. Ostatkiem sił przesunęła dłoń ku biodru, zaciskając palce na chłodnej metalowej powierzchni z lodowatą determinacją. Nie czuła łez powoli spływających po policzkach.

Nagroda: 130 łusek oraz 10 punktów do dowolnego zagospodarowania

sobota, 30 października 2021

Od Karwieli, CD. Xevy

 -Zamieniamy się w słuch.- odpowiedziała Karwiela, rzucając okiem na wyraźnie podekscytowaną Xevę, która na słowa wadery energicznie zaczęła kiwać głową. Już któryś raz z kolei będzie im dane pracować wspólnie, więc obie znały na tyle dobrze swoje wzajemne możliwości, by wiedzieć czego spodziewać się po drugiej w określonych sytuacjach. A to budowało zaufanie, a co za tym idzie- lepszą współpracę oraz korzystanie z szerszego punktu widzenia i zakresu umiejętności. Łowczyni była zatem całkiem zadowolona z wyboru jej przełożonych. Poza lubiła Xevę, nawet jeśli często prychała, rzucała spojrzenia spode łba czy kręciła głową na jej pełne wigoru zachowanie. Z zaskoczeniem odkryła na ich poprzedniej, pełnej niebezpiecznych niespodzianek misji, że nawet czuje coś, co można by nazwać troską i potrzebą zapewnienia ochrony jej towarzyszce. Była po prostu tak niewinna, serdeczna i urocza, że zaprawiona w bojach, twarda jak skała, nieustępliwa  i najbardziej odważna z odważnych Karwiela nie mogła nie czuć do wilczycy sympatii. Co nie oznaczało, że jej nie irytowała, zwłaszcza gdy nałogowo szukała kłopotów u niebezpiecznych istot w trakcie łowów. 
-Parę miesięcy temu napłynął do nas report z zachodu.- zaczęła rejestratorka, prowadząc je do gabinetu.- Dotyczył sprawy martwego wilka, którego znaleziono w Lesie Darminasa około dwa dni po zniknięciu z rodzinnego domu i w bardzo krótkim czasie po jego śmierci. Przyczyną zgonu było rozprucie brzucha.- gdy przestąpiły próg, wadera zaprowadziła je do potężnego biurka, na którym leżała rozłożona mapa Królestwa z zaznaczonym na niej czerwonym punktem. Położyła na nim łapę. 
-To właśnie w tym miejscu. Jak widzicie, miejsce śmierci znajduje się około pięciu kilometrów od miasteczka, w której wilk mieszkał. Sprawa została zbadana, a służby zajmujące się tym incydentem doszły do wniosku, że było to morderstwo. Niestety nie mamy dostępu do szczegółowych informacji w tym zakresie.- dodała z marsową miną.- Wiemy jednak, że śledztwo ujawniło przestępcę, który został złapany i postawiony przed sądem, a teraz haruje w kopalni, nie pozostając bez nadzoru nawet przez sekundę. Zaklęcia nałożone na to miejsce powodują, że nikt nie jest w stanie uciec, nawet bardzo uzdolnieni magowie.- wilczyca przerwała, zdejmując kończynę z blatu i podchodząc do szafy. Telekinezą przekręciła klucz w zamku oraz otworzyła prawą połowę drzwi, po czym wyciągnęła z niej stos kartek i opuściła je ostrożnie na biurko. 
-Sprawa została zamknięta. A przynajmniej tak się wszystkim zdawało, dopóki nie zaczęliśmy otrzymywać niepokojących informacji. Oto obserwacje, raporty i skargi mieszkańców mieściny, w której mieszkała ofiara. Wszystkie wspominające o dziwnych zdarzeniach, mających tam miejsce od czasu odnalezienia ofiary, wszystkie z okresu ostatnich dwóch miesięcy. Jedni piszą o dziwnych dźwiękach słyszanych po zapadnięciu zmroku, inni o "cieniu bestii, czającej się wśród drzew" oraz o "zwierzęcym kształcie o ogromnych rogach, stojącą na skraju lasu w otoczeniu mgły". W więcej niż jednym jest mowa o rozrytym pięciometrowym odcinku każdej kolejnej drogi prowadzącej do miasteczka, w każdym przypadku dokładnie pięćdziesiąt metrów przed zabudowaniami. Każda naznaczona jednej nocy, tylko jedna na tydzień. Wszystkich tych dróg jest w sumie dziewięć, o każdej następnej ktoś napomykał, łącząc ten element z innymi zaobserwowanymi nadnaturalnymi sytuacjami. Listy napływały do dnia, w którym według spekulacji miało nastąpić naznaczenie ostatniej z dróg. Od tamtego czasu cisza.- samica zamilkła, zapatrzywszy się w kartki pokrywające biurko.
-Zastanawiacie się jak listy docierały bez uczestnictwa posłańca? Zajmował się tym wilk z żywiołem magii, każdy był bowiem zbyt wystraszony by wyjść z domu. Wydawało by się, że nie powinni się aż tak bać przez rzeczy opisane w listach, prawda? W końcu to mogły być tylko zwykłe zwierzęta, choćby jelenie i dziki. Oczywiście to naznaczanie każdej kolejnej drogi brzmi złowieszczo, zwłaszcza że korespondencja się urwała, jednak czemu nie postanowili wysłać tu kogoś osobiście? Przecież nie ma pewności czy sprawa z martwym wilkiem ma z tym cokolwiek wspólnego. I czemu nie uciekli? To mnie w tym wszystkim najbardziej nurtuje. Cała ta sprawa śmierdzi, a waszym zadaniem jest odkrycie co jest przyczyną zapachu i pozbycie się jej. Niewykluczone, że jest to bestia o której dotąd nie słyszeliśmy, dlatego wybór padł na was dwie. Jednak nie możemy być tego stuprocentowo pewni, więc do waszej drużyny dołączy pan Deharo z rodu Nagvit, mag czarnej magii, który niestety nie mógł dotrzeć na dzisiejsze spotkanie, lecz został już poinformowany i otrzymał wszystkie potrzebne informacje. Zgodził się wziąć udział w misji. Jeżeli panie również się zgodzą, wszystkie zebrane materiały będą dla was do wglądu, a szczegóły podróży ustalimy jutro, razem z panem Deharo. Zapłata za to zadanie, ze względu na wysoki poziom niebezpieczeństwa będzie wynosić 1000 Łusek. Czy się podejmujecie? - Karwiela dobrze wiedziała, że aby utrzymać pozycję w branży musi przyjmować wszystkie zlecenia, nieważne jak bardzo mogące zagrozić życiu. Poza tym trzeba łapać za okazje, gdy nie ma się pewności kiedy będzie następna. 1000 Łusek piechotą nie chodzi... No i najważniejsze! Nie stchórzy, mowy nawet nie ma. Urażona duma gryzłaby ją do końca życia.
-Tak.

<Xevo?>

Słowa:785= 44 KŁ

czwartek, 14 października 2021

Od Karwieli - Trening I

Karwiela tęsknym okiem odprowadzała mijaną po drodze Karczmę Starej Wiosny, z której nawet w oddaleniu w jakim się znajdowała dobiegały nęcące odgłosy energicznej muzyki, wprost zachęcającej do popisowych wygibasów na scenie. Nie dało się również nie słyszeć toczących się jak grzmoty pijackich śmiechów, słyszalnych długo po straceniu tawerny z oczu. Mało brakowało a wadera zboczyłaby z trasy i wstąpiłaby w gościnne progi oberży, lecz po stoczeniu intensywnej mentalnej bitwy porzuciła ten pomysł i postanowiła kontynuować wycieczkę do Wielkiej Biblioteki. To prawda, sporo czasu minęło odkąd ostatni raz zasiadła z jakimś nieznajomym przy piwie i rozweselona trunkiem opowiadała dziwne, śmieszne oraz przerażające sytuacje, którym musiała stawiać czoła w swoim życiu, będąc świadomym szczerego zainteresowania i naprawdę mocnego wczucia w te, czasem ubarwiane fantazją historie, jakie odczuwali jej słuchacze. Pragnęła spędzić z kimś trochę czasu na niezobowiązującej rozmowie czy tańcu. A niech to! Mogłaby nawet ciupać w karty czy kości, byle nieco się rozerwać i po prostu dobrze bawić. Na szczęście wypracowała w sobie na tyle silną wolę, by zadowolić się obietnicą rychłego odwiedzenia Karczmy w jakiś inny dzień, przy braku planów na wieczór. Z taką myślą ukontentowana wadera skręciła w boczną ulicę, zostawiając za sobą światła sklepów i odgłosy zabawy.
Królestwo okryła czarna płachta przedwczesnej o tej porze roku nocy, sprzyjająca czającym się w mroku przestępcom, którzy tylko czekali aż niespodziewająca się niczego ofiara wejdzie w ukrytą w ciemności, pustą uliczkę, czyli dokładnie taką, jaką właśnie szła Karwiela. Lerdis doskonale o tym wiedziała, jednak nie zamierzała zmieniać trasy tylko dlatego, że jakiś pożal się boże złodziej może zechciałby wycisnąć ją z kasy albo żałosny morderca  chciałby spróbować ukatrupić ją w jakimś śmierdzącym kącie. W końcu była łowcą, który na co dzień musi mierzyć się ze znacznie bardziej niebezpiecznymi stworzeniami w o wiele bardziej niebezpiecznych warunkach. Świetnie potrafiła o siebie zadbać i dobrze o tym wiedziała, zresztą kilku spotkanych wcześniej chuliganów również stanęło przed tym faktem, którego prawdziwość oczywiście musieli sprawdzić na własnych tyłkach. 
Tej nocy nikt jej jednak nie zaczepił, więc w dobrym humorze stanęła przed Wielką Biblioteką, parę chwil podziwiając piękno architektury zaprojektowanej niewątpliwie przez mistrza, zanim skierowała się do wejścia. Gdy potężne wrota się za nią zamknęły otoczyła ją niemal całkowita cisza, przerywana jedynie oddechami jej i bibliotekarza, który właśnie wyszedł z jednego z wielu regałów, by zobaczyć kto tym razem zakłóca spokój Biblioteki. Karwiela skinęła mu głową na powitanie, czując że nie śmie się odezwać w tak milczącym miejscu. Górujące nad nią piętra i setki zawierających pięć szóstych mądrości Królestwa regałów, w połączeniu z ogromnymi świecznikami przy wejściu, na których spokojnie kołysał się jakby uśpiony ogień sprawiało, że czuła się jak w jakimś sanktuarium. I słusznie, w końcu temu niesamowitemu zbiorowi z pewnością należał się tytuł Sanktuarium Wiedzy.
Bibliotekarz na powrót zniknął w labiryncie, którego pilnował, a Karwiela jakby wybudziła się z transu. Uświadomiła sobie, że zastygła w bezruchu na dłuższą chwilę, chłonąc tą niesamowitą atmosferę i tym samym zarabiając zdezorientowane spojrzenia od wilka, który nie doczekawszy się jakiejkolwiek innej reakcji z jej strony oprócz gestu powitania postanowił się oddalić. Lekko zrzedła jej mina, ponieważ nie zdążyła zapytać w którą stronę powinna się kierować, by odnaleźć woluminy zawierające wiedzę o niebezpiecznych istotach. Nie chciała podnosić głosu w takim miejscu, a szukanie bibliotekarza wydawało się w tym momencie grą niewartą świeczki stwierdziła, że sama da radę i nie zastanawiając się dłużej wkroczyła w wąską uliczkę, wypatrując oznaczeń zebranych na danych regałach ksiąg. Geografia Królestwa, Geografia świata, Historia, Historia współczesna, Legendy, Rasy i ich pochodzenie, Korytarz zdawał się nie mieć końca, a wadera szukała właściwie na ślepo, jednak nie traciła optymizmu i z podekscytowaniem sunęła wzrokiem po grubych tomiskach, ściskających między sobą chude jak patyki książki. Przynajmniej znajdowała się w odpowiedniej części biblioteki, skoro otaczała ją literatura naukowa, a nie na przykład bajki dla szczeniąt.
Pazury stukotały o wypolerowaną podłogę. Wadera zastanawiała się ile czasu musi zajmować sprzątanie tak ogromnego miejsca i z podziwem pokręciła głową. Nawet jeśli nie była to sprawa wilczych mięśni a magia, musiało to kosztować wiele energii. 
Stanęła na kolejnym wąskim skrzyżowaniu i stanęła na tylnych łapach, przednimi opierając się ostrożnie o najbliższy regał. Wyciągnęła szyję jak najdalej się dało i szybko rozejrzała się w poszukiwaniu jakichś oznaczeń, które pomogłyby w znalezieniu celu. Po prawej stronie, wysoko ponad morzem ksiąg wisiała tablica, na której kaligraficznym pismem zapisane było "Anatomia i Lecznictwo". Natomiast po lewej "Literatura piękna". Karwiela westchnęła z niezadowoleniem, żałując że nie ma skrzydeł, by wzbić się w powietrze i załatwić kwestię poszukiwań raz dwa. Trzeba było spytać się bibliotekarza, do cholery. Nie miała jednak zamiaru wołać go teraz, duma kategorycznie powiedziała nie. Pozostało jej więc tylko iść dalej. Skoro alejka wyraźnie była naukowa, dział który ja interesuje nie może być daleko. 
Odepchnęła się od regału i lekko wylądowała na ziemi, od razu wznawiając podróż. Kilkakrotnie przecinała skrzyżowania, za każdym razem rozglądając się za drogowskazem, lecz na próżno. Była już nieco rozeźlona, bowiem ceniła sobie swój czas, a takie wędrowanie bez celu mocno ją gryzło. Miała nadzieję, że nikt jej nie obserwuje, bo myśl o robieniu z siebie idiotki w cudzych oczach coraz bardziej psuła jej humor. Szybko jej się jednak poprawił, ponieważ po chwili tuż przed nią, wysoko nad regałami zauważyła wiszącą tablicę, opisaną jako "Fauna i flora". Błysnęła uśmiechem wartym milion łusek i z werwą wkroczyła w interesujący ją dział, w duchu winszując sobie dobrej intuicji.
Roślinność, Roślinność lecznicza, Wywary, Niebezpieczne gatunki. Przystanęła na rozdrożu i skręciła w prawo, widząc kolejne oznaczenie "Fauna". Jeszcze kilkanaście kroków i cel podróży prezentował się przed nią w całej swojej okazałości.
Bestie i smoki.
Zanurkowała w korytarz, ślizgając wzrokiem po okładkach, rozpoznając niektóre z nich. Była tu już kilkakrotnie i lubiła to robić, w końcu zawsze to jakaś nowa wiedza, która pomoże w przeżyciu. Szkoda tylko, że orientacja w tej monumentalnej bibliotece za każdym razem zawodziła. Wadera podejrzewała, że mogłaby odwiedzać ją setki razy, a i tak nie zapamiętałaby z całą pewnością drogi. Na szczęście podświadomość była niezawodna.
Trafiła pod "B" i zaczęła szukać jej ulubionego tomiska o wdzięcznej nazwie "Bestiariusz" w opracowaniu  Ferra z Koermów, z którego korzystała już wiele razy, ale tylko w poszukiwaniu pojedynczych gatunków. Tak było i tym razem. Karwiela zawsze poświęcała wizyty tylko jednej bestii, tej która w owym czasie najbardziej ją nurtowała. Takim sposobem mogła zapamiętywać więcej informacji niż gdyby przeczytała całą księgę na raz.
Telekinezą wyciągnęła znajomy tom z półki i zawiesiła go w powietrzu, otwierając na spisie treści. Potem przekartkowała, aż otworzył się na odpowiedniej stronie.
Elokar Karłowaty, znany też jako Lewiatan Karłowaty albo Zębacz Jadowity. Zapowiada się ciekawie.
Wadera nigdy wcześniej nie słyszała o takiej istocie, jednak niedawno była świadkiem opowieści o przedstawicielu tego gatunku, który bardzo ją zainteresował. Postanowiła więc dowiedzieć się nieco więcej o tym stworzeniu na wszelki wypadek. Nie wiadomo czy kiedyś się na jakiegoś nie natknie.
Z narysowanego obrazka na czytającego szczerzył się żółtawy potwór o sześciu par nóg oraz żółtawych łuskach, pokrywających całe ciało. Przednie kończyny nieco przypominały szczypce, reszta zakończona pojedynczym pazurem, kilka z nich powykręcane w kierunkach niemożliwych dla innych gatunków. Karwiela zakołysała odwłokiem.
Zwierzę wykazuje cechy stworzeń zmiennocieplnych, zamieszkujące południe kontynentu, blisko zbiorników wodnych. Rozmiary wahają się od 30 do 45 centymetrów u samic i od 40 do 70 centymetrów u samców. Przebywające w wodzie od dwóch do pięciu razy dziennie. Większość czasu spędzają na drzewach. Zaborcze i agresywne w stosunku do wszystkiego, o niewielkim instynkcie samozachowawczym. Potrafią zabić przeciwnika dziewięć razy większego od nich. Ich główną techniką walki jest wspinanie się po ciele ofiary, gryzienie i wbijanie w nią pazurów.  Większość prowadzi samotniczy tryb życia, wiadomo jednak że istnieją kolonie samic, składające się z trzech do sześciu osobników. Pora godowa wypada w czwartym miesiącu roku i trwa bardzo krótko- zaledwie tydzień. Tylko wtedy można zbliżyć się do nich i nie zostać zaatakowanym. Samice wędrują w poszukiwaniu partnera, po zapłodnieniu wracają na swoje terytorium, gdzie wychowują młode. 
-Osobliwe stwory- wymamrotała pod nosem wilczyca.
Bestia niebezpieczna dla wilków, zbliżanie się odradzane. 
-Więcej chwały dla łowcy.- wyobraziła sobie wiszący w jej jaskini złowrogi pazur, przestrzegający gości przed nieprzyjaznymi zamiarami.- Kto wie. Może kiedyś spotkam takiego na swojej drodze?


Nagroda: 5 punktów inteligencji

wtorek, 28 września 2021

Od Karwieli CD. Antoniego

Karwiela truchtem przemierzała pogrążony w ciszy las. Nie była jednak tak nieodpowiedzialna, by się zbyt mocno forsować, dlatego obrała idealne tempo. Takie, które pozwala na rozgrzanie, ale zbyt szybko nie pozbawia sił. A na tym jej zależało, wiedziała bowiem że nie jest w najlepszej formie i do wygranej w zawodach potrzebny jest jej odpowiedni rozkład energii. A miała ogromną ochotę wygrać, w końcu taka okazja nie zdarza się na co dzień! Już dawno nie poszerzała swojej i tak imponującej kolekcji biżuterii i miała niemałą chrapkę na nowe, pachnące świeżością kolczyki. Zastanawiała się czy handlarz mógłby ją wyrolować, ale szybko odrzuciła taką możliwość. Umowa to umowa, po co mieliby bawić się w polowanie, gdyby basior od początku nie zamierzał zejść z ceny? A jeżeli nawet to zrobi to cóż, zachowa 200 łusek na przyszłość, na pewno się nie zmarnują. Ostatecznie doprowadzi do wypełnienia ustalonych warunków siłą.  
Tak podniesiona na duchu mijała nieregularne rzędy drzew slalomem, z nastawionymi czujnie uszami, z nosem niemal przy ziemi i skrzydłami płaszcza miarowo obijającymi się o boki. Ciemność już niemal całkowicie zapanowała nad kładącym się do snu borem, którego co chwilę owiewał chłodny powiew, zapowiadający rychłą zmianę pogody. Wadera wiedziała, że ma jeszcze trochę czasu zanim śnieżyca nawiedzi zasypiający las, lecz już zaczęła rozglądać się za potencjalną kryjówką. Gdyby śnieg zastał ją bez schronienia w jej obecnym stanie, mogłoby się to w najlepszym razie skończyć mocnym wychłodzeniem (gdyby po chwili udało jej się jakieś znaleźć), a w najgorszym mało heroiczną śmiercią. Zawsze mogła też pokryć się metalem, by temu zapobiec, ale starała się tego unikać o ile istniała alternatywa. 
Nie mogła jednak odpuścić sobie całkowitego zrezygnowania z patrzenia także za ewentualnymi śladami czy wietrzenia słabych woni, które rzadko bo rzadko, ale co jakiś czas dolatywały do jej nosa. Żadna z nich nie należała do zająca, więc wilczyca nie poświęcała im już więcej uwagi i dalej szła w las. Niczego innego się zresztą nie spodziewała, wszystkie szaraki pewnie już dawno grzeją zadki w norach, czekając na minięcie śnieżnej nocy. 
W chwili, gdy wdychanie zimnego powietrza w rozgrzane gardło zaczęło jej przeszkadzać, a pierwsze płatki śniegu wirować wokół jej ciała dostrzegła wystającą z ziemi skałę, pod którą widać było niewielką dziurę, a przynajmniej coś, co ją przypominało. Z nadzieją podeszła bliżej i zajrzała do środka, będąc zmuszona do przykucnięcia i włożenia głowę pod wilgotny kamień. A jednak jaskinia! Wąska jak diabli, ale ujdzie. Wejście usytuowane wystarczająco wysoko, by nie zostało całkowicie przysypane, ale nie aż tak, by mógł się dostać do środka śnieg czy wiatr. O ile wejście nie stanowiło problemu (jeżeli uważnie postawi łapy, a nie zeskoczy na chybił trafił i połamie kości), o tyle wyjście może go stanowić. Wnętrze było bowiem dobry metr poniżej otworu na świat, a sklepienie dość nisko, zbyt nisko na wyskakiwanie. Trzeba będzie polegać na sile mięśni. Albo na sile metalu. Tak czy owak, lepsza opcją i tak wydawało się spędzenie nocy pod ziemią, będąc odciętą od przenikliwego wiatru, a wraz z nim padającego coraz gęściej śniegu, który już zdążył cienką warstewką pokryć jej grzbiet. Otrząsnęła się, czując jak zimno promieniuje z mokrej sierści wgłąb jej ciała. Może nawet będzie trochę cieplej, pomimo niezbyt przyjemnej wilgoci, która niewątpliwie polała wnętrze jaskini słabym strumieniem ze swojego szlaufa. 
Karwiela nie zastanawiając się dłużej wślizgnęła się ostrożnie pod kamień i już po chwili stała pewnie na wszystkich czterech łapach na chłodnym, mokrym żwirze, mając otwór tuż nad swoją głową. Westchnęła, słysząc wzmagający się na zewnątrz wiatr i wolnym krokiem podeszła na sam środek schronienia. Normalnie przycupnęłaby przy jakiejś ścianie tak, by nie była wystawiona jak na talerzu, lecz tutaj nie musiała się kierować taką ostrożnością. Z góry i tak nikt jej nie dostrzeże, zwłaszcza jeśli pogoda jeszcze bardziej się popsuje, w środku nie było żadnych tuneli, żadnych dziur, przez które mogliby się wślizgnąć nieproszeni goście. Poza tym nie miała ochoty przylegać ciałem do zimnego, wilgotnego kamienia z innej strony niż brzuch i łapy. 
Ułożyła się najwygodniej jak się tylko dało (mimo tego żwir wbijał jej się nieprzyjemnie tu i ówdzie, ale postanowiła to zignorować), rozciągnęła płaszcz tak, by jak największa część ciała znalazła się pod nim, specjalnie pomijając odwłok, po czym położyła głowę na łapach i zamknęła oczy. Tam, gdzie ciało stykało się z zimnym podłożem pojawiła się metalowa pokrywa, od razu poprawiająca komfort i samopoczucie.
Wadera zastanawiała się czy Antoni również znalazł miejsce, gdzie może przeczekać niesprzyjające warunki i czy udało mu się już złapać jakiegoś zająca. Oby nie. Przeklęta pogoda, wszystkie ślady diabli wezmą! Obiecała sobie, że wyruszy na polowanie z samego rana, bo nawet jeśli niedługo przestanie padać to szaraczki i tak pewnie nie wyściubią nosów ze swoich niecek. Zdobędzie te kolczyki po niższej cenie, nie ma innej opcji.
Tak ukołysana myślą o swoim niechybnym zwycięstwie zasnęła.

<Antoni?>

Słowa: 785= 43 KŁ

środa, 17 marca 2021

Od Karwieli CD. Antoniego

Gorąca para znienacka uderzyła Karwielę w pysk, powodując natychmiastowe przymknięcie powiek i gwałtowne odrzucenie głowy do tyłu, z towarzyszącym im niezadowolonym parsknięciem. Leżała tuż przy brzegu jednego z większych gorących źródeł, czerpiąc przyjemność z unoszącego się w powietrzu ciepła, którego w ostatnim czasie bardziej niż zwykle zaczęło jej brakować. Od niedawna właściwie to tylko ono pozwalało jej na normalną egzystencję, bez konieczności uciekania się do takich środków jak hibernacja, za co była cholernie wdzięczna swojej ogromnej inteligencji, dzięki której wybrała najcieplejsze miejsce w całym Królestwie jako lokację dla  swojej jaskini. 
Tak się bowiem zdarzyło, że podczas poszukiwań śladów bytności koloni Sulverr Białych nieświadomie wkroczyła na terytorium Sępisk, które swoją gościnność okazały w formie ataku całą grupą na nieprzygotowaną waderę, która co prawda wgryzła się tu i tam, powyrywała parę płatów skóry pokrytej długimi, czarnymi piórami oraz zatopiła kilka razy kolec jadowy w ciałach wrogów, lecz sama wyszła z tej nieprzyjemnej przygody z głębokimi ugryzieniami na karku i grzbiecie, a także krwawiącymi rysami na pysku. W efekcie musiała spędzić trochę czasu pod okiem medyka, a jak w końcu pozwolił jej wrócić do siebie (gdyby mogła zrobiłaby to od razu i jednocześnie zaoszczędziłaby biednemu lekarzowi nerwów) była zmuszona do o wiele mniejszej aktywności, by dobrze wyleczyć rany. Teraz po ugryzieniach pozostały tylko blizny, które w większości powinny w przyszłości zniknąć, lecz przez całe to zamieszanie nie miała okazji spożyć żadnego napoju, który przez dobre kilkanaście dni pozwalałby jej ciału na nieodczuwanie zimna, ponieważ najzwyczajniej w świecie skończyły jej się zapasy. Gdyby doszło do takiej sytuacji w normalnych okolicznościach, nie sprawiłoby jej to najmniejszego problemu, ponieważ jad krążący w jej ciele ma właściwości rozgrzewające, które skutecznie chronią przez mrozem Królestwa. Jednak przez spowodowaną dużą ilością utraty krwi słabość kondycja wadery uległa pogorszeniu i ucierpiała na tym również jej zdolność do przetrwania w tak nieprzyjaznych warunkach jakie zapewniała Kraina Wiecznie Skuta Lodem. I choć wadera wręcz umierała ze znudzenia oraz irytacji, że jakieś durne ptaszyska śmiały ją zaatakować całym stadem, przez co uniemożliwiły jej wykonywanie ukochanego zawodu, a co za tym idzie- zarabianie pieniędzy, wiedziała że nie może wyściubić nosa poza granicę Gorących Źródeł, bowiem w kilka minut mogła by nabawić się hipotermii. A z tego etapu do śmierci nie jest tak daleko, prawda? Leżała więc nad wodnymi zbiornikami, przeklinając na głos Sępiska, polowała na spragnione odrobiny ciepła zwierzęta i trenowała tyle ile mogła, powracając do formy sprzed niemiłej przygody. Teraz zaś niecierpliwie czekała na godzinę, w której przybędzie handlarz wraz z upragnionymi przez jej ciało ziołami- składnikami mikstury dającej organizmowi ciepło, za wiedzę o której sporo niegdyś zapłaciła.
Pozwoliła sobie opaść całkowicie w objęcia wysokich traw, głowę kierując ku niebu, którego błękit przesłonięty był białą, falującą delikatnie zasłoną pary i oczami wębiegając poza jej granice, co chwilę uciekając nimi ku słońcu. Czyżby nadszedł już czas? 
W momencie poderwała się na nogi, mrucząc cicho pod nosem, gdy jej kark nieprzyjemnie zaszczypał w proteście, po czym otrzepała się z ziemi i trawy, marszcząc pysk kiedy tylko odwracał się w stronę źródła, które chuchało na waderę swym gorącym oddechem. Kiedy doprowadziła się do porządku ruszyła energicznym krokiem do swojej jaskini, którą dzięki okresowi rekowalescencji wzbogaciła o parę użytecznych i przy tym ładnych elementów, takie jak na przykład zakrywający wejście dobrze skrojony, długi kawałek ciemnozłotego materiału czy zakupione tygodnie wcześniej małe skrzynki, w które powkładała swoją bogatą kolekcję biżuterii, zabezpieczając je przed kradzieżą poprzez sprawdzony mechanizm, który w razie otwarcia wieczka wstrzykiwał złodziejowi dawkę środka paraliżującego.
W przelocie złapała zapinaną na piersi torbę, do której jednak zapomniała wrzucić łuski, ostatni raz przed wyjściem rozejrzała się po zaciemnionym pomieszczeniu, po czym ponownie przestąpiła próg i niespiesznie ruszyła w kierunku miejsca, gdzie miał czekać handlarz z tak bardzo wyczekiwanymi przez nią ingrediencjami. Z każdym krokiem humor jej się poprawiał, pysk przyozdobiony wywołaną przez czekanie irytacją wygładzał, a myśli wybiegały w przyszłość, wyobrażając sobie jak jutro, a może już za kilka godzin wyjdzie poza granice Źródeł i w końcu rozprostuje nogi. Wszystko to sprawiło, że zupełnie zapomniała o przykrościach dni spędzonych na powrocie do zdrowia i z głową w chmurach pokonała całą, niezbyt długą wędrówkę. Nie zauważyła nawet jak z jej lekko otwartego pyska zaczęło wydobywać się ciche mruczenie które, gdyby nie kiepska zdolność Karwieli do śpiewania (co za kłamstwa!!!), można by podpiąć pod etykietkę "nucenie". 
Do świata rzeczywistego powróciła dopiero, gdy w powietrzu poczuła woń obcego basiora, przeplatającą się z zapachami ziół i typową mieszanką charakterystyczną dla tych żyjących w Centrum. Szybko otrząsnęła się z zamyślenia, zamilkła i obrzuciła siedzącego na kamieniu obcego handlarza o turkusowych oczach uważnym spojrzeniem od góry do dołu. Wyprostowała się, ciesząc się z wyraźnej różnicy wzrostu (co z tego, że basior siedział i zaraz pewnie wstanie, dołączając do grona osób nad nią górujących, niech wadera w końcu popatrzy sobie na kogoś z góry), podwinęła lekko odwłok i z wielkopańską dostojnością (a tak przynajmniej jej się zdawało) skinęła głową w geście powitania, na co obcy odpowiedział uprzejmie tym samym, jednocześnie wstając i sięgając ku swojej torbie.
-Dzień dobry. Pani... Karwiela z rodu Skārpiyō?- zaczął, wyciagając kartkę ze zleceniem i szukając wzrokiem godności wadery.
-We własnej osobie.- potwierdziła z dumnym uśmiechem.
-Zamówiony towar: zioło Bertary, Mawistulusa, Facultis Lukrecjo, Najgonki, Volsyto, Zielenicy Brunatnej, Zielenicy Leśnej i Polnej oraz Gozkorry. Wszystko się zgadza?- wilczyca z uwagą wsłuchiwała się w wymieniane rośliny z zadowolonym wyrazem pyska, a gdy handlarz skończył skinęła głową, wyobrażając sobie jak obiera i łączy wszystkie składniki z zakupionym jeszcze wcześniej nie do końca legalnym syropem od zaufanego maga...
-Owszem. Ile jestem winna?
-25 Łusek.- sięgnęła do swojej torby w poszukiwaniu pieniędzy, lecz po kiludziesięciosekundowych, bezskutecznych poszukiwaniach jak przez mgłę przypomniała sobie, że roztargnięta zapomniała włożyć tam kasę.
-Niech to szlag.- warknęła zawstydzona i zwróciła się do zaskoczonego tym małym wybuchem basiora.- Bardzo pana przepraszam, ale zostawiłam zapłatę w swojej jaskini. Mógłby pan udać się tam razem ze mną, żeby czasu nie tracić? To niedaleko.
-No... Dobrze, niech pani prowadzi.- odparł lekko zdezorientowany, ale nie zirytowany. Karwiela, nie tracąc czasu ruszyła szybkim krokiem z powrotem, nie oglądając się na handlarza, czy idzie czy nie, tylko przeklinając w myślach swój brak profesjonalizmu. Basior podążył za nią, trzymając się kilka kroków w tyle.
Droga zaiste była krótka, bowiem już zaledwie parę minut później oboje stanęli przed wejściem do królestwa Karwieli, dobrze ukrytego w gęstej trawie.
-Proszę zaczekać.- rzuciła, po czym zniknęła za ciemnozłotym materiałem i w pośpiechu dopadła do drewnianej szafki, w której trzymała pieniądze. Skrzywiła się na widok niezbyt ogromnej sumy, lecz zaraz na myśl przyszły jej zioła, które powinny umożliwić szybki powrót do pracy. Na szczęście narażanie życia było w Królestwie dobrze płatne, więc za niedługo ponownie będzie mogła sobie poużywać.
-Proszę i przepraszam za kłopot.- powiedziała, wychodząc i wręczając basiorowi odpowiednią sumę, jednocześnie odbierając zapakowane w woreczki zioła. Już miała zacząć pożegnania, gdy jej wzrok przykuł pomarańczowy blask z otwartej torby handlarza. 
-Mogę spytać co trzyma pan w torbie?- zapytała zaciekawiona, próbując ukradkiem podpatrzeć zawartość na własną łapę. Basior bez słowa sięgnął ku przyczynie jej zainteresowania i wyciągnął małą, drewnianą szkatułkę.
-Towar na sprzedaż.- rzucił niby od niechcenia, lecz z błyskiem w oku, po czym ukazał waderze wnętrze pojemniczka zapełnione biżuterią. Karwieli zaświeciły się oczy na widok tak pięknych cacuszek, jednak zachowała wyraz uprzejmej ciekawości i przekrzywiła głowę.
-Ile za te kolczyki?- spytała, udając obojętność.
-200 łusek.
-Ile?! Toż to rozbój w biały dzień!
-Jeżeli nie odpowiada pani cena to niech pani nie kupuje.- odparł spokojnie, powoli chowając szkatułkę do torby i czekając na bardzo przewidywalną reakcję. Nie pomylił się. 
-Niech pan poczeka.- Karwiela przeklęła w myślach swoje uzależnienie od ładnych świecidełek i zirytowana wykrzywiła pysk.- Dam 120 łusek. 
-Powtarzam, że cena wynosi 200.
-140 i nie więcej.- warknęła, przypominając sobie stan swojego portfela.
-Proponuję 175.- odrzekł spokojnie handlarz.
-A niech diabli wezmą pańskie 175! 160 to moje ostatnio słowo!- machnęła odwłokiem zeźlona na siebie za wzięcie misji, która skończyła się w znany już sposób, za Sepiska, które odcięły ją od dopływu gotówki, za zamiłowanie do bizuterii, za za wysoką według niej cenę oraz za irytujący spokój basiora, który jakby wiedział, że trzyma ją pod ścianą i wpatrywała się w jego oczy z taką intensywnością, że mało brakowało, a zacząłby lecieć z nich dym. Wiedziała, że pewnie robi z siebie pośmiewisko, ale nie przejęła się tym za bardzo, zbyt pochłonięta przez ducha rywalizacji. 
Nie może przegrać.

<Antoni? Wreszcie się doczekałeś xD>


Ilość słów: 1371 = 88 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics