Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Kvisch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spero i Kvisch. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Od Kvischa CD. Spero

Jeśli albinos miałby powiedzieć, czego nienawidzi w życiu najbardziej, powiedziałby, że... Wróć, nie odpowiedziałby, i to nawet nie z tego powodu, że jest praktycznie niemową, zwyczajnie na myśl przyszłoby mu zbyt wiele rzeczy, by był w stanie wymienić tę jedną jedyną. W każdym razie sytuacja, w której aktualnie się znajdował, jak najbardziej należała do tej, jakże długiej listy. Starał się brać głębokie, spokojne oddechy, ale to skutkowało tylko okrutnym bólem i próbą powstrzymania kaszlu, która jedynie bardziej go nasilała. Wzdrygnął się nieznacznie, kiedy poczuł otaczającą go magię, ale starał się zachować względny spokój. Zdołał się przekonać, że osoba przebywająca z nim w pomieszczeniu nie ma złych zamiarów. Nie oznaczało to, że czuł jakkolwiek mniejszą odrazę do niej, ale przynajmniej mógł nieco spuścić z tonu. Powoli odzyskiwał w pełni świadomość, chociaż wciąż nieprzyjemnie szumiało mu w głowie. Czuł się, jakby ktoś rzucił go na wzburzone morze, a do dyspozycji miał jedynie podziurawioną łódkę, z połamanym żaglem. 
Teraz, kiedy emocje nieco opadły, mógłby nawet pomyśleć, że ostatnim razem zbyt agresywnie zareagował w stosunku do wadery, ale nie była to rzecz, która najbardziej go w tym momencie obchodziła. Zresztą, i tak byłaby to prawdopodobnie ostatnia rzecz na ziemi, którą postanowiłby przeanalizować. To zwyczajnie nie leżało w jego naturze - tak samo, jak bezczynne siedzenie. Zmieniając w końcu taktykę, skupił się na braniu płytszych, lecz równomiernych oddechów i powoli wsłuchiwał się w bicia własnego serca. Powoli i dokładnie szacował ilość toksyn w stosunku do krążącej w jego żyłach krwi - ostatnie, na czym mu zależało w tym momencie to dobranie złych proporcji. Na tym się już przejechał w życiu, nie raz prawie doprowadzając tym do swojej śmierci. Owszem, jest odporny na trucizny, ale nie składa się jedynie z nich, potrzebuje krwi do normalnego funkcjonowania tak jak każde inne zwierzę.
Nie mniej, tak jak się tego spodziewał, sam niewiele w tym momencie mógł zdziałać ze swoim aktualny stanem, co najwyżej nieco się znieczulić, co uznał jednak za zbędne. Przynajmniej na razie, nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja. Zresztą, nie był głupi, czuł, że jego ciało jest rozpalone i ledwo radzi sobie z nadmiarem własnych toksyn, nie będzie ryzykował dla chwilowej ulgi. Chociaż tym razem to już bardziej byłaby wieczna "ulga", gdyby tak kopnął w kalendarz - przeszło mu ponuro przez głowę, ale zaraz odepchnął od siebie te myśli. Na to jeszcze przyjdzie pora, a póki co musi się jeszcze trochę pomęczyć.
- fiolka... - syczący głos przeszył pomieszczenie, przełamując tym samym głuchą ciszę która nastała. Poczuł, że wadera drgnęła nieznacznie, jakby zastanawiając się chwilę.
-Śmierdzi siarką - dodał po chwili ze znużeniem, jakby reflektując się, że wypadałoby w jakiś sposób nakierować nieznajomą. Lecz poza tym, basior nie czuł potrzeby mówienia niczego więcej, wręcz oczywistym wydawało mu się, że chodziło mu o przyniesienie mu tej jednej konkretnej fiolki stojącej dokładnie jako druga od lewej na stole. Według niego domyśliłoby się tego nawet dziecko. Tym bardziej że był na tyle łaskaw, by nawet opisać jej zapach! Całe szczęście wadera należała do tych bardziej inteligentnych (lub co najmniej kumatych) i zaraz było słychać ciche stąpanie po lodowej podłodze. Słyszał, jak postać zatrzymuje się przy stole, lecz jej oddech jakby ustał, prawdopodobnie spowodował to nasilony odór trujących substancji, czym albinos ani trochę się nie przejął. W końcu był do nich przyzwyczajony jak do tlenu i nawet przez myśl mu nie przeszło, że komuś mogłoby to zaszkodzić. Mijały kolejne sekundy, lecz słychać było jedynie kolejne szklane naczynia przesuwane z wielką ostrożnością.
Gdyby mógł, przewróciłby w tym momencie oczami. Między innymi właśnie dlatego ciężko było mu się dogadać z innymi.
- na lewo - westchnął, kiedy usłyszał, że przesuwana jest właśnie fiolka stojąca tuż obok tej właściwej. Sukces. Znowu ciche kroki wypełniły echem salę. Tym razem czułe uszy basiora od razu wyłapały cichy, nieco przyspieszony oddech, jaki jest w zwyczaju robić osoba, która przez dłuższą chwilę go wstrzymywała. Co cię nie zabije, to cię wzmocni, jak to mówią, po co się przed tym bronić - zadrwił w myślach, ale odebrał podsuniętą mu pod nos miksturę i kiwnął nawet na ten gest głową. Przemieszał nieznacznie okrągłym ruchem nadgarstka zawartość i po chwili wypił duszkiem, nie krzywiąc się nawet przez moment. Mimo że smak był prawdziwie paskudny, gorzki, wypalający wręcz wnętrze pyska. Na dodatek posmak pozostawał na długo i nie szło się go pozbyć - chyba, że wypijając inny, równie obrzydliwy napój.
Delikatny dreszcz wstrząsnął ciałem basiora, jednak poczuł się nieco trzeźwiej, a co za tym idzie, nie miotało nim już tak we wszystkie strony. Zauważył, że nawet pogoda na zewnątrz nieco się już uspokoiła. Przez brak wielkiej wyrwy w ścianie nieco trudniej było to dostrzec, jednak zdecydowanie wiatr przestał tak gorliwie atakować lodowe ściany, wszystko ucichło. Wadera najwidoczniej również to dostrzegła. Przeciągnęła się lekko, coś pogrzebała i skierowała się w stronę wyjścia, mówiąc parę słów na odchodne, które jednak Kvisch równie szybko zdążył zapomnieć. Jak większość rzeczy, które nie miały dla niego większego znaczenia, ot, taki uparty typ i nic nie idzie na to poradzić. Ze znużeniem wyczekiwał jeszcze jakichkolwiek niepokojących dźwięków, kroków czy czegoś podobnego, lecz nie doczekawszy się niczego takiego, w końcu położył łeb na ziemi i oddał zasłużonemu odpoczynkowi. Jedyna myśl, jaka jeszcze przyszła mu do głowy zanim odpłynął, to że prawdopodobnie nie pójdzie jutro do pracy, a to znowu kolejna upierdliwa rzecz.

<dziękuje ślicznie za wątek>
Słowa: 864 = 48 łusek
 

wtorek, 19 maja 2020

Od Spero CD. Kvischa

Mijała godzina za godziną, a basior nadal nie odzyskiwał przytomności.
Pewnie powinnam się zacząć martwić czy coś. Pozostawanie w stanie nieprzytomności przez tak długi czas nie było jednak czymś normalnym, wręcz przeciwnie. Z drugiej jednak strony niewiele mogłam zrobić, nie byłam lekarzem... Pozostawało mi czekać. Choć, prawdę mówiąc, i na to niekoniecznie miałam czas. Pewne sprawy służbowe powinnam załatwić najszybciej, jak się dało, terminy mnie goniły...
Mimo to zostałam. Częściowo z przyzwoitości, żeby móc pomóc basiorowi, gdyby jego stan nagle znacząco się pogorszył, częściowo przez pogodę. Niby mogłabym po prostu przeskoczyć, jednak nadal unikałam korzystania z tej mojej umiejętności. Była zbyt nieprzewidywalna i potencjalnie mogła przynieść mi więcej szkody, niż pożytku. Natomiast pogoda za oknem zdecydowanie nie należała do najprzychylniejszych, jakiekolwiek próby podróży w takiej śnieżycy mogły skończyć się tak, jak omal nie skończyła się moja wcześniejsza podróż. Czyli w paszczy jakiegoś dziwnego stwora, który Zerdin jeden wie skąd się pojawi...
Więc zostałam. I mimo, że raczej nie należało to do zbyt kulturalnych posunięć, postanowiłam trochę... no powiedzmy, że pomyszkować po prawdopodobnym miejscu zamieszkania basiora. Choć nie tak bez celu czy z nudów, acz i to pewnie w końcu mogłoby mnie do tego skłonić. Chodziło o coś zgoła innego.
Bo jakiś czas po tym, jak załatałam wielką dziurę w ścianie jaskini, zatrzymując tym samym ciągłą cyrkulację powietrza, poczułam dość dziwny, nieco duszący zapach. Niby obcy, a jednak dziwnie znajomy. Jakby podobny do czegoś, co już nie raz czułam i co zdecydowanie negatywnie mi się kojarzyło. Tylko co...?
Gdy dziwny zapach tylko się nasilał, postanowiłam przeszukać otoczenie. Mniej więcej, nie grzebać po wszystkich szafach czy innych skrytkach... Po prostu coraz bardziej mnie to niepokoiło. Może coś się stało, wylało czy wysypało i teraz może zagrozić życiu śpiącego wilka albo mojemu?
Zaczęłam kręcić się po pomieszczeniu, starając się stawiać łapy możliwie ostrożnie, by nie narobić niepotrzebnego hałasu. Korzystając w głównej mierze ze zmysłu węchu, próbowałam wyniuchać, skąd dochodzi ten dziwny, niepokojący zapach, jednak ostatecznie nic nie znalazłam. Naprawdę nie chciałam grzebać w rzeczach basiora, może on coś tu produkuje czy coś... Co nie za ciekawie pachnie, ale nie zabije mnie przez samo wdychanie, skoro on sobie tu z tym mieszka. Chyba. Taką miałam nadzieję.
Pozostawiłam więc poszukiwania, dając sobie spokój. Przedreptałam po prostu w jeden z kątów jaskini, i zwinęłam się w kłębek w pewnej odległości od, nadal nieprzytomnego, basiora, by móc monitorować jego funkcje życiowe, a jednocześnie znaleźć się poza zasięgiem jego zębów, gdyby po przebudzeniu miał spanikować i rzucić się na najbliżej znajdującego się wilka. I nie miałabym mu za złe, gdyby to zrobił. Pozostawał nieprzytomny całą drogę tutaj, gdy się obudzi, pewnie nie będzie miał pojęcia, gdzie jest i może zadziałać odruchowo.
A obudził się jakiś czas później. Początkowo widocznie zdezorientowany, strzygąc uszami próbował chyba wybadać otoczenie. Trochę zdziwiło mnie, że nie rozejrzał się po prostu, dość szybko jednak zauważyłam, że prawdopodobnie jest ślepy, szczególnie gdy obrócił głowę w moją stronę... ale jakby jego wzrok patrzył gdzieś ponad mną, nie dokładnie na mnie. Wiedział, gdzie jestem, ale mnie nie widział.
Potem wstał. Zdziwił mnie tym, bo ból, który czuł, towarzyszący świeżo połamanym żebrom, jak wiedziałam z doświadczenia, był prawdopodobnie potworny, a ciało w takim stanie zwykle buntowało się przed wykonywaniem jakichkolwiek niepotrzebnych ruchów. A basior nie dość, że wstał, to jeszcze zaczął na mnie warczeć...
O dziwo zdołałam się powstrzymać od odwarknięcia. W obecnej sytuacji mógł to odebrać jako próba ataku na siebie... Potem jeszcze trochę na mnie powarczał, pomarudził coś, krzywiąc się przy tym z bólu. I ten jego kaszel... był niepokojący. Miałam nadzieję, że żadne z potencjalnie pękniętych żeber nie przebiło płuc. Na szczęście, w tym przypadku, kaszel mógł być "tylko" efektem podduszenia, może jakiegoś nieznacznego uszkodzenia krtani... w każdym razie - minie po pewnym czasie. Chyba. Miałam taką nadzieję.
- Pogoda jeszcze się nie uspokoiła, więc, w drodze wyjątku, możesz tu zostać, dopóki wszystko nie ustanie. O ile oczywiście ci to odpowiada, choć nie idzie zaprzeczyć, że podróż w taką śnieżycę to istna głupota - powiedział w końcu, a ja się skrzywiłam. Łaskawiec się znalazł. Nie odezwałam się jednak, bo wszczynanie gówno-burz nie miało sensu. Szczególnie, że bądź co bądź, wykazał się jakąś tam kulturą i odrobiną empatii względem mnie. Nie można było wymagać od każdego, by był zawsze i dla wszystkich miły. A basior dodatkowo był po dość nieprzyjemnej przygodzie, podczas której omal nie został powieszony za tą swoją dziwną obrożę na gałęzi... Swoją drogą - ciekawa rzecz. Zastanawiałam się tylko, czy to po prostu ozdoba, czy może ma ona jakieś znaczenie. Nie zapytałam jednak. Nie wypadało. W zasadzie go nie znałam, on nie znał mnie, do tego wyraźnie średnio przyjaźnie się do mnie odnosił, irytowanie go było prawdopodobnie ostatnim, czego chciałam...
Skinęłam głową w odpowiedzi, zaraz jednak przypomniałam sobie, że przecież towarzyszący mi wilk nie widzi. Chyba. Nie byłam stuprocentowo pewna, ale tak podejrzewałam. Szybko się więc zreflektowałam i rzuciłam spokojnym, wyważonym tonem.
- Dziękuję za propozycję - jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dziwny zapach tylko się nasilał, coraz bardziej mnie niepokojąc. Pytać? Nie pytać? - Ale powinieneś leżeć. Nie jestem lekarzem, ale jednak coś niecoś o połamanych żebrach wiem. I ruszanie się zdecydowanie nie jest w takiej sytuacji wskazane.
Zostałam zignorowana.
Westchnęłam ciężko, gdy basior spróbował się poruszyć, gdzieś podejść czy coś... Nie do końca wiedziałam, co, bo mu nie wyszło. Gdybym nie zareagowała wystarczająco szybko, wysyłając macki magii do podtrzymania go, pewnie zwaliłby się na posadzkę. Potencjalnie pogarszając swoją sytuację.
- Mówiłam - mruknęłam, próbując postąpić krok w stronę basiora, jednak natychmiast z jego gardła wydobyło się głuche warczenie. Zatrzymałam się więc, żeby go nie irytować, choć w głębi duszy miałam ochotę przypaść do niego i siłą zmusić do ponownego położenia się na posłaniu. Nie ufał mi, spoko. Ale skoro do tej pory go jeszcze nie zabiłam, to tego nie zrobię. Jeśli zwracałam uwagę na jego zdrowie i sugerowałam, by leżał, bo zrobi sobie krzywdę - to raczej nie zależy mi na tym, żeby mi tu w najbliższym czasie wykitował. - Połóż się, naprawdę. Jak teraz zaczniesz wałęsać się po jaskini jak gdyby nigdy nic, możesz sobie zrobić jeszcze większą krzywdę.

<Kvisch?>

Słowa: 1000

niedziela, 10 maja 2020

Od Kvischa CD. Spero

Nawet najpłytszy oddech powodował okropny ból w okolicach klatki piersiowej basiora. Z trudem próbował przez cały ten czas odzyskać świadomość, lecz, choć udawało mu się to chwilowo, niemal od razu zapadał ponownie w nicość. Pamiętał jedynie niewielkie urywki zdarzeń - unoszący się wokół niego zapach magii, czyjaś obecność, futro smagane wiatrem... Oznaczałoby to, że nie został jednak przysypany toną śniegu, co już zdawało się dobrą wieścią, jednak niewiedza o tym, co dzieje się z nim w tym momencie, napawała go lękiem i niepewnością. Jego zmysły były bardzo stępione i nie mógł zmusić się do trzeźwego ocenienia sytuacji. Przez większość czasu w jego głowie panował więc jednocześnie chaos i pustka, której nie potrafił ogarnąć. Niemal fizycznie czuł, jak dusi się przez to wszystko, nie może złapać oddechu, próbował usilnie wyrwać się z otaczającej go ciemności, lecz na próżno, jego ciało było wciąż zbyt zmęczone i osłabione, by tracić kolejne siły na podtrzymywaniu basiora przy świadomości.
Kiedy ocknął się następnym razem, o dziwo nie czuł już zimna ani porywistego wiatru na swej skórze. Nie wiedział jednak, gdzie się znajduje, ile minęło czasu i czy dalej grozi mu niebezpieczeństwo. Czuł jedynie okropny ból w niemal całym ciele, tępe pulsowanie w głowie, i dotyk okrywających go... futer? Pierwszą, dość irracjonalną myślą było, że leży pod stertą ciał, lecz był one zdecydowanie zbyt lekkie, musiałyby być co najmniej dobrze wypatroszone, a i tak zdawałyby się wtedy ważyć zbyt mało. Wyczuwał także na nich utrzymujący się od długiego czasu swój zapach, co oznaczałoby, że należało do niego, choć na ten moment nie do końca jeszcze docierała do niego ta myśl.
Jego uszy zaczęło niczym małe radary wyłapywać każdy nowy dźwięk, obracając się przy tym na różne strony, co mogło wyglądać z perspektywy drugiej osoby dość zabawnie. To, co go zaniepokoiło, to fakt, że decydowanie wyczuwał w pomieszczeniu czyjąś obecność. Nawet pomijając wyczuwalną dookoła woń magii, która mogła być jedynie pozostałością po nałożonych wcześniej czarach, dokładnie słyszał czyjeś bicie serca i przyspieszony oddech. Wróg? Przyjaciel? Jeśli wróg, to na co czeka? Jeśli przyjaciel, to co jeszcze tutaj robi? Podniósł lekko łeb, a łańcuchy przyczepione do obroży zabrzmiały metalicznym dźwiękiem, uderzając o siebie nawzajem. Z jego gardła wydobyło się głębokie, bulgoczące warczenie, a na pysku ukazał się długie, ostre kły, mające za zadanie dobitnie przekazać, by się do niego nie zbliżać. Zmusił swoje ciało do wstania, ponownie mieszając w swojej krwi i napędzając się adrenaliną, choć dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że gdy wszystko opadnie, nie będzie mógł się ruszyć przez długi czas. To nie miało jednak teraz znaczenia. Choć głowa pulsowała mu niemiłosiernie tępym bólem, a łapy uginały pod jego ciężarem, musiał określić, gdzie się znajduje. Bez tego czuł się jak ćma uderzająca o ściany i błądząca po omacku. Spróbował wziąć głębszy oddech, lecz to skończyło się jedynie atakiem duszącego kaszlu i jeszcze silniejszym bólem w okolicach klatki. Skulił się nieco, próbując się uspokoić, ignorując tym samym obecność nieznajomego, którego udało mu się w końcu zidentyfikować jako waderę spotkaną wcześniej. Nieco go to uspokoiło, bo, mimo że pałał do osób swojego gatunku czystą niechęcią i nie zamierzał obdarzać zaufaniem, to zawsze była to lepsza opcja niż tamto monstrum. Schylił niżej łeb, próbując złagodzić nieprzyjemne pulsowanie, lecz na niewiele się to zdało.
- Nie odzywaj się, nie zbliżaj i nie rób gwałtownych ruchów - syknął, w przerwie od natarczywego kaszlu, odwracając przy tym pysk w stronę nieznajomej. Wysilił wszystkie swoje zmysły, dokładnie analizując swoje położenie. Już wcześniej to miejsce zdawało mu się znajome, lecz jednocześnie... zmodyfikowane? Pod łapami zdecydowanie wyczuwał swoje posłanie, dookoła unosiła się również wątła woń trucizn, które sporządzał pewien czas temu w niewielkich fiolkach, a który teraz z powodu braku płynnego przepływu powietrza, zaczął gromadzić się w pomieszczeniu... No właśnie, skoro już o przepływie mowa, nie wiedział, czy to przez stępiony, zmęczony umysł, lecz nie słyszał charakterystycznego świstu i przeszywającego zimna, choć pogoda na zewnątrz nie zmieniła się za wiele. Dopiero po czasie, oprócz śladów magii wokół niego, wyczuł także chłodną woń po użytkowaniu lodowych zdolności po drugiej stronie komnaty. Czy była to ponownie sprawka wadery? Jaki miała w tym cel? Basior nie mógł tego rozgryźć, jednak wiedza o tym, gdzie się znajduje, a tym bardziej że jest to jego własne mieszkanie, ukoiła nieco jego napięte nerwy. Znał to miejsce na pamięć, dzięki czemu mógł się czuć tutaj nieco bardziej swobodnie.
Gdy w końcu niemal całkowicie się uspokoił, usiadł na lodowej posadce i skierował ponownie łeb w stronę wadery.
- Nie wiem, co tu jeszcze robisz i czego oczekujesz, lecz zdaje się, że winien ci jestem wdzięczność - słowa z trudem przechodziły przez jego gardło. Jego pracą była pomoc w potrzebie, lecz ona nie miała tego samego zobowiązania, co oznaczało, że pomogła mu niejako z własnej woli, bądź chcąc uniknąć wyrzutów sumienia. Nie wspominając już o załatanej wyrwie w ścianie, przez co wcześniej nie poznał miejsca, w którym się znajdowali. Mimo że nie rozumiał i nie widział powodu w tym działaniu, co nieco go dezorientowało, nie mógł zaprzeczyć, że winien jest jakoś się za to odwdzięczyć.
- Pogoda jeszcze się nie uspokoiła, więc, w drodze wyjątku, możesz tu zostać, dopóki wszystko nie ustanie. O ile oczywiście ci to odpowiada, choć nie idzie zaprzeczyć, że podróż w taką śnieżycę to istna głupota - powiedział, swoim charakterystycznym, syczącym językiem, wypominając jej niejako fakt, zapuszczania się wcześniej w góry. Szczerze wolałby niczego nie proponować, jednak sytuacja widocznie tego wymagała. Tym bardziej że nieznajoma zdawał się równie zmęczona wędrówką, a on sam nie wiedział, jak daleko mieszka. Choć właściwie z tego miejsca, każda, co większa namiastka cywilizacji zdawała się być odległa o wiele kilometrów. W końcu specjalnie z tego powodu wybrał to miejsce na swoje tymczasowe mieszkanie. Ponadto, mimo że nie było to po jego myśli, to kilka godzin z inną osobą, jeszcze nikogo nie zabiło. Choć nie mógł ukryć, że odczuwał w tym momencie ogromny dyskomfort, tym bardziej że nie wiedział, jak długo jeszcze uda mu się wytrzymać przy pełnej świadomości, a nie miał zamiaru drugi raz przy kimś odlecieć. Jedynak pewnych rzeczy nie szło powstrzymać, a jego pokłady energii, które nazbierał przez ten czas, topniały równie szybko, jak wiosenny śnieg.

<Spero?>

Słowa: 1007

niedziela, 3 maja 2020

Od Spero CD. Kvischa

Nocne podróże nigdy nie należały do moich ulubionych, jednak czasami niewiele dało się zrobić w kwestii moich upodobań, a wędrówka, gdy na niebie władzę przejmował Księżyc, stawała się konieczna. O ile nie zamierzałam nocować na totalnym pustkowiu, pod tak zwaną "chmurką", bez żadnego większego schronienia, z powodu deficytu pustych jaskiń w okolicy.
A co konkretnie robiłam w Dystrykcie III tak późną porą? Ano... Lodowy Kanion mieści w sobie wiele ciekawych zaułków, w których rośnie wiele przydatnych roślin, niewystępujących w innych rejonach Królestwa. Wśród nich były lodokwiaty, których potrzebowałam do jednego z zaklęć, które miałam rzucać w najbliższym czasie. Plus działały całkiem dobrze jako opiat, a że zwyczajne napary nasenne przestały na mnie działać tak, jak działały kiedyś, trzeba było szukać innych rozwiązań problemu mojej bezsenności.
Niemniej, powody mojej wizyty tu o tak dziwnej porze znajdowały się raczej na drugim miejscu pod względem spraw istotnych. Jedyne, co mogło wskazywać na cel mojej podróży, była torba wypchana po brzegi lodokwiatami. A tymczasem... Pech ewidentnie nie chciał mnie opuszczać. Jak zwykle. W sumie, to już się nawet do tego przyzwyczaiłam i po prostu starałam się z tym jakoś żyć.
Najpierw okazało się, że znalezienie lodokwiatów w Kanionie nie było tak proste, jak można by przypuszczać. Przez to moje kalkulacje dotyczące czasu, jaki powinien upłynąć od wyjścia z mojej jaskini, do powrotu do niej, okazały się... co najmniej chybione. O dobrych parę godzin. Niestety, nie było to dla mnie powodem do przerwania marszu i zaszycia się w jakiejś ukrytej przed światem pieczarze, by przeczekać noc. Jak już wspominałam - było wręcz przeciwnie. Pozbawiona dogodnego i w miarę bezpiecznego miejsca do spania, postanowiłam po prostu kontynuować wędrówkę nocą, by zaraz po powrocie do domu zalec na legowisku ze skór i przespać następną dobę, by odespać.
Jednak los widać miał wobec mnie inne plany. No bo przecież pozwolenie mi na zwyczajny, spokojny powrót do domu, było zbyt nudne... Jeszcze zaczęłabym narzekać na niedobór wrażeń.
Czasami miałam ochotę rzucić to wszystko, moją pracę i wszystko, czym się zajmowałam dorywczo, w cholerę i skupić się na przeżyciu. Nic więcej, żadnych trzęsień ziemi czy fajerwerków. Wieść proste, bezstresowe życie.
No ale, niestety, nie tak to wyglądało i jedyne, co mogłam z tym zrobić, to się przyzwyczaić. No trudno.
I tak, przedzierając się przez śnieżycę (w nocy strasznie rozhulał się wiatr, podrywając kupy sypkiego śniegu i ciskając go w oczy przechodniom), ledwo widząc cokolwiek w odległości kilku metrów przed sobą, natrafiłam na... coś. Coś wielkiego, przysypanego częściowo śniegiem i cuchnącego, jakby już nie żyło... choć gdy podeszłam bliżej okazało się, że olbrzym jest jak najbardziej żywy.
Stwór tak wielki, jakiego nie widziałam do tej pory chyba jeszcze nigdy, poruszył się, gdy się do niego zbliżyłam. Niezgrabnie strzepał śnieg z białej, miejscami tylko jakby nieco zapleśniałej, sierści, targnął głową w górę, jakby został nagle zbudzony ze snu, co w sumie mogło być prawdą, bo nie starałam się zachować ciszy podczas zbliżania się. No i widać albo usłyszał mnie pomimo śnieżycy, albo wyczuł w jakiś inny sposób. A teraz... sapnął, z wyraźną wściekłością. Przeniósł na mnie spojrzenie szklistego, jednego oka (drugie wyglądało na... niesprawne, zwisając na nerwie z oczodołu, tworząc cokolwiek nieapetyczny widok), a gdy tylko mnie dostrzegł... No cóż, chyba się wkurwił. Mówiąc delikatnie. Stwór podniósł się na tylne łapy, rozwierając pysk do, nieco gulgoczącego, ryku, a ja mogłam w pełnej okazałości podziwiać przeciwnika.
Niedźwiedź zombie, kurwa jego mać. Jeszcze tego mi brakowało.
Natychmiast zerwałam się do biegu. Moja kondycja nadal leżała i kwiczała, więc musiałam jak najszybciej ruszyć, żeby potem móc w razie długiego pościgu pozwolić sobie na niewielkie zwolnienie kroku. Aczkolwiek i tak wątpiłam, bym konwencjonalnym sposobem ucieczki ile sił w łapach była w stanie uciec kreaturze. Była ode mnie kilka razy większa, miała zatem dłuższe łapy i zdecydowanie więcej siły. Podejrzewałam, że kwestią kilkunastu minut będzie, aż będę musiała stanąć z nietypowym niedźwiedziem do walki. Wyczerpana.
Cholera, może lepiej będzie od razu rzucić w niego jakimś zaklęciem i po kłopocie...?
Mimo takich myśli chodzących mi po głowie, biegłam dalej. Mimo wszystko miałam nadzieję go zgubić albo chociaż zniechęcić do kontynuowania pościgu. Nic z tego. Gdy kilkanaście minut później zaczęłam faktycznie opadać z sił, a dziwna, niedźwiedziopodobna kreatura nadal dotrzymywała mi kroku, zaczęłam powoli panikować. Cholera jasna, przecież w takim stanie, ledwo łapiąca oddech, z płucami zdającymi się płonąć żywym ogniem i bólem łap, który zaczynałam już powoli odczuwać przez bieg w trudnym terenie, nie miałam najmniejszej szansy w starciu przeciwko temu... czemuś. Jeśli jakimś cholernym cudem nie znajdzie się nagle nikt, kto byłby mi w stanie pomóc, prawdopodobnie zostanę pożarta, tu i teraz, przez jakiegoś zmutowanego niedźwiedzia-zombie. Albo będę zmuszona skakać w jakieś losowe miejsce, co naprawdę rzadko kończyło się dla mnie dobrze.
Tym razem los widać wysłuchał moich próśb. Może uznał, że jak teraz zginę, to nie będzie miał na kim realizować swoich chorych fantazji... W każdym razie, akurat gdy zatrzymałam się, z lekkim poślizgiem, by stawić w końcu czoła potworowi... Gdzieś z boku wystrzelił na niego jakiś wilk, przejeżdżając mu pazurami po boku, rozorując mu go do żywego mięsa. Był szybki, na tyle, że początkowo miałam problem z wychwyceniem jego ruchu, zobaczyłam tylko sam cios. A potem unik, gdy niedźwiedziopodobne monstrum się na niego zamachnęło.
Odskoczył od przeciwnika, zaraz znalazł się u mojego boku, jednak nim zdążyłam się jakkolwiek odezwać, zauważyć, że takie coś było co prawda odważne, acz niekoniecznie skuteczne na tak pokaźnego zwierza... Zobaczyłam, że obcy wilk (o dość niepokojącym wyglądzie, tak na marginesie) ustawia uszy ku zboczom wzgórza, pod którym się znajdowaliśmy. Na początku nie mogłam pojąć, o co chodzi, nie miałam z resztą za bardzo czasu, by się nad tym zastanawiać, bo niedźwiedź-zombie już się na nas zamierzał po raz kolejny, zebrałam więc w sobie resztki energii, by przywołać otaczającą nas magię i nagiąć do swojej woli tak, by utworzyła barierę odgradzającą nas od potwora...
Na ziemię!
Głos, który dostał się do mojej głowy był na tyle mocny, że nie dość, że przedarł się przez barierę, którą zwykle otaczałam myśli, tak na wszelki wypadek, to jeszcze sprawił, ze odruchowo spełniłam polecenie, przywierając brzuchem do ziemi, gdy tylko zostałam odepchnięta przez obcego basiora kawałek w bok... z drogi lawinie.
Sam nieznajomy jednak nie miał takiego szczęścia. Nie zdążył uskoczyć z drogi rozpędzonego śniegu, został porwany wraz z dziwnym stworem... Na dłuższą chwilę straciłam ich z oczu, widziałam tylko, jak pędzące tony śniegu zbliżają się nieubłaganie ku krawędzi znajdującej się kawałek dalej przepaści.
Szlag by to wszystko trafił!
Nie miałam jak zareagować. Gdybym teraz rzuciła się ślepo na ratunek basiorowi, który uratował mnie, sama skończyłabym martwa. A to mijało się z celem, bo wtedy prawdopodobnie obydwoje bylibyśmy martwi... No, w każdym razie, byłoby to po prostu głupie posunięcie. Musiałam więc czekać, aż pędzący w dół śnieg osiądzie w miejscu. Dopiero wtedy ruszyłam biegiem w kierunku przepaści, z każdym sadzonym susem przezwyciężając ciężkość łap, którymi wyczerpany organizm nie był już w zasadzie w stanie poruszać. Zdołałam jednak dotrzeć do celu.
Wychyliłam się z krawędzi przepaści, spoglądając w dół, szukając wzrokiem wilka... I go znalazłam.
Powieszonego, kurwa mać, na jakimś sterczącym korzeniu o obrożę, którą miał na szyi.
Cały czas mamrocząc pod nosem przekleństwa, otoczyłam bezwładne ciało wilka mackami magii, by unieść je w powietrze i, sapiąc z wysiłku, zdjąć je z korzenia i wciągnąć na górę. Żeby tylko żył, żeby żył...
Ułożyłam jego bezwładne ciało na śniegu, doskakując natychmiast do jego boku, magią szukając jakichkolwiek oznak życia... A gdy wyczułam bijące pod żebrami serce, odetchnęłam z ulgą. Żył. Dzięki niech będą... komukolwiek, kto czuwa nad nami. Albo nikomu, zwyczajnie szczęściu, które postanowiło się uśmiechnąć do basiora. Obroża na jego szyi czasowo zatrzymała mu co prawda dopływ tlenu, ale prawdopodobnie tylko dzięki niej nie roztrzaskał się o skały w dole przepaści, zasypany toną śniegu. Tak jak ten dziwny, olbrzymi stwór.
Nakreśliłam na klatce piersiowej basiora na szybko runę, która miała pomóc ukierunkować magię, by zadziałała cucąco na wilka. Chwilowo odłożyłam na bok jego nietypowy wygląd... z resztą, kim byłam, by go po tym oceniać, skoro sama w pewien sposób przykuwałam wzrok innych wilków. Nie na co dzień mija się w końcu na ulicy Oziris...
Szybko przerwałam jednak rozważania, bo miałam ważniejsze rzeczy na głowie. Musiałam go zabrać w jakieś bezpieczne miejsce. Może gdzieś niedaleko znajdowała się jego jaskinia... Nieprzytomny wilk wyglądał na takiego, co może się szybko wyziębić. Podałabym mu jeden z moich eliksirów rozgrzewających, gdybym tylko miała pewność, że się nim nie zachłyśnie... Fuck.
Także tak, najlepiej, jak go po prostu zdejmę ze śniegu. I poza zasięg burzy śnieżnej, która znowu zaczynała przybierać na sile.
Podniosłam wiotkie ciało wilka przy użyciu macek magii. Było to dla mnie wyczerpujące, ale miałam cel, który mnie napędzał. Musiałam znaleźć nam jakieś schronienie.
Na czuja wybrałam drogę. Znalazłam coś ala stanowisko obserwacyjne, z którego musiał mnie dostrzec, albo wyczuć w inny sposób. Idąc dalej niewidzialnym dla innych, magicznym tropem (basior zostawiał po sobie nieprzyjemny posmak trującej magii, zaczynałam więc podejrzewać, ze być może to pojedyncze cięcie niedźwiedzia, gdy przyszedł mi z pomocą, miało na celu właśnie zatrucie przeciwnika... ale to były tylko spekulacje), dotarłam do pałacu Lome-Imri, o którym jak na razie jedynie słyszałam z opowieści, nigdy go jednak sama nie odwiedzałam... Potem schodami na górę i... znalazłam.
Jaskinia, urządzona mniej więcej jak mieszkanie. Tylko... z wielka wyrwą w ścianie.
Zmarszczyłam brwi, odkładając basiora na legowisko ze skór. Pozbywszy się ciężaru, odetchnęłam z ulgą i omal nie osunęłam się bezwładnie na podłogę. Tyle że pozostawała kwestia tej cholernej dziury, przez którą wpadało do środka lodowate powietrze.
Podeszłam do niej, dotknęłam łapą jej krawędzi i przywołałam lód. Natychmiast pokrył grubą warstwą wyrwę, tworząc swego rodzaju, bardzo wytrzymałe okno. Albo plombę, jak kto wolał.
Okryłam basiora wszystkimi skórami, które znalazłam w okolicy, by nie dopuścić do wychłodzenia organizmu w czasie, w którym będzie wracał do siebie. Czułam tępe pulsowanie w czaszce, znak, że runa, którą nakreśliłam krwią na jego klatce piersiowej, działa. Pozostało mi tylko czekać, aż się obudzi.
Nienawidziłam czekać.

<Kvisch?>

Słowa: 1642

niedziela, 26 kwietnia 2020

Od Kvischa

Zimny, porywisty wiatr po raz kolejny zaatakował basiora, wbijając swoje niewidzialne lodowe kły w jego odsłonięte ciało. Ten, w kontrataku, jedynie zaciągnął wyżej, bo aż po sam pysk, grube, niedźwiedzie futro i zacisnął mocniej szczękę.
"I jak teraz zamierzasz się do mnie dossstać, co?" pogardliwie przeszło mu przez myśl. Zdążył się już niejako przyzwyczaić, do wiecznie panującego w tym miejscu mrozu, jednak nie mógł powiedzieć, że sprawiało mu przyjemność mierzenie się z ciągłymi ranami i oznakami wychłodzenia. To miejsce znacznie różniło się od jego rodzimych stron. Mimo przeczucia na początku, że fizycznie da sobie radę, to nie był ostatnio w najlepszej formie. Ostatnie dni nie należały do najlżejszych, jego organizm, nieustannie zalewany był coraz to silniejszymi truciznami, w celu uśmierzenia bólu, lecz nie przynosiło to oczekiwanej, długotrwałej ulgi. Zazwyczaj rzadko stosował tego typu środki, więc jego ciało nie było nawet przyzwyczajone do przyjmowania tak dużych dawek. Zdawał sobie sprawę, że doprowadzało go to powoli do skraju wycieńczenia. Nie mógł nic na to jednak poradzić, ostatnimi czasy, pogoda mocno dawała w kość, dni były koszmarnie zimne. Do tego również nie łatwo było mu się przyzwyczaić, szczególnie biorąc pod uwagę, że za rogiem czaiła się wiosna, a pogoda była tak samo marudna, jak podczas zimy. Ale żeby tego było mało, w zajmowanej przez niego komnacie przewalił się jeden z podtrzymujących sufit filar, robiąc przy okazji się sporą wyrwę w ścianie. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by ten przeklęty wiatr, nieraz wraz z towarzystwem śniegu, wdzierał się do pomieszczenia, a świst, jaki temu towarzyszył, doprowadzał go do obłędu i nie dawał spać po nocach. Przez to wszystko nie miał, nawet kiedy zregenerować sił. Obiecał sobie, że w końcu się tym zajmie, ale jakoś nigdy nie było na to czasu. Oczywiście, mógł po prostu przenieść się do innej pustej komnaty (tak jakby były tu jakieś zajęte), jednak zwyczajnie brakowało mu sił i chęci, by targać ze sobą wszystkie pakunki. Zresztą, znalezienie tutaj miejsca do spoczynku, w co najmniej akceptowalnym stanie, nie było też takie łatwe. Trzeba byłoby przejrzeć co najmniej paręnaście komnat. Przeszło mu nawet przez myśl, czy nie zejść niżej, ale wolałby to zrobić, jak już się nieco zregeneruje. Schody prowadzące do podziemi, nie były w najlepszym stanie, więc potrzebowałby sporego skupienia, by przypadkiem nie potknąć się i nie spaść. Nie wiadomo również, czy ktoś, lub coś, przed nim nie wpadło na ten sam pomysł i przypadkiem tam nie nocuje. Co prawda nie wyczuwał niczyjej obecności w pobliżu, jednak przez zmęczenie, nie do końca ufał ostatnio swoim zmysłom.
Basior leżał tak jeszcze przez chwile, zagrzebując się głębiej i korzystając z, chociaż chwilowej osłony od wiatru i skupiając co jakiś czas myśli na poszukiwaniu rozwiązania całej tej sytuacji. W końcu jednak wziął głębszy wdech i chwiejąc się nieco, podniósł z posłania. Niedźwiedzia skóra zsunęła się po nim, upadając głucho na ziemie, a ciało mimowolnie zadrżało. Jeśli by mógł, najchętniej zostałby tam do rana, jednak zbliżająca się godzina jego zmiany, stanowczo wybijała mu ten pomysł z głowy. Przepasał się nieco lżejszymi skórami, tak by chociaż trochę chroniły go przed mrozem, jednocześnie nie ograniczając jego ruchów i zaczął schodzić krętymi schodami. Te znał już na pamięć, więc z łatwością omijał każde pęknięcie i przeskakując nie raz po parę, co bardziej zniszczonych schodków, szybko znalazł się na dole. Z niezadowoleniem zauważył, że wiatr, nie tyle, co przybrał na sile, lecz zmieszał się ze śniegiem i wirując jak szalony, atakował lodowymi podmuchami, wszystko, co stanęło mu na drodze. Doprawdy, dawno nie było tak paskudnej nocy. Wychodząc, szarpnęło mocno jego ciałem, lecz zaparł się mocno nogami, dzięki czemu udało mu się nie stracić równowagi i powoli posuwać się na przód. Przynajmniej miał pewność, że jego warta będzie spokojna, w końcu żadna inteligentna istota nie będzie wychodziła w taką pogodę z domu, bez naprawdę pilnego powodu... prawda?
Wysokie konary drzew rzucały się na wszystkie strony, zrzucając z siebie kolejne pokłady śniegu, a księżyc spowił się ciemnymi chmurami, nie siląc się nawet na oświetlenie drogi. Nie, żeby basiorowi specjalnie utrudniało to drogę. Znał już te tereny na pamięć, więc bez najmniejszego problemu zaczął kierować się do dobrze znanego mu miejsca. Śnieg trzeszczał nieprzyjemnie pod jego łapami, zagłuszany nie raz przez bardziej porywiste podmuchy wiatru. Zamieć wdzierała się do nosa, szorstko ocierała o skórę i przyklejała do futra, tworząc coraz to większe zbitki, lecz Kvisch nie zwracał na to większej uwagi. Użył nieco swojej magii, mącąc w krążącej w jego ciele truciźnie i dostarczając tym samym do organizmu nieco adrenaliny, która pomogła mu szybciej się poruszać. Musiał tylko dotrzeć do punktu między skałami, skąd zwykle patrolował teren. Wysokie, zlodowaciałe głazy, stykały się ze sobą czubkami, tworząc swego rodzaju mini jaskinie i dając wystarczającą ochronę przed wiatrem, by spokojnie przeczekać noc. Jednocześnie miejsce znajdowało się w na tyle dobrej lokalizacji, by bez problemu basior mógł wyłapać każdy najdrobniejszy szelest w promieniu najbliższych kilometrów, choć nie zapowiadało się, by coś takiego miało mieć miejsce.
Choć droga była długa i żmudna, basiorowi w końcu udało się dotrzeć do wyznaczonego punktu. Wchodząc do środka, od razu zrzucił z siebie przemoczone futra i otrzepał się z pozostałości śniegu. Wiatr dalej szalał na zewnątrz, lecz basior mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Zmęczony całą podróżą, położył się przy wejściu i zaczął nasłuchiwać. Mimo niesprzyjającej pogody noc zdawała się jednak spokojna, jedyne co rzucało się basiorowi na uszy to wszelkiego rodzaju świsty wiatru, uginające się pod jego naporem drzewa i ewentualne szmery uderzających o siebie gałęzi. Po niecałej więc godzinie, mocno znużony zasnął płytkim snem.
Odpoczynek jego nie trwał specjalnie długo. Parę godzin przed świtem, obudził go ryk okrutny i trzepot ptasich skrzydeł. Podniósł się szybko na równe łapy, lecz głowa jego zdawała się cięższa niż zwykle. Zachwiał się, o mało nie lądując z powrotem na ziemi, lecz udało mu się w ostatniej chwili odzyskać równowagę. Pogoda niewiele się zmieniła przez ten czas, a może nawet i przybrała na sile. Ciężkie podmuchy zdawały się próbować przewalić już teraz wszystkie drzewa, nawet te najgrubsze i najcięższe, które skrzypiały teraz niemiłosiernie, kładąc się i oddając tym samym pokłony niewidzialnemu panu. Jego położenie zdawało się nie być już tak bezpiecznie, jak wydawało się parę godzin wcześniej, szczególnie biorąc pod uwagę wszechobecność gór w pobliżu. Nie tak mało razy, zdarzały się tu lawiny, a biorąc pod uwagę masę świeżego śniegu, którego napadało przez ostatnie dni, szanse na tragedię niebezpiecznie rosły.
Przede wszystkim należało jednak namierzyć źródło ryku, bo to ono zdawało się teraz najrealniejszym niebezpieczeństwem. Basior wyszedł ze schronienia, a jego futro od razu zostało smagane przeszywającym zimnem. Skupił się, ignorując irytujący fakt, że kręciło mu się w głowie i przeczucie, jakby zaraz jego ciało stracić miało wszelkie siły. Wmawiał sobie uparcie, że przecież nie jest tak słaby, by nie móc zrobić szybkiego obchodu, a jego ciało po prostu jest jeszcze zaspane.
Gdy skupił się na swoich zmysłach, wyczuwał niedaleko stąd obecność dwóch istot, w czym obie totalnie były mu obce, a z tej odległości i przy takich warunkach, ciężko było mu ocenić nawet ich gatunek, choć to drugie niewyraźnie wydawało się przypominać wilka. Brodząc w głębokim śniegu i słaniając się od wiatru, ruszył przed siebie, czując się odpowiedzialnym za to, by zreflektować się, kto, lub co, zakłóca spokój, bądź też czy komuś nie zagraża niebezpieczeństwo. Chociaż niespecjalnie obchodziło go czyjeś życie, chcąc pozostać w tym społeczeństwie, musiał zwracać uwagę na takie rzeczy i reagować, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Choć, kłóciło się to z jego przekonaniami. W duchu przeklinał ich nieodpowiedzialność i wychodzenie w tak koszmarną pogodę, lecz mimo to, szedł uparcie przed siebie. W pół drogi był już w stanie ocenić, że niedaleko znajduję się niewątpliwie wilk, lecz druga postać... Nie zdawała się pasować do żadnego ze znanych mu zapachów. Miała w sobie coś z niedźwiedzia, lecz zapach był o wiele silniejszy i nieco zalatywał padliną, tak jakby istota żyła już zdecydowanie za długo na tym świecie. Bez namysłu Kvisch przyspieszył kroku, by zaraz znaleźć się na terenie lasu, gdzie śniegu leżało zdecydowanie mniej i bieg stał się zdecydowanie prostszy. Jego płuca płonęły od napływu zimnego, ostrego powietrza, lecz nie zwalniał tempa. Powietrze przeszył kolejny ogłuszający ryk i zdecydowanie można było wyczuć unoszącą się dookoła woń krwi. Basior wbiegł w końcu na otwartą polanę, gdzie bez wątpienia przebywał jakiś obcy wilk i to... Coś. Doprawdy, pierwszy raz czuł coś takiego. Ziemia drżała, gdy zwierze się przemieszczało, dzięki czemu basior mógł mniej więcej oszacować jego wielkość, która swoją drogą była zadziwiająca, lecz także bez problemu mógł dzięki temu nawigować, gdzie się owo monstrum przemieszcza. Choć z początku naturalnie przeszło mu przez myśl, by nie wtrącać się w walkę, winą obcego w końcu było, że wyszedł w taką pogodę i natknął się na jakieś zwierzę, lecz niestety zdawał sobie sprawę, że jeśli ten przypadkowo umrze, wina niejako spadnie też na niego, za nie udzielenie pomocy, a to postawiłoby go w niekorzystnym świetle, nie mówiąc już o czekających na niego konsekwencjach. Przemknął więc po polanie, niemalże sunąc brzuchem, po śniegu i starając się nie zwracać na siebie uwagi. W końcu udało mu się dostać do wrogiego stworzenia na tyle blisko, że było na wyciągnięcie łapy. Po drodze udało mu się nawet przygotować silną truciznę unieruchamiającą, którą wprowadził do ciała napastnika dzięki szybkiemu atakowi pazurami. Przez jego gabaryty nie wiedział, czy taka dawka wystarczy, ale najwyżej zaatakuje ponownie. Na tę chwilę odskoczył do tyłu, po czym unikając lecących w jego stronę ogromnych pazurów, dołączył do, prawdopodobnie, członka watahy. W tym samym momencie coś innego przykuło jego uwagę.
Podczas gdy potwór wydał z siebie kolejny ryk i już zamierzał dosięgnąć ich dwójkę, Kvisch czuł, że coś się zbliża. Czuł to pod łapami, bardzo delikatne drżenie ziemi i nie było to spowodowane poruszaniem się zamierzającej atakować istoty. Gdzieś w oddali jego uszy wyłapywały jakieś nowe szumy... Szumy, które niebezpiecznie szybko się zbliżały.
- Na ziemię! - zdążył tylko telepatycznie wysyczeć wiadomość nieznajomemu wilkowi i odepchnąć go za grube skały, samemu jednak nie nadążając, by uchylić się przed niespodziewanym i silnym chwytem ze strony bestii. Zanim zdążył jednak jakkolwiek zareagować, tona rozpędzonego śniegu uderzyła z impetem w jego ciało, uwalniając z uchwytu i przenosząc go coraz to dalej i dalej, przykrywając przy tym coraz to grubszą warstwą. Walcząc o każdy oddech, starał się jakkolwiek zapanować nad swoim ciałem, lecz te bezwładnie turlało się przed siebie, niesione przez lawinę. Czuł jak zebrane razem z nim kamienie i gałęzie uderzają w niego co chwile, otwierając coraz to nowsze rany. Ostatnie co udało mu się zarejestrować, to zahaczenie o coś obrożą, potworny ból i brak możliwości złapania oddechu. Następnie zapadła ciemność.

<Ktoś?>

Słowa: 1741
Layout by Netka Sidereum Graphics