Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 kwietnia 2022

Od Artema, CD. Ametrine

Ten krzyk sprawił, że oboje się wzdygnęliśmy. Przeczucie które nie dawało mi spokoju  zaledwie jakiś czas wcześniej, niestety, sprawdziło się i to w najgorszym momencie. Ametrine jak najszybciej podleciała w miejsce wypadku, ja natomiast pobiegłem - skrzydło chwilowo niestety odmówiło reakcji. W kilka sekund znaleźliśmy się u źródła krzyku, ale kiedy byliśmy tuż przy brzegu, wszystko jakby się uspokoiło, ucichło. Słyszałem bicie własnego serca, oraz szybki oddech wadery. Wszyscy obserwowaliśmy wodę, zastygnięci, a ciszę przerywał jedynie płacz drugiego malucha, kurczowo trzymającego się swojej mamy.
- Artem...- Wydyszała Ametrine - Nie widzę nic!- Ja też nic nie widziałem, więc pozostało jedno. Chciałem wskoczyć do wody. Bardzo chciałem. ale mój wzrok ugrzązł w czerni, która sprawiała że łapy zaczęły mi się trząść. Słyszałem jak wadera coś do mnie mówi, ale nie rozumiałem ani słowa. 
Nie mogłem pozbierać myśli. Byłem pochłonięty strachem, jaki mnie obleciał. Od dziecka miałem niechęć do wody. Szkoda, że właśnie to się odpaliło teraz, w sytuacji kiedy jestem potrzebny.
Ale nagle wszystko się zatrzymało, kiedy poczułem na swoim policzku przyjemne ciepło. I wtedy się obudziłem. Ametrine, która trzymała łapę tuż pod moim okiem, mówiła że musimy się spieszyć. Że jak czegoś nie zrobimy, to po nim. To mnie wystarczająco popchnęło do tego, co zrobiłem. Jednym ruchem zdarłem z siebie już i tak zmoknięty płaszcz i biorąc największy wdech na jaki było mnie stać, wskoczyłem do kłująco mroźnej otchłani. Będąc już pod wodą otworzyłem oczy, próbując dojrzeć coś w ciemności. Czas mi się kończył, zacząłem myśleć że już nic z tego... I wtedy zobaczyłem - małą, szaro - białą kulkę futra bezwładnie pływającą na dnie. Z małego pyszczka, wydobyły się małe bąbelki powietrza - musiałem działać szybko. Chciałem użyć telekinezy, żeby go do mnie przepchnąć, ale ból w klatce piersiowej i upływające ze mnie powietrze sprawiło, że nic nie mogłem zrobić. Zebrałem w sobie siły i jednym susem podpłynąłem do szczeniaka, biorąc go w zęby. Możliwie jak najmocniej odbiłem się od miękkiego dna. 
Kiedy wypłynąłem, woda już zdążyła dostać mi się do pyska- zachłysnąłem się, ledwo utrzymując się na powierzchni, ale w przeciągu kilku sekund dopłynąłem do brzegu - z pomocą nieznajomego basiora, który wskoczył do wody zaraz jak udało mi się wypłynąć. Wyczołgaliśmy się na brzeg, gdzie czekały na nas wadery i drugi szczeniak. Ametrine nie traciła czasu i od razu przystąpiła do oceny stanu zdrowia szczeniaka i pierwszej pomocy. Chciałem też pomóc, ale nie mogłem złapać oddechu.
- Nie oddycha. Przystępuję do reanimacji, sprowadźcie pomoc...- Poleciła medyczka.
- Biegnij, proszę! Sprowadź kogoś!- Krzyknęła matka szczeniaków do swojego partnera, próbując uspokoić drugiego syna. Sama była jednak bardzo zestresowana. 
- Artem, oddychaj głeboko - Powiedziała Ametrine, ukradkiem na mnie spoglądając. Nie chciałem jej jednak zostawiać z tym samej. Była medykiem, ale każde wsparcie było na wagę złota. Wstałem, biorąc głębokie wdechy.
- Pomogę. Mów co mam robić- Pokręciłem głową żeby się trochę ocucić. Rzuciła mi wdzięczne, trochę zmartwione spojrzenie i poinstruowała co mam robić. Starałem się jak mogę wspierać ją, jak i rodzinę szczeniaka. Zrobiło mi się strasznie przykro patrząc na młodego, który nie dawał rady się uspokoić. W duszy modliłem się, żeby jego brat zaczął oddychać. Znowu cisza. Ametrine na chwilę przerwała, skupiając się na bezwładnym ciałku. I wtedy to usłyszeliśmy. Szczeniak odzyskał przytomność, przewracając się na brzuch. Zaczął kaszleć, trząsł się, a jego matka natychmiast do niego podbiegła, powtarzając sobie że wszystko będzie w porządku. Moje oczy, skrzyżowały spojrzenia z fioletowo -złotymi. Widziałem w nich ulgę. Zdobyłem się na mały uśmiech, który odwzajemniła, lekko się rumieniąc. Zrobiła kawał dobrej roboty, chciałem jej to powiedzieć, ale wtedy...
- Co się dzieje?!- Usłyszeliśmy nagle. Nasze spojrzenia znów powędrowały na szczeniaka. Coś było nie tak.- Mój syn! Pomóżcie mu, proszę!
- Mamo...- Zaszlochał syn, chowając się za matkę. Ametrine zareagowała błyskawicznie. Znowu toczyła się bitwa o życie, znowu nas wszystkich ogarnęła niepewność - młody stracił przytomność, a jego oddech znów się zatrzymał.
- No, dawaj mały!- Powiedziała Ametrine. - Dawaj.- Powtórzyła ciszej. Nie było jednak żadnej reakcji. W tym momencie, dało się też usłyszeć trzepot skrzydeł - Podlecieli do nas medycy z noszami, przejmując resuscytację. Niedaleko stał ich powóz, do którego przetransportowali malca. Niestety ja i Ametrine nie mogliśmy pojechać z nimi. Staliśmy tylko, patrząc jak się oddalają, dalej walcząc o życie szczeniaka. Nie wiedziałem co myśleć o tej sytuacji. Przed chwilą cieszyliśmy się, mając nadzieję że wszystko jest pod kontrolą. A teraz...staliśmy tam, patrząc jak wóz odjeżdża, nie mając nawet pewności jak to wszystko się skończy. Wydawało się, jakby ta sytuacja trwała całe godziny. 
Moje przemyślenia przerwało pociąganie nosem, a potem szybki powiew powietrza. Nie zdążyłem się obejrzeć, kiedy Ametrine wzbiła się w powietrze, odlatując Bóg wie gdzie. Nie miałem siły za nią wołać, ale i tak to robiłem, nawet jeśli wiedziałem że mnie nie usłyszy. W szybkim tempie zniknęła mi z pola widzenia. Zacząłem trochę panikować. Znowu nie widziałem, co mam zrobić. Znaczy wiedziałem..
- Weź się w garść. - Warknąłem do siebie. Wadera nie mogła odlecieć daleko...
Miałem jeszcze szansę ją dogonić. Prawie nie czując z zimna łap, wziąłem głęboki oddech i zacząłem biec w kierunku miejsca gdzie straciłem ją z oczu. Ciągle spoglądałem w górę, potrącając wszelkie krzaki i zarośla, które oblepiały śniegiem moje futro. Biegłem tak przez las- dopóki nie dojrzałem szarawej sylwetki przemierzającej niebo. Próbowałem do niej przemówić, nie chciałem żeby zrobiła sobie krzywdę - śnieg zaczął padać bardzo mocno, ona sama była przemoczona i pewnie zmarzła.
Prawie straciłem ją z oczu kiedy nagły, mocny podmuch wiatru sprawił że zachwiała się i straciła kontrolę nad sterownością. Zaczęła spadać w dół, nie mogąc rozprostować skrzydeł, więc szybko reagując, udało mi się złapać ją w locie. "Zamknąłem" ją w moich skrzydłach, żeby zamortyzować jej upadek - ja natomiast miałem bliskie zderzenie z wydmą. 
Otrzepałem głowę z resztek śniegu, powoli rozchylając skrzydła. Niefortunnie... a może i fortunnie, wadera leżała na mnie, przymykając powieki, z których uciekały kropelki łez. Nie byłem pewien co zrobić. Tym razem to ja miałem na pysku rumieniec.
- Nic Ci nie jest?- Spytałem delikatnie, okrywając nas przed wiatrem. Podniosła głowę z mojej klatki piersiowej, a widząc pozycję w której była, wstała jak oparzona.
- Artem! Ja przepraszam, nie chciałam, ja..- Nie dokończyła. 
- Nie martw się.- Powiedziałem cicho, przytulając ją do siebie. Miałem nadzieję, że to ją uspokoi. Chwilę nie była pewna jak zareagować, ale odwzajemniła uścisk, co mnie wewnętrznie ucieszyło. Staliśmy tak jeszcze chwilę, trzęsąc się z zimna.- Chodź, zimno się robi. - Machnąłem głową, odsuwając się.- Czy chcesz...chcesz może..- Zająkałem się trochę, przy czym westchnąłem. - Chcesz iść na razie do mnie? Chociaż póki pogoda się nie uspokoi.- Zaproponowałem w końcu. 
Nie miałem pewności, co mówiła jej mina. Ja sam nie potrafiłem jeszcze do końca ułożyć sobie tego dnia - Zrozumiem jeśli chcesz być teraz sama - dodałem po chwili ciszy. - ale pozwól wtedy, że Cię odprowadzę.

<Ametrine?>
Słowa: 1099 = 71 KŁ

czwartek, 24 marca 2022

Od Artema, CD. Vallieany

Przystanąłem za drzwiami, czując mroźny powiew. Niósł za sobą przeróżne zapachy, moje jak i nieznajomej. Głęboko wciągnąłem kłujące, mroźne powietrze żeby wyczuć tak dużo woni ile tylko się dało, bo miałem przeczucie że wrogi wilk nie odpuścił by tak łatwo, skoro tyle trudu zadał sobie na długą pogoń. Normalnie, raczej by odpuścił nie mogąc jej dogonić, chyba że był czymś bardzo zmotywowany. Zastanawiało mnie tylko, komu mogła podpaść taka drobna, niewinnie wyglądająca wadera. Wątpiłem że zrobiła coś złego, dlatego chciałem pomóc na tyle, ile byłem w stanie. Zapewnienie jej i karczmarzom bezpieczeństwa było pierwsze w kolejce - każdy niebezpieczne wilk może być tak samo niebezpieczny dla każdego innego wilka, dlatego czułem konieczność złapania go.
Lampa rozświetlająca śnieg na złotawy kolor, rzuciła cień na jeden z wąskich zaułków. Na śniegu, mimo mocnego opadu łącznie z deszczem widać było delikatne ślady łap, prowadzące właśnie tam. Nikt z nas tam nie wchodził, a mogłaby to być świetna kryjówka. Zachowując ostrożność, bezszelestnie podszedłem do miejsca między innymi chatami. Zapach który wtedy złapałem, był prawie znikomy. To utwierdziło mnie w tym, że ktokolwiek tam był - zniknął. 
- Ale dlaczego nas śledził?- To pytanie na razie pozostawało bez odpowiedzi. Czułem, że jest to jakaś głębsza sprawa, którą trzeba zbadać od podszewki. Nadzieję dawał mi zapach, który na pewno będzie unosił się jeszcze przez chwilę. Nie chciałem go zgubić, ale też pozostawienie karczmarzy i wadery samych byłoby bardzo lekkomyślne. Z tego co wiem, niedaleko patrol powinny mieć dwa inne wilki, które mógłbym poprosić o obserwowanie miejsca. No i jest jeszcze Marv, ale nie mogłem zostawić go samego. Jeszcze zanim ruszyłem przekazać pobliskim wilkom tą wiadomośc i zawiadomić Marv'a, wróciłem by pogadać z gospodarzem.
- Czegoś się dowiedziałeś?- Zostałem zapytany w progu drzwi. Po mojej minie mógł domyśleć się, że nie mam dobrych wieści.
- Niestety tylko tyle, że musicie mieć się na baczności.- pokręciłem głową- Przepraszam za narażanie was, nie myślałem że to jest poważniejsza sprawa. Jedyne co mogę wam zaoferować to możliwie największe bezpieczeństwo. Zawiadomię odpowiednie wilki żeby obserwowały waszą karczmę, a wy nie otwierajcie nikomu drzwi, zachowujcie się jakby was tu nie było. - Odrzekłem ze skruchą. Miałem nadzieję, że jednak żadna interwencja nie będzie potrzebna.
- Ale...ale skąd będziemy wiedzieć że to ktoś od ciebie się tu szwęda a nie ten bandyta?
- Cokolwiek będą od was chcieli....zapukają sześć razy. Jak to nie wystarczy, zapamiętaj te cyfry - szybko wyjąłem z torby kawałek papieru, na którym napisałem kod "8639". Jak nie będziesz miał pewności to powiedzą go. Nie mów o nim nikomu, nawet żonie - tylko ty otwieraj drzwi. W razie czego wszyscy się schowajcie tam, gdzie nikt was nie znajdzie. Postaram się wrócić jak najszybciej.- Obiecałem, po czym od razu ruszyłem pędem na teren innych stróżów. Przekazałem im wszystko co potrzebne, obiecali doglądać okolicy tak często jak to możliwe. Jakiś czas temu Spotkali też po drodze mojego kompana, mieli go znaleźć i dogadać się co do tego kto kiedy będzie doglądać karczmy - w końcu mieli też swoje zadania.  Podziękowałem im, mogąc ruszyć w dalszą drogę.
Jeszcze raz przebiegłem po okolicy karczmy, szukając zapachu który gdzieś już zdołał umknąć. Po około 15 minutach zacząłem tracić nadzieję. Musiałem na chwilę przystanąć. Zebrać myśli. Wytężyłem maksymalnie zmysły, krocząc ścieżką którą szedłem z waderą. Nasze ślady zdołały już zniknąć pod nową warstwą świeżego puchu. Ale zagłębienia, które ledwo widoczne widniały jakiś metr od naszych wydawały się być świeższe. Uważnie podążałem za nimi, aż doszedłem do zaułku z którego wbiegła na mnie drobna wadera. Z ciemności, mogłem dostrzec bardzo mało widoczny zarys postaci, która niosła za sobą odgłosy....ciągnięcia czegoś. Jakiegoś przedmiotu? Po reakcji, a w zasadzie jej braku, stwierdziłem że postać nie zdaje sobie sprawy że ktoś ją obserwuje. W tym momencie, każdy był dla mnie podejrzany - wzleciałem do góry, a dzięki opadom ruch moich skrzydeł był stłumiony. Postać w ostatnim momencie spojrzała w górę - było już niestety na to za późno. Wystraszyła się na tyle mocno, że odskoczyła akurat w lekko oświetlone latarnią miejsce. Nie był to mój podejrzany. 
- Czego mnie straszy po nocy! Ja nic nie robiłem! Sobie innych okradaj, ja nic nie mam szczeniaku!- Warknął, kładąc po sobie uszy.Poszarpane szaty, worek z jakimiś duperelami. 
- Przepraszam, nie miałem zamiaru Pana wystraszyć. Myślałem że jest Pan kimś innym. - Odparłem spokojnie, wychodząc z ciemności. Odznaka stróża, mieniła się złotawym blaskiem. Bezdomny spojrzał na nią, a w jego oczach widniała niepewność.
- Nic nie robiłem, więc nie może mnie Pan aresztować! Ja tu najmniej szumu robię a to ja zawsze podejrzany...Najpierw mnie potrącają, a potem jeszcze straszą. Od czego wy tu jesteście?! - Wyjęczał z pogardą w głosie, jednak nie to mnie zainteresowało. Wadera wspominała, że potrąciła niechcący bezdomnego podczas ucieczki. 
- Kto Pana potrącił?- Spytałem do razu.
- Ooo, teraz się Pan stróż interesuje! - wywrócił oczami, zbierając drobiazgi które wypadły z worka. 
- Proszę odpowiedzieć.- Zażądałem, stawiając łapę między nim a jakąś błyskotką po którą sięgał. - To ważne, dla bezpieczeństwa Pana i wszystkich innych.- Spojrzał na mnie spod byka, niechętnie wzdychając.
- No to spałem w zaułku a nagle słyszę że ktoś biegnie. Nie zdążyłem nawet nic zrobić a tu BUM ktoś we mnie wpada! Na Przeklinałem się, bo kurde spać nie dają i nawet żadnego przepraszam nie powie!- Zmrużył ze złości oczy. Spuściłem wzrok, słuchając dalej. Miałem nadzieję że może zauważył coś jeszcze.- Ale to nie wszystko!- Wzdrygnąłem się, wytężając słuch.- Zaraz znowu słyszę bieg, ale tym razem zdążyłem wstać! Już chciałem nakrzyczeć na te bachory, ale ten drugi tylko mi zagroził w biegu. Nie jestem jakiś postawny ani walczyć nie umiem to nie chciałem się dłużej narzucać. Siedziałem cicho to pobiegł dalej i dalej, no i coś tam mu wypadło z kieszeni to sobie wziąłem w zamian za przeprosiny.- Wzruszył ramionami, wrzucając do worka ostatnią rzecz.
- Ej chwila, ma Pan jeszcze tą rzecz?
- Mam i nie oddam! To moje, ja znalazłem!- Schował worek za dobą, dając mi do zrozumienia że za darmo nie mam nawet na co liczyć.
- A jak odkupie tą rzecz?- Wyjąłem z mojej torby monety. Minę nie miał za szczęśliwą, więc dołożyłem jeszcze kilka.- Tylko tyle mam przy sobie. Proszę, to jest dla mnie bardzo ważne. Przez tamtego wilka ktoś jest w dużym niebezpieczeństwie. - Wbiłem w niego wzrok, co wywołało w nim presję. Niechętnie, ale przystał na moją propozycję. Była to mała torba z jakimiś rzeczami w środku. Czułem na niej zapach nie tylko ten nieznajomy, ale też zapach wadery. Podziękowałem bezdomnemu i poleciłem żeby udał się w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Dowód schowałem w swojej torbie i ruszyłem z tymi informacjami z powrotem do karczmy. Dopiero tam chciałem przyjrzeć się temu co znalazłem. Kiedy byłem już w okolicy, spotkałem Marv'a przechadzającego się na tyłach chaty.
- Artem! Tamte wilki przekazały mi co się stało...wszystko w porządku?- Spytał z troską.- Nikt się tu nie kręcił, a przynajmniej nie kiedy ja tu byłem.
- To dobrze, Marv. to dobrze...Ale ta sytuacja jest dziwna. Rozmawiałem z bezdomnym który widział tą sytuację i znalazłem coś.- Pokazałem mu torbę, delikatnie otwierając ją w celu powierzchownego zbadania jej zawartości. Marv zajrzał do środka, po czym spojrzał na mnie w bardzo zmartwiony sposób.- No co jest?- przechyliłem głowę do boku.
- Ja widziałem coś takiego.- Zawahał się przez chwilę. Ten list - wskazał kawałek papieru, naznaczony jakimś znakiem.- Takie daje się komuś żeby zlecić mu...no wiesz.- Przejechał swoim pazurem po karku. Rozszerzyłem oczy, głęboko wzdychając. - Chyba musisz z nią pogadać i to szybko. Wątpię że to była jednorazowa akcja.
Miał rację. Ten ktoś na pewno tak szybko nie zrezygnuje. Nie wiedziałem tylko, jak wadera na to zareaguje, ani czy w ogóle wie o co chodzi. Podczas gdy partner dalej pilnował bezpieczeństwa, ja zapukałem sześć razy. Drzwi otworzył karczmarz, a widząc moją minę, usunął się od razu na bok. Zamknąłem szczelnie drzwi, słyszę delikatny stukot łap uderzanych o drewnianą podłogę. Ignorując jej pytanie, poleciłem żeby usiadła obok paleniska. Poprosiłem o rozmowę w cztery oczy, a po chwili zostaliśmy już sami. Spojrzałem w jej oczy, w których widać było zdenerwowanie.
- Jak się czujesz? Wyglądasz lepiej.- Zauważyłem, chcąc jakoś wprowadzić ją w temat. 
- Dziękuję, o wiele lepiej. Bardzo mi miło że mi Pan pomógł, Panie...
- Artem.-  dokończyłem za nią.
- A więc dziękuję Artemie. - Spuściła głowę. - Vallieana.- Przedstawiła się, podając mi łapę. Uśmiechnąłem się lekko, po chwili znów wracając do kamiennego wyrazu.
- Powiedz, czy podpadłaś komuś niedawno? Może jakieś porachunki z przeszłości?- Spytałem najdelikatniej jak potrafiłem. Vallieana pokręciła w zdumieniu głową.- Proszę, zastanów się, to ważne.
- Nie! Nie przypominam sobie takiej sytuacji. A co się stało jeśli mogę wiedzieć?
Wyjaśniłem jej całą sytuację. Co znalazłem, z kim rozmawiałem, o śladach, o tym że ktokolwiek ją śledził wie gdzie jest. Nie mówiłem jeszcze jednak o liście, nie wiedząc jak na to zareaguje. 
- Może poznajesz coś z tych rzeczy? - Wyjąłem znalezioną przez bezdomnego torbę.

<Vallieana?>
Słowa: 1444 = 93 KŁ

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Artema CD. Ametrine

Czekając na opatrzenie rany, nie mogłem przestać myśleć o Ametrine. Czy wszystko z nią w porządku? No i czemu ta cała sytuacja miała miejsce. Nie był to na pewno przypadkowy wypadek.
Kiedy już zgłosiłem się do rejestracji, chciałem wyjść i poszukać kogoś ze straży nocnej żeby zawiadomił dowódcę czemu mnie nie ma. Przekonali mnie jednak, że wystawią mi zwolnienie i żadna nieprzyjemność z tego nie wyniknie. Nie byłem z tego do końca zadowolony ale raczej nie miałem wyjścia. Przez swoją nieuwagę, zauważyłem że trochę pobrudziłem podłogę w poczekalni. Ups...
- Proszę się nie martwić, zajmiemy się tym.- Uśmiechnęła się Wadera z rejestracji, kiedy dokańczałem pisanie druczku z moimi danymi.- Proszę zaczekać.
- W porządku, przepraszam za bałagan.- Uniosłem lekko wargi, kierując się na wolne miejsce. Z rany sączyło się coraz więcej krwi, więc pomyślałem że jak uniosę ją w górę, to może trochę zatrzymam krwawienie, czy coś. Czułem ból, ale starałem się go ignorować zajmując myśli czymś innym. Po jakimś czasie, poczułem znużenie, ale chcąc utrzymać się w ryzach, rozejrzałem się za czymś ciekawym. Każdy był w pośpiechu, nawet Ci siedzący wydawali się być zestresowani, gotowi do ucieczki. Taa, szpital nie jest moim ulubionym miejscem. Ale jakby się zastanowić...W oczy, od razu rzucił mi się znajomy widok. Złoto-fioletowe oczy zdecydowanie wyróżniały się spośród wszystkich innych.
Bardzo się cieszyłem że Ametrine ma się już dobrze. Zaskoczyło mnie, że zaledwie "chwilę" temu nie mogła utrzymać się na nogach, a już zajmuje się innymi. Co też ważne, zajęła się mną co w głębi duszy mnie ucieszyło.
Muszę przyznać, że bardzo dobrze radzi sobie z rzeczami potrzebującymi skupienia i prezycji. Mogłem dostać omylne wrażenie przez to, że przy pierwszym spotkanku już na mnie wpadła. Znaczy może ja na nią. W każdym razie chyba oboje zdajemy się być czasami nie uważni. W trakcie zszywania, gdy byliśmy już sami, chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tej sytuacji. Wadera wyjaśniła mi wszystko, ale zastanowiła mnie jedna rzecz, a dokładniej imię jakie wymówiła... To w końcu ułożyło się w całość. Poczułem jednak ulgę, że wszystko się układało jak powinno.
Czas leciał nieubłaganie. Nawet nie zauważyłem momentu kiedy odprowadzałem Ametrine i mieliśmy się już pożegnać. W moim odczuciu, minęła zaledwie chwila. Nie chciałem żeby tak szybko się to skończyło, ale niestety - jak trzeba to trzeba. Poza tym, teraz z racji mojego zwolnienia, będę miał czas dla siebie i w planach miałem odwiedzić ją chociaż raz, jeśli I jej plany na to pozwolą.
Po pożegnaniu, czułem jeszcze jak wadera odprowadza mnie wzrokiem.

~*~

Minęły dwa dni. Niestety, nawet jeśli chciałem to nie mogłem się nigdzie ruszyć, coś porobić. Łapa była obolała, mimo brania leków, przez co jedyne co robiłem to leżałem, lub zajmowałem się spacerując z jednego miejsca jaskini do drugiego. Ale ile można siedzieć?
Wziąłem poranną dawkę leków przeciwbólowych, nałożyłem ochraniacz i powolnym krokiem wyszedłem z jaskini. Poruszałem się trochę jak dziadek, tak też pewnie wyglądałem. Mały spacer nie zaszkodzi, pomyślałem, rozciągając się. O tej porze dnia pogoda zazwyczaj dopisywała w mojej okolicy. Jak nie lubię wody, tak postanowiłem wybrać się nad oczko wodne, niedaleko mojej jaskini. Nie jest zbyt głębokie ale widziałem tam kilka gatunków ryb, które przy odrobinie cierpliwości będą łatwiejszym łupem.
Chwilę zajęło mi dojście tam, przy każdym kroku utykając. Na moje nieszczęście, zbliżając się do miejscówki słyszałem czyjeś głosy. Westchnalem ciężko, nie będąc zadowolonym z posiadania towarzystwa. Jestem z tych, co wolą w spokoju i samotności przeboleć cięższe chwile. Postanowiłem najpierw przyjrzeć się sytuacji. Udało mi się wejść na wyższą górkę, z której widać bo pobliską okolice. Wokół nie było wielu drzew, samo oczko wodne bo dosyć odsłonięte więc miałem idealny widok na to, co dzieje się przy nim.
Zauważyłem gromadkę młodszych wilków i jednego szczeniaka. Znacznie dalej, było kilku dorosłych wilków. Na ich miejscu bardziej pilnował bym dzieciaków, zwłaszcza przy takich oczkach. Nie ma znaczenia czy są głębokie, jeżeli któryś z nich by wpadł i spanikował. Ta myśl trafiła mnie prosto w moralność. Postanowiłem zaufać przeczuciu i jeszcze chwilę poobserwować gromadkę, żeby mieć pewność że nie wpadną na nic głupiego. Zmrużyłem oczy, żeby lepiej widzieć jak podbiegają z rozpędu do brzegu i z ostrożnością wchodzą na warstwę lodu pokrywającą większość oczka. Ostatni raz rzuciłem spojrzeniem na dorosłe wilki i skierowałem się na drugi brzeg. Może niepotrzebnie się martwiłem.
Wbiłem wzrok w tafle lekko falującej wody. Lód nie był krystalicznie czysty, więc ciężko było ocenić głębokość.
Dalszy plan polegał na znalezieniu otworu w lodzie, przez który mógłbym spróbować złapać choć jedną rybę. Część z szukaniem była prosta, reszta nie była już taka przyjemna. Otwór jaki znalazłem był na tyle szeroki że mógłbym cały tam wskoczyć. Ale co to, to nie. Położyłem się, cierpliwie obserwując ruchy skąpej ławicy ryb. Czekałem, aż któraś z nich podpłynie bliżej powierzchni, tak że z łatwością dam radę ją schwytać w zęby. Moje skupienie było na tyle zajmujące, że nawet nie słyszałem jak ktoś zaszedł mnie od tyłu. A dokładniej, kulka śniegu która z pustym dźwiękiem rozbiła się na moim karku. Wzdrygnąłem się, niemal nie kończąc w lodowatej wodzie. Przez chwilę próbowałem ogarnąć co się stało, ale kiedy zza jednego z drzew wyłonił mi się widok ucieszonych, fioletowo złotych oczu, humor od razu mi się jakoś tak poprawił. Próbowałem ukryć uśmiech, zachowując powagę i zdezorientowanie. Niech myśli, że jej nie widzę.
Odchrząknąłem teatralnie, powoli wstając i rozciągając się. Kątem oka widziałem, że wadera schowała się z powrotem co dało mi szansę na zniknięcie jej z oczu i zajście jej od tyłu. Skradałem się tak cicho, jak tylko mogłem, będąc pewnym że mam wszystko pod kontrolą..
Cóż, chyba to Ona powinna być mózgiem operacji bo kiedy z wrzaskiem wyskoczyłem zza ukrycia w celu jej wystraszenia, to ona zleciała nagle z nieba, przyprawiając mnie o zawał serca. Złapałem się za pierś, otwierając szeroko pysk. Powoli opadłem na ziemię, na koniec wystawiając język dla dodania pikanterii mojej śmierci.

<Ametrine? Może usta usta by drania ożywiło>

Słowa: 970 = 54 KŁ

sobota, 19 lutego 2022

Od Artema, CD. Vallieany

Składałem właśnie pisemny raport do Dowódcy. W ostatnich dniach, sporo działo się złego, zwłaszcza nocą. Niestety, są momenty w których nawet stróże nie mogą dopilnować wszystkiego. większość moich współpracowników została wysłana na zwiad parami, tak dla bezpieczeństwa. Mi przypadł mniej doświadczony kolega, miałem za zadanie pokazać mu co i jak z nadzieją że nauczy się czegoś nowego. Nie czułem się w żaden sposób przy "władzy" nad nim ale też czułem się za niego odpowiedzialny. Zdołałem poznać go wczoraj. Pewny siebie, uważny, miał niezwykle rozwinięty słuch. Jednak brakowało mu jednego - spokoju. Był dosyć porywczy co utrudniło nam pracę, gdyż wdał się w bezsensowną bójkę, z której sprawozdanie musiałem napisać. Skończyło się na pouczeniu dla niego, a dla mnie małe skarcenie za nieutrzymanie go w ryzach. Dziś więc chciałem nadrobić to co złe, wygłaszając mu kazanie. Wyszliśmy z chaty dowódcy i przystanęliśmy trochę dalej. Widziałem po nim, że poczuł się jak szczeniak który narozrabiał. 
- Marv, nie jesteś dzieciakiem, ja to wiem, ty to wiesz. Więc zachowuj się jak dorosły i weź na klatę to co do ciebie mówię. Nie może powtórzyć się to co wczoraj, bo wywalą nas obu, rozumiemy się?- Rzekłem twardo, mając nadzieję że zrozumie o co się rozchodzi. - Sam rób co chcesz, ale nie chce żebym ja miał przez to problemy. - Cóż, w mojej głowie zabrzmiało to mniej ostro. Basior głęboko westchnął, a w końcu kiwnął głową.
- Postaram się. - Powiedział, jak mniemam niechętnie. Zaciskał zęby, to świadczyło że nie bardzo pasuje mu ten układ.
- Jesteś młody, dużo się musisz nauczyć. Czasem trzeba spuścić głowę i przyznać się do błędu. W końcu to zrozumiesz. A teraz chodź. Trzeba odpocząć, a do nocy nie zostało wiele czasu. - wstałem, czekając na jego ruch. No dobra, podpadł mi i nie byłem z tego zadowolony, ale trochę mu współczułem. Nikt chyba nie lubi jak ktoś jest na niego zły. Chciałem spróbować mu pomóc zamiast ciągle go karcić, bo mimo wszystko jesteśmy partnerami.
Spojrzał na mnie spod byka.
- Chodź coś zjeść. Znam dosyć przyjemne miejsce. - ruszyłem głową, powoli odchodząc. Chwila minęła zanim usłyszałem za mną szybkie dreptanie.

~*~

Zabrałem basiora do pobliskiej karczmy. Na ogół nie lubię tutejszego jedzenia, te wszystkie przyprawy i tak dalej... Ale miałem jedno danie które wyjątkowo podbiło moje serce. Przywitałem się z karczmarzem, kojarzył mnie, kilka razy pomogłem mu z niezbyt spokojnymi klientami. Był nieco zdziwiony że przyprowadziłem kogoś ze mną, ale po krótkim przedstawieniu sobie panów, atmosfera przybrała przyjemną, a nawet przytulną aurę. Po otrzymaniu jedzenia, usiedliśmy na poboczu. Muszę przyznać, że postawa Marv'a była całkiem inna niż ta na służbie. Był zdecydowanie bardziej wyluzowany, trochę się nawet pośmialiśmy. Czułem, że trochę się do mnie przekonał. Było tak fajnie, że prawie spóźniliśmy się do pracy.
Zaczęliśmy zmianę bardzo spokojnie. Do patrolowania znowu przypadło nam Centrum. Tu najwięcej się dzieje, więc tutaj najlepiej jest nauczyć się zawodu. W pewnym momencie, Marv zaproponował że możemy się rozdzielić i tym samym przeszukać większy teren, szybciej niż jakbyśmy szli razem. Zadowolił mnie fakt, że chciał coś zrobić sam. Ale... No właśnie. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wilk w mgnieniu oka zniknął mi z oczu. Z oddali usłyszałem tylko "nie martw się!". No tak, już się nie martwię, wszystkie smutku zażegnane. Pokręciłem głową, głęboko wzdychając.
Gdy już przeszedłem większość mojej trasy, w żołądku poczułem dziwny ścisk. Jakby coś miało być nie tak. Od razu pomyślałem o partnerze i o tym, że lepiej posłuchać instynktu. Wolałem upewnić się, że w nic się nie wpakował. Z lekkim zdenerwowaniem wsłuchiwałem się w odgłosy otoczenia. Bardziej mi to wychodziło niż próba wywęszenia wilka. Oprócz podmuchów wiatru, kropel deszczu naprzemiennego ze śniegiem, słyszałem coś jeszcze. Nastawiłem uszy, maksymalnie się prostując. Zaniepokoił mnie odgłos biegu i krzyk, a chcąc być tam szybciej, chciałem podlecieć...Ale "uciekinier" zaskoczył mnie szybciej niż się spodziewałem. Chociaż nieco się zdziwiłem...w zasadzie, poczułem jakby ktoś uderzył we mnie średniej wielkości poduszką, która pod wpływem siły odbiła się ode mnie, robiąc krzywdę sobie, a nie mi. Jeśli taki był zamysł. Od razu podbiegłem pomóc. Szybko przerwałem przemyślenia, widząc stan wadery. Była zziębnięta, zziajana i po tym upadku pewnie obolała. Nie dziwię się że jej nie zauważyłem, mimo swojego czarnego futra, zlewała się z dosyć ciemnym odcinkiem drogi. Ale to co się wyróżniało, to jasne, mroźne oczy które dalej miały w sobie krztę strachu. Dałem jej chwilę na odsapnięcie, rozglądając się dookoła. Niestety, nie widziałem niczego co spowodowałoby u niej taką panikę.
- Czy mógłby Pan, proszę, odprowadzić mnie do najbliższego zajazdu?- Spytała, po krótkiej wymianie zdań. Widząc jej stan, nawet na myśl nie przyszło mi żeby odmówić. Jej płaszcz z sarniej skóry był już na tyle przemoczony, że nie trzymał żadnego ciepła. 
- Tak ,oczywiście.- Odpowiedziałem, zrzucając z siebie swój płaszcz. Okryłem nim drobną waderę, pomagając jej utrzymać się na nogach.- Nie chciałbym Pani denerwować, ale nalegam abyśmy poszli do medyka. To był dosyć mocny...cios.
- Nie, trzeba...muszę się tylko ogrzać.- Odrzekła słabo. Zgodziłem się, w myśli krzyżując palce. Jeśli coś się stanie, niestety to będzie jedyna słuszna opcja. Najlepszym i najbliższym miejscem do którego mógłbym ją zaprowadzić, jest karczma w której byliśmy z Marv'em. Co do niego...po drodze, ciągle rozglądałem się mając nadzieję że się na niego natknę. Jeśli nie, będzie musiał poradzić sobie sam póki upewnię się że nieznajoma wadera ma zapewnioną opiekę. wierzyłem, że da sobie radę. 
 Czułem, że wadera słabnie z każdym krokiem. Kiedy byliśmy prawie na miejscu, ledwo trzymała się na łapach, więc wziąłem ją na plecy. Karczma była już zamknięta, ale mimo to zapukałem w drewniane drzwi. Głośno, kilka razy, dla pewności. Właściciel otworzył z ponurą, zmęczoną miną. 
- Wypier....O, Artem!- Rozszerzył oczy.- Co ty tu robisz?- Pokręcił głową. Zgaduję że dopiero wstał, więc dezorientacja jest jak najbardziej zrozumiała. Wystarczyło że dojrzał drżącą waderę, żeby bez większego namysłu wpuścić mnie do środka.- Połóż ją tam. Lia, rozpal w piecu!- W momencie kiedy sam wleciał na piętro, jego żona rozpaliła w kominku stojącym w kącie na końcu pomieszczenia. Ja natomiast, położyłem ją na dywaniku leżącym blisko niego, żeby mogła od razu się ocieplić. Karczmarz przyniósł ciepłą wodę. Wadera musiała być bardzo spragniona, bo wypiła cały dzbanek w kilka sekund. Kaszlała i trzęsła się, mimo iż spędziła przy ogniu kilka minut. Przykryliśmy ją kocem. Sytuacja nieco się uspokoiła, a sam byłem winny jakieś wytłumaczenia. Wziąłem właściciela na słowo, podczas kiedy jego żona z uśmiechem obiecała że dalej się nią zajmie.
Poszliśmy na piętro, gdzie były pokoje do wynajęcia. stanęliśmy na korytarzu, dalej mając widok na niższe piętro.
- Kaer, przepraszam Cię za to najście- zacząłem do razu. - Byłem na patrolu, a ona nagle we mnie wpadła. Mówiła że ktoś ją gonił. Nikogo nie widziałem. I nie chciała iść do medyka...poza tym, to daleko, nie wiem czy dałaby radę.- Basior chwilę zastanawiał się, jak zareagować. Jego mina mówiła tysiąc różnych słów.
- Masz pewność że nikt was nie śledził? - Spytał niepewnie. 
- nikogo nie widziałem. Ale i tak muszę wyjść poszukać Marv'a, przy okazji sprawdzę czy jest bezpiecznie.- Zapewniłem go. - Zajmijcie się nią, wrócę jak najszybciej się da i zabiorę ją do medyka. 
- Idź ty.- Machnął ręką - przygotuję dla niej coś do jedzenia...
- Kaer mordo, jesteś wielki. - Uśmiechnąłem się szeroko.- Obiecuję że się odwdzięczę!- Rzuciłem na odchodne, schodząc schodami w dół. W tym krótkim momencie, niebieskooka wadera zdążyła zasnąć. Podszedłem do Lii.- Co z nią?
- Lepiej. Już się nie trzęsie. Będę przy niej siedzieć.
- Dobrze, dziękuję wam. Niedługo wrócę.- Pożegnałem się, wychodząc na zewnątrz. Miałem nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. A teraz, miałem w planach szukać Marv'a.

<Vallieana? Szkoda tylko, że wszystkie się przy tym muszą zranić XD>
Słowa: 1234 = 82 KŁ

niedziela, 6 lutego 2022

Od Artema, CD. Ametrine

Chcąc - nie chcąc, wadera była przekonująca. Ma rację, w końcu jaki ze mnie pożytek jeśli sam nie będę umiał zająć się raną odpowiednio. Przystałem więc na jej pomoc, po uprzednim zastanowieniu. Słuchać było, że zna się na rzeczy, kiedy Ja znałem  tylko prowizoryczne rzeczy nadające się w ostateczności.
W drodze, nie raz spoglądałem na wyraz jej twarzy. Widać było że zastanawia się nad czymś, a mimo to Ciągle była zadowolona, jakby cieszyła się że może mi pomóc. Przyznam, rozczuliło to trochę moje serce, ale równocześnie zdziwiło że można czerpać taką radość z pomocy innym. Bo w końcu...co z tego ma? Znaczy wiadomo, moja praca też w pewnym sensie polega na pomocy innym, ale... No. Jeszcze tego nie rozumiałem do końca, jak to działa i w ogóle, ale pewnie jakbym spytał to by uznała że jestem jakimś bezdusznym brutalem który myśli tylko o sobie. Wstrzymałem się więc i w przyjemnej ciszy doszliśmy do jej domu.

Kiedy otworzyła przede mną drzwi, nieco się speszyłem. Nie był to dla mnie niecodzienny widok, ale na pewno na tyle częsty że byłem do niego przyzwyczajony. Po haśle "rozgość się", nie byłem do końca pewny jak to zrobić. Usiąść? Położyć się? Może zostać w progu, żeby nie przedobrzyć? Podłoga była błyszcząca, nie chciałem też niczego pobrudzić. Cóż, czułem jakbym tu nie należał.
Na szczęście myślałem nad tym tak długo, że wadera sama postanowiła mnie ośmielić. Usiadłem w salonie, a ona w dosyć szybkim tempie zajęła się moją łapą, jak i skrzydłem. Zdziwiło mnie to, że żaden z zabiegów nie należał do bolesnych. Jedynie przy nastawianiu poczułem nieprzyjemny ból. Uważnie obserwowałem jej ruchy i byłem prawie pewien-jest medykiem, albo chciałaby być. Bo skąd miałaby takie umiejętności? Raczej łatwo jest poznać jak ktoś wykonuje swoją pracę "za karę". Ona natomiast zdaje się jakby czuła się w tym jak ryba w wodzie.
Dostałem wszystko, czego potrzebowałem. Zalecenia, dawkowanie.... Nawet w końcu dowiedziałem się jak ma na imię. Podziękowałem Ametrine, ale niestety nie mogłem zostać dłużej, choćbym chciał. Miałem kilka rzeczy do załatwienia na mieście, ale sam fakt zaproszenia mnie był miły. Doceniałem gościnność.

~*~

Wróciłem do domu w ramach odpoczynku. Po kilku godzinach, przyszło na przygotowanie się do nocnej zmiany. Potraktowałem ranę wszystkim, co Ametrine mi zleciła. Starałem się jak mogę dbać o to, żeby każdy podpunkt był odhaczony, a nawet dla dodatkowej ochrony, na zranioną łapę nałożyłem ochraniacz. Niestety, nie mogłem oszczędzać skrzydeł.
- Może nie będzie miała mi tego za złe - mruknąłem do siebie, rozprostowując kości. Zawinąłem łapę bandażem, tak, żeby nie przeszkadzała, ale też tak że mogłem jej w chociaż najmniejszy sposób używać. Do torby z potrzebnymi rzeczami, spakowałem też jeszcze jedną rzecz - mały drobiazg, jakim była różyczka, mieniącą się złoto - fioletowym blaskiem. Dorwałem ją na targu. Spostrzegając ją, od razu przed oczami miałem widok Ametrine. Ten kolor, był kolorem jej oczu. Pomyślałem, że oprócz zwykłych podziękowań, należy się jej coś jeszcze. W końcu, nie chciała nic w zamian ale czułem potrzebę odwdzięczenia się. Wykonała kawał dobrej roboty no i pomogła mi choć wcale nie musiała.
Owinąłem drobiazg ładnym papierkiem, z małą karteczką zaadresowaną do wadery. Mimo wszystko byłem w pracy i nie wolno mi było załatwiać w jej trakcie prywatnych spraw. Dlatego miałem w planie zostawić to pod wycieraczką. Na szczęście w drodze do jej domu zdążyłem zapamiętać drogę. Wyszedłem ze swojej jaskini trochę wcześniej niż normalnie, żeby zaoszczędzić kilka minut i nie robić niczego w pośpiechu. Droga minęła mi pieszo, choć kilka razy próbowałem używać skrzydeł. Trochę obolałe, ale lekkie szybowanie idzie mi całkiem całkiem. W ostateczności na pewno dam radę ich użyć.
Noc, zdawała się być dosyć przyjemna. Niestety, mimo że śnieg zazwyczaj mnie cieszy, dziś przeszkadzał. Prywatnie - uwielbiałem na niego patrzeć, ale w pracy utrudniał mi wykonywanie obowiązków. Jak się rozpadało to już na dobre, dlatego musiałem mocno wytężać wzrok żeby coś zobaczyć. Jednocześnie, droga niespodziewanie mocno mi się wydłużyła, więc dotarłem pod mieszkanie Ametrine na ostatnie 5 minut mojego zapasu. Będąc pod drzwiami, delikatnie wyjąłem prezent i schowałem go pod wycieraczkę. Cóż, jak nikt się nie przypatrzy, to nie widać że coś tam jest. Miałem jednak nadzieję, że wadera często patrzy pod nogi. Uśmiechnąłem się do siebie i wybiegłem na zewnątrz.

~*~

Zgłosiłem się na zmianę i zacząłem ją w mgnieniu oka. Było już dosyć późno, opady raczej nie zachęcały do nocnych spacerów, a wiadomo - mniej wilków, mniej problemów. Z drugiej strony, łatwiej okraść kogoś kiedy w pobliżu nie ma żywej duszy. Dlatego byłem mocno skupiony, zaglądając w każdy ciemniejszy zaułek, tak w razie czego.

Ta noc zapowiadała się ciekawa. Jak na ironię, najwięcej roboty miałem w pobliżu szpitala - tu ktoś się awanturował, a że byłem w pobliżu to reagowałem, tu ktoś miał na tyle szczęścia że zranił się dwie ulice dalej i pomogłem mu dojść pod same drzwi. Na pewno współczułem lekarzom, na pewno mieli dużo roboty.
Uznałem że tutaj póki co się już nie przydam, więc skierowałem się w głąb centrum. Usłyszałem szelesty, odgłos rzucania czymś o ściany budynków. Po głosach poznałem, że to młode wilki. Nie chcąc ich spłoszyć, szedłem spokojnym krokiem, zachowując dystans. Widać było, że jednak trochę się wystraszyli. Dwoje zaczęło uciekać, czym zaalarmowałem pobliskich kolegów wyciem, takim jakby kodem ułatwiającym komunikację. Na szczęście trzeci z nich był zbyt otoczony różnymi rupieciami i nie miał jak uciec. Stanąłem przed nim.
- Młody, nie bój się i nie uciekaj, Twoi koledzy pewnie już są złapani przez kolegów. - zawczasu wolałem upewnić go, że ucieczka nie ma sensu i jednocześnie nie miałem wobec niego złych zamiarów
- Ja się nie boję. - powiedział twardo- A poza tym... Nic nie robiliśmy złego!
- Tak tak, wiem, tym się nie martw-uspokoiłem go.-na pewno nie będę karać cię za rzucanie puszkami w kawałek tynku. Myślę, że twoi rodzice będą lepszymi nauczycielami. - uśmiechnąłem się lekko. Cóż, gorsze rzeczy widziałem niż to. Ale bądź co bądź, było niebezpiecznie o tej porze, zwłaszcza dla dzieciaków. Po chwili zawahania, przyznał mi rację. Ale w jego głosie słychać było drżenie, jakby moje słowa wcale nie poprawiły sytuacji. Zdziwiło mnie to.
- Jestem Artem, a ty? - zagadałem, żeby trochę się rozluźnił.
- Ivius.- odrzekł cicho, nieco się cofając. Zrobiłem to samo, dając mu trochę przestrzeni.
- Z kim mieszkasz, jeśli mogę spytać? - Nie byłem pewien, czy mi odpowie. Ku mojemu zdziwieniu , trochę rozweselił się mówiąc że z matką.  Po jeszcze kilku krótkich pytaniach, upewnił mnie w tym, że wysłanie go do domu nie będzie miało złych skutków. No wiadomo, jego mama nie będzie z tego zadowolona, ale zamierzałem dopilnować by nic złego go nie spotkało.
- Mama pewnie martwi się że cię nie ma. Mogę zawiadomić koleżankę, żeby się upewniła że dojdziesz do domu cały i zdrowy. Co ty na to? - krótkim skinieniem zgodził się na ten pomysł. Chwilę później, szedł już z obstawą tam gdzie powinien.
Niestety, moja robota jeszcze się nie skończyła. Co lepsze, to był dopiero początek. Kolejne minuty leciały nieubłaganie. Szczerze, myślałem że nic szczególnego się już nie wydarzy. A jednak! Idąc dalej uliczkami między budynkami, coś przyciągnęło moją uwagę. Usłyszałem czyjś uniesiony głos, zapowiadało się na awanturę. Szybkim, ale ostrożnym krokiem zbliżałem się do źródła dźwięku. a gdy byłem wystarczająco blisko, mój wzrok od razu pokierował się na dwie postacie. Jedna z nich leżała na ziemi, a druga stała nad nią z wiadomym zamiarem. Moja reakcja była ekspresowa. Wybiłem się w górę, gładko podlatując do przodu, przez co zdołałem zrzucić napastnika z ofiary. Sporej postury basior, zmierzył mnie wzrokiem, szczerząc kły.
- Zniszczyła mi życie. Odsuń się albo też za to zapłacisz. - Zagroził mi, nie mając zamiaru ustąpić. Źle trafił, bo ja nie zamierzałem długo gadać. Znałem ten typ wilka. Nie wnikałem w to, co się stało między tą dwójką ale jeśli basior podnosi łapę na waderę, to dla mnie jasne kogo muszę bronić. Od razu rzuciłem się na niego, używając całej masy mojego ciała. Próbował mnie zrzucić, wgryzając się w materiałową część mojego ochraniacza. Niestety przebił się przez nią. Zacisnąłem zęby i ignorując ból, zdołałem przewrócić go na brzuch. Niestety, z rytmu wybił mnie widok znanego mi już wilka, stojącego w osłupieniu kilka metrów dalej. To był Ivius. Jak się tam znalazł? Miał być w domu - pomyślałem ze zmartwieniem. Napastnik wykorzystał moją nieuwagę i finalnie zdołał wyrwać się i uciec w drugą stronę. W tym czasie, z widoku zniknął mi również młody. Zawiadomiłem współpracowników o zaistniałem sytuacji, a sam zająłem się rannym wilkiem. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znałem tego delikwenta.
- Ametrine! Słyszysz mnie?- Podbiegłem do niej, od razu sprawdzając czy oddycha i oceniając jej ogólny stan. Oczywiście na tyle, na ile umiałem.
- Artem? Co ty..- Wydukała, lekko otwierając oczy. Podłożyłem jej mój ogon pod głowę i okryłem nas skrzydłami przed śniegiem, co sprawiło że mogłem lepiej przyjrzeć się urazowi. Miałem przy sobie apteczkę pierwszej pomocy, chociaż tyle mogłem na ten moment zrobić.
- Nic nie mów. Boli Cię coś?- Spytałem, odkażając ranę. Niestety, była dosyć głęboka, na moje nadawała się do szycia.
- Nie- nie wiem. Chyba tylko głowa. - Mowa sprawiała jej trochę trudności. - Ale co my tu...- Niestety nie dokończyła, gdyż straciła przytomność. Rana była opatrzona, od razu po tym zawiadomiłem karetkę. Na nasze nieszczęście, nie mieli w tej chwili wolnych pojazdów, więc albo pozostało nam czekać, albo sam musiałem zanieść ją do szpitala. Wybrałem tą drugą opcję, więc delikatnie ułożyłem ją na swoich plecach. Starałem się jak najlepiej osłonić ją przed wiatrem, żeby się nie wyziębiła. W duchu prosiłem żeby jeszcze chwilę wytrzymała. W międzyczasie, dostałem informację o tym, że złapali napastnika niewiele dalej od miejsca zdarzenia. To co mnie jednak zmartwiło to to, że młodego stracili z oczu...Ale najpierw musiałem zająć się waderą. W dosyć szybkim tempie udało mi się dojść do głównego wejścia. Tam, od razu przekazałem ją lekarzom. 
- Ametrine? Co się jej stało?- Spytał jeden z lekarzy. 
- Ja...Została napadnięta. Uderzyła się w głowę, skarżyła się na ból, a potem straciła przytomność. Była też zdezorientowana.- Powiedziałem szybko, zastanawiając się nad znajomością tej dwójki. Może miałem rację i trafiłem na jej miejsce pracy? To chyba byłby dziwny zbieg okoliczności. Bez zbędnego gadania przyjęli ją na oddział, mnie zostawiając samego w ruchliwym korytarzu. Niestety nie mogłem iść z nią, gdyż tak powiedział lekarz, no i moja zmiana dalej trwała w najlepsze. Miałem jednak chwilę oddechu, żeby pomyśleć o tej całej sytuacji, oraz o tym, co w ogóle się stało. Wyszedłem na zewnątrz, skrywając się pod zadaszeniem przy wejściu. Zastanawiało mnie kilka rzeczy. Jak Ametrine "zniszczyła" temu wilkowi życie? Skąd się znają? Czemu Ivius nie był w domu? I gdzie się teraz podziewa...to było w tej chwili najważniejsze pytanie. Martwiłem się niepokojącą sytuacją wadery, ale nie mogłem nic zrobić kiedy była w takim stanie, a ja nie wiedziałem kompletnie nic. Zawyłem, prosząc o kontakt z kimś z drużyny. Na moje wezwanie odpowiedziało dwoje wilków.
- Słuchajcie, gdzie ostatnim razem wiedzieliście tego młodego wilka?- Spytałem, kiedy się spotkaliśmy.
 To, co mi odpowiedzieli było dosyć...podejrzane. Stracili go z oczu w pobliżu mieszkania Ametrine. To nie był zbieg okoliczności, że akurat tam był po tej sytuacji. - Dobra, zajmę się tym.- Od razu ruszyłem w tamto miejsce. Chwilę zajęło mi szukanie go, wokół było dużo kryjówek. Pomyślałem, że może właśnie będzie obok miejsca, gdzie mieszka wadera.
Moje przypuszczenia były trafne. Westchnąłem, widząc go na ganku. Gdy mnie zobaczył, lekko się zawahał, ale odwrócił się w moją stronę. Zdawał się być dosyć roztrzęsiony, ale wiedziałem że wyciągnięcie z niego jakichkolwiek informacji mogło być ciężkie. W głowie miałem już ułożony plan działania. Jeśli zna waderę, to ten plan podziała. 
- Ivius, czemu nie jesteś w domu?- Zacząłem spokojnie, siadając naprzeciwko niego.- Wiesz, że to nie była bezpieczna sytuacja. Mogło Ci się coś stać.- Niestety, cały czas milczał. Patrzył na boki w zakłopotaniu, a jego oddech był znacznie przyspieszony.
- Co z Panią Ametrine...?- Spytał w końcu cichym głosem- Nic jej nie jest? Prawda że nic jej nie jest?!- Tym razem ton jego głosu był pełen zmartwienia.
- Lekarze się nią zajmują. Jestem pewien, że już jutro będzie czuła się o wiele lepiej.- Sam miałem taką nadzieję. - Ivius, jest bardzo późno. Wrócisz do domu, a jeśli obiecasz mi że już nie uciekniesz, to z pewnością jutro Pani Ametrine ucieszy się że ją odwiedziłeś.- Bardzo walczył z tym, żeby się nie zgodzić. Ale udało mi się upewnić go, że nie ma czym się martwić i że w międzyczasie może zrobić dla niej coś ładnego co na pewno poprawi jej nastrój. Z lekką ekscytacją skinął głową, na znak że się pasuje mu ten plan. Akurat w tym momencie, dostałem informację że jego Matka go szuka. Powiedziałem gdzie jesteśmy i po około 10 minutach, przekazałem Iviusa jego matce. Dowiedziałem się, że zna Ametrine, bo jest jego lekarką. To trochę rozjaśniło sytuację. Nie miałem jednak zamiaru go pytać kim był ten drugi wilk, nie chciałem go bardziej męczyć. Po otrzymaniu podziękowań od jego Matki, co było bardzo miłe, mogłem dalej wykonywać swoje obowiązki. Kiedy emocje już opadły, a każdy wrócił do swoich obowiązków, poczułem ostry ból. No tak, nawet nie poczułem że coś niedobrego zrobiło się z raną. Ściągnąłem ochraniacz, a moim oczom ukazał się przesiąknięty krwią bandaż. Nie jest dobrze. Tamten wilk zdołał rozerwać szwy znajdujące się najniżej łapy. Niektóre jeszcze się trzymały, ale z racji że dzisiejsza noc była dosyć męcząca, były bardzo zahartowane. Trochę się w sumie ucieszyłem...Będę mógł być bliżej Ametrine, żeby mieć wgląd na to jak się czuje. Zawiadomiłem mojego dowódcę o sytuacji i skierowałem się do szpitala.

<Ametrine? ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ)>
Słowa: 2204 = 153 KŁ

wtorek, 18 stycznia 2022

Od Artema, CD. Ametrine

Poranek należał do tych podejrzanie przyjemnych. Od kilku dni męczyły mnie burze śnieżne - ciągły opór, przez który nie mogłem latać, oraz codzienne odśnieżanie mojej jaskini dały mi wycisk. Czułem z tego przyjemność - niestety, mój organizm nie popierał tego entuzjazmu. Chciałem więcej niż mogłem, co skończyło się dla mnie czymś niespodziewanym.
W końcu, pogoda zaczęła się uspokajać. Ba, nawet słoneczko wyszło. To był idealny dzień żeby się trochę wyciszyć, odpocząć. Cel? Lodowy kanion. Tam było idealne miejsce żeby trochę rozciągnąć łapy i rozruszać skrzydła. 
Wyruszyłem po śniadaniu, dosyć wcześnie jak na to że spałem ledwie godzinę. 
Z uśmiechem na pysku podziwiałem calutką trasę, którą w większości pokonałem pieszo. Dopiero po dotarciu na wyższą półkę lodową, przygotowałem się do skoku. W zamyśle było, żeby opadając, wbić się w powietrze na ostatnią chwilę -ot, przyzwyczajenie. Brakowało mi tej adrenaliny.
- No to hop- wziąłem głęboki oddech, czując w płucach przyjemne, mroźne powietrze. Odbiłem się od podłoża, pozwalając żeby wiatr poniósł mnie gdzie tylko zechce. W jednym momencie, poczułem ostry ból, a w drugim nie czułem nic. nie mogłem poruszać skrzydłem, jakby nagle przestało działać. Byłem gotowy na zderzenie - ale nie na ostry głaz ukryty pod pokrywą śnieżną. Odbiłem się od niego i wylądowałem kilka metrów dalej. Zawrót głowy przyprawił mnie o mdłości. Rozchwianym spojrzeniem powędrowałem na skałę. Ona, jak i "ścieżka" mojego lądowania były umazane krwią. Nie rozumiałem, co się właściwie stało. Chwile zajęło mi otrząśnięcie się. Ku mojemu zdziwieniu, czucie w prawym skrzydle nie powróciło, a ostry ból łapy uniemożliwiał mi zrobienie choćby kroku. Tyle czasu radziłem sobie sam, że byłem wręcz przekonany że do wesela się zagoi. A skrzydło? Byłem przekonany że to zwykłe zmęczenie tak na mnie działa. Resztę drogi spędziłem na powolnym marszu do domu.

~*~

Minęły prawie dwa tygodnie - jadłem to, co kupiłem w centrum, gdyż nie miałem sił polować. Choć ból ciągnął się za mną przez moje wszystkie nocne zmiany w pracy, nie dawałem po sobie poznać że coś jest nie tak. Czucie w skrzydle powracało i odchodziło, ale na szczęście nie byłem zmuszony ich używać. 
W drodze do sklepu, zastanawiałem się co kupić. Rzadko kupowałem coś innego niż surowe mięso. Jestem tradycjonalistą, co zrobić. 
Gdy już wyszedłem ze sklepu z siatą pełną mięsa. starałem się rozłożyć ciężar tak, żeby nie przeciążać łapy. Dodatkowo, zakupiłem medykamenty, które teoretycznie pomogą w gojeniu się rany i dodadzą mi siły. Cóż, chyba przedobrzyłem z dobrą passą, bo w momencie zamyślenia, zderzyłem się z czymś puchatym, co odbiło mnie trochę w przód. Poczułem przeszywający ból, który starałem się stłumić  zaciskając kły. Powoli wstałem, machając lewym skrzydłem. Prawe niestety odmówiło działania. Otrzepałem się, gdy usłyszałem aksamitny, lekko zdyszany głos. Moim oczom ukazały się w pierwszej kolejności dużej rozpiętości skrzydła. Szczerze, były imponujące. Wyglądały jak najmilsza poduszka na jakiej można zasnąć. Posiadaczką, jak dało się zauważyć, była Wadera której wzrok poczułem na sobie od razu jak tylko uniosła głowę. Na chwilę zapomniałem o dyskomforcie, dzięki czemu zdołałem w miarę normalnie odpowiedzieć. To było mimo wszystko na nic, bo rana i tak została przez nią dostrzeżona. Jej spostrzeżenie, jak bardzo nie chciałem przyznać, było trafne. 
- Ja...- Wyjąkałem, nieco zdziwiony tym...zmartwieniem?- Wszystko w porządku. - Zdobyłem się na najszczerszy uśmiech na jaki było mnie stać.  Zmartwione oczy wadery, wędrowały po łapie, jakby analizując jej stan dokładniej. Niepostrzeżenie, a przynajmniej taki miałem zamiar, schowałem ją pod płaszczem. Zebrałem zakupy, dziękując za chęć pomocy, po czym odwróciłem się, trochę zbyt gwałtownie. Niefortunnie, łapa załamała się pode mną, a próba złapania równowagi nie wyszła. Osunąłem się na bok, a nieznajoma w ekspresowym czasie znalazła się tuż przy mnie, pomagając mi wstać. - Nie trzeba, dam radę. Głupie łapy, potykam się na prostej drodze. 
- Medyka próbujesz oszukać?- Zmarszczyła brwi, ciepło się uśmiechając.- To wygląda NAPRAWDĘ poważnie, um...- Zacięła się.
- Artem. Jak mówiłem, zagoi się.- Starałem się przekonać, lecz była zbyt zajęta przeglądaniem się mojemu skrzydłu. Oprócz blizn, jedno z większych piór wydawało się być złamane. - Nawet tego nie poczułem.- Skomentowałem na głos. Kolejna wpadka.

<Ametrine? Wyduszone najlepiej jak się da, prosto z serduszka>
Słowa:652 = 38 KŁ

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Artem

Hauxx4 #2257

 "Never trust a survivor until you find out what they did to survive "
Imię: Artem
Ród: Pochodzi z rodu Zere
Wiek: 9 lat, 6 miesięcy
Płeć: Basior♂
Rasa: Vaderijski wilk z Wysp Trojaczych
Po Matce Sivarius i Ojcu Vaderijskim wilku z Wysp Trojaczych
Stan: Mieszkaniec
Stanowisko: Straż nocna ulic
Upomnienia: 1
Charakter: Artem ma zrównoważony charakter. Od dziecka wpajano mu wiele rzeczy, cóż, zapamiętał może część z nich, gdyż sam nie ze wszystkim zawsze się zgadza. Potrafi przyjąć rady innych, lecz je realizować to już inny temat. Nie uważa że wie wszystko najlepiej, ale doświadczył w życiu wiele i ma swoje przekonania. Należy też dodać, że jeśli już w ogóle spyta cię o radę, to jesteś dla niego kimś ważniejszym niż jakimś tam znajomym. Dlaczego? Otóż nie uważa że Ci, którzy znają go krótko i mało, potrafią wejść w jego buty i przeanalizować sytuację jakby zrobiła to osoba która zna go prawie jak własną kieszeń, a takich nie jest wiele. Raczej nie otwiera się przed pierwszym lepszym wilkiem, ciężko zdobyć jego zaufanie na tyle by zaczął się zwierzać. Zdecydowanie swoje smutki woli przeżywać sam i to nie tylko dlatego że wtedy może mieć problem z kontrolowaniem swoich emocji, ale też dlatego że tak mu jest łatwiej uporać się z problemami. W oczach innych to zawsze radosny, bądź obojętny wszystkiemu basior. Stara się być miły dla innych, nie jest wredny kiedy nie ma do tego powodu. Ma bardzo duży dystans do siebie i do świata, czego musiał nauczyć się sam. Nie była to jego cecha wrodzona, kiedyś nawet zwykła zaczepka go drażniła... Teraz, sam potrafi żartować z siebie i stara się nie reagować na komentarze skierowane w swoją stronę. Prędzej się zaśmieje, ale nic też nie stoi na przeszkodzie żeby z wielkim uśmiechem przyrżnąć komuś w pysk. Nie ze złości, ale tak dla zasady.
 Stara się dbać o innych, ale nie przesadza z tą dobrocią, bo zdarzało się że w przeszłości się na tym przejechał. Często przypomina sobie, żeby pilnować własnego nosa, dlatego nawet od czasu do czasu może uchodzić za obojętnego na krzywdy innych, co nie jest do końca prawdą. Nawet jeśli nie chce, to czasem jego sumienie nakazuje mu pomóc danej osobie. Co innego jeśli chodzi o jego bliskich. Nie lubi się babrać, jest szczery do szpiku i jeśli będzie chciał komuś dowalić to to zrobi bez zbędnego myślenia. W ogóle nie jest typem który za dużo pomyśli zanim coś zrobi, zdarza mu się często reagować zbyt impulsywnie, lub po prostu wybiera "prostsze rozwiązanie". Wdanie się w zbędne dyskusje grozi złością, co już wiemy, jemu nie służy. A jak to jest z jego "romantycznością"? Artem chciałby doznać miłości. Niestety, jeszcze nigdy nie dopuścił kogoś do siebie na tyle blisko, żeby się zakochać. Na pewno też nie lata za innymi jak piesek. Nie interesują go walory, a raczej intelekt. Nie ocenia innych po poglądach, a raczej po ich zachowaniu wobec innych. Jest bardzo pewny siebie i wytrwały w tym co robi. Jeśli się uprze na jakiś trening, to go zrobi. Nie odpuszcza łatwo, nawet jeśli wie że nie zdoła czegoś dokonać. W końcu nadzieja umiera ostatnia. 
Wygląd: Można by go opisać w trzech słowach - umięśniony, wysoki i puchaty. W stanie spoczynku, jak zwinie się w kłębek, jedyne co widać to masywną kulkę sierści. Dopiero podczas chodzenia czy biegania, pod pokrywą można dojrzeć napinające się mięśnie, z których jest dumny - wie, że ciężko na nie pracował. 
Jego uszy, są długie, przez co potrafi wychwytywać nawet mały szelest liści. Nie jest to jednak jego najmocniejsza cecha. Jest nią zdecydowanie umiejętność latania - jego skrzydła, złożone są niepozorne. Dopiero po rozłożeniu ich, widać ich sporą wielkość - w końcu muszą unieść to wielkie cielsko. Są w kolorze czarnym, z niebieskimi elementami - bardzo podobnymi do kolorystyki Ojca. Po nim, odziedziczył także pysk, z czarną maską i niebieskim "krawatem" ciągnącym się od złotych, przeszywających oczu. Z matki, ma niebieską końcówkę ogona oraz końcówki łap. Pod grubym, długim futrem widnieje wiele zakrytych blizn po przebytych walkach. Ta najbardziej widoczna, znajduje się na prawym oku - na szczęście, jego wzrok nie uległ pogorszeniu.
Żywioł: Śnieg, Materia, Cień
Moce: 
    - Telekineza,
    - Przy połączeniu telekinezy i zamrażania, potrafi zmieniać konsystencję śniegu w lód i na odwrót,
    - Manipuluje cieniem - wystarczy delikatny cień, by mógł przekształcić go w różne, materialne kształty,
    - Potrafi w niewielkim stopniu przekształcać cząsteczki ciała lub przedmiotów - może sprawić że zrobi ci się niedobrze, a średniej wielkości głaz rozpadnie się od środka. Szybko jednak męczy go ta moc, więc bardzo rzadko jej używa. Dodatkowo, jest trochę niebezpieczna dla niego samego - jeśli będzie w zasięgu oddziaływania mocy, sam może zgotować sobie taki sam los jak swojemu przeciwnikowi.
Rodzina: 
    Matka- Varra- Nie widział jej do czasu aż odszedł. Zawsze to ona była twarda i bardziej surowa, z jasno postawionymi przekonaniami i zasadami. Przy tym, nie można było odmówić jej urody i wyjątkowej aury. Zawsze dbała o bezpieczeństwo innych, stawiając siebie na drugim planie. Oczywiście dopóki nie nastał czas na odejście.
    Ojciec- Amir- Był Ojcem który stawiał na zabawę, luz i naukę. Choć mogło być to niepozorne, doskonale walczył. Artem często przyglądał się  jego treningom i sam powtarzał je w zaciszu małego lasku w którym mieszkał.
    Rodzeństwo- Kamala (siostra), Bilal (brat) i Blu (siostra) - Trojaczki, strasznie uparte i beztroskie - tak je zapamiętał. Zawsze go rozbawiły, zadawały dużo głupich na pozór pytań i domagały się jeszcze więcej odpowiedzi. Z nich, najbardziej wyróżniała się Kamala- uwielbiała Artema i często chodziła z nim trenować. ciekawi go, jak teraz wyglądają i sobie radzą. 
Druga połówka: Zawsze chciał mieć kogoś o kogo mógłby się troszczyć, ale jeszcze takiej postaci nie poznał.
Potomstwo: Otóż nie.
Miejsce zamieszkania: Dystrykt III, Masyw Mgieł.
Z racji swojego uwielbienia do pięknych widoków, miejsce to dla niego szybko stało się domem. Zamieszkał w sporej wielkości jaskini, w połowie drogi na jeden z większych szczytów, dobrze ukrytej pośród śnieżnych klifów. jaskinia byłaby niemal niewidoczna, ale zadbał o to żeby była przytulna. Jest usłana we wielu miejscach skórami śnieżnej zwierzyny, dookoła wiszą lampki o ciepłych barwach. 
Patron:  Wiara mu niepotrzebna - dla niego liczy się intelekt i wytrwałość.
Umiejętności: 

Intelekt: 9 | Siła: 25 | Zwinność: 8 | Szybkość: 7 | Latanie: 20 | Pływanie: 3 | Magia: 5 | Wzrok: 5 | Węch: 5 | Słuch: 13 |

Historia:  Artem nigdy nie był zbyt ekstrawertyczny. Dlatego, większa część jego podróży odbywała się w samotności. W jego rodzinie panowała zasada - "Dorośniesz? Radź sobie sam". Nie ma żalu do rodziców, zawsze byli kochający, chociaż rzadko bywali przy nim i jego rodzeństwie. A z racji że był najstarszy, musiał się nimi opiekować. Na szczęście był samoukiem który lubił dzielić się swoją wiedzą. Niestety, zanim jego rodzeństwo dorosło, on musiał odejść. Na swojej drodze spotykał niewielu towarzyszy. Często inni wędrowcy odpowiadali agresją, co nie do końca dobrze ukształtowało jego charakter - zaczął brać z nich bowiem przykład. W pewnym momencie spotkał jednak swojego mentora - starszego wilka, z rodu oddalonego od jego rodzimego terenu o setki kilometrów. Nauczył go pokory, panowania nad sobą, walki nie tylko kłami ale i umysłem. Wraz z końcem nauki, skończył się też żywot mentora. Do tej pory to wspomina, lecz pogodził się z tym. Swoją dalszą wędrówkę, spożytkował na praktykowaniu technik walki i obrony. Do czasu, aż dotarł do Królestwa - tam, bardziej przydało mu się nawiązywanie przyjaźni. Nie zawsze idzie mu to najlepiej, ale się stara.
Inne:
- Jego zegar biologiczny przestał działać lata temu - zdarza mu się sypiać po 15h dziennie, miewa do kilku bezsennych nocek, a czasem śpi po 3h i czuje się jak młody Bóg. Nigdy nie widać po nim, ile spał i czy w ogóle spał.
- Uwielbia Zimę, śnieg, deszcz oraz ślizganie się na lodzie. Za to słońce jest miłe jedynie na obrazku.
- Zdecydowanie lepiej czuje się w powietrzu lub na wysokości, tam też można go najczęściej dojrzeć.
- Jak lubi deszcz i śnieg, tak pływanie nie jest jego mocną stroną. Małe bajorka z wodą po kostki? Spoko.Ale do zbiornika gdzie nie widać dna się nie pcha- trochę go to przeraża. Plus, jak zmoknie to robi się 5 kilo cięższy. Tyle futra ciężko wysuszyć.
- Jest złotą rączką - uwielbia naprawiać i przerabiać różne rzeczy.
Autor: sky563198@gmail.com / LovePinto / Hauxx4 #2257

Layout by Netka Sidereum Graphics