Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lys i Tin i Xeva. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lys i Tin i Xeva. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 stycznia 2023

Od Lys i Tin, CD. Xevy

Nowy świt obudził masywne cielsko. Wyciągnęły łapy przed siebie, ziewając potężnie, leniwie. Rozchylając z wolna zaspane powieki, zdały sobie sprawę z bardzo bliskiej obecności Xevy. Wciąż spała, kurczowo wtulona do ich boku. Wyglądało na to, że było jej wygodnie. Aż szkoda było to przerywać. Uśmiechnęły się nieznacznie. W gruncie rzeczy nie przeszkadzało im to, a nawet było miło, tylko że jeszcze nie znalazły tego, za czym wyruszyły, prawda?
Odchrząknęły, mając nadzieję, że może wilczyca sama wstanie.
– Hej… – mruknęły, dodatkowo trącając ją wilgotnym nosem.
Długie uszy nagle poruszyły się, a zaraz za nimi podniosła głowa.
– Co? – zapytała szybko, sprawiając wrażenie nieco przestraszonej.
Rozejrzała się na boki, zawęszyła, a ostatecznie zatrzymała wzrok na rogatych.
– Śniło ci się coś? – jakby zgadły.
– Nie… Tak? Ale dobrze jest już! – zapewniła, kiwając energicznie głową.
Uznały, że nie było potrzeby dłużej drążyć tematu. Jeszcze tylko raz szturchnęły ją pyszczkiem w jej puchaty policzek, chcąc dodać otuchy towarzyszce. Potem już tylko wygrzebały się z kłody i otrzepały pospiesznie, żeby pozbyć się resztek snu.
– Chodź, żeby nie zgubić śladu!
W końcu i tak pewnie miały małe szanse na powodzenie ich małej misji, ale jakoś nie chciały tego dopuścić do możliwych opcji. Przecież Lys i Tin się nie poddają.
Druga, a właściwie trzecia wilczyca dołączyła do nich po krótkim czasie, w podskokach. Najpierw obie szły niemalże równo, jak za niewidzialnym sznurkiem, ale wiele nie minęło, aby różowooka się rozproszyła. Jakby wymijanie pni slalomem było znacznie bardziej atrakcyjne.
– Xeva… Xeva tylko się nie zgub – przypomniały wadery, próbując nadążyć za nią wzrokiem.
– Przecież obok idę czas cały!
Zakręciła się wokół jeszcze jednego drzewa, po to, aby następnie podbiec tanecznym krokiem do dziewczyn i przyjacielsko odbić się od ich boku. Nie mogły zrobić nic innego, niż tylko zaśmiać się, rozbawione.
– Dobra, dobra. Obok.
Miały wrażenie, iż Teneriska co jakiś czas zapominała, że w ogóle zmierzały do jakiegoś celu, a jedynie cieszyła się zwykłym spacerem z nowymi koleżankami. Na szczęście przynajmniej one nie gubiły skupienia, dalej wytrwale trzymając nos blisko zaśnieżonego podłoża. Zapachy zaczynały już mieszać im w głowie, zlewając w jedną, brejowatą całość, ale nie poddawały się. Przynajmniej dopóki nie zaczęło to trwać zbyt długo nawet dla nich. Łapa za łapą, metr za metrem… Ile można? Podniosły łeb, sięgając spojrzeniem nieba, jak gdyby miała tam być wymalowana jakaś podpowiedź.
– Co jest? – nie umknęło to uwadze trzeciej wilczycy.
– Wiesz co, nie mamy pojęcia, za czym w ogóle gonimy, ale daleko już zdążyło pójść, nie sądzisz? – zrobiły adekwatną do sytuacji, kwaśną minę – myślisz, że w ogóle jeszcze to znajdzie-
Trzask kilku łamanych gałązek zasiał ciszę w ich gardle. 

<Xeva?>

Słowa: 422 = 27 KŁ


niedziela, 4 września 2022

Od Xevy, CD. Lys i Tin

 Teneriska zadarła głowę, a długie, metalowe kolczyki w kształcie kilku sierpów księżyca, zabrzęczały cicho.
- Chyba nie - odparła. - Ale o tej porze roku pogoda szybko się zmienić może. Dobrze, że mamy tę kłodę - dodała, czując, jak wiatr przebija się przez jej sierść i gryzie ją nieprzyjemnym chłodem w skórę. Nastroszyła się nieco. Lerdiski pokiwały głową.
- Głodne jesteście? - zapytała po chwili piegowata. - Trochę mięsa mam, upiec je możemy.
- Cóż... Jeśli nie będzie ci to przeszkadzać, to chętnie byśmy coś zjadły - odparły niepewnie wadery. Xeva uśmiechnęła się łagodnie.
- Wy się nie przejmujcie, Lisitin. Dla nas dwóch... To znaczy trzech! na pewno starczy.
Odkrywczyni otworzyła torbę i wyciągnęła sporej wielkości pakunek zawinięty w cienkie maty z plecionej trawy i związane lnianym sznureczkiem. Wadera poluźniła krzywą kokardkę zębami i wyjęła cztery średniej wielkości pasy mięsa króliczego. Wszystkie trzy wilczyce poczuły, jak ślina napływa im do pysków.
Teneriska przysunęła duży, płaski kamień bliżej ognia i odczekała, aż się nieco rozgrzeje, po czym położyła na nim płaty. 
Ściemniało się bardzo szybko. Niebo prędko straciło swój szarawy odcień, który zastąpił głęboki granat, a ponad drzewami zajaśniały tysiące gwiazd. Tuż nad głowami wader można było dostrzec białą smugę galaktyki.  Lys i Tin czyściły sobie łapy, podczas gdy Xevie robiło się coraz chłodniej. Mimo że bliskość towarzyszek sprawiała jej bardzo dużą radość, różowooka musiała się przysunąć nieco bliżej ognia. Otuliła się ciaśniej podniszczonym płaszczem, ale ostry wiatr łatwo wlatywał przez dziury w starym futrze renifera i dobierał się jej do skóry.
- Zimno ci? - zapytały samice. Odkrywczyni kiwnęła głową.
- Sierść na ciele krótką mam. A to ubranie - Znów poprawiła odzienie, wciskając je pod łapy tak, aby powietrze nie mogło wlatywać od dołu. - stare jest i dobrze nie chroni. Schować się do kłody pójdę.
Wstała i otrzepała się z cichym jękiem. 
- Możesz przysunąć ją bliżej ognia. Jak ją przekręcisz tymi dziurami do przodu, to ciepło będzie przez nie wpadać i w środku zrobi się przyjemnie.
Xeva przestąpiła z łapy na łapę i potarła kończyny o siebie.
- Chyba rady nie dam - mruknęła, nagle zawstydzona. Wiedziała, że kłoda była zbyt duża, aby dała radę ją popchnąć, nie mówiąc już o użyciu telekinezy. Zerkała na wadery, obawiając się ich reakcji. 
- Och. - Lerdiski wstały. - Możemy ci pomóc, nie przejmuj się.
 I momentalnie ziemia zadrżała i uniosła się delikatnie, tak, że drewno poturlało się w kierunku paleniska. Zatrzymało się z trzeszczącym jękiem.
Teneriska stała przez chwilę, czując mieszankę skrępowania i frustracji. Zagryzła zęby, zła na to, że coś, co zajęłoby jej długie godziny, wadery dokonały w kilka sekund.
- Dziękuję - wymamrotała, wstydząc się za to, że ktoś musiał coś za nią zrobić i podeszła do pnia. 
Jego środek był nieco wilgotny i zasypany ziemią oraz resztkami jedzenia różnych niewielkich zwierzątek, ale na pewno był bardziej wygodny niż zmarznięta ziemia oraz ostry wiatr.
- Chyba mięso jest już gotowe - usłyszała głos wader.
- Och - westchnęła Teneriska, która na moment zapomniała o posiłku. - Rzeczywiście ładnie pachnie. 
Ułożyła się między myśliwymi, a kłodą i telekinezą podniosła swoją porcję, uważnie patrząc, czy wadery zwracają uwagę na drżenie i chybotanie się mięsa, które powoli przesuwało się w powietrzu. Na szczęście wydawały się w stu procentach skupione na swoim posiłku.
Zjadły szybko w milczeniu. Xeva dopiero po pierwszym kęsie poczuła, jak bardzo jest głodna, pochłonęła więc mięso w mgnieniu oka. Szybko pojawiły się przyjemne poczucie pełności i ciepła w brzuchu. Zrobiła się nagle bardzo senna. 
Ziewnęła szeroko.
- Spać chyba pójdę.
Lys i Tin, które właśnie skończyły swój posiłek, zerknęły na nią i pokiwały głową.
- Możemy również się położyć w kłodzie?
Xeva, która już zdążyła wstać i się przeciągnąć, spojrzała na nie ze zdziwieniem.
- Oczywiście. Nie chcę, żeby wam było zimno - odpowiedziała, po czym weszła do pnia i ułożyła się przy jednej ze szpar, przez które wpadało ciepło ogniska. ,,Miały rację, rzeczywiście jest tutaj ciepło", pomyślała, zwijając się w kulkę. Westchnęła głęboko, czując narastającą senność. Patrzyła, jak jej towarzyszki przeciskają się przez wejście i kładą się przy drugiej dziurze.
- Dobranoc - uśmiechnęły się do niej.
- Dobranoc - odpowiedziała Xeva, ziewając szeroko.
A potem zasnęła.
Jej sny krążyły wokół wydarzeń z dnia poprzedniego, wspomnień i abstrakcyjnych pomysłów. 
A potem zobaczyła TO.
 
Biała masa formująca się w przeklęte, pogięte i połamane stworzenie. Jego wielkie, mleczne oczy tkwiące w zapadniętych oczodołach przesunęły się wprost na nią. Opuściło szczękę, która utrzymywała się przy reszcie czaszki na cienkich płatach łuszczącego się mięsa, odsłaniając gardziel pełną zębów.
Próbowała uciekać, ruszyć się, cokolwiek, ale nie mogła. Tkwiła w jednym miejscu, patrząc, jak koślawe kończyny podnoszą się i  opadają, przyciągając monstrum coraz bliżej. Centymetr po centymetrze, demoniczna istota rosła w jej oczach i zbliżała się, zbliżała...

Xeva obudziła się bez oddechu. Zmusiła się do wzięcia wdechu, słysząc, jak serce tłucze jej się w klatce piersiowej. Zimny strach trzymał ją przy podłożu. Kątem oka zobaczyła ruch przy wejściu do pnia.
Coś białego mignęło przy kłodzie. Poczuła, jak przerażenie chwyta ją za brzuch. Zmusiła się do tego, aby spojrzeć w tamtym kierunku. Nic.
Szarówka. W budzącym się świetle wczesnego poranka dostrzegła, że pada śnieg, a śnieżynki tańczą na wietrze. Pociągnęła nosem, próbując wywęszyć potencjalne zagrożenie. Wyczuła jedynie zapach jakiegoś niewielkiego zwierzęcia, może królika lub tchórza. 
Odetchnęła głęboko. ,,To był tylko sen", pomyślała, nakazując ciału się uspokoić. ,,Tylko sen". Mimo tego nie mogła pozbyć się okropnego przeczucia, że coś czeka na skraju polany. Zrzuciła to na karb wybujałej wyobraźni i tego, że dalej była zaspana i niezbyt świadoma rzeczywistości.
Podpełzła do wader, które spały jak zabite, skuliła się przy nich i wtuliła pysk w sierść na ich szyi, czując, jak strach i panika powoli znikają, przekonana, że rano zapomni o koszmarze.

<Lys i Tin?>
Słowa: 911 = 51 KŁ

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Od Lys i Tin, CD. Xevy

W tym wszystkim można byłoby pokusić się o wątpliwości, czy cała ta wyprawa na pewno była dobrym pomysłem. Przydałoby się modlić o to, aby po drodze nic ich nie zeżarło. Jednak nie myślały już o tym. Stwierdziły, że dopóki miały towarzystwo Xevy, może nie tyle, ile będą bezpieczne, ale na pewno nie zacznie doskwierać im nuda. A to już coś, prawda?
Szukając drewna na opał, miały krótką chwilę dla siebie. Chwilę odpoczynku dla uszu od głośnych i pełnych emocji słów piegowatej wadery. Dobrze, że tylko chwilę, bo po dłuższym odcinku czasu z pewnością zaczęłyby kwestionować i rozmyślać na tematy, na które w tamtej chwili nie powinny, bo było to zwyczajnie zbędne. Nie ma potrzeby zaprzątać sobie głowy zmartwieniami, zwłaszcza kiedy już bałaganią w niej dwie różne osobowości.
Znalezienie chrustu w zamarzniętej śniegiem puszczy wcale nie okazało się takim prostym zadaniem. Należało uważać, wybierać ostrożnie, bo gałęzie leżące tak po prostu na śniegu były zwyczajnie mokre. Nic by z tego nie było. Rozejrzały się raz jeszcze po skąpanym w świetle zachodzącego słońca lesie, wzdychając cicho, łagodnie. Potem spojrzały na zebrany już materiał. Wystarczy? Tak, chyba wystarczy.
Problemem stało się ponowne znalezienie Xevy. Dziewczyny nie wiedziały, w którą stronę, ani jak daleko mogła się udać, więc w końcu wyszło tak, że musiały tak właściwie na własną łapę, same szukać tej polany. Po słabym zapachu, który niknął między drzewami, jak po nitce do kłębka. Ulżyło im, kiedy grube konary zaczęły się przerzedzać, a woń silniej uderzać w rozszerzone nozdrza czarnego jak węgiel nosa. Polana wyrosła przed ich stopami.
– Xeva! – zawołały, zanim udało im się powstrzymać jakże entuzjastyczną reakcję wadery.
Śnieg trysnął Spod jej łap tak daleko i z taką siłą, że prawie sięgnął on futra rogatych. Zaśmiały się cicho.
– Masz już? Tyle wystarczy na pewno. Jesteście szybkie! – skakała wokół nich, a one nie mogły powstrzymać lekkiego merdania swoim króciutkim ogonem.
– Tak, tak, chodź rozpalić ten ogień, zanim całkiem zapadnie zmrok.
Rzeczywiście było już prawie ciemno, słońce już kryło się w podszycie i raczej nie zamierzało wyjść aż do następnego ranka. Ostatnie złote promienie odbijały się na widmie nadchodzącej nocy, na wilczych futrach.
Zdawało się, że wszystkie trzy wadery miały doświadczenie w rozpalaniu ognia. Wszystkie wędrowały i spędziły dużo czasu poza domem, chociaż Lys i Tin jeszcze zanim osiadły się w Królestwie. Takie techniki jak zajęcie się ogniskiem nie były wcale wiedzą tajemną. Właściwie, można było pokusić się o stwierdzenie, że poszło wręcz łatwo. Rogate wadery ułożyły się obok Xevy, tak, że ich sierść szczelnie się stykała. Spojrzały w niebo, korzystając z faktu, że na tej małej polanie korony drzew nie zasłaniały całkowicie widoczności.
– Chyba nie zapowiada się na deszcz, jak sądzisz? – zapytały, nie odrywając wzroku od dopiero pojawiających się gwiazd.
Chociaż musiały przyznać, że zabawnie byłoby spać w tym pustym pniu za nimi.

<Xeva?>

Słowa: 460 = 26 KŁ

czwartek, 30 czerwca 2022

Od Xevy, CD. Lys i Tin

Xeva zatrzymała się gwałtownie, a rogate wadery omal nie wpadły w ogon swojej towarzyszki. Ledwo jednak zdążyły wyhamować, a Teneriska obróciła się na pięcie i stanęła przed nimi. Przełknęły głośno ślinę, gdy wadera przysunęła się tak blisko, że niemalże stykały się nosami.
- Lysitin - zaczęła odkrywczyni konspiracyjnym tonem. Jej oczy błyszczały dziko, a jej głos drżał, gdy szepnęła lekko ochrypłym, cichym tonem: - Jesteście tego pewne?
Wilczyce położyły po sobie uszy.
- T... Tak? - pisnęły niepewnie. 
- Wspaniałe to! Lisitin, najlepsze jesteście! - krzyknęła piegowata. Podskoczyła, zamiotła śnieg kitą i jak gdyby nigdy nic powróciła do swojego marszu.
- Tak więc... Od czego zacząć, hm, hm, hm... Kamienie, kości, pióra i reszta, co was najbardziej interesuje? Alfabetycznie może? O, alfabetycznie, to dobry pomysł. W każdym bądź razie... 
Myśliwie jeszcze stały tak przez chwilę, próbując zrozumieć, co się przed chwilą stało, ale w końcu otrząsnęły się, zamrugały i ruszyły biegiem za waderą i jej cichnącym monologiem. 
- ...i w środku takie fioletowe kryształki są. I to na ,,g" się nazywa, nie kryształki, a to wszystko, cały kamień ten. Tylko ja nie pamiętam... ,,G", ,,g", ,,g"...
- Geoda? - sapnęły wilczyce, dopadając do boku partnerki.
- GEODA! - wykrzyknęła różowooka, wyraźnie uradowana. - Lisitin, wy takie mądre jesteście. Geoda... A oprócz geody to jeszcze taki zielony kamień mam, z takich zielonych wypustek jest. Ja musiała bym ci go pokazać, bardzo ładnie w świetle błyszczy. I obok różowa kuleczka stoi, na targu ją kupiłam. Trochę droga była, ale się nie mogłam oprzeć. Potem nieco żałowałam, jak do końca miesiąca korzonki jadłam. Ale to jeszcze nic, kiedyś...
Lys i Tin starały się podążać za potokiem słów, jednak nikt nie mógł ich obwiniać za to, że gubiły się w zmasowanym ostrzale wyrazów, problemów składniowych, obcojęzycznych wtrąceń oraz twardego akcentu. Xeva była... chaotyczna. Oczywiście nie było to jej winą, aczkolwiek trzeba było czasu, aby się do tego przyzwyczaić.
Zaczęło się ściemniać. Teneriska, zbyt zajęta swoją opowieścią, zdawała się tego w ogóle nie zauważać. 
- I jeszcze prawie gotowy szkielet sowy mam, ale mu tam czegoś brakuje, no i składać mi się nie chce...
- Xeva?
- ...ale kiedyś ją złożę, chociaż najpierw tę półkę naprawić powinnam...
- Xeva...
- ...no bo jak ją tam postawię, a na pewno tam postawię, bo tam postawić chcę...
- Xeva!
Piegowata odwróciła się z uśmiechem.
- Tak, Lisitin?
- Ściemnia się. Nie powinniśmy poszukać schronienia?
Długoucha zatrzymała się i zadarła głowę.
- Och, rzeczywiście ciemno się zrobiło. Musimy szybko kominek rozpalić. Ja drewno znajdę, a ty polanę znajdź. Albo ja polanę, a ty drewno? Albo...
- Poszukam drewna - zaoferowały się wadery. Xeva otarła się łbem o szyję rogatych, a te uszczypnęły ją delikatnie w szpiczaste ucho.
Rozeszły się. Odkrywczyni zaczęła rozglądać się po okolicy, obserwując ułożenie lasu. Jej zmysły się wyostrzyły - podobnie jak skupienie. Próbowała wychwycić to, co puszcza próbowała jej przekazać. Zapachy, widoki, nawet ułożenie gałęzi w koronach drzew sprawiały, że czytała ze swojego otoczenia jak z otwartej księgi. 
Teneris była znana z trzech rzeczy - swoich niewielkich rozmiarów, zamieszkujących jej watah oraz wyjątkowej niegościnności przyrody. Potężna magia, która przepływała przez jej ziemie, sprawiała, że większość gatunków znacząco przerastała rozmiarami swoich kuzynów na kontynencie - dotyczyło to zarówno roślin, jak i zwierząt. Wiele miejsc było dostępnych tylko dla stworzeń umiejących latać lub wspinać się po drzewach, albowiem zarośla potrafiły sięgać kilku metrów wysokości; nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie po kilku krokach nadepnęłoby się na jadowitego pająka wyglądającego jak kawałek kory, wpadłoby się na grupę mrówek, z których każda była wielkości łapy lub odetchnęłoby się toksycznymi oparami z odchodów krookli. Jedynymi wilkami, które potrafiły poruszać się po tej wyspie, byli członkowie wędrownych watah, od pokoleń wiernie strzegących swoich sekretów.
Rzecz w tym, że nawigowanie lasów Królestwa było niczym dziecinna zabawa dla Xevy. Czasami ją wręcz nudziło - w puszczach Teneris ciągle się coś działo. Północ była niczym pustynia.
Nauczyła się to jednak lubić. Doceniła ciszę i zdradziecki spokój śniegu Królestwa i uświadomiła sobie, że jego bezpieczeństwo jest tylko pozorne, a wszelkie tajemnice i ciekawe miejsca - ukryte. Sprawiło to, że Kraina Wiecznie Skuta Lodem stała się dla niej niezwykle atrakcyjna, jeśli chodzi o szukanie sekretów. 
Mimo że nie mieszkała długo w Królestwie, jego lasy znała jak swoje własne mieszkanie. Wiedziała, gdzie płyną strumienie, gdzie jelenie chodzą odkopywać korzonki i gdzie szukać króliczych nor. To wszystko mówiła jej puszcza. Wystarczyło słuchać. Nie gubiła się... Przynajmniej nie w lasach. Miasta ją przerażały.
Drzewa zaczęły się przerzedzać, a grunt pokrywały nagie zarośla. Wadera podążała za zmieniającym się ułożeniem warstw roślinności, aż w końcu wyszła na niewielką polankę. Jej większość zajmował pień powalonego, starego i pustego w środku drzewa. Niski pniak był widoczny na skraju łąki. Wilczyca rozejrzała się po okolicy, aż w końcu podeszła do pniaka, nachyliła się i zajrzała do środka. ,,Idealny", pomyślała.  Jeśli pogoda się pogorszy, będą miały, gdzie się schować. Zaczęła przygotowywać miejsce na palenisko, oczekując powrotu swoich towarzyszek. 
Przytaczała nosem ostatni kamień do okręgu, gdy z krzaków wyłoniła się rogata głowa, obok której lewitował pokaźny pęk chrustu. 
Odkrywczyni poderwała się do góry, rozrzucając wokół siebie śnieg i ziemię.

<Lys i Tin?>

Słowa: 814= 46 KŁ

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Od Lys i Tin, CD. Xevy

Choć ta ich arcyważna misja z boku mogła wyglądać na zwykłą, niewinną zabawę, zapewne przez wzgląd na ciągły entuzjazm i ekscytację Xevy, Lys i Tin jak najbardziej wzięły sprawę na poważnie. Nawet jeśli od czasu do czasu chichotały krótko, to i tak były w pełni skupione na ich zadaniu. No, prawie…
Ich myśli wędrowały do możliwych rozwiązań tej małej zagadki. I większość wcale nie miała dobrego zakończenia. Może to, co widziały, wcale nie było najgorszą częścią całego zajścia? Może prawdziwa makabra dopiero na nie czeka? Znajdą jakiegoś rozszarpanego nieboszczyka, rogate już widziały oczami wyobraźni te rozrzucone flaki, pourywane kończyny, puste oczodoły… A potem będzie trzeba coś z takim zrobić! Tylko co? Zgłasza się zabójstwo? Dobrze by było, wtedy już by nie musiały się tym zajmować ani tak bardzo martwić. Gorzej, jeśli potem będzie im się to śniło, dręczyło po nocach, nie dając o sobie zapomnieć. Nie chciały takiego scenariusza, nie podobała im się ta wizja.
A co jeśli to ten tajemniczy sprawca znajdzie ich pierwszy? Wtedy to z nich zostaną tylko resztki i szczątki! Były przekonane, że podejrzany nie będzie miał litości i rozprawi się najpierw z nimi, a potem z biedną Xevą. Albo na odwrót, bez różnicy. Nie uratują się, to było istotne. I słuch o nich zaginie. Na zawsze!
Lecz co będzie, gdy nic nie znajdą? Zupełnie. Ślad gdzieś się rozpłynie, a one spotkają się z gorzką klęską. Odpuszczą? Wtedy będzie zżerało je sumienie. Bo przecież nawet bez śladów mogło się coś stać i ktoś mógł nadal potrzebować pomocy.
To wszystko było takie skomplikowane…
Albo okaże się, że to wszystko to jedno wielkie, niegroźne nieporozumienie. Tak, w ten sposób byłoby najlepiej. Może nie ma co niepotrzebnie się martwić?
Wyhamowały gwałtownie, cofając rogaty łeb, żeby nie uderzyć nim w drzewo. Zmarszczyły nos, fukając gniewnie. Miały już dość tych przerośniętych roślin, co tylko planowały zamach na ich życie i zdrowie. Ale nie! Drugi raz się nie dadzą! Przynajmniej przez jakiś czas. A żeby to udowodnić, powinny się bardziej skupić na drodze, niż na rozmyślaniach, które do niczego nie prowadziły. Trzeba było po prostu dojść do jakiegoś rozwiązania, nieważne, jakie by ono nie było.
Rozejrzały się odrobinę nerwowo, jednak zaraz z ulgą zauważyły, że druga, a właściwie trzecia wadera, dalej przed nimi idzie, dalej tym samym, energicznym i sprężystym krokiem. Znaczyło to, że nie przegapiły żadnego ważnego wywodu ani pytania z jej pyszczka. To dobrze, bo nie chciały nieumyślnie sprawić jej przykrości.
Zerkając w dół, pod własne łapy, obniżyły nieco łeb, żeby do nozdrzy dotrzeć mogły poszukiwane zapachy. Trop był dalej wyczuwalny, samica dobrze je prowadziła. Westchnęły ledwie słyszalnie. Zwariują w tej ciszy! A pomyśleć, że pewnie minęła ledwie chwila, gdyż Xeva przecież długo by nie wytrzymała w takim stanie. Tak przypuszczały.
– Wiemy, że miałyśmy być cicho, ale… Opowiesz nam o tej kolekcji? – ich uśmiech, jak i intencje były zupełnie szczere.
Ani trochę nie przeszkadzało im, że najprawdopodobniej właśnie zapoczątkowały porządną lawinę słów.


<Xeva?>
Słowa: 482 = 30KŁ

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Od Xevy, CD. Lys i Tin

 - To idziemy.
- Co? - wadery poderwały głowę i podążyły wzrokiem za oddalającą się Xevą. Ta odwróciła się i spojrzała na nią, podnosząc brwi pytająco. Pokiwała delikatnie ogonem na boki, wyraźnie zmieszana.
- Do ciebie mam mówić. Podczas drogi mogę więcej, jeśli ty... wy chcecie, ale musimy iść, żebym podczas drogi mówić mogła... O, o mojej kolekcji tobie opowiem! Wam, to znaczy!
- Chyba powinniśmy znaleźć jakiś patrol, to wygląda na coś poważnego - wyrzekły rogate samice.
Teneriska strzepnęła ogonem, po czym przymknęła oczy w uśmiechu. 
- No chodź, tylko kto to zrobił, zobaczymy. Nie musimy się przecież z nimi bić. - Przednia część jej ciała opadła w formie przyjacielskiego zaproszenia. -  Oj, no chodź! Zobaczymy, potem do wojowników pójdziemy, może jakąś nagrodę dostaniemy!
- Przecież tutaj kogoś porwano! - odparły z oburzeniem rogate wadery.
- Nie wiadomo, przecież śladów żadnych nie ma. - Lys i Tin wymownie zerknęły na szlak ciągnięcia z podniesionymi brwiami. - Nic się przecież nam nie stanie. - Xeva machnęła łapą.
Zapadła cisza, podczas której kruki zleciały z gałęzi i zaczęły dziobać poplamiony krwią śnieg oraz kępki futra.
- No nic, ja idę. Miło widzieć cię było! - powiedziała odkrywczyni ze szczerym pożegnaniem w głosie.
I w tym samym momencie odwróciła się na pięcie, po czym ruszyła sprężystym truchtem wzdłuż krwawych odcisków kroków.
- Cz... Czekaj! - krzyknęły Lys i Tin po tym, jak otrząsnęły się z szoku. Dogoniły Teneriskę biegiem i zrównały się z nią krokiem. Wyższa samica odwróciła głowę i jej uszy aż zadrgały z podekscytowania.
- O, a jednak ze mną idziecie! - uśmiechnęła się, jednak po chwili jej pysk przybrał poważniejszy wyraz, a piegowata spojrzała z powrotem na drogę. - Przymuszone się nie czujcie, jak nie chcecie, to nie musicie ze mną iść. Ja wiem, że wy się możecie bać, ale to w porządku jest. Ja sama pójdę, w domu gorsze rzeczy robiłam.
Rogate wadery aż zamurowało.
- Ja... To znaczy my... Bać się? - fuknęła, zapewne Lys. Różowooka zatrzymała się i spojrzała na nie zaskoczona.
- To... Nie chcesz, chcecie, iść? - zapytała, tuląc lekko uszy, wyraźnie zmieszana.
- Idziemy - odparły twardo żółtookie. - Chodź, bo zapada zmrok.
- Och jejku! Och jejku, och jejku! Ja się cieszę bardzo, bardzo, bardzo! - Xeva zaczęła skakać, okrążając idące do przodu wilczyce. Nagle jednak wzięła teatralny wdech, nadęła policzki i wyszeptała: - ja tak głośno nie powinnam być. Ja przepraszam! Teraz... - przybliżyła się powoli do wader, oczy błyszczały jej dziko, a ogon rozsiewał na około śnieg. - Teraz, Lysitin, to my na misji jesteśmy. Chodźcie. Tylko cicho! Ja też cicho będę.
Umilkła i przyspieszyła kroku, jednocześnie obniżając głowę i skupiając się na tropieniu.

<Dziewczynyyyy?>
 
Słowa: 410 = 26 KŁ
 

poniedziałek, 15 listopada 2021

Od Lys i Tin, CD. Xevy

No, świetnie!
Rozglądając się zmartwionym wzrokiem po pobojowisku przed nimi, coraz bardziej utwierdzały się w myśli, że mogły dzisiaj zostać w domu. Samo przebywanie z zakręconą Xevą było… No, zakręcone, a tu jeszcze przyszło im borykać się z innym problemem. Przerażającym problemem.
Brudna krew na nieskazitelnie białym śniegu raziła w oczy, paskudny nieład dookoła sprawiał, że chciałoby się uciec i po prostu do tego nie wracać. Albo posprzątać.
Zamordowali tu kogoś…?
Zadrżały, wyobrażając sobie, co za masakra musiała tutaj zajść. A, że Xeva chciała dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się dokładnie, to chyba nie będą miały wyjścia. Wszak same zaoferowały swoje towarzystwo za pomoc z tamtym drzewem, więc głupio by było teraz się wymigać i uciec. Chociaż Tin była tego naprawdę bliska. Nie chciała znać żadnych szczegółów, toteż wycofała się w głąb ich wspólnego umysłu, zostawiając Lys samą, na lodzie. I nie zamierzała wracać.
– Więc musimy poszukać śladów. Coś poza tym, co widać na pierwszy rzut oka – Lys mruknęła to, co było raczej oczywiste.
Teneriska już węszyła z nosem przy ziemi, prawie brodząc nim w śniegu. Zaś Lys dalej błądziła spojrzeniem po okolicy, mając nadzieję, że znajdzie coś, czego nie dostrzegła wcześniej. Złociste tęczówki zatrzymały się na dużych śladach o czterech palcach. Dziwne przeczucie kazało jej twierdzić, iż powinny obawiać się ich właściciela. Potrząsnęła łbem, wstępując głębiej w miejsce masakry. Starała się omijać ślady krwi, każdy jej krok był ostrożny. Czego by tu można szukać? Może powinny pójść za śladem, który ciągnął się do lasu? Albo byłoby to zbyt niebezpieczne? Musiały najpierw dowiedzieć się czegokolwiek o sprawcy. Czegokolwiek.
Spojrzała na drzewa, wzdychając. Gdyby tylko mogły powiedzieć, czemu wyglądają na takie smutne…
Zaraz, przecież mogły. Dlaczego przypomina sobie o tym dopiero teraz? Zaczęła przebierać w miejscu przednimi łapami, zdając sobie sprawę, że to Tin była dobra w magię z naturą. Jej jakoś nigdy to nie szło tak dobrze.
Ale jak ją teraz stamtąd wyciągnąć?
Tin, siostrzyczko, chodź tu do mnie.
Zero rezultatu.
Jesteś naprawdę potrzebna…
Miała wrażenie, że się na nią obraziła.
Co ja mam teraz zrobić?
No jak to co, radzić sobie sama.
Oparła łeb o najbliższe drzewo, zrezygnowana.
– Mów do mnie.

<Xeva?>

Słowa: 352 = 23 KŁ

piątek, 22 października 2021

Od Xevy, CD. Lys i Tin

Xeva przekrzywiła głowę, a jej oczy pokryły się mgłą zamyślenia. Chwilę stała w zupełnym bezruchu, Bóg wie, jakie snując plany. Lys i Tin odwróciły głowę, przyglądając się tropom na śniegu. 
- Wiem!
Rogate wadery podskoczyły, a potem zaczęły podążać beznamiętnym, zszokowanym wzrokiem za skaczącą wokół nich nieznajomą.
Przed ich oczy wyskoczył zapisany drobnym pismem pergamin. Zrobiły zeza, próbując odczytać pochyłe pismo, ale list zniknął z ich pola widzenia tak szybko, jak się pojawił. 
-Ze mną na zwiad pójdziesz... Pójdziecie, to jest. Tak! - wykrzyknęła piegowara, a jej rozentuzjazmowane ruchy zaczęły bardziej przypominać jakiś rytualny taniec, bynajmniej nie wyglądając jak zwykłe podskoki wesołego młodzika.
- N... Na zwiad? - wymamrotały Lys i Tin. W końcu się otrząsnęły, a bardziej zorientowana z ich dwójki przejęła ciało i dodała: - Gdzie?
- No tu - odparła Xeva zdziwionym tonem, zupełnie jakby nie mogła uwierzyć, że jej nowe towarzyszki zadają tak głupie pytania. Po chwili jednak rozejrzała się niepewnie. - Albo... Albo i nie tu... W każdym razie niedaleko. Za ptakami uciekałam i chyba z trasy zeszłam. Ale to nieważne. No chodź!
I chwyciła wadery za jeden z kręconych rogów, ciągnąc je w głąb lasu. Po chwili puściła, zaczynając nucić piosenkę, wyraźnie przeszczęśliwa, że zawarła nową znajomość - teoretycznie nawet nie jedną, a dwie.
Jako że Teneriska dysponowała całkiem całkiem dobrą orientacją w terenie, szybko odnalazła swoje ślady i zaczęła się nimi cofać wraz z siostrami u boku.
- Właściwie to co będziesz mówić, jak już tam dojdziemy? - padło pytanie.
Wilczyca  zamyśliła się i jeszcze raz sięgnęła po zwój telekinezą. Dopiero teraz samice zauważyły, że nieznajoma nie panowała nad swoją magią zbyt dobrze, a wcześniejsze zaprezentowanie im zapisków było zupełnym przypadkiem - tak naprawdę powinny się ciszyć, że nie dostały ciężkim walcem, na który nawinięty był pergamin, w nos. 
- Sprawdzić czy te nory królików zamieszkane są. W sensie czy tam... dz... dzieci... Że szczeniaki królików są.
- Ah, rozumiem - odpowiedziały Lys i Tin, wciąż za nią podążając. Zapadło parę sekund ciszy. - A po co my ci do tego?
Xeva zatrzymała się i spojrzała na nią, dysząc lekko.
- No same chciałyście. Na spacer idziemy. Wy nic robić nie musicie, miły spacer miejcie.
I zupełnie jakby to miało wyjaśnić wszystkie wątpliwości rogatych łowczyń, odkrywczyni ruszyła przed siebie. Zniknęła za zakrętem starej ścieżki, którą dotychczas szły, a jej długa kita zafalowała i wsunęła się za drzewo.
- Czekaj! Ale może ci... - Lys i Tin przyspieszyły, próbując nadążyć za nieznajomą. Skręciły szybkim truchtem.
Nagle wpadły w ciemny zad.
Otrząsnęły się i parsknęły, bo falowane, wiśniowe futro dostało im się między zęby.  
- Xeva... Co...
- Spójrz.
Zimny głos wilczycy otrząsnął siostry. Wychyliły się zza szerokich łopatek swojej towarzyszki, a oczy rozszerzyły im się ze strachu.
Koło ścieżki, która rozciągała się przed samicami, znajdowało się prawdziwe pobojowisko. Krew lśniła niczym neony na białym śniegu, a połamane gałęzie były rozrzucone wokół śladów ciągnięcia i walki. Tropy ciągnęły się w głąb lasu, równolegle do ścieżki, a potem oddalały się od niej, odbijając od poprzedniego kursu o kilkadziesiąt stopni.
Rogate przełknęły ślinę. Od razu uświadomiły sobie, że to nie może być miejsce, w którym ich rodacy położyli jakąś zwierzynę, ani nie trafiły na ślad polowania niedźwiedzia lub innego dużego drapieżnika. Nie było widać śladów żadnego leśnego zwierzęcia - w śniegu odciśnięte były jedynie duże łapy o czterech palcach. 
 Trzy wilczyce stały tak w milczeniu, powoli dochodząc do siebie. Teneriska zerknęła na swoje towarzyszki.
- I co teraz, Xeva? 
Piegowata uśmiechnęła się.
- Dowiedzieć się, co się stało musimy.
 
~*~
 
Już od godziny podążało za wilczycami, ani na chwilę nie odrywając nosa od ich śladów na śniegu. Przenikało przez kamienie i drzewa.
W końcu wyczuło, że się do nich zbliża. Wyczuło też krew.
Zawiał wiatr, a mleczne oczy rozmyły się w powietrzu.
 
<Lys i Tin? Jedziemy XD> 
 
Słowa: 600 = 35 KŁ

czwartek, 30 września 2021

Od Lys i Tin CD. Xeva

 – A czemu dwa imiona masz?
Niby zwykłe pytanie, a wyjątkowo mocno zadźwięczało w ich wspólnej głowie, sprawiając, że obie wadery zaczęły się głęboko zastanawiać.
Tin pierwsza uporządkowała myśli i zabrała głos.
– Właściwie… To… To jest bardzo skomplikowane. Jesteśmy kimś w rodzaju dwóch sióstr, ale zamknięte w jednym ciele, związane w jednym umyśle, a jednak myślące samodzielnie. I chyba przyjęłyśmy, że tak było praktycznie od zawsze, bo żadna z nas nie pamięta, żebyśmy kiedyś były… Oddzielnie. Albo samotnie. Może to dziwne dla innych, ale tak już chyba musi być.
Łapa wyżłobiła mały dołek w śniegu, jako gest skrępowania. Niewygodnie im było o tym mówić. Gdzieś tam głęboko bały się odrzucenia i wyśmiania, wykluczenia. Były inne. Nikt poza nimi nie był do nich podobny. Wszyscy byli… Normalni.
Usłyszały głębokie, przejęte westchnienie drugiej wadery… Albo trzeciej? Jednak nie zapowiadało się na to, żeby zamierzała je wyśmiać. To chyba dobrze? W pewnym momencie przekrzywiła zabawnie łeb na bok, zupełnie tak, jak gdy pytasz się swojego psa, czy chce wyjść na dwór.
– A to tak można? – zapytała w końcu, a po kiwnięciu głową Lys i Tin, jej piegowaty pysk wykrzywił się w naprawdę szerokim uśmiechu.
W jednej chwili podskoczyła na wysokość godną najlepszego zająca i w tych podekscytowanych pląsach zaczęła okrążać rogate siostry. Gdy otworzyła pyszczek, dalej się uśmiechając, one już czuły, że nadejdzie z nich lawina słów i potok pytań.
– Czy jeśli jedna na lewo chce iść, a druga na prawo chce iść, to w budynek na środku wpadacie?
– Nie…
– A czy jak jeść inne rzeczy chcecie, to kłócić się zaczynacie?
– My w sumie…
– A powiedz "Czy rak trzyma w szczypcach strzęp szczawiu, czy trzy części trzciny"!
– Czy rak trzyma w szczypcach strzęp…
– Druga teraz!
Wdech. I wydech. Lys miała mniej ochoty na takie gierki.
– Czy rak trzyma w strzy… szczy… Nie umiem! Już starczy. Prosimy.
Aż usiadły, nieco skołowane tym małym maratonem "tysiąc pytań do". A Xeva dalej dreptała w miejscu, zamiatając długim ogonem zimny śnieg, widocznie wciąż nie mogąc opanować radości. Może pora na zamianę? Teraz one o coś zapytają.
– Hm… To – zerknęły na te nieszczęsne drzewo, w którym jeszcze parę chwil temu tkwiły zaklinowane – jak możemy ci się odwdzięczyć za pomoc z uwolnieniem się z tamtego drzewa? W końcu zużyłaś na nas dość dużo mocy… Na pewno na coś się przydamy!

<Xeva?>

 Słowa: 380 = 24 KŁ

niedziela, 21 marca 2021

Od Xevy CD. Lys i Tin

Cisza otulała las, a śnieg pokrywał jednolitą warstwą wszystko w zasięgu oka. Wyglądało na to, że cała okolica zgodziła się na trwanie w nieprzerwanym spokoju. 
Wiewiórka wysunęła się spomiędzy gałęzi świerku i zsunęła się po pniu, drapiąc korę pazurkami. Kicnęła parę razy przed siebie, tworząc w białym puchu niewielkie wgniecenia. Zaczęła kopać przy powalonej kłodzie, pewna własnego bezpieczeństwa - las był oazą i nie wyczuwała żadnego zagrożenia. 
Do czasu.
Wrzask. Zerwała się, ale było za późno. Drobne ciałko zadrżało, nad jego głową przeleciały dwie ogromne łapy. Jednym ruchem mogły posłać ją na drugi świat, pazury były dłuższe niż jej głowa. Patrzyła w oniemiałym milczeniu, czekając na śmierć. Oczy błyszczały w przerażeniu. 
Szpony ją jednak ominęły. Wielki cień przesunął się po niej, a po chwili umięśniona bestia wylądowała na śniegu po drugiej stronie pnia. Tąpnięcie ciężkiego ciała sprawiło, że podskoczyła. Patrzyła w zdumieniu, jak drapieżnik szybko się oddala. 
W swoim szoku nie zauważyła zbliżającego się niebezpieczeństwa. Gruby ogon zdzielił ją w potylicę. Wiewiórka, niczym kręgiel, przechyliła się i z głośnym ,,fomp" zniknęła w śniegu.
Xeva nawet tego nie poczuła. Pędziła dziko przed siebie, skomląc z każdym uderzeniem białych dziobów w jej kark. Rzuciła się w bok, próbując zmylić przeciwnika. Przeskoczyła przez głaz i zanurkowała do zwalonego, pustego drzewa, omal nie wypuszczając z pyska różowego jaja.
Wypełzła z drugiej strony, mając nadzieję, że zgubiła napastnika i kupiła sobie trochę czasu.
- Augh! - jęknęła zaskoczona, gdy biały dziób wbił się w jej łaciaty nos. Podniosła się z ziemi, wściekle machając głową i potrząsając uszami. Wypełniały je piekielne wrzaski przypominające jej hałas wypełniający targ w Centrum.
Skoczyła w krzaki, w pośpiechu wyrywając włosy ze swojego ogona.  Biegła dalej, pakując się w najgęstsze zarośla, wykręcając swoje ciało w parabole, jednak zawzięte ptaki nie odpuszczały. Wiedziała, że musi szybko coś wymyślić, bo długo nie wytrzyma.
Nagle pod swoimi łapami dostrzegła ciemność. Rów pełen błota i spróchniałego, śmierzącego drewna wyrósł pod nią znikąd.
Jej ciało zareagowało machinalnie. Odruch warunkowy, mózg nie zarejestrował, co się dzieje. Wystrzeliła w górę, śnieg trysnął spod łap.
I błysnęło.
Ptaki rozpierzchły się, wrzeszcząc w panice. Pod ochroną gęstych gałęzi świerku uspokoiły się i zaczęły skanować otoczenie w poszukiwaniu swojej ofiary. Może i temu śmierdzącego wilkowi udało się rozproszyć zawziętą ptasią parę tymi swoimi dziwnymi błyskawicami, ale przecież nie tak łatwo się ich pozbyć! A jak go znajdą, to upewnią się, że pożałuje...
Nagle samica wydała z siebie cichy krzyk. Samiec od razu do niej podskoczył, jednak udało mu się zobaczyć jedynie końcówkę wiśniowo-czarnego ogona znikającego w krzakach. Zerwały się do lotu, ale zanim dotarły do krawędzi drzew, las rozjaśnił kolejny błysk. Gdy w końcu ptaki dotarły do zarośli, nigdzie nie było śladów drapieżnika.
Xeva podciągnęła długi ogon i owinęła go wokół swojego skulonego ciała, zaszytego wśród igieł jodły. Oddychała ciężko nie tylko przez intensywny bieg, ale konieczność użycia aż trzech Tarczy pod rząd. Dawno nie zmarnowała tak dużej ilości Mocy w tak krótkim czasie. Zmęczenie wynagradzało jednak źródło tego całego zamieszania - pastelowo-różowe jajko. Ostrożnie posadziła je między swoimi łapami i zaczęła przyglądać się mu błyszczącymi w zachwycie oczami. Nie mogła powstrzymać swojego ogona, który cicho wybijał rytm na gałęzi drzewa. Musiała uspokajać się całą swoją silną wolą, bo miała ochotę podskoczyć z ekscytacji. Ślina napłynęła jej do pyska na myśl o żółtku, które musiało kryć się pod tą błyszczącą powierzchnią. To była jej druga ulubiona rzecz w kolekcjonowaniu ptasich jaj - zaraz po tym cudownym uczuciu, które towarzyszyło jej podczas kładzenia nowej zdobyczy na półkę. 
Odczekała jeszcze chwilę, upewniając się, że ptasia para już jej nie ściga, po czym włożyła swój nowy skarb do drewnianego, wypełnionego słomą pudełeczka bezpiecznie umieszczonego w torbie na jej boku. Zeszła ostrożnie z drzewa, otrzepała się i radosnym truchtem ruszyła przed siebie, całkowicie zapominając o swoich prześladowcach, wyrwanej z ogona sierści i bolącym nosie. Skakała od drzewa do drzewa, ryjąc głębokie rowy w śniegu zamiatającym z radości ogonem. Wyobrażała sobie, jak jej skarb będzie wyglądał na wystawie. Może powinna położyć go między czaszką ver'tameny, a tą śmieszną skałką, która miała w środku fioletowe kryształki? Albo na boku najniższej półki, gdzie będzie błyszczeć w słońcu? Ale wtedy musiałaby przesunąć te gładziutkie zielone muszelki znalezione na plaży... A jak się je otworzyło i ustawiło do światła, to rzucały na ścianę takie śliczne odblaski! 
Xeva uwielbiała na nie patrzeć podczas długich zimowych wieczorów, gdy wielobarwne plamki z upływem godzin przesuwały się powoli po ścianach jej małego mieszkanka. Przypominały jej rodzinny namiot, gdzie zawieszone u sufitu wietrzne dzwonki z łusek jaskiniowych jaszczurek rzucały jasne widma na płótno. Przypomniała sobie, jak otumaniany gorączką i gadzim jadem mózg kazał jej wierzyć, że zmieniały się one w motyle. Były piękne - przynajmniej do momentu, w którym blade kwiaty nie powyrywały im skrzydełek. 
Później, wciąż jako małe szczenię, wierzyła, że to właśnie z odblasków rodzą się motyle i świetliki. Dlatego robiła kryształowe wisiorki, które jej ojciec z dumą wieszał w namiocie - nawet te najmniej udane. 
Przypomniała sobie, jak kiedyś wróciła do domu z polowania na króliki po to, aby zobaczyć, jak matka wyrzuca jej dzieła do pobliskiego strumienia. Xeva zaczęła krzyczeć i płakać, próbując rozpaczliwie wyłowić wisiorki z wody, jednak Xapeia jedynie ją odepchnęła i wróciła do wpatrywania się pustym wzrokiem w kamienie na dnie. 
Gdy zapłakana waderka opowiedziała o tym ojcu, poprosił on, aby nie robiła więcej takich błyszczących ozdóbek. ,,Najwyraźniej denerwują mamę po rytuałach", wyjaśnił. 
Piegowata przystanęła na chwilę, obezwładniona uczuciem, którego nie potrafiła nazwać. Nie było ono przyjemne. Przypominało ono smutek i tęsknotę... Ale czy można tęsknić za czymś, czego nigdy nie było?
Nastroszyła sierść. Nie powinno jej być teraz przykro! Znalazła takie piękne jajo, a w nocy spadło tyle białego, puchatego śniegu, że świat wyglądał jak zaczarowany. Jak tu się nie cieszyć?
Gdy tylko o tym pomyślała, na piegowaty pyszczek z powrotem wstąpił rozradowany uśmiech. Podskoczyła, kłapnęła zębami na biały puch i śmiejąc się z nagłego szczęścia, jakim wypełniła ją zimna woda na języku, ruszyła przed siebie. Kryształki lodu cicho trzaskały pod długimi łapami, gdy okrywczymi przemierzała kolejne kilometry lasu. Co jakiś czas odwracała się, aby spojrzeć na ślady, które zostawiała za sobą. Uwielbiała patrzeć, jak jej pazury tworzą małe dołki w śniegu, ale chodząc z nosem przy ziemi zdarzało jej się wpadać na różne rzeczy. Rozejrzała się. Następne dziesięć metrów na skos były czyste... A potem lekko w lewo, tak ze trzy metry... Tak, tyle jej wystarczyło. 
Ruszyła zwinnym truchtem, dotykając nosem ziemi. Gładki śnieg... Noga w górę i jest ślad! Nie ma... Jest. Nie ma... I kolejny. Tak idealna, mała łapa... Cóż, możne niekoniecznie mała, ale prześliczna! W domu lubiła chodzić po błocie - śnieżne odciski były jednak tak samo dokładne, a w dodatku jej łapy pozostawały czyste. No i te trzaski...
- Hej! 
Xeva podniosła głowę, a jej uniesiony nos znalazł się kilka centymetrów przed korą drzewa.
- Wassu? - sapnęła zaskoczona, wpatrując się oczekująco w pień przed sobą.
- Pomożesz nam, jeśli ładnie poprosimy? 
Odwróciła się, uświadamiając sobie, że to nie drzewo do niej mówiło, a dziwne wadery z głową między gałęziami. Przez chwilę trwała w miejscu, zastanawiając się, co właśnie ujrzała z szeroko otwartym pyskiem. Otrząsnęła się jednak i podskoczyła do nieznajomych.
- Co ty zrobiła? Ach, ty rogi masz! - teatralnie westchnęła, uświadamiając sobie, że te grube narośla to nie części rośliny, a poroże uwięzionych wilczyc. 
- Piękne są! - powiedziała, uważnie je oglądając.
- Dziękujemy, ale mogłabyś odchylić to drzewo?
- Oczywiście, oczywiście!
Xeva podskoczyła niczym królik do uwięzionych samic. Stanęła na tylnych łapach, podpierając się ogonem, i chwyciła zębami za gałąź drzewa. Kora wlazła jej między kły, ale drewno blokujące szyję rogatych nawet nie drgnęło. Piegowata nawet oderwała tylne nogi od ziemi, kompletnie zawisając na swoich szczękach. Spróbowała szarpnąć się kilka razy, jednak zaczęła tracić chwyt, więc opuściła się z powrotem na śnieg.
- Hm... Się ruszyć nie chce - odparła Xeva, okrążając nieznajome. - Ale śliczny ogon ty masz! 
Zaśmiała się lekko, trącając go łapą.
- Um....
- Pomachać nim możesz? - Lys i Tin usłyszały za sobą podekscytowany głos rózowookiej. Westchnęły i spróbowały się wyszarpnąć. Nic. Były skazanę na tę dziwną przybyszkę. Lys westchnęła z irytacją.
- Słuchaj, nie mamy teraz na to ochoty. Czy mogłabyś...
- Ach, no tak, ja zapomniałam! Tak spróbuję...
Podeszła od przodu do nieznajomej. Rogate patrzyły na nią, niepewne tego, co zamierza zrobić.
Nagle powietrze przecięły błękitne promienie. Ich źródło znajdowało się nad głową wilczyc. Odkrywczyni wymierzyła odległość, w skupieniu potrząsając wąsami, po czym skoczyła. 
- Co ty robisz? - zaniepokoiły się łowczynie. - Chyba nie zamierzasz nic wysadzać czy coś?
- Nie, czemu wysadzać? To Tarcza tylko.
Wadery coś odpowiedziały, ale zostały zignorowane przez Teneriskę - była ona bowiem zbyt skupiona na swoim zadaniu. Stała na niebieskim okręgu z obracających się powoli błyszczących run. Podciągnęła długi ogon, aby nie łaskotał nieznajomej po grzbiecie. Oceniła sytuację. Rogate zablokowały sie pomiędzy dwoma konarami. ,,Bliźniaki! Ale super!", pomyślała, lekko machając ogonem, a przesuwające się po kole włosy spowodowały, że niebieskie znaki zatrzeszczały cicho. 
Xeva podeszła do jednego pnia i zaparła się mocno o jego towarzysza. Stęknęła, czując, jak jej żebra wciskają się w korę.
- Rusza się? - stęknęła.
- Tak! Pchaj dalej! - krzyknęły te na dole. Szarpnęły się, ale drzewo trzymało za mocno.
Nagle coś trzasnęło i poczuły ulgę. Oparły się przednimi łapami o swoje więzienie i stanęły na tylnych łapach, unosząc ściśniętą szyję coraz wyżej i wyżej.
- Jeszcze trochę! - jęknęły, skręcając głowę tak, aby rogi łatiwej mogły przejść przez szparę między konarami. Szarpnęły mocno, rozległ się trzask i...
Zatoczyły się do tyłu, wpadając w muldę śniegu. Lekko oszołomione, wynurzyły się z białego puchu, próbując nadążyć wzrokiem za skaczącą wokół nich podnieconą waderą.
- Udało się, udało się, uda... udało...
Jej oczy zaszły mgłą, gdy zatoczyła się bez tchu na pobliskie drzewo. Oddychała ciężko, mrużąc powieki. Przez moment wydawało się, że zupełnie straciła przytomność.
- Hej! - Lys i Tin zerwały się na równe łapy i podbiegły do oszołomionej towarzyszki. - Wszystko porządku? 
Xeva wystawiła język, a odurzony uśmiech wpełzł na jej pysk, gdy dyszała głośno.
- Tak, wszystko super jest! - Zamilkła na chwilę, łapiąc oddech. - Przecież cię uwolniłam, cieszę się, że ty uwolniona jesteś.
- Ale czy ty dobrze się czujesz? No wiesz... Przewróciłaś się i tak dalej.
- Ach! - westchnęła różowooka, podnosząc się powoli. - Dużo Mocy dziś użyłam, skakać tak nie powinnam.
Otrzepała się i mimo że lekko się zatoczyła, jej uszy były już postawione na sztorc, a oczy żywo błyszczały.
- Xeva jestem! - uśmiechnęła się szczerze. - Miło cię mi poznać, takie piękne rogi masz i ogon też piękny.
- Dziękujemy, my jesteśmy Lys i Tin. - Wzięly wdech, aby powiedzieć coś jeszcze, ale nie było im to dane. 
- Lisi tin? - przerwała im Teneriska. - Imię śmieszne masz, ale ładne też.
- Nie, nie... Lys I Tin. To dwa imiona. Jedno to Lys, a drugie Tin. 
- Oooooch! - westchnęła Xeva. Była niesamowicie rozentuzjazmowana nową koleżanką. I to jeszcze bardzo niecodzienną koleżanką! Te rogi, imiona... Piegowata pragnęła dowiedzieć się o niej jak najwięcej i ledwo powstrzymywała się przed skakaniem wokół brązowej wilczycy.
- A czemu dwa imiona masz?

~*~

Para ptaków wcisnęła się głębiej w dziuplę drzewa, przysuwając do siebie pozostałe jajka. Nie widziały pustego, mlecznego ślepia zaglądającego do ich schronienia, ale wiedziały, że coś jest nie tak.
COŚ przekręciło łeb o sto osiemdziesiąt stopni i wycofało się kulawo.
Była tu.
Czas znaleźć miejsce, w którym jest teraz.

< Lys i Tin? >

Słowa: 1830 = 136 KŁ

niedziela, 17 stycznia 2021

Od Lys i Tin do Xevy

 Było jeszcze trochę przed południem, słońce już prawie górowało dumnie nad głowami mieszkańców Królestwa, moszcząc się wygodnie na jasnym, błękitnym niebie pośród sporej ilości kłębiastych chmur i obłoków, które skutecznie uniemożliwiały przedostanie się większości świetlistych promyczków aż do szarej ziemi. Jakieś pojedyncze, cienkie gałązki na kilku drzewach zaszeleściły pod wpływem delikatnego podmuchu chłodnego, północnego wiatru. Zimny, świeży śnieg zazgrzytał, przygnieciony przez racicę jednego z dorodnych jeleni akurat pasących się w tym miejscu. Ten właśnie schylał się ku ziemi, najpewniej w poszukiwaniu pod tym nieszczęsnym śniegiem czegoś jadalnego. 
I w tamtym momencie jego wrażliwe uszy powędrowały ku górze, jak wielkie radary gotowe wyłapać każdy najmniejszy szmer. Z resztą nie tylko jego, a całego stada. Całe stado usłyszało podejrzany, niepokojący dźwięk, zbyt podobny do trzeszczenia kroków czegoś dużego, by pomylić to z czymś niegroźnym. Wszechobecny spokój został zaburzony przez ten jeden mały błąd... Zbita kula ciemnego futra niczym torpeda wystrzeliła z ukrycia, zanim już i tak zaalarmowane stado całkiem się spłoszyło. Śmignęła w stronę dużych ssaków, a one w reakcji, po jednym mgnieniu oka zerwały się do ucieczki. Były szybkie, ale Lys i Tin także. Niczym wprawiony w swoim fachu pies pasterski okrążały zwierzęta, bystrym okiem wypatrując swojej przyszłej ofiary. I był taki jeden osobnik, który mógł się nadać. Przyspieszyły, jeszcze bardziej wydłużając potężne susy, i śmiało wbiegły pomiędzy stado. Jeden zwierz dostał z główki, drugi z łopatki… A ten jeden wypatrzony wcześniej, oddzielił się nieco od grupy, na tyle, że wadery mogły wcisnąć się pomiędzy niego a całą resztę. Oj, nieźle kurzyło im się pod kończynami. Podgryzając rogatego po kostkach, trwały w wyuczonym schemacie, aż ostatecznie jeleń został sam na sam z wilczycami. Reszta stada gnała jak szalona, dalej prosto, byle uciec od głodnych sukcesu łowczyń. A one, zapatrzone w futrzasty zad zwierzęcia, wcale nie zrażały się śniegiem spod racic sypanym im prosto w pysk. Czuły, jak palą je płuca. Zniżyły łeb, już szykując się do jakiegoś skoku czy zadania ciosu...
Zaraz, drzewo?!
Zwinne stworzenie w ostatniej chwili szybko umknęło w bok, jednym susem omijając rosnący w ziemi cienki pień. Jednak ani Lys, ani Tin nie zdążyły. Zupełnie nieprzygotowane na taki obrót spraw wleciały z impetem w biedne drzewko, nie mając już nawet czasu na hamowanie. Zdawałoby się, że pod siłą uderzenia ich rogi rozleciałyby się w drobny mak, ale nic takiego się nie stało. Były całe, w przeciwieństwie do drzewa, które jeszcze trochę, a zostałoby przebite na wylot. Strach pomyśleć, co by się stało z czaszką wader, gdyby nie było na niej rogów. Chociaż te zdarzenie i tak sprawiło, że straciły na chwilę kontakt ze światem. A w tym czasie jeleń dawno już się oddalił, cudem zachowując swe kruche życie. Bo przecież już prawie go miały! 
– AaAH! – szarpnęły się nagle, wstając z powrotem na nogi.
I jeszcze raz, kiedy dotarło do nich, w jak idiotycznej znalazły się sytuacji.
I jeszcze raz, mocniej.
Parsknęły, żeby pozbyć się frustracji i kurzu z nozdrzy.
Nagle rozległ się wokół dźwięk dziarsko, żwawo stawianych kroków. Oh, chyba ktoś idzie. 
O nie, ktoś idzie! Szarpnęły się jeszcze kilka pospiesznych razy, jakby to samo, co nie pomogło wcześniej, miałoby nagle pomóc teraz. Cóż za upokorzenie! Chociaż, z drugiej strony ten "ktoś" może okazać się ratunkiem. Zignorowały więc poczucie zażenowania i odczekały jeszcze chwilę, aż najpewniej zaciekawiony widokiem wilka z rogami uwięzionymi w drzewie osobnik, podejdzie jeszcze trochę bliżej.
– Hejjj – zaczęły, starając się dostrzec, z kim mają do czynienia – pomożesz nam jakoś, jeśli ładnie poprosimy? 
Zaśmiały się nerwowo.


<Xeva?>
 
 
Słowa: 570 = 33 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics