Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karwiela i Antoni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karwiela i Antoni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 września 2021

Od Karwieli CD. Antoniego

Karwiela truchtem przemierzała pogrążony w ciszy las. Nie była jednak tak nieodpowiedzialna, by się zbyt mocno forsować, dlatego obrała idealne tempo. Takie, które pozwala na rozgrzanie, ale zbyt szybko nie pozbawia sił. A na tym jej zależało, wiedziała bowiem że nie jest w najlepszej formie i do wygranej w zawodach potrzebny jest jej odpowiedni rozkład energii. A miała ogromną ochotę wygrać, w końcu taka okazja nie zdarza się na co dzień! Już dawno nie poszerzała swojej i tak imponującej kolekcji biżuterii i miała niemałą chrapkę na nowe, pachnące świeżością kolczyki. Zastanawiała się czy handlarz mógłby ją wyrolować, ale szybko odrzuciła taką możliwość. Umowa to umowa, po co mieliby bawić się w polowanie, gdyby basior od początku nie zamierzał zejść z ceny? A jeżeli nawet to zrobi to cóż, zachowa 200 łusek na przyszłość, na pewno się nie zmarnują. Ostatecznie doprowadzi do wypełnienia ustalonych warunków siłą.  
Tak podniesiona na duchu mijała nieregularne rzędy drzew slalomem, z nastawionymi czujnie uszami, z nosem niemal przy ziemi i skrzydłami płaszcza miarowo obijającymi się o boki. Ciemność już niemal całkowicie zapanowała nad kładącym się do snu borem, którego co chwilę owiewał chłodny powiew, zapowiadający rychłą zmianę pogody. Wadera wiedziała, że ma jeszcze trochę czasu zanim śnieżyca nawiedzi zasypiający las, lecz już zaczęła rozglądać się za potencjalną kryjówką. Gdyby śnieg zastał ją bez schronienia w jej obecnym stanie, mogłoby się to w najlepszym razie skończyć mocnym wychłodzeniem (gdyby po chwili udało jej się jakieś znaleźć), a w najgorszym mało heroiczną śmiercią. Zawsze mogła też pokryć się metalem, by temu zapobiec, ale starała się tego unikać o ile istniała alternatywa. 
Nie mogła jednak odpuścić sobie całkowitego zrezygnowania z patrzenia także za ewentualnymi śladami czy wietrzenia słabych woni, które rzadko bo rzadko, ale co jakiś czas dolatywały do jej nosa. Żadna z nich nie należała do zająca, więc wilczyca nie poświęcała im już więcej uwagi i dalej szła w las. Niczego innego się zresztą nie spodziewała, wszystkie szaraki pewnie już dawno grzeją zadki w norach, czekając na minięcie śnieżnej nocy. 
W chwili, gdy wdychanie zimnego powietrza w rozgrzane gardło zaczęło jej przeszkadzać, a pierwsze płatki śniegu wirować wokół jej ciała dostrzegła wystającą z ziemi skałę, pod którą widać było niewielką dziurę, a przynajmniej coś, co ją przypominało. Z nadzieją podeszła bliżej i zajrzała do środka, będąc zmuszona do przykucnięcia i włożenia głowę pod wilgotny kamień. A jednak jaskinia! Wąska jak diabli, ale ujdzie. Wejście usytuowane wystarczająco wysoko, by nie zostało całkowicie przysypane, ale nie aż tak, by mógł się dostać do środka śnieg czy wiatr. O ile wejście nie stanowiło problemu (jeżeli uważnie postawi łapy, a nie zeskoczy na chybił trafił i połamie kości), o tyle wyjście może go stanowić. Wnętrze było bowiem dobry metr poniżej otworu na świat, a sklepienie dość nisko, zbyt nisko na wyskakiwanie. Trzeba będzie polegać na sile mięśni. Albo na sile metalu. Tak czy owak, lepsza opcją i tak wydawało się spędzenie nocy pod ziemią, będąc odciętą od przenikliwego wiatru, a wraz z nim padającego coraz gęściej śniegu, który już zdążył cienką warstewką pokryć jej grzbiet. Otrząsnęła się, czując jak zimno promieniuje z mokrej sierści wgłąb jej ciała. Może nawet będzie trochę cieplej, pomimo niezbyt przyjemnej wilgoci, która niewątpliwie polała wnętrze jaskini słabym strumieniem ze swojego szlaufa. 
Karwiela nie zastanawiając się dłużej wślizgnęła się ostrożnie pod kamień i już po chwili stała pewnie na wszystkich czterech łapach na chłodnym, mokrym żwirze, mając otwór tuż nad swoją głową. Westchnęła, słysząc wzmagający się na zewnątrz wiatr i wolnym krokiem podeszła na sam środek schronienia. Normalnie przycupnęłaby przy jakiejś ścianie tak, by nie była wystawiona jak na talerzu, lecz tutaj nie musiała się kierować taką ostrożnością. Z góry i tak nikt jej nie dostrzeże, zwłaszcza jeśli pogoda jeszcze bardziej się popsuje, w środku nie było żadnych tuneli, żadnych dziur, przez które mogliby się wślizgnąć nieproszeni goście. Poza tym nie miała ochoty przylegać ciałem do zimnego, wilgotnego kamienia z innej strony niż brzuch i łapy. 
Ułożyła się najwygodniej jak się tylko dało (mimo tego żwir wbijał jej się nieprzyjemnie tu i ówdzie, ale postanowiła to zignorować), rozciągnęła płaszcz tak, by jak największa część ciała znalazła się pod nim, specjalnie pomijając odwłok, po czym położyła głowę na łapach i zamknęła oczy. Tam, gdzie ciało stykało się z zimnym podłożem pojawiła się metalowa pokrywa, od razu poprawiająca komfort i samopoczucie.
Wadera zastanawiała się czy Antoni również znalazł miejsce, gdzie może przeczekać niesprzyjające warunki i czy udało mu się już złapać jakiegoś zająca. Oby nie. Przeklęta pogoda, wszystkie ślady diabli wezmą! Obiecała sobie, że wyruszy na polowanie z samego rana, bo nawet jeśli niedługo przestanie padać to szaraczki i tak pewnie nie wyściubią nosów ze swoich niecek. Zdobędzie te kolczyki po niższej cenie, nie ma innej opcji.
Tak ukołysana myślą o swoim niechybnym zwycięstwie zasnęła.

<Antoni?>

Słowa: 785= 43 KŁ

piątek, 25 czerwca 2021

Od Antoniego CD. Karwieli

-Pobawmy się więc. - odparł basior. -Kilkadziesiąt mil stąd jest las. Udajmy się tam, a na miejscu wszystko Ci wytłumaczę. 
Wadera wzruszyła ramionami, a następnie kiwnęła głową. Po wyjściu na zewnątrz Karwela popatrzyła w niebo, po czym wróciła się do kryjówki. Wyjęła ze skrzyni kurtkę, którą następnie zarzuciła na plecy i dopiero była gotowa do podróży. Para wilków coraz bardziej oddalała się od źródeł. Dochodziła godzina 17. Na dworze zaczęło się robić coraz ciemniej i chłodniej. Niebo było pokryte śnieżnymi chmurami, a po całym dystrykcie rozprzestrzeniała się mgła. Powoli zanosiło się na śnieżycę. Około godziny 18 dotarli do lasu Darminasa.
-Więc co tutaj robimy? -zapytała Karwela.
-Zapolujemy na zające. Każdy pójdzie w swoją stronę i spotkamy się tutaj o ósmej rano. Jeżeli upolujesz więcej niż ja, to sprzedam ci kolczyki za 100 łusek. Jeżeli nie, to kupisz za 200. Zgoda?
-Zgoda. Szykuj się na przegraną. 
Wadera uśmiechnęła się, po czym poszła w stronę zachodniej części lasu. Antoni postanowił pójść na zachód. Czas mijał, a zwierząt ni widu, ni słychu. Dodatkowo las opanowała całkowita ciemność. 
-Prędzej zrobię salto w tył, niż znajdę nory w nocy, to był głupi pomysł przychodzić tak późno -pomyślał basior. Będzie musiał wyostrzyć zmysły, żeby zdobyć jakiekolwiek punkty.
 Mijały kolejne minuty, a z nieba zaczął pruszyć śnieg. Białowłosy wyostrzył wzrok i zaczął szukać jakiegoś schronienia na pewien czas. Temperatura nie była zbyt niska, a śniegu zbyt wiele, ale pogoda w dystryktach lubi zaskakiwać i w każdej chwili mogła się pogorszyć, a lekkie opady mogły stać się śnieżycą. Mimo grubego i długiego futra Valderijskich wilków hardkorowe temperatury mogą być groźne nawet dla nich, a co dopiero dla mieszańców i innych ras. Po krótkich poszukiwaniach basior znalazł małą jaskinię w skale porośniętej przez zimowy mech. Wszedł do niej i rozpalił prowizoryczne ognisko. Postanowił poczekać i zobaczyć co będzie dalej z pogodą i dopiero przy poprawie kontynuować polowanie. Miał tylko nadzieję, że Karwela w razie czego również znajdzie schronienie.

<Karwielo?>
 
Słowa: 318 = 20 łusek

środa, 17 marca 2021

Od Karwieli CD. Antoniego

Gorąca para znienacka uderzyła Karwielę w pysk, powodując natychmiastowe przymknięcie powiek i gwałtowne odrzucenie głowy do tyłu, z towarzyszącym im niezadowolonym parsknięciem. Leżała tuż przy brzegu jednego z większych gorących źródeł, czerpiąc przyjemność z unoszącego się w powietrzu ciepła, którego w ostatnim czasie bardziej niż zwykle zaczęło jej brakować. Od niedawna właściwie to tylko ono pozwalało jej na normalną egzystencję, bez konieczności uciekania się do takich środków jak hibernacja, za co była cholernie wdzięczna swojej ogromnej inteligencji, dzięki której wybrała najcieplejsze miejsce w całym Królestwie jako lokację dla  swojej jaskini. 
Tak się bowiem zdarzyło, że podczas poszukiwań śladów bytności koloni Sulverr Białych nieświadomie wkroczyła na terytorium Sępisk, które swoją gościnność okazały w formie ataku całą grupą na nieprzygotowaną waderę, która co prawda wgryzła się tu i tam, powyrywała parę płatów skóry pokrytej długimi, czarnymi piórami oraz zatopiła kilka razy kolec jadowy w ciałach wrogów, lecz sama wyszła z tej nieprzyjemnej przygody z głębokimi ugryzieniami na karku i grzbiecie, a także krwawiącymi rysami na pysku. W efekcie musiała spędzić trochę czasu pod okiem medyka, a jak w końcu pozwolił jej wrócić do siebie (gdyby mogła zrobiłaby to od razu i jednocześnie zaoszczędziłaby biednemu lekarzowi nerwów) była zmuszona do o wiele mniejszej aktywności, by dobrze wyleczyć rany. Teraz po ugryzieniach pozostały tylko blizny, które w większości powinny w przyszłości zniknąć, lecz przez całe to zamieszanie nie miała okazji spożyć żadnego napoju, który przez dobre kilkanaście dni pozwalałby jej ciału na nieodczuwanie zimna, ponieważ najzwyczajniej w świecie skończyły jej się zapasy. Gdyby doszło do takiej sytuacji w normalnych okolicznościach, nie sprawiłoby jej to najmniejszego problemu, ponieważ jad krążący w jej ciele ma właściwości rozgrzewające, które skutecznie chronią przez mrozem Królestwa. Jednak przez spowodowaną dużą ilością utraty krwi słabość kondycja wadery uległa pogorszeniu i ucierpiała na tym również jej zdolność do przetrwania w tak nieprzyjaznych warunkach jakie zapewniała Kraina Wiecznie Skuta Lodem. I choć wadera wręcz umierała ze znudzenia oraz irytacji, że jakieś durne ptaszyska śmiały ją zaatakować całym stadem, przez co uniemożliwiły jej wykonywanie ukochanego zawodu, a co za tym idzie- zarabianie pieniędzy, wiedziała że nie może wyściubić nosa poza granicę Gorących Źródeł, bowiem w kilka minut mogła by nabawić się hipotermii. A z tego etapu do śmierci nie jest tak daleko, prawda? Leżała więc nad wodnymi zbiornikami, przeklinając na głos Sępiska, polowała na spragnione odrobiny ciepła zwierzęta i trenowała tyle ile mogła, powracając do formy sprzed niemiłej przygody. Teraz zaś niecierpliwie czekała na godzinę, w której przybędzie handlarz wraz z upragnionymi przez jej ciało ziołami- składnikami mikstury dającej organizmowi ciepło, za wiedzę o której sporo niegdyś zapłaciła.
Pozwoliła sobie opaść całkowicie w objęcia wysokich traw, głowę kierując ku niebu, którego błękit przesłonięty był białą, falującą delikatnie zasłoną pary i oczami wębiegając poza jej granice, co chwilę uciekając nimi ku słońcu. Czyżby nadszedł już czas? 
W momencie poderwała się na nogi, mrucząc cicho pod nosem, gdy jej kark nieprzyjemnie zaszczypał w proteście, po czym otrzepała się z ziemi i trawy, marszcząc pysk kiedy tylko odwracał się w stronę źródła, które chuchało na waderę swym gorącym oddechem. Kiedy doprowadziła się do porządku ruszyła energicznym krokiem do swojej jaskini, którą dzięki okresowi rekowalescencji wzbogaciła o parę użytecznych i przy tym ładnych elementów, takie jak na przykład zakrywający wejście dobrze skrojony, długi kawałek ciemnozłotego materiału czy zakupione tygodnie wcześniej małe skrzynki, w które powkładała swoją bogatą kolekcję biżuterii, zabezpieczając je przed kradzieżą poprzez sprawdzony mechanizm, który w razie otwarcia wieczka wstrzykiwał złodziejowi dawkę środka paraliżującego.
W przelocie złapała zapinaną na piersi torbę, do której jednak zapomniała wrzucić łuski, ostatni raz przed wyjściem rozejrzała się po zaciemnionym pomieszczeniu, po czym ponownie przestąpiła próg i niespiesznie ruszyła w kierunku miejsca, gdzie miał czekać handlarz z tak bardzo wyczekiwanymi przez nią ingrediencjami. Z każdym krokiem humor jej się poprawiał, pysk przyozdobiony wywołaną przez czekanie irytacją wygładzał, a myśli wybiegały w przyszłość, wyobrażając sobie jak jutro, a może już za kilka godzin wyjdzie poza granice Źródeł i w końcu rozprostuje nogi. Wszystko to sprawiło, że zupełnie zapomniała o przykrościach dni spędzonych na powrocie do zdrowia i z głową w chmurach pokonała całą, niezbyt długą wędrówkę. Nie zauważyła nawet jak z jej lekko otwartego pyska zaczęło wydobywać się ciche mruczenie które, gdyby nie kiepska zdolność Karwieli do śpiewania (co za kłamstwa!!!), można by podpiąć pod etykietkę "nucenie". 
Do świata rzeczywistego powróciła dopiero, gdy w powietrzu poczuła woń obcego basiora, przeplatającą się z zapachami ziół i typową mieszanką charakterystyczną dla tych żyjących w Centrum. Szybko otrząsnęła się z zamyślenia, zamilkła i obrzuciła siedzącego na kamieniu obcego handlarza o turkusowych oczach uważnym spojrzeniem od góry do dołu. Wyprostowała się, ciesząc się z wyraźnej różnicy wzrostu (co z tego, że basior siedział i zaraz pewnie wstanie, dołączając do grona osób nad nią górujących, niech wadera w końcu popatrzy sobie na kogoś z góry), podwinęła lekko odwłok i z wielkopańską dostojnością (a tak przynajmniej jej się zdawało) skinęła głową w geście powitania, na co obcy odpowiedział uprzejmie tym samym, jednocześnie wstając i sięgając ku swojej torbie.
-Dzień dobry. Pani... Karwiela z rodu Skārpiyō?- zaczął, wyciagając kartkę ze zleceniem i szukając wzrokiem godności wadery.
-We własnej osobie.- potwierdziła z dumnym uśmiechem.
-Zamówiony towar: zioło Bertary, Mawistulusa, Facultis Lukrecjo, Najgonki, Volsyto, Zielenicy Brunatnej, Zielenicy Leśnej i Polnej oraz Gozkorry. Wszystko się zgadza?- wilczyca z uwagą wsłuchiwała się w wymieniane rośliny z zadowolonym wyrazem pyska, a gdy handlarz skończył skinęła głową, wyobrażając sobie jak obiera i łączy wszystkie składniki z zakupionym jeszcze wcześniej nie do końca legalnym syropem od zaufanego maga...
-Owszem. Ile jestem winna?
-25 Łusek.- sięgnęła do swojej torby w poszukiwaniu pieniędzy, lecz po kiludziesięciosekundowych, bezskutecznych poszukiwaniach jak przez mgłę przypomniała sobie, że roztargnięta zapomniała włożyć tam kasę.
-Niech to szlag.- warknęła zawstydzona i zwróciła się do zaskoczonego tym małym wybuchem basiora.- Bardzo pana przepraszam, ale zostawiłam zapłatę w swojej jaskini. Mógłby pan udać się tam razem ze mną, żeby czasu nie tracić? To niedaleko.
-No... Dobrze, niech pani prowadzi.- odparł lekko zdezorientowany, ale nie zirytowany. Karwiela, nie tracąc czasu ruszyła szybkim krokiem z powrotem, nie oglądając się na handlarza, czy idzie czy nie, tylko przeklinając w myślach swój brak profesjonalizmu. Basior podążył za nią, trzymając się kilka kroków w tyle.
Droga zaiste była krótka, bowiem już zaledwie parę minut później oboje stanęli przed wejściem do królestwa Karwieli, dobrze ukrytego w gęstej trawie.
-Proszę zaczekać.- rzuciła, po czym zniknęła za ciemnozłotym materiałem i w pośpiechu dopadła do drewnianej szafki, w której trzymała pieniądze. Skrzywiła się na widok niezbyt ogromnej sumy, lecz zaraz na myśl przyszły jej zioła, które powinny umożliwić szybki powrót do pracy. Na szczęście narażanie życia było w Królestwie dobrze płatne, więc za niedługo ponownie będzie mogła sobie poużywać.
-Proszę i przepraszam za kłopot.- powiedziała, wychodząc i wręczając basiorowi odpowiednią sumę, jednocześnie odbierając zapakowane w woreczki zioła. Już miała zacząć pożegnania, gdy jej wzrok przykuł pomarańczowy blask z otwartej torby handlarza. 
-Mogę spytać co trzyma pan w torbie?- zapytała zaciekawiona, próbując ukradkiem podpatrzeć zawartość na własną łapę. Basior bez słowa sięgnął ku przyczynie jej zainteresowania i wyciągnął małą, drewnianą szkatułkę.
-Towar na sprzedaż.- rzucił niby od niechcenia, lecz z błyskiem w oku, po czym ukazał waderze wnętrze pojemniczka zapełnione biżuterią. Karwieli zaświeciły się oczy na widok tak pięknych cacuszek, jednak zachowała wyraz uprzejmej ciekawości i przekrzywiła głowę.
-Ile za te kolczyki?- spytała, udając obojętność.
-200 łusek.
-Ile?! Toż to rozbój w biały dzień!
-Jeżeli nie odpowiada pani cena to niech pani nie kupuje.- odparł spokojnie, powoli chowając szkatułkę do torby i czekając na bardzo przewidywalną reakcję. Nie pomylił się. 
-Niech pan poczeka.- Karwiela przeklęła w myślach swoje uzależnienie od ładnych świecidełek i zirytowana wykrzywiła pysk.- Dam 120 łusek. 
-Powtarzam, że cena wynosi 200.
-140 i nie więcej.- warknęła, przypominając sobie stan swojego portfela.
-Proponuję 175.- odrzekł spokojnie handlarz.
-A niech diabli wezmą pańskie 175! 160 to moje ostatnio słowo!- machnęła odwłokiem zeźlona na siebie za wzięcie misji, która skończyła się w znany już sposób, za Sepiska, które odcięły ją od dopływu gotówki, za zamiłowanie do bizuterii, za za wysoką według niej cenę oraz za irytujący spokój basiora, który jakby wiedział, że trzyma ją pod ścianą i wpatrywała się w jego oczy z taką intensywnością, że mało brakowało, a zacząłby lecieć z nich dym. Wiedziała, że pewnie robi z siebie pośmiewisko, ale nie przejęła się tym za bardzo, zbyt pochłonięta przez ducha rywalizacji. 
Nie może przegrać.

<Antoni? Wreszcie się doczekałeś xD>


Ilość słów: 1371 = 88 KŁ

piątek, 8 stycznia 2021

Od Antoniego


 1 dzień po zameldowaniu się w Zajeździe Pod Maciągowym Okiem, godzina 9 rano.
 
Basior spał wyjątkowo dobrze tej nocy. Nie był przyzwyczajony do spania w miękkim łożu. Zazwyczaj spał w śpiworze na chłodnym podłożu pod liściastym zadaszeniem lub w jaskiniach z rozpalonym dodatkowo ogniskiem. Tym razem spał na wygodnym, miękkim i skórzanym łożu w ciepłym pomieszczeniu. Było to ciekawe uczucie. Można by było rzec, że czuł się w nim wyjątkowo bezpiecznie i komfortowo. Musiał się do tego uczucia prędzej czy później przyzwyczaić. Przetarł oczy i usiadł na posłaniu. Myślał o tym jak to fajnie byłoby założyć własny sklep w centrum, żeby klienci sami do niego przychodzili, a nie on musiał wędrować do nich. Wtedy zawód kupca byłby idealny. Niestety nie było go jeszcze stać na takie luksusy, musiał się trochę rozkręcić. Po piętnastu minutach siedzenia postanowił się w końcu podnieść i wypakować swoje rzeczy, gdyż poprzedniej nocy dotarł do zajazdu dosyć późno i od razu po kolacji położył się spać. Rozejrzał się po pokoju. Był to mały pokoik dla gości, niezbyt umeblowany. W środku stało tylko łóżko, komoda, szafa oraz biurko, na którym stała lampa olejna, a obok niego stało krzesło. Podłoga była drewniana, a ściany kamienne. Na ścianach znajdowały się pochodnie. Antoni podszedł do swojej torby i wyciągnął z niej kolekcje kamieni. Były to małe, ładnie opakowane fragmenty różnych skał. Wśród nich znajdowały się między innymi agaty, obsydiany śnieżne, jakieś ametysty, topazy, turkusy, kilka bursztynów i tym podobne, a następnie poukładał je na biurku obok lampy, żeby błyszczały. Następnie z torby powyciągał różne błyszczące rzeczy, w tym naszyjniki i schował je pod łoże. Na końcu wyciągnął z torby księgi zaklęć, kucharskie, zielarskie i zwykłe z opowiadaniami, które poukładał na szafie. Pokój został zagospodarowany. Wilk ponownie usiadł, rozglądnął się i westchnął. Chciał mieć kiedyś gdzieś własny, prywatny pokój, a nie tylko wynajmowany. Po kolejnej, dłuższej chwili poczuł zapach kurczaka. Było to śniadanie, które gotowała służba zajazdu. Basior wyszedł z pokoju i poszedł do łaźni się przemyć. Łaźnia była specjalnym, okrytym pomieszczeniem. Znajdował się w nim płytki basen, a dookoła niego pełno ziołowych płynów do kąpieli zapakowanych w fiolki i szklane pojemniki przypominające słoiki. Z końca pomieszczenia do basenu wpływał wodospad płynący gdzieś ze ściany. Po wymyciu się i wysuszeniu udał się do jadalni. Usiadł przy stole i zamówił kurczaka, który mu tak wcześniej zapachniał, oraz nektar. Podczas konsumpcji kątem oka dostrzegł, że jakiś zakapturzony wilk w rogu jadalni się na niego patrzy i odwraca wzrok, gdy tylko odwzajemnia mu spojrzenie. Basior zignorował go i dokończył posiłek. Po śniadaniu wstał od stołu i udał się do swojego pokoju po torbę. Gdy basior miał już opuścić zajazd, podszedł do niego wilk w kapturze, który wcześniej go obserwował. Przekazał mu list. Było to zamówienie na mieszankę kolorowych ziół, które basior miał dostarczyć do gorących źródeł. Antoni wzruszył ramionami i bez pytania udał się na rynek. W końcu praca to praca. Tego dnia była dosyć ładna pogoda. Mimo lekkiego zachmurzenia i braku widoczności słońca było bardzo ciepło. Dlatego też tego dnia był w centrum dosyć spory ruch, oraz wiele otwartych targowisk. Antoni udał się do handlarza ziołami. Kupił ich kilka rodzajów, a następnie wymieszał i spakował do skórzanej torby. Kupił też trochę jedzenia od sąsiedniego sklepikarza. Po takim przygotowaniu był gotowy na wyprawę.
Około godziny 16 był już na miejscu. Na szczęście Dystrykt 1 nie był oddalony od centrum tak bardzo jak np. 4. Gdyby nie to, musiałby wyruszyć dopiero nazajutrz rano, ponieważ w nocy jest niebezpiecznie, a temperatura mocno spada. Basior usiadł na kamieniu, zdjął torbę z pleców i czekał na klienta. Po paru sekundach usłyszał cichy śpiew i ujrzał tajemniczą postać, wyłaniająca się z oparów gorącej wody.

< Ktoś coś?
Tak wiem, pod koniec zabrakło mi weny, zrypany dziś jestem ;-; >
 

Słowa: 604 = 35 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics