Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Asmoday. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xeva i Asmoday. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2024

Od Xevy, CD. Asmoday

 - Nie możesz tak robić, Xevo - odpadła Perir, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na towarzyszkę.
Siedziała na podłodze na pięterku domu Teneriski. Od kiedy piegowata pomogła jej się zejść z ukochaną, widywały się od czasu do czasu. Perir określiłaby ją mianem dobrej koleżanki, może nawet przyjaciółki. Xeva była bardzo specyficzną osobą, ale, o dziwo, dogadywały się dobrze mimo różnicy charakterów - szara wilczyca była spokojna, ułożona i wiodła standardowe, można wręcz powiedzieć, że nudne życie, a Xeva... cóż, była Xevą. Może to prawda, że przeciwieństwa się przyciągają.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Pył unoszący się w powietrzu nieco przysłaniał jej widok, ale wciąż mogła dostrzec rozgrzebane łóżko, trzcinowe plecionki leżące bez ładu i składu na komodzie oraz zarysy niewielkiego drzewka w doniczce stojącego w kącie. Nie to jednak przyciągało jej największą uwagę - pod brązowymi plamami... czegoś, nawet nie chciała wiedzieć czego (chociaż metaliczny zapach unoszący się w pokoju podpowiadał, co mogło dawać takie plamy) krył się tajemniczy symbol narysowany białą kredą. 
Kiedyś zapytała o to przyjaciółkę, a ta odpowiedziała, że narysowane figury geometryczne służą do przeprowadzania rytuałów związanych z jej wiarą. Perir nie do końca wiedziała, czy rozumie, ale wychodziła z założenia, że sprawy Xevy to sprawy Xevy i póki nie robi ona nikomu innemu krzywdy, to nie ma się czym przejmować. 
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie, burza śnieżna mnie zaskoczyła - burknęła Xeva, zanim chwyciła magią młotek. Trzęsące się w powietrzu narzędzie powoli podleciało do gwoździ utrzymujących deski, którymi zabite było wybite okno. Teneriska przygryzła język, próbując umiejscowić główkę gwoździa między zębami młotka. Perir patrzyła z uniesionymi brwiami na starania przyjaciółki. 
- Aha! - krzyknęła piegowata, podskoczyła i zawiesiła się na trzonku narzędzia. Stanęła na parapecie, jedna łapa chwilowo jej się ześlizgnęła, po czym opierając się przednimi kończynami o ścianę, zaczęła odginać gwóźdź w swoją stronę.
- Wiesz, wydaje mi się, że wilki nie powinny... Umieć tak robić - westchnęła skrzydlata. - Daj, pomogę ci
- Nhie! - wybełkotała różowooka. Ugryzła rączkę mocniej, a po chwili rozległ się brzęk metalu o podłogę. - Ja sobie sama poradzę.
- Dobrze, dobrze - odparła szara, unosząc przednią łapę, obok której potoczył się gwóźdź. - Tylko nie połam sobie zębów.
Podciągnęła róg szaty, który ześlizgnął się z jej grzbietu i leżał w kurzu. Otrzepała go starannie.
- Wiesz, że ten wilk mógł zrobić ci krzywdę?
- Tak, ale co zrobić miałam? Zamarznąć mogłam, to lepiej ryzykować było - odparła bezwiednie Xeva. Odłamała z trzaskiem deskę zakrywającą okno. - A tak to okna mogę przynajmniej wymienić.
Perir podrapała się za uchem.
- Nie wiem, jakoś brzmi to podejrzanie - odparła Torus. - Szczególnie że wie, gdzie mieszkasz.
- Ty za dużo się martwisz Perir - uśmiechnęła się piegowata. - Dobrze będzie, mnie się nic nie stanie.
Zapadła chwila milczenia.  Teneriska z uporem walczyła z zabitym oknem. Zawiał przeraźliwie zimny wiatr. Skrzydlata nastroszyła pióra i opatuliła się szczelniej szatą. 
- Może ja wstawię tę szybkę, co? - zapytała, patrząc, jak szkło drży na podłodze, gdy druga wadera próbowała podnieść je magią. 
- Chyba tak... - odpowiedziała po chwili. - Chyba to pomysł dobry.
Odpuściła. 
- To ja je trzymam, a ty przymocuj - nakazała szara, bez wysiłku unosząc szybę. 
- Na Teneris! -wrzasnęła nagle Xeva. Torus podskoczyła i na milisekundę puściła magię. Okno poszybowało w dół, ale wilczyca w ostatniej chwili je złapała i umieściła powoli na podłodze.
- Xeva, do cholery! - krzyknęła gniewnie. - Prawie je rozbi...
- To on! - różowooka odwróciła się z uśmiechem na pysku. - Stoi przed bramą!
Zanim Perir zdążyła podejść do dziury w ścianie, usłyszała skrzypienie starych zawiasów, a potem kroki na żwirowej ścieżce prowadzącej do drzwi zaniedbanego mieszkania.

<Asmoday?>
Słowa:563

środa, 19 kwietnia 2023

Od Asmodaya CD. Xevy

Asmoday utkwił w bezruchu, nie do końca wiedząc, jak zachować się w tak nietypowej dla niego sytuacji. Jego całe ciało zostało wręcz sparaliżowane, przez pół nocy wstrzymywał oddech i wbijał wzrok w jeden punkt, zszokowany całą sytuacją. Kotik raz po raz uśmiechała się, gdy jej wzrok lądował na czarnym basiorze, który bardziej przypominał marmurową statuę niż żywą istotę. Przez długi czas tkwili w ciszy, nie do końca pewni czy mogą rozmawiać. Ostatecznie nie znali zagubionej wadery i nie mogli mieć pewności, że ich nie podsłuchuje. Jednak z czasem stawali się coraz bardziej rozluźnieni, ich pewność rosła równolegle z głośnością chrapania ich gościa.
- Lubisz się ostatnio zabawiać w damę w opałach?- wypaliła w końcu Kotik.
- Proszę?
- Nie umknęło moim uszom to, że cię porwano. Po raz kolejny- w jasnych ślepiach zatańczyła iskierka rozbawienia.
- Podoba mi się taka forma rozrywki, czysto rekreacyjnie. Mam powód, by użyć agresji i nie sprowadzić tym na siebie problemów- samiec wzruszył ramionami, na jego pysku zakwitł delikatny uśmiech.
- I na pewno nie ma to żadnego związku z tym, że w każdą z tych sytuacji zamieszany byli Krwiści- mruknęła ironicznie.
Jej uśmiech powiększył się, gdy została zmierzona zirytowanym spojrzeniem czerwonych ślepi.
- Nie patrz tak na mnie, moja praca wymaga ode mnie tego, bym wiedziała wszystko, co się dzieje w Królestwie- machnęła od niechcenia łapą.
- A czy jesteś w stanie to obrócić i sprawić, by Królestwo nie wiedziało nic?- basior spoważniał, rzucając pytanie w ciemność.
- Co masz na myśli?
- Odpowiadasz za przepływ informacji w Królestwie. Czy jesteś w stanie go zatrzymać? Albo, chociaż na moment wstrzymać.
Wadera wytrzeszczyła oczy, w pokoju zapanowała cisza, przerywana jedynie strzelaniem płomieni i odgłosami wciąż szalejącej za oknami zamieci.
- To podchodziłoby pod zdradę stanu, Asmoday.
- Twoje życie jest chyba warte więcej niż honor. Chyba że się mylę- zamruczał wilk.
Nic w jego zachowaniu się nie zmieniło. Wciąż stał bez ruchu, z pustym wyrazem na dziwnym pysku, nawet ton jego głosu nie uległ zmianie. Jednak wciąż jego słowa sprawiły, że Kotik poczuła się, jakby na jej szyi zacisnęła się pętla.


Pusty dźwięk pazurów uderzających o kość rozległ się po pomieszczeniu, a razem z nim jęk niezadowolenia ogromnego basiora. Kotik natychmiast zerwała się z miejsca, podążając za spłoszoną waderą i tym samym stając między swoimi gośćmi. Drzwi chatki stanęły otworem, zimne powietrze wtargnęło do środka z małą zaspą śniegu. Asmoday również zerwał się z miejsca i pomógł gospodarzowi wciągnąć ich zbłąkanego gościa z powrotem do ciepłego wnętrza. Wadera wyglądała na zmieszaną i przerażoną, jej oddech był płytki i szybki, jednak nie z powodu zimna czy rozwijającej się w jej płucach choroby.
- Shh, shhh- szeptała Kotik, gładząc ją po grzbiecie.
- Co się stało?- zapytał Asmoday.
- Ko-koszmar- zająknęła się Xeva, jej pełne paniki oczy nerwowo przeskakiwały między wilkami.
Basior westchnął.
- Wyprawa ci widocznie nie służy. Jeśli pozwolisz, odprowadzę cię do domu- wyciągnął łapę i z wahaniem pogładził waderę po głowie ciężką łapą.
- Oh- wilczyca zamarła na chwilę.- Ja dziękuję, Panie Asmoday. Tylko to daleko jest.
Kotik spojrzała na niego podejrzliwie, próbując rozszyfrować czego wilk chciał od odkrywczyni.
- Nie stanowi to żadnego problemu. Jestem pewien, że masz dużo historii do opowiedzenia.
Wadera uśmiechnęła się wesoło, jakby cały strach i niepokój, który męczył ją jeszcze kilka minut temu nagle zniknął. Zachichotała, energicznie kiwając głową.

Asmoday jęknął, chcąc położyć się na zimnym śniegu i zakopać się pod grunt na co najmniej kilka miesięcy. Odkąd odpuścili chatkę Kotik, Xeva nie przestawała mówić i skakać wokół niego. Był pewien, że jej głos wyrył się już w jego mózgu i gdziekolwiek by nie uciekł, wciąż słyszałby jej słowa dźwięczące w jego uszach. Nie miał zielonego pojęcia skąd wytrzasnęła tyle energii, by przez dobre kilka godzin nieustannie trajkotać, nie dając sobie nawet minuty odpoczynku. Dawno nie był tak wyczerpany przez interakcję z innym wilkiem, chociaż było w tym coś odświeżającego. Wadera nie zwracała uwagi na jego wygląd, nie płaszczyła się pod jego spojrzeniem. Był przyzwyczajony do oceniających wzroków, do tego, że wilki instynktownie przechodziły na drugi koniec ulicy kiedy spacerował po miastach. Nawet kiedy nie odczuwały przy nim strachu, wyrażały jasne obrzydzenie jego obecnością. Jednak szczebiocząca przy nim wadera całkowicie ignorowała to, jaką energię roztaczał wokół siebie. Była do tego pocieszna i przyjemna, promieniowała ciepłem, które sprawiało, że chciało mu się rzygać.
Straszliwie przypominała mu Arashi, powodując, że co chwila musiał od siebie odpędzać urywki dawnych wspomnień, które dawno odrzucił w zapomnienie. Widział w oczach Xevy tę samą życzliwość i miłość do otaczającego ją świata. Tę samą, którą sam zgasił.
- Wszystko w porządku, Panie Asmoday?- usłyszał gdzieś z boku, nieco głośniejszym tonem.
Dopiero sobie uświadomił, że od dłuższej chwili stał w miejscu, zagubiony we własnych myślach.
- Hm? Tak, jak najbardziej.
Jego wzrok wrócił do wadery, która skierowała się w stronę jednego ze stojących w alejce domków. Był biały i niewielki, bardziej przypominał ruinę niż coś, w czym ktoś rzeczywiście mógł mieszkać. Tynk odpadał od ścian, odsłaniając starą, odbarwioną cegłę, okna na drugim piętrze były wybite. Za rozsypanym i krzywym płotem krył się niewielki ogródek, całkowicie porośnięty chwastami i wysoką trawą.
- To tu- powiedziała, jednak poprzedni entuzjazm opuścił jej głos.
Na swój sposób unikała również wzroku basiora, jakby wstydziła się tego, co kryje się za jej plecami. Nie spieszyła się również z otwieraniem drzwi, przysiadając na progu niskich schodków. Asmoday odchrząknął, po czym zaczął w milczeniu przyglądać się stojącej przed nim chatce. W końcu wyciągnął sakiewkę pełną łusek i rzucił ją przed siebie. Sakiewka wylądowała pod łapami wadery z brzękiem.
- Jeśli się rozchorujesz, na pewno wystarczy na leki- oznajmił.
Wilczyca zamarła, wbijając wzrok w sakiewkę. Patrzyła na nią tak, jakby w życiu nie widziała takiej sumy.
- Nie mogę- zająknęła się, odtrącając od siebie sakiewkę.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz z nich korzystać. Ale nie zamierzam ich zabierać, więc będą tu leżeć- rzucił pewnie.
Xeva skinęła głową, po czym przysunęła pieniądze bliżej w stronę basiora, jakby oczekiwała, że jednak je zabierze. Basior nawet nie spojrzał na skórzany woreczek, uparcie tkwiąc w miejscu.
- Dziękuję za wszystko, Panie Asmoday. W tej zamieci stracić życie mogłam- wadera uśmiechnęła się, w jej oczach zabłyszczała wdzięczność.
Podniosła się i rzuciła się basiorowi na szyję. Wilk stał bez ruchu, na jego skórze pojawiło się dziwne obślizgłe uczucie, którego chciał jak najszybciej się pozbyć. Odsunął się nagle, uciekając z objęć wilczycy, po czym otrząsnął się, jakby z odrazą.
- Miło było poznać- skinął głową, obdarzając odkrywczynię lekkim uśmiechem.
Nie dał jej szansy na pożegnanie się, rozpływając się w powietrzu i zostawiając po sobie tylko smugę cienia.


<Xeva?>

Słowa: 1062

niedziela, 19 marca 2023

Od Xevy, CD. Asmodaya

 Potrzebowała tego snu, jej organizm błagał o chwilę wytchnienia. Zmęczone wielodniową podróżą mięśnie wreszcie się rozluźniły, płuca zmuszone do wdychania mroźnego powietrza zwolniły swoją pracę, a mózg - jeszcze przed chwilą tak przejęty krytyczną sytuacją, w której znalazła się jego właścicielka - pozwolił jej zapomnieć o troskach, zsyłając przyjemne sny o ciepłej, zielonej Teneris. Och, jak ona tęskniła za tropikalnym słońcem muskającym jej ciemne futro, zapachem mokrej ziemi i dziką radością, która ją wypełniała, gdy pędziła między zaroślami, wdychając rześkie, przepełnione magią powietrze. 
We śnie wróciła do nocy spędzonych z rodziną przy ognisku, podczas których patrzyła ponad linię drzew, na horyzont, na którym rozlewało się od czasu do czasu jasne światło. Ojciec mówił, że to błyskawice z Latającego Archipelagu. Czasami jej o nim opowiadał. Twierdził, że magia jest tam tak silna, że potrafiła rozerwać wyspę na pół.
,,Wiesz, kiedyś zawędrują nad ich wyspę i wyrwą ją z korzeniami w górę, tam daleko, pod chmury...", opowiadał jej, gdy wtulała się w sierść na jego szyi. 
,,Przecież my wtedy umrzemy! Nie możemy żyć pod chmurami, tato", wykrzyknęła mała Xeva, a jej siostra spojrzała na basiora wielkimi oczami. Zaśmiał się cicho.
,,Nie macie się czego bać. To będzie dawno po śmierci mojej, waszej i waszych dzieci", pocieszał ją. ,,To tylko przepowiednia. Nie martw się, nasza Teneris na razie nigdzie się nie rusza", po czym mierzwił jej włosy na głowie łapą. ,,Dalej możecie po niej biegać. Chociaż byłoby miło, gdybyś mniej przeszkadzała mamie, Xevo".
Starsza z waderek obróciła się, spoglądając na swoją rodzicielkę. Leżała kilka metrów dalej, ale patrzyła chłodno w ich stronę. Nic nie powiedziała. 
Mimo zapewnień ojca Xeva często z niepokojem wypatrywała tajemniczych, odległych błysków. Trudno jej było sobie wyobrazić, że gdzieś tam, daleko, jest zupełnie inny świat, świat, który rozsadziłby ją w momencie, w którym postawiłaby na nim łapę - a tym bardziej, że ten świat kiedyś pożre jej dom.
Teraz właśnie one jej się śniły - razem z tornadem pełnym pomarańczowych jaszczurek, w które wpadła. Nie do końca wiedziała, jak była w stanie je dostrzec, wirując i rzucając się na boki, ale sny rządziły się swoimi prawami. Szukała swoimi oczami tajemniczych błysków, każdy z nich przywoływał bowiem nowe wspomnienie. Pierwsze polowanie, pierwszy taniec... Wąż...
Nagle  powietrze ustało. Jaszczurki zatrzymały się w przedziwnych pozycjach. Xeva, tkwiąc w stagnacyjnej przestrzeni do góry nogami. Rozejrzała z lewa na prawo.
Przeszył ją zimny, powolny dreszcz.
Para mlecznobiałych, pustych i zimnych oczu wpatrywała się w nią bez ruchu. 
Świat się zakrzywił, a dźwięk zajaśniał. Próbowała się ruszyć. Poczuła, jak pękają jej mięśnie. Szumiało jej w uszach, bębenki wywracały się na drugą stronę. Coś się do niej zbliżało, próbowało ją opleść.
A oczy były coraz bliżej.
Nieczułe na jej panikę, nieczułe na jej desperacką walkę.
Coraz większe i większe.
Coraz mniej dzieliło ją od śmierci, która tkwiła w ich bladej pustce.

Obudziła się z krzykiem. Ześliznęła się z ramienia Asmo i upadła na ziemię. Zaczęła wierzgać nogami, próbując się podnieść. 
- Co do... - warknął basior, pochylając się nad nią. Nie był w stanie uskoczyć, przed gwałtownym kopnięciem. Xeva, nie patrząc na rozcierającego sobie głowę wilka, zerwała się na równe nogi. 
To nie był pierwszy raz, nie. Widziała już te oczy w innym śnie... I wtedy, w odbiciu na szkle lampy, gdy szła z Amertine przez tunele. Widziała je, jak zderzyła się z Hauro, czuła ich obecność w nocy i wtedy, gdy spała z Lys i Tin w wydrążonym pniu. 
To nie był pierwszy raz.
O boże, to nie był pierwszy raz.
Rzuciła się do drzwi. Otworzyła je z rozmachem, a wiatr cisnął nimi o ścianę. Stanęła na zlodowaciałym progu. Koc, który oplótł się wokół jej ciała, rzucał się gwałtownie w powietrzu, a jej szeroko otwarte oczy i zmierzwiona sierść nadawały wilczycy obłąkańczy widok.
Nic tam nie stało.
,,Czy ja to sobie ubzdurałam?", zapytała sama siebie, w szoku wpatrując się w pustą uliczkę przed wejściem do domu, gdy Kotik oraz kopnięty basior próbowali wciągnąć ją do środka, mówiąc coś o omamach, gorączce i zapaleniu płuc. 
Na Rakazuth, przecież... Przecież to nie był pierwszy raz...

Drzwi się zamknęły.
Wyłoniło się zza rogu i stanęło na środku uliczki, jego mlecznobiałe oczy spoczęły w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą tkwiły różowe ślepia wadery. 
Czekało tam bez ruchu całą noc.

<Panie Asmo?>
Słowa: 695 = 40 KŁ

czwartek, 23 lutego 2023

Od Asmodaya CD. Xevy

Pacjent nr. ■■■■■. Dorosła samica Malisabis. 

Pacjentka zgłosiła się ze złamaniem nogi i siniakach na całym ciele. 
Wpływ leczenia: Ogromna poprawa całej aktywności komórek; całkowite wyleczenie wszystkich ran. Złamana kość zrosła się w tydzień.
Skutki uboczne: Zdobyte zdolności widzenia w ciemnościach; może wykonywać zadania w całkowitej ciemności za pomocą słuchu i dotyku.
Uwagi: Próbka odmówiła wszelkich operacji przed zażyciem serum. Mogło mieć to wpływ na szybkość leczenia. 

Streszczenie: Serum może stymulować potencjał biologiczny u badanych.

Nie było słychać nic poza wściekłą burzą śnieżną szalejącą na zewnątrz, bielą odbijającą się od szklanych okien. Nawet trzaskający ogień w otwartym palenisku był zagłuszany wyciem wiatru i jękami chłodu, tak gwałtownych w swojej furii, jakby osobiście go w jakiś sposób rozgniewała. Jak długo trwała zamieć? Określenie pory dnia było wręcz niemożliwe w mroku burzy pokrywającej cały świat bezwzględną bielą. Ogień pod jej łapami zaczynał dogasać, ostatnie kłody zabarwiły się czernią od sadzy i szarością od popiołu. Mamrotała do siebie i do cholernego wiatru, który nie pozwalał jej zasnąć. Zeskoczyła z wygodnego fotela, karmiąc płomienie wyschniętymi i gotowymi na opał jodłowymi konarami. Ogromny, czarny demon siedzący w rogu pokoju ziewnął, ostre jak sztylety zębiska zabłyszczały, jego intensywnie szkarłatne oczy śledziły jej każdy ruch. 
- Nie musisz się tak na mnie patrzeć, wiesz. Gdyby coś miało się stać, już by się stało- przemówiła w końcu. 
Ogromne cielsko podniosło się, stare deski zajęczały pod ciężarem łap basiora. Jego czerwone spojrzenie było jedyną widoczną częścią jego postaci w otaczających go cieniach. Jeszcze raz zmierzył waderę wzrokiem. Jej ciało wyglądało całkowicie naturalnie, nawet noga, która niedawno została przebita przez jej własną kość wyglądała nienagannie. Szare futro już całkowicie zakryło odsłonioną wcześniej skórę.  
- Jeśli cokolwiek się wydarzy, poczujesz ból czy cokolwiek odbiegającego od normy, skontaktuj się ze mną najszybciej jak to możliwe, Kotik- rzucił basior.
Nie planowała go powstrzymać, wiedziała, że byłoby to marnowanie czasu i energii. Skinęła głową, próbując ukryć zawód, który wykwitł na jej pysku. Wskakując na swój fotel, opatuliła się grubym, wełnianym szalem, szykując się na nadbiegający chłód.
Basior odsunął grubą deskę podtrzymująca wejście, po czym otworzył drewniane drzwi, pozwalając by wyślizgnęły się z ramy, gdy ciężki śnieg uderzył w nie od zewnętrznej strony. Uderzył w niego mroźny wiatr, siejąc śmierć w domku, podczas gdy płomienie tańczyły za nim, rzucając długie, tańczące zjawy na ceglane ściany. Chłód nadszedł jak grzmot, uderzając w podłogę i kładąc zimną warstwę śniegu na jego łapy, zadrżał całym domem. Samiec wyszedł za próg, niewzruszony zimnem i zatrzasnął za sobą drzwi. Ekstremalne warunki pogodowe nie stanowiły dla niego problemu, tym bardziej że wcale nie było tak daleko z laboratorium. Słońce świeci. Zamiecie przechodzą. Wilki umierają. Takie było po prostu życie.
Szedł niewzruszony przed siebie, wpatrując się w mrok i ciemności i śniegu, wszystko zalane czernią i szarością. Linia drzew iglastych otaczających domek stanowiła jedynie niewyraźne, fantazmatyczne kształty rodem z horrorów. I wśród okropnego odbicia zachmurzonego nieba majaczał poruszający się cień. 

════ ⋆★⋆ ════

Przechylił łeb, wpatrując się w wilczycę, która praktycznie wlazła mu pod nogi. Jej ciało pokrywała brązowa sierść, całkowicie obklejona śniegiem i soplami lodu. Trzęsła się jak każdy normalny wilk, który stawiał czoło zimowym wiatrom, z ustami zabarwionymi na ciemnoniebiesko od zimna. Gdy uniosła wzrok i ujrzała przed sobą basiora, nagle zamarła, a blask w jej oczach jakby zgasł. Asmoday obdarzył waderę szerokim uśmiechem, szczerząc ostre kły. 
- Wybacz za zaskoczenie, nie mam złych zamiarów- zapewnił spokojnym głosem.- Jedynie zauważyłem, że zbłądziłaś.
Wilczyca otworzyła pysk, jakby starała się coś powiedzieć, jednak jej zęby szczękały tak mocno, że ostatecznie znowu go zatrzasnęła. Zamiast tego jedynie energicznie pokiwała głową. 
- Może chcesz wejść do środka?
Kolejne energiczne pokiwanie głową. 
Tyle wystarczyło?
Rozumiał, że sytuacja wadery była tragiczna. Była uwięziona praktycznie na lodowym pustkowiu, nie wiedząc, w którą stronę się skierować, z zakrwawionymi bandażami na łapach i niemal na skraju wychłodzenia. Nie chciał jednak pokazać, że jej reakcja zbiła go z tropu, więc zamiast tego obdarzył ją kolejnym uśmiechem, po czym pokierował w stronę chatki, którą niedawno opuścił. Starał się osłaniać ją od ostrego, mrożącego wiatru, trzymając ją w cieniu swojego ciała. Wilczyca sama przyległa do niego, zapewne wyszukując ciepła i więcej ochrony od zamieci. 
Zatrzymali się na betonowych schodkach, po czym ogromna łapa uderzyła kilka razy w poranione śniegiem drzwi. Zaledwie kilka sekund później, drzwi stanęły przed nimi otworem, a biała wilczyca przywitała ich z szerokim uśmiechem.
- Jednak nabrałeś rozumu...- zaczęła, po czym nagle zacięła się, gdy dostrzegła waderę przyklejoną do boku samca.- Oh, ojej! Wchodźcie, proszę. 
Zbłąkany wędrowiec wtoczył się do ciepłej chatki i od razu podbiegł do palącego się ogniska. Drzwi zatrzasnęły się, gdy Asmoday pchnął je zadem i przysiadł, blokując wyjście. Kotik już kręciła się przy zmrożonej waderze, opatulając ją milionem kocyków i dorzucając kłody do ognia. 
Po zamieceniu części śniegu, który został pozostawiony na drodze od drzwi, podała im dwie filiżanki ostrej herbaty z miodem, z posmakiem korzenia imbiru i suszonych ziół. Niedługo potem goszczona przez nich wadera przestała się trząść, trzymając w łapach dymiący kubek. Jej skóra znowu przybrała zdrowego koloru i śnieg rozpuścił się na jej sierści, dzięki czemu w końcu przypominała bardziej wilka niż ducha. 
- Ja dziękuję- powiedziała w końcu, choć jej głos dalej trząsł się od zimna. 
- Ależ skarbie, nie ma za co dziękować- zaszczebiotała Kotik. 
- Co robiłaś na zewnątrz w taką pogodę?- Spytał Asmoday, starając się by jego głos zabrzmiał jak zmartwiony.
- Z wyprawy wracałam- odparła wadera.- Xeva jestem. 
Samica wyciągnęła łapę w stronę basiora, jakby sama nie wiedząc, czy dobrze zrobiła. Czarny wilk uśmiechnął się i delikatnie uścisnął wyciągniętą w jego stronę łapę. 
- Asmoday- przedstawił się, po czym spojrzał na ich gospodynię.- A to Kotik.
Kotik uśmiechnęła się, podczas gdy Asmoday mocniej ścisnął łapę Xevy i wbił wzrok w jej bandaże. Były przemoczone, zakrwawione, pokryte brudem i ziemią. Skrzywił się, po czym uśmiechnął się do wilczycy.
- Jeśli pozwolisz, zmienię bandaże. Przeczekamy tu zamieć- zamruczał leniwie.
- Ja dziękuję, panie Asmoday. Taki uprzejmy Pan jest- wadera odwzajemniła jego uśmiech, jej ogon wesoło uderzał w drewniane deski, na których siedziała. 
Wyciągając apteczkę z kuchni, zdjął bandaże i przemył rany. Jej kończyna pokryta była małymi nacięciami, na tyle głębokimi, by puścić krew, lecz nie na tyle, by wyrządzić poważniejszą krzywdę. Nie zadawał pytań, opatrywał różne rany i już dawno przestał się interesować ich pochodzeniem. Gdy wszystko zostało dokładnie wyczyszczone, obwiązał jej łapy świeżym bandażem. Xeva bardzo szybko poczuła się bezpiecznie w ich towarzystwie i w pewnym momencie nagle zasnęła na jego ramieniu, pewnie z wymęczenia. 
- Myślisz, że jest głupia?- zapytał Asmoday, wędrując wzrokiem między waderą śpiącą na jego ramieniu, a Kotik.
Malisabis wzruszył ramionami. 

<Xeva?>

Słowa: 1070 = 74 KŁ

poniedziałek, 20 lutego 2023

Od Xevy do Asmodaya

 To był mroźny wieczór. Królestwo Północy ponownie ukazało swoje prawdziwe oblicze, smagając zimnym wiatrem każdego, kto śmiał wychylić nos zza progu. Ciskało kryształami zmrożonej wody w ich oczy i odsłanianą przez dzikie podmuchy skórę, dźgając, gryząc i szczypiąc, dopóki jego ofiara nie schroniła się pod dachem lub nie uległa morderczym temperaturom. Kraina Wiecznie Skuta Lodem zwróciła się przeciw swoim mieszkańcom, nękając bezdomnych i podróżników, nieuważnych i pechowców. 
A także jedną, samotną odkrywczynię podpadającą pod tę ostatnią kategorię.
Xeva wlokła się łapa za łapą po ulicach Centrum. Szła prawie na oślep, ogłuszona przez wiatr ciskający jej w pysk ostre kryształki lodu. Miała donieść dokumentację swojej ostatniej podróży do gabinetu odkrywców - taki były zalecenia jej przełożonych - ale już dawno pogodziła się z tym, że nie wypełni oczekiwań szefostwa tego dnia. Śnieżyca zaskoczyła ją jeszcze na szlaku. Zanim doszłaby do biura, burza rozpętałaby się już na dobre. 
Miała wrażenie, że całe jej ciało zmieniło się w sopel. Mięśnie były sztywne, a każdy krok bolał, nie mówiąc już o tym, że raz po raz potykała się to o własne łapy, to o bloki zamarzniętego błota wiecznie pokrywającego ulice Centrum. Głośno przeklinała, próbując odzyskać swoją równowagę, jednak huczący żywioł zagłuszał jej słowa. Miała wrażenie, że starła sobie poduszki na stopach aż do żywego mięsa. Z każdym krokiem czuła, jak przeszywają je igiełki bólu - zupełnie, jakby stąpała po potłuczonym szkle. Nie pomagał jej też fakt, że jej przedramiona zdobiły dwie długie rany ukryte pod przemoczonymi bandażami. 
Po co ona to zrobiła? Dlaczego pomyślała, że odprawienie rytuału przed wyprawą będzie dobrym pomysłem? Cóż, może dlatego, że zawsze tak robiła... No i nie czuła się za dobrze, a modlitwa jej w tym pomagała. Teraz jednak jej samopoczuciu daleko było do radości. Ba, miała wrażenie, że jej skóra płonie wzdłuż cięć, które z każdym metrem robią się coraz głębsze. Koniec końców wyszło na jedno. 
I tak było okropnie.
Przełknęła ślinę. Nie wiedziała, gdzie jest. Musiała spojrzeć, mimo że trudno jej było wytrzymać nawet z zamkniętymi oczami. Desperacko potrzebowała punktu odniesienia. Nie potrafiła się odnaleźć bez swojego węchu i wzroku. Zebrała się w końcu w sobie, przygotowując się mentalnie na ból, po czym rozchyliła powieki.
Wszystko wyglądało tak samo. 
Momentalnie pożałowała swojej decyzji. Zimno przeszyło jej nieruchome ciało, a rozszalały wiatr zaatakował jej ślepia, wgryzając się w powieki, zmieniając jakikolwiek ślad wilgoci w mroźną taflę. Zadrżała tak gwałtownie, że omal nie upadła. Złapała jednak równowagę, walcząc ze zmęczeniem i nagłą chęcią położenia się na bruku. ,,Nie przesadzaj, do cholery", powiedziała sobie w myślach, próbując zdusić w sobie poczucie absolutnego nieszczęścia. ,,Dlaczego to zawsze ja muszę pakować się w tak chujowe sytuacje? Pierdolona zima, pierdolony śnieg, pierdoleni odkrywcy...", wyklinała w myślach, zbaczając z kursu w stronę bocznej uliczki. ,,A teraz jeszcze się zgubiłam!".
Marzyła tylko o jednym - ułożyć się przed swoim kominkiem, zawinięta w skóry, sącząc ciepły napar z ziół. Właściwie to była pewna, że każde inne miejsce na kontynencie było lepsze, niż to, w którym się teraz znajdowała. Nawet wizja przebywania na Latających Wyspach wydawała się być bardziej zachęcająca.
Weszła między dwa wysokie budynki, które swoimi mocnymi ścianami ograniczały nieco morderczy wicher. W końcu mogła wziąć głębszy oddech, który nie zmieniał tyłu jej gardła w palące lodowisko. Dyszała ciężko, próbując pozbierać myśli. Poprawiła oblodzony kaptur na długich uszach i otworzyła oczy, chcąc się zorientować w swoim położeniu.
Zamarła.
Przed nią stał wysoki, postawny basior. Wyglądał niczym rzeźba z ciemnego marmuru, nieczuła na morderczą pogodę. Jasna czaszka na jego pysku zlewała się z zaspami śniegu w tle, iluzjonistycznie pozbawiając go głowy. 
Waderę przeszył zupełnie inny rodzaj zimna. Nagle zapomniała o popękanych opuszkach łap i zmarźniętym nosie, o lodowych strąkach obciążających futro i o ranach na łapach. Poczuła, jak jej mięśnie szyi instynktownie próbują unieść posklejane soplami włosy na karku. Mimowolnie złapała telekinezą za rękojeść sztyletu przytwierdzonego pasem do uda. Czekała, albowiem jej najbardziej prymitywne instynkty nie pozwalały na zrobienie pierwszego ruchu. 

~*~

Zadrżało. Nie z zimna. Nie czuło zimna od dawna.
Pełzło, szło, leciało pod budynkiem. Płatki śniegu przenikały masę mięsa, przelewającą się powoli do przodu. 
Nagle przyspieszyło.
Pogalopowało do przodu, bijąc skrzydłami, lewitując nad zmarźniętą ulicą, uderzając kopytami o kocie łby. Zatrzymało się u wejścia do bocznej uliczki, tuż za Teneriską. Mogło jej dotknąć. Za wcześnie.
Obróciło powoli głowę w stronę basiora. Wpatrywało się w niego mlecznymi oczami, oblizując powieki szerokim językiem przebijającym się przez kość nosową. Nie mógł go widzieć, wiedziało o tym. Ona jednak mogła. Nie, było jeszcze za wcześnie. Za wcześnie na taką bliskość. Nie mogło jej jednak zostawić samej z nim.
Wiedziało, czuło.
Zostało.

<Panie Asmoday?>

Słowa: 747 = 33 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics