Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treningi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treningi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 kwietnia 2023

Od Vallieany - Trening XI, cz. I

 Relacja Vallieany i jej znajomej, Tarilii, wpisywała się w kanon tych relacji, które po prostu były. Nie było zbyt wielu opcji aby tę relację rozwinąć, gdyż obie wadery zawsze były zabiegane i zwyczajnie się mijały. Z drugiej strony przy takiej dynamice nie musiały się wcale obawiać, że ze względu na małą ilość spędzonego wspólnie czasu kiedyś zrobi się między nimi niezręcznie. Nigdy nie miały ani wspólnych znajomych, ani zainteresowań. Jedna była zielarką, podczas gdy druga trudziła się ratownictwem medycznym, a jednak wspólne tematy zawsze wpadały i śmiało można powiedzieć, że to im odpowiadało. Istniała między nimi jakaś nić wzajemnego zaufania, która wzięła się w zasadzie znikąd ale sprawdzała się, szczególnie, jeśli jedna z nich potrzebowała pomocy i potrzebowała jej nagle. Jakoś tak to działało od zawsze.
– Nie przejmuj się, Valli, moje dzieciaki są grzeczne i nie sprawiają problemów. Poważnie, będziecie się super bawić.
Głos Tarilii był zdecydowany i pewny, co było dokładną odwrotnością tego, co czuła Zerdinka. No, może nie dokładną, gdyż Vallieana miała już styczność z dzieciakami i mniej więcej rozumiała “z czym to się je”, jednak w pozytywnym nastawieniu ciemnookiej wadery było coś, co przytłaczało. Chyba to opiekunki zazwyczaj przekonywały zmartwionych rodziców, że “będziemy się super bawić [..] nic się nie martw”, a nie na odwrót. Mimo to, już się zgodziła, więc nie zamierzała narzekać.
– Pewnie, że tak – zapewniła, odwzajemniając uśmiech znajomej – I wy też bawcie się dobrze. 
– Oj będziemy. Lloyd coś zaplanował i nie mogę się doczekać – Tarila przestąpiła z łapy na łapę, sięgając wzrokiem zamkniętych drzwi na podwórze, za którymi wspomniany basior organizował renifera. Ekscytacja i zauroczenie wręcz ulatywały jej uszami i wznosiły pod sufit, nadając jej wygląd niesfornej nastolatki, a nie odpowiedzialnej matki i partnerki. 
Gdy Lloyd wrócił do mieszkania, wadery wymieniły ostatnie wskazówki i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. W końcu rodzice pożegnali się ze swoimi pociechami, następnie z Vallieaną i wyszli, zostawiając piątkę samą ze sobą. 
Zerdinka i czwórka szczeniąt, które ledwo znała.
“I duch.”
No i duch. 
Dwie waderki i jeden basior, wszystkie białe w brązowe ciapy, urodziły się w jednym miocie. Dwójka miała ciemne oczy - to byli Beva i Caen - a tylko jedna samiczka jasne - Kali. Był jeszcze ich młodszy brat będący idealną kopią matki, ciemnobrązowy z brunatnymi ślepkami, który nazywał się Kell.
Gdy Tarila i Lloyd wyjeżdżali, szczeniaki dopiero co zdążyły wstać z łóżek, więc rozsądnym było zaczęcie dnia od jakiegoś śniadania. Z polecenia ich matki padło na rybę. 
– Nie lubię ryby – zamarudziło najmłodsze ze szczeniąt, siadając do kuchennego stołu. 
– Mieszkasz w porcie i nie lubisz ryb? – łagodny ton wadery wtopił się w przestrzeń i rozbił naturalny ruch cząsteczek powietrza płynących w tym złocistym świetle, które wpadało do środka od strony linii morza.
Drewniane pomieszczenie było w kącie budynku i na dwóch jego ścianach znajdowały się duże okna, przysłonięte błękitnymi zasłonami, obleczonymi teraz nieskromnie w światło wschodzącej gwiazdy. Pod nimi zaś stały szafki służące do przygotowywania posiłków. Z pozoru przy wykonywaniu tej czynności mogły zawadzać ilości szklanych, ozdobnych słoiczków pełnych przypraw i ziół, a także ceramiczne figurki, których fanem był Lloyd, jednak o dziwo zajmowały mniej przestrzeni, niż mogło się wydawać. W rogu kuchni znajdował się otwór w ziemi pełniący funkcję składzika, a na samym środku stał spory stół, przy którym teraz siedziały szczenięta. Za nim był otwarty łuk w ścianie, prowadzący do równie jasnego salonu.
– Nie lubię.
– Zgoda, to znajdziemy coś innego – uśmiechnęła się w odpowiedzi, nawet nie próbując wchodzić w konflikt z młodziakiem już na samym początku znajomości.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Vallieana spotkała się z tą czwórką, jednak do tej pory nie wymienili ze sobą więcej zdań niż błyskawiczne przedstawienie się sobie, po którym Tarila wyciągnęła swoją znajomą na kolejną “ważną eskapadę” i tyle zostało z akcji zapoznawczej. Poza tym w tamtym momencie Kell był zaledwie oseskiem, który dopiero co otworzył oczy, zaś pozostała trójka była zajęta szarpaniem zabawki, na której odreagowywali świeżo wychodzące zęby. Nie mieli czasu na takie głupoty, jak obce wilki w ich domu.
Vallieana otworzyła schowek na mięso i wybrała maluchowi resztki zająca, które wydawały się być wystarczająco świeże, by mógł je zjeść. Sprawnie obrobiła tuszę ze skóry, rozdrobniła posiłek na mniejsze fragmenty i podstawiła mu pod nos, przy tym zabierając talerz z rybą.
– Może być? – rzuciła przyjaźnie.
Kell kiwnął żwawo głową i zaraz wepchnął pyszczek w mały stos mięsa. Pozostała trójka beztrosko przerzucała sobie między talerzami rybie łby, nie mogąc usiedzieć chwili bez wygłupów, całkowicie nieprzejęci obecnością wadery. 
“Niczego im nie powiesz?”
Uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła nieśpiesznie wycierać blat z pomocą szmatki. Co takiego mogałby im powiedzieć?
“Ja na przykład urwałbym im nogi za brak poszanowania do jedzenia”
W tej samej chwili zza jej pleców wyrwał się cichy pisk, a zaraz za nim warkot, więc szybko się obróciła. Przygotowana na wszystko, odetchnęła, widząc że to tylko Caen złapał Bevę za ucho, a w odwecie za siostrę Kali zacisnęła zęby na jego ogonie. Ta ostatnia odpuściła jako pierwsza, widząc mrożące spojrzenie Zerdinki i puściła speszona, a za nią podążyła reszta. Tylko najmłodsze z rodzeństwa dalej babrało się w krwawej zbitce swojego śniadania.
 – Skończyliście jeść? – spytała zielarka, a jej głos zabrzmiał bardziej niecierpliwie, niż zamierzała. Szczenięta nie miały pojęcia, że wynikało to jedynie z nagłego wyrzutu adrenaliny spowodowanego piskiem Bevy, więc spojrzały po sobie, po czym kiwnęły łebkami w milczeniu.
– W porządku… To co chcielibyście robić?
Znów ta sama wymiana spojrzeń, lecz nim ktokolwiek zdążył się odezwać, najmłodszy szczeniak najwyraźniej uznał że się najadł, gdyż odszedł od stołu, a za jego nieporadnymi łapkami pozostały tylko drobne plamy krwi na kamiennej podłodze, zresztą całe brunatne futerko szczeniaka było w niej ubrudzone, więc Valli szybko go przechwyciła, łapiąc ostrożnie za kark. Posadziła dzieciaka na blacie, by móc nieco je oczyścić i tylko rzuciła do pozostałych:
– Zastanówcie się. Mamy ładną pogodę, więc możemy wyjść na zewnątrz. 
Szczenięta za plecami wilczycy spojrzały po sobie, lecz żadne się nie odezwało. Dała im więc czas do namysłu. Sama złapała telekinezą za czystą ściereczkę powieszoną dotychczas na jednej ze ścian, zwilżyła ją w misie z wodą i delikatnymi ruchami ścierała krew z ciemnego futerka, należącego do najmłodszego ze szczeniąt, które na zmianę się oblizywało i krzywiło. Dopiero gdy opiekunka przeszła do mycia jego łapek, Kell przyglądał jej się z ciekawością. W tym samym czasie reszta młodzieży zaczęła coś między sobą mamrotać. Dopiero po chwili waderka o jasnych oczach podniosła się od blatu i zaczęła sprzątać po śniadaniu, a zaraz potem dołączyła do niej reszta ekipy. Gdy Vallieana skoczyła z Kellem, kuchnia była czysta, a szczeniaki przeniosły się do salonu. Pozostała dwójka w końcu do nich dołączyła. 
– I co, wymyśliliście coś? – rzuciła Zerdinka, uśmiechając się do wilcząt usadzonych na kanapie z niedźwiedziego futra. 
– Możemy iść na plac zabaw? – bąknęła Beva. 
– Jasne, że możemy. 
Wszystkie cztery ogonki poszły w ruch z ekscytacji, a pary oczu wesoło zalśniły
– Jeden jest tuż przy świątyni, prawda? 
Szczeniaki kiwnęły zgodnie. 
– No to idziemy – wilczyca machnęła głową na drzwi wyjściowe, a trzy wesołe kulki poderwały się bez konieczności powtarzania polecenia – Tylko cały czas trzymajcie się blisko mnie, żebym was widziała, jasne? 
– Jasne, jasne! 
Cała piątka wyszła z mieszkania. Vallieana zamknęła drzwi na klucz i podążyła za szczeniętami, które cały czas były dwa metry przed nią - cała trójka oprócz Kella, który trzymał się bliżej jedynej dorosłej. Szli chodnikiem i rozglądali się po okolicy, ciesząc pogodą i słonym powietrzem mierzwiącym sierść. Ciepły poranek był jakby przykrywką dla następnych wydarzeń, na które Vallieana nigdy nie miała okazji się przygotować. 


Słowa:1221

czwartek, 30 marca 2023

Od Wenusa - Trening VIII

Wenus prychnął. Jego wyprawa odbywała się samotnie tym wyjątkowym razem. Szukał bowiem ładnego prezentu dla siostry bliźniaczki, która pewnie szukała takowego dla niego. Przemierzał sobie zaśnieżone błonia jakiegoś odludzia. Nie wiedział dokładnie co może się jej spodobać, ale obrał sobie za cel pobliskie jaskinie. Może jakiś kamień, równie piękny co oni. Przejście przez spore połacie zajmie mu chwilę. Już i tak musiał wyruszyć z samego ranka. Jego krótkie łapki pozwalały jedynie na powolny bieg. Przeklinał odrobinę swoje niewielkie gabaryty, jednak nie zaprzeczał też, że miały swoje zalety. Słodkość jest taka niedocenianym narzędziem zbrodni. W końcu kto posądzi niewinne szczenię o masowe morderstwo? W każdym razie Wenusowi nie to aktualnie siedziało w głowie. Zastanawiał się intensywnie co może znaleźć w jaskiniach. Tuptał po śniegu, na szczęście niezbyt lepkim, gdyż zimno odrobinę go utwardziło. Mimo to zostawiał za sobą niewielki ślad łapek wielkości małego króliczka. Powoli, rozglądając się z uwagą, szedł. Jego krok stawał się coraz to bardziej melodyjny, współgrając z jego umysłem, który był zadowolony z pojawiających się w nim wizji. Siostrzyczka trzymała w nich kamyk, który znajdzie, ucieszona z jego piękna. W końcu oboje lubili swoje błyskotki, kto by nie lubił? Droga dłużyła mu się, a był ledwie w połowie. Przejrzyste niebo błyszczało się błękitami nieskażone nawet jedną chmurką. Nie zapowiadało się na deszcz, ale gdzieś w oddali pojawił się cichy szum. Muff zatrzymał się wsłuchując w ten dźwięk. Może często udawał takiego niewzruszonego, ale przeciwko bestii miał niewielkie szanse, prawda? W końcu co może półtorej roczny dzieciak przeciwko wielkiemu niedźwiedziowi. Ale nic się nie działo. Szum był jednolity, kojący można powiedzieć. Szczenię ruszyło dalej. Szybko zrozumiało, że zmierza w kierunku tego dźwięku. Zaskoczony pomyślał, że to może być gniazdo jednych z tych lotnych parszywców przypominających pszczółki. Tylko nie tak łagodnych. Miał nadzieję, że to nie była prawda. W obrębie jego wzroku pojawiły się już wejścia do jaskiń, nadal oddalone, ale widoczne. Przyglądając się tak, nie widział żadnego gniazda. Wspiął się na niewielki pagórek, który dla niego był wzgórzem. Jeszcze nie górą, ale przy szczycie mało nie zjechał na tyłku w dół, potykając się o własne łapy w tym śniegu. Wstał szybko i otrzepał się. Jego oko spostrzegło, że niedaleko płynie nic innego jak rzeka. Szumiała i rwała się niezbyt intensywnie, smagając brzegi chłodną wodą. „Jednak czasami jestem idiotą.” Pomyślał. Pomylić dźwięki orzeźwienia z potworami było szczytem wszystkiego. Chcąc przyspieszyć sobie podróż przysiadł, podwijając ogon pod siebie i oplatając go przednimi łapami. Zjechał z pagórka bez najmniejszego problemu. Jego masa była niewielka, więc i ten wyczyn nie sprawił, że maluch zakopał się w zaspach. Na dole wstał otrzepując się porządnie z zebranego na sierści śniegu. Ledwo skończył zrozumiał coś o czym wcześniej nawet nie pomyślał. Na jego drodze stała rzeka. Szeroka rzeka. Głęboka, a on nie umie pływać. Przynajmniej nie za dobrze. Przysiadł sobie kawałek od brzegu cmokając. Dla dorosłego wilka, może to był ledwie niewielki, nieco wartki strumień. Wenus przypuszczał, że przekroczyli by go ze średnim trudem, mocząc się, ale utrzymując grzbiety ponad wodą. Jednak nie dla niego. To nie była sprawa prosta. Nie miał czasu obejść tego miejsca na około. Jeden dzień. Tylko tyle dostał od mamy, a i spędzenie nocy na zewnątrz nie będzie najlepszą opcją. Pokręcił głową. Potarł brodę łapą. Podrapał się po uchu. Zamlaskał niezadowolony. Co zrobić? Na jego drodze do szczęścia stało nic innego jak woda. Silny i nieprzewidywalny żywioł. Wokół żadnego mostu, zero kładek, żadnego znaku życia, poza… jakimś namiotem. Wyglądał jednak na zdewastowany przez czas. Wenus powoli podszedł do miejsca, w którym leżało rozwalone obozowisko. Zacmokał. Tanina namiotu była nienaruszona. To tylko belki wewnątrz poddały się zapadając do wnętrza.
—Można by…— zastanowił się. Pochwycił materiał w zęby i wyjął go spod śniegu. Naszarpał się przy tym, jednak mu się udało. Po chwili już rwał i splatał to znalezisko w prymitywny most. Na jego wagę odpowiedni. Przywiązał go telekinezą do krzaka po drugiej stronie i kamienia po swojej. Lina balansowała niewiele ponad nurtem. Niepewny szczeniak wszedł na swój twór. Ten zachwiał się niebezpiecznie. Wenus przełknął ślinę, jednak nie zamierzał się poddać. Co to, to nie! Znajdzie prezent dla siostry. Balansując nad zagładą dla jego małego ciała powoli sunął na drugą stronę.
Udało mu się. Drogę miał wolną, ale wrócić postanowił już inną drogą. Gdzieś pewnie jest most. Wyruszył, znaleźć kamień dla siostry!

Nagroda: 5 punktów inteligencji

piątek, 17 lutego 2023

Od Asmodaya, Trening XIII, cz. II

"Leave me alone" the wounded whispered.
"See, I can't do that. You happen to play a big part in my current job. I can't let you bleed out" Katori remarked.
"Are you a bounty hunter?" the younger raised his head, looking at his tormentor.
Golden eyes flashed, as Katori cocked his head. He wasn't massive or imposing, but his presence still seemed overwhelming. He was an average-sized wolf, with beige, thick fur that sometimes taking on shades of gray. His specialty was that, apart from his eyes, he was unremarkable. He was not mighty, he had no distinguishing features, no scars, nothing that made him stand out from other wolves. Therefore, he was the perfect match for his job. Inconspicuous, discreet, able to blend in with the crowd. He worked in this profession for years and was satisfied with his work. Of course, he had a hard time dealing with the remorse at first, but over time he got used to the blood on his hands, it helped that everyone he was chasing were criminals, terrible wolves. He was not afraid of his profession, just as he was not afraid of taking responsibility for it.
"Something has to pay the bills."
"You never learn, now do you?" the young wolf hissed.
"What do you mean by that?" the male frowned, cocking his head in consternation.
"The bounty hunters have been chasing me for weeks, and all they've found is death" the wolf lowered his voice, a subtle threat hanging in the air, thickening the atmosphere in the room.
"And now look at you, peak of health" Katori teased, then smiled, pleased with his little joke.
"My current condition is a result of my own will. Why would I let myself get suddenly caught when I was so good at hiding in the shadows? In fact, you can just let me die here." The young wolf said in a voice that sounded like the wheezing of a vanishing soul.
Katori shivered, overwhelmed with a sensation as if a cool breeze passed through him. He looked at the cub. The young wolf just stared at the ceiling. It had a calm expression on its face, as if it had just told him its age, there was no emotion or implication. He didn't even sense sadness in his words, which was simply terrifying. What must have happened in this pup's life if he was ready to die at such a young age?
"Sure, you can die. But not before I hand you over to my client. I don't want anyone dying in my house, it's bad luck" the older wolf shrugged.
He looked into the younger wolf's eyes again, it didn’t even feel like there was something alive there. Supposing it was late at night instead of a brisk early morning, he would have thought it was a ghost or a hallucination. Why did he even try? It's not like the injured will repay him in some way. He probably won't even thank him for saving its life. Not to mention that the pup was his target, he was supposed to kill him, not take care of him. Was it his buried conscience? In fact, it was the first time he had met such a young wolf as his bounty. Maybe some fucking maternal instinct kicked in?
"You don't have to cooperate, I really don't feel like babysitting a criminal" Katori sighed.
Wendigo looked at the elder wolf and fell silent for a moment.
"That's bold. Aren't you a criminal yourself?"
"Bounty hunters act as an extension of justice" the elder wolf grunted, as if the words were etched into him, and he was extremely bored with them.
"Not when they kill outside their jurisdiction."
Katori frowned, wondering if that was a bluff or an actual threat. He might have problems if it turned out that he was taking orders from the underworld, and that he had literally become the same garbage he was officially exterminating.
"I know who you are, Albatross."
Surprise flickered across his face at first, when the cub's words reached his ears. But he was not fooled, and in the twinkling of an eye he returned to his cool indifference. What if his prisoner knew a little too much? He had no actual power anyway. The whole underground was after him, partly the whole Kingdom as well, though on paper they still did not know his identity. Either way, wherever he spread that info, he would be met with mockery. He posed no real threat, he could say whatever he wanted and no one would believe him.
He blinked a few times, then sniffled and looked at his prisoner with disappointment in his eyes. The pup seemed to understand that his words had no real effect or shock value, and disappointment crossed his face as well, amusingly quickly replacing the flash of satisfaction. They stood in awkward silence for a few moments.
"Well, that didn't work out. Do you want some coffee? Tea, perhaps?" Katori returned to the kitchen, taking a can of fresh cream.
No reply.
"So, how did you become the most coveted morsel in the underground at such a young age?"
No reply to this either.
"How do you know about me? No one knows, so you must have been watching me for a long time; and you were good enough at it that I didn't even realize. That begs the question, did you know I had a contract regarding your capture?"
As expected, no reply.
He felt like he was having a conversation with a wind fairy. A character from a picture book, who unexpectedly visited his house on a peaceful morning. That is, if the wind fairy was a bully covered in blood and a wanted criminal.
Katori poured the coffee into two cups and added cream. He took his sweet time stirring it, watching the steam. Then he noticed, that come to think of it, there was no sign of anyone in the next room. No audible breathing. No indication of death in the air. His prisoner was certainly unable to escape on his own, so after one deep breath, golden eyed peeked out the doorway.
The young wolf was crawling towards the front door. If its legs had been able to move, it would have walked out, but it did not seem to have recovered that much strength. He was crawling on the floor, awkwardly and clumsily creeping forward. Luckily, this time there was no trail of smeared blood. After feeling the elder wolf's piercing gaze on its neck, he stopped. The pup turned his head and donned a resigned, yet mocking smile.
"You don’t want me to die while I’m in this house, do you? If that’s the case, then if I leave the house, you’re irrelevant. No need to help. No need to think or worry. Just stand and watch" he blurted out.
"Don't abuse my good attitude. I won't hesitate if you give me a reason to hurt you. "
The cub shrugged, then resumed moving forward. Katori watched as he sipped his coffee. The young wolf’s progress was slow and pathetic. He took another drink of the coffee. The pup continued without hesitation, it no longer even looked at him.
Albatross sighed, finally moving. The pup tried to speed up, when he sensed a movement behind him.
It muttered something dissatisfied under its breath as its tormentor grabbed it again by the skin on his back and began to drag him deeper into the house. Resigned, he didn't even try to break free, he just accepted his fate. Katori threw the cub on the mattress, then looked at him, wondering how to deal with the whole situation. Suddenly, a brilliant idea dawned on him. Pulling out leather ropes, he wrapped the delinquent, tied his paws together and then knotted the ends to the metal bed fixtures. Then, he raised pillows, to give his prisoner at least a small sense of comfort, replaced the quilt with a new one, and opened the skylight to allow fresh air to reach the room.
"You’ll accept staying like that until the time has come that my client will get here" Katori announced.
Then he looked down at the pup and added.
"Anything you want?"
"My nose is itchy" the young wolf looked at him with increasing resentment in his eyes, whilst squirming and trying to move.
"Well. Sorry to hear that" the elder wolf smiled, then turned on his heel and returned to the kitchen for coffee.
Behind him, the young wolf's torrent of verbal abuse filled the air. The bundles of filthy words that the prisoner was making up exceeded any norms or standards, truly proving his magnanimous creativity. The hut was far enough from civilization that Katori did not have to fear that the prisoner's words would corrupt his neighbors. In fact, even if the pup screamed and cried, no one would hear him.

And that is how Wendigo and Albatross began their strange, brief time living together. 

Słowa: 1508
Nagroda: 15 punktów magii 

piątek, 10 lutego 2023

Od Asmodaya, Trening XIII, cz. I

The bloody remains were thrown on his carpet. Katori looked at the body, then with doubt written on his face turned his head at the two wolves who dragged the corpse into his home. He raised an eyebrow, to which one of the brutes answered him with a shrug.
Dead bodies always seemed to be things strangely exaggerated, but for them, it was something closer to the norm. He couldn't count how many wolves had already fallen from his hand or how many corpses he had seen with his own eyes, probably the same as his current associates. It was not a profession for the faint-hearted, especially when any assignment could cost them their lives as well. 

"What am I supposed to do with that?" he asked, waving his paw suggestively at the corpse lying on the carpet. His expensive, sophisticated beige rug was slowly turning scarlet, and he was losing hope of ever being able to wash it. His heart ached a little, that fucking rug was the most valuable thing he owned. 
"I don't know, I don't care. Just make sure it doesn't run away" one of the thugs mumbled as he headed for the exit, then slammed the door so hard that all the furniture trembled.  
Run away?
He felt like a total idiot, or as if someone had just spit in his face. After a little while, he noticed why those were his orders. The dead body’s chest was feebly rising and falling. Well, then it was not a dead body. It was alive. 
He scanned the body. It was of medium size, as if it belonged to a small wolf or pup, completely covered in night-black fur. It was slightly unnaturally proportioned, as if it had been stretched out, or it has undergone rapid growth and has not had time to expand reasonably. Blood oozed from numerous wounds, which he probably obtained while defending himself against bandits. Bits of fur were missing here and there, revealing sensitive skin of an odd shade. However, by far the strangest thing was the head of a corpse, replaced by a bare skull, that was unlike anything he had ever seen. 
He touched the body with the tip of his paw, nudging it lightly. It was surprisingly light. He didn't really want to do anything about it, he seriously considered simply leaving the wounded wolf on his carpet and letting him bleed to death. He would carry out his order, and at the same time he could relax and use the time freed up in this way. However, this plan had several flaws. He did not know when his client would return, so he could risk spending days or even weeks in one hut with a decomposing body. And if he did that, he'd feel like a bastard. He may have been one of the best bounty hunters in the Kingdom, but he wasn't a coldhearted, unfeeling monster. Still, getting involved felt like a huge pain in the ass. Especially considering who was bleeding out on his carpet. The juvenile was obviously not something the public should have anything to do with. At merely the sight of that creature, a normal wolf would turn on their heel and fleece as far as they could.
He looked at the juvenile, inspecting him from a different angle, and finally sighed heavily. He decided to act and with a bit of luck could save the young wolf's life. This option was also not the best solution, alive and in better condition his little prisoner was more likely to escape, and his main job was to keep him in place after all. He knew who was lying on his rug, and he was aware of the consequences he could face for being part of this whole conspiracy. But it was precisely that risk that got this job into his hands. 

First, he approached the juvenile, then he lifted him off the ground, grabbing the skin on the back of its neck with his teeth. However, he was unable to pick it up completely, so he ended up dragging the half-dead body across the floor, leaving a trail of fresh blood on the wooden panels. After throwing the juvenile on the bed, he quickly inspected his wounds. There were a lot of them, and they were quite deep, so the amount of blood was definitely not unnatural. What was more shocking was how his guest was still alive despite being in such a bad condition. 
He pulled out a basic first aid kit that was always conveniently stored under the bed, to give the juvenile some simple first aid. He washed and disinfected the wounds, noting with surprise that the wounded did not even twitch. Then, to stop the blood flow, he tightly tied a clean cloth around the injured parts of the juvenile's body, substantially covering his whole figure with bandages. The wounded wolf was lucky to be in the hands of Katori, who could tend to such injuries with his eyes closed.
After finishing, he looked at the juvenile, while sitting down in a chair which he pulled up to the edge of the bed. The young thing's breathing was steady. His respiratory system and bones appeared undamaged. However, he didn’t appear to be waking up. 
"You shouldn't have helped him" said the voice inside his head.
A smart wolf would agree, and, if possible, finish off the wounded so that he would not cause problems later. He tilted his head and looked at his target's face once more. It was almost impossible to tell what it truly looked like, but that was rather obvious, given that its whole face was replaced by a skull. He still wondered, how something so young and potentially vulnerable could become something so… desirable that half of the best bounty hunters chased after it for weeks.
A dangerous criminal was resting on his bed and Katori literally just saved his life. But maybe it will give him some ground for cooperation. After all, he didn't know how long it would take his client to get here. Actually, he wasn't convinced about the job from the beginning, catching the target was one thing, but finding out it was just a juvenile was definitely a surprise. He himself had not been able to decipher how something like this pup was able to commit such acts. There must've been something clearly wrong with him, but who was Katori to judge that.
He decided to make something to eat for himself and his prisoner, but he couldn't leave him alone for fear that the juvenile would run away. He jumped off the chair and bent down under the bed again to grab the leather straps with which to tie the wounded man to the cradle. In the presence of the Wendigo, he should even watch out for the motion of raising and lowering a spoon in front of him. The wolf body has approximately 320 bones, but it wouldn't be strange for him to be torn up into as many pieces at the slightest mistake. 
When he straightened up, a hoarse voice reached his ears.
"Put it down."
Unbeknownst to Katori, the wounded wolf had opened his eyes and was looking at him with one creepy eye.
"What if I don't?"
"I will kill you."
For the juvenile, it was a phrase as ordinary as fresh wounds on his body. He could see it in his eyes, it was just a normal vocabulary for him, despite young age. 
"And how would you do it? You are badly injured, your body is almost unable to move. In your position, you'd need at least five of you to even scratch me" Katori spoke with a slight sneer in his voice. 
"Do you know who I am?" 
Under the furious glare of the younger wolf, he slowly put the restraints down. 
"That's it" the injured praised him.
Katori stared at the target for a few seconds, before turning around and heading to the kitchen. Through the open door, he could still see his prisoner. 
"All I did was emergency first aid, how do you feel about your wounds? You know, you could die" he said, putting the kettle on the burner and watching the flames grazing the metal dish.
"Don't worry about it. It's nothing, I'm used to getting hurt." The deep voice did not suit the young wolf at all. 
But nothing really suited him, everything was not as it should be. Such a weird, little thing. 
"It's a good thing to be obedient for a while, especially in your condition. At first, I assumed you were dead" Katori laughed.
"I don't have to submit to anyone-" after the pup had said that much, he started coughing and then threw up blood.
Katori quickly rushed over and turned the younger’s head to the side, so he wouldn’t choke on his own bloody vomit. He checked inside his mouth. It was hard to determine where the bleeding was coming from under the circumstances. It could just be a cut inside his mouth, or it could be the damage on his internal organs. He really couldn't tell. 

Słowa: 1533
Nagroda: 15 punktów szybkości

niedziela, 29 stycznia 2023

Od Rosa - Trening IV

Taniec od zawsze był nieodłączną częścią życia istot świadomych. Metodą na wyrażenie siebie. Choć brzmi to jak lipny wstęp do równie lipnej rozprawki, tak właśnie było. Wilki tańczyły czy to w celu czczenia bogów poprzez ruchy ciała i poświęcanie im swojej energii, czy to aby wyrazić swoje emocje, dzielić z kimś magiczną chwilę lub po prostu chciały zachować dobrą kondycję ciała, o ile ktoś nie był fanem bezsensownego biegania po lasach w tę i z powrotem. Można to robić zawsze, o każdej porze dnia i nocy; można samemu, z partnerem, a można w całej grupie. Ba, można urządzać bankiety, które polegają tylko na tym, żeby wilki kręciły się jak bączki po parkiecie i to też sprawiałoby frajdę. Można też tańczyć tylko swoim ciałem, a można przecież przy tym używać atrybutów.

Ros też lubił tańczyć. Zazwyczaj konkurować z innymi, machając przy tym jakimś ostrym przedmiotem; w domyśle nożem, lub mieczem. Skakał w tę i we wtę, aż nie padł on, lub jego przeciwnicy. Kręcił się, unikał i rzucał, machając wściekle swoim narzędziem, i choć była to raczej kontrowersyjna metoda na walkę, niezwykle różna od tego, jak wyglądały tradycyjne potyczki to jednak wszyscy, którzy kiedykolwiek zobaczyli jak ten wilk w przepełnionym pasją tańcu kroi swojego rywala, zgodnie przyznawali, że nie dało się oderwać od niego wzroku. Każdemu dech zapierał w piersi, za każdym razem gdy srebrzyste, mieniące się niebieską perłą futro migało na lewo i prawo, z czasem barwiąc się na czysty szkarłat, dopóki nie pozostawały tylko te jaskrawe, zalane obsesją białe ślepia, które nie odwracały się od wroga, dopóki ten nie wydał ostatniego oddechu. 

A przynajmniej tak słyszeli Gwynn i Akan, którzy gdy tylko dostali zaproszenie na wspólny trening od samego dowódcy, odczuli oboje gwałtowny skurcz żołądków i odebrało im mowę, a łebki zalały się gorącem ze stresu. Oczywiście zaproszenie nie miało formy zaproszenia, więc i młodzi nie mogli odmówić. Zresztą, nawet gdyby Białe ich poprosił o to by wzajemnie się pozabijali, ich zdanie nie miałoby najmniejszego znaczenia. Mógł ich zmusić do wykonywania swoich rozkazów bez kiwnięcia najmniejszym palcem. Wiedzieli o tym, więc tym bardziej obawiali się treningu. 

Przebywali na ziemi Krwistych od jakichś dwóch miesięcy i nadal nie do końca orientowali się w sytuacji – komu mogli ufać, a komu nie powinni; kto mógłby ich zabić i za co; gdzie wchodzić, a gdzie absolutnie nie mają prawa. Nie, nawet nie byli na ziemi Krwistych, bo parka bardzo szybko trafiła do Zerdinów, pod opiekę Travki i więcej czasu spędzali na powierzchni Centrum, niż wśród swoich. Na samym początku usłyszeli od wilka o oczach w kolorze morza, że gang zapewni im stuprocentowe bezpieczeństwo, i że nie muszą się już obawiać, gdyż to jest ich miejsce, a zaraz potem zostali ooddani na trening do Spaleeńców. Na początku naprawdę uwierzyli wemu wilkowi i mieli nadzieję na to, że w końcu zaznają godnego życia i… cóż, od tamtej pory nie było można powiedzieć, że ich życie było niegodne, bo rzeczywiście mieli co jeść i gdzie spać, a także nikt się nad nimi specjalnie nie znęcał… jednak po całym ich doświadczeniu z czarnym rynkiem odnieśli wrażenie, że po prostu wpadli z jednego więzienia, do drugiego, a potem do trzeciego i we wszystkich tych miejscach wciąż mieli tylko siebie. Wciąż byli tylko czyjąś własnością, a konkretniej własnością najstraszniejszego wilka, jaki tułał się po podziemiach. Było to dosyć przygnębiające spostrzeżenie. Fakt faktem, wilki z gangu Ślepaków interesowały się dwójką – w szczególności Ikaharu, który przez cały pierwszy tydzień tydzień pojawiał się codziennie, by ich zapytać o samopoczucie, a potem raz na parę dni; sam Ros przyszedł tylko raz i to raczej do zerdińskiej dowódczyni, a nie do nich, aby omówić jakieś istotne, prywatne kwestie. Szczeniaki wtedy usłyszały, że mają się pilnie uczyć i być grzeczni, choć w tamtym momencie było im już bliżej do nastolatków niż szczeniąt. Oboje codziennie wstawali o poranku i od razu sama Travka zabierała ich na ćwiczenia. Uczyli się głównie praktyki z innymi młodocianymi spośród czerwonookich – używali mocy, bili się i rywalizowali na inne sposoby, bo nie mieli większego wyboru. To był pierwszy raz od miesiąca, jak zobaczyli swojego szefa. 


Gwynn odwzajemnił spojrzenie swojego brata bez przekonania, wiedząc podświadomie, że podzielali tę samą myśl – jesteśmy w dupie. Spodziewali się, że zaproponowany przez lidera trening będzie jakimś większym wydarzeniem, w którym weźmie udział chociaż ze dwadzieścia wilków. Mieli nadzieję poobijać się trochę, poodbijać od innych, może gdzieś schować. Byli przy tym święcie przekonani, że Białe i tak by ich znalazł i w końcu złoił skórę, jednak w jakiś sposób zaakceptowali tę myśl. Tymczasem byli tu tylko we trójkę. A skoro Białe doskonale czytał w myślach nawet przez ściany, to na pewno słyszał ich ciche rozmowy o tym, jak bardzo nie chcieli uczestniczyć w tym treningu, albo jeszcze gorzej - słyszał ich plotkowanie na jego temat. Czy zdarzało im się przesadzić w ocenie białowłosego? Phi, a komu się nie zdarzyło. Właściwie, to wilczki były już gotowe na śmierć. 


– A co wy tacy bez życia? – skonsternowany pomruk Lerdisa wywołał dreszcz na karku obu Somnum, których fioletowe oczy tylko wpatrywały się w siebie wzajemnie, jakby na świecie nie było niczego bardziej interesującego. Ich głowy były lekko pochylone w dół, a sylwetki skulone, gdy tyłki posadzili na śniegu. Wyglądali jakby mieli rozmawiać sobie wyłącznie za pomocą myśli, jednak było to niemożliwe.

Jednooki przechylił łeb w braku zrozumienia, a jego brwi się zacisnęły, powołując do powstania oddział zmarszczek na czole. Widział ewidentnie, że coś było nie w porządku i oboje byli zestresowani, jednak póki żaden nie pokusił się o rozmowę albo chociaż spojrzenie na niego, nie był w stanie absolutnie niczego wywnioskować. Zniecierpliwiony odrzucił na bok pakunek, który do tej pory przewieszony był u jego boku i jednym szarpnięciem za sznurek (poprzez telekinezę) rozpakował zawinięte w niedużą plandekę tyczki, które rozsypały się na śnieg  z charakterystycznym dźwiękiem obijającego się o siebie drewna. W mgnieniu oka złapał za jedną z nich i przyłożył Gwynnowi do głowy, a następnie lekko go szturchnął między uszami, wypełniając milczenie trzema pustymi puknięciami.

– Widzę, że nie jesteście chorzy. O co chodzi? Obraziliście się?

Jednak młodziak z roztopioną na pysku maską najpierw zmrużył oczy, przerywając kontakt wzrokowy z bratem, a po chwili syknął i złapał się za głowę, w miejscu, w którym nastąpiły uderzenia, choć wcale go to nie zabolało. W odpowiedzi Białe wydał z siebie rozbawiony pomruk. Najwyraźniej jednak nie widział sensu w znoszeniu dziwnych humorków wilcząt, ponieważ po chwili odwrócił się do nich bokiem i sięgnął po kolejną tyczkę. 

– Jak się namyślicie o co wam właściwie chodzi, to dajcie znać. Ale nie ma mowy żebyście stąd odeszli sami – rzucił bez cienia wyrzutu, czy złośliwości i wziął się za samodzielny trening, ku zdziwieniu bliźniąt. Zresztą, jego spokój i duma były imponujące nawet dla niego samego. Oczywiście mógłby zmusić ich do współpracy, nawet usłyszał z tyłu głowy podszept, który zachęcał go do naprostowania szczeniąt siłą, jednak mijało się to z celem. Ros wcale nie miał ochoty się nad nimi znęcać, a zmuszanie kogoś do robienia czegoś wbrew ich woli było przecież oczywistą przemocą. Poza tym Erwin nigdy nie skrzywdził tego półślepego szczenięcia, więc i to szczenię po latach nie czuło potrzeby, żeby krzywdzić kolejne sieroty. Agresja skierowana do kogoś, kto w przyszłości mógł urosnąć i zapragnąć zemsty za wszelkie krzywdy byłaby zresztą strzałem w kolano. Mieli sobie wzajemnie ufać, a nie dokuczać. Zaśmiał się pod nosem, bo można było śmiało powiedzieć, że wpływ Arcykapłana bardzo ukształtował osobowość dowódcy gangsterów. Prawdą było, że sam Ros za dzieciaka też parę razy obrywał w mniej lub bardziej dotkliwy sposób od Ivo lub Barona, ale to było coś innego i wilk nie chował żalu. W tamtym momencie życia akceptował, że wszyscy przez to przechodzili, a jednak nie chciał tego powielać.


Wybrał fragment łączki otoczony kukłami i zaczął się rozgrzewać w milczeniu, co jakiś czas rzucając kątem oka na rodzeństwo, które coś między sobą mamrotało w konspiracyjnym szepcie. Miał dobry humor, więc znów uśmiechnął się sam do siebie. Polana, którą wybrał na trening w rzeczy samej nie była do końca zwykłą polaną, a starym odłamem terenów ćwiczebnych dla wojsk w Dystrykcie II. Kiedyś były one intensywnie użytkowane, aby z dnia na dzień zostać całkiem porzuconymi, gdy wybudowano w tym samym dystrykcie nowe i większe pola treningowe. W dużym skrócie, stare tereny miały zostać rozebrane i zapomniane, jednak ostatecznie nigdy się tego nie doczekały. Przez lata więc niestabilne półki lodowe nadal mogły być użytkowane jako tor przeszkód dla wariatów, a przybite do pali kukły, choć już obdarte z każdej strony przez jelenie i dziki, nadal nadawały się do uderzania w nie pałkami. Zatopiony w swoich myślach basior w końcu zaczął obskakiwać kukłę dookoła i z maksymalnym skupieniem zadawał ciosy w, jak sobie wyobrażał, punkty witalne nieożywionych istot, które mogły tylko bezwładnie odpierać ataki machając wzbudzonymi w drgania kończynami i odnogami. Jedne tylko stały, biorąc uderzenia na klatę, zaś kolejne podskakiwały lub bujały się, gdy tylko ich środek ciężkości odchylił się w którąkolwiek stronę. Basior był bezlitosny zarówno dla kukieł, jak i dla swojego ciała, które choć nie zapominało techniki, bardzo szybko lubiło zapominać o tym, że przez cały czas powinno być przygotowane na wszystko. Białe jakiś czas wcześniej walczył na poważnie i, o zgrozo, przegrał z kretesem. Po krótkiej rehabilitacji wrócił do sprawności, choć nadal nieco obolały, lecz jakie to miało znaczenie, skoro już raz przegrał? Jego kondycja była niewystarczająca, powodując frustrację, a przebiegnięcie kilku kilometrów z punktu A do punktu B nie dawało mu tyle adrenaliny, co bezpośrednie starcie, nie wypełniało jego pyska krwią swoją, lub czyjąś. Kukły też tego nie zapewniały, jednak wciąż celował. Ciągle uderzał jak oślepiony, jakby mając nadzieję, że zaraz drewniane konstrukcje otworzą przed nim swoje sztywne ciała, z których wypłyną miękkie flaki i zabrudzą śnieg swoją jeszcze parującą posoką, o którą toczyła się stawka. W wyobraźni to widział i czuł zapach. 

Otumaniający. Uzależniający. Ten, do którego tak tęsknił.

Wraz z ostatnim uderzeniem drewnianego pala o kukłę, z gardła wilka wydobył się głośny, wzburzony warkot. A następnie pal upadł, zaś wilk wstrzymał oddech na sekundy. Jego wzrok złagodniał, gdy wyobraźnią wciąż utrzymywał wspomnienie tego charakterystycznego zapachu, który już nigdy nie wróci. W końcu jednak musiał znów go wypuścić, by nabrać powietrza. Po tym już tylko ziajał, uspokajając myśli. Zapach odszedł, pozostał mdły posmak. Spieniona ślina kapała po obu stronach jego pyska, więc rozciągnął się w śniegu i wytarzał całe ciało, a grudy chłodnego puchu zaraz chętnie oblepiły gęste futro. Chwilę zajęło, nim na powrót usiadł i otrząsnął się. Już od nowa chwytał za pal, aby móc zacząć kolejną serię, gdy przypomniał sobie o dwóch pierdach, które miały przy nim być. Rzucił na nich okiem, nadal ciężko oddychając i z zadowoleniem zdał sobie sprawę, że przyglądali mu się z rozdziawionymi mordkami. Przynajmniej udało mu się zmusić ich do jakiejkolwiek formy zainteresowania, nie używając przy tym siły.

Cieszyło go to. Miał nie tylko świetne umiejętności walki, ale był też świetnym pedagogiem.

– Chcecie też spróbować? – rzucił niby od niechcenia, tylko po to, żeby szczeniaki spojrzały po sobie w niemym zaskoczeniu. Gdy zajęło im to zbyt dużo czasu, Lerdis chwycił mocno za pal telekinezą i przeciągnął nim po śniegu, po czym podrzucił i postawił pionowo metr od dwóch nosów. 

– No? – popędził. 

Po chwili Białe odczuł, jak pałka jest nieśmiało przejmowana przez telekinezę Akana. Choć basior nie był szczególnie wyczulony magicznie, wyraźnie czuł jak aura szczeniaka delikatnie mizia jego własną, więc sam zaczął puszczać, cały czas obserwując wilczka.

– I… I szef to telekinezą robi? – młody wyraźnie był podekscytowany, choć brak zaufania do srebrnego wilka ewidentnie tę ekscytację dławił. Ros się tym nie przejął i skinął głową.

– Mhm. Przez długi czas swojego dzieciństwa nie mogłem uczyć się żywiołu umysłu, więc w zamian trenowałem ciało razem z innymi wilkami. Potem któregoś dnia zaobserwowałem jak wojownicy walczą prawdziwymi ostrzami i spodobało mi się to… – rzucił, odwracając wzrok na tyczkę z sentymentem. Na chwilę się zawahał, jednak ostatecznie na jego pysku pojawił się delikatny, cwany uśmiech – I tego samego dnia ukradłem miecz jednemu z wojowników. Byłem rocznym gnojkiem, więc gdy mój mentor, Baron, się o tym dowiedział, oczywiście chciał mi go zabrać. A ja nie chciałem oddawać mu swojego łupu! Więc przez przypadek trochę go pociąłem…

Choć Ros wspominał o tym z kwaśnym uśmiechem, Gwynn patrzył na niego z czymś między przerażeniem a podziwem, zaś Akan tylko z podziwem.

– Ostatecznie dostałem wpierdol, zabrali mi miecz i oddali temu wojakowi – Lerdis nieznacznie się skrzywił, jednak zaraz potem znów złagodniał – Za to dali mi tyczki.

– Te tyczki? – spytało wilczę z połową maski.

– Nie, tamte już dawno połamałem. Ale te są lepsze. Choć cięższe, to lepiej wyważone. Zresztą podnieś i zobacz. Jeśli nie czujesz jak ciężar tyczki wbija cię w ziemię, to znaczy, że ta tyczka jest do dupy. 

I rzeczywiście wilczek złapał stabilniej za drewniany pal, który był gruby jak łapa lidera, długi jak trzech liderów, a ciężki jak… Akan uniósł pal na zaledwie kilka centymetrów, a już zaraz wygiął się jak wściekły kot, jęcząc z determinacją. Drewno jednak szybko wpadło w tę samą dziurę w śniegu, z której zostało wyciągnięte. Przynajmniej dalej stał. Gwynn patrzył na to wszystko w milczącym zaciekawieniu.

Ros parsknął wesoło. 

– To… to też nie jest dobry pal – uznał, po czym chwycił za przedmiot bez większego wysiłku i odłożył go na bok, a w zamian podszedł do rozsypanych parę metrów dalej narzędzi, spośród których wybrał dwie o połowę krótsze tyczki, które, w jego mniemaniu, idealnie nadawały się dla o połowę mniejszych niż on wilczków. Wzrostowo aż tak nie odbiegali, jednak kwestia umiejętności i masy robiła swoje. Sam zaczynał na takiej wykałaczce, gdy jeszcze wyglądał jak bezbronne jagnię. Bez większego zaangażowania rzucił szczeniakom paliki pod łapy i machnął głową.

– Zapoznajcie się. 

Ten bardziej nieśmiały zrobił krok w tył, ale dla odmiany drugi szybko pochwycił pal i zaczął nim niezgrabnie obracać, próbując naśladować wcześniej zaobserwowane u szefa ruchy. Białe przez chwilę go obserwował, po czym wziął swoją własą ciężką tyczkę i stanął obok młodzieńca.

– Musisz poprawić postawę. Pomoże ci to nie tylko przy tyczce, ale ogólnie przy kontroli telekinezy. No już, stań stabilniej, noga do tyłu – basior zaprezentował, cały czas kontrolując słownie ruchy Akana. Następnie nagle zmienił pozycję, a fioletowooki po nim powtórzył. Całość zapętlała się parę razy, póki ruchy szczeniaka nie stały się wystarczająco płynne, by Ros je zaakceptował. 

– Idziemy spróbować na kukle?

Wilczek entuzjastycznie pokiwał głową. 

– A ty, Gwynn? 

Jednak szczenię wciąż nie wyglądało na przekonane, choć po "zdradzie" ze strony brata przestał być taki skwaszony. Niechętnie wstał, jednak nie wziął ze sobą pala.

– Nie rozumiem po co te tyczki. 

Lerdis pokręcił lekko głową, jakby szukając wyjaśnienia

– Ja po prostu lubię używać narzędzi. Są wygodne, pozwalają zachować dogodną odległość od przeciwnika, nie musisz już na samym początku obawiać się, że niepostrzeżenie przeciwnik przerwie ci zębami którąś z tętnic i się wykrwawisz nim konfrontacja dobrze się zacznie… Jednak niewielu poza wojownikami sięga po broń w walce, więc wam się mogą przydać z kontrolą telekinezy. Często w krytycznych momentach mózg podejmuje decyzje zanim w ogóle zdążymy przemyśleć opcje. Dobrze jest mieć zaufanie co do swoich odruchów warunkowych i  dobrze jest mieć pewność, że jak będziesz musiał trafić w punkt, to trafisz, a tego trzeba się najpierw nauczyć.

Lerdis kilka razy obrócił tyczką w powietrzu, nim zwrócił się do Akana, machnął głową i oboje podeszli do kukły. Gwynn za ich plecami złapał za dobrany mu pal i parę razy go wyważył telekinezą, nim ostatecznie odrzucił przedmiot na śnieg i skupił się na obserwowaniu poczynań brata i lidera. 

– Jeszcze ich dobrze nie znasz, więc uważaj żeby nie dostać od nich wpierdolu. Ja za pierwszym razem dostałem. Zresztą za drugim i trzecim też. Zaczynajmy. 


Niestety ani Akanowi nie udało się zbyt wiele załapać, ani Rosowi udowodnić, że potrafi nauczać, ponieważ nie minęło pięć minut, gdy niespodziewanie zaszedł ich intruz. Jeszcze nie zdołał wyjść z zarośli, kiedy białowłosy Lerdis obrócił łeb w jego kierunku z konsternacją.

– Nudzisz się, Bisigal? – rzucił obojętnie.

Zanim się pojawił, słychać było jego wesoły śmiech. 

– Podziwiałem cię w pracy, Królu Podziemia– brązowy Fenris objawił się trójce wybitych z rytmu wilków, nonszalancko stawiając łapy jedna za drugą. 

Bisigal był wielkim basiorem o mocnej budowie. Dowodził piątą frakcją w Watasze Krwistych, która trudziła się handlem żywym towarem, porwaniami i sutenerstwem i rzeczywiście wyglądał jak ktoś, kto zabrałby ci spod nosa dziecko, a następnie puścił kwiecistą wiązankę przekleństw i jeszcze dał w ryj. Sam też niejednokrotnie dostawał, o czym świadczyły między innymi wyszarpane do połowy lewe ucho oraz trzy, długie szramy na piersi, wyraźnie widoczne pomimo ciemnego futra w tym miejscu. Z niejaką dumą spojrzał na jednookiego i skłonił się nisko, a następnie zerknął na szczenięta.

– Okażcie szacunek, jest od was wyżej rangą – burknął Ros, szturchając Akana. Młody basior podskoczył z zaskoczenia, jednak zaraz kiwnął w kierunku Fenrisa, a Gwynn poszedł w ślady brata.

– Dowódco Bisigal…– bąknęli oboje.

Na pysku wspomnianego wciąż tkwiła jakaś uciecha zmieszana z rozbawieniem, lecz ewidentnie nie był zainteresowany wchodzeniem w interakcje z wypierdkami.

– Uczysz swoje pionki? – zapytał luźno, zbliżając się bez pośpiechu. Mógłby krzyczeć na całą polanę, miał do tego wystarczająco mocny głos i wysokie ego.

– Pionkiem możesz być co najwyżej ty. Oni są jeszcze za młodzi żeby być moimi pionkami – odparł Lerdis, jakby wyjaśniał najbardziej oczywistą rzecz na świecie – Powtórzę pytanie: nudzisz się, Bisigal?

W końcu na pysku wilka o czarnych oczach pojawiło się pasywne oburzenie.

– Jak możesz oskarżać mnie o takie rzeczy?

– Ja miałbym oskarżać ciebie? Gdzieżbym mógł, to tylko kulturalne pytanie. Przeszkadzasz nam – rzucił Ros z podobnie udawaną urazą, po czym chwycił od niechcenia pal i zakręcił nim parę razy w powietrzu z kpiącym uśmieszkiem. 

Siedzące z boku szczenięta wyraźnie nie wiedziały o co chodzi, więc nawet nie próbowały się wtrącać. Akan jednak najwyraźniej poczuł zbyt duży stres związany z powodu kilkumetrowej separacji z bratem, więc szybko do niego uciekł, robiąc miejsce Fenrisowi. Białe przy tym był całkowicie beznamiętny, tak jak zawsze, kiedy ktoś okazywał mu za dużo zbędnej atencji. Nie przepędził jeszcze natręta tylko z tego powodu, że Bisigal ewidentnie czegoś chciał, a Ros był ciekawy o co chodzi.

– Mogę dołączyć do treningu?

Białowłosy parsknął.

– Po to był ten przydługi wstęp? Możesz.

Ewidentnie podekscytowany basior zbliżył się niepotrzebnie blisko, a jego ogon kiwał się na boki bardzo nieadekwatnie do sytuacji.

– To może na początku zaprezentujemy młodym jak się walczy wręcz?

Ros zrobił krok w tył, nie akceptując tej niezdrowej energii.

– Dziś trenujemy z tyczkami.

Bisigal tupnął i machnął łbem.

– Oj no weź, na co dzień jedyne tyczki z jakimi mamy do czynienia to te w słowie “potyczki”. Niech popatrzą jak wygląda rzeczywistość. Może podłapią jakieś dobre techniki. Co nie, dzieciaki? Przekonajcie go – ciemne spojrzenie poleciało w kierunku wilczków, które z oczywistych względów nie chciały się angażować w dyskusję. Gwynnowi wszystko było jedno i tylko Akanowi może było nieco przykro, że lekcje zostały przerwane. Białe oczywiście zauważył tę przykrość i westchnął pod nosem.

– Ty jesteś niereformowalny, Bisigal – zamarudził i zrobił kilka ślamazarnych kroków, jakby zastanawiał się się między dwoma niewygodnymi opcjami. 

Czy chciał znów walczyć? Niby trochę się wyleczył po ostatniej konfrontacji z Asmodayem, jednak druga porażka w tak krótkim odstępie czasu ewidentnie wpędziłaby go w kompleksy. Jeszcze z takim pomiotem jak Bisigal, phi. Z drugiej strony Ros bił się z tym konkretnym wilkiem już kilka razy w przeszłości z różnym wynikiem. Poniekąd znali swoje sztuczki i białooki wiedział, czego się mniej więcej spodziewać po tej kupie mięśni. Wilk nie był też kukłą, stanowił większe wyzwanie, a Ros lubił niepewne wyzwania. W końcu się wyprostował, zdecydowany.

– Treningowo, tak? Zgoda, ale tylko raz.

– Jesteś wspaniały, Szefie.

– A wy obserwujcie ale się nie zagapcie, żeby żaden z was przypadkiem nie pojawił się między nami – powiedział, nawet nie zerkając na rodzeństwo Somnum. Z nisko zawieszonym łbem odsunął się od placu z kukłami i stanął na środku polany, gdzie była masa otwartej przestrzeni. Brunatny basior szedł za nim jak cień, wciąż rozanielony tym, co miało nastąpić, po prostu jak dziecko. Oboje stanęli naprzeciw siebie i zaczęli się rozgrzewać, ciągnąc gadkę szmatkę jeszcze przez chwilę.

– To może jakiś zakład? – zaproponował Bisi.

– Co? Myślałem, że walczymy na śmierć i życie – parsknął Białe wyzywająco.

– Uwielbiam kiedy mi tak mówisz.

– Przestań mnie podrywać i mów czego chcesz.

Tym razem Fenris się zaśmiał, wyciągając przednie łapy i rozciągając klatkę piersiową.

– Jak wygram, pozwolisz mi pobić Truce’a. Nie mocno. Tylko tak trochę-trochę. 

– Zalazł ci za skórę? – spojrzenie Rosa było szczerze rozbawione. W swojej wyobraźni już widział, jak Truce wkurza Bisigala jakąś największą na świecie głupotą, a ten szuka argumentu, który byłby dobry żeby sprawić Valerdijczykowi legalny wpierdol, jednak ostatecznie żadnego nie znajduje, więc zaczyna szukać możliwości gdzieś indziej. I znalazł. 

– Zalazł mi za skórę i teraz żyje tam bez płacenia podatków. Wkurwia mnie, pierdolony ptasi mózg. 

– Zgoda – Ros kiwnął łbem.

– A ty czego sobie życzysz, najdroższy Królu?

Basior przez chwilę milczał, zastanawiając się.

– Jak wygram, zaproponujesz Truce’owi, że osobiście posprzątasz jego ptasią wolierę.

W nagłym przebłysku, Bisigal przez chwilę był przerażony, a jego aura zrobiła się ekstremalnie niespokojna. Nie przeżyłby takiego upokorzenia i Ros doskonale o tym wiedział. Ale to były zaledwie sekundy. Lerdis nie zdołał otworzyć pyska by rzucić kąśliwą uwagą, bo czarnooki momentalnie zrobił się bardziej nabuzowany nadchodzącą walką. Oczywiście, że nie planował przegrywać.

– Zgoda. Jakie zasady? Jakieś ograniczenia?

– Chcę tylko, żebyś przekazał szczeniakom coś przydatnego.

Oba ciała były coraz bardziej spięte, a ich ruchy nerwowe. Gdy jeden przestępował z łapy na łapę i drapał grunt, drugi poruszał się po niewielkiej ósemce, nie odwracając ślepia od przeciwnika.

– Zgoda. Ja chcę, żebyś nie używał mocy umysłowych. 

– Zgoda, to rozsądne. I tak planowałem rozłożyć cię bez nich.

Bisigał zaśmiał się, jednak w tamtym momencie brzmiało to już złowrogo. Gdyby stał przed nim ktoś inny, odnosiłoby się wrażenie, że ten potwór chce już tylko szarpać i wyrywać, najlepiej od razu całe kończyny. Zresztą bardzo pasowało to do jego stylu walki.

W tym samym momencie Ros wziął głęboki wdech. Świat dookoła spowolnił, a gdy powietrze wydostawało się z jego uchylonego pyska, był już gotowy.

– Walcz.


Tak jak się spodziewał, ogromna wilcza masa w pierwszym ruchu rzuciła się prosto na niego w celu powalenia wroga z nóg. Bisi zawsze walczył w ten sposób. Napierał na przeciwnika, przewracał, osaczał go, a gdy już się wczepił, nigdy się nie wycofywał. Jedno ugryzienie tego wilka zaraz zmieniało się w dziesięć, potem piętnaście, nieważne gdzie trafił, drążył aż nie pokruszył każdej kości jaka trafiła między jego szczęki, jak kret drążący podziemne tunele. Niestety miał też znakomitego cela. Więc gdy zaszarżował, zaznajomiony z tego technikami Ros mógł tylko odskoczyć w bok i wykorzystać czas, żeby szybko się obrócić przodem do wilka i stanąć na tylnych nogach. Brunatny wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu i natychmiast podążył za ciosem. Zaczęli się tak przepychać, wymierzając ataki w pysk, szyję, poliki przeciwnika, oboje głośno przy tym warcząc. Byle go trafić. Byle się zachwiał. 

Bisi jako pierwszy stracił oparcie. Ros natarł na niego mocniej, jednak tamten złapał się białej sierści na gardle i pociągnął za sobą. Lerdis runął zaraz za nim. Garść włosia oderwała się od skóry, a jednooki odczuł w tamtym miejscu paskudne pieczenie, lecz było zbyt wcześnie żeby przejmować się głupotami. Wylądował na górze w niewygodnej pozycji  i stale obrywał kopniakami po pysku. 

– Rzucasz się jak jakaś cnotka, Bisigal – warknął w końcu, wkurwiony.

– Jeśli twoje cnotki tak się rzucały zanim się do nich dobrałeś… – sapnął w odpowiedzi, i nagle jednym, mocnym uderzeniem tylnych łap zrzucił z siebie jednookiego – To nie świadczy o tobie za dobrze… 

Lerdis wygrzebał się ze śniegu, odzyskując równowagę, a Fenris wstał, sapiąc.

– Nie wiedziałem, że lubisz takie zabawy, Szefie

Ros próbował przetrzeć łapą pustą przestrzeń po lewym oku, do której wpadły mu lodowate drobiny.

– Nie brnij w to dalej – wywarczał ostrzegawczo, i gdy w końcu poddał się ze śniegiem, na powrót przyjął konfrontacyjną postawę. 

Bisi zarechotał , tym razem pozwalając dowódcy na wyprowadzenie pierwszego ataku, który Białe z chęcią wykonał. Zaatakował na wprost, więc oczywistym było, że brązowy basior będzie próbował tego uniknąć, odsłaniając wrażliwe punkty. Ros działał przy tym jak maszyna na zakodowanych schematach – gdy tylko widział okazję kątem oka, uderzał. Gryzł i rwał, a Fenris odwdzięczał mu się niemal w równym tempie, sprawiając intensywny, a przy tym zaćmiony za mgłą hormonów ból. Żaden z nich jednak nie zbliżał się do poddania. Ros zorientował się o popłynięciu pierwszej krwi, dopiero gdy ta rozlała się na jego języku i pysku Bisigala. Szkarłat nagle był wszędzie. Ros splunął w bok i spróbował staranować rywala na wprost, jednak tamten wykorzystał sytuację. Błyskawicznie skłonił się i gdy wylądował pod piersią Lerdisa, odepchnął go na bok i przygwoździł do ziemi. Zziajany, praktycznie leżał na równie zmęczonym basiorze, a krew z jego pyska wsiąkała w brunatną sierść. Niespodziewanie Ros zaśmiał się w głos, choć mocno stłumiony ciężkim cielskiem uniemożliwiającym wzięcie głębszego wdechu. 

– Oko też sobie wydłubiesz? – parsknął Białe, a kiedy dostrzegł niezrozumienie Bisigala, wygrzebał spod niego łapę i niedbale otarł prawy policzek rywala. Zorientowawszy się, że Ros ma szeroką bliznę pod tym samym okiem, również się zaśmiał, rezonując na całe ciało pod spodem i nieco się podniósł. Nie spodziewał się, że następnym co zobaczy będzie jego dowódca oblizujący własną kończynę z jego krwi. Szkarłat rozmazał się na białym futrze, gdy szary język przesuwał się po nim bez pośpiechu. Bisi otworzył pysk bo nagle zrobiło mu się bardzo, bardzo ciepło. Ciepło do tego stopnia, że gdy w następnym momencie dostał kopniaka w podbrzusze, nie wiedział co go trafiło. Jego zad odleciał, a przód stracił orientację, więc gdy ledwo udało mu się złapać równowagę na czterech łapach, Białe zdążył przewrócić się na brzuch i wybrać kolejny cel na szyi rywala. Znów złączyli się we wściekłą kupę gryzącego futra. Stopniowo granica bezpiecznej, treningowej walki przestawała ich obowiązywać. Po odkryciu krwi Bisigala oba basiory coraz bardziej dawały się porwać. Ugryzienia robiły się coraz silniejsze i coraz mniej przypominały przepychanki. Zaraz nie tylko Fenris był zalany krwią, ponieważ jednooki nie był w stanie bronić się przed jego napierającą agresją. Z czasem tracił oddech, widoczność stawała się ograniczona, a zalegająca między zębami sierść raniła dziąsła. Czas działał na niekorzyść obojga, gdy powoli tracili siły, a szala nie przechylała się na żadną ze stron.

Do momentu.

Brak oka Lerdisa nie stanowił dużej przeszkody przy walce w zwarciu, jednak inaczej sytuacja się miała, gdy w grę wchodziła kontrola otoczenia. Tarzali się w śniegu, na zmianę zmieniając się z tym kto był na górze. Akurat wtedy Ros był na dole. Nim poczuł przy swoim policzku ciepło, najpierw odczuł zmianę w sferze aury Bisigala. Usłyszał ostrzegawczy krzyk stojącego w odległości kilku metrów Akana, ale Akan był zbyt powolny. Gdyby Ros czekał na Akana, jego łeb zmieniłby się do tego czasu w pochodnię. Instynktownie postawił między sobą a Fenrisem lodową tarczę i telekinezą odepchnął przedmiot, a tym samym rywala. Zaskoczony Bisi upadł w śnieg, barwiąc go na około krwią, a Białe bez chwili zwłoki przewrócił się na brzuch i uderzył łapą o ziemię. Nim krzyk Akana dobiegł końca, szyja Bisigala była przytwierdzona do gruntu grubym na dwadzieścia centymetrów kajdanem z lodu. Wściekły Fenris zaryczał i zaczął się szarpać, jednak został uziemiony. Roztrzęsiony Ros nie ruszał się przez dłuższą chwilę nie licząc ciężkiego sapania. Wciąż czuł na policzku tylko delikatne ciepło bisigalowego ognia. Ognia, którego nie był w stanie zobaczyć. Zacisnął na moment szczęki tak mocno, że znajdujące się na nich szkliwo zdawało się trzaskać. W końcu podniósł się na nogi i podszedł brunatnego basiora od tyłu. Ten był cały brudny, podobnie jak znajdujący się wokoło wygnieciony śnieg. Leżał w poddańczej pozycji z brzuchem do góry i ziajał, już nie próbując się walczyć. Na początku próbował z ogniem, ale on też zawiódł.

– Bisigal – wywarczał dowódca – Ty podła gnido.

Położył łapę na pyska rywala i przez chwilę patrzył wściekły w te ciemne oczy, żeby po chwili wbić czarny ryj w śnieg, jakby próbował złamać mu w ten sposób kark. Kręgi strzeliły, basior zapłakał, ale nadal sapał i jęczał, zaciskając powieki. Jego brzuch nadal świecił unieruchomiony ku słońcu.

– Kurwa, spalić mnie chciałeś.

– N..ni…

– Nie? To co, planowałeś mnie połaskotać?

Czyste wkurwienie. Właśnie to czuł Ros, gdy patrzył na swojego podwładnego. Jeszcze chwilę tak go wgniatał w śnieg, gdy w końcu dał sobie spokój i podszedł do szczeniąt. Wyglądał jak makabryczna lalka, zalany krwią swoją i Bisigala. Dwójka rodzeństwa była zdecydowanie przerażona, a przy tym ekstremalnie podniecona całą sytuacją. Ostatnie chwile walki rozegrały się tak szybko, że po prostu siedzieli z rozdziawionymi mordami. 

– Bisigal dobrze zrobił. Atakujcie słabe punkty wroga... ale nie wtedy, kiedy wiecie, że ma umysłowy żywioł – wymamrotał basior i splunął w bok – Bo wtedy tylko się wkurwią. Załapali lekcję?

Wilki skinęły głowami. 

– To było super – sapnął rozemocjonowany Gwynn

– To teraz zmierzcie się ze sobą. Nie będę tu sam tak stał jak jakiś kryminalista.

– Ale… – mruknął Akan, spoglądając na rozłożonego jak na krzyżu Fenrisa.

– Ja chciałem polubownie. Skoro był taki sprytny żeby celować ogniem w moją stronę, to niech teraz ten ogień go wyciągnie – prychnął basior i wzruszył ramionami – Może do wieczora się wygrzebie. No już, pokażcie czego was nauczyli u tych Zerdinów. 


Resztę popołudnia trójka wilków spędziła na treningu, jednak tym razem naprawdę skupili się na rozwijaniu umiejętności młodzieży. Na szczęście w ich przypadku obyło się bez rozlewu krwi, a tym samym niepotrzebnych ran i blizn. Ros nie mógł powiedzieć tego samego o sobie. Był obolały, poharatany i brudny, jednak widok zaangażowania szczeniąt sprawiał mu przyjemność i uspokajał. Zupełnie inny rodzaj przyjemności basior odczuwał, gdy patrzył na leżącego nieopodal Bisigala, który przez godzinę próbował pozbyć się grudy lodu ze swojej szyi. Gdy w końcu mu się to udało, posłusznie podszedł do Rosa i w milczeniu położył się koło jego łap, jak kundel którym przecież był. 

– To była dobry trening – zaczął w którymś momencie – A ja użyłem ognia tylko dlatego, bo wiedziałem że Szef jakoś się obroni. Poza tym w zasadach nie było nic o mocach, więc nie zrobiłem niczego złego.

Ucho Rosa zadrżało w irytacji, bo basior miał rację z tym regulaminem. Choć wzroku nie spuścił z atakujących się wzajemnie basiorków, Bisi przełknął ślinę, dostrzegając jak przesiąknięte czerwienią, dotychczas białe łapy wrzynają się w grunt..

– Jakoś? – zawarczał cicho, a ten drugi nagle zarechotał.

– I miałem rację. Jesteś, kurwa, przerażającym draniem.

Lerdis prychnął, jednak potraktował epitet jako komplement.

– Ah, jeszcze jedno. Co do tych cnotek. Trzeba z tobą chodzić, czy od razu się…

W białookim coś pękło. W jeden moment podniósł łapę i przydeptał łeb Bisigala do ziemi, jak wielkiego robala.

– Dobrze ci radzę, nie brnij w to dalej.


Nagroda: 10 punktów do siły x 4

Layout by Netka Sidereum Graphics