Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ametrine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ametrine. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2024

Od Ametrine, CD. Xevy

Szłam powoli, dając się prowadzić górnikowi. Czułam woń ziemi, kurzu i pyłu i lekko metaliczną woń, pewnie jakiejś rudy… Oddychałam powoli, powstrzymując torsje, które targały mój pusty żołądek. Czułam się jak te skały, które nas otaczały – szare, ciężkie i nijakie… Czułam się tak samo.
Bez niego nie byłabym w stanie iść a nie chciałabym obciążać Xevy…
Nagle, mimo słabego wzroku, zauważyłam słabą łunę światła odbijającą się od gładkich kamiennych ścian. Nadal jednak świat wirował mi przed oczami z zawrotną prędkością. Zamknęłam oczy, chcąc na chwilę odpocząć, zapomnieć o ostatnich godzinach… lub też dniach, ale przez potknęłam się i przewróciłam na ziemię.
Upadając na ziemię poczułam nie tylko ból, ale też fizyczną bezsilność. Nie miałam już siły, żeby się podnieść. Chyba się zdrzemnę… – pomyślałam.
– Ametrine…! – zawołała cicho Xeva. Podbiegła na tyle szybko, na tyle ile mogła do mnie, próbując mnie podnieść, ale nie dała rady. Dopiero tajemniczy basior mnie podniósł z ziemi i chyba przerzucił przez swój grzbiet.
– Nie… trzeb… – wykrztusiłam. Balansowanie między świadomością a snem zabierała mi dużo energii.
– Chodźmy, jesteśmy już bardzo blisko – powiedział górnik. Ruszył, niosąc mnie na sobie. Uchyliłam lekko powieki, lecz nie byłam w stanie w pełni otworzyć oczu. Widziałam coraz bardziej niewyraźnie, podobnie było ze słuchem. Widziałam poruszającą się szarą masę z pewnej wysokości. Moi towarzysze coś mówili między sobą, lecz nie byłam w stanie zrozumieć słów.
Nagle kolor z przygnębiającej szarości zaczął przechodzić w czerwień, następnie w pomarańcz oraz w przyjemny, ciepły żółty…
Poczułam również ciepło…
Przymknęłam oczy, czując, że odpływam. Poczułam również, że ktoś chyba mnie kładzie na ziemię na czymś, co nie jest kamieniem…
Zanim poddałam się ciemności poczułam coś miękkiego na grzbiecie.
─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ───
Wilczyca patrzyła jak Ametrine leży bezruchu w pobliżu paleniska w obozie górników. Oddychała spokojnie pod futrem, którym została nakryta. Martwiło jednak wilczycę to, że tak długo spała.
Był tutaj jedynie Kurt, wilk, który je znalazł. Zdjął z siebie cały sprzęt górniczy z siebie, odsłaniając biszkoptowe, dłuższe futro o kilku ciemniejszych plamach. Jego oczy miały szmaragdowy kolor i biło z nich szczere ciepło. Szykował właśnie posiłek w postaci pieczonych zajęcy, podczas gdy Xeva siedziała przy ognisku okryta innym futrem i przyglądała się wesołym ognikom tańczącym nad paleniskiem.
Znajdowali się w sporej grocie, która, jak to określił basior, była ich baza. Znajdował się tu ich sprzęt górniczy, zapasy racji oraz reszta ekwipunku. Niedaleko znajdowało się wyjście na powierzchnię do której prowadził jeden z przyległych tu tuneli. Było ich całe mnóstwo; wyglądało to jak wiekowe drzewo i jego korona – z każdego z tuneli odchodziło kolejne przejście.
– Chłopaki niedługo powinni wrócić… – powiedział basior, podając teneryjce upieczone już mięso. Chętnie wzięła kilka kęsów, mocno przeżuwając mięso zajęczaka.
– Wy jako górnicy pracujecie? – zapytała między kęsami.
– Tak. – Wilk wziął kęsa swojej porcji. – Miro oraz Ogami pracują ze mną od lat. Ja z kolei jako górnik robię już… – Zamyślił sie na chwilę po czym dodał: – No będzie już 6 lat… Ta kopalnia z kolei jest dosyć młoda, więc nie znamy wszystkim naturalnych połączeń jaskiń… Na szczęście tą w której byłyście już znaliśmy… – Uśmiechnął się, zaczynając jeść swój posiłek.
Potem rozmowa przeszła na inne tematy, takie jak obecne sprawy i aktualności z Królestwa. Okazało się, że Kurt jest mieszkańcem, ale ostatni raz był w Królestwie prawie rok temu. Pytał brązową wilczycę o rządy Królowej, stragan pewnego starego rybaka, który obecnie prowadzi jego syn i wnuk i o kilka innych spraw. Z jednej strony dla niektórych mogłoby być to dziwne, ale dla Xevy było to nawet zrozumiałe…
Nagle z jednego z tuneli przylegających zaczęły dochodzić odgłosy kroków. Po chwili pojawiły się dwie postacie posiadające podobne wyposażenie co Kurt, kiedy nas znalazł – kapelusze z kryształowymi latarniami oraz pomocnicze lampy. Oba te przedmioty miały za zadanie oświetlać drogę górnikom. Dodatkowo kapelusze były wzmacniane stalą, dzięki czemu pełniły również rolę ochronnego kasku. Po bokach mieli zaczepione zużyte, lecz nadal w dobry stanie, kilofy i łopaty. Po chwili rozległo się szuranie metalu o skałę a zaraz potem pokazały się sanie do zbioru metali i innych wydobywanych tu materiałów wypełnione pewnym kruszcem – połyskiwał lekko w odbijającym się świetle ogniska, miały stalowy odcień, ale dało się zauważyć inne kolory. Podobne sanie, ale puste, stały przy jednym z wejść do tunelu.
– Cześć Kurt! – zawołał największy spośród górników. Również był pokryty kurzem oraz kawałkami skały, ale wyglądał na przedstawiciela rasy Fenris. Miał bursztynowe oczy a sierść przypominającą bardzo ciemny brąz. Drugi z kolei wyglądał dosyć podobnie do Kurta, był jednak odrobinę niższy oraz miał krótszą sierść.
– Cześć chłopaki! – przywitał się.
Nagle towarzysze Kurta dostrzegli obecność gości– Xevy i Ametrine.
– Kto to? – zapytał podobny do poznanego wcześniej górnika.
– Xeva. – Wskazał przytomną wilczycę, a ona im pomachała, lekko się uśmiechając. Dwa basiory odwzajemniły gest. Kurt wskazał na leżącą niedaleko skrzydlatą waderę, która nadal się nie ocknęła… – A to jest…
– Ametrine – dokończyła Xeva jego zdanie. Kilka razy zdążył zapomnieć imię ich obu. Nie miała im jednak tego za złe.
– Co się stało? – zapytał Fenris.
– Ogami… Maniery…
– Faktycznie…! – Zakłopotał się wilk. – Nazywam się Ogami.
– Miro. – Skinął głową drugi beżowi wilk.
– To mój młodszy brat – dodał Kurt, co potwierdziło przypuszczenia teneryjki, że najpewniej są ze sobą spokrewnieni.
– Wypadek miałyśmy. Ametrine i ja do wody wpadłyśmy i tak zostałyśmy ranne… – odpowiedziała Xeva na wcześniejsze pytanie zadane przez Ogamiego.
– Wszystko w porządku? – zapytał biały basior.
Teneryjka pokręciła głową, zaprzeczając. Chciałaby, żeby było inaczej…
– Ja złamane żebra mam, Ami głową mocno uderzyła i śpi już długo… – przyznała szczerze. Z każdą mijającą minutą niepokój u Xevy rósł.
– Cholera, trzeba będzie je zabrać do jakiegoś szpitala czy innego lekarza! – Ogami podszedł i delikatnie zaczął (a raczej się starać) budzić nieprzytomną lekarkę. Ona niestety nie zareagowała. Położył swoją łapę na jej czole, chcąc sprawdzić temperaturę jej ciała.
– Jest chłodna… – przekazał wilk.
– Chyba będziemy musieli zabrać je do miasta… – przyznał Kurt.
W jaskini zapanowała cisza, przerywana trzaskami palonego drewna. Xeva musiała podjąć decyzję z racji tej, iż podróżowała z Ametrine…
Stawiałam krok za krokiem, włócząc nogami po skalnej posadzce. Tępo patrzyłam przed siebie, próbując się nie przewrócić. Z każdym przebytym dystansem zawroty głowy się nasilały. Na szczęście basior, o nieznanym nam imieniu, pomagał utrzymać mi równowagę.

<Xeva? Możesz zrobić mały plottwist budząc moją miśke, wywieść nas z powrotem do Królestwa lub ją magicznie uleczyć czy cokolwiek innego, daje Ci wolną rękę xd>
Słowa:1000


Od Ametrine, CD. Ody

Trochę ich tu dużo… – pomyślałam. Moich napastników było przynajmniej pięciu, na szczęście nie wszyscy byli z kategorii “silni i wielcy”. Mimo to były ze dwa osobniki, które utrudniały mi ucieczkę czy nawet walkę swoją zwinnością. Trafnie łatali powstające luki między masą wściekłego futra, odcinając mi drogę szybkiej ewakuacji z tego miejsca lub też zaskakiwali atakiem – lekkim i nieszkodliwym, ale to mnie rozpraszało co dawało okazję innym napastnikom do ataku. Dwóch innych udało mi się już zneutralizować, pozbawiając ich przytomności. Swoją kryształową barierę zniosłam już jakiś czas temu, kiedy zobaczyłam znajome białe futro wraz z parą skrzydeł po bokach ruszyło w doskonale mi znanym kierunku. Potem zobaczyłam jak kilka innych wilków, ukrywających się w przybocznych, ruszyło za nią w pościg
Oby jej się udało… – pomyślałam, unikając kolejnego ataku. Trzeba było tylko mieć nadzieję, że trafi do szpitala z antidotum na czas i pozostali zdołają uratować tę rodzinę…
Do rzeczywistości przywołał mnie ból w lewej tylnej nodze. Mimowolnie krzyknęłam, lecz po krótkiej chwili wróciła mi zimna krew. Zaczęłam odciągać przeciwnika od mojej nogi, jednocześnie uważając na ataki innych. Niestety nie mogłam się wznieść, ponieważ jakoś na początku walki ktoś pogryzł mi lewe skrzydło i powyrywał kilka piór. Czułam dosyć spory ból w skrzydlatej części ramiennej, ponieważ to tam mnie zaatakował. W zamian agresor dostał kopniaka idealnie między oczy oraz uderzył głową w ścianę za nim, co go mocno zraziło do dalszej walki i po prostu uciekł zygzakiem.
Stworzyłam na szybko kryształową włócznię (wolę określenie włócznia, choć niektórzy nazwaliby ten twór po prostu szklanym kijem) i przywaliłam kilka razy w odpowiednie miejsca, zupełnie jakbym była na treningu i ćwiczyła na manekinie…
Tyle że to niestety nie trening a Ci chcą najpewniej sprzedać moje futro – pomyślałam, zadając kolejny cios. W końcu puścił moją nogę, ale został w grupie moich napastników. Jego białawy pysk miał odcień mojej krwi – ciemno bordowa krew, co świadczyło, że naruszył jakąś żyłę. Tanio skóry nie sprzedam. – pomyślałam, lekko się uśmiechając pod pyskiem. Zamachnęłam swoją bronią w powietrzu i odparłam kolejny atak. Tym razem skutecznie, nie odnosząc żadnych urazów.
Przemoc czasami bywa jedynym wyjściem. Zwłaszcza w takiej sytuacji, ale nie powiem, żeby sprawiało mi to jakąkolwiek przyjem…
Myśl przerwałam w połowie ponieważ ktoś rzucił się na mnie, celując swoją szczęką w mój kark czy też szyję. Oba miejsca są doskonałym celem do neutralizacji przeciwnika, poważnie go raniąc lub pozbawiając życia. Zdążyłam się tylko lekko odkręcić, nie mając już czasu na inną reakcję.
Napastnik zacisnął szczęki na mojej szyi, niebezpiecznie blisko tętnic, lecz na moje szczęście trafił głównie w mięsień. Przed siłę uderzenia upadłam na kamienną drogę wraz z basiorem uczepionym mojego ciała. Usłyszałam paskudny dźwięk rozbijanej głowy a po chwili ostry ból głowy… wraz z czymś ciepłym i gęstym na . Starałam się jednak skupić na tym, aby uniknąć śmierci z łap tych bandziorów.
Czemu do cholery chcą mnie zabić?! Przecież chcieli zwój…! – mój umysł wolał. Szarpałam się z wilkiem, powodując coraz rozleglejsze rany na szyi. Lepiej mieć bliznę niż stracić życie, jak to ma…. Wtedy do mnie dotarło. Myśl ta mnie zmroziła, lecz szybko odzyskałam zimną krew.
Mój ametryn…
Jakimś cudem udało mi się pozbyć tego uczepionego wilka, tworząc jakiś kryształowy twór (improwizacja, którą ledwie pamiętam). To był jeden z tych większych, co niestety przekładało się na większą siłę zacisku jego szczęki. Rana bolała niemiłosiernie, lecz zignorowałam ból. Musiałam tylko uważać jak ruszam głową, żeby nie pogorszyć sprawy.
Szybko mi nie odpuszczą…
Musiałam działać ostrzej i bardziej agresywnie, jak mam przeżyć tę walkę. Gangowe wilki zbiły się w grupę kilku osobników, otaczając mnie i jednocześnie osaczając mnie, aby przyszpilić mnie do koziego rogu.
Wzięłam głęboki wdech, czując, że ceglany mur jest tuż-tuż. Skupiłam się, nie zamykając oczy, na stworzeniu kryształowych strzał. Udało mi się to zrobić, lecz ogromnym wysiłkiem. Pulsowanie w głowie, które udało mi się stłumić, z każdym uderzeniem mojego serca przybierał na sile. Gangsterzy patrzyli na strzały jak omienieli, a ja wypuściłam je, celując głównie w kończyny i boki ciał.
I tak też trafiłam.
Większość grotów wbiły się w przednie łapy, kilka wystawało z okolic miednicy, czy też równolegle do linii kręgosłupa na brzuchu.
Rany nie powinny być poważne, poza niektórymi, ale żadna nie będzie śmiertelna.
Wykorzystując moment nieuwagi i dezorientacji zaczęłam uciekać. Nie wiedziałam gdzie biegnę, lecz biegłam, mimo zawrotów głowy i niewyraźnego widzenia. Kontuzjowane skrzydło i pogryziona noga nie ułatwiały sprawę, ale bandyci byli zbytnio skupieni na swoich obrażeniach. Dodatkowo większość z nich nie mogła sobie pozwolić na bieg, choć ja sama też nie jestem. Mimo to kuśtykałam szybko, biorąc ostre zakręty między budynkami, straganami i innymi osłonami, żeby zgubić potencjalny pościg. Dopiero po jakimś czasie zatrzymałam się przy jakimś domostwie, zasapana i oblana potem. Ciężko łapałam powietrze, czując się coraz słabiej. Zacisnęłam powieki, starając się uspokoić. Wdech, wydech…
Ból w głowie rósł niemiłosiernie, powodując u mnie otępienie zmysłów głównie słuchu i wzroku. Dodatkowo miałam nudności. Czułam się jak wtedy na tej karuzeli, na którą poszliśmy z Kye'm, kiedy jeszcze byliśmy szczeniakami…
Dotknęłam swoją czaszkę w miejscu urazu, kiedy upadłam na ziemię, gdy tamten wilk złapał mnie za szyję. Czułam i tam równie silny ból – najpewniej mam mocno rozerwaną skórę oraz poważnie uszkodzone mięśnie. Mam nadzieję, że nie będzie tam jakiegoś lekoopornego zakażenia… – pomyślałam ponuro.
Skupiłam się jednak na swojej głowie. Miejsce zderzenia bardzo bolało, dodatkowo była krew, sądząc po widoku ciemnoczerwonej mazi na łapie. Dodatkowo kiedy biegłam z nosa również zaczęła wypływać krew. Pewnie ze względu na ostry wysiłek fizyczny oraz faktu, że używałam swoich mocy…
Przymknęłam na chwilę oczy, chcąc zebrać myśli, lub chociaż ich strzępki. Czułam się jakby ktoś mnie wsadził do idealnie odizolowanego od środowiska zewnętrznego pomieszczenia… Miałam też dosyć tej rozmazanej karuzeli przed oczami.
– Wracaj do szpitala… – mruknęłam cicho i lekko bełkotliwie. Mrugnęłam kilka razy, po czym ruszyłam pierwszą lepszą ścieżką przed siebie.
Szłam przed siebie, próbując poznać okolicę gdzie obecnie się znajdowałam. Niestety, szło mi to źle, a nawet bardzo, ponieważ nie miałam pojęcia gdzie się znajduję. Nogi powoli zaczęły się robić jak z waty… Miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć jakiegoś przechodnia, który pomoże mi znaleźć drogę do mojego miejsca docelowego.
Ostrożnie spojrzałam w górę. Świt oblewał niebo ciepłymi kolorami, oznajmiając, że właśnie zaczyna się nowy dzień… Słońce leniwie kierowało się ku górze, oblewając nasze miasto przyjemnym światłem.
Z każdą chwilę miałam coraz bardziej po prostu się położyć na ziemi, lecz wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Nie wiem, czy ci bandyci mnie nie szukają… Zawroty przybierały na sile, przez co wyglądałam jakbym dopiero co wyszła z karczmy wypita pod korek alkoholem…
Nie licząc krwi na moim ciele oraz widocznych ran.
Byłam gdzieś przy brzegu rzeki, ponieważ widziałam odbijające się światło słoneczne od szarawo–pomarańczowej tafli ruchomej wody.
Jestem w złym miejscu…
Chciałam się odwrócić i iść w przeciwnym kierunku, kiedy nagle potknęłam się o nie wiadomo co, lub też się poślizgnęłam (nie pamiętam dokładnie co to było) przez co straciłam równowagę.
I zaczęłam spadać do koryta rzeki.
Wpadłam do lodowatej wody z dużym hukiem, który obezwładnił mnie tak samo jak zimna temperatura wody. Ciemność, która coraz bardziej pochłaniała moją świadomość była kusząca, ale musiałam odepchac tą pokusę i wynurzyć się jak najszybciej. Zmusiłam się do ogromnego wysiłku i zaczęłam bezwładnie machać kończynami, żeby wypłynąć na powierzchnię.
Wystawiłam tylko na chwilę pysk na powietrze oraz wziąć głębszy wdech, po czym woda znowu mnie pochłonęła. Doskonale wiedziałam, żeby nie walczyć z prądem wody, tylko dać mu się nieść i stopniowo kierować się na brzeg. Dodatkowo moje rany zaczęły bardzo piec przy kontakcie z wodą.
Tyle że ja ledwie miałam siły na wypłynięcie na powierzchnię… Jeszcze raz spróbowałam się wznieść w wodnej toni, lecz próba ta zakończyła się porażką.
Zaraz skończy… mi się powietrze…
Ostatnia, desperacka próba. Rozłożyłam zdrowe skrzydło i wzięłam zamach, odbijając się jakbym chciała wznieść się w powietrze.
Tym razem się szczęśliwie się udało.
Zaczęłam lekko młócić prawym skrzydłem pod wodą, aby utrzymać głowę nad powierzchnią jak najdłużej. Nogami zaś starałam się nakierować na kurs kolizyjny z suchym lądem.

Nie wiem jak długo przebywałam w wodzie. Byłam wykończona, wyziębiona i ledwie przytomna. Powoli wyczołgiwałam się z rzeki, drżąc z zimna. Rozejrzałam się po okolicy swoim niewyraźnym wzrokiem, próbując odgadnąć gdzie tym razem jestem. Niedaleko była jakaś chata lub inna zabudowa wykonana z drewna. Niebo przybrało już bardziej pomarańczowo–żółty odcień, stopniowo przechodząc w przepiękny błękitu. Powieki robiły się coraz cięższe. Płuca bolały niemiłosiernie przy każdym oddechu, najpewniej przez zimną wodę, której się nałykałam…
Położyłam się, czując, jak siły opuszczają moje ciało.
Niespodziewanie coś usłyszałam.
To chyba był czyjś głos…
Nie miałam siły podnieść głowy i zobaczyć kto to był. Przymknęłam oczy, chcąc oddać się ciemności, która niemal mnie pochłonęła.

Ktoś zaczął mnie dotykać.
Głos coś mówił niezrozumiałego.
Otworzyłam jeszcze na chwilę oczy, chcąc zobaczyć czy ten ktoś nie chce wbić mi ostrza…

Wydawało mi się, że widzę białe futro…
Ciemność.


<Oda? Miśka może mieć wtedy urojenia. Ale przekaż jej jak ją przywrócisz do życia, że warto było bo rodzinka (możesz kogoś z tej rodzinki wysłać za tęczowy most) żyje. Co dalej wymyślisz: odwiedziny i opiekę na tą moją wariatką w Twoim/jej domu, wyrzyganie jej błędów oraz lekkomyślności czy też totalne zignorowanie? Choose your fighter :3>
Słowa:1454

Od Ametrine, CD. Mordimera

 

Czy on chce pomóc? – pomyślałam, patrząc jak oddala się w głąb ciemnej jaskini. Stałam tak dłuższą chwilę, wsłuchując się w ciszę panującą w lochach. Wiele myśli kłębiło mi się w głowie.
Głównie o tym kim on jest
”Na pewno przestępcą działającym w szeregach jakiegoś gangu…”– pomyślałam, odsuwając się w głąb swojej celi. Analizowałam przebieg ostatnich godzin, kładąc się na zimnej posadzce.
Pomógł mi przy opatrywaniu rany Aris – przyniósł potrzebne mi materiały oraz pozwolił obejrzeć i zająć się urazem u młodej wilczycy. Pozwolił mi do niej się zbliżyć, opatrzyć tą ranę i zastosować odpowiednie (jak na dostępne środki) leczenie, nawet jak to się odbyło wszystko w jego obecności. Jednak słowo, czy też bardziej termin, “czystka” mnie niepokoił… Czyżby była to… eksterminacja więźniów…?
Poczułam, jak dreszcz strachu przebiega mi po grzbiecie. Zaczęłam szukać jakiekolwiek luki w żelaznych kratach, które więziły mnie wewnątrz ciemnej jaskini. Na moje nieszczęście mimo miejscowych ognisk rdzy nie zauważyłam żadnej luki. Chciałam wyć z powodu kotłujących się we mnie emocji – rozpaczy, strachu, gniewu…
Nagle w głowie rozbrzmiały mi w głowie słowa mojego porywacza:
– Jeśli planujesz jej ucieczkę, wstrzymaj się do dwóch dni.
Wzięłam kilka głębszych oddechów na uspokojenie. Oczywiście, że nie pomogło.
“Nie oszukujmy się, najpewniej to pierwsze…” – Położyłam uszy do głowy, wyobrażając sobie scenę naszej egzekucji……
Potrząsnęłam głową, pozbywając się uporczywych i bardzo drastycznych myśli. Wtedy poczułam się bardzo samotna. I przerażona. Mimowolnie zaczęłam drżeć, choć starałam się wyprzeć ze swojego umysłu ponure wizje, przez które moje ciało zaczęło tak reagować. Zaczęłam przechadzać się po swojej celi, żeby zająć czymś umysł. Pomyślałam o swoich przyjaciołach, Sylii, moim bracie… i ojcu, który nadal nie umie wybaczyć sobie po tym co się stało z mamą…
Nagle dostrzegłam cień nadziei.
“Może zauważą moje zniknięcie…?”
Ale po chwili uderzyła mnie mroczna rzeczywistość, a raczej jej wizja.
“Może i znajdą… ale najprawdopodobniej moje martwe zwłoki…”
Położyłam się na zimnej ziemi, zwijając się powoli w wystraszoną kulę futra i piór.
Zacisnęłam powieki, lecz mimo to po policzkach zaczęły mi spływać łzy.
– Na co mi to było… – szepnęłam cicho w surową skałę, która nie raczyła mi odpowiedzieć.

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ───

Pierwszego dnia (czy też odwiedzin Moriego) przyniósł mi prowiant – suchą, lecz nie zgniłą makrelę oraz kilka pasków starego mięsa. Nie odezwał się słowem do mnie, tylko położył przy pomocy telekinezy zardzewiałą tacą na środek mojej celi. Spojrzał na mnie z ukosa, lecz nie z wrogością a bardziej… zmartwieniem? Byłam tym faktem lekko zaskoczona. Z drugiej strony mógł on przede mną po prostu udawać, aby zyskać cokolwiek. Kiedy Mort zamykał żelazną bramke przyszedł inny wilk, który miał ten sam pękł kluczy co Mort. Był duży, potężnie zbudowany oraz miał ciemnobordowe futro. Podszedł do celi Aris, kazał się jej odsunąć i otworzył cele. Mój porywacz odsunął się i podszedł do swojego towarzysza. Wymienili kilka zdań, po czym ten nieznajomy kazał podejść wilczycy do nich.
Aris ostrożnie podeszła do gangsterów, mocno kładąc uszy.
Gdy tylko wadera przekroczyła próg Mort chwycił ją w powietrze cieniem a ta zaczęła się wić, jakby walczyła z niewidzialną moc. Następnie wokół niej zaczęła powstawać jakaś ciemny twór otaczający ją, zamykając jej ciało w czarnej bańce.
– ZOSTAW JĄ! – krzyknęłam odruchowo. Natychmiast tego pożałowałam.
I to bardzo.
Niemal natychmiast pod kratami pojawił się olbrzymi basior, szczerząc do mnie swoje jeszcze większe zęby. Jego oczy płonęły gniewem oraz chęcią mordu.
– Zamknij się bo inaczej rozszarpię Twoje chude ciał…
– Zostaw tą idiotkę w spokoju – powiedział ze stoickim spokojem Mort, nawet nie odwracając głowy. Stał w tym samym miejscu, kiedy w końcu bańka z Aris się zamknęła, po czym zwrócił się do swojego towarzysza.
– Goth, chodź mi pomóc z tą złodziejką – poprosił.
Ten którego zwą Goth sapnął coś, po czym odszedł, wymachując swoim zaskakująco krótkim ogonem z widocznymi wyłysieniami i poparzeniami. Dodatkową jego cechą było to, że jego chód był sztywny i lekko go rzucało na boki.
Wilki wyszły przez jedyne wyjście z strefy więziennej.
Ja z kolei stałam skulona, podwiniętym ogonem pod brzuch, zaczynając się coraz bardziej obawiać o moje życie…
Pierwszy raz w życiu strach w czystej postaci spojrzał mi w oczy.

Drugiego dnia zostałam dosyć… gwałtownie, że tak to ujmę, obudzona. Spałam z najdalszym kącie celi, przerażona wydarzeniami z ostatnich godzin. Niestety, nie był Mordimer…
Goth wszedł z trzaskiem do mojej celi, rzucając kawałek metalu, na którym były jakieś resztki jedzenia, na ziemi.
– Nie powiem, chętnie… – Oblizał pysk, wbijając swoje bursztynowe oczy o zwężonych źrenicach – … bym cię schrupaaał… – Zaczął podchodzić jeszcze bliżej. Ja zaczęłam się cofać, aż ściana zablokowała mi drogę ucieczki.
Był niecały metr ode mnie, gdy nagle za nim huknął znajomy mi głos.
– Zostaw ją.
Mort przekroczył kraty, również wchodząc do mojej celi.
– Powiedziałem coś. – Zrobił kilka kroków na przód, zbliżając się do drugiego basiora.
– Argh…! Psujesz zabawę! – Warknął w stronę Mortiego, ale się do niego nie zbliżył.
– Szef chce cię widzieć na górze. Szukałem Cię dosyć długo więc jest on już na granicy cierpliwości.
Burknął coś jeszcze pod nosem, ale wyszedł, bujając się lekko na boki. Wyglądało to na zmaga się z chorobą kręgosłupa.
Mort podszedł bliżej mnie, lecz zachował pewien dystans. Obserwował, jak Goth się oddalał, aż w końcu zniknął w mroku tunelu.
Basior odczekał jeszcze kilka chwil, aż w końcu powiedział.
– Cieszę się, że mądrze wybrałaś…

<Mort? Prosze nie bij za tak długi czas nieodpisywania ._.”>
Słowa:857

piątek, 21 czerwca 2024

Od Ametrine, CD. Oda

 Wpadłyśmy z niemałym hukiem do kanału, po czym natychmiast ruszyłyśmy przed siebie, po prostu biegnąc przed siebie. Po cichu liczyłam, że strażnicy nie dodadzą dwa do dwóch i nie znajdą się tajne przejście pod Pałacem. Uniosłam zwój z lekiem wyżej, aby nie zniszczyć cennego dla mnie pergaminu.
W tamtej chwili nie wiedziałam co myśleć o Odzie. Z jednej strony była nieco oziębła i niechętna do pomocy, stroniła od tego, ale z drugiej… Włamała się do Zamku, z którego razem przed chwilą uciekłyśmy. 
Rzadko kiedy jestem tak zdezorientowana.
W pewnym momencie zaczęłyśmy zwalniać tempo, aż się zatrzymałyśmy, żeby złapać oddech.
– Nigdy więcej… – powiedziała Oda, nieco łapczywie biorąc powietrze. Nogi lekko jej drżały, najpewniej od wysiłku fizycznego.
– Sama przyszłaś – przyznałam szczerze. Dalej zastanawiałam się nad jej intencjami.
– Przynajmniej wiem, że już nie wrócę. Oby nas nie rozpoznali… – westchnęła moja towarzyszka. Bibliotekarka nałożyła na nos okulary. – Oby… – dodała. 
– Musimy iść. – Ruszyłam przed siebie, idąc tym razem czynnym rurociągiem biegnącym pod ulicami miasta. Wody szczęśliwie dużo nie było, jedynie do kostek, jednak dało się czuć chłód płynący z wody. Szłyśmy wolnym krokiem, ostrożnie stawiając każdy krok. Wiedziałam, że wilki potrafią wpakować do kanalizacji różne śmieci, zwłaszcza takie, którymi można się pokaleczyć, a powiedzmy sobie szczerze, że brodzenie w wodzie z otwartą raną może skończyć się czymś bardzo nieprzyjemnym…
Oda szła obok mnie bez słowa. Jej mina była taka jak zawsze – kamienna mina niezdradzająca żadnych emocji, cichy chód przeplatany odgłosami poruszanej wody… Naprawdę jest intrygującą postacią. 
Oraz tajemniczą… 
Szłam w ciszy, próbując na nowo odnaleźć właściwą drogę wyjścia z rurociągu. Nie chciałam tego mówić na głos, ale bardzo możliwe, że się zgubiliśmy. Wcześniej zapamiętałam drogę jedynie prowadząca do Zamku, lecz zapomniałam o powrotnej. Teraz rozglądam się za najbliższym możliwym wyjściem, aby przynajmniej móc rozejrzeć się na powierzchni. 
Muszę szybko wrócić do szpitala i rozpocząć pracę nad antidotum. Czas nas goni…
Żadna z nas nic nie mówiła. Dalej szliśmy w ciszy, stawiając ostrożnie kroki w wodzie. Myślałam też o jej słowach o rozpoznaniu nas… Również się łudziłam, że nie zostanę rozpoznana. Byłoby co najmniej niezręcznie, nie mówiąc o konsekwencjach. 
Jednak dla mnie ważniejsze jest uratowanie tej rodziny. O konsekwencjach będę myśleć później. 
O ile się stąd wydostaniemy… – pomyślałam ponuro. Potrząsnęłam głową, aby pozbyć się niechcianych myśli. Nie uszło to uwadze białej waderze, która mi towarzyszyła.
– Coś nie tak? – zapytała. Szła za mną w pewnej odległości, najpewniej dlatego, że czuła się wtedy bardziej komfortowo…
Chodząca zagadka jak dla mnie…  
– Nie… Tylko… – zawahałam się. Wyglądała na oschłą i wypraną z empatii wilczycę… Naprawdę nie wiedziałam co myśleć o Odzie. Z jednej strony życzyła mi powodzenia w swojej bibliotece, dając jasno do zrozumienia, że nie idzie ze mną, a następnie spotykamy się w komnacie konserwatorium w Zamku, do którego również się włamała.
– Tylko? – zapytała bardzo neutralnym, monotonnym głosem.
– Mam nadzieję, że zdążymy z informacją o odtrucie na czas… – Nie chciałam używać stwierdzenia “...zanim ta rodzina umrze…”.
Oda nic nie odpowiedziała. Szła dalej w takim samym tempie co wcześniej. Ja z kolei odrobinę przyspieszyłam, żebym rzeczywiście zdążyła na czas.
– Chyba jest wyjście… – Oda zauważyła po kilku chwilach mozolnego marszu w wodzie. 
Rzeczywiście, przed nami była niewielka drabina wykonana z prętów przytwierdzonych do ściany kanału. Przez kilka niewielkich dziurek w pokrywie wejścia do rurociągu wpadało lekko srebrne światło. Podbiegłam do drabiny i zaczęłam się wspinać ku górze, jednocześnie podnosząc przy pomocy telekinezy pokrywę od kanału. Żelazny dysk zaczynał się powoli ruszać, aż w końcu udało mi się go odsunąć na bok. Wyszłam jako pierwsza, rozejrzałam się, żeby wiedzieć, gdzie jesteśmy. 
Byliśmy niedaleko chaty Rybaka, tej, która była blisko Zamku a obok Strażnicy Wojowników. Panowała późna noc, niebo zaczęło przybierać zielonkawy kolor zwiastujący nadchodzący wschód słońca. Dookoła nadal jednak było ciemno poza kilkoma latarniami dające słabą poświatę. 
Oda właśnie wyszła z kanału z lekkim trudem. Jej chód bywał czasami sztywny, jakby długość jej nóg przeszkadzała w chodzeniu. Otrzepała się, stojąc kilka metrów ode mnie, po czym wróciła, ale zachowała dystans. Obróciłam się i zamknęłam za sobą właz do kanału, tak, aby nikt do niego nie wpadł. 
– Może… – szepnęłam. Nadal miałam nadzieję, że zdążę. Jestem coraz bliżej swojego celu, lecz nadal go nie osiągnęłam. 
– Idziesz ze mną? – zapytałam Odę. Ta poprawiła swoje okulary leżące na nosie, spojrzała w dal i odpowiedziała:
– Biblioteka jest niedaleko szpitala. – Poprawiła swoje chore skrzydło. – Więc tak.
Kiwnęłam głową i ruszyłyśmy na południe, w stronę naszych własnych celów.
Szłam wartkim krokiem, a tuż za mną była biała wadera. Mogłabym polecieć i przyznaje – bardzo bym chciała to zrobić, ale nie chciałam z dwóch powodów. Pierwszym było pozostawienie Ody samej, od tak, a drugi, bardziej istotny, był spowodowany pogodą. Od czasu wejścia do Zamku zdążył się rozwinąć dosyć silny wiatr. Potrafię w nim latać, lecz lot mógłby zająć niż piesza wyprawa i jest dodatkowe ryzyko, że wiatr porwie zwój z antidotum na pięciopłatka krwistego, który unoszę obok mojej głowy. Starałam się zapamiętać jak najwięcej się dało, lecz dowód na papierze będzie lepszy. 
– Dawny uraz? – zapytałam, przerywając dziwną ciszę. Słychać było jedynie nasze kroki na brukowanej drodze.
– Słucham? 
– Uraz skrzydła. Wygląda to na starą ranę… – wyjaśniłam. Choć po chwili tego pożałowałam, ponieważ było to zbyt osobiste pytanie. I znowu wtykam nos w nie swoje sprawy… 
Oda milczała, idąc dalej. Spuściłam lekko głowę, bluzgając na siebie za taką bezczelność. Nie powinnam o to py…
– Tak – odpowiedziała nagle.
– Co? – Byłam lekko zaskoczona.
– Stary wypadek podczas lotu… – powiedziała spokojnym, opanowanym tonem. – Teraz mogę najwyżej szybować…
– Nie myślałaś o… 
– Nie. – Oda zmniejszyła dystans między nami, żeby łatwiej nam się rozmawiało. – Było za późno, kiedy…
Nagle, nie wiadomo skąd pojawiła się grupka podejrzanych wilków. Głównie były to rosłe basiory, z licznymi bliznami bądź poszarpaną sierścią lub obiema cechami. Widziałam chyba nawet waderę o drobnej posturze, lecz o zwinnym ciele. Stali rozproszeni między ścianami budynków i karczmy, lecz byli totalnie wyluzowani i pewni siebie, jakby to był ich teren. Kilka z nich uśmiechało się zbyt szeroko, zupełnie jakby ktoś rzucił im worek… pieniędzy…
Niedobrze…  
 – Proszę, proszę… – zaczął chrypieć największy z wilków, najpewniej przywódca grupy. Miał ciemnoczerwoną sierść, kilka większych i bardziej widocznych blizn na ciele oraz lodowo niebieskie oczy, które tasowały mnie i Odę z góry na dół. – Dwie bardzo ładne wilczyce biegające same, w środku nocy, po mieście… Interesujące… – Ostatnią sylabę bardzo przeciągnął, przez co przez po grzbiecie przeszedł mnie dreszcz. Oda zaczęła się powoli cofać, lecz za nią nagle pojawiła się wadera z gangu. Miała ciemną sierść, lecz jej oczy były intensywnego, bursztynowego koloru. 
– Widzę, że macie pewien zwój… Wydaje się być… cenny… – Ostatnie słowo specjalnie zaakcentował. 
Bardzo niedobrze…  
– Oddaj mi go.
Nie drgnęłam. Nie mam zamiaru oddawać go jakiemuś bandycie.
– Oddaj go. Po dobroci. – Powtórzył, tym razem ostrzejszym tonem. Jego bandyci zjeżyli sierść i położyli uszy, czekając na znak do ataku. – Chyba że chcesz stracić tę ładną buźkę… I twoja koleżanka… – Kiwnął głową w stronę białej, skrzydlatej wadery z okularami na nosie.
Obejrzałam się, żeby zobaczyć Odę. Również przygotowywała się do ataku. Dobrze. 
– Nie. – Nie zawahałam się nad odpowiedzią. Miałam plan, niebezpieczny, ale jedyny, jaki udało mi się wymyślić na ten moment. Oby wypalił…  
Czułam na sobie spojrzenie Ody, mówiące, że jestem idiotką. 
Przywódca zaczął cmokać… Spojrzał na mnie i uśmiechnął się, pokazując brudne, zaniedbane zęby. 
– Więc tak wolisz… – I rzucił mnie o ścianę budynku, nie widząc nawet czego użył – mocy (nie telepatii) czy fizycznego przedmiotu. Mocno oberwałam, słysząc kilka różnych dźwięków, zastanawiając się, który z nich wydało moje ciało. Na szczęście mimo bólu utrzymałam zwój w zacisku swojej telepatii. Upadłam na ziemię, lecz szybko się podniosłam, bo nie miałam innego wyboru. Wilki zaczęły mnie powoli otaczać, szykując się na atak. 
Szybko spojrzałam na swoją towarzyszkę, aby zobaczyć czy mój szalony plan wypalił, przynajmniej połowicznie.
I tak też było.
Bursztynooka stała niedaleko Ody, od jej prawej strony, ale skupiała się na mnie, jeżąc sierść na karku i odsłaniając swoje ładniejsze zęby. Ale nie skupiała się na kimś, kogo miała pilnować… 
Telekinetycznie rzuciłam zwojem, jednocześnie tworząc kryształową ścianę oddzielającą Odę od gangu. Szok na ich twarzach był bardziej niż widoczny, podobną minę zresztą miała sama Oda.
– UCIEKAJ! – krzyknęłam, biorąc się za pierwszego lepszego bandytę, rzucając się na niego. Nie wiem jak długo zdołam utrzymać te ściany, a walka pozwoli im się skupić na mnie, co da trochę czasu mojej towarzyszce na ucieczkę. 
O ile się na nią zdecyduje… 
Przywaliłam kolejnemu, tym razem celując w miednicę. Będzie boleć, ale nie powinno zabić. Niestety, jakiś dobrał się do mojej nogi, a inny chwycił mnie za ogon. Rozwinęłam skrzydła, starając się uciec od oprawców, ale któryś ściągnął mnie z powrotem na ziemię. Morze futra nie pozwoliło mi zobaczyć czy Oda podjęła decyzję zgodnie z moją sugestią, czy nie. 
Musiałam się jednak skupić na tym, abym w tamtej chwili ja przeżyła.

<Oda? Misia ufa Ci, że szybko dotrzes
z do szpitala. Jak jednak zrobisz, to już zależy od Ciebie;>

Słowa:136

wtorek, 28 lutego 2023

Od Ametrine, CD. Mortimer

Nic.

Czułam się jak w pustce.
Być może dlatego, że w niej się znajdowałam?
Nie miałam kaptura na sobie ani innej opaski na oczach. Jednak nie widziałam nic. Niczego również nie słyszałam.
Nie czułam dosłownie nic. I to mnie lekko przerażało.
Starałam się ruszyć, lecz czułam, że bezsensownie młócę nogami w powietrzu, zupełnie jak wtedy, kiedy uczyłam się latać, jak byłam młodsza…
Przez tą czerń całkowicie straciłam poczucie czasu i miejsca. Jeśli to był ich plan… przepraszam – jego... to się udał. Nawet nie wiecie jak wściekła na niego byłam. Czułam, że jest z nim coś nie tak, ale nie sądziłam, że aż tak! Złodziej, gangster i… zabójca? Przełknęłam ślinę na tą ostatnią myśl. Mogłam przynajmniej zawiadomić kogokolwiek, żeby w razie czego wezwano odpowiednie służby… Przeklęłam w myślach, przenosząc swoją złość z tego wilka na samą siebie, za swoją głupotę oraz lekkomyślność. Trzeba było wrócić do domu i szykować się na następny dyżur a nie bawić się w detektywa…
Nagle brak przestrzeni zniknął, zastępując ją ciemną, lecz delikatnie oświetloną grotą. Upadłam, a z powodu tak gwałtownej zmiany otoczenia głowa zaczęła mi pulsować. Jednak mimo nieprzyjemności zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu okazji do ucieczki, nawet teraz. Niedaleko stał stolik a na nim kilka zapalonych świec, a dalej był długi korytarz, który z każdym krokiem pogrążał się w mroku. Nie było żadnych pochodni ani innych źródeł oświetleń niż kilka jarzących się knotów rzucających słabą łunę światła na szaro ciemne ściany jaskini, w której się znajdowałam. Kątem oka zauważyłam coś dziwnego. Coś, co mnie przeraziło do takiego stopnia, że włosy na grzbiecie stanęły mi dęba.
br.Ogromny rozprysk świeżej krwi na ścianie oraz kilka kawałków wilczego futra i mięsa.
Mort spojrzał tak bez żadnych emocji, po czym spokojnie oznajmił:
– Na razie to cię nie czeka.
Mimowolnie parsknęłam, czując, że moja złość na tego jegomościa osiąga szczyt, zastępując wcześniejszy strach.
– Bo Ty nie będziesz mnie zabijał? – odszczeknęłam.
– Nie. – Spojrzał na mnie swoimi lodowatymi oczami, czując, że w jego duszy nie ma nic. – Staram się nie dopuścić do Twojej śmierci.
– Świetnie Ci idzie… – mruknęłam bardziej do siebie niż do niego. Niestety, usłyszał.
– Jak dla mnie jesteś nadal żywa.
Nagle usłyszałam trajkot łańcucha i coś, z metalicznym szczękiem, zacisnęło się wokół moich kostek, po czym straciłam grunt pod nogami, ciągnięta po ziemi aż przekroczyłam próg celi. Wtedy się zatrzymałam, a ja mogłam wstać i otrzepać się z pyłu i brudu jakie zebrało moje futro.
Teraz od mojego porywacza i domniemanego zabójcy dzieliła żelazna krata. Coś zazgrzytało a po chwili śmignęło obok mojego ucha. Maleńkie kluczyki wróciły do swojego pana, po czym zawisnęły na ogromnym pęku innych kluczy, stając się zbiorem identycznych kawałków metalu.
Chciałam podejść jak najbliżej krat, lecz kajdany okalające moje nogi mi na to nie pozwoliły, podnosząc metaliczny dźwięk w grocie pełnej ciszy.
Ten tylko na mnie patrzył, nawet nie mrugając. We mnie natomiast się gotowało. W pewnym momencie odwrócił się i zaczął iść w stronę wyjścia.
– TY DRANIU! – krzyknęłam za nim, lecz ten nawet tego nie usłyszał.
Ja padłam bezradna i bezsilna na ziemię, czując, jak strach i obawa zastępują miejsce gniewu. Nigdy nie czułam się taka bezradna jak w tamtym momencie…
Uroniłam tylko jedną łzę, nie chcąc, by ktoś zobaczył jak bardzo się boję…

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ─── 

– Masz, ślicznotko! – Bordowy basior o zielonych oczach rzucił czymś, co miało być talerzem, w moją stronę tak, aby ślizgiem trafił jak najbliżej mnie. Tacka lekko uderzyła mnie w bok.
Leniwie otworzyłam oczy, łudząc się, że wczorajszy dzień to był zwykły koszmar. Niestety, to była gorzka rzeczywistość. Na deser dodajmy, że to był ten zboczony basior o nieznanym imieniu (nie wiem czy chciałabym je poznać), tak więc mój koszmar nabrał jeszcze ciemniejszych barw. Powoli wstałam, uważnie obserwując jego działanie oraz mowę niewerbalną. Usiadłam i popatrzyłam na swój posiłek, który był sporym wyolbrzymieniem. Kawałek suchego mięsa oraz brudna woda do picia. Spojrzałam na basiora. Każdy mój ruch dosłownie pożerał wzrokiem, co przyprawiało mnie o dreszcze i mdłości. Postanowiłam nic nie robić, czekając aż sobie pójdzie… co może trochę zająć.
Jestem cierpliwa.
Patrząc na niego przypomniałam sobie dlaczego nie zdecydowałam się na specjalizację z psychiatrii. Myślałam nad tym kończąc studia, jednak zdecydowałam się na pediatrię i internę, czując, że bardziej mi odpowiada niż słuchanie dziwnych wyznań miłości lub dać się pogryźć podczas ataku urojeń i omamów. Nie mówię, że ta dziedzina medycyny jest… zła. Jest świetna i bardzo interesująca, poza tym równie potrzebna w naszym Królestwie, jednak trzeba się liczyć z konsekwencjami wyboru tej specjalności. Przynajmniej ja tak to odbieram.
– Jedz… – sapnął basior. Z jego pyska wyleciało kilka strużek gęstej śliny. Jedynie mrugnęłam, w głowie mając jedynie obrzydzenie.
– Jedz… – powtórzył.
Nie zareagowałam. – JEDZ! –huknął.
Z zewnątrz nawet nie drgnęłam, lecz wewnątrz mnie szalała panika i przerażenie. Udało mi się jednak zachować zimną krew, dzięki czemu nawet nie drgnęłam, chociaż miałam straszną chęć na ucieczkę.
Mogłam wykorzystać swoje moce tu i teraz, jednak nie byłoby to zbyt mądre. Odkrycie wszystkich kart w nieodpowiednim momencie może kosztować mnie nawet życie.
– Wracaj na wartę. – Nagle, jakby z ziemi wyrósł, pokazał się Mort. Patrzył na basiora spod łba i znanym nam wszystkim gestem głowy wskazał, że ma iść. Bordowy, mijając go, uniósł wargi, pokazując zęby, i położył uszy, zupełnie jakby był gotowy zagryźć rywala. Ciemniejszy basior z kolei totalnie go zignorował. Dopiero gdy echa kroków umilkły, podszedł i spojrzał na mnie.
– Dziękuję za troskę – odparłam chłodno, mierząc go spojrzeniem. Odwróciłam się tyłem i nie odważyłam się odwrócić, dopóki ten jegomość nie wyjdzie. Wystarczy mi obecności gangsterów na dziś.
Usłyszałam ciche westchnięcie, po czym bardzo ciche kroki. Gdy wszystko ucichło, odwróciłam się i powąchałam mięso. Nie było zepsute ani spleśniałe, tylko mocno wysuszone. Odgryzłam jakiś cudem kawałek i zaczęłam żuć. Trochę mi to zajęło, ale udało mi się przełknąć ten kęs. Na kolejny się nie odważyłam. Wodę sobie odpuściłam, jednak kiedyś moje pragnienie wygra i będę musiała wypić ją. Ale to potem.
Teraz czas na zaplanowanie uciecz…
Nagle usłyszałam jakiś hałas. Dziwny dźwięk.
Z celi obok.
Wyjrzałam powoli i zobaczyłam pewien cień. Po chwili usłyszałam odgłos zaskoczenia oraz dojrzałam kawałek wilczego futra.
– ...kim jesteś?! – zapytał piskliwy głos.
– Spokojnie… – powiedziałam łagodnie, wyglądając na tyle na ile pozwalały mi kraty. Zobaczyłam drobną wilczycę o ciemnym futrze z białymi plamami, większymi i mniejszymi. Wyglądała na mieszankę kilku ras. Wyglądała na drobną, mimo swojej puszystej sierści, i nieco chudą.
Miała też paskudną ranę na przedramieniu.
– Jak długo masz tę ranę? – zapytałam, od razu przełączając się na tryb medyka.
Chwila ciszy, po chwili usłyszałam:
– Od kilku dni.
– Nie wygląda dobrze. Trzeba ją opatrzyć.
– Dam sobie radę… – odparł głos, znikając najpewniej w głąb swojej celi. Ja natomiast rzuciłam:
– Jeśli infekcja będzie postępować, trzeba będzie odciąć Ci nogę. Natomiast jest nie zrobi się tego na czas, umrzesz.
Cisza.
– I tak tutaj umrę… – odpowiedział tajemniczy więzień. Obstawiam, że to był młody wilk, a nawet bardzo młody…
– Co zrobiłaś, że tutaj trafiłaś?
Chwila ciszy. Kilka kroków i usiadła przy kratach. Puszysta sierść wilczycy jako jedyna przekroczyła próg celi. I opowiedział jak ukradła pewną rzecz niewłaściwemu wilku. Rana pochodziła z ucieczki po kradzieży tajemniczej rzeczy. Swoją drogą, to te skaleczenie niejako ją wydało – utyka na tą nogę przez co jest wolniejsza i tym razem nie udało jej się uciec na czas przez bandziorami.
– Mam na imię Aris, a ty? – zapytała po dłuższej chwili.
– Ametrine.
– Miło mi. – Usłyszałam w jej głosie szczerość i nawet szczyptę… radości połączonej z nadzieją.
– A Ty, Ametrine, jak tu trafiłaś?

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* ゚☆ ・゚. ─── 

Następnej doby (nie znam pory dnia ani nocy, tak więc staram się używać terminu doba, odnosząc się do cyklu mojego snu) jedzenie przyniósł mi mój porywacz, więc przyszła mi pewna myśl, aby wykorzystać okazję do pomocy Aris.
– Mogę mieć do Ciebie prośbę? – zapytałam bezpośrednio, bez żadnego witaj czy jak ci dzień mija. Lub noc.
m– Nie wypuszczę cię.
– Chciałam Cię prosić o przyniesienie bandaży, gaz, jodyny, igły z nitką, nożyczek…
– Po co ci to? – Uniósł jedną z brwi, wpatrując się we mnie lodowoniebieskim okiem.
– By pomóc Aris zachować nogę.
– Aris?
– To moje imię. – Aris podeszła bliżej kraty i pokazała się w świetle niemal stopionych do ostatniego węzła świec.
– A, ty… – mruknął do siebie samego – Dlaczego miałbym się na to zgodzić?
– Nie wiem – przyznałam szczerze.
– Masz świadomość, że niedługo może zginąć, podczas trwania Czystki?
– Co? – zapytała Aris.
– W tym stanie może jej nie dożyć – odparłam, zdeterminowania, by nie tylko pomoc jej przy tej nieszczęsnej ranie ale i również przy ucieczce przed
tą całą Czystką.
Taki miałam plan.
Zobaczymy czy wypali…
Ciemny basior zastanawiał się dłuższą chwilę co ma zrobić, aż w końcu…

<Mort? Amiśka będzie kombinować jak się wyrwać z młodą z lochów, ale ma na uwadze, że jesteś tym Złym, a przynajmniej narazie. Będzie doszukiwała się w Tobie dobrej strony. Możesz ją jej pokazać ;) Pamiętaj też, że mogą jej zacząć szukać, ponieważ szpital może się zaniepokoić jej brakiem na dyżurach.>
 
Słowa: 1403 = 91 KŁ

wtorek, 31 stycznia 2023

Od Ametrine, CD. Xevy

W głowie cały czas mi dzwoniło a przed oczami miałam ciemne plamki. Musiałam się bardzo skupić, żeby zrozumieć co Xeva do mnie mówi. Musiałam mocno oberwać… Czułam, jak cienka strużka ciepłej i lepkiej krwi spływa po moim czole, lecz nie przejmowałam się tym w żadnym stopniu. Ważniejsza była teraz Xeva. 
– Boli Cię jak bierzesz wdech? – zapytałam, wstając powoli. Zakręciło mi się w głowie, przez co prawie straciłam równowagę, ale zdołałam się utrzymać na nogach. Temeryjka przytaknęła.  
szur szur  
Podniosłam głowę zbyt gwałtownie, chcąc namierzyć źródło hałasu, ale głowa mi eksplodowała. Przed oczami rozlała się ciemność a ból przeszył czaszkę. Zacisnęłam mocno zarówno powieki jak i szczękę. Poczułam smak metaliczny smak w pysku. Starałam się nie wydać z siebie żadnego dźwięku, by nie niepokoić Xevę bardziej niż to jest konieczne. Powoli wypuściłam powietrze z płuc i ostrożnie uchyliłam powieki. Czekoladowa wilczyca przytaknęła cicho. Patrzyła na mnie z lekkim niepokojem i większą ilością troski, lecz nic nie powiedziała. Bycie lekarzem wiąże się z jedną cechą - nie cierpię być pacjentem. 
– Mogę zobaczyć? – zapytałam czysto zawodowo. Pierwsza sprawa to kwestia dobrego zachowania. Niby głupie pytanie ale dosyć ważne, ponieważ wiem (nie z własnego doświadczenia szczęśliwie), że dla niektórych to podchodzi pod paragraf takie dotykanie bez pytania. Druga kwestia to sama kwestia dotyku. Pracowałam z wieloma wilkami, głównie z tymi, które mają tak zwaną trudną przeszłość. Dla znacznej większości z nich dotyk to powrót do przeszłości; otwarcie starych ran, które mimo zagojenia dają o sobie znać. Najważniejszy jest dla mnie komfort pacjenta. Parafrazując do mojej wcześniejszej wypowiedzi - czyli nie mój. Gdy wilczyca zdjęła swój płaszcz, czy też kubrak, zaczęłam delikatnie dotykać klatkę piersiową Xevy, wyostrzając swoje zmysły, głównie dotyk oraz słuch. Ciężko oddychała oraz gołym okiem mogłam zobaczyć prawdopodobne miejsce urazu. Zanim dotknęłam tą okolice przyłożyłam swoje ucho (z racji braku posiadania przy sobie stetoskopu) i zaczęłam analizować jej oddech. Nie brzmiał najlepiej, ale słyszało się gorsze. Nagle delikatna sierść teneryjki uniosła się, strosząc włos. 
– Zimno Ci? 
– Ale trochę tylko, przejmować się nie musisz… 
– Muszę, bo to bardzo ważne – poprawiłam ją, po czym skupiłam się na stworzeniu niedużego, wielkości małego arbuza, kryształu a następnie stworzenie coś w rodzaju więzi z nim, aby mógł czerpać moją moc a on przekształcił ją w energię cieplną. Gdy kryształ rósł, Xeva nie mogła oderwać oczu od procesu jego tworzenia. Już miałam mówić, że to nic takiego, kiedy w ostatniej chwili przypomniałam sobie o fakcie pochodzenia mojej towarzyszki. Może akurat na ich wyspach nie ma żywiołu kryształu? Kryształ tuż po narodzinach miał przezroczystą barwę, ale po nadaniu mu zadania i mocy zmienił barwę na półprzezroczyste kolory zachodzącego słońca. Oraz oczywiście zaczął dawać ciepło. Xeva usiadła blisko przy krysztale, aby czerpać z niego ciepło, pozwalając na dalsze badanie. Odetchnęła ciężko, ale z niejaką ulgą. 
szur szur 
 Znowu ten dźwięk! Nie było go dłuższą chwilę i miałam nadzieję, że cokolwiek go wydaje już poszło sobie dalej… Ale niestety tak nie było. Martwiło mnie to, ponieważ mogło to być potencjalne zagrożenie. Ćwiczyłam walkę w różnych sytuacjach, jednak znam swoje ograniczenia i nie jestem stanie powiedzieć czy jestem gotowa do potencjalnej walki. Dzwonki powoli milkły jednak dalej czułam jakbym robiła kilkanaście beczek w powietrzu pod rząd. Xeva również nie wygląda najlepiej a, niestety, podejrzewam dosyć spory problem związany z jej żebrem lub (mam nadzieję że nie) żebrami. Zanim wróciłam z powrotem do klatki piersiowej Xevy zadałam jej kilka innych pytań – czy coś jeszcze ją boli, czy nie ma mdłości, dzwonienia w uszach, uczucia dezorientacji (które niestety u mnie występuje), czy jest w stanie utrzymać równowagę i chodzić normalnie. Szczęśliwie wszystkie pytania wypadły dobrze – poza nieszczęsnym upadkiem na bok nic więcej jej nie doskwiera.  
szur szur  
Z jednej strony chciałam, i to bardzo, zignorować ten dźwięk, ale z drugiej strony moja intuicja mi na to nie pozwalała. Po plecach przeszedł mi delikatny prąd, przez co lekko nastroszyłam sierść na grzbiecie. Nie wiem czy to z chłodu, który odczuwałam już w mniejszym stopniu ale nadal, czy bardziej z powodu przeczucia. Oby nie z powodu tego drugiego… – pomyślałam. 
– Może Cię zaboleć – ostrzegłam, ale po chwili dodałam – postaram się to zrobić szybko ale będę musiała wyczuć co się tam dzieje, dobrze? 
– Dobrze… – powiedziała Xeva, po czym ponownie zdjęła swój kubrak. Ustawiła się bokiem do mnie, odsłaniając lewy bok. Pomimo gęstej acz krótkiej sierści widać było czerwień pod skórą wilczycy. Niedobrze… Delikatnie odsunęłam włosy, co spotkało się z cichym sykiem ze strony Xevy. Nawet najmniejszy dotyk sprawiał jej ból, co oznacza, że spory obszar tkanek dostał i to mocno. 
– Teraz może bardzo zaboleć… – powiedziałam i dotknęłam zaczerwienionej skóry, żeby zobaczyć jak wygląda sprawa z żebrami. Xeva wytrzymała kilka sekund, po czym odskoczyła jak poparzona, lecz mi to wsytarczyło. Co najmniej dwa złamane… Mam nadzieję, że nie zrobi się jej odma opłucna… 
– I… co…? – zapytała czekoladowa wilczyca między swoimi oddechami. 
– Dwa żebra są złamane i jest dość spory krwiak podskórny…  
szur szur 
– To źle czy… bardzo… źle? 
– Krwiak się wchłonie w ciągu kilku dni, żebra będą potrzebowały więcej czasu do zrośnięcia się… 
Teneryjka położyła uszy do głowy, a na jej twarzy zawitał wyraz smutku i… zawiedzenia? 
– W porządku? – zapytałam, ale nagle mój ból głowy z niemal zerowego poziomu skoczył na prawie setny. Aż mi się ciemno zrobiło, ale jakimś cudem utrzymałam się na nogach. Xeva najwyraźniej to zauważyła. 
– Ami, w porządku wszystko? – zapytała lekko wystraszona, niemal przeskakując dzielący nas niewielki dystans. 
– Tak… tylko trochę mocno uderzyłam się w głowę i tak trochę boli… – zaśmiałam się niemrawo. Nie wiedziałam dlaczego, ale się zaśmiałam. Nagle pojawiło się kolejne szuranie, tym razem głośniejsze, po czym kilka dziwnych dźwięków i plusk wody. Następnie usłyszałyśmy coś, czego się nie spodziewaliśmy. Głos. 
– Hop hooop, jest tam kto? 
– Tak! – krzyknęłyśmy obydwie jednocześnie. 
– Jak wyście się tam dostali?! – zapytał żartobliwym tonem wilk. 
– Przecież nie specjalnie! – odszczeknęłam mu. Nieznajomy się zaśmiał, po czym zaczął się zastanawiać głośno, mamrocząc coś pod nosem. 
– No dobra, chyba wiem jak was wydostać z tej dziury! 
Spojrzałyśmy na siebie po czym zaczęłyśmy się wsłuchiwać w plan naszego tajemniczego “wybawiciela”. 
 
<Xeva?>
Słowa: 985 = 55 KŁ

wtorek, 27 grudnia 2022

Od Ametrine, CD. Ody

– Książka trafiła do naprawy ze względu na jej marny stan i fakt, że nie była używana. – powiedziała szczerze bibliotekarka. – Mieliście, jako medycy, jeszcze jeden egzemplarz, więc ten nie uzyskał priorytetu, więc pewnie nadal tam siedzi. Jest nadzieja, że już może znajdować się w zamku i czekać na oprawienie, w innej salce bibliotecznej, jednak tam nie mam jak wejść. Nie mam kluczy, nie ja się tym znajduję. – Kończąc to zdanie pokręciła głową ze zrezygnowaniem.
Ja tak łatwo nie zrezygnuję… Odłożyłam książkę, zbliżając się do niej i zadałam pytanie:
– Kto ma klucze?
– Albo klucznik, albo jeden z dwóch pracowników, ale nawet nie wiem kim oni są…
Zamknęłam oczy, chcąc pomyśleć co w tej sytuacji można zrobić. Można by było udać się z prośbą o audiencję u kogo trzeba, być może nawet do samej Królowej, ale to może potrwać nawet kilka dni jak nie tygodni.
Otworzyłam oczy, chcąc zobaczyć jak długo jeszcze noc będzie trwała. Niestety, Księżyc chylił się ku horyzontowi, tak więc na realizację swojego szalonego planu nie mam zbyt dużo czasu.
– Ale wiesz, gdzie być może być ta sala lub sam “Leksykon”? Oda była lekko zaskoczona, ale ledwie dała to po sobie poznać. Jej bystre, acz niemal pozbawione emocji oczy zaczęły czytać niewidzialny tekst, a gdy podniosła głowę, przez soczewki, które miała na nosie, przebiegł błysk światła.
– Tak, powinnam wiedzieć… – przyznała szczerze, ale ostatnią sylabę lekko przeciągnęła, zupełnie jakby domyśliła się jaki mam plan. Zmarszczyła brwi i podeszła bliżej, oznajmiając niskim tonem głosu: – Nie pomogę ci włamać się do Zamku! To przestępstwo!
– W takim razie będę musiała dać sobie radę bez ciebie… – powiedziałam neutralnie, spodziewając się sprzeciwu z jej strony.
– Dlaczego nie poczekasz do świtu i poprosisz o pomoc wilki zajmujące się książkami w zamku?
– Mówiłam – potrzebuję tej księgi aby znaleźć odtrutkę dla wilczej rodziny z nieznaną chorobą. Prawdopodobnie chorobę wywołały jakieś kwiaty a do tego potrzebny jest mi księga. – Zaczęłam ruszać do drzwi, odprowadzana wzrokiem wilczycy. Nie zatrzymała mnie, nie zawołała, nawet się nie ruszyła – tylko patrzyła jak wychodzę z Wielkiej Biblioteki.
Zamknęłam za sobą drzwi, które jako jedyne mnie pożegnały skrzypieniem starych zawiasów, po czym wzniosłam się w pobliże Zamku, by następnie się do niego włamać. Mam nadzieję, że przynajmniej uda mi się uratować Arsena oraz jego rodzinę.

– Ile można się dowiedzieć, kiedy się tylko słucha… – mruknęłam zadowolona do siebie. Przy pomocy telekinezy uchyliłam właz prowadzący do starych katakumb, rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że jestem sama, po czym zanurzyłam się w ciemności studzienki, pamiętając, by wsadzić z powrotem płytę na swoje miejsce. Minęło trochę czasu, aż moje oczy przyzwyczaiły się do mroku panującego pod ziemią po czym ruszyłam jedyną drogą jaką miałam przed sobą – na przód.
O wejściu wiedziałam od jednego ze strażników, który wraz z kolegami bronili jakiś czas temu drogi do Zamku Królowej przed jakimiś protestantami czy chuliganami… Akurat ten, który został mi przydzielony, nie miał poważnych ran, ale trzeba było co nieco szyć i opatrzyć. Opowiadał koledze z sali, że dobrze, że nie znaleźli tego tajnego wejścia, ponieważ ciężej byłoby uniknąć konfrontacji tychże wilków z dworem i samą rodziną królewską. Z tego co opowiadał, jego dziadek budował te tunele i miały służyć za schron lub ewentualną drogę ucieczki władcy naszego królestwa, stąd wiedział o ich istnieniu, jako jeden z nielicznych (podobno strażnicy znający tajemnice Zamku nazywano strażnikami tajemnic czy jakoś tak…). Kolega, prawdopodobnie znając tą tajemnicę, przyznał mu rację po czym zaczęli obaj snuć plany bezkrwawej acz sprawiedliwej zemsty… Nie licząc kilku wybitych zębów.
Ja natomiast poszłam po narzędzia, lecz postanowiłam za ścianą poczekać, aż skończą rozmawiać. Postanowiłam zachować tą informację dla siebie - na wszelki wypadek.
Taki jak ten…
Po pewnym czasie pojawiła się słaba łuna światła, która przebijała się zza luźno ułożonymi cegłami oraz czymś, co sprawiało, że dziura była zasłonięta – być może obraz lub inna ozdoba ściany. Podeszłam jak najbliżej, szukając jakiejś szpary na tyle dużej, gdzie będę w stanie zobaczyć co jest po drugiej stronie.
Widziałam jedynie ścianę z naprzeciwka oraz zapalone pochodnie, które były źródłem światła. Przyłożyłam więc ucho, mając nadzieję, że nie ma w pobliżu żadnego strażnika… Nasłuchiwałam przez kilka dobrych sekund lub minut… albo i godzin?
Nikogo.
Telekinezą chwyciłam luźno wsadzone cegły po czym wsunęłam je ze ściany. Położyłam je w tym samym ułożeniu z boku ściany, by w razie potrzeby szybko “zamurować” tajne przejście. Odsunęłam kolorowy gobelin z szlachetnej wełny i egzotycznych tkanin (bo tym się okazała wisząca na ścianie ozdoba) na bok i ostrożnie wyjrzałam z ukrycia. Czułam jak moje mięśnie są napięte jak struna – włamałam się przecież do Zamek Srebrnej Królowej Silvarii na bogów! Moje zmysły weszły na wyższe obroty, czuwając by nikt mnie nie zauważył. Przypominając sobie dawne i obecne nauki z treningów, szlam niemalże bezszelestnie, starając się nie zwracać jakiejkolwiek na siebie uwagi…
Żałuję, że nie wzięłam z domu ze sobą swojej włóczni – mojej broni, którą najczęściej (i na razie jedynie) używam podczas swoich treningów. Była wykonana z srebra i stali zwanej tytanem. Metale sprowadziła moja matka – jako alchemiczka miała kontakty i możliwość ich kupna – a wykuciem zajęli się doświadczeni kowale, również dzięki znajomości alchemiczki. Ja i Kye mamy identyczne egzemplarze, jednak różniły się one zatopionymi w nich kryształami – mój posiada ametyst a włóczni Kye'a ma szafir. Ametryt oraz kyanit są niezwykle rzadkie, dlatego zdecydowano się na te dwa kryształy. Włócznia przydałaby mi się, gdyby ktoś nagle mnie zaatakował zamiast zapytać w klasycznym stylu "Kto tam?!" i w równie klasycznym stylu rozpocząć ucieczkę, jednak bez niej nie jestem bezbronna. Zaczęłam się też zastanawiać czy przypadkiem by mi bardziej nie przeszkadzała niż pomagała…
Przemyślania na później, Ami…
Przytulając do siebie skrzydła, ostrożnie skradałam się, przemierzając kolejne metry królewskich podziemi. Minęłam już wiele drzwi prowadzących do różnych pomieszczeń i komnat, ale żadne z nich nie są tymi, którymi szukam. A przynajmniej tak sądziłam… Uznałam, że drzwi do zamkowego archiwum i introligatorni ksiąg będą mniej więcej takie jak drzwi otwierające drogę do wnętrza Wielkiej Biblioteki. Kamienna ściana zaczęła się zmieniać na balustrady oddzielające od czarnej krawędzi w której spadały kaskady wody. Podziemne ogrody wyglądały niesamowicie – różnorodność wielkości, kolorów i zapachów kwiatów przyprawiały o zawrót głowy. Delikatne strumyki przecinały niewielkie wzgórza i łąki, by następnie spaść ciemną otchłań. W oddali majaczył się niewielki lasek a przed nim kilka wiekowych dębów, lip i klonów. Na całą tą zieleń padało srebrno-purpurowe światło, przez co cały Ogród wyglądał żywcem wyjęty z pięknego obrazu.
Zaczęłam się coraz bardziej denerwować, ponieważ im dłużej tu byłam tym większa była szansa, że mnie ktoś tutaj znajdzie. Kolejne metry i nadal nic. Już chciałam zrezygnować, kiedy nagle coś usłyszałam…
Nie tylko kroki ale również…
Cholera!
Stukot zbroi strażników zbliżał się nieubłaganie z korytarza obok, który biegł prostopadle do balkonu z widokiem na którym stałam. Z początku był ledwie słyszalny, ale z każdym uderzeniem mojego serca oni się zbliżali. Gorączkowo rozejrzałam się w poszukiwaniu kryjówki, ale jedyną opcją był Ogród lub przynajmniej przekroczenie barierki która dzieliła od przepaści. No chyba że jakimś cudem nie zauważą mnie przyklejoną do płaskiej ściany. Szybka kalkulacja, przeanalizowanie planu po czym zdecydowałam co robić.
Skoczyłam, jednocześnie skupiając się by blisko krawędzi stworzyć z kryształów coś w rodzaju uchwytów. Latać nie mogłam, ponieważ mogliby usłyszeć trzepot skrzydeł, tak więc potrzebna była mi alternatywa. W chwili, gdy zaczęłam opadać na dół, miałam wrażenie, że strażnicy powoli wychodzili z korytarza i już wyglądali zza krawędzi ściany, kiedy ja znikałam pod balkonem. Był chwila grozy, przez którą omal nie krzyknęłam.
Gdy chciałam złapać z jedną z kryształowych obręczy, łapa ześlizgnęła mi się po gładkiej powierzchni. Strach zatrzymał mi na chwilę serce, ale szczęśliwie zachowałam zimną krew. Niemal natychmiast wyciągnęłam drugą łapę i chwyciłam za uchwyt w ostatniej chwili. Zawisłam tak nad przepaścią, z krzykiem na ustach, czekając, aż strażnicy pójdą dalej.
– Strasznie nudno jest na tej zmianie… – powiedział jeden strażnik.
– No… Zawsze tak jest… – dodał ten drugi, po czym echo ich kroków zaczęło zanikać aż ucichło.
Poczekałam jeszcze kilka chwil, aż zapanuje kompletna cisza i dopiero wtedy puściłam obręcze, rozprostowałam skrzydła i pofrunęłam do balkonu, aby usiąść na barierce. Rozpuściłam kryształy pod balkonem, rozejrzałam się i skierowałam tam gdzie strażnicy.
Po kolejnej niezliczonej ilości kroków i czasu usłyszałam jakieś dźwięki. Kolejne kroki i dzwonienie metalu, jednak one brzmiało dziwnie…
Nie jak zbroja a bardziej jak…
Zza rogu wyłonił się starszy, lekko siejący wilk, mając na sobie dziwne szaty i, co najciekawsze, pęk kluczy zawieszone na pasie przy kiwającym się biodrze.
Basior o bladobrązowych oczach, prawdopodobnie blisko ślepoty, skierował spojrzenie na wyjątkowo duże wrota wykonane z, chyba równie starego jak on, ciemnego drewna, a następnie chwycił klucze pyskiem i wsadził do zamku. Stal zazgrzytała o stal, otwierając zamek wewnątrz drewnianego strażnika. Obejrzałam się szybko za siebie, by upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu, nie licząc mnie oraz Klucznika, po czym wróciłam do dyskretnej obserwacji wilka. Zaczął już otwierać wrota niosąc ze sobą won kurzu, starego papieru oraz atramentu.
Mam Cię!
Stary Klucznik miał już zamykać drzwi, lecz ja wykorzystałam jedną ze swoich mocy – wprowadziłam go w przyjemny sen, gdzie mógł spokojnie zajmować się (przynajmniej tak wyczułam) starymi, zniszczonymi księgami, ratując je przed rozpadem i przywracając dawną świetność. Ja natomiast mogłam spokojnie poszukać "Leksykonu", który był mi tak potrzebny…
Nie zapaliwszy światła, rozpoczęłam poszukiwania.
Zaczęłam ostrożnie szukać księgę na regałach uginających się od starych i zniszczonych tomach. Przeglądałam ich grzbiety, powtrzymując się od dotknięcia ich – niektóre wyglądały tak źle, że przy każdym dotknięciu mogły rozsypać się na proch.
Podeszłam do biurka rzemieślnika, chcąc rozejrzeć się i tu. Już miałam iść dalej, kiedy nagle dostrzegłam kątem oka piękny rysunek pewnego kwiatu.
Podeszłam i ostrożnie chwyciłam telekinezą róg strony i zaczęłam niezwykle delikatnie odwracać strony. Część książki została już odrestaurowana, lecz niektóre jej strony nadal były zniszczone. Prace postępowały, lecz ciut za wolno…
Niespodziewanie dojrzałam znajomy kwiat – pięć niebieskich płatków w czerwone kropki, liliowe kształty… Strona obok niestety nie została jeszcze odnowiona – papier był stary, pociemniały a tekst ledwie widoczny… Jednak po mału udawało mi się rozszyfrować zawartość stron, tym samym odnajdując informacje których tak bardzo potrzebowałam…
Udało mi się znaleźć antidotum!
Chwyciłam luźny papirus i zaczęłam szybko bazgrać instrukcje do stworzenia leku na toksynę pięciopłatka krwistego, bo tak nazywa się ten kwiat.
Już miałam postawić ostatnie litery, gdy zauważyłam pod szparą drzwi cień.
Poruszający się w moja stronę cień.
Gdy drzwi uchyliły się z jękiem stalowych zawiasów (które nie zaskrzypiały gdy otwierał je Klucznik, co było dla mnie zaskoczeniem) ja szybko schowałam się pod biurko, licząc że skrzynie pełne papierów i skór z południa da mi schronienie… Wtedy zauważyłam, że instrukcje zostawiłam na biurku. Zaklęłam pod nosem.
Ktoś wszedł do środka i…

<Oda? Możesz to być Ty lub strażnik. Jak Ty to dziewczyny po kilku chwilach rozmowy zostaną nakryte a jedyną drogą ucieczki będzie ta dziura nad Ogrodem… To moja sugestia ;)
Ale ważne jest jedno – czas goni!>
Słowa: 1368 = 89 KŁ

niedziela, 6 listopada 2022

Od Ametrine, CD. Ody

– Gdzie ona jest? – pytałam samą siebie zrozpaczonym i zmęczonym głosem, przeczesując wzrokiem półki zawierające księgi w szpitalnej bibliotece. Niektóre medyczne lub związane z tą dziedziną księgi, albo nawet zdecydowaną większość, dla wygody, trzymano w jednej z wież budynku szpitala, tak, aby młodzi studenci mogli zobaczyć i przeczytać interesujące ich tematy bez potrzeby przejścia do Wielkiej Biblioteki, lub doktorzy mogli zerknąć i odświeżyć wiedzę na temat rzadkich chorób, które były jedynie wspomniane podczas zajęć na Uniwersytecie. Po pewnym czasie pomysł przyjął się na tyle, że zarząd szpitala postanowił wyremontować całe skrzydło, przenieść odpowiednie księgi tutaj a potem udostępnić księgozbiór personelowi medycznemu oraz studentom. Wzbiłam się nawet w powietrze, chcąc przyjrzeć się bliżej wyższym regałom, czy nie ukrywają księgi, którą akurat tak bardzo teraz potrzebuję.
– Nie ma jej? – Sylia zapytała, stojąc na dole. – I Ami, na bogów, uważaj na księgi…
– Będę – odparłam po prostu. Po chwili opadłam na ziemię, mówiąc do swojej koleżanki: – Nie ma jej tu…
– To co teraz? Musimy znaleźć ją i to szybko! Ta rodzina nie ma dużo czasu…!
– Wiem o tym. – Podeszłam do wielkiego okna, z początku widząc swoje odbicie w szmaragdowym, nocnym niebie, by po chwili dojrzeć pejzaż Centrum – ogromny zamek, światła z domów i mieszkań, zapalane miejskie latarnie… Widok był urzekający, lecz nie to zaprzątało mój umysł w tamtej chwili. Gorączkowo szukałam rozwiązania naszego problemu.
Musimy działać szybko, inaczej oni umrą.
– Która godzina? – zapytałam, wpadając na pomysł. Wiedziałam, że jest późno, ale musiałam wiedzieć ile jeszcze mam czasu na dotarcie na miejsce.
– Za dwie godziny północ – odpowiedziała rzeczowo Sylia. Obie, podczas nauki i stażu tutaj, w szpitalu, nauczyłyśmy się odpowiadać szybko, zwięźle i rzeczowo, bez wstępnego pytania typu “a po co Ci ta wiedza?”. To może przeważyć o naszej walce przeciwko samej śmierci.
– Mam nadzieję, że zdążę… – powiedziałam, szybko ruszając w stronę wyjścia z biblioteki. – Próbuj dalej z filochinonem oraz płynami, może dać na to trochę czasu! – dodałam przez ramię.
Wilczyca skierowała się pośpiesznie na oddział, dając znak, że tak zrobi.

~* Kilka godzin wcześniej *~

Siedziałam wraz z Sylią w naszym lekarskim pokoju socjalnym. Było późne popołudnie, technicznie zaczynał się wieczór, ale jak na razie było bardzo spokojnie. Cieszyłyśmy się chwilą wytchnienia po trudnej pierwszej połowie zmiany – straż przyprowadziła trzech ćpunów w stanie przedawkowania. Problem był taki, że byli bardzo pobudzeni i również mocno agresywni a jednocześnie mieli objawy niewydolności serca. Mimo to nawet strażnikom było im ciężko utrzymać w ryzach. Początkowo próbowaliśmy na spokojnie, ale jak się nie udało (kto by się spodziewał, ale takie mamy procedury) zamknęłam ich w krysztale a następnie przenieśliśmy ich na oddział toksykologii. Potem kilku pijaków się napatoczyło, jakiś narkoman próbował wyciągnąć ode mnie receptę na ketamine* lub inne psychotropy, oraz w miarę normalne przypadki typu złamania, wysoka gorączka nie do zbicia od kilku dni, objawy zatrucia i inne takie.
Postanowiłam zrobić coś szybkiego do zjedzenia z zapasów socjalne lodówki. Zdecydowałam na sałatkę z ryby oraz owczego sera. Tak duże użycie magii potrafi nieźle zmęczyć mój organizm, choć trenuję od małego szczeniaka. Niemniej jednak nie ignoruję ostrzeżeń w postaci gniewnego burczenia mojego żołądka. Po prostu lepiej coś zjeść niż potem odchorować.
Akurat Sylia kończyła swoją porcję, kiedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka. Była nowa i jeszcze nie zdążyłam zapamiętać jej imienia. Zapukała grzecznie, a gdy obie powiedziałyśmy “wejść!”, weszła i od razu przeszła do rzeczy:
– Pani doktor Sylio, proszą panią na salę przyjęć.
Salą przyjęć nazywamy salę, gdzie wstępnie zapoznajemy się z pacjentem oraz jego objawami, a następnie decydujemy na który oddział wysyłamy.
Wilczyca wstała i powiedziała, że pewnie zaraz wróci dokończyć jedzenie, które, jak to ujęła, jest nieziemsko dobre. Minęło kilka dobrych chwil, ja w międzyczasie posprzątałam po sobie i częściowo po swojej koleżance. Akurat kiedy miałam siąść na kanapę, do pokoju wpadła Sylia, mówiąc:
– Ametrine, chodź szybko.

– I co, nie reagują na leki? – zapytałam, wpatrując się w kartę pacjenta. Do szpitala przywieziono rodzinę, matkę wraz z dwoma córkami, z dziwnymi objawami. Cała trójka miała płytki oddech, słabe tętno, wysoką gorączkę, drętwiejące lub sparaliżowane kończyny ale przede wszystkim niebieskie lub ciemnoniebieskie plamy na skórze od których odchodziły linie we wszystkie kierunki. Pojawiały się również czerwone plamki, podobne do tych, które pojawiają się podczas ospy czy nie innej wysypki, ale miały intensywny, czerwony kolor.
– Nie.
– W życiu nie spotkałam się z czymś takim… – przyznałam.
Kątem oka widziałam jak koleżanka kiwa głową.
Nagle na salę wpadł pewien basior, mokry, zdyszany i niosący na sobie starą, skórzaną torbę. Jego szmaragdowe oczy wyrażały strach ale również gorączkowo czegoś szukały.
I znalazły.
– Minel! Dziewczynki! – Chciał podbiec do łóżka, na którym leżała wilczyca o trójkolorowym futrze. Nasza ochrona szybko wkroczyła i już miała zacząć się szarpanina kiedy zawołałam:
– Pan jest rodziną?
Na chwilę basior się uspokoił a jego ciemne futro przestało się jeżyć.
– To moja żona i córki.
Kiwnęłam głową, żeby ochroniarze go puścili – tak też zrobili. Wilk szybko podszedł do nas i chwila wystarczyła, żeby niemal nogi pod nim się ugięły.
– Co im jest…? – zapytał łamiącym się głosem.
– Próbujemy to ustalić – odpowiedziałam.
– Chodźmy do gabinetu, tam porozmawiamy… – powiedziała Sylia, przekazując jeszcze pielęgniarce wytyczne co do leków. Ja z ojcem rodziny ruszyłam do gabinetu, gdzie rozmawiamy na osobności z pacjentami lub jego rodziną.

– Jak to się stało, że tylko pańska żona oraz córki mają objawy a pan nie? – zapytałam z grubej rury. Nie wiemy co się dzieje a w medycynie czas zawsze jest na wagę złota. Sylia siedziała za biurkiem, ja natomiast stałam obok analizując po cichu sytuację.
– Byłem akurat w pracy. Jestem rybakiem a mój dom znajduje się godzinę drogi w jedną stronę do portu. Gdy wróciłam, zastałem notatkę, że moja rodzina została przewieziona do szpitala. Jakimś cudem Minel, moja żona, wezwała pomoc. Nic więcej nie wiem…!
Chwilę przed tym jak Arsen, bo tak ma na imię mąż i ojciec poszkodowanych wilczyc, wpadł do sali, rozważałam z koleżanką zatrucie. Objawy były bardzo nietypowe, zwłaszcza te niebieskie plamy na skórze, ale plus minus pasowały pod to wszytsko. Poza tym w drodze do gabinetu pielęgniarka podsunęła mi wyniki badań krwi. Wyglądały one fatalnie. Obstawiam, że ta toksyna bardzo szybko załatwiła nerki oraz wątrobę, zwłaszcza że cała czwórka regularnie się badała i dbała o zdrowie swoje i swoich pociech.
– Żadnych nowych mięs, produktów pochodzenia zwierzęcego, obiektów, cokolwiek…? – spytała szafirowa wilczyca.
– Nie, racz… – Na chwilę urwał.
– Nie wiem czy to ważne ale…
– Proszę mówić – zachęciła go wilczyca rasy Khado.
– Kilka dni temu jedna z moich córek, Aisha, znalazła pewne kwiaty. Zerwała je i przyniosła do domu, mówiąc, że rosną niedaleko naszego domu.
– Wie pan jak one wyglądają? – zapytałam, gdy Sylia posłała mi spojrzenie. Chyba coś mamy…
– Nie… Albo… – Zaczął grzebać w swojej torbie, mając ja cały czas na grzbiecie. – Wziąłem notatkę napisaną chyba przez Minel. – Podał Sylii kartkę papieru z napisanym tekst informujący o sytuacji. Była mowa o szpitalu oraz o czymś jeszcze lecz ostatnie słowa stały się niewyraźne poprzez niewyraźne pismo stające się szlaczkiem uciekającym poza kartkę. – Z tyłu jest rysunek tego kwiatu. Podobno były bardzo piękne.
– Były?
– Podobno zwiędły kilka godzin po przyniesieniu do domu – wyjaśnił wilk.
Przyjrzałam się.
Rysunek wykonał szczeniak, jednak był dosyć staranny oraz wyglądał jak ćwiczenie artystyczne - nie był idealny, lecz wystarczająco wyraźny, by uznać go za wiarygodny.
Kwiat nie wyglądał na jakiś popularny gatunek, ba – rzadko kiedy widujemy dziko rosnące kwiaty w tych okolicach. Jedynie na bazarze można kupić kwiaty z Południa (odpowiednio przygotowane), Arsen natomiast mówi, że córka zerwała go niedaleko ich domu, gdzie ciągle jest śnieg. Ich kształt płatków przypominał rysunkowe gwiazdy – pięć płatków, każdy równo, niemal symetrycznie ułożony. Słupek miał mleczny kolor natomiast słupki – żółto-pomarańczowy odcień.
Najbardziej jednak zaintrygował mnie kolor płatków – niebieski błękit w krwiście czerwone kropki.
– Aisha chciała być malarką… – powiedział cicho Arsen, z rozpaczą w głosie. Poddał się.
– Będziemy szukać lekarstwa dla pana rodziny – obiecałam. Nie powinnam, ale to zrobiłam.
Spojrzał na mnie z tlącą się iskierką nadziei w oczach. Potem na Sylię, a następnie z powrotem na mnie.
– Dzięk… – Basiora nagle wygięło w nienaturalny sposób, by po chwili padł niczym stara kłoda na ziemię. Ja i druga lekarka od razu zaregowałyśmy.
– O nie… – szepnęłam, dostrzegając coś.
Odsłoniłam lekko jego futro na karku.
Na skórze miał niebieską plamę oraz rozsianą czerwoną wysypkę.

~* Czas obecny *~

Na szczęście pogoda była dla mnie łaskawa, tak więc szybko trafiłam z progu szpitala aż pod wrota Biblioteki. Było już późno, jednak łudziłam się, że być może jeszcze ktoś tam będzie, zwłaszcza, że przy schodzeniu niżej dostrzegłam blask ognia przez ogromne okna. Mogła to być jednak tylko nie zgaszona przez bibliotekarza świeca. Pełna nadziei oraz obaw przed porażką, wzięłam kilka głębszych wdechów przez nos (nocą powietrze było jeszcze zimniejsze a ostatnie czego mi teraz trzeba to zapalenie oskrzeli) a następnie popchnęłam ogromne, drewniane wrota, które z szurnięciem uchyliły mi wejście do Biblioteki. Niewielki skrawek oświetliła mi lampa stojąca niedaleko, lecz pozostała część ogromnego gmachu tonęła w ciemności.
– Zamknięte. Inweteryzacja. – Szorstki, obojętny głos dobiegł ze środka Biblioteki. Podskoczyłam ze strachu i instynktownie zeszłam "z linii strzału", przy okazji zwalając ze stołu szklany lampion mający w sobie jedyne źródło światła. Teraz wszędzie było ciemno, nie licząc kilku miejsc, przez które wpadali bardzo blade światło z zewnątrz.
– Cholibka… – Tajemniczy wilk przeklął, po czym wstał i zaczął chodzić, szukając czegoś. Ja chciałam się schować, lecz byłam blisko regału. Nie miałam też jak rozłożyć skrzydeł, także byłam w pułapce.
– Nie ruszaj się ani na krok bo będziesz niesiony do szpitala jak nawbijasz sobie szkła do łap. – Nagle dodał głos, najpierw otwierająca a potem zamykając coś a potem szurając czymś jeszcze.
– Taki cenny surowiec marnować – burknęła postać. Chyba to była wadera. I nagle dostrzegłam w nikłym świetle delikatną, wysoką sylwetkę skrzydlatej wilczycy. Zaczęła zamiatać ostre kawałki szkła, po czym zwróciła się bezpośrednio do mnie:
l– Czego ty tu szukasz tak w ogóle?
l– Książki… – odpowiedziałam nijako, ale nie zdążyłam dokończyć.
– Mam ich tutaj dużo…
– …"Leksonu roślin leczniczych i niebezpiecznych stosowanych w medycynie" autorstwa Sayvaelth Braveheart.
Wilczyca podniosła głowę a szkła w metalowych oprawkach odbiły światło w moja stronę.
– Po co ci ta księga…?
– Nazywam się Ametrine i jestem medykiem. Potrzebuję jak najszybciej tej książki, by wyleczyć pewną wilczą rodzinę.
Wilczyca dalej wpatrywała się we mnie, a mnie aż korciło, by samej poszukać tej księgi, ale wiedziałam, że prędzej się tutaj zgubię niż ją odnajdę. A cenny czas przelatywał mi przez palce niczym piach, który wykorzystywała moja mama do tworzenia swoich klepsydr.
Na wspomnienie o mamie pojawiła się samotna łza, lecz szybko ją przegoniłam. Nie czas na wspominki.
– Pomożesz mi czy nie? – zapytałam oschle, czując, że będzie coraz gorzej jeśli nie dowiem się czym jest kwiat i jakie jest antidotum na jego truciznę.


 
<Oda? Tik tak. Ami jest zazwyczaj miła ale jak jej się dupa pali, to jest trochę niecierpliwa. A w połączeniu z kwestią ratowania życia to już w ogóle. Nie będzie agresywna czy turbo zła, ale może być lekko rozzłoszczona>
 
Słowa: 1773= 134 KŁ  

poniedziałek, 31 października 2022

Od Ametrine, CD. Mordimera

Morty wydawał się przekonujący, ba – nawet prawie mu się udało mnie przekonać do swojej racji, lecz w niemal ostatniej chwili, gdy chciałam już odwrócić się i pójść na targ po zakupy, coś dostrzegłam – kilka metrów za jego plecami stała sterta skrzyń załadunkowych. Jedna z nich delikatnie zatrzęsła się.
Potem jakiś cień przemknął między nimi.
A potem dostrzegłam coś, co mnie uświadczyło w przekonaniu o nowo poznanym…
Kłamca.
– Chyba masz rację… – wymamrotałam bardziej do siebie niż do czarnego wilka. Ten uśmiechnął się lekko i pożegnał mnie, stojąc niczym ci strażnicy o których wcześniej wspomniał. Wyglądał na niezłomnego dżentelmena a jego złote i błękitne oczy mówiły to samo co jego wygląd – był miły, lecz widać było, że nie chce, abym przeszła. Za nic w świecie nie mogłam iść dalej na pomost, żeby poszukać swojego znajomego.
Zachowywał się jak strażnik, ale nim nie było. Coś mi tu śmierdziało…
I to dosłownie, bo kilka godzin temu wróciły lodzie rybackie wypełnione po brzegi świeżo złapanymi rybami…
Oddaliłam się pewien kawałek, dyskretnie obserwując czy Morty jest dalej na swoim "posterunku". Postanowiłam wznieść się w powietrze, początkowo lecąc na wschód w stronę Centrum. Gdy oddaliłam się na tyle, że czarny basior został niewielką, ciemną kropką na tle bieli, mroźnego błękitu i starego brązu, zawróciłam. Wiatry akurat wtedy mi sprzyjały, tak więc mogłam pozwolić sobie na bezszelestne szybowanie nad portem. Zniżyłam lot, widząc, że Morty opuścił miejsce naszego spotkania, kierując się w głąb pomostu.
Nie chciałam ryzykować wykrycia, tak więc wylądowałam niedaleko skrzyń, gdzie ukrył się inny wilk. Z początku bałam się, że machaniem skrzydeł spowoduje osunięcie się skrzydeł, jednak na szczęście tak się nie stało. Udało mi się na tyle delikatnie osiąść na kładce, że stworzyłam jedynie delikatny wiaterek. Odczekałam chwilę, po czym ostrożnie wyjrzałam zza skrzyń.
Były tam przynajmniej cztery wilki – oprócz Morty’ego była jeszcze jedna drobna wilczyca oraz dwa rosłe wilki. Ta pierwsza była niewielka w zestawieniu z ogromnymi basiorami, lecz miała w sobie coś, co budziło niejako respekt w oczach przeciwnika. Była bardzo pewna siebie a jej chód oraz sposób poruszania się ciałem wiele o tym mówił. Podejrzewałam, że to może być przedstawicielka rasy Agropius, ze względu na mniejsze ciało oraz dwukolorową sierść w odcieniu rudo-kremowym. Niemniej jednak widać było po niej, że umie zadbać o swoje interesy.
Obok niej truchtały dwa ciemie osobniki – jeden miał sierść kruczoczarną, zupełnie jak Morty, drugi natomiast ciemnogranatowe, zupełnie jak bezchmurna i bezgwiezdna noc oraz sierść odrobinę jaśniejącą wzdłuż jego nóg. Poruszał się delikarnie, ale stanowczym krokiem. Idąc po coś co on chce zdobyć. Trzeci z nieznajomych łudząco był podobny do Morty’rgo - podobna budowa ciała, podobny chód… Być może byli rodziną… Różnił ich jedynie wzrost oraz oczy - Morty ma dwukolorowe, złoto-błękitne, a ten drugi tylko złote. Cała czwórka szła w kierunku końca pomostu, do którego niedługo przybije ogromny okręt. Wzdłuż doku ustawiono różnych wielkości skrzynie, worki oraz inne marynarskie przedmioty. Były doskonałą kryjówką dla podstępnej czwórki, a raczej trójki, bo Morty oddalił się nieco i nie poruszał się wraz oddalającą się grupą jego…
Chwila. Skąd mam pewność, że oni są razem? Z jednej strony nie wszczyna alarmu tylko ich kryje, obserwuje ich ruchy i nic więcej. W tej chwili Morty wyjrzał delikatnie zza swojej kryjówki, szukając swoich ziomków. Byli blisko kładki, którą zdążyli już opuścić marynarze ze statku, który właśnie cumuje. Z drugiej jednak… może być kimś, kto pracuje w wydziale prawa lub straży i ma za zadanie złapać ich na gorącym uczynku…
Czemu ja zawsze próbuję znaleźć w kimś dobro?
Po chwili akcja się zaczęła.
Gdy dwa wilki zeszły z trapu i odwróciły się plecami do nieproszonych gości, ci szybko i po cichu wbiegli na pokład statku. Słychać było kilka głuchych dźwięków, trzask a następnie te dwa wilki – dwa szare samce – pobiegli z powrotem na statek. Kolejny trzask, nawet chyba krzyk a potem…
Cisza.
Nie było słychać żadnych odgłosów, nawet od strony załogi statku. Czyżby… ich… – nie mogłam dokończyć myśli.
Te kilka minut trwały wieki. Zauważyłam nawet, że wstrzymuje oddech…
W końcu trzy wilki pokazały się, biegnąc ile sił w łapach po trapie statku. Mieli na sobie torby wypchane złotem, biżuterią oraz innymi drogocennościami.
– Ruchy! – krzyknął kruczoczarny basior. Morty dołączył do nich, również nie szczędząc sił.
Cholera! Teraz całą czwórka biegnie na mnie!
Nie widząc innego wyjścia, ponieważ mogli mnie łatwo zauważyć podczas przebiegania obok, ostrożnie, ale szybko zeszłam do wody, by ukryć się pod pomostem.
Tym razem chwila trwała wieki. Odgłosy ich kroków niosły się po płaskiej tafli wody, sprawiając wrażenie, jakby teraz przebiegali nad moją głową. Ja jednak wolałam poczekać, aż odgłosy ucichną, zwłaszcza ich rozradowane głosy oraz okrzyki zwycięstwa.
Gdy nastała cisza, szybko wyszłam z wody. Widziałam ich w oddali, lecz szybko się poruszali. Natomiast na statku mogli być ranni i potrzebujący…
Zdecydowałam szybko, że muszę za nimi lecieć. Otrzepałam się z nadmiaru wody i wzniosłam się w powietrze, mając nadzieję, że ktoś szybko znajdzie marynarzy.

~*~

– …a więc tutaj macie swoją kwaterę… – szepnęłam sama do siebie, widząc jak cała czwórka wchodzi do pewnego budynku. Byłam na obrzeżach miasta, gdzie, mówiąc łagodnie, nie jest zbyt kolorowo. Kradzieże, brutalne pobicia, morderstwa, handel narkotykami… Aż zadrżałam. Tutaj był sam ból przykrywany agresją, narkotycznym hajem lub w najlepszym wypadku – chęci wydostania się stąd. Miałam kilku pacjentów z tych okolic, także starałam się unikać miejsc, w których od razu wyczuli by, że jestem nietutejsza oraz właścicielką niewielkiej sakwy łusek.
Ale akurat tego budynku nie kojarzyłam.
Zrobił się wieczór, do tego nieciekawy, bo zaczęło obficie padać, przez co przez miasto musiałam śledzić ich z ziemi, nie z powietrza. To było dosyć problematyczne, zważywszy na to, że łatwiej mogli mnie dostrzec z ziemi niż z góry. Miałam tylko nadzieję, że nie zdążyli mnie zauważyć.
Starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, by potem przekazać te informacje straży. Budynek był wykonany z białej cegły. Widać było, że jest stary – połowa okien zabite deskami a druga z powybijanymi szybami, dziurawy dach, stare dachówki…
Klimatyczne miejsce.
Cechą charakterystyczną był stary znak karczmy o nazwie… Litery były zbyt rozmazane, żebym je widziała zza rogu budynku z naprzeciwka. Zaryzykowałam. Rozejrzałam się dookoła, a gdy upewniłam się, że nikogo nie ma dookoła, podeszłam bliżej tej starej rudery. Stanęłam pod znakiem i zaczęłam czytać.
"Pod Czarnym Skrzydłem" – tak głosił stary napis. Nie znałam tego miejsca i znać nie chce.
Zaczęłam się wycofywać, lecz nagle pod moją postawioną łapą trzasnęło drewno. Przez te dwie godziny, odkąd ich śledzę, napadało tyle śniegu, że mam go aż po kostki.
Położyłam uszy i rozglądnęłam się.
Nikogo.
Już chciałam uciec stąd, kiedy magiczna łapa chwyciła mnie za pysk i zaciągnęła w ciemność, szepcząc znajomym głosem:
– A ty dokąd?

<Morty? Masz wybór – wydać Ami lub ją puścić. Ale pamiętaj, że może nakablować – bardzo nie lubi złodziei.>
Słowa: 1100= 75 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics