Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ametrine i Artem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ametrine i Artem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 kwietnia 2022

Od Ametrine, CD. Artema

Spojrzałam na Artema, patrząc w jego oczy. W szlachetnym złocie biło ciepło, czyste dobro i chęć pomocy innym… Przymknęłam lekko oczy, próbując powstrzymać łzy, ponownie wtulając się w jego zamarznięte, lekko zamrożone lecz nadal miękkie futro. Jak ja mogłam być taka głupia?! – krzyczałam na siebie w myślach, wiedząc, że to co zrobiłam… Przygryzłam wargę. Moje zachowanie było wysoce nieodpowiedzialne, głupie, lekkomyślne i impulsywne, a gdyby nie Artem…
Zacisnęłam mocno oczy, chcąc pozbyć się mrocznych, lecz przerażająco realnych wizji. Powinnam zachować zimną krew, jak na prawdziwego, doświadczonego medyka a nie zachowywać jak młody szczeniak… Dać upust swoim emocjom w inny sposób. Taki, żeby nikomu nie stała się krzywda, nawet mi… – pomyślałam gorzko.
Ale nie mogłam znieść tej bezradności.
Chciałam lecieć za karetką wiozącą biednego szczeniaka, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie… Musiałam się upewnić, że wszystko z nim w porządku. Po prostu musiałam. Ale nie mogłam. Mimo to walczyłam, by lecieć. Podobnie jak walczyłam o jego życie.
Nienawidzę przegrywać tych bitew… – Myśl ta przypomniała mi pierwsze dni, kiedy zaczęłam pracę, świeżo po studiach. Wtedy, jak każdy absolwent, byłam idealistką, walczącą do samego końca. Moje ideały nie przeszły mi z wiekiem czy rosnącą ilością przebytych dyżurów, jak twierdzili starzy profesorowie. I nigdy nie miną. Przynajmniej taką miałam nadzieję…
Oderwałam się od swoich myśli, powracając do smutnej i zimnej rzeczywistości. Szybko przypomniałam sobie ostatnie słowa Artema, które były propozycją skierowaną do mnie. Wilk cierpliwie czekał, choć zaczął powoli drżeć z zimna.
– Nie, nie… – zaczęłam, czując, jak i mój organizm zaczyna odczuwać niską temperaturę. – Chodźmy do Ciebie. W końcu musimy gdzieś dać te ryby, prawda? – Lekko wymuszony śmiech dziwnie zabrzmiał, po części zagłuszony wyciem mroźnego wiatru. Artem uśmiechnął się delikatnie, po czym zaniósł się delikatnym kaszlem, który nieudolnie chciał ukryć przede mną.
– W porządku? – zapytałam. Poczucie winy wskoczyło na wyższy poziom.
Artem nic nie powiedział, tylko kiwnął głową. Ruszyliśmy w stronę jego domu, po drodze zgarniając kosze pełne lekko zmrożonych, świeżych ryb. Na szczęście telekineza nie kosztowała sił tak dużo jak samodzielne dźwiganie tych koszy.

– Rozgość się… – powiedział lekko zachrypniętym głosem Artem, wchodząc do jego, jak się okazało bardzo przytulnej, jaskini. Wszędzie były puszyste, śnieżnobiałe futra okrywające surowe podłoże. Na lodowych ścianach wisiały urocze lampiony dające przyjemne, ciepłe światło. Panował skrupulatny porządek i lekka, surowa natura "mieszkania" ograniczająca się do podstawowego wyposażenia. Nieniem jednak jaskinia ta była niezwykła. Stałam tak przez kilka chwil, chłonąc inspiracje do mojego mieszkania.
– Ametrine…? – Wilk pomachał swoją łapą przed moimi oczami. Zamrugałam kilka razy, po czym spaliłam buraka.
– Przepraszam… – bąknęłam. – Twoje mieszkanie jest tak… idealnie urządzone…
Teraz gospodarz dostał rumieńców. Podziękował, po czym zaczął szykować wode na herbatę. Podszedł do ogniska otoczonego i wyłożonego ciemnymi kamieniami, gdzie zapalił ogień, po czym podpalił niewielkie kawałki drewna. Odwrócił się i zaczął szukać czajnika. Gdy znalazł go, stojącego na długiej półce, zawiesił go na stojaku, obniżając naczynie tak, aby języki ognia lizały jego dno. Zauważyłam, że coraz bardziej chwieje się na nogach a jego ciało zaczęło drżeć. Niepokoiło mnie to. Odłożyłam kosze z rybami we wskazanym przez właściciela mieszkania miejsca (wyżłobienie w lodzie, które robiło za schowek na żywność) i podeszłam powoli.
– Jak się czujesz? – zapytałam ostrożnie, bojąc się, że urażę tym Artema.
– Okej… – odparł bez przekonania. Widać było jednak, że kłamie. I to z marnym skutkiem.
– Chodź, może się położysz…
– …okej… – Przystał na to bez dyskusji. Wzięłam go delikatnie pod skrzydło, prowadząc w głąb jego jaskini. Nie wiedziałam gdzie ma on sypialnie ale zdałam się na swoją intuicję. Na szczęście udało mi się, jakoś, doprowadzić Artema do jego łóżka. Sama czułam się wyssana z energii, ale wykrzesywałam z siebie jej resztki.
Owcza wełna umieszczona była w skórzanym pokrowcu, który leżał na ziemi otoczony kolejnymi białymi futrami. Widziałam duży i gruby wełniany koc, który po części leżał na łóżku, a po części na puszystych dywanach leżących na ziemi. Artem powoli i ostrożnie stawiał kroki. Gdy położył się na leżance, chwyciłam zębami koc i go przykryłam. Drżenie lekko się nasiliło się.
Moje poczucie winy wyskoczyło poza skale. To moja wina…
Basior westchnął, oddychając z lekkim oporem. Przymknął oczy, przysypiając. Położyłam delikatnie swoją łapę na jego czole. Było mocno rozgrzane.
Wzięłam głęboki wdech, aby uspokoić umysł i zacząć myśleć klarownie.
Przez chwilę go obserwowałam, oceniając między innymi ilość jego oddechów. Wróciłam do miejsca, które było kuchnią i zaczęłam szukać medykamentów, które przepisałam wcześniej wilkowi. Udało mi się znaleźć, na szczęście widać było widać, że brał je według moich wskazań. Wzięłam kilka tabletek, znalazłam dwa kubki i do jednego wsypałam rozdrobnione leki. Po nieco długich poszukiwaniach znalazłam zioła do herbaty. Nasypałam do naczyń suszonych liści z Południa a następnie zalałam wrzątkiem – swój kubek do niemal pełna natomiast herbatę Artema tak, aby upić tylko kilka łyków.
Chwyciłam przy pomocy telekinezy uszka kubków i chciałam wrócić do sypialni Artema ale… Nagle poczułam ból w nogach, przez co musiałam na chwilę oprzeć się na zimnej ścianie. Zacisnęłam zęby, czekając aż fala minie, podobnie jak chód, który objął moje ciało i nie chciał mnie opuścić.
Masz za swoje… – pomyślałam złośliwie. Chyba mnie również lekko przewiało…
Weszłam do sypialni Artema, starając zachować pozory. Postawiłam kubki na stoliku niedaleko łóżka. Artem tak jakby drzemał ale też nie do końca… Uchylił powieki, nie podnosząc głowy i spojrzał na mnie.
– Przepraszam, przysnęło mi się… – powiedział słabym głosem.
– Nie musisz przepraszać. – Posłałam mu ciepły uśmiech, unosząc telekinetycznie herbatę z lekami dla niego. – Pij – poleciłam łagodnym, acz stanowczym głosem. – Powinieneś poczuć się lepiej.
Wziął kilka większych łyków, po czym sam odstawił na ziemię i znowu przymknął oczy. Po chwili jego płytsze oddechy pogłębiły się a ciało nieco rozluźniło. Tym razem zasnął mocniejszym snem, dzięki mieszance leków i ziół. Chwyciłam pusty kubek, odstawiając go nieco dalej od wilka, aby go nie strącił, po czym sama zaczęłam pić swoją herbatę.
Położyłam się na miękkich dywanach, powoli oddając się w objęcia snu, nie dopijając napoju do końca…
Śniła mi się mama. Taka jaką ją zapamiętałam – uśmiechnięta i ciepła. Podeszła do mnie i mnie przytuliła, szeptając:
– Bądź sobą. Walcz do końca, ale musisz wiedzieć, kiedy czas odpuścić…


Zerwałam się nagle, mając wrażenie że spadam. Przetarłam oczy, lekko zamroczona. Dalej byłam w sypialni Artema, który dalej spał. Cicho mamrotał pod nosem, najpewniej chcąc powiedzieć coś w swoim śnie. Było mi strasznie ciepło a nogi z oporem podniosły moje ciało. Wzięłam kubki i poszłam do kuchni, chcąc dać je niedaleko beczki pełnej wody, która służyła za zlew. Zanurzyłam je w chłodnej wodzie i już chciałam wrócić do sypialni, aby najpewniej znowu się zdrzemnąć kiedy coś sprawiło, że się odwróciłam. Podeszłam do wyjścia z jaskini, patrząc na zewnątrz. Szalała śnieżyca a wiatr wył niemiłosiernie. Na szczęście w jaskini nie było go aż tak słychać ani śnieg nie wpadał do środka, jednak wystarczyło wystawić głowę, by słyszeć siłę natury oraz zebrać na głowie trochę śniegu.
Stałam tak, wpatrując się w ciemność nocy, chcąc coś dostrzec. Co dokładnie, sama nie wiem… Nawet nie zauważyłam, kiedy nogi nagle odmówiły mi posłuszeństwa. Osunęłam się na ziemię, nie mogąc ruszyć nogami czy skrzydłami. Poczułam uderzenie gorąca na policzkach oraz lekką duszność. Serce biło jak szalone. Świat zaczął się rozmazywać.
Próbowałam walczyć o każdą cząstkę świadomości, lecz senność wygrała.

Tym razem również objawiła się moja mama.
Jednak nie taka ciepła i kochana.
Była zimna, sztywna… i martwa.
Jej ciało leżało w dziwnej pozycji. Dookoła płonął ogień a szczątki gabinetu alchemika walały się tu i ówdzie. Powoli podeszłam do zwłok. Dotknęłam je łapą, mając nadzieję, że się myle, jednak jej ciało było zimne jak lód na zewnątrz.
– …mamo…?
Szare, martwe oczy nagle zamrugały. Rozwalona szczęka zaczęła się poruszać przy pomocy resztki włókien mięśniowych na których wisiała. Głowa się lekko uniosła a łapa wykrzywiła się, chwytając mnie za nogę i wbijając w nią ostre pazury. Bolało.
– Nie uratujesz wszystkich…! Musisz wiedzieć… kiedy odpuścić…! – Wzieła świszczący wdech. – Kiedy przestać… walczyć… – Ciało upadło, znowu oddając ducha w ręce śmierci.
Cofnęłam się, kiedy i noga opadła. Ogień niespodziewanie opadł, szczątki gabinetu zniknęły a ja znalazłam się w bezkresnej pustce, która zaczęłam kleić się do mnie niczym smoła.
Niespodziewanie usłyszałam swój imię. Głos był dziwnie znajomy, lecz czuć było od niego… bezpieczeństwo. Zaczęłam walczyć z ciemnością. Walczyłam z nią, lecz nagle uderzyły mnie słowa mamy.
Po chwili smoła mnie pochłonęła.

– Ametrine! – wołał Artem, lekko potrząsając mną po raz kolejny. Ja ledwo otworzyłam oczy a ten odetchnął z ulgą. Głośno.
– Już się martwiłem… że…
– Błagam, nie mów… – powiedziałam słabym głosem. – Jest okej… – Kogo ja chcę oszukiwać? Poczułam ból w łapie. Ostrożnie, tak, aby Artem narazie nie zauważył zobaczyłam ranę po wbitych szponach. Jeszcze tego brakowało… – jęknęłam w myślach.
– Chodź, położysz się… – powiedział stanowczo wilk. Stanowczo acz delikatnie pomógł mi wstać i zaprowadził do sypialni.
– Przygotuję śniadanie…
Ja niestety nie miałam sił protestować.  

<Art? Zamiana ról + poczucie winy szybko nie minie + dzikie sny. Liczę na Ciebie :*>

Słowa: 1424= 92 Kł

sobota, 2 kwietnia 2022

Od Artema, CD. Ametrine

Ten krzyk sprawił, że oboje się wzdygnęliśmy. Przeczucie które nie dawało mi spokoju  zaledwie jakiś czas wcześniej, niestety, sprawdziło się i to w najgorszym momencie. Ametrine jak najszybciej podleciała w miejsce wypadku, ja natomiast pobiegłem - skrzydło chwilowo niestety odmówiło reakcji. W kilka sekund znaleźliśmy się u źródła krzyku, ale kiedy byliśmy tuż przy brzegu, wszystko jakby się uspokoiło, ucichło. Słyszałem bicie własnego serca, oraz szybki oddech wadery. Wszyscy obserwowaliśmy wodę, zastygnięci, a ciszę przerywał jedynie płacz drugiego malucha, kurczowo trzymającego się swojej mamy.
- Artem...- Wydyszała Ametrine - Nie widzę nic!- Ja też nic nie widziałem, więc pozostało jedno. Chciałem wskoczyć do wody. Bardzo chciałem. ale mój wzrok ugrzązł w czerni, która sprawiała że łapy zaczęły mi się trząść. Słyszałem jak wadera coś do mnie mówi, ale nie rozumiałem ani słowa. 
Nie mogłem pozbierać myśli. Byłem pochłonięty strachem, jaki mnie obleciał. Od dziecka miałem niechęć do wody. Szkoda, że właśnie to się odpaliło teraz, w sytuacji kiedy jestem potrzebny.
Ale nagle wszystko się zatrzymało, kiedy poczułem na swoim policzku przyjemne ciepło. I wtedy się obudziłem. Ametrine, która trzymała łapę tuż pod moim okiem, mówiła że musimy się spieszyć. Że jak czegoś nie zrobimy, to po nim. To mnie wystarczająco popchnęło do tego, co zrobiłem. Jednym ruchem zdarłem z siebie już i tak zmoknięty płaszcz i biorąc największy wdech na jaki było mnie stać, wskoczyłem do kłująco mroźnej otchłani. Będąc już pod wodą otworzyłem oczy, próbując dojrzeć coś w ciemności. Czas mi się kończył, zacząłem myśleć że już nic z tego... I wtedy zobaczyłem - małą, szaro - białą kulkę futra bezwładnie pływającą na dnie. Z małego pyszczka, wydobyły się małe bąbelki powietrza - musiałem działać szybko. Chciałem użyć telekinezy, żeby go do mnie przepchnąć, ale ból w klatce piersiowej i upływające ze mnie powietrze sprawiło, że nic nie mogłem zrobić. Zebrałem w sobie siły i jednym susem podpłynąłem do szczeniaka, biorąc go w zęby. Możliwie jak najmocniej odbiłem się od miękkiego dna. 
Kiedy wypłynąłem, woda już zdążyła dostać mi się do pyska- zachłysnąłem się, ledwo utrzymując się na powierzchni, ale w przeciągu kilku sekund dopłynąłem do brzegu - z pomocą nieznajomego basiora, który wskoczył do wody zaraz jak udało mi się wypłynąć. Wyczołgaliśmy się na brzeg, gdzie czekały na nas wadery i drugi szczeniak. Ametrine nie traciła czasu i od razu przystąpiła do oceny stanu zdrowia szczeniaka i pierwszej pomocy. Chciałem też pomóc, ale nie mogłem złapać oddechu.
- Nie oddycha. Przystępuję do reanimacji, sprowadźcie pomoc...- Poleciła medyczka.
- Biegnij, proszę! Sprowadź kogoś!- Krzyknęła matka szczeniaków do swojego partnera, próbując uspokoić drugiego syna. Sama była jednak bardzo zestresowana. 
- Artem, oddychaj głeboko - Powiedziała Ametrine, ukradkiem na mnie spoglądając. Nie chciałem jej jednak zostawiać z tym samej. Była medykiem, ale każde wsparcie było na wagę złota. Wstałem, biorąc głębokie wdechy.
- Pomogę. Mów co mam robić- Pokręciłem głową żeby się trochę ocucić. Rzuciła mi wdzięczne, trochę zmartwione spojrzenie i poinstruowała co mam robić. Starałem się jak mogę wspierać ją, jak i rodzinę szczeniaka. Zrobiło mi się strasznie przykro patrząc na młodego, który nie dawał rady się uspokoić. W duszy modliłem się, żeby jego brat zaczął oddychać. Znowu cisza. Ametrine na chwilę przerwała, skupiając się na bezwładnym ciałku. I wtedy to usłyszeliśmy. Szczeniak odzyskał przytomność, przewracając się na brzuch. Zaczął kaszleć, trząsł się, a jego matka natychmiast do niego podbiegła, powtarzając sobie że wszystko będzie w porządku. Moje oczy, skrzyżowały spojrzenia z fioletowo -złotymi. Widziałem w nich ulgę. Zdobyłem się na mały uśmiech, który odwzajemniła, lekko się rumieniąc. Zrobiła kawał dobrej roboty, chciałem jej to powiedzieć, ale wtedy...
- Co się dzieje?!- Usłyszeliśmy nagle. Nasze spojrzenia znów powędrowały na szczeniaka. Coś było nie tak.- Mój syn! Pomóżcie mu, proszę!
- Mamo...- Zaszlochał syn, chowając się za matkę. Ametrine zareagowała błyskawicznie. Znowu toczyła się bitwa o życie, znowu nas wszystkich ogarnęła niepewność - młody stracił przytomność, a jego oddech znów się zatrzymał.
- No, dawaj mały!- Powiedziała Ametrine. - Dawaj.- Powtórzyła ciszej. Nie było jednak żadnej reakcji. W tym momencie, dało się też usłyszeć trzepot skrzydeł - Podlecieli do nas medycy z noszami, przejmując resuscytację. Niedaleko stał ich powóz, do którego przetransportowali malca. Niestety ja i Ametrine nie mogliśmy pojechać z nimi. Staliśmy tylko, patrząc jak się oddalają, dalej walcząc o życie szczeniaka. Nie wiedziałem co myśleć o tej sytuacji. Przed chwilą cieszyliśmy się, mając nadzieję że wszystko jest pod kontrolą. A teraz...staliśmy tam, patrząc jak wóz odjeżdża, nie mając nawet pewności jak to wszystko się skończy. Wydawało się, jakby ta sytuacja trwała całe godziny. 
Moje przemyślenia przerwało pociąganie nosem, a potem szybki powiew powietrza. Nie zdążyłem się obejrzeć, kiedy Ametrine wzbiła się w powietrze, odlatując Bóg wie gdzie. Nie miałem siły za nią wołać, ale i tak to robiłem, nawet jeśli wiedziałem że mnie nie usłyszy. W szybkim tempie zniknęła mi z pola widzenia. Zacząłem trochę panikować. Znowu nie widziałem, co mam zrobić. Znaczy wiedziałem..
- Weź się w garść. - Warknąłem do siebie. Wadera nie mogła odlecieć daleko...
Miałem jeszcze szansę ją dogonić. Prawie nie czując z zimna łap, wziąłem głęboki oddech i zacząłem biec w kierunku miejsca gdzie straciłem ją z oczu. Ciągle spoglądałem w górę, potrącając wszelkie krzaki i zarośla, które oblepiały śniegiem moje futro. Biegłem tak przez las- dopóki nie dojrzałem szarawej sylwetki przemierzającej niebo. Próbowałem do niej przemówić, nie chciałem żeby zrobiła sobie krzywdę - śnieg zaczął padać bardzo mocno, ona sama była przemoczona i pewnie zmarzła.
Prawie straciłem ją z oczu kiedy nagły, mocny podmuch wiatru sprawił że zachwiała się i straciła kontrolę nad sterownością. Zaczęła spadać w dół, nie mogąc rozprostować skrzydeł, więc szybko reagując, udało mi się złapać ją w locie. "Zamknąłem" ją w moich skrzydłach, żeby zamortyzować jej upadek - ja natomiast miałem bliskie zderzenie z wydmą. 
Otrzepałem głowę z resztek śniegu, powoli rozchylając skrzydła. Niefortunnie... a może i fortunnie, wadera leżała na mnie, przymykając powieki, z których uciekały kropelki łez. Nie byłem pewien co zrobić. Tym razem to ja miałem na pysku rumieniec.
- Nic Ci nie jest?- Spytałem delikatnie, okrywając nas przed wiatrem. Podniosła głowę z mojej klatki piersiowej, a widząc pozycję w której była, wstała jak oparzona.
- Artem! Ja przepraszam, nie chciałam, ja..- Nie dokończyła. 
- Nie martw się.- Powiedziałem cicho, przytulając ją do siebie. Miałem nadzieję, że to ją uspokoi. Chwilę nie była pewna jak zareagować, ale odwzajemniła uścisk, co mnie wewnętrznie ucieszyło. Staliśmy tak jeszcze chwilę, trzęsąc się z zimna.- Chodź, zimno się robi. - Machnąłem głową, odsuwając się.- Czy chcesz...chcesz może..- Zająkałem się trochę, przy czym westchnąłem. - Chcesz iść na razie do mnie? Chociaż póki pogoda się nie uspokoi.- Zaproponowałem w końcu. 
Nie miałem pewności, co mówiła jej mina. Ja sam nie potrafiłem jeszcze do końca ułożyć sobie tego dnia - Zrozumiem jeśli chcesz być teraz sama - dodałem po chwili ciszy. - ale pozwól wtedy, że Cię odprowadzę.

<Ametrine?>
Słowa: 1099 = 71 KŁ

czwartek, 10 marca 2022

Od Ametrine, CD. Artema

Nie wiem kiedy zasnęłam, ale czułam w zdrętwiałym karku, że trochę spałam na blacie biurka. Jęknęłam, wstając i jednocześnie nastawiając kręgi szyjne. Róża stała w wazonie, nadal piękna i rześka, zupełnie jakbym zerwała ją wczoraj rano oraz dodała do wody nawozu w płynie. Zastanawiałam się czy nie nałożono na niej jakiegoś zaklęcia. Musiałabym zapytać Kye'a w następnym liście do niego. Tęskniłam bardzo za bratem i miałam nadzieję, że niedługo będziemy w stanie się spotkać. Niestety, mieliśmy swoje sprawy – ja pracę w szpitalu, gdzie brakowało personelu, a Kye – pracował nad specyfikacją magii, cały czas badając jej właściwościami oraz testując nowe receptury alchemiczne. Zarówno magia jak i alchemia służyły tamtejszym mieszkańcom. Cieszyłam się, że mój braciszek spełnia się w tej niewielkiej mieścinie na Południu i pomaga innym wilkom.
Wstałam powoli, rozciągając resztę ciała. Przeszłam do swojej kuchni, gdzie zapatrzyłam sobie ulubione zioła. Kilka szafek wykonanych z jasnego drewna oraz ciemny piecyk stały ustawione w rzędzie przy ścianie naprzeciw drzwi. Ściany otoczone białymi kafelkami miały swego rodzaju urok, który mnie urzekł. Pomieszczenie było niewielkie, ale wystarczało dla samotnej wilczycy. Pod jedynym oknem w kuchni, położonym na jej lewym końcu stał stolik i trzy pufki do siedzenia a z okna padał widok na rynek naszego Królestwa. Spojrzałam na zegar. Miałam jeszcze trochę czasu na wyjście z domu. Czułam lekkie pulsowanie w głowie, lecz nie był to straszny ból. Po prostu ją czułam, nic więcej. Sylia jednak będzie innego zdania i pewnie kazałaby mi zrobić multum badań… Westchnąłam na tą myśl. Nie miałam ochoty wcielać się w rolę pacjenta. Nie po to studiowałam, aby finalnie odwrócić role. Usiadłam na pufce, delektując się pysznym naparem oraz słoneczną pogodą za oknem.

– Gdzie mój płaszcz…? – mruknęłam, szukając swojego okrycia. Nie pamiętam, gdzie wczoraj go odłożyłam… Miałam trochę czasu do rozpoczęcia mojej zmiany, jednak chciałam pogadać z Sylią przed pracą, dlatego tak zależało mi na czasie. Biegałam po całym mieszkaniu jak oszalała. W końcu udało mi się znaleźć poszukiwane odzienie. Sprawdziłam jeszcze zawartość swojej torby – jedzenie, dokumenty medyczne oraz parę innych bibelotów. Znalazłam wzrokiem klucze i chwyciłam je mocą telekinezy, kierując w stronę zamka. Wsadziłam, a następnie przekręciłam klucz, otwierając tym samym drzwi. Gdy otworzyłam je, zaskoczyła mnie pewna duża puchata kulka białego futra czekająca na mnie. Złote oczy zalśniły z radości a futrzasty ogonek zamerdał rytmicznie.
– Pani Ametrine! – zawołał Ivius. Wstał i odwrócił się do mnie przodem.  
– Ivius! Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być w szkole? – zapytałam, lekko zaniepokojona. Mam nadzieję, że nie opuszcza szkoły zbyt często…
– Martwiłem się… – przyznał, opuszczając uszy. – ...widziałem jak on zrobił pani krzywdę… 
No weź się tutaj nie rozczul…
– Nic mi nie jest, jak sam zresztą widzi… – przerwałam, przypominając sobie rozmowę z Artemem w sali zabiegowej. – Co tam robiłeś? Podobno rozrabiałeś z kolegami! – powiedziałam z nutą złości i niezadowolenia.
Młody wilk znowu położył uszy oraz odwrócił głowę. Ja czekałam, jak zawsze. W końcu powiedział cicho:
– Koledzy ze szkoły mnie namówili… Mieliśmy się uczyć u jednego z nich ale poszliśmy do miasta i…
– Musisz ostrożniej dobierać kolegów. Teraz powinieneś skupić się na nauce, aby się wykształcić i mieć dobrą pracę… – Schyliłam się do niego i położyłam swoją łapę na jego barku, patrząc mu w oczy. – Twoja mama bardzo by chciała, abyś skończył szkołę i był kimś.
Wilczek nieśmiało kiwnął głową. Czułam, że bierze moje słowa do swojego serca. Uśmiechnęłam się, czochrając jego futro na głowie. Ten zaśmiał się, wołając:
– To łaskocze!
– Uciekaj do szkoły, bo będę dalej Cię łaskotać.
Ivius przytulił mnie, czym mnie zaskoczył, po czym pożegnał się i czmychnął w stronę szkoły. Nim zdążył zbytnio się oddalić, powiedziałam, że może mnie odwiedzić dopiero gdy dostanie dobre oceny w szkole. Ten się odwrócił i z uśmiechem na pysku pomachał mi, po czym ruszył dalej.
Ja również z uśmiechem na pysku ruszyłam w stronę mojego miejsca pracy, czując, że będzie to dobry dzień.

~*~

Zamknęłam drzwi do mieszkania z głośnym odetchnięciem. Dzień był dobry ale równie pracowity…
Mieliśmy sporą grupkę maluchów zakażonych parwowirusem z jednej z najmłodszych szkolnych klas. Mieliśmy mały problem z ulokowaniem większości z nich tak, aby nie blokować pracy zarówno oddziału pediatrycznego jak i reszty szpitala. Normalna izolatka była za mała, żeby zmieścić ponad 10 łóżek ze szczeniętami z ostrą biegunką i wymiotami. Koniec końców udało się zorganizować drugą, prowizoryczną izolatkę, gdzie umieściliśmy wszystkie maluchy. Te starsze były w miarę dobrym stanie, niestety młodsze gorzej znosiły chorobę. Wszystkie szczeniaki musiały zostać na kroplówce, ponieważ zdążyły już mocno się odwodnić. Rokowania były dobre ale z parwowirozą nie ma żartów, zwłaszcza, gdy leczenie (które głównie polega na przechorowaniu oraz nawadnianiu) wdroży się za późno…
Weszłam do kuchni i podświeciłam pod czajnikiem, chcąc zapatrzyć sobie rumianek. Starałam się pić codziennie inne zioło, o ile miałam wystarczający wybór w kuchennej szafce. Gdy czajnik zaczął gwizdać, nalałam wrzątku do prostej filiżanki, po czym chwyciłam ją telekinezą i udałam się do swojego domowego gabinetu. W drodze do pomieszczenia zabrałam ze sobą dokumentację medyczną mojego pacjenta oraz pewną literaturę fachową na temat układu immunologicznego szczeniąt.
Usiadłam przy biurku, spoglądając oczywiście na złotą różę. Nadal wyglądała jak żywa, świeżo zerwana, lecz zauważyłam pierwsze zmarszczki na jej płatkach. Było mi nieco jej szkoda, ale tak wygląda cykl życia – kwitniesz, by potem zwiędnąć…
Otworzyłam dokumenty oraz książkę, zatapiając się w lekturze na resztę wieczoru.

~*~

Leniwie otworzyłam jedno oko, chcąc przekonać się jaką porę dnia zastałam. Gdy zapoznałam się z historią medyczną pewnego małego pacjenta z ciągle nawracającymi infekcjami i po zasięgnięciu języka w książce miałam potencjalną diagnozę. Chwilę jeszcze nad tym siedziałam, obracając w głowie ten temat, upewniając się, że niczego nie przeoczyłam ani nie pomyliłam, po czym położyłam się spać. Sen był przyjemny, lecz poranki pozostały niezmienne – nakaz wstania był dla mnie bardzo bolesny, pomimo wolnego dnia. Dwa lub trzy dni w tygodniu należały do dni wolnych od dyżurów, choć wszystko zależało od tego jak dużo pacjentów jest na pogotowiu oraz jaka ilość personelu jest tam. Na szczęście dzisiaj nie działo się nic poważnego, a przynajmniej na tamtą chwilę, tak więc miałam wolny, nie zaplanowany dzień.
Wstałam, ziewając szeroko, po czym poszłam do kuchni. Wygrzebałam dorsza i zaczęłam go szykować na śniadanie… Po zjedzonym najważniejszym posiłku dnia, zaczęłam myśleć co dzisiaj robić. Mogłam siąść do książek i czytać o nowych metodach leczenia, ale jakoś nie miałam dzisiaj na to ochoty… Pogoda dopisywała – słońce świeciło na pustym, błękitnym niebie, było przyjemnie ciepło oraz bezwietrznie. Było mi szkoda zmarnować taką okazję na przyjemny spacer..
…albo nawet odwiedzić kogoś…
Z tą myślą zaczęłam szykować się do wyjścia, przygotowując się do prawdopodobnie dłuższego lotu.

– Dobrze, dziękuję za informację! – powiedziałam, wychodząc z posterunku dla strażników Królestwa w centrum Rynku. Udało mi się uzyskać informację na temat miejsca zamieszkania Artema. Czekał mnie dłuższy lot, ale byłam ciekawa jak on mieszka. Nie chciałam być wścibska, ale naprawdę byłam ciekawa jak żyje Nocny Stróż, który ocalił mnie przed pewnym pijackim wariatem. Wyobrażałam sobie skrajnie pierwotne warunki ale również mieszkanie podobne do mojego. Poza tym coś czułam, że mam tam lecieć, zupełnie jakby musiała tam być.
Jakby miało coś się stać.
Potrząsnęłam głową. Po prostu chciałam sprawdzić jak ma się Artem oraz jak się trzymają świeże szwy na jego nodze.
Nie wiem dlaczego, ale gdy odrywałam się od ziemi, czułam, że moja twarz oblana jest rumieńcami.

~*~

Pogoda była idealna na taką podróż. Pusty błękit aż zachęcał do szybowania… Leciałam spokojnym, niemal monotonnym lotem z Centrum do Dystryktu III, gdzie mieszkał Artem. Jego dowódca naszkicował mi jak wygląda okolica, w której mieszkał, tak więc nie leciałam tam w ciemno. Po kilku minutach zaczęłam nieco rozpoznawać teren, tak więc zniżyłam lot. Niespodziewanie coś zauważyłam…
Srebno–turkusowe futro pewnego znajomego basiora. Siedział on na tafli zamarzniętego jeziorka, patrząc się przez niewielki wyłom w lodzie na taflę wody. Wpadłam na pewien pomysł, aby się z nim przywitać.
Wylądowałam za niewielką górką, uważając, by nie zostać zauważona. Przy lądowaniu wzniosłam niewielką chmurkę sypkiego śniegu. Z początku obawiałam się, że zdradzi on moje przybycie ale gdy wyjrzałam ostrożnie zza swojego ukrycia w postaci zaspy śnieżnej Artem zdawał się mnie nie zauważać – patrzył na wodę skupiając na niej całą uwagę.
Jeszcze…
Przy pomocy telekinezy uformowałam porządną śnieżkę, celując ją w srebrnego basiora. Rzuciłam, po czym obserwowałam. Gdy Artem nieco się otrząsnął, pozwoliłam aby mnie dostrzegł. Schowałam się za skarpą, ale wyjrzałam delikatnie zza ukrycia. Dobrze zrobiłam, ponieważ zauważyłam, że basior zbliża się do mnie. Pewnie myśli, że go nie widzę i chce mi zrobić niespodziankę.
Ja jednak miałam inne plany.
Wzniosłam się, omijając wilka, aby jemu zrobić niespodziankę. Gdy Artem krzyknął, podnosząc się i stając na tylne łapy, ja już stałam za nim. Gdy opadł, zaskoczony, to ja krzyknęłam, rozkładając mimowolnie skrzydła. Wilk padł, na bok, trzymając się w okolicy mostka i oddychając szybko. Ja cicho zachichotałam, podchodząc do niego i podając mu pomocną łapę. Zaakceptował moją ofertę, po czym pomogłam mu wstać.
– W porządku? – zapytałam, przyglądając się. Z początku wydawało mi się to śmieszne, ale teraz zaczęłam się nieco martwić, że nieco przesadziłam.
– Tak, tak… – Zaczerpnął powietrza. – Nieco mnie przestraszyłaś.
– Widzę… I zastanawiam się czy nie przesadziłam… – przyznałam, przymykając lekko oczy oraz czując, że lekko się rumienię.
– Przeszkodziłam Ci w czymś? – zapytałam chwilę potem.
– To nic ważnego…
– Mów! – zażądałam.
– Próbowałem złowić rybę… – bąknął po pewnym czasie.
– Chodź, złowimy ich cały kosz! – Po czym ruszyłam w stronę dziury w lodzie, ciągnąć swojego towarzysza ze sobą.

Myliłam się. Nie udało nam się złowić kosza ryb.
Udało nam się wypełnić dwa kosze świeżo złowionymi rybami. Artem pokazał mi jak to się robi i szybko złapałam rytm. We dwoje udało nam się szybko wypełnić puste kosze, które przyniósł Artem. Zauważyłam, że lekko utyka oraz często rusza skrzydłem. Wyjaśnił, że noga często go boli, mimo branych środków, a skrzydło mrowi. Lekko mnie to niepokoiło, zwłaszcza, że dostał silne leki. Narazie nie poruszałam tego tematu, lecz czułam, że i tak jeszcze raz będę musiała na to spojrzeć. Miałam nadzieję, że jakoś się nie nadwyrężał ostatnio.
– Tyle już wystarczy, nie? – zapytałam. Wszystkie ryby trafiały do spiżarni Artema. Ja miałam bliżej do rynku.
– Teraz muszę się zastanowić gdzie to wszystko dać – powiedział z szczerym uśmiechem na pysku.
Również się uśmiechnęłam, wstając z śniegu. Futro na brzuchu zdążyło zmoknąć od roztopionego śniegu. Chwyciłam telekinezą jeden z koszy, basior zrobił podobnie. Kiwnął głową i wyjaśnił ile będziemy szli do jego jaskini, która znajdowała się niedaleko stąd. To dobrze, bo już chciałam go zbesztać za chodzenie tam i ówdzie, mając tak pokaleczoną nogę.
Już mieliśmy ruszać, kiedy oboje usłyszeliśmy czyjś krzyk. Rozjerzaliśmy się, lecz niczego nie zauważyliśmy. Odstawiłam szybko, lecz ostrożnie, kosz z rybami i wzniosłam się w powietrze, aby uzyskać lepszy obraz sytuacji. Niedaleko, za zaspami znajdowała się pewna rodzina – dwoje dorosłych i dwójka młodych, tyle że…
Jeden z szczeniaków topił się w lodowatej wodzie, próbując utrzymać się na powierzchni, chwytając za cienki lód, który natychmiast się kruszył. Drugi, stał obok rodziców, cały przemoczony i przerażony. Rozglądał się, szukając sposobu na ocalenie swojego brata lub siostrę ale bez skutków. Rodzice również próbowali znaleźć dość mocną gałąź, która utrzyma ich dziecko nad wodą. Nic z tego.
– Artem! – zawołałam, lądując. – Tam się topi szczeniak! Musimy im pomóc!
Wilk miał spojrzenie, jakby przeczuwał, że to się stanie. Mnie natomiast przeszedł dreszcz, gdy przypomniałam sobie uczucie jakie towarzyszyło mi przy rozpoczęciu drogi do skrzydlatego wilka.
Kiwnął głową, po czym oboje ruszyliśmy w stronę zrozpaczonych krzyków o pomoc.

<Artem? Brajanek nie musi przeżyć. Może ale nie musi :)>

Słowa: 1859 = 138 łusek

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Artema CD. Ametrine

Czekając na opatrzenie rany, nie mogłem przestać myśleć o Ametrine. Czy wszystko z nią w porządku? No i czemu ta cała sytuacja miała miejsce. Nie był to na pewno przypadkowy wypadek.
Kiedy już zgłosiłem się do rejestracji, chciałem wyjść i poszukać kogoś ze straży nocnej żeby zawiadomił dowódcę czemu mnie nie ma. Przekonali mnie jednak, że wystawią mi zwolnienie i żadna nieprzyjemność z tego nie wyniknie. Nie byłem z tego do końca zadowolony ale raczej nie miałem wyjścia. Przez swoją nieuwagę, zauważyłem że trochę pobrudziłem podłogę w poczekalni. Ups...
- Proszę się nie martwić, zajmiemy się tym.- Uśmiechnęła się Wadera z rejestracji, kiedy dokańczałem pisanie druczku z moimi danymi.- Proszę zaczekać.
- W porządku, przepraszam za bałagan.- Uniosłem lekko wargi, kierując się na wolne miejsce. Z rany sączyło się coraz więcej krwi, więc pomyślałem że jak uniosę ją w górę, to może trochę zatrzymam krwawienie, czy coś. Czułem ból, ale starałem się go ignorować zajmując myśli czymś innym. Po jakimś czasie, poczułem znużenie, ale chcąc utrzymać się w ryzach, rozejrzałem się za czymś ciekawym. Każdy był w pośpiechu, nawet Ci siedzący wydawali się być zestresowani, gotowi do ucieczki. Taa, szpital nie jest moim ulubionym miejscem. Ale jakby się zastanowić...W oczy, od razu rzucił mi się znajomy widok. Złoto-fioletowe oczy zdecydowanie wyróżniały się spośród wszystkich innych.
Bardzo się cieszyłem że Ametrine ma się już dobrze. Zaskoczyło mnie, że zaledwie "chwilę" temu nie mogła utrzymać się na nogach, a już zajmuje się innymi. Co też ważne, zajęła się mną co w głębi duszy mnie ucieszyło.
Muszę przyznać, że bardzo dobrze radzi sobie z rzeczami potrzebującymi skupienia i prezycji. Mogłem dostać omylne wrażenie przez to, że przy pierwszym spotkanku już na mnie wpadła. Znaczy może ja na nią. W każdym razie chyba oboje zdajemy się być czasami nie uważni. W trakcie zszywania, gdy byliśmy już sami, chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tej sytuacji. Wadera wyjaśniła mi wszystko, ale zastanowiła mnie jedna rzecz, a dokładniej imię jakie wymówiła... To w końcu ułożyło się w całość. Poczułem jednak ulgę, że wszystko się układało jak powinno.
Czas leciał nieubłaganie. Nawet nie zauważyłem momentu kiedy odprowadzałem Ametrine i mieliśmy się już pożegnać. W moim odczuciu, minęła zaledwie chwila. Nie chciałem żeby tak szybko się to skończyło, ale niestety - jak trzeba to trzeba. Poza tym, teraz z racji mojego zwolnienia, będę miał czas dla siebie i w planach miałem odwiedzić ją chociaż raz, jeśli I jej plany na to pozwolą.
Po pożegnaniu, czułem jeszcze jak wadera odprowadza mnie wzrokiem.

~*~

Minęły dwa dni. Niestety, nawet jeśli chciałem to nie mogłem się nigdzie ruszyć, coś porobić. Łapa była obolała, mimo brania leków, przez co jedyne co robiłem to leżałem, lub zajmowałem się spacerując z jednego miejsca jaskini do drugiego. Ale ile można siedzieć?
Wziąłem poranną dawkę leków przeciwbólowych, nałożyłem ochraniacz i powolnym krokiem wyszedłem z jaskini. Poruszałem się trochę jak dziadek, tak też pewnie wyglądałem. Mały spacer nie zaszkodzi, pomyślałem, rozciągając się. O tej porze dnia pogoda zazwyczaj dopisywała w mojej okolicy. Jak nie lubię wody, tak postanowiłem wybrać się nad oczko wodne, niedaleko mojej jaskini. Nie jest zbyt głębokie ale widziałem tam kilka gatunków ryb, które przy odrobinie cierpliwości będą łatwiejszym łupem.
Chwilę zajęło mi dojście tam, przy każdym kroku utykając. Na moje nieszczęście, zbliżając się do miejscówki słyszałem czyjeś głosy. Westchnalem ciężko, nie będąc zadowolonym z posiadania towarzystwa. Jestem z tych, co wolą w spokoju i samotności przeboleć cięższe chwile. Postanowiłem najpierw przyjrzeć się sytuacji. Udało mi się wejść na wyższą górkę, z której widać bo pobliską okolice. Wokół nie było wielu drzew, samo oczko wodne bo dosyć odsłonięte więc miałem idealny widok na to, co dzieje się przy nim.
Zauważyłem gromadkę młodszych wilków i jednego szczeniaka. Znacznie dalej, było kilku dorosłych wilków. Na ich miejscu bardziej pilnował bym dzieciaków, zwłaszcza przy takich oczkach. Nie ma znaczenia czy są głębokie, jeżeli któryś z nich by wpadł i spanikował. Ta myśl trafiła mnie prosto w moralność. Postanowiłem zaufać przeczuciu i jeszcze chwilę poobserwować gromadkę, żeby mieć pewność że nie wpadną na nic głupiego. Zmrużyłem oczy, żeby lepiej widzieć jak podbiegają z rozpędu do brzegu i z ostrożnością wchodzą na warstwę lodu pokrywającą większość oczka. Ostatni raz rzuciłem spojrzeniem na dorosłe wilki i skierowałem się na drugi brzeg. Może niepotrzebnie się martwiłem.
Wbiłem wzrok w tafle lekko falującej wody. Lód nie był krystalicznie czysty, więc ciężko było ocenić głębokość.
Dalszy plan polegał na znalezieniu otworu w lodzie, przez który mógłbym spróbować złapać choć jedną rybę. Część z szukaniem była prosta, reszta nie była już taka przyjemna. Otwór jaki znalazłem był na tyle szeroki że mógłbym cały tam wskoczyć. Ale co to, to nie. Położyłem się, cierpliwie obserwując ruchy skąpej ławicy ryb. Czekałem, aż któraś z nich podpłynie bliżej powierzchni, tak że z łatwością dam radę ją schwytać w zęby. Moje skupienie było na tyle zajmujące, że nawet nie słyszałem jak ktoś zaszedł mnie od tyłu. A dokładniej, kulka śniegu która z pustym dźwiękiem rozbiła się na moim karku. Wzdrygnąłem się, niemal nie kończąc w lodowatej wodzie. Przez chwilę próbowałem ogarnąć co się stało, ale kiedy zza jednego z drzew wyłonił mi się widok ucieszonych, fioletowo złotych oczu, humor od razu mi się jakoś tak poprawił. Próbowałem ukryć uśmiech, zachowując powagę i zdezorientowanie. Niech myśli, że jej nie widzę.
Odchrząknąłem teatralnie, powoli wstając i rozciągając się. Kątem oka widziałem, że wadera schowała się z powrotem co dało mi szansę na zniknięcie jej z oczu i zajście jej od tyłu. Skradałem się tak cicho, jak tylko mogłem, będąc pewnym że mam wszystko pod kontrolą..
Cóż, chyba to Ona powinna być mózgiem operacji bo kiedy z wrzaskiem wyskoczyłem zza ukrycia w celu jej wystraszenia, to ona zleciała nagle z nieba, przyprawiając mnie o zawał serca. Złapałem się za pierś, otwierając szeroko pysk. Powoli opadłem na ziemię, na koniec wystawiając język dla dodania pikanterii mojej śmierci.

<Ametrine? Może usta usta by drania ożywiło>

Słowa: 970 = 54 KŁ

piątek, 11 lutego 2022

Od Ametrine, CD. Artema

 

Śniła mi się moja dawna rodzina – mama uśmiechała się ciepło, wyjmując świeżo upieczone ciasto, tata kokietował ją, robiąc zalotne miny a my z bratem bawiliśmy się w księcia i rycerkę walczących na Smoczych Ziemiach – Kye był potomkiem dawnego arystokratycznego rodu a ja szlachetnym rycerzem, który bronił ostatniego wilczego królewicza. Uwielbialiśmy tą zabawę – sami ją wymyśliliśmy i to my tworzyliśmy historię, która tam się toczyła. Tylko od naszej wyobraźni zależało z kim miałam walczyć lub jaką księżniczkę miał poślubić mój brat. Była tylko i wyłącznie nasza. Mieliśmy też inne formy zabawy czy też gry, jednak zabawa w Rycerkę i Księcia była naszą najulubieńszą.
Wszystko było takie… idealne.
Zbyt idealne.
Znowu poczułam, że podaję się słabości wilków ras Somnum – marzycielstwa. Odziedziczyłam tą rasę po mamie, która opowiadała mi o znaczeniu tych snów i czym jest nasza rasa. Mój brat odziedziczył rasę po ojcu, jednak kilka cech można przypisać pochodzeniu mamy… Mama od małego uczyła mnie, abym uważała na swoje marzycielstwo, lecz nigdy nie rezygnowała z ideałów, które towarzyszą mi od małego.
Z bólem serca przerwałam zbyt realny sen, tęskniąc za ukochanymi rodzicami. Śmierć mamy poniekąd zabiła mojego ojca, który stracił część siebie, swoją drugą połówkę.
Chciałabym zobaczyć go jeszcze szczęśliwego, ale żal, smutek oraz poczucie winy sprawiły, że straciłam i tatę, którego bardzo kocham…


Powoli otworzyłam oczy. Z początku nie widziałam zbyt wyraźnie, ale szybko zdążyłam poznać miejsce w którym się znajdowałam. Leżałam na jednej z szpitalnych sali oddziału ratunkowego. Ściany miały nieco mdły odcień niebieskiego a meble nie wyglądały w najlepszym stanie, ale dyrekcja w postaci Głównego Medyka, Themasa oraz innych medyków, którzy tworzyli Radę Medyków, zaakceptowali propozycję remontu tej oraz innych części szpitala. Cieszyło mnie to, ponieważ będziemy w stanie lepiej leczyć inne wilki.
Powoli podniosłam głowę, która według mnie była wypełniona gwoźdźmi, zwłaszcza w okolicach kości czołowej. Przymknęłam oczy, ponieważ pojawiły się czarne plamki a obraz zaczął się kręcić jak na karuzeli. Nagle usłyszałam trzask drzwi oraz czyjeś szybkie kroki.
– Ami! – usłyszałam głos mojej przyjaciółki z czasów studiów, Sylii. Była ona wilkiem rasy Khado – wysoka, szczupła wadera o szafirowym futrze. Jej błękitne oczy kontrastowały z ciemnym włosiem, ale to dodawało jej uroku. Mimo wielu wielbicieli i przynależności do rodu błękitnokrwistych, Sylia była zupełnie normalna, bez tak zwanej srebrnej łyżeczki w… Ciepła, uprzejma, żartobliwa, ale lubi też postawić na swoim. Tak było i teraz…
– Jak się czujesz? – zapytała z szczerą troską w głosie.
– W miarę porządku, nie licząc kilo gwoździ dzwoniących mi w głowie… – jęknęłam. Pomasowałam łapą obolałe miejsce, wyczuwając kilka szwów pod palcami. Pięknie.
– Co się stało? Westchnęłam.
– Pamiętasz Iviusa? – zapytałam, a gdy otrzymałam odpowiedź, zaczęłam opowiadać.
– …tak więc odegrał się na mnie… – zakończyłam.
– A Ivius i jego mama? Gdzie są teraz?
– Z dala od tego czubka… – powiedziałam lekko kąśliwie. Nie lubiłam takich typów a moja koleżanka doskonale o tym wiedziała – obie miałyśmy podobne ideały i poglądy, ale nie identyczne.
– Przynajmniej tyle – skwitowała Syl. – A jeśli chodzi o ciebie to znasz zasady…
– Nie ma mowy. – Od razu zaprotestowałam.
– Ami, naprawdę… Musisz zostać przynajmniej na obserwacji…
– To możesz mnie obserwować podczas dyżuru. – Uśmiechnęłam się, a moja przyjaciółka jęknęła.


– To wszystko na dzisiaj – powiedziałam, wystawiając receptę dla starszego basiora, który lubił rzucić pikantnym żartem na temat samic. Kojarzyłam go, ponieważ czasami przychodził tutaj po leki. Był emerytowanym wojskowym o dosyć dużym poczuciu humoru. Nawet go lubiłam, bo był po prostu sobą.
Sylii mój pomysł oczywiście się nie spodobał, ale ustąpiła mi po ponad półgodzinnej wymianie zdań (nie żadna kłótnia czy inne takie tylko coś w rodzaju zażartej dyskusji na temat mojego zdrowia). Była uparta ale ja też lubiałam postawić na swoim. Syl ciągle była gdzieś w pobliżu obserwując niemal każdy mój ruch. Wiem, że to jest z troski o mnie… W sumie zrobiłam bym podobnie na jej miejscu, tak więc nie miałam jej tego za złe. Przyjęłam pewnego małego szczeniaka z bólem brzucha i wysoką temperaturą. Maluch nie chciał współpracować a jego mama załamywała łapy, równie bezradna jak ja w tej kwestii. W pierwszej chwili chciałam użyć swojego żywiołu Czasu, lecz przypomniałam sobie, że kilka godzin temu zaatakował mnie pijak–psychopata oraz oberwałam w głowę. Niestety, musiałam zrezygnować z swojej mocy Tempus i postawić na klasyczne badanie kliniczne. Na szczęście udało mi się odnaleźć przyczynę złego samopoczucia u maluszka. Zjadł on coś nieświeżego a gorączka wzięła się od bakterii, które przyjął wraz z niezdrowym pokarmem. Dostał odpowiednie leki oraz poprosiłam o stawienie się na kontrolę za trzy dni. Matce spadł kamień z serca i po którymś z kolei dziękuję wyszła ze szpitala, niosąc na grzbiecie swoje maleństwo.
Już chciałam podejść do recepcji i tam odebrać nowe dokumenty nowego pacjenta, kiedy kątem oka zauważyłam szaro–turkusową sierść… Odwróciłam się i zobaczyłam Artema, cierpliwie siedzącego w poczekalni aż któryś z lekarzy go przyjmie. Miał podniesioną łapę, tą, którą w jakiś niefortunny sposób skaleczył. Nie podobało mi się ani to, że tutaj siedzi, ani to, że ją trzyma w górze. Podeszłam do niego, niosąc w telekinetycznym chwycie jego dokumentację.
– Dziękuję, że mnie wtedy uratowałeś – powiedziałam na przywitanie, uśmiechając się lekko.
– Ametrine! – Artem wstał, i kulejąc, podszedł bliżej. – Nic ci nie jest?
Machnęłam łapą.
– Kilka szwów i tyle. Koleżanka nie chce mnie wypuścić do domu a ja nie chcę zajmować łóżka innym, bardziej potrzebującym… Poza tym wolę być tutaj medykiem a nie pacjentem.
– Rozumiem… – Przeciągnął nieco ostatnią sylabę, jakby coś zrozumiał.
– Dobrze, pokaż mi tą nogę… – poprosiłam, martwiąc się, widząc tak zakrwawiony bandaż. Moje obawy były, na nieszczęście, nie bezpodstawne.
Rana mocno pogłębiła się, przerwano również kilka większych naczyń krwionośnych, ale to nie był stan zagrożenia życia. Szwy zostały rozerwane a to nie stało się wskutek samoistnego zerwania nitek czy rozwiązania szwu. Brzegi były bardziej poszarpane niż zapamiętałam, a pamięć mam dobrą.
– Kto Cię ugryzł? – zapytałam rzeczowo.
Artem z początku chciał uniknąć odpowiedzi, ale powiedział.
– Ten typ, który Cię zaatakował – odparł. – Złapali go chwilę po tym jak zdołał mi uciec – dodał.
Przymknęłam oczy. Czułam się winna temu, co przytrafiło się Artemowi. On, zupełnie jakby czytał mi w myślach, powiedział:
– To część mojej pracy. Czasami nie udaje się zaprowadzić porządku bez porządnej bójki. – Uśmiechnął się słabo na pocieszenie.
Podeszła do mnie młoda pielęgniarka, która poinformowała, że mamy wolną salę zabiegową.
– Chodźmy znowu opatrzyć tą niefortunną ranę.


Artem leżał na fotelu zabiegowym z wyciągniętą łapą do przodu. Ja siedziałam przed nim na specjalnej poduszce, ponownie oglądając ranę. Niestety, z bliska i przy świetle lampy zabiegowej wyglądało to nawet gorzej niż w poczekalni. Nie tracąc czasu, wzięłam się do roboty.
Asystował mi pewien uczeń medyka – Nicolas, który nie był akurat moim uczniem, choć coraz częściej myślę o znalezieniu adepta medycyny, który szuka mentora. Nicolas był Quatarem – białym wilkiem o długiej sierści. Jego futro miało odcień identyczny co jego oczy – żywej, morskiej zieleni. W ciszy obserwował proces zszywania rozerwanych tkanek, co jakiś czas zadając sensowne pytania. Ja na nie cierpliwie odpowiadałam, tłumacząc mu co należy robić i na co uważać. Oczywiście zapytałam Artema czy Nick może nam towarzyszyć, obserwując moją pracę. Wilk nie miał nic przeciwko.
Nagle do gabinetu weszła pielęgniarka, prosząc mojego asystenta, aby udał się do swojego mentora. Młody uczeń podziękował za możliwość uczestniczenia w tym zabiegu. Kiedy wyszedł, pierwszy raz od zabiegu Artem się odezwał:
– Jak bardzo źle?
– Gorzej od ostatniego spotkania… – odpowiedziałam szczerze. – Na szczęście powinieneś odzyskać pełną sprawność łapy.
Pacjent odetchnął z ulgą.
– Miałeś coś na sobie? – zapytałam. – To znaczy… Czy osłoniłeś czymś ranę? – sprostowałam.
– Tak. A co?
– Mimo, że wygląda to nienajlepiej, mogło być o wiele gorzej, gdybyś tego nie osłonił… – Nie było sensu owijać w bawełnę. Gdyby nie ten ochraniacz czy co tam ubrał, być może zostałby kaleką do końca życia. Zaczęłam zakładać szwy podskórne, powoli kończąc swoją pracę.
– Jakie masz stanowisko? – spytałam, zawiązując przewiązkę nicią.
– Strażnik nocny.
– Tym razem będziesz potrzebował przymusowego urlopu zdrowotnego…
Artem nie był tym zaskoczony, ale pewnie miał nadzieję, że będzie w stanie normalnie pracować.
– Na pewno? – upewnił się.
– Jeśli chcesz mieć sprawną nogę to tak. – Chwyciłam nową, świeżą igłę z nitką i zatrzasnęłam ją w imadle chirurgicznym. – Wcześniejszy uraz nie był tak poważny, dlatego mogłam dać Ci wybór. – Przekułam skórę i zrobiłam pierwszą przewiązkę, zaczynając szyć ostatnią warstwę ciała czyli skórę. Każdorazowo uważnie obserwowałam reakcję Artema na ewentualny ból, ponieważ obawiałam się, że powoli może schodzić znieczulenie miejscowe. Na szczęście nic się nie działo, czyli lidokaina jeszcze działała.
– Czyli chcąc nie chcąc, powinien wziąć te zwolnienie?
Przytaknęłam. Założyłam ostatni szew, po czym sięgnęłam po specjalną maść, gazę oraz bandaż. Posmarowałam cienką warstwą i chwilę odczekałam.
– Naprawdę dziękuję, że uratowałeś mnie od tego typa… – odwróciłam się, a mój fartuch zaszeleścił cicho. Położyłam gazę na ranie, po czym zaczęłam ją owijać tkaninowym materiałem.
– To moje zadanie… – Uśmiechnął się pokazując zadbane zęby. – Jeśli mogę zapytać… O co chodziło temu wilkowi?
Dalej bandażowałam jego łapę, układając w głowie odpowiedź.
– To był konkubent matki jednego z moich młodych pacjentów – powiedziałam, przecinając materiał. – Wyzyskiwał on swoją partnerkę, wyciągając od niej ostatnią łuskę, aby zapić się do nieprzytomności i zdradzać ją z kim popadnie. – Przypominając sobie tamtą sytuację, gdy po raz pierwszy spotkałam Iviusa oraz gdy zostałam zaatakowana przez jego "ojca", czułam jedynie obrzydzenie do tego osobnika. – Ivius bronił swojej matki jak mógł, ale nie miał szans z tym bydlakiem…
– Ivius? – zapytał Artem, zupełnie jakby…
– Znasz go?
– Tak… Poznałem go chwilę przed tym, jak zaatakował cię ten typ. Rozrabiał z swoimi kolegami, którzy zdołali uciec.
– Narobił poważnych szkód? – zapytałam zaniepokojona. Ivius chodził do szkoły, ale pewnie nosi go młodzieńcza energia. Chciał też zapewne zaimponować nowym kolegom…
– Rzucali jedynie puszkami i trochę niegroźnego hałasu narobili. 
 Odetchnęłam.
– Poprosiłem, aby koleżanka z zmiany odprowadziła go do domu, ale zdołał jej jakoś uciec… – kontynuował. Widziałam, że zastanawia się nad czymś. – Widział… widział twój wypadek… Zacisnęłam usta. Nie powinien tego widzieć… Ani innych rzeczy.
– Potem znalazłem go pod twoim domem – kontynuował. – Z początku nie chciał wracać do domu, ale udało mi się go namówić. Poza tym jego mama po niego przyszła, zawiadomiona przez innych strażników.
– Bywasz czasami przekonujący… – przyznałam. Bo miałam rację.
– Dzięki. Ty również… 
 Wstałam z swojego miejsca, idąc w kierunku pewnego pomieszczenia…
– Zaczekaj chwilkę – poprosiłam Artema. Ten kiwnął głową.
Chwilę zajeło mi znalezienie tego stablizatora na nogę, nawet prawie zleciała na mnie cała ta sterta przyrządów ortopedycznych, ale jakoś wyszłam z tego bez szwanku. Wyglądało to jak wielka rura rozcięta na równolegle do jej wysokości a w jej wnętrzu równolegle do krawędzi walcu biegły sprężyste tkaniny sprowadzone z Południa. Wszystko miało czarny lub ciemnoszary kolor.
Powinno pasować – pomyślałam, chwytając stabilizator mocą telekinezy i wróciłam do zabiegowego. Tam Artem siedział cierpliwie, oglądając swoją łapę. Gdy zauważył co niosę, uniósł jedną brew.
– Nie masz złamanej nogi, na szczęście, ale ustabilizuje Ci nogę oraz nieco odciąży. – Zaczęłam zakładać przyrząd. – To nie znaczy, że możesz zrezygnować z przymusowego urlopu. – Zaczęłam się chichrać, kiedy zobaczyłam minę Artema, który niczym szczeniak, zrobił smutną minę kiedy mama powiedziała mu, że jednak musi iść do szkoły.
Usiadłam do biurka. Kiedy zaczęłam przepisywać nowe zalecenie oraz recepty na leki, zapytałam ile i co ma z poprzednich zakupów, tak, aby nie zrobić z jego miejsca zamieszkania apteki. Większość miał, ale teraz musiałam dodać silny antybiotyk ze względu, że teraz jest to rana kąsana.
Oderwałam karkę od bloczku i wstałam, ale wtedy zakręciło mi się w głowie. Zachwiałam się. Artem zareagował niemal błyskawicznie – podszedł i potrzymał mnie a ja skorzystałam z jego pomocy.
– Już w porządku… – powiedziałam cicho. – Za szybko wstałam…
Wilk nic nie mówił.
Akurat do zabiegówki weszła Sylia. Można się domyślić jaka była jej reakcja na ten widok. A raczej scenę, jakbym to ujęła.
– Ami, mówiłam Ci… – zaczęła.
– Dobrze wiesz, że nie usiedzę w miejscu, zwłaszcza takim, który ktoś inny potrzebuje bardziej…
– Ty również go potrzebujesz…
Machnęłam łapą, stając o własnych siłach. Zamrugałam kilka razy i odwróciłam się do przyjaciółki.
– Już mi przeszło.
– Na pewno…? – Syl nie była przekonana. Ja jednak przytaknęłam.
– Chyba zacznę powoli się zbierać do domu… – przyznałam. Czułam lekkie zmęczenie i wolałam dość do siebie o własnych siłach.
– Nie możesz iść sama!
– Nie potrzebuję przewodnika znam drogę.
– Idę z tobą…
– Ale masz jeszcze zmianę…!
– Ja pójdę z Tobą – zaproponował Artem, przerywając nieco ostrą wymianę zdań między mną a Sylią. Zgodziłam się.
Dlaczego miałabym nie zgodzić się na towarzystwo tak sympatycznego acz tajemniczego wilka…? – pomyślałam, kiwając głową na znak zgody.


Gdy wreszcie wyszliśmy, na zewnątrz padał delikatny śnieg. Sylia musiała uzbroić Artema we wszystkie niezbędne informacje dotyczące odratowania mnie. Mnie również pouczała jakie leki wziąć i co robić a ja przytakiwałam, aby mieć to za sobą. W końcu wilczyca usatysfakcjonowana swoim wykładem wypuściła nas z budynku. Na pożegnanie daliśmy sobie przyjacielskiego przytulasa i upewniłam ją, że czuję się nawet w porządku.
Szliśmy spokojnym krokiem, kierując się przez serce Centrum. Pytałam co jakiś czas Artema jak sprawdza się nowy pancerz – czy jest wygodny, czy nie ociera i inne takie… On natomiast co jakiś czas pytał jak ja się czuję – czy nie mam zawrotów głowy, czy widzę wyraźnie (nawet wystawiał mi swoje palce do policzenia!).
Co jakiś czas coś tłukło się w ciemnej uliczce lub słychać było pijane głosy imprezowiczów. Z początku wzdrygałam się na te odgłosy, lecz z każdym krokiem przyzwyczajałam się do tego. Nigdy nie uważałam się za bojaźliwą czy strachliwą, owszem – miałam kilka swoich nocnych mar, ale bez przesady…
Nim się obejrzałam, byliśmy pod wejściem do mojego mieszkania. W głębi duszy chciałam aby ten spacer się nie skończył…
– Dziękuję bardzo za odprowadzenie mnie i ten… wcześniejszy ratunek…
– Do usług. – Ukłonił się szarmancko, co wzbudziło u mnie chichot.
– Ja też chciałbym ci podziękować za to, co do mnie zrobiłaś…
– To moja praca. – Również delikatnie skinęłam, na co Artem lekko uniósł wargi w uśmiechu.
Nie wiem dlaczego, ale żadne z nas nie chciało zacząć pożegnania. Niestety, postanowiłam podjąć tą smutną… ceremonię…
– Wracaj ostrożnie do siebie. Unikaj dużego wysiłku, przede wszystkim nie dźwigaj dużych ciężarów i…
– Pamiętam, pani doktor. – Nie powiedział tego w żaden sarkastyczny czy kąśliwy sposób. Zarumieniłam się.
– Przepraszam, taki nawyk…
– Nie przepraszaj, jeśli nie zrobiłaś niczego złego.
– Zapamiętam… – zamilkłam, a na moim oraz Artema płaszczu zbierała się cienka warstwa białego puchu. – Uważaj na siebie i do zobaczenia za trzy dni.
– Do zobaczenia. – Uśmiechnął się i udał się w swoją stronę, po chwili znikając w jednej z uliczek. Przez chwilę stałam i patrzyłam jak odchodzi, a gdy zniknął, wpatrywałam się w punkt, gdzie widziałam go po raz ostatni.
Westchnęłam, a chmurka pary wydobyła się z mojego pyska. Weszłam do środka budynku.
Na wycieraczce zastałam list od mojego brata. Ucieszyłam się, ponieważ długo nie otrzymywałam od niego żadnego listu. Już miałam wejść do środka mieszkania, kiedy zauważyłam wybrzuszenie pod wycieraczką. Mocą telekinezy chwyciłam jeden róg i odsłoniłam pakunek owinięty w ozdobny papier. Podniosłam niespodziankę i z ciekawością wniosłam ją do środka. Podeszłam do swojego biurka i tam otworzyłam prezent.
Oniemiałam z zachwytu.
Piękna, złoto–purpurowa róża miała tak soczyste kolory, że moje farby mogły jej jedynie pozazdrościć. Kwiat był duży i dojrzały, odsłaniając swoje tajemnicze wnętrze. Ostrożnie podniosłam ją, obchodząc się z nią jak z najdelikatniejszym jajkiem. Nalałam wodę do starego wazonu, który dostaliśmy od babci i ostrożnie wsunęłam kikut łodygi do wnętrza ceramiki.
Przez resztę nocy wpatrywałam się w to cudo, myśląc, czy to może być prezent od Artema…


<Artem? Kiedy się spotykamy?>
Słowa: 2486= 169 Łusek

niedziela, 6 lutego 2022

Od Artema, CD. Ametrine

Chcąc - nie chcąc, wadera była przekonująca. Ma rację, w końcu jaki ze mnie pożytek jeśli sam nie będę umiał zająć się raną odpowiednio. Przystałem więc na jej pomoc, po uprzednim zastanowieniu. Słuchać było, że zna się na rzeczy, kiedy Ja znałem  tylko prowizoryczne rzeczy nadające się w ostateczności.
W drodze, nie raz spoglądałem na wyraz jej twarzy. Widać było że zastanawia się nad czymś, a mimo to Ciągle była zadowolona, jakby cieszyła się że może mi pomóc. Przyznam, rozczuliło to trochę moje serce, ale równocześnie zdziwiło że można czerpać taką radość z pomocy innym. Bo w końcu...co z tego ma? Znaczy wiadomo, moja praca też w pewnym sensie polega na pomocy innym, ale... No. Jeszcze tego nie rozumiałem do końca, jak to działa i w ogóle, ale pewnie jakbym spytał to by uznała że jestem jakimś bezdusznym brutalem który myśli tylko o sobie. Wstrzymałem się więc i w przyjemnej ciszy doszliśmy do jej domu.

Kiedy otworzyła przede mną drzwi, nieco się speszyłem. Nie był to dla mnie niecodzienny widok, ale na pewno na tyle częsty że byłem do niego przyzwyczajony. Po haśle "rozgość się", nie byłem do końca pewny jak to zrobić. Usiąść? Położyć się? Może zostać w progu, żeby nie przedobrzyć? Podłoga była błyszcząca, nie chciałem też niczego pobrudzić. Cóż, czułem jakbym tu nie należał.
Na szczęście myślałem nad tym tak długo, że wadera sama postanowiła mnie ośmielić. Usiadłem w salonie, a ona w dosyć szybkim tempie zajęła się moją łapą, jak i skrzydłem. Zdziwiło mnie to, że żaden z zabiegów nie należał do bolesnych. Jedynie przy nastawianiu poczułem nieprzyjemny ból. Uważnie obserwowałem jej ruchy i byłem prawie pewien-jest medykiem, albo chciałaby być. Bo skąd miałaby takie umiejętności? Raczej łatwo jest poznać jak ktoś wykonuje swoją pracę "za karę". Ona natomiast zdaje się jakby czuła się w tym jak ryba w wodzie.
Dostałem wszystko, czego potrzebowałem. Zalecenia, dawkowanie.... Nawet w końcu dowiedziałem się jak ma na imię. Podziękowałem Ametrine, ale niestety nie mogłem zostać dłużej, choćbym chciał. Miałem kilka rzeczy do załatwienia na mieście, ale sam fakt zaproszenia mnie był miły. Doceniałem gościnność.

~*~

Wróciłem do domu w ramach odpoczynku. Po kilku godzinach, przyszło na przygotowanie się do nocnej zmiany. Potraktowałem ranę wszystkim, co Ametrine mi zleciła. Starałem się jak mogę dbać o to, żeby każdy podpunkt był odhaczony, a nawet dla dodatkowej ochrony, na zranioną łapę nałożyłem ochraniacz. Niestety, nie mogłem oszczędzać skrzydeł.
- Może nie będzie miała mi tego za złe - mruknąłem do siebie, rozprostowując kości. Zawinąłem łapę bandażem, tak, żeby nie przeszkadzała, ale też tak że mogłem jej w chociaż najmniejszy sposób używać. Do torby z potrzebnymi rzeczami, spakowałem też jeszcze jedną rzecz - mały drobiazg, jakim była różyczka, mieniącą się złoto - fioletowym blaskiem. Dorwałem ją na targu. Spostrzegając ją, od razu przed oczami miałem widok Ametrine. Ten kolor, był kolorem jej oczu. Pomyślałem, że oprócz zwykłych podziękowań, należy się jej coś jeszcze. W końcu, nie chciała nic w zamian ale czułem potrzebę odwdzięczenia się. Wykonała kawał dobrej roboty no i pomogła mi choć wcale nie musiała.
Owinąłem drobiazg ładnym papierkiem, z małą karteczką zaadresowaną do wadery. Mimo wszystko byłem w pracy i nie wolno mi było załatwiać w jej trakcie prywatnych spraw. Dlatego miałem w planie zostawić to pod wycieraczką. Na szczęście w drodze do jej domu zdążyłem zapamiętać drogę. Wyszedłem ze swojej jaskini trochę wcześniej niż normalnie, żeby zaoszczędzić kilka minut i nie robić niczego w pośpiechu. Droga minęła mi pieszo, choć kilka razy próbowałem używać skrzydeł. Trochę obolałe, ale lekkie szybowanie idzie mi całkiem całkiem. W ostateczności na pewno dam radę ich użyć.
Noc, zdawała się być dosyć przyjemna. Niestety, mimo że śnieg zazwyczaj mnie cieszy, dziś przeszkadzał. Prywatnie - uwielbiałem na niego patrzeć, ale w pracy utrudniał mi wykonywanie obowiązków. Jak się rozpadało to już na dobre, dlatego musiałem mocno wytężać wzrok żeby coś zobaczyć. Jednocześnie, droga niespodziewanie mocno mi się wydłużyła, więc dotarłem pod mieszkanie Ametrine na ostatnie 5 minut mojego zapasu. Będąc pod drzwiami, delikatnie wyjąłem prezent i schowałem go pod wycieraczkę. Cóż, jak nikt się nie przypatrzy, to nie widać że coś tam jest. Miałem jednak nadzieję, że wadera często patrzy pod nogi. Uśmiechnąłem się do siebie i wybiegłem na zewnątrz.

~*~

Zgłosiłem się na zmianę i zacząłem ją w mgnieniu oka. Było już dosyć późno, opady raczej nie zachęcały do nocnych spacerów, a wiadomo - mniej wilków, mniej problemów. Z drugiej strony, łatwiej okraść kogoś kiedy w pobliżu nie ma żywej duszy. Dlatego byłem mocno skupiony, zaglądając w każdy ciemniejszy zaułek, tak w razie czego.

Ta noc zapowiadała się ciekawa. Jak na ironię, najwięcej roboty miałem w pobliżu szpitala - tu ktoś się awanturował, a że byłem w pobliżu to reagowałem, tu ktoś miał na tyle szczęścia że zranił się dwie ulice dalej i pomogłem mu dojść pod same drzwi. Na pewno współczułem lekarzom, na pewno mieli dużo roboty.
Uznałem że tutaj póki co się już nie przydam, więc skierowałem się w głąb centrum. Usłyszałem szelesty, odgłos rzucania czymś o ściany budynków. Po głosach poznałem, że to młode wilki. Nie chcąc ich spłoszyć, szedłem spokojnym krokiem, zachowując dystans. Widać było, że jednak trochę się wystraszyli. Dwoje zaczęło uciekać, czym zaalarmowałem pobliskich kolegów wyciem, takim jakby kodem ułatwiającym komunikację. Na szczęście trzeci z nich był zbyt otoczony różnymi rupieciami i nie miał jak uciec. Stanąłem przed nim.
- Młody, nie bój się i nie uciekaj, Twoi koledzy pewnie już są złapani przez kolegów. - zawczasu wolałem upewnić go, że ucieczka nie ma sensu i jednocześnie nie miałem wobec niego złych zamiarów
- Ja się nie boję. - powiedział twardo- A poza tym... Nic nie robiliśmy złego!
- Tak tak, wiem, tym się nie martw-uspokoiłem go.-na pewno nie będę karać cię za rzucanie puszkami w kawałek tynku. Myślę, że twoi rodzice będą lepszymi nauczycielami. - uśmiechnąłem się lekko. Cóż, gorsze rzeczy widziałem niż to. Ale bądź co bądź, było niebezpiecznie o tej porze, zwłaszcza dla dzieciaków. Po chwili zawahania, przyznał mi rację. Ale w jego głosie słychać było drżenie, jakby moje słowa wcale nie poprawiły sytuacji. Zdziwiło mnie to.
- Jestem Artem, a ty? - zagadałem, żeby trochę się rozluźnił.
- Ivius.- odrzekł cicho, nieco się cofając. Zrobiłem to samo, dając mu trochę przestrzeni.
- Z kim mieszkasz, jeśli mogę spytać? - Nie byłem pewien, czy mi odpowie. Ku mojemu zdziwieniu , trochę rozweselił się mówiąc że z matką.  Po jeszcze kilku krótkich pytaniach, upewnił mnie w tym, że wysłanie go do domu nie będzie miało złych skutków. No wiadomo, jego mama nie będzie z tego zadowolona, ale zamierzałem dopilnować by nic złego go nie spotkało.
- Mama pewnie martwi się że cię nie ma. Mogę zawiadomić koleżankę, żeby się upewniła że dojdziesz do domu cały i zdrowy. Co ty na to? - krótkim skinieniem zgodził się na ten pomysł. Chwilę później, szedł już z obstawą tam gdzie powinien.
Niestety, moja robota jeszcze się nie skończyła. Co lepsze, to był dopiero początek. Kolejne minuty leciały nieubłaganie. Szczerze, myślałem że nic szczególnego się już nie wydarzy. A jednak! Idąc dalej uliczkami między budynkami, coś przyciągnęło moją uwagę. Usłyszałem czyjś uniesiony głos, zapowiadało się na awanturę. Szybkim, ale ostrożnym krokiem zbliżałem się do źródła dźwięku. a gdy byłem wystarczająco blisko, mój wzrok od razu pokierował się na dwie postacie. Jedna z nich leżała na ziemi, a druga stała nad nią z wiadomym zamiarem. Moja reakcja była ekspresowa. Wybiłem się w górę, gładko podlatując do przodu, przez co zdołałem zrzucić napastnika z ofiary. Sporej postury basior, zmierzył mnie wzrokiem, szczerząc kły.
- Zniszczyła mi życie. Odsuń się albo też za to zapłacisz. - Zagroził mi, nie mając zamiaru ustąpić. Źle trafił, bo ja nie zamierzałem długo gadać. Znałem ten typ wilka. Nie wnikałem w to, co się stało między tą dwójką ale jeśli basior podnosi łapę na waderę, to dla mnie jasne kogo muszę bronić. Od razu rzuciłem się na niego, używając całej masy mojego ciała. Próbował mnie zrzucić, wgryzając się w materiałową część mojego ochraniacza. Niestety przebił się przez nią. Zacisnąłem zęby i ignorując ból, zdołałem przewrócić go na brzuch. Niestety, z rytmu wybił mnie widok znanego mi już wilka, stojącego w osłupieniu kilka metrów dalej. To był Ivius. Jak się tam znalazł? Miał być w domu - pomyślałem ze zmartwieniem. Napastnik wykorzystał moją nieuwagę i finalnie zdołał wyrwać się i uciec w drugą stronę. W tym czasie, z widoku zniknął mi również młody. Zawiadomiłem współpracowników o zaistniałem sytuacji, a sam zająłem się rannym wilkiem. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znałem tego delikwenta.
- Ametrine! Słyszysz mnie?- Podbiegłem do niej, od razu sprawdzając czy oddycha i oceniając jej ogólny stan. Oczywiście na tyle, na ile umiałem.
- Artem? Co ty..- Wydukała, lekko otwierając oczy. Podłożyłem jej mój ogon pod głowę i okryłem nas skrzydłami przed śniegiem, co sprawiło że mogłem lepiej przyjrzeć się urazowi. Miałem przy sobie apteczkę pierwszej pomocy, chociaż tyle mogłem na ten moment zrobić.
- Nic nie mów. Boli Cię coś?- Spytałem, odkażając ranę. Niestety, była dosyć głęboka, na moje nadawała się do szycia.
- Nie- nie wiem. Chyba tylko głowa. - Mowa sprawiała jej trochę trudności. - Ale co my tu...- Niestety nie dokończyła, gdyż straciła przytomność. Rana była opatrzona, od razu po tym zawiadomiłem karetkę. Na nasze nieszczęście, nie mieli w tej chwili wolnych pojazdów, więc albo pozostało nam czekać, albo sam musiałem zanieść ją do szpitala. Wybrałem tą drugą opcję, więc delikatnie ułożyłem ją na swoich plecach. Starałem się jak najlepiej osłonić ją przed wiatrem, żeby się nie wyziębiła. W duchu prosiłem żeby jeszcze chwilę wytrzymała. W międzyczasie, dostałem informację o tym, że złapali napastnika niewiele dalej od miejsca zdarzenia. To co mnie jednak zmartwiło to to, że młodego stracili z oczu...Ale najpierw musiałem zająć się waderą. W dosyć szybkim tempie udało mi się dojść do głównego wejścia. Tam, od razu przekazałem ją lekarzom. 
- Ametrine? Co się jej stało?- Spytał jeden z lekarzy. 
- Ja...Została napadnięta. Uderzyła się w głowę, skarżyła się na ból, a potem straciła przytomność. Była też zdezorientowana.- Powiedziałem szybko, zastanawiając się nad znajomością tej dwójki. Może miałem rację i trafiłem na jej miejsce pracy? To chyba byłby dziwny zbieg okoliczności. Bez zbędnego gadania przyjęli ją na oddział, mnie zostawiając samego w ruchliwym korytarzu. Niestety nie mogłem iść z nią, gdyż tak powiedział lekarz, no i moja zmiana dalej trwała w najlepsze. Miałem jednak chwilę oddechu, żeby pomyśleć o tej całej sytuacji, oraz o tym, co w ogóle się stało. Wyszedłem na zewnątrz, skrywając się pod zadaszeniem przy wejściu. Zastanawiało mnie kilka rzeczy. Jak Ametrine "zniszczyła" temu wilkowi życie? Skąd się znają? Czemu Ivius nie był w domu? I gdzie się teraz podziewa...to było w tej chwili najważniejsze pytanie. Martwiłem się niepokojącą sytuacją wadery, ale nie mogłem nic zrobić kiedy była w takim stanie, a ja nie wiedziałem kompletnie nic. Zawyłem, prosząc o kontakt z kimś z drużyny. Na moje wezwanie odpowiedziało dwoje wilków.
- Słuchajcie, gdzie ostatnim razem wiedzieliście tego młodego wilka?- Spytałem, kiedy się spotkaliśmy.
 To, co mi odpowiedzieli było dosyć...podejrzane. Stracili go z oczu w pobliżu mieszkania Ametrine. To nie był zbieg okoliczności, że akurat tam był po tej sytuacji. - Dobra, zajmę się tym.- Od razu ruszyłem w tamto miejsce. Chwilę zajęło mi szukanie go, wokół było dużo kryjówek. Pomyślałem, że może właśnie będzie obok miejsca, gdzie mieszka wadera.
Moje przypuszczenia były trafne. Westchnąłem, widząc go na ganku. Gdy mnie zobaczył, lekko się zawahał, ale odwrócił się w moją stronę. Zdawał się być dosyć roztrzęsiony, ale wiedziałem że wyciągnięcie z niego jakichkolwiek informacji mogło być ciężkie. W głowie miałem już ułożony plan działania. Jeśli zna waderę, to ten plan podziała. 
- Ivius, czemu nie jesteś w domu?- Zacząłem spokojnie, siadając naprzeciwko niego.- Wiesz, że to nie była bezpieczna sytuacja. Mogło Ci się coś stać.- Niestety, cały czas milczał. Patrzył na boki w zakłopotaniu, a jego oddech był znacznie przyspieszony.
- Co z Panią Ametrine...?- Spytał w końcu cichym głosem- Nic jej nie jest? Prawda że nic jej nie jest?!- Tym razem ton jego głosu był pełen zmartwienia.
- Lekarze się nią zajmują. Jestem pewien, że już jutro będzie czuła się o wiele lepiej.- Sam miałem taką nadzieję. - Ivius, jest bardzo późno. Wrócisz do domu, a jeśli obiecasz mi że już nie uciekniesz, to z pewnością jutro Pani Ametrine ucieszy się że ją odwiedziłeś.- Bardzo walczył z tym, żeby się nie zgodzić. Ale udało mi się upewnić go, że nie ma czym się martwić i że w międzyczasie może zrobić dla niej coś ładnego co na pewno poprawi jej nastrój. Z lekką ekscytacją skinął głową, na znak że się pasuje mu ten plan. Akurat w tym momencie, dostałem informację że jego Matka go szuka. Powiedziałem gdzie jesteśmy i po około 10 minutach, przekazałem Iviusa jego matce. Dowiedziałem się, że zna Ametrine, bo jest jego lekarką. To trochę rozjaśniło sytuację. Nie miałem jednak zamiaru go pytać kim był ten drugi wilk, nie chciałem go bardziej męczyć. Po otrzymaniu podziękowań od jego Matki, co było bardzo miłe, mogłem dalej wykonywać swoje obowiązki. Kiedy emocje już opadły, a każdy wrócił do swoich obowiązków, poczułem ostry ból. No tak, nawet nie poczułem że coś niedobrego zrobiło się z raną. Ściągnąłem ochraniacz, a moim oczom ukazał się przesiąknięty krwią bandaż. Nie jest dobrze. Tamten wilk zdołał rozerwać szwy znajdujące się najniżej łapy. Niektóre jeszcze się trzymały, ale z racji że dzisiejsza noc była dosyć męcząca, były bardzo zahartowane. Trochę się w sumie ucieszyłem...Będę mógł być bliżej Ametrine, żeby mieć wgląd na to jak się czuje. Zawiadomiłem mojego dowódcę o sytuacji i skierowałem się do szpitala.

<Ametrine? ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ)>
Słowa: 2204 = 153 KŁ

niedziela, 23 stycznia 2022

Od Amertine, CD. Artema

– Kłamiesz – powiedziałam, przyglądając się Artemowi. Trzeba było przyznać, że dobrze się maskuje, ale już u niejednego twardziela widziałam wyraz bólu głęboko ukrywany przed światem zewnętrznym. – A ja nie lubię kłamców… – dodałam nieco zniżonym głosem, aby dodać nieco efektu swoim słowom… Czy efekt był udany? Nie wiem. Mówiłam jednak prawdę, ponieważ naprawdę nie przepadam za takimi wilkami, które swoim krętactwem mogą zniszczyć komuś życie. 
– To się samo nie zagoi, nawet przy pomocy medykamentów, które kupiłeś. – Wskazałam na torbę zawierającą dobrze mi znane preparaty. Rzeczywiście pomagały one organizmowi zasklepić uraz, lecz aby działały prawidłowo, trzeba było odpowiednio zabezpieczyć samo rozcięcie oraz odpowiednio dawkować i stosować preparaty. 
– Aż tak źle? – spytał, wyglądając na zmartwionego. "Miał pewnie nadzieję, że uda mu się to podleczyć bez odwiedzania medyka…" – pomyślałam. 
– Rana wymaga szycia, a skrzydło – nastawienia i usztywnienia. To nie będzie łatwe do zrobienia samego w domu… – przyznałam, wpatrując się w oczy basiora. Nie chciałam wywierać na nim presji, podobnie jak u Iviusa, lecz dać do zrozumienia, że samemu może zrobić więcej krzywdy niż pożytku. Cierpliwie czekałam na ruch ze strony Artema. Chwilę staliśmy na ulicy, a inni przechodnie mijali nas obojętnie. W końcu westchnął. 
– No dobrze, niech będzie… – odparł wilk. Cieszyłam się, że przystał na moją propozycję, ponieważ to była dobra decyzja. Uśmiechnęłam się i poprowadziłam go w stronę mojego mieszkania. Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko meblom… – zastanawiałam się podczas podróży do mojego domu. Przy okazji próbowałam sobie przypomnieć czy na pewno mam wszystkie narzędzia i potrzebne rzeczy, aby pomóc Artemowi wrócić do zdrowia. 

~*~

– Rozgość się! – rzuciłam i poszłam do swojej domowej apteczki, którą nieco podrasowałam. Na szczęście miałam wszystko co było mi potrzebne. Odetchnęłam z ulgą. Wzięłam potrzebne mi narzędzia, nici oraz opatrunki, po czym wróciłam do wilka, który nadal stał w przedpokoju, nieśmiało się rozglądając. Zaprosiłam go do salonu, po czym zaczęłam przygotowywać i narzędzia i samego Artema. 
Najpierw zajęłam się łapą – podałam znieczulenie miejscowe, po czym musiałam poczekać aż zacznie działać. Chwilę rozmawialiśmy, aby zabić czas oraz nudę. Gdy minęło dwadzieścia minut, chwyciłam igłę z nitką (oczywiście przy pomocy telekinezy) i zaczęłam pracę. Kiedy skończyłam, zabezpieczyłam ranę jałową gazą oraz tkaninowym bandażem, a następnie przeszłam do skrzydła. 
Delikatnie obejrzałam uraz, starając się sprawiać jak najmniej dyskomfortu oraz bólu basiorowi. Uważnie obserwował moje poczynania, ale nie odezwał się ani słowem. Zdążyłam go nawet polubić, ponieważ daje mi spokojnie pracować oraz jest nawet… uprzejmy. Nie co to niektórzy pacjenci, którzy po bójce czy popijawie (czasami po jednym i drugim) trafiają na szpitalny oddział ratunkowy z rozciętą przez szkło głową lub z ranami po ostrej walce. Tacy to wiedzą najlepiej co się robi z danym urazem. "Skoro są tacy mądrzy to czemu przychodzą tutaj i zajmują mój czas, który mogłabym lepiej spożytkować?" – myślę często, kiedy opatruje kolejnego delikwenta i układam w głowie plan jego leczenia. Bywa to drażniące, ale to część mojej pracy. 
– Okej, widzę co tu mamy… – mruknęłam bardziej do siebie niż do Artema. Ten uniósł nieco brew, lecz dalej milczał. – Teraz uważaj. To zaboli… 
Łapami chwyciłam za prawe skrzydło wilka i mocno szarpnęłam, słysząc charakterystyczny trzask nastawianych kości. Artem wydał odgłos bólu ale dosyć cichy, coś jak sapnięcie. Ostrożnie złożyłam jego skrzydło do pozycji wyjściowej, chwytając telekinetycznie bandaż. Zawiązałam tkaninę na owej kończynie, wcześniej nakładając maść chłodzącą. 
– Cóż, to tyle… – powiedziałam, stając naprzeciw basiora, uśmiechając się do niego. Odwzajemnił gest i zapytał:
– No dobrze, ale co dalej? Mam cię odwiedzać co kilka dni czy sam się zająć? 
– Jak chcesz, możesz mnie odwiedzić kiedy chcesz… – zachichotałam, lekko się rumieniąc. – A co do ran – spokojnie możesz sam zmienić opatrunki. – Chwilę myślałam nad lekami, spoglądając na medykamenty zakupione przez wilka. – Mogę zajrzeć do Twojej torby? 
Wolałam zapytać niż od razu wpychać swój nos do jego rzeczy. Artem kiwnął głową na znak zgody a ja szybko przejrzałam co miał, układając wszystko z powrotem. 
– Masz wszystko co trzeba, a nawet więcej – przyznałam szczerze. – Zapiszę Ci zalecenia na kartce…  – Skoczyłam szybko do gabinetu po pióro z tuszem i kawałkiem papieru, po czym wróciłam do salonu, pisząc już dawkowanie leków oraz czego nie powinien robić podczas rekonwalescencji skrzydła. Artem cierpliwie czekał i obserwował moje chodzenie w kółko, kiedy myślałam czy o czymś nie zapomniałam. Gdy już się upewniłam, przedstawiłam sytuację – co może a czego nie zalecam. Wilk uważnie mnie słuchał, choć czułam, że z zastosowanie się do moich rad będzie wariantywne. "Tylko nie przychodź do mnie, gdy rozerwiesz se szwy…" – pomyślałam. 
– Będziesz chciał zwolnienie? – zapytałam. Jeśli należał do Sił Powietrznych, będzie mu potrzebne a nawet bardzo. 
– Nie, dziękuję – odmówił grzecznie. Kiwnęłam głową na znak zrozumienia. 
– W takim razie to już wszystko – powiedziałam, kierując się w stronę kuchni. Odwróciłam się i zapytałam:
– Zostaniesz na herbatę? 
Tutaj, niestety, również odmówił. Postanowiłam jednak go odprowadzić kawałek. Wyłączyłam palnik i ubrałam na siebie swoją narzutę. Artem poczekał, aż dołącze do niego i chwilę ze sobą szliśmy.
– Dziękuję za pomoc… 
– Ametrine. Na imię mam Ametrine. 
– …Ametrine, naprawdę. 
– Podziękujesz mi, jak pozwolisz zagoić się urazom. – Mrugnęłam, po czym pożegnałam się z Artemem, pozwalając mu iść w swoim własnym kierunku. "Ciekawe, czy nasze drogi jeszcze się zetkną…" 

~*~

Kilka dni temu, na oddziale pojawił się Ivius, niosąc coś na kształt kosza prezentowego – kilka ryb, kawałki mięsa oraz inne przysmaki. Byłam mocno zaskoczona tym podarunkiem, ale młody wilk upierał się, abym go przyjęła. Tak też zrobiłam. Przy okazji obejrzałam jak goją się jego rany oraz przepisałam nową receptę na leki. Podczas badania przekonałam się, że wbrew wcześniejszym pozorom, niezła z niego gaduła. Opowiadał o dniu, w którym wyprowadził się z mamą oraz o ich poszukiwaniach nowego domu. Na szczęście znaleźli swoje cztery kąty. Jego mama dostała pracę w szpitalu, jako salowa, a on sam zapisał się do szkoły, w której pilnie się uczy. Bardzo mnie to ucieszyło. W pewnym momencie Ivius przytulił się do mnie, dziękując po stokroć. "No i weź tutaj się nie rozklej…" – pomyślałam, przytulając pacjenta. Dlatego właśnie zostałam medykiem – aby pomagać. 
Wyszłam z pracy późną porą, mocno zmęczona po trudnym dniu pracy – kilka nagłych przypadków, w tym szczeniaki, z pożaru domu oraz trudni pacjenci (jeden wyjątkowo trudny). Padał śnieg, tak więc lot powrotny do domu odpadał. Musiałam iść piechotą, wybierając jedną z najkrótszych dróg. 
To był błąd. 
Idąc wąską dróżką między budynkami, zauważyłam, że ktoś mnie śledzi. Z początku nie zwracałam na to uwagi, ale w pewnym momencie zaczął wołać:
– Ej, ty tam! Ta puszysta! 
Przyspieszyłam. On również. Dreszcz niepokoju przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa. 
– To przez ciebie odeszła ode mnie! Nagadałaś jej cholernemu synkowi i teraz nie mam pieniędzy! – krzyczał. Wtedy zrozumiałam, że to jest konkubent matki Iviusa. "Niedobrze". 
Nagle potknęłam się o nierówny kamień, który z braćmi tworzył drogę w Centrum, a ja grzmotnęłam głową o stojące niedaleko drewno. Uderzenie mocno mnie oszołomiło – straciłam ostrość widzenia i kręciło mi się w głowie. Słyszałam zbliżające się kroki. 
"Bardzo niedobrze…" 
Niespodziewanie usłyszałam znajomy głos, choć nie mogłam skojarzyć skąd. Potem kilka dziwnych dźwięków i ostrą wymianę zdań. Coś runęło na ziemię a następnie odgłos pośpiesznych kroków niósł się delikatnym echem. Po chwili usłyszałam kolejne kroki, tym razem zbliżały się do mnie. 
Próbowałam wstać ale się tylko zatoczyłam. Przed oczami pojawiły się ciemne plamki a do gardła podeszła zawartość żołądka. "Ale musiałam przywalić…" – pomyślałam. Nagle poczułam czyjąś puszystą sierść oraz silne mięśnie, które pomagały mi utrzymać się w pionie. 

<Artem? Mój rycerzu ;*>

Słowa: 1194 = 80 KŁ

wtorek, 18 stycznia 2022

Od Artema, CD. Ametrine

Poranek należał do tych podejrzanie przyjemnych. Od kilku dni męczyły mnie burze śnieżne - ciągły opór, przez który nie mogłem latać, oraz codzienne odśnieżanie mojej jaskini dały mi wycisk. Czułem z tego przyjemność - niestety, mój organizm nie popierał tego entuzjazmu. Chciałem więcej niż mogłem, co skończyło się dla mnie czymś niespodziewanym.
W końcu, pogoda zaczęła się uspokajać. Ba, nawet słoneczko wyszło. To był idealny dzień żeby się trochę wyciszyć, odpocząć. Cel? Lodowy kanion. Tam było idealne miejsce żeby trochę rozciągnąć łapy i rozruszać skrzydła. 
Wyruszyłem po śniadaniu, dosyć wcześnie jak na to że spałem ledwie godzinę. 
Z uśmiechem na pysku podziwiałem calutką trasę, którą w większości pokonałem pieszo. Dopiero po dotarciu na wyższą półkę lodową, przygotowałem się do skoku. W zamyśle było, żeby opadając, wbić się w powietrze na ostatnią chwilę -ot, przyzwyczajenie. Brakowało mi tej adrenaliny.
- No to hop- wziąłem głęboki oddech, czując w płucach przyjemne, mroźne powietrze. Odbiłem się od podłoża, pozwalając żeby wiatr poniósł mnie gdzie tylko zechce. W jednym momencie, poczułem ostry ból, a w drugim nie czułem nic. nie mogłem poruszać skrzydłem, jakby nagle przestało działać. Byłem gotowy na zderzenie - ale nie na ostry głaz ukryty pod pokrywą śnieżną. Odbiłem się od niego i wylądowałem kilka metrów dalej. Zawrót głowy przyprawił mnie o mdłości. Rozchwianym spojrzeniem powędrowałem na skałę. Ona, jak i "ścieżka" mojego lądowania były umazane krwią. Nie rozumiałem, co się właściwie stało. Chwile zajęło mi otrząśnięcie się. Ku mojemu zdziwieniu, czucie w prawym skrzydle nie powróciło, a ostry ból łapy uniemożliwiał mi zrobienie choćby kroku. Tyle czasu radziłem sobie sam, że byłem wręcz przekonany że do wesela się zagoi. A skrzydło? Byłem przekonany że to zwykłe zmęczenie tak na mnie działa. Resztę drogi spędziłem na powolnym marszu do domu.

~*~

Minęły prawie dwa tygodnie - jadłem to, co kupiłem w centrum, gdyż nie miałem sił polować. Choć ból ciągnął się za mną przez moje wszystkie nocne zmiany w pracy, nie dawałem po sobie poznać że coś jest nie tak. Czucie w skrzydle powracało i odchodziło, ale na szczęście nie byłem zmuszony ich używać. 
W drodze do sklepu, zastanawiałem się co kupić. Rzadko kupowałem coś innego niż surowe mięso. Jestem tradycjonalistą, co zrobić. 
Gdy już wyszedłem ze sklepu z siatą pełną mięsa. starałem się rozłożyć ciężar tak, żeby nie przeciążać łapy. Dodatkowo, zakupiłem medykamenty, które teoretycznie pomogą w gojeniu się rany i dodadzą mi siły. Cóż, chyba przedobrzyłem z dobrą passą, bo w momencie zamyślenia, zderzyłem się z czymś puchatym, co odbiło mnie trochę w przód. Poczułem przeszywający ból, który starałem się stłumić  zaciskając kły. Powoli wstałem, machając lewym skrzydłem. Prawe niestety odmówiło działania. Otrzepałem się, gdy usłyszałem aksamitny, lekko zdyszany głos. Moim oczom ukazały się w pierwszej kolejności dużej rozpiętości skrzydła. Szczerze, były imponujące. Wyglądały jak najmilsza poduszka na jakiej można zasnąć. Posiadaczką, jak dało się zauważyć, była Wadera której wzrok poczułem na sobie od razu jak tylko uniosła głowę. Na chwilę zapomniałem o dyskomforcie, dzięki czemu zdołałem w miarę normalnie odpowiedzieć. To było mimo wszystko na nic, bo rana i tak została przez nią dostrzeżona. Jej spostrzeżenie, jak bardzo nie chciałem przyznać, było trafne. 
- Ja...- Wyjąkałem, nieco zdziwiony tym...zmartwieniem?- Wszystko w porządku. - Zdobyłem się na najszczerszy uśmiech na jaki było mnie stać.  Zmartwione oczy wadery, wędrowały po łapie, jakby analizując jej stan dokładniej. Niepostrzeżenie, a przynajmniej taki miałem zamiar, schowałem ją pod płaszczem. Zebrałem zakupy, dziękując za chęć pomocy, po czym odwróciłem się, trochę zbyt gwałtownie. Niefortunnie, łapa załamała się pode mną, a próba złapania równowagi nie wyszła. Osunąłem się na bok, a nieznajoma w ekspresowym czasie znalazła się tuż przy mnie, pomagając mi wstać. - Nie trzeba, dam radę. Głupie łapy, potykam się na prostej drodze. 
- Medyka próbujesz oszukać?- Zmarszczyła brwi, ciepło się uśmiechając.- To wygląda NAPRAWDĘ poważnie, um...- Zacięła się.
- Artem. Jak mówiłem, zagoi się.- Starałem się przekonać, lecz była zbyt zajęta przeglądaniem się mojemu skrzydłu. Oprócz blizn, jedno z większych piór wydawało się być złamane. - Nawet tego nie poczułem.- Skomentowałem na głos. Kolejna wpadka.

<Ametrine? Wyduszone najlepiej jak się da, prosto z serduszka>
Słowa:652 = 38 KŁ

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Od Ametrine

Siedziałam nad papierami przy biurku, wczytując się w historię zdrowotną pewnego młodego wilka. Delikatne promienie Słońca padały przez okna do mojego mieszkania. Była wczesna pora, ale i tak dzisiaj nie mogłam spać. Jednocześnie zaintrygował mnie jak i mocno zaniepokoił ten przypadek… Miał prawie dwa lata ale w swoim krótkim życiu odwiedził szpital siedmiokrotnie w tym roku. Bardzo mnie to martwiło. Siniaki, stłuczenia, pogruchotane kości, pęknięte żebra… Lista była zbyt długa jak na takiego młodzieńca. Nie podobało mi się to. I to bardzo…  – pomyślałam, pakując dokumentację do swojej skórzanej torby. Czasy świetności ma za sobą, ale dalej dobrze mi służy, po załataniu kilku dziur oczywiście. Miała wytarty, granatowy kolor i miejscami popękaną skórę, lecz dalej spełniała swoją funkcję, co niezmiernie mnie cieszyło. Kiedy miałam wyjść z mieszkania, zatrzymałam się w progu i wróciłam, wracając po niewielką sakiewkę pełną łusek. W drodze powrotnej zrobię zakupy – pomyślałam, schodząc schodami w dół, aby po chwili wyjść na tłoczną ulicę i wmieszać się w żywą, wilczą masę ludności Królestwa Północy. 

~*~

– Powiesz mi prawdę? – zapytałam łagodnie młodego basiora imieniem Ivius. Najpewniej był Sivariusem, sądząc po śnieżnobiałej sierści, na której ciągle była zaschnięta krew, oraz po złotych oczach, z czego jedno było mocno opuchnięte. Byliśmy sami, w jednej ze szpitalnych sal na oddziale internistycznym. Początkowo chciałam go dać na pediatrie, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, sądząc, że kolorowe zwierzątka i rysunki bardziej go zażenują niż pomogą się otworzyć. Chyba dobrze trafiłam… – pogratulowałam sobie w myślach. 
Siedziałam naprzeciw prostego szpitalnego łóżka, o metalowej ramie pomalowanej na biało oraz pościelonego klasyczną poszwą w granatowe paski. Na min siedział mój pacjent, który niejako odmawiał pomocy. Nie pozwalał się dotknąć ani obejrzeć ran. Ale ja jestem cierpliwa… – pomyślałam, wpatrując się w młodzieńca. 
Miałam na sobie standardowy uniform lekarza – narzutę z grubej, białej tkaniny z owczej wełny, którą wiąże się na wysokości mostka oraz na słabiźnie (miękki obszar brzucha, między żebrami a miednicą). Zachodzi ona jeszcze na początek ogona, dając swojego rodzaju efekt sukni, jak ja to nazywam. Na prawym fałdzie miałam dwa paski – jeden był zielony i oznaczał on przynależność do oddziału internistycznego a drugi, niebieski – do pediatrii. Posiada po jednej kieszeni na każdy bok – w jednej trzymam stetoskop a w drugim swój notes oraz kilka cukierków dla małych urwisów. Dodatkowo po lewej stronie, tuż pod wiązaniem na mostku, jest haft wykonany złotą nicią, którym wyszyto moje imię. Podobno ma dość jeszcze pewien element, ale to plotka krążąca po szpitalu od pewnego czasu… 
Trwaliśmy tak w tej ciszy pewien czas. Ja nie naciskałam, widząc, że moja metoda działa. Najpierw zaczął przymykać oczy, potem błądzić wzrokiem po pokoju, upewniając się czy jesteśmy sami.
W końcu, ostrożnie dobierając słowa, zaczął cichutko mówić:
– Odkąd zginął tata, mama nie wiedziała jak uda nam się przeżyć z miesiąca na miesiąc… Aż kogoś znalazła… Pracuje w pewnej karczmie, ale większość pieniędzy zabiera ten jej facet… – Przy ostatnich słowach zacisnął mocno zęby. W oczach zagościł gniew i nienawiść.
– To on Cię bije? – zapytałam delikatnie. Musiałam uważać, aby tego nie schrzanić, ponieważ to jest najczulszy punkt rozmowy. 
Przytaknął. 
– Znów chciał zabrać mamie pieniądze, aby mieć za co chlać… – Mocniej zacisnął zęby. – Sprzeciwiłem się i znów mnie pobił. Mama chciała, aby przestał, ale wyrzucił ją z domu i kazał zasuwać do roboty, aby przyniosła więcej kasy… 
Zamknęłam powieki. Nienawidziłam przemocy i wykorzystywania innych. Dobrze czułam, że ten przypadek ma drugie dno niż trzecie pod rząd podbite oko. 
– Gdzie mieszkasz? 
Chwilę się zawahał, ale odpowiedział. Spodziewałam się tej odpowiedzi. Myślał, że go wyśmieje albo zacznę się nim brzydzić, ale ja taka nie jestem. Mam wobec ciebie inne plany, młody… 
Powiedziałam mu, co ma zrobić gdy wróci do domu – zabrać matkę, udać się pod wskazany przeze mnie adres, gdzie znajduje się przytułek dla wilków w nieciekawej sytuacji oraz poprosiłam, aby mama przyszła do szpitala na rozmowę kwalifikacyjną a on zapisać się do dobrej szkoły… Gdy udało mi się przywrócić Iviusowi nadzieję na lepsze życie, ja zabrałam się za opatrywanie jego ran, mając nadzieję, że widzimy się w takich okolicznościach po raz ostatni. 

~*~

Wracałam do swojego domu, niosąc torbę pełną zakupów – miałam ją pełną świeżych ryb oraz kilka owoców, prosto ze południowego wschodu. Mimo pracowitego dnia (Ivius, trzy złamania, jedno ostre zatrucie kilkumiesięcznego szczeniaka oraz nagły wypadek) miałam nawet dobry humor. Świadomość, że komuś pomogłam, bardzo podnosiła mnie na duchu. Przymknęłam delikatnie oczy, czując, jak to przyjemne uczucie rozchodzi się po moim ciele. 
Nagle zamiast ciepła poczułam tępy ból na szyi oraz przy torsie. Otworzyłam gwałtownie oczy akurat wtedy, gdy lądowałam na ziemi. Na szczęście nie było dużo wilków, tak więc ani ja ani moje zakupy nie zostały stratowane. Szybko podniosłam się, szukając swoich rzeczy i pakując je przy pomocy telekinezy. Naprzeciw mnie był inny wilk, ubrany w gruby płaszcz, podobnie zresztą jak i ja, tyle że on zasłaniał swój wygląd. Dostrzegłam, że nie tylko moje zakupy rozniosły się po ulicy. Zaczęłam szybko zbierać zakupy, przepraszając wilka z naprzeciwka, który również wstawał z ziemi. 
– Chyba to już wszystko… – powiedziałam, lekko zasapana. Ciągłe mówienie przepraszam może nieco zmęczyć… 
– Nic nie szkodzi… – odparł lub odparła nieznajoma. Nie byłam w stanie rozpoznać płci rozmówcy. Wilk wyciągnął łapę, sprawdzając, czy wszystko jest. 
Nagle dostrzegłam drugą, schowaną pod fałdami płaszczu, która nie wyglądała najlepiej… Miała ranę na całą długość kości promieniowej, która nie dość, że wyglądała na stary uraz, to jeszcze to się nieco jątrzyło i słabo goiło. 
– Czy na pewno wszystko w porządku z Twoją łapą? Rana nie wygląda dobrze… 

<Ktoś chętny?>
Nie wiem co ja właśnie napisałam, ale cieszę się, że jestem wśród was xD

Słowa: 893 = 50 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics