Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Aarved. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallieana i Aarved. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2020

Od Aarveda CD. Vallieany

Aarved tak dobrze spał tej nocy, że nie obudziły go nawet pielęgniarki podające o wschodzie dożylnie leki. Nie ruszyły go też głośne narzekania staruszki obok, która dobitnie wyrażała swoją dezaprobatę odnośnie tak wczesnej podbudki. Z letargu wyrwał go dopiero obchód lekarski, a konkretnie pewien medyk, któremu bardzo zależało na tym, aby poznać samopoczucie rogacza. A czuł się wyjątkowo dobrze - wreszcie odpoczął, było mu ciepło i czekało go wreszcie porządne śniadanie. Co prawda noga wciąż bolała, a oddychanie dalej nie było tak łatwe, jak by tego sobie życzył, ale nie mógł narzekać. I nie miał zamiaru.
Narzekać za to mógł na nudę, bowiem jak się szybko okazało, nie miał zbyt wiele do roboty, a pielęgniarki wyraźnie nie chciały, aby wstawał z łóżka, o czym się przekonał, gdy raz odważył się wyjść na korytarz. Żałował, że nie poprosił żadnego ze znajomych o przyniesienie mu książek, ale zapomniał o tym - i musiał ponieść konsekwencje wynikające z posiadania dziurawej pamięci. Dlatego zdecydował się na bezczynne patrzenie się w ścianę lub za okno. Obie opcje nie dostarczały mu zbyt wiele rozrywki - wyschnięta farba praktycznie w ogóle, a bujające się na wietrze gałęzie drzew niewiele więcej.
Jakże wielka więc była jego ulga, gdy wadera w średnim wieku, która leżała koło niego, zaproponowała pożyczenie mu jednego ze swoich pokaźnych tomów. Dodała też, że ,,tak młody, przystojny dżentelmen nie powinien marnować się, nie czytając wartościowej literatury". Aarved chciał wyjaśnić, że to nie do końca tak, że gardzi książkami (mimo że rzeczywiście nie było ich wiele w jego życiu, jako że wolny czas spędzał najczęściej na treningach), ale po prostu nie miał czasu nic zabrać z domu i nie pomyślał o poproszeniu kogoś, aby parę rzeczy mu przyniósł. Wilczyca jednak była zbyt zajęta tyradowaniem na temat tego, jak to młodzież odrzuca wyższe wartości i cenną wiedzę na rzecz pustych rozrywek, takich jak picie w barach czy szukanie potworów po lasach, aby wyjaśnienia mogły przebić się przez jej monolog. Basior więc grzecznie podziękował za propozycję i powiedział, że bardzo chętnie coś poczyta. Samica wręczyła mu więc jedną z leżących na jej komódce pozycji, zachwycając się nad jego mądrością i ilością wiedzy, jaką przekazuje, nad głębokimi, świetnie zbudowanymi postaciami i świadomym komentarzem na temat wilczego społeczeństwa. Wojownik jednak puścił jej trajkotanie mimo uszu, jeszcze raz jej podziękował i zabrał się za lekturę.
Szybko przekonał się, że słowa wadery nie mogłyby być dalsze od prawdy. Aarved wpadł w pułapkę marnego romansu, mdłego tasiemca, który przez kilkaset stron nie rusza nigdzie ze swoją fabułą. Patosowe idee dotyczące moralności, które opiewała właścicielka, okazały się płytkimi, utartymi schematami, przedstawionymi w bardzo oczywisty, nudny i irytujący sposób. Świetnie zbudowane postacie, co chyba miało się odnosić do pary głównych bohaterów, bo basior nie wyobrażał sobie, jak można było powiedzieć coś takiego o którejkolwiek z postaci pobocznych, okazały się cichą myszką i bucowatym, aroganckim kobieciarzem. Nawet Aarved, który nie znał się za bardzo na pisarstwie, czuł dreszcze żenady, przebiegające po kręgosłupie, kiedy wolno brnął przez kolejne linijki pisanego bez polotu tekstu. Gdyby nie to, że nie miał nic do roboty, nigdy nie przeczytałby więcej niż strony tego dzieła.
Gdy jego starsza sąsiadka opuściła salę, aby pójść na badania, rogacz pozwolił sobie na pełny boleści jęk i schowanie głowy w poduszkę. Gdy usłyszał, jak otwierają się drzwi, był przekonany, że to właścicielka książki wróciła do pokoju, poderwał się więc, aby nie było widać jego wyraźnego zmęczenia i frustracji. Jak bardzo się zdziwił, kiedy w przejściu ukazała się niewielka, czarna postać. Poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić, a koniuszki uszu robią się podejrzanie ciepłe. Uśmiech, który wykwitł na jej twarzy, był tak śliczny, że basiorowi zabrakło tchu w połamanej piersi.
- Witaj, jak samopoczucie? - zagadnęła.
- Od kiedy przyszłaś, znacznie lepiej - wyszczerzył się wojownik, nieco zbyt upojony szczęściem, aby w porę ugryźć się w język i zrezygnować z tego żenującego tekstu.
- Och, uważaj, bo się zarumienię. - Wadera machnęła łapą. - Chociaż i tak nie byłoby tego widać, moje futro jest zbyt ciemne. Co czytasz?
Zanim wojownik zdążył ukryć swoje źródło wątpliwej jakości rozrywki, zielarka nachyliła się i przeczytała tytuł na okładce.
- Czytasz romanse? - zdziwienie w jej głosie wydawało się wręcz namacalne. Aarved spłonął czerwienią, która prześwitywała przez jasną sierść.
- Nie... Znaczy tak... Znaczy nie zazwyczaj, ale teraz tak - westchnął i zamilkł na chwilę, aby się uspokoić. - Nie miałem nic swojego, bo nie poprosiłem kolegów, aby przynieśli mi jakieś rzeczy. Moja sąsiadka pożyczyła mi... To... Bardzo zachwalała tę lekturę, ale przebrnąłem przez zaledwie sto stron i szczerze mówiąc, jest tragiczna.
- Ach, to prawda. - Vallieana przysiadła. - Ja bardzo lubię romanse - Tutaj przerwała na chwilę, basior nie potrafił odgadnąć, co chciała mu przekazać przez ten moment milczenia. - ale ta pozycja jest po prostu okropna. Nie dotrwałam nawet tak daleko, jak ty, chyba zaczynam cię podziwiać.
- Daj spokój, główna bohaterka tak mnie denerwuję, że mam ochotę wyrzucić to przez okno - westchnął rogacz boleśnie, potrząsając grubym tomem.
- Jak chcesz, to mogę ci przynieść coś jutro z biblioteki.
- Naprawdę? Byłbym ci wdzięczny. - Zielone tęczówki zabłysły ekscytacją. Jego wybawicielka!
- A co by cię zainteresowało?
- Historia wojskowości najbardziej - oznajmił wilk. Vallieana uśmiechnęła się.
- Tak myślałam, że to powiesz. Jacyś konkretni autorzy, seria, okres w historii?
Rogacz już otwierał usta, aby odpowiedzieć na jej pytanie, gdy nagle rozległo się donośne pukanie do drzwi. Oba wilki podniosły głowy i spojrzały w stronę źródła dźwięku. Z jakiegoś powodu basior poczuł niepokój i wsunął powoli książkę pod poduszkę.
Po chwili klamka opadła, a do pokoju wkroczył wysoki, postawny samiec. Jasny, beżowy odcień jego sierści wydawał się nienaturalnie czysty, kiedy tak stał w przejściu, wydając się zupełnie nieświadomy tego, jakie wrażenie wywarł na otaczających go osobach. Sama jego obecność sprawiła, że atmosfera momentalnie zgęstniała, a pacjenci leżący na łóżkach poczuli się onieśmieleni. W jego zimnych, zielonych oczach czaiła się chłodna duma i wyniosłość, kiedy rozejrzał się po pomieszczeniu. Zgromadzeni czekali w napięciu, kiedy spojrzenie zatrważająco przywodzące na myśl wzrok Meduzy powoli prześlizgiwało się po nich po kolei. W końcu otoczone zmarszczkami i bliznami ślepia spoczęły na Aarvedzie, który stulił uszy i polizał się po nosie ze zdenerwowania. Jakimś cudem źrenice nowo przybyłego osobnika stały się jeszcze bardziej lodowate, gdy ruszył w stronę posłania przy ścianie. W jego kroku widać było pewność siebie i siłę, mimo że lekko utykał na przednią łapę, którą przecinała gruba, brzydka szrama. Ta lekka nierówność w chodzie, delikatne zaburzenie balansu, jakimś cudem dodawało całej jego postawie harmonii oraz dostojności. Pod skórą poruszały się świetnie rozbudowane mięśnie, a szeroki grzbiet zdobiły dawno zgojone rany. Wilk stanął przy łóżku Aarveda. Rogacz wstrzymał oddech, podobnie zrobiła Vallieana.
- O... Ojcze? - wykrztusił młody wojownik. Czarna wadera otworzyła szerzej oczy i wlepiała swój wzrok na zmianę to w jednego, to w drugiego samca. Rzeczywiście, nie dało się nie zauważyć podobieństw - podobna postawa ciała, wzrost i lekko zaokrąglony nos. Po uważniejszych oględzinach dało się również zauważyć, że kolor tęczówek syn również odziedziczył po rodzicielu. Można było to pominąć, gdyż identyczna barwa ukryta była pod dwoma zupełnie różnymi spojrzeniami. Rogacz miał wzrok ciepły i wesoły, czego zupełnie nie można było powiedzieć o starszym osobniku.
- Witaj, synu - W głębokim głosie nie było słychać ani radości, ani troski. Jedynie metaliczny chłód. - Witam również panią. - Tutaj zwrócił się do Vallieany i ukłonił się głęboko.
- Dzień dobry - odparła wilczyca, wstając.
- Nazywam się Asmodeus z rodu Lorentów, ojca Lucariaha, i niezwykle pochlebia mi, że mogę panią poznać. - Uśmiechnął się sztywno. Ved widział, jak ojciec taksuje jego towarzyszkę wzrokiem, a w oczach pojawiają mu się niepokojące iskierki. Miał nadzieję, że wilczyca tego nie zauważy.
- Vallieana z rodu Tandrit - samica się odkłoniła.
- Nie słyszałem dotąd tego nazwiska, ale jestem pewien, że charakteryzuje potężny ród - powiedział wojskowy. - Niestety z przykrością jestem zmuszony poprosić szlachetną damę o chwilę prywatności, albowiem chciałbym porozmawiać z moim synem.
- Rozumiem - odparła Vallieana, najwyraźniej dalej zaskoczona przybyciem tak wyjątkowej osobistości. Przeszła koło Asmodeusa, a w porównaniu z nim wyglądała niczym koliber przy jastrzębiu, po czym zniknęła na korytarzu, uprzednio zamykając za sobą drzwi.
Aarved długo wpatrywał się w klamkę, nie chcąc spojrzeć w te tak dobrze sobie znane oczy. Już wiedział, co go czeka. Widział to lśnienie zawodu i ukrytej pod wyuczoną ogładą irytacji. Chciał przeciągać chwile zbliżającego się ku końcowi spokoju tak długo, jak tylko było to możliwe.
- Aarvedzie?
Rogacz zamknął powieki i przełknął ślinę. Zebrał się w sobie i spojrzał na ojca.
- Tak? - jego głos był schrypnięty.
- Doszły mnie słuchy o tym, co zaszło - Twarz Asmodeusa nie wyrażała żadnych emocji, kiedy telekinezą zasuwał parawan za sobą, nadal przewiercając swojego potomka spojrzeniem. Mimo że jego wzrok był zimny, tak jak Vallieany, powodował on zupełnie inne odczucia w cętkowanym wilku. Sprawiał, że kulił się środku, wydawał się sobie mały, nic nieznaczący i niepotrzebny. Oczy zielarki, pomimo chłodu, jakim promieniowały, sprawiały, że przechodził go przyjemny dreszcz i, paradoksalnie, pojawiało się ciepło w sercu. Och, jakże w tym momencie marzył, aby znaleźć się z powrotem w jaskiniach. Skoro ojciec się do niego pofatygował, sprawa musiała być poważna.
- Słyszałem, że naraziłeś cywila na niebezpieczeństwo.
Te słowa były jak zimny miecz, którym rodziciel wymierzył pierwszy cios.
- Ojcze, przyrzekam, to nie tak! To był wypadek, przyszła śnieżyca, byliśmy w górach, zgubiliśmy się... - Aarved poderwał się z posłania, wyrzucając z siebie potok słów. Mimika ojca była jednak niczym skały, które opierały się fali wyjaśnień. Gdyby tylko skały mogły niszczyć wodę, która je uderza...
- Zamilcz.
Słowo przecięło powietrze niczym bat, mimo że Asmodeus nie podniósł głosu. Ten jeden wyraz wystarczył, aby młodszy basior skulił się z powrotem na posłaniu, zagryzając zęby z bólu, jaki wywołało nagłe zerwanie się z łóżka.
- To była ta czarna wadera, która wyszła z sali?
Rogacz nie odpowiedział.
- Oczekuję odpowiedzi, Aarvedzie - rogacz czuł, jak zielone, zimne oczy wwiercają się w niego, jednak nie miał odwagi w nie spojrzeć. Bał się, że ich wzrok zamrozi też jego, tak jak Lordana. Problem w tym, że stało się tak już dawno temu.
- Tak, to była ona - odparł cicho.
- To bardzo wspaniałomyślne z jej strony, że cię odwiedza po tym, jak ją naraziłeś.
- Ojcze, przyrzekam... - powtórzył basior. Nie dane mu było jednak dołączyć.
- Kto był za nią odpowiedzialny? - przerwał mu Asmodeus. Nie drgnął nawet jeden mięsień na jego pysku.
- Ja.
- Czyim pomysłem było wybranie obranej przez was trasy?
- Moim.
- Czy po upadku zaczekałeś na pomoc grupy poszukiwawczej?
Zapadła długa cisza.
- Nie - szepnął Aarved. Poczuł, jak serce rozrywa mu cierpienie, a łzy szczypią pod powiekami. Upokorzenie ściskało go za gardło i nie pozwalało oddychać.
- No właśnie. ,,Nie" - powtórzył Asmodeus. Słychać było, że teraz ledwo utrzymuje nad sobą kontrolę. - Zawiodłem się na tobie.
Rogacz zadrżał, jakby ojciec właśnie uderzył go biczem. Wstrzymał oddech, próbując powstrzymać ból, jaki spowodowały te słowa i czekał na kolejny cios. Ten jednak nie nadszedł - zamiast niego usłyszał szelest materiału i oddalające się kroki. Podniósł głowę, aby spojrzeć na ojca, który stał już przy drzwiach.
Nagle rozpacz przemieniła się w zupełne inne odczucie. Wezbrała w nim złość, wrząca i gorąca. Było jej tyle, że zaczęła wylewać się z niego, szukała ujścia. Krew uderzyła do głowy, a serce zaczęło szybko bić, napędzanie wściekłością. Jak on śmie, przychodzić tutaj, poniżać go przy obcych, a potem zostawić niczym zużytą ścierkę?! W końcu był jego synem. Nie wybierał, kim się urodzi!
- Nie zapytasz nawet jak się czuję?! - wybuchnął Aarved, z trudem wstając z posłania. Nie dbał jednak o ból. Chciał stanąć przed ojcem i porozmawiać z nim twarzą w twarz, wygarnąć mu te wszystkie lata krzywd, upokorzeń i presji. Opowiedzieć, że przez niego czasem nie może na siebie patrzeć w lustrze, że czuje obrzydzenie do swojej osoby, bo męczy go świadomość, że nigdy nie będzie dostatecznie dobry. Wyjawić, że przez całe życie pragnął tylko tego, aby tata był z niego dumny, żeby przytulił go i powiedział, że go kocha. Aby jego spojrzenie wreszcie stopniało, aby było ciepłe, gdy patrzyło na jego twarz. Marzył, aby ojciec mógł wyczytać to wszystko z jego oczu, które teraz lśniły jadowitą zielenią, zaszklone tłumionymi łzami.
- Pytałem już lekarzy o twój stan zdrowia. Połóż się, nim zrobisz sobie krzywdę - odparł, patrząc na niego z dezaprobatą. Dalej wyniosły. Dalej zdystansowany. Dalej chłodny. Ten chłód podziałał na Aarveda niczym kubeł zimnej wody. Dyszał ciężko, czując, jak gniew znika, zostawiając po sobie pustkę, którą po chwili szybko wypełniły rozpacz i ból. Zagryzł mocno zęby, czując, że najchętniej uciekłby z tego szpitala, tak, aby już nikt nie musiał na niego patrzeć. Wbił wzrok w podłogę, mocno zaciskając powieki, aby nie uronić żadnej łzy i odwrócił się, aby, utykając, położyć się z powrotem na legowisko. Żałował, że nie może cofać czasu. Czuł się poniżony oraz zdradzony, sam nie wiedział, dlaczego. Czuł się pokonany. Ktoś właśnie mu przypomniał, ile tak naprawdę jest wart - niewiele.
Przykrył się kołdrą, próbując ustabilizować oddech, którego nierówne, bolesne szarpnięcia rozrywały mu klatkę piersiową. Oczekiwał trzaśnięcia drzwi, jednak sekundy mijały, a upragniony dźwięk nie nadchodził. Po długiej chwili rozległo się szuranie pazurów po posadce. Aarved skulił się pod przykryciem, przygotowując się na kolejny atak. Musiał być silny. Musiał panować nad sobą. Nie wolno mu już utracić kontroli.
- Przynieść ci coś?
Ze zdumieniem odwrócił się i spojrzał na poorany bliznami pysk. Nadal wyglądał, jak wyrzeźbiony z kamienia i był podobnie nieruchomy.
- Słucham? - rogacz myślał, że się przesłyszał.
- Spytałem, czy ci coś przynieść - odparł spokojnie Asmodeus. - Jedzenie? Picie? Książki? Jakieś koce?
- Dziękuję, nic nie potrzebuję - mruknął Aarved, wbijając wzrok w pogniecione prześcieradło.
- Rozumiem. Zatem żegnam. Mam nadzieję, że szybko wrócisz do zdrowia.
I chwilę po tym sztywnym pożegnaniu rozległy się kroki, a po chwili szczęknęła klamka. Basior usłyszał, jak jego ojciec wymienia kilka uprzejmości z Vallieaną, po czym odchodzi. Miał nadzieję, że wadera niczego nie słyszała. Nie mógł się jednak okłamywać - ściany były zbyt cienkie i dopiero teraz to do niego dotarło. Czuł, jak wilczyca się zbliża, a po chwili jej zapach wpadł do jego nozdrzy.
- Aarved? - zapytała cicho. Jej łapa, która pojawiła się nagle na cętkowanej łopatce, sprawiła, że potężne ciało przeszył dreszcz.
- Zostaw mnie proszę samego - wychrypiał rogacz. Nie miał odwagi spojrzeć w jej oczy. Bał się, że również w nich zobaczy odrazę.
Dotyk ześlignął się z jego ciała.
- Dobrze. Do zobaczenia.
Aarved został sam z myślami.
Godziny mijały mu powoli, kiedy wracał ciągle do spotkania z ojcem. Nie mógł się od niego uwolnić nawet podczas prób zaśnięcia. Najgorsze było jednak to, że ośmieszył się przez zielarką. Spięcie z Asmodeusem był w stanie przeżyć - nie był to pierwszy ani ostatni raz, kiedy takie zajście miało miejsce. Powinien był się już do nich przyzwyczaić. Do czego jednak nie potrafił się przystosować, to była świadomość, że jego towarzyszka słyszała wszystko, łącznie z jego wybuchem. W głowie ciągle wyobrażał sobie, co wadera może o nim myśleć. Że jest słaby? Że zachował się jak głupi szczeniak? Że nie szanuje własnego rodzica?
Te myśli doprowadzały go do szaleństwa. 
Dlatego, kiedy Vallieana przyszła, aby dać mu książki, nie był zbyt skory do rozmowy. Wstydził się za siebie. Nie chciał, aby wadera była zmuszona spędzać czas z kimś takim, jak on. Poza tym, nawet gdyby się starał uczynić płytką, przerywaną dyskusję interesującą, szybko zostałaby ona przerwana przez pielęgniarkę, która zabrała go na badania. Wtedy był jej za to wdzięczny.
Dni mijały powoli, a czarna wadera już się nie pokazała. Aarved żałował, że nie poprosił jej o kolejną wizytę, nie wiedział jednak kompletnie, jak się zachować. Bał się, że tak miła osoba, jaką była wilczyca, nie odważy się mu odmówić, nawet jeśli nie będzie miała ochoty nawet na niego patrzeć. A bardzo nie chciał sprawić jej dyskomfortu.
Dlatego gdy emocje po burzliwych odwiedzinach ojca nieco opadły, wilk zaczął tęsknić za ciemną towarzyszką. Miał nadzieję, że przyjdzie po niego, kiedy wyjdzie ze szpitala - mimo że nie wiedział nawet, czy zna datę wypisu. Trzymał się jednak tej myśli, że zapytała o nią lekarza lub recepcjonistę i czuł narastające podekscytowanie, gdy zbliżał się jego ostatni dzień na szpitalnej sali.
Gdy stanął na progu budynku, był pewien, że ujrzy czekającą na niego czarną sylwetkę. Nic takiego jednak się nie stało. Nikt go nie oczekiwał. Nie zjawiła się nawet po to, aby odebrać książki.
Tkwił tak przez chwilę w drzwiach, czując mieszane uczucia. Nie wiedział, jak się do tego odnieść i tylko patrzył na idący ulicą tłum.
Szukał tych niepowtarzalnych, lodowato niebieskich oczu.
Niestety ich nie znalazł.

<The end>

Słowa: 2652

poniedziałek, 11 maja 2020

Od Vallieany CD. Aarveda

Gdy w końcu pożegnała się z wojownikiem krótko smagając jego policzek nosem, wyszła ze szpitala wprost na pustoszejącą uliczkę. Odetchnęła, zdawszy sobie sprawę, że Aarvedowi nic już nie groziło i leżał w ciepłym szpitalu. Inaczej sprawa za to miała się z nią. 
Stała na środku Centrum Królestwa Północy, nieprzygotowana na nic i zmęczona. Zupełnie niezorientowana w terenie.
Mimowolnie stęknęła z bólem kiedy zdała sobie sprawę, że sama będzie musiała odnaleźć miejsce pobytu generała Yuve del Montreo, ponieważ właśnie to uznała za priorytet niecierpiący zwłoki. Chodziło przecież o hodowlę rzadkich ziół i zapasy armii. Wadera prawie zapomniała o liście przez całą tę akcję z pająkami i jaskiniami, jednak pergamin z zapisanym nań nazwiskiem basiora przez cały czas czekał dzielnie na dnie jej torby, jakby czekając na moment, w którym znów będzie potrzebny. 
Westchnęła trzeci raz, postanawiając wziąć się w garść. Na miłość, te jej łapy tak bolały...
Może poszukaj na samym początku jakiegoś schronienia. Generał może poczekać, a ty w tym stanie nie zaszłabyś dalej niż ten wojak grzejący zad w szpitalu… Chociaż pewnie go przeceniam.
- Sprawę Veda zostawmy na tę chwilę, dobrze?- spytała cicho, nieco poirytowana. Zielonooki naprawdę zasługiwał w tamtym momencie na odpoczynek, a swoją misję wykonał tak dobrze, jak tylko mógł. Vallieana tymczasem odsunęła się od głównej drogi, aby móc w spokoju przeanalizować następne kroki. Adrenalina spowodowana wyprawą i konieczność bycia “silną” powoli z niej schodziły, a w zamian wstępował głód i niewystarczająca ilość snu, ponadto mimo szybszego gojenia się ran, nadal czuła palenie w prawej, poharatanej kończynie. Być może jednak Vernon miał rację i była zbyt wycieńczona na pokazywanie się poważnemu stanowiskiem wilkowi? Tylko gdzie teraz mogłaby znaleźć jakiś zajazd? I dlaczego duch Zerdina jak zawsze rozumiał jej ciało lepiej niż ona sama? Dlaczego w ogóle to ona została wybrana do tak poważnej konferencji? Adril musiał ją polecić, przecież kto inny w ogóle by o niej pomyślał… 
Kolejne bolesne westchnienie. Miała dość. Czuła się źle z tym, że w końcu nie zrobi niczego po co w ogóle przeszli z wojownikiem ten kawał drogi i wręcz przez głowę jej przeszło, aby położyć się pod którąś z ławek...
- Oh, pani Vallieana!
Niespodziewanie radosny krzyk rozdarł powietrze. Wadera podniosła łeb, zaskoczona ciepłym głosem dobiegającym z oddali, a potem zarejestrowała zmierzającego w jej kierunku Malisabisa. Uśmiechnęła się tak szczerze, jak tylko mogła, aby odgonić myśli od jej aktualnej sytuacji i cichego okrywania się hańbą.
- Pan Fonkai- skinęła głową, witając się ze znajomym podróżnikiem. Jego jasna, błękitna sierść odbijała promienie zachodzącego słońca, natomiast ciemne oczy jakby same lśniły ciepłem i szczerością. Nie dało się go nie lubić. 
- Czy wszystko u pani w porządku? Nie wygląda pani najlepiej…- brązowe oczy nieco przygasły, zalewając się troską, kiedy zbliżył się wystarczająco blisko, by móc zlustrować waderę od góry do dołu.
- Tak, jest dobrze- odpaliła na szybko, kiwając nieco za mocno łebkiem- Miałam do ciebie wpaść w sprawie zamówienia…
- No tak, zamówienie- Kai ponownie się uśmiechnął, zasiadając przed waderą- Postanowiłem zaczekać z moją podróżą o parę dni, ponieważ nie załatwiłem wszystkich spraw do końca, ponadto pani wczoraj nie przybyła. Zmartwiłem się, jednak jak widzę, pani jest niezawodna. Żaden problem, jak wiadomo, przygody nie uciekną...
I w tym momencie rozbawiony wilk zaczął opowiadać o swoich sprawach prywatnych, zaczynając od ciężarnej ciotki, która miała mieć na dniach poród, aż do problemów z administracją miejską.
Zagubiona wadera tylko przytakiwała, obiecując sobie, że kiedy tylko wróci do domu nie będzie wysłuchiwać żadnych historii o przygodach. Do odwołania. 
- Ale czy pani, Vallieano, aby na pewno czuje się dobrze? Coś słabo pani wygląda… Może gdzieś panią odprowadzę.
Zerdinka walczyła z ziewnięciem, ledwo utrzymując się na nogach. 
Nie śpij, skarbie, bo cię ukradną.
Była o krok żeby odpowiedzieć na głos “przecież nie śpię”, jednak powstrzymało ją szturchnięcie obcego nosa o jej  łopatkę. Zamrugała, wracając na ziemię.
- Przepraszam cię najmocniej, ale jestem wykończona. Możemy jutro dokończyć tę rozmowę? I tak muszę jeszcze coś zrobić w Centrum i…- zamilkła na chwilę, aby w końcu spojrzeć w ciemne oczy- I mógłby pan odprowadzić mnie do najbliższego miejsca, w którym mogłabym spędzić noc. Będę wdzięczna.
- Pani Vallieano, oczywiście- jasny wilk rozpromienił się, powstając- Spędzi pani tę noc u mnie, a rano wszystko mi pani opowie.
Wilczyca zdębiała.
- S...Słucham..? Doceniam propozycję, Fonkaiu, jednak nie wiem czy to będzie w porządku…
- Moja najdroższa pani Vallieano, to będzie bardzo w porządku. Dziwne typy grasują teraz po okolicy, a pani jest zbyt drogocenna, żeby tak chodzić bez obstawy. Ukradną jeszcze panią i co wtedy? Serce mi pęknie, pani Vallieano! Moja mama zrobi pani coś pysznego do zjedzenia i będziesz mogła wypocząć.
Zerdinka zamrugała, bo… nie była pewna jak powinna zareagować na te słowa. Jej mózg pracował wolniej niż powinien, więc natychmiast wyparł słowa odnośnie serca basiora, natomiast wizja spędzenia wieczoru w mieszkaniu dobrego znajomego i jego kochanej mamy kusiła za bardzo, by mogła się sprzeciwić. Fonakai za to był całkowicie pewien, gdy ponownie szturchnął nosem bark starszej wadery.
- Vallieano, znamy się nie od dziś. Ruszajmy, ponieważ zaraz pani się przewróci.
- Nie wiem jak ci się odwdzięczę- westchnęła, podnosząc zad, który nagle wydawał się znacznie cięższy niż powinien być. Całe nogi jej drżały.
- Porozmawiamy o tym jutro. Gwarantuję, że się dogadamy.
Dom Kaia rzeczywiście znajdował się nieopodal szpitala i kiedy tylko Vallieana weszła do środka, uderzył w nią przytulny klimat mieszkanka. Wszędzie skóry, poduszki, malowidła i zapach pieczonego mięsa. Jednak była zmuszona przeprosić właścicielkę przybytku za brak kultury, ze względu na zmęczenie. Nie dość że przyszła bez zaproszenia, to jeszcze nie miała nawet siły zjeść oferowanego posiłku. Na szczęście stara wadera nie miała za złe gościowi i od razu przydzieliła jej mały kąt w jednym z pomieszczeń. W istocie niebieskooka usnęła jak tylko położyła się na miękkim posłaniu, otulona kocem z jakiegoś wielkiego przeżuwacza.
Noc wadera spędziła wyjątkowo spokojnie, może to ze względu na zmęczenie, a może przez przyjemne otoczenie. Z rana wstała nieco później niż zazwyczaj, jednak nie miała zamiaru nad tym ubolewać, zjadła pyszne śniadanie i w końcu wyszła na zewnątrz ze znajomym wilkiem u boku, a wszystkie siły jakby do niej wróciły (a przynajmniej większość). Przez cały poranek udało jej się zarówno przeprosić Fonakaia za brak części ziół, za co oczywiście niebieski basior nie gniewał się nawet przez sekundę, jak i głosić się do generała, który wysłuchał całej historii w skupieniu, nawet jeśli pewnie słyszał już wszystko od znajomych Aarveda. Pan Yuve del Montreo zapewnił wilczycę, iż nic poważnego się nie stało, a podobne konferencję pewnie zdarzą się jeszcze nieraz, natomiast w tamtym momencie najważniejsze było dojście przez oba wilki do siebie. Co prawda z tymi słowami wilczyca poczuła na raz ulgę i gniew, w końcu rzeczywiście nie była brana w spotkaniu za poważnego zielarza, jednak skinęła głową i wyszła, przełykając dumę. 
Kiedy wyszła z powrotem na drogę, słońce było w zenicie. Przeprosiła więc swojego dotychczasowego towarzysza i, już samodzielnie, obrała drogę do szpitala, po drodze wstępując do cukierni, aby kupić trochę ciastek na poprawę humoru rogatego basiora.
Do budynku szpitala weszła szybko, podobnie jak szybko trafiła na odpowiednią salę. Na widok leżącego wojownika uśmiechnęła się jak najcieplej.
- Witaj, jak samopoczucie?

<Aarvedziu?>

Słowa: 1163

sobota, 9 maja 2020

Od Aarveda CD. Vallieany

- Myślę, że nie musisz się o to martwić. Zrozumieją - powiedział Aarved, kicając za waderą na trzech łapach. Domyślał się, co zaprząta jej głowę. ,,Jeśli będzie trzeba, wezmę całą winą na siebie", pomyślał z rozgoryczeniem. Spojrzał za siebie, aby upewnić się, że czarny basior ich nie śledzi, ale albo bardzo dobrze się ukrywał, albo już sobie odpuścił. Dobrze dla niego, inaczej mógłby tego bardzo boleśnie pożałować. Rogacz westchnął i pokuśtykał szybciej, aby dogonić idącą żwawym tempem Vallieanę.
- Tak myślisz? - zapytała, kiedy stanął koło niej. - Martwię się o tę dostawę i spotkanie - wyjaśniła, jakby nie była pewna, czy basior na pewno wie, o co jej chodzi.
- Za co mieliby cię karać? - Aarved podniósł brwi w zdziwieniu. Kiedy potrąciła go wilczyca głośno krzycząca ,,Kamienie ochronne, kupujcie, kupujcie! Chronią przed demonami, zjawami i duchami!", musiał ugryźć się w język, aby nie syknąć lub nie warknąć jakiegoś przekleństwa. Chciał już odpocząć, ale droga do szpitala wydawała się jeszcze dłuższa niż podróż przez dystrykt do centrum. Pozostało mu jedynie uzbroić się w cierpliwość.
Przechodzili przez wypełnione wilkami ulice. Płachty rozciągnięte nad straganami falowały na wietrze, a nad nimi wznosiły się wysokie budynki mieszkalne. Wyglądały jak rodzice, pochylające się nad swoimi dziećmi. Część mieszkańców rozwiesiła pranie na sznurkach przeciągniętych między oknami, przez co jaskrawe materiały rzucały kolorowe cienie na przechodniów. Przy stoiskach gromadzili się klienci, a sprzedający dwoili się i troili, aby swoim świergotem przekrzyczeć rozgadaną ciżbę i zagarnąć jak najwięcej łusek na własność. Mimo tej z pozoru radosnej atmosfery, dopełnianej przez grającą, tańczącą i pokazującą sztuczki niewielką grupę artystów stojącą przy jednej ze ścian, po kilku minutach spędzonych na zatłoczonej drodze dało się wyczuć swąd niepokoju. Wśród głośnej zgrai, śmiejącej się, przepychającej i targującej z każdym, kto się nawinął, dało się dostrzec kilka odstających od reszty osobników. Byli jak cienie. Wydawali się nieuchwytni, przemykający między tłumem jakby nie mieli ciała. Pojawiali się, znikali, krążyli, lawirowali, aby na końcu rozpłynąć się w powietrzu. Aarved poczuł, że bardzo by nie chciał, aby jego sakiewka weszła w kontakt z łapami jednego z tych złodziejaszków. Na szczęście nie miał przy sobie praktycznie nic. Jeden z podejrzanych typków spojrzał na niego, uprzednio zwinąwszy niepostrzeżenie naszyjnik z niebieskich kryształków. Twarz miał zamaskowaną, przez ślepe oko przeciągała się blizna. Pewnie gdyby stanął pośród reszty obywateli, niesamowicie by się wyróżniał. Poruszał się jednak zbyt żwawo i płynnie, więc nikt poza wojownikiem wydawał się nie zwracać na niego uwagi. Opryszek mrugnął do rogatego porozumiewawczo, podniósł łapę, jakby chciał nakazać ciszę i wycofał się do ciemnego zaułka, stając się jednością z cieniami.
Wkrótce wyszli z ulicy handlowej i skierowali się w nieco spokojniejsze rejony. Zielonooki uświadomił sobie, jak niewiele brakuje do celu i przyspieszył na tyle, na ile pozwoliło mu wykończone ciało.
- Gdzie się tak spieszysz? - zaśmiała się samica, wydłużając krok. Uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Spieszę się do ciepłego łóżka i porządnego jedzenia - odparł, po czym przerwał na chwilę. Zielarka spojrzała na niego pytająco. - Wiesz, że nie musisz mnie odprowadzać, prawda?
- Oh... Jeśli nie chcesz...
- Nie, ależ skąd! - przerwał jej samiec, nieco zbyt szybko i nieco zbyt wysokim głosem, aby ukryć panikę. Zaczerwienił się pod gęstym futrem i odchrząknął, przeklinając się za swoją głupotę. Dostrzegł w lodowatych oczach roześmianą iskierkę. - Po prostu musisz być zmęczona i głodna - dokończył, teraz już normalnym tonem. Ku jego nieszczęściu samica zachichotała.
- Masz rację, ale po tym, co przeszliśmy, chcę upewnić się, że trafisz w dobre ręce, a nie do kolejnej dziury.
Zanim wojownik zdążył odpowiedzieć, ich oczom ukazał się szpital.
- Jesteśmy na miejscu - powiedziała Vallieana. Weszli do środka. Roiło się tam od rannych, kaszlących i ogólnie źle wyglądających wilków. Jedna wilczyca siedziała z małym szczeniakiem, który krwawił z nosa i miał spuchnięte oko, naprzeciwko towarzyszył im staruszek ze złamaną łapą. Pod drugą ścianą tkwił ojciec z gorączkującym dzieckiem, a obok niego wadera, która rozmawiała z sąsiadką wyraźnie cierpiącą na zawroty głowy.
Para pechowych podróżników nie zdążyła nawet podejść do jednego z miejsc, kiedy podeszła do nich pielęgniarka.
- Witam, mogę państwa dane? - zapytała grzecznie, ale widać było, że jest zmęczona.
- Właściwie to tylko pana - odpowiedziała zielarka.
- Rozumiem. Umie pan pracować telekinezą?
- Tak - potwierdził Aarved. Nieznajoma podała mu formularz, który basior szybko wypełnił.
- Widzę, że jest pan wojownikiem. Zapraszam - pokazała mu drogę, a wilk pokuśtykał za nią. - Czy może pani tutaj zostać? - zwróciła się do Vallieany. Ta kiwnęła głową i usiadła pod ścianą. Aarved uśmiechnął się.
- Poproszę, żeby ktoś później do ciebie podszedł.
- Jasne, trzymaj się - pomachała mu. On lekko się jej skłonił i pokulał się do sali.
Kilka godzin później leżał już na wygodnym posłaniu, a do żyły powoli wpływał mu środek przeciwbólowy. Westchnął i otarł się o poduszki z błogim wyrazem twarzy. Jak długo mu tego brakowało! Co prawda wędrówka trwała zaledwie trzy dni, ale rogacz miał wrażenie, że nie leżał w łóżku i cieple od dobrych paru lat. Wreszcie ustał ból, a on mógł się wygrzać. Lekarze rozpoznali złamane żebro, lekkie zatrucie jadem pająka (najwyraźniej krew Valli nie usunęła wszystkiego), jak i mocno uszkodzone mięśnie tylnej łapy. Żaden z tych urazów nie był na tyle poważny, że samiec powinien obawiać się o swoje życie lub dalszą karierę, więc korzystał z upragnionego komfortu. Nie była go w stanie zrazić nawet opryskliwa pielęgniarka, czy bez przerwy narzekająca na obsługę młoda sąsiadka. Był prawdopodobnie najbardziej zachwycony pobytem w szpitalu ze wszystkich pacjentów.
Zjadł już porządną kolację i wziął leki. Miał szczęście, że szybko go przyjęto - jedna z zalet bycia wojownikiem Królestwa. Wilki pełniące tę funkcję były przyjmowane poza kolejką, o ile oczywiście nie było ciężkich przypadków, dzięki swojemu poświęceniu dla kraju. Takie zarządzenie wydała królowa.
Vallieana odwiedziła go około godzinę po ich rozstaniu. Chwilę porozmawiali, pośmiali się, ale wadera szybko się pożegnała. Samiec nie miał jej tego za złe - wyglądała na porządnie zmęczoną. Tak jak i on. W towarzystwie promieni powoli zachodzącego słońca czuł, że odbijają się na nim te długie chwile brnięcia przez śnieg, burzę i jaskinie. Był pewnien, że tę przygodę będzie wspominał z uśmiechem nostalgii za parę lat, ale znużenie dawało mu się coraz bardziej we znaki. Potrzebował długiego snu.
Nawet nie zorientował się, kiedy odpłynął.

<Vaaaaalli?>

Słowa: 1000

niedziela, 3 maja 2020

Od Vallieany CD. Aarveda

W Centrum nie bywałam często, w związku z czym kiedy Aarved poprosił o chwilę, aby porozmawiać z innymi wojownikami lądowymi, grzecznie pozwoliłam mu się wyminąć i usiadłam na brzegu drogi, by nie blokować ruchu. Byłam świadoma, że po takim czasie spędzonym w niebycie warto by było powiadomić współpracowników o wszystkich “przyjemnościach”, które nas spotkały. Udawałam więc, że obserwuję pobliskie budynki, stragany i przechodzące wilki, aby nie przeszkadzać, niemniej jednak nadal czułam każde skierowane w moim kierunku spojrzenie, zarówno wojowników, jak i zwykłych wilków. 
Mam wrażenie, że to miasto za każdym razem jest takie samo. Ograniczone, a zarazem kiczowate.
Delikatnie uśmiechnęłam się do siebie, przypominając sobie, jak bardzo Vernon nie przepadał z tym miejscem. Rzeczywiście, mimo iż przed laty Zerdini wkroczyli na te ziemie i zdołali już się wymieszać z obywatelami Królestwa, niechęć niektórych mieszczan była prawie namacalna, jakby byli w stanie po jednym rzucie oka stwierdzić kto jakie ma intencje. Zazwyczaj ze względu na właśnie kolor futra.
Zwróciłam łeb w swoje lewo, czyli tam, gdzie nagle mocniej odczułam obecność drugiego wilka. Jako, że nikogo tam nie spotkałam, zwróciłam wzrok na stragan z egzotycznymi mięsami, po czym ostrożnie znowu spojrzałam na prawo. Mometanie postąpiłam krok w tył, gdy kątem oka wyłapałam niepokojąco blisko mnie niepokojąco dużego basiora. 
Uniosłam brwi w nieukrywanym zdziwieniu, a czarny jak noc wilk odsunął się. Nosił odznakę wojsk lądowych.
- Dzień dobry. Czyżby pani się zgubiła? Może mogę w czymś pomóc.
Szeroki uśmiech na pysku nieznajomego kontrastował ze złowróżbnie zmrużonymi oczami, a głęboki głos wzbudzał dreszcze, więc przestąpiłam ostrożnie z łapy na łapę, dla rozluźnienia. Na litość boską, przecież nie skrzywdziłby mnie w tłumie wilków! Ponadto wychodziło na to, że był wojownikiem, nawet jeżeli podkradł się w co najmniej dziwaczny sposób.
- Bardzo dziękuję, jednak nie zgubiłam się- odparłam spokojnie, spoglądając w czerwone oczy- Aktualnie czekam na kogoś, więc…
- Rozumiem- skinął głową, nieco się przysuwając. Wytrzymałam to delikatne naruszenie mojej przestrzeni osobistej bez wahania, nawet kiedy zniżył ton do cichego mruczenia- Jednak gdyby pani któregoś wieczoru straciła orientację w terenie, proszę szukać…
- Przepraszam, że przeszkadzam, jednak pani już jest aktualnie eskortowana- powietrze wypełnił zapach i mocny głos Aarveda, na co czarny basior od razu zareagował podniesieniem głowy. Wycofałam się o dwa kroki, gdy obaj wojownicy zmierzyli się twardymi spojrzeniami. Oboje robili dobre wrażenie, nawet jeśli jeden z nich właśnie cierpiał z powodu złamanych żeber i wycieńczenia. 
Co oni niby sobą reprezentują? Tępe kupy mięsiwa.
W końcu Zerdin zajął głos, prostując się.
- Oczywiście rozumiem- skinął powoli głową, po czym spojrzał jeszcze raz na mnie z tym dziwnym uśmiechem- Proszę uważać, kręcą się tu różne typy.
I tak jak szybko się pojawił, tak szybko się wycofał. Nie żeby szedł szybko, raczej się przechadzał z opuszczonym nisko łbem, czujnym wzrokiem wyłapując wszystko co niepokojące. Poczułam na grzbiecie dreszcz, czy to z zimna, czy ze zmęczenia, czy czegoś innego.
- Vallieano, wszystko w porządku? Znasz go?- spytał Aarved. Kiedy na niego spojrzałam, widziałam jak bardzo wykończony był tym wszystkim, jednak nadal oczy lśniły mu niepokojem, nieważne czy chciał to pokazywać.
- Nie wiedziałam że na tyle się rzucam w oczy, by wojownicy myśleli że się zgubiłam- odparłam, rozluźniając się. Postanowiłam pominąć kwestię tej oczywistej oferty wypływającej od nieznanego wilka- Wszystko jest w porządku. Chodźmy odprowadzić cię do tego medyka, odpoczniesz w końcu. Chyba należy nam się odrobina luzu po tym wszystkim- uśmiechnęłam się delikatnie, spoglądając w zielone oczy- Ale najpierw czeka mnie sprawa wyjaśnienia dlaczego nie było mnie na spotkaniu i druga, czemu podróżnik będzie musiał poczekać na zioła, za które zapłacił z góry.

<Aarvedziu?>


Słowa: 579

niedziela, 26 kwietnia 2020

Od Aarveda CD. Vallieany

Kiwnął głową i wstał, cicho stękając z bólu. Teraz poczuł, jak bardzo nadwyrężył swoje mięśnie. Zasypał ogień i patrzył przez chwilę na dym unoszący się z dawnego ogniska. Podróżował w górę ciemną wstęgą, aż w końcu znikał na tle swoich większych braci nadchodzących od strony lasu. Aarved nie chciał marnować więcej czasu - ruszył więc w przeciwną stronę. Musieli trochę przyspieszyć.
Oddalając się od miejsca chwilowego postoju, basior zastanawiał się nad tym, z czego zwierzyła mu się Vallieana. Miał w pamięci jej słowa: ,,tak naprawdę, odkąd mnie oddali...". Nie wiedział, czy powiedziała to celowo, czy nieświadomie zdradziła mu niezwykle prywatną informację o sobie. Nieważne jednak, jakie były jej intencje - nie zamierzał dopytywać o szczegóły. Bał się, że może ją tym zranić lub zrazić do siebie.
Fakt, że była Zerdinką nieco go... cóż, może nie odrzucił, ale na pewno zwrócił jego uwagę. Już od jakiegoś czasu podejrzewał, że miała przynajmniej jednego przodka tej rasy - jej żywioł i kolor sierści wiele mu mówiły. Nie zamierzał tego jednak komentować. Wadera już wcześniej udowodniła mu, że jest wierną i dobra towarzyszką, w dodatku pozbawioną furii przynoszonej przez smak krwi, z której słynęła jej rasa. To wystarczyło mu, aby zdusić w sobie wszystkie negatywne myśli na jej temat. Sam doświadczył zbyt wielu upokorzeń ze względu na swój wygląd, aby dręczyć druga istotę ze względu na jej aparycję. ,,Liczy się to, co sobą reprezentuje", pomyślał. ,,Nie to, jaka krew płynie w jej żyłach".
Dopiero po chwili uświadomił sobie, jak często podobne zdania powtarzał sam sobie podczas samotnych, szczenięcych nocy spędzonych w posiadłości ojca. Pamiętał, jak wtulał się w poduszki, patrząc, jak za oknem szarzeje niebo, próbując uspokoić rozdygotane od ciało płaczu. Ptaki śpiewały za oknem, a on zagłuszał je szlochem, nie chcąc, aby nadchodził poranek i kolejny dzień spędzony na unikaniu rozczarowanego, chłodnego spojrzenia ojca, które potrafiło odebrać mu jakiekolwiek poczucie własnej wartości. ,,To nie moja wina", tłumaczył sobie jasny wilczek, tuląc się do poduszek. ,,Muszę się tylko starać i ciężko pracować". Jednak jak bolesna była rzeczywistość, która towarzyszyła takim myślom; nieważne, ile wkładał energii w swój rozwój, nigdy nie był w stanie dorównać swojemu bratu, swym ambicjom. Był za słaby, zbyt leniwy, zbyt głupi. I była to tylko jego wina. To on ciągle popełniał błędy i nie miał prawa obwiniać nikogo innego. W końcu to był jego wybór, czy wolał spędzić popołudnie na treningu i nauce, czy zabawie. Powinien chodzić jak w zegarku - tak jak Lordan. Tak jak Lordan powinien być mądry i silny, dążyć uparcie do celu z dumnie podniesionym czołem, z blaskiem w oku i nieskazitelną postawą. W rzeczywistości pełzł za nim daleko w tyle, grzęznąc w błocie z zapłakanym spojrzeniem i opuszczonym czołem, bezmyślnie trzymając się nadziei, że kiedyś zasłuży na to, by być cokolwiek wart. Słabi istnieją po to, aby mogli istnieć silni - i rogaty basior powinien się pogodzić, że urodził się tym pierwszym. Nie miał predyspozycji i nie był w stanie tego zmienić. Przyznanie się do tego oznaczało jednak kajanie się przed losem, poddanie się bogom, utratę kontroli nad własnym życiem. A Aarved wolał utonąć w błocie, patrząc na blask swojego brata i innych Lorentów, niż przyznać, że jego marzenia nigdy nie miały sensu i zmarnował tylko czas na próbę ich spełnienia.
Gdy dorósł, zdał sobie sprawę z tego, że jego ojciec zapoczątkował w nim bardzo toksyczny tok myślenia. Mimo tego wciąż nie mógł często spać po nocach, nękany przez wyrzuty sumienia i wrażenie, że zawodzi sam siebie i jest bezwartościowy. Bał się, że skończy jako kolejny szary żołnierzyk, który przejdzie przez życie w cieniu, aby nigdy nie zostać zapamiętanym. Przez nikogo. Bał się, że nikt nigdy nie pokocha tak bezwartościowego, leniwego, zakompleksionego wilka, jak on. Wiedział, że kariera nie jest najważniejsza, a jego sukcesy nie wpływają na to, czy jest dobrą lub złą osobą - nie potrafił jednak odgonić od siebie kąsających myśli. Po nocach doprowadzało go to do szaleństwa.
- Aarved?
Basior drgnął i spojrzał na waderę zdziwionym spojrzeniem. Vallieana przez chwilę wpatrywała się w niego, zaskoczona chłodem płynącym z jego oczu, ale uśmiechnęła się szczerze.
- Zamyśliłeś się.
- Ach, tak. Przepraszam cię - przywołał na twarz ciepły uśmiech, ale wciąż wyglądał na zmartwionego. - Chciałbym po prostu już dojść do miasta i odpocząć.
- Właśnie, jak się czujesz?
- Cóż... - zastanowił się. Nie chciał jej okłamywać, ale nie pragnął również jej litości. - Powiedzmy, że bywało gorzej, ale bywało też lepiej.
- Bardzo dyplomatyczna odpowiedź. Chciałbyś może trochę opium? Wydaje mi się, że jeszcze mi zostało - zaproponowała zielarka. Basior pokręcił głową.
- Dziękuję, ale wytrzymam. Mak sprawia, że jestem otumaniony.
- Właśnie na tym polega jego działanie. Otępia i łagodzi ból - wytłumaczyła Vallieana.
- Wiem, po prostu wolałbym być w pełni świadomy, gdy wejdziemy do centrum.
- Nie zmuszam.
- Dziękuję ci - odparł wilk. - Przepraszam, że spóźniłaś się przeze mnie na zebranie zielarzy.
- Daj spokój, to nie była twoja wina - machnęła na to łapą wilczyca. Basior uśmiechnął się, ale w głębi serca poczuł, że ukłuły go jej słowa. Wiedział, że nie miała racji. - Zresztą, te dni były o wiele ciekawsze, niż gdybym siedziała w akademii z grupą kolegów po fachu. Chyba nie żałuję.
Spojrzała na niego i się uśmiechnęła. Wojownika zalała fala ciepła. Jej szczera radość i sympatia sprawiły, że ból, który powodowały świeżo wywołane wyrzuty sumienia, przestał być tak dokuczliwy. Miał ochotę ją teraz przytulić.
- Cieszę się z tego. Dla mnie to również było niezapomniane przeżycie. Mam nadzieję, że będziemy kontynuować tę znajomość po dotarciu do miasta - odrzekł. Widział, że wadera zerknęła na niego ze zdziwieniem pomieszanym z zainteresowaniem i już otwierała usta, aby mu odpowiedzieć. Nagle jednak na horyzoncie pojawiło się coś, czego oboje oczekiwali od wielu dni.
- Vallieano, widać mury! - krzyknął i roześmiał się. Wilczyca spojrzała przed siebie, a basior patrzył, jak na jej pysk wstępuje czysty zachwyt. Zaczęła chichotać ze szczęścia. Ruszyła pędem w stronę centrum, a śnieg wyrzucany przez jej długie łapy błyszczał w blasku słońca. Samiec zatrzymał się, patrząc na nią i zamilkł. Nie pobiegł jej śladem, nie chciał nawet myśleć o bólu, który by to wywołało. Z jednej strony cieszył się, że ta szalona przygoda się skończyła, ale z drugiej wiedział, że niedługo będzie musiał rozstać się z zielarką. Ruszyło go to o wiele bardziej, niż przypuszczał. Kto by podejrzewał, że tak się to skończy? Kilka dni temu była dla niego zupełnie obcą osobą. Teraz żałował, że ta mordercza eskapada nie trwała dłużej. Dobrze było mieć tę niską, drobną waderę przy boku.
Owa niska, drobna wadera odwróciła się, zdyszana. Jej roześmiany pysk kontrastował z bielą wokół niej, kiedy krzyknęła:
- Idziesz?! Trzeba cię dotaszczyć do szpitala!
- Idę! - odparł i ruszył koślawo w jej kierunku.

<Valli?>

Słowa: 1077

sobota, 11 kwietnia 2020

Od Vallieany CD. Aarveda


Szybko postanowiła przestać obserwować towarzysza kiedy temat się zakończył, bo jeszcze chwilę i sama wlazłaby do tego ognia. Błogi wyraz na pysku Aarveda był zachęcający, jakby wrócił do tego przyjemnego podziemnego jeziorka z ciepłą wodą. Vallieana wiedziała jednak, że niestety skończyłoby się to zapewne gorszym efektem niż tylko podpalenie, gdyby tylko zbliżyła się o długość lisiego ogona.
Leżała więc tak blisko ognia, grzejąc bok, a jej wzrok raz za razem przesuwał się czujnie po okolicy, pilnując przy okazji ich tyłków, jak i położenia słońca na nieboskłonie. Musiało być koło południa, może jakiś czas później. Ognista gwiazda wisiała wysoko nad ich głowami rozświetlając świat, chociaż przez korony drzew wadera jeszcze nie była w stanie zobaczyć nadchodzących od tyłu chmur.
- Skoro mamy jeszcze trochę czasu, to może opowiesz coś o swoich mocach?- Valli podniosła głowę na wojownika i zamrugała kilkukrotnie- Oczywiście do niczego cię nie zmuszam, po prostu twoje futro nie wygląda jakbyś mieszkała parę metrów pod ziemią w zamarzniętej krainie. Czysta ciekawość.
Spojrzenie samca było prawie tak ciepłe jak ogień w którym się regenerował nawet mimo wyraźnego wykończenia, więc jak mogłaby odmówić?
- Rzeczywiście…- odwzajemniła jego uśmiech- Moim żywiołem jest krew, jak już mówiłam i jest to dosyć… bierny żywioł, jeśli można tak to nazwać. W moich żyłach płynie coś w rodzaju magii... - zaczęła, spoglądając na swoje łapy. Gdyby odsunęła białe futro na jednej z nich, zobaczyłaby niebieskie kanały skryte pod cienką warstwą jasnej skóry. Zabliźnione po wielu wykonanych w przeszłości cięciach i szarpaniach- … która regeneruje mnie jeszcze zanim organizm zdąży się wychłodzić. Co prawda nie jest to jakaś super potężna moc, jednak nie muszę owijać się warstwami skór kiedy wychodzę z domu i parę razy uratowała mi życie. Sama też miałam epizod wpadnięcia do lodowatej wody.
Zielonooki skinął głową, a jako, że nie wydawało się jakby miał coś wtrącić, ona kontynuowała.
- A bierny dlatego, że nie kontroluję jego działania. Jak ktoś mnie ugryzie, ja będę miała wgląd do jego głowy, a on się uleczy. Co prawda mogę przy tym go w pewny stopniu kontrolować, jednak nie korzystam z tego gdy nie mam potrzeby, z oczywistych względów. Co prawda wiele razy słyszałam, że mogłabym to jakoś rozwinąć, jednak nigdy nie mogłam się przekonać, że warto.
- Myślę, że dodatkowe umiejętności nigdy nie zaszkodzą- przyznał rogacz, zmieniając pozycję.
- Też zawsze byłam tego zdania- odparła ze swego rodzaju rozbawieniem, spoglądając w zielone oczy- Mój opiekun powtarzał, że “następny dzień jest uczniem poprzedniego” i nigdy nie należy porzucać możliwości nauczenia się czegoś nowego, jeśli mamy ku temu okazję. Znęcał się nade mną w tej kwestii- parsknęła, z czułością wspominając gburowatego Adrila i jego, powtarzane niczym mantrę, słowa, które w końcu przyjęła jako swoje życiowe motto.
- Opiekun?- tym razem to Aarved uniósł lekko brwi. - W sensie…
-Wychowywałam się bez rodziców, to żadna tajemnica. Przyjął mnie basior, który podkochiwał się w mojej babce, trochę dziwna sprawa jak mówię to na głos... Tak naprawdę to odkąd mnie oddali, nie widziałam swojej rodziny ani razu, teraz nawet nie pamiętam ich pysków. Co prawda Adril od czasu do czasu informował mnie, że idzie na spotkanie z moją babcią, która nadal była wierna swojemu partnerowi, ale nie szłam z nim. Wiem, że ojciec był czystym Zerdinem, a matka miała w sobie tylko połowę krwi Potępionych, bo jej matka była Quatar- zakończyła, spoglądając z ukrywaną ciekawością na towarzysza, jakby oczekując jego reakcji. Jednak kiedy ten już chciał coś powiedzieć, powietrze przeszył przerażająco głośny grzmot.
Vallieana uniosła łeb w kierunku, z którego docierała oznaka nadchodzącej z oddala burzy.
- Chyba czas zaczyna nas gonić…- powiedziała pod nosem.

<Aarved?>


Słowa:582

środa, 8 kwietnia 2020

Od Aarveda CD. Vallieany


Przez chwilę, przez ułamek sekundy, jaki zajęło Vallieanie zejście ze śliskiej pokrywy na stały grunt, wierzył, że im się udało. Już miał się roześmiać ze szczęścia, ale zamiast jego głosu powietrze przeszył trzask. Przez chwilę basiorowi wydawało się, że zamarł czas, a świat dookoła się zatrzymał. Nie dał się jednak zwieść, nawet się nie obrócił. Podejrzewał, że gdyby to zrobił, zbliżająca się do niego ciemna, zimna przepaść odebrałaby mu dech na długo przed pochłonięciem go. Serce zapiekło, podobnie jak mięśnie łap, tak poobijane i obolałe, gdy gwałtownie zmusił je do nieoczekiwanego wysiłku. Rzucił się do przodu, słysząc wrzask Vallieany i ryk jeziora. Pazury ryły lód. Oddech zaczął świszczeć, gdy tylko wilk przypomniał sobie, że musi oddychać.
Ach, tak ukochana przez niego adrenalina! Była jak zakazana kochanka, wkradająca się po nocy do jego łoża - zawsze zwiastowała kłopoty, ale i podniecającą ekscytację, przyjemność, której nie mógł opisać. Gdy tak gnał przed siebie, a w tle huczał pękający lód zagłuszający rozpaczliwe krzyki wadery, basior uświadomił sobie, że nie czuje strachu... Właściwie, nie. To nie była prawda, kłamał. Na dnie jego serca czaiła się panika, czekająca na odpowiedni moment. Pewnie gdyby nagle ugrzęzła mu łapa, straciłby kontrolę. Strach mu jednak nie przeszkadzał. Powitał go jak przyjaciela, który towarzyszył mu w tej pogoni za uczuciem, którego nie potrafił nazwać. Napawał się tą chwilą. Napawał się biciem swojego serca, napawał się tym, że jego łapy ledwo dotykały ziemi - zupełnie, jakby leciał. Napawał się dudnieniem w uszach, które sprawiało, że rozdygotane wycie Vallieany zmieniło się w niewyraźny szum.
Głos rozsądku przebił się w końcu przez otumaniony umysł i basior pozwolił mu szybko przejąć kontrolę. Odepchnął na drugi plan upojenie chwilą. Zebrał myśli i skupił się na nieskupianiu się na ruchu swojego ciała, pozwolił mu biec bez jego świadomości, jak maszyna. Gdy miał pewność, że łapy ruszają się automatycznie, odważył się rzucić za siebie okiem. Gardło mu się ścisnęło, gdy ujrzał ciemną wodę, bryzgającą wściekle tuż za swoimi łapami. Przypominała dzikiego gada, który zwijał swoje ciało niczym sprężynę, aby za chwilę wbić mu czarne kły w łapy i ściągnąć w toń, aby spokojnie móc opleść go zwojami swojego cielska i wydusić z wilczych płuc ostatni oddech. Na myśl o zbliżającej się zimnej śmierci zabrakło mu tchu, a świat pociemniał, ale zmusił się do dłuższych skoków. Pazury zdzierały śnieg, wzbijając białe tumany za wilkiem. Niestety odłamki natychmiast lądowały w lodowatej toni - tak niewiele dzieliło łowcę i ofiarę. Aarved wiedział, że nie zdąży umknąć swojemu oprawcy. Zdecydował się więc na jedyne rozwiązanie, które miało szansę go uratować. Tylko jak się zatrzymać?
Czuł, jak powierzchnia rusza się mu pod łapami. Zupełnie tak, jakby gad był tuż obok, tak blisko, że dyszał mu na grzbiet. Niedługo lód załamie się pod wilkiem, a on nie będzie już miał z czego się wybić. Napiął więc mięśnie i liczył na to, że dobrze oceni odległość. Odbił się od resztek zamarzniętej tafli, która natychmiast otworzyła pod lecącym wilkiem swoje lodowate czeluści. Wojownik skupił się na tyle, na ile był w stanie, a po chwili ciemne wody zabulgotały. Wystrzelił z nich filar mokrej ziemi, na który opadły łapy rogatego. Zaparł się z całej siły, jednak nie był w stanie zapanować nad pędem. Pozostało mu jedynie modlić się do bogów.
Stracił równowagę i upadł na bok. Potoczył się w stronę stworzonej przez siebie platformy. Na ten właśnie moment czekała ukryta panika. Gdy ujrzał, jak ciemna tafla zbliża się do niego z zawrotną prędkością, a tylne łapy zupełnie tracą kontakt z lądem, poczuł, że to koniec. Krzyknął i przerażony wbił pazury przednich kończyn w błoto, używając mocy na oślep w ostatnim akcie desperacji. Tylna część ciała zanurzyła się pod wodę, a basior poczuł się tak, jakby ktoś wrzucił go do dołu pełnego igieł. Zadygotał, tracąc przyczepność w przednich kończynach i wierzgnął nogami, próbując rozpaczliwie znaleźć oparcie... I udało mu się to. Zaskoczony odkrył, że pod nim wyrósł kolejny filar, który musiał wywołać w panice. Nie czekając długo, odbił się od niego i wygramolił na powierzchnię, czując, jak dolna połowa ciała mu drętwieje. Padł na mokry piach i dyszał ciężko, uśmiechając się do siebie. Przez chwilę myślał, że utonie w tym głębokim jeziorze, a Vallieana będzie zmuszona wrócić sama do miasta. O ile zdołałaby tego dokonać, pewnie powiedziałaby o jego śmierci odpowiednim służbom. Obce wilki przybyłyby na to miejsce kilka dni później, aby wydobyć jego napuchnięte i dryfujące ciało spod powierzchni. Pewnie poprosiliby jego matkę o identyfikację zwłok, a potem urządzili pogrzeb. Oczyma wyobraźni widział swojego ojca i brata nad świeżym grobem. Czy ktoś jeszcze by przyszedł? Valli? Może. Czy ktoś by po nim płakał? Tak, jedna osoba. Pomyślał o tym, jaką biżuterię ubrałaby na tę okazję. Ten naszyjnik z czerwonych kamieni? Ten, który trzymała w drewnianej szkatułce w swojej sypialni? Nie... Nie pamiętał, kiedy ostatni raz go nosiła, o ile w ogóle. Chyba... Chyba raz. Tak, w jego pamięci pojawił się obraz roześmianej, niskiej wilczycy wchodzącej do kuchni. Słońce pięknie oświetlało jej oczy oraz czerwone kamyki rozwieszone na kręconych rogach. Gdy nadchodziła wiosna, a spod śniegu wynurzały się wątłe kwiaty, matka miała w zwyczaju ozdabiać nimi swoje poroże. Nawet najbardziej pospolite chwasty wydawały się piękne, kiedy oświetlał je blask jej delikanej, drobnej twarzy i czułego spojrzenia.
,,Ale pesymistyczna myśli", przeszło Aarvedowi przez głowę, kiedy bezwiednie wpatrywał się w długie, szerokie pęknięcie w tafli jeziora. Znów było spokojnie. Znów zapadła cisza.
- Na Orimara... Aarved?! Aarved!
Przetoczył się na drugi bok, mając wrażenie, że zaraz wypluje z siebie serce. Płuca piekły przy każdym oddechu. Jeden był krótszy, drugi dłuższy. Trzeciego w ogóle nie było, a kolejny przerywał niekontrolowany kaszel. Krew dudniła wojownikowi w uszach, a szpik wyssany tego ranka najwyraźniej chciał wydostać się z jego żołądka z powrotem na światło dzienne. Powoli dochodziło do niego to, co się stało. Świat falował, ale czarna plama na brzegu jeziora wydawała się skakać z boku na bok bez względu na stan basiora.
- Aarved! - powietrze znów przeszył krzyk. Wilk zmusił się, aby pokonać ciemną zasłonę, która zaczęła przysłaniać jego świadomość i jęknął cicho.
- Żyję... Żyję - mruknął i uniósł głowę, zagryzając mocno szczęki. Podwinął pod siebie nogi i wstał, korzystając z tego, że jego ciało nie zaczęło jeszcze wrzeszczeć z bólu. Adrenalina ma wiele zalet. Odetchnął, przełknął ślinę i ostrożnie pomachał głową, aby pozbyć się tych przeklętych, tańczących drzew. Może i taki efekt byłby przyjemny, ale na dobrym haju - niekoniecznie przez zmuszenie i tak wykończonego już organizmu do nagłego, ekstremalnego wysiłku. Rozejrzał się, szukając sposobu, jak zejść na ukochany ląd. Miał dość wody, był pewien, że przez długi czas nie zbliży się do tego przeklętego żywiołu.
Tylne łapy i brzuch były przerażająco zimne, a lodowate igły wbijały się coraz głębiej i głębiej w jego mięśnie. Brakowało mu kilkunastu metrów do brzegu. Westchnął. Jaka była szansa na to, że uda mu się zbudować pomost przez resztę jeziora z połową ciała niemalże pozbawioną mocy? Może i dałby radę wznieść wąski pas ziemi, przypominający równoważnię, ale bałby się, że albo straci równowagę, albo grunt osunie mu się pod nogami przez wadliwe złączenie go osłabioną magią. Może lepiej stworzyć niewielkie wyspy, na które będzie mógł przeskoczyć? Powinien zdążyć.
Jak pomyślał, tak zrobił. Z wody wynurzyła się płaska platforma z błota, zdeformowana i niepewna. Basior odbił się lekko i wylądował pewnie na swoim tworze. Stworzył ją na tyle blisko, żeby mieć pewność, że nie osunie się z powrotem w mroczne wrota głodnego  jeziora. Przebył tak całą drogę, słysząc, jak po chwili jego twory rozpadają się, kiedy moc okazała się zbyt słaba, aby utrzymać je razem. Z pluskiem wracały tam, gdzie było ich miejsce. Przy brzegu wilk odpuścił już sobie korzystanie z mocy, czując, że jest o wiele bardziej zmęczony niż pięć minut temu. Zeskoczył z ostatniej wyspy, kiedy był w stanie zobaczyć mętny muł przez cienki lód. I tak miał mokre łapy, a woda sięgała mu do stawów skokowych. Przebrnął te sześć zimnych, płytkich metrów i dopiero kiedy stanął na stałym gruncie, uświadomił sobie, że przez większość czasu wstrzymywał oddech. Odetchnął głęboko z ulgą.
- Na bogów, żyjesz! Och, Aarved!
Udało mu się jedynie zobaczyć, jak owa wcześniej skacząca na boki czarna plama rzuca mu się na szyję. Poczuł, jak czoło Vallieany ociera się o jego brodę, a jej bok wciska się w jasną pierś.
- No już, już, spokojnie. Tak, żyję, Valli. - Uśmiechnął się i lekko odsunął rozradowaną waderę. Ta wyraźnie się zmieszała i stuliła uszy, unikając spojrzenia zielonych oczu.
- Tak, przepraszam - wymruczała.
- Nie przejmuj się. Też byłbym przerażony, gdyby na moich oczach ktoś zrobiłby coś takiego - próbował ją uspokoić, po czym kontynuował - Słuchaj, mam jeszcze odrobinę mocy, pomożesz mi zebrać suche drewno? Nie ukrywam, trochę mi zimno i chciałbym się ogrzać. Może uda mi się rozpalić ognisko.
- Oczywiście - kiwnęła głową i nieco za szybko rzuciła się w stronę zarośli, aby Aarved mógł uznać to za naturalne. Czuł, że będzie to nieco krępujące, bo wilczyca wyraźnie się zmieszała przez swój wybuch radości i ulgi, ale podążył za nią. Gdyby usiadł tutaj, na brzegu i w śniegu, prawdopodobnie zamarzłby od końca żeber w dół. Zabrał się jednak za łamanie gałęzi po drugiej stronie wejścia do lasu niż zielarka. Czuł, jak adrenalina przestaje działać, a neurony wracają do równowagi, torturując go przy każdym ruchu. Musi znaleźć opał. To, co czuje teraz, nie dorasta do pięt bólowi, jaki towarzyszy odmarzaniu całych łap.
~*~
- Nareszcie - odetchnął Ved. Był wyczerpany. Osłonił łapą nowo narodzony płomyk i dmuchnął na niego parę razy, aż wszystkie suche w środku gałęzie zajęły się pomarańczowymi językami. W końcu, nie mogąc się doczekać, usiadł w palenisku, pozwalając, aby jasne węże wpełzły na jego sierść. Ich ogony okręcały się wokół szyi, brzucha, ściskały ciepłym, czułym uściskiem żebra. Wilk słyszał, jak woda z futra paruje i syczy cicho, chcąc wydostać się spomiędzy poszczególnych włosów.
- Domyślam się, że to jakaś twoja moc i ci ona pomaga.
Spojrzał na nią z zaskoczeniem i uśmiechnął się przepraszająco.
- A tak, powinienem cię uprzedzić, że wejdę w ogień i dam się podpalić - wyjaśnił szybko, drapiąc się po pysku. Ból do niego powrócił, ale gorąco delikatnie łagodziło cierpienie związane z każdym oddechem.
- Przynajmniej jest widowiskowo - odparła wilczyca, kładąc się przy palenisku.
- Prawda, spokojnie płonący wilk raczej nie jest czymś, obok czego przechodzi się każdego ranka na ulicy, rozumiem to. Wysuszę ogon i możemy ruszać w drogę. Cieszę się, że zostało mi na tyle mocy, aby spokojnie się stamtąd wydostać - wskazał głową w stronę porytego bliznami jeziora.
- Właśnie, jak to działa? Wybacz bezpośredniość, po prostu widzę, że jesteś wykończony. I fizycznie, i magicznie. To pierwsze jest raczej oczywiste, ale co z drugim? Przecież odpocząłeś i sam twierdziłeś, że moc nie będzie żadnym problemem - zapytała Valiieana. Wojownik podejrzewał, że chciała uniknąć nieprzyjemniej ciszy. A może rzeczywiście była ciekawa?
- Przez to, że moim głównym żywiołem jest ogień, woda nie jest moim ulubionym środowiskiem. Gdy jakąś część mojego ciała się zmoczy, automatycznie blokuje to moc w niej zawartą i przez to nie mogę jej używać. Gdy stanie się to z całym... cóż, mną, możesz domyślić się, co się dzieje. Raczej nie jestem wtedy użyteczny magicznie. Przyznaję, że miałem ogromną nadzieję, że lód nie pęknie, ale naprawdę nie sądziłem, że uda nam się przejść przez te góry bez szwanku.

<Valli?>

Słowa: 1817

wtorek, 24 marca 2020

Od Vallieany CD. Aarveda


Znowu problemy. Cały czas pod górkę. O Świecie, dlaczego chociaż raz nie mogło coś pójść po ich myśli? Po wszystkich tych problemach i walce o przetrwanie, która wcale nie się zapowiadała się kończyć, rozciągało się pod ich łapami zaszklone lodem jezioro, a Vallieana czuła się, jakby stała na jego środku- cała rozedrgana, a lód pęka.
Nie stresuj się. Jesteś lekka, prześlizgniesz się w mgnieniu oka. Ale musicie przejść osobno.
Głos w głowie absolutnie nie uspokoił wadery. Spojrzała z przerażeniem Aarvedowi w oczy i zaklęła na swoje bezużyteczne moce. Wilk był od niej cięższy, ponadto dużo bardziej uszkodzony. Co jeśli ona przejdzie, ale wojownik utknie na środku jeziora lub, co gorsza, wpadnie w ciemną otchłań? Wszyscy bogowie jej świadkiem, że oddałaby połowę swojej krwi dla pewności, że basiorowi nic się stanie i zejdzie z tego jeziora bezpieczny i cały. Gdyby chociaż była w stanie uleczyć jego skaleczone kości, zrobiłaby to bez wahania, od razu, na raz. Jednak los nie był łaskawy- leczyła zatrutą krew, krwotoki, nawet gnijące narządy, nie złamane kości.
Wzięła płytki wdech i bezwstydnie zatopiła pysk w gęstym futrze basiora na jego szyi. To jak bardzo musiała śmierdzieć strachem, wiedział tylko Aarved. I Vernon.
- Zróbmy to szybko- szepnęła, nadal szukając pocieszenia nad obojczykiem samca, jednak nie znalazła go tam. Po chwili słabości wyprostowała się i spojrzała przepraszająco w zielone oczy, bez żadnego poczucia wstydu. Odpowiedział jej ciepły uśmiech.
Powoli zbliżyli się do krawędzi jeziora, na przestrzeni kilku metrów szukając miejsca gdzie lód zdawał się najgrubszy. Oboje badali go łapami, z jednej stronie ostrożnie, jakby bali się że pęknie, aby po chwili opierać całe ciało na jego powierzchni.
- Jesteś gotowa?- pierwszy odezwał się Aarved. W odpowiedzi otrzymał słaby uśmiech, w końcu jak mogłaby się na to przygotować? Odetchnęła.
- Pójdę przodem, w porządku? Żeby mniej obciążyć lód- zaproponowała, a w jej myślach rozbrzmiało dodatkowe “i ciebie”. W razie czego będzie ratował jednego wilka, a nie dwa, a przynajmniej taką miała nadzieję.
- Jasne. Bądź ostrożna- odparł, przysiadając po raz ostatni na tym brzegu.
- Widzimy się po drugiej stronie- zażartowała, chociaż brzmiałoby to pewnie weselej, gdyby jej głos nie zadrżał.
Zanim wstąpiła na lód, po raz ostatni zbadała go łapami, jakby dla upewnienia.
Będzie dobrze, mała. Naprawdę nie jest tak źle.
Pewny, ciepły głos. Bez ani jednego drgnięcia. Silny i spokojny podniósł ją lekko na duchu.
- Raz kozie śmierć- szepnęła do siebie i rozpoczęła przeprawę.
Do przejścia wilki miały przed sobą kilkadziesiąt metrów. Szło się lepiej, niż wadera by przypuszczała, niemniej jednak skutki ostatnich polowych warunków życia dawały jej się we znaki, w dodatku szklana pokrywa jeziora była czysta i lśniąca, niezabrudzona śniegiem, przez co było jeszcze bardziej ślisko.
Jednak wadera już się wyłączyła, skupiona jedynie na drugim brzegu, tak odległego. Po chwili jej myśli przesunęły się do ciepłej sterty skór w jej jaskini, w której miała ochotę zatonąć- było to jedyne miejsce w którym mogłaby tonąć.
Przesuń się trochę bardziej na lewo, bliżej tej wysepki. Jest twarda i zamarznięta. I nie zatrzymuj się.
Skinęła delikatnie łebkiem, poddając się poradom niefizycznego basiora. Mimo chęci odwrócenia się i sprawdzenia, czy Aarved już wyszedł, powstrzymywała się. Szło jej sprawnie, nie mogła zwalniać.
Jeszcze kawałek.
Przy brzegu poczuła się już pewniej. Ostatnie kroki pokonała prawie w stojącej pozycji, przemierzając odległość lekkimi susami.
Odetchnęła głęboko, czując pod łapami stabilny grunt i mimowolnie wysłała sama sobie uśmiech, patrząc w niebo. Potruptała chwilę w miejscu, aby za chwilę odwrócić się przodem do rannego wilka. Nim zdążyła jednak zamrugać, w powietrzu rozniósł się trzask łamanego lodu, a ona wstrzymała oddech.

<Vedziu, pływasz sobie? c:>


Słowa: 584

wtorek, 17 marca 2020

Od Aarveda CD. Vallieany

Zanim pozwolił sobie na odpłynięcie, obserwował jeszcze przez chwilę waderę. Udawał, że przysypia. Zwolnił oddech i zerkał spod przymrużonych powiek, jak Vallieana chowa pysk pod łapami. Powstrzymał uśmiech i poczuł, jak ciepło rozlewa się mu po sercu. Ogarnął go spokój. Sprawiała, że czas zwalniał, a każda chwila trwała rozkosznie długo. Mógł patrzeć na jej twarz całymi godzinami. Zapach mokrej sierści i samej wadery dostał się do jego nosa. Chciał ją objąć. Osłonić swoim ciałem przed zimnym wiatrem, który nadciągał od strony wejścia jaskini i po prostu tak trwać. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie szczęśliwy, leżąc na zimnej ziemi w wilgotnej jaskini i z połamanymi żebrami. Teraz jednak czuł, że niczego mu nie brakowało, a własne mieszkanie, ciepły posiłek czy wygodne łóżko wydały mu się zbytecznymi luksusami. A to wszystko dzięki Vallieanie. Był tak blisko niej, a jednak tak daleko. Nie chciał jednak naciskać. Westchnął nie bez bólu i ułożył się wygodniej. Nawet nie zauważył, kiedy zasnął.
Nie śniło mu się nic. Przynajmniej na początku. Potem uciekał. Nie wiedział, przed czym. Czuł jedynie strach i panikę. Jedyne, co do czego miał stuprocentową pewność, że musi biec. Jak najszybciej, do momentu, w którym padnie na twarz i zacznie połykać błoto w rozpaczliwej próbie złapania oddechu. Odwrócił się raz i ujrzał czarną masę płynącą nad ziemią. Serce mu stanęło, a z gardła wydarł się krzyk.
Obudził się wcześnie rano. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, co wyrwało go ze snu, potem się zorientował. Nie były to koszmary. Nigdy go nie budziły. Zagryzł zęby, a jego ciało się spięło. Ukrył pysk w łapach i próbował opanować płytki oddech. Teraz miał pewność, że działanie opium się skończyło. Może to przez to, że w nocy oparł się na Valli i nie mógł oddychać całą klatką piersiową. Odsunął się nieco tak, aby ułatwić sobie pracę przeponą. Odetchnął najgłębiej, jak potrafił i położył głowę na ziemi, zaciskając zęby z bólu. Poczuł, że tylna łapa zdrętwiała. Wyprostował ją z cichym jękiem, którego nie był w stanie powstrzymać. Ułożył się najwygodniej, jak mógł, i zerknął na Vallieanę. Wyglądała bardzo spokojnie we śnie. Westchnął i cieszył się ciepłem, które biło od jej ciała.
Nagle jednak poczuł, jak owe ciepło przybliża się, a czarny pyszczek wciska pod pachę. Normalnie byłoby to przyjemne i cieszyłby się, że sama z siebie się zbliżyła. Teraz jednak jej nos był jak świder, który wwiercał się w jego połamane żebra. Drgnął i jęknął, podnosząc łapę. Na jego szczęście wadera przestała, poprzestając na cichym westchnieniu i wetknięciu swojej twarzy w jasną sierść. Odetchnął głęboko i spróbował znaleźć nową komfortową pozycję w tej niecodziennej sytuacji.
Czas mijał powoli, o wiele wolniej, niż wydawało się Aarvedowi. Wpatrywał się w żar, który powoli dogasał pod ogniskiem. Płomień musiał zniknąć już parę godzin temu, a teraz czerwone węgielki również traciły swoje czerwone zabarwienie, zmieniając się w kupki popiołu. W końcu cały kolor odszedł, a basior czuł, jak jego część ciała nieprzytulona do wadery staje się coraz zimniejsza.
Nagle Valli poruszyła się. Aarved podniósł głowę i postarał się uśmiechnąć jak najszczerzej. Jej pobudka oznaczała, że niedługo wyruszą - najpierw jednak trzeba będzie wstać.
- Dzień dobry - powiedział cicho. Jasne oczy spojrzały na niego, a po kręgosłupie przerzedł lodowaty dreszcz.
- Witam - odparła. Przeturlała się na plecy i przeciągnęła się, pozostawiając bok Aarveda bez tak cennego źródła ciepła. - Jak się spało? Mam nadzieję, że za bardzo się nie wierciła.
- Nie wierciłaś się - zapewnił basior. Postanowił, że również powinien się podnieść i sprawdzić, czy na sarnie coś jeszcze zostało. Zagryzł zęby i spiął się w sobie, przyrzekając w myślach, że nie wyda z siebie najcichszego dźwięku. Tak też się stało, jednak sam przed sobą musiał przyznać - było ciężko. Odsunął od siebie ból i podszedł kulawo do ścierwa. Dużo nie było na kościach. Właśnie, kości...
Złapał tylną nogę martwego zwierzęcia i chwycił ją mocno w zęby. Zawlókł swoją zdobycz pod najbliższy nasyp skalny i wcisnął nasadę pod kamienie. Miał zamiar zrobić dźwignię, jednak gdy spróbował podnieść się na tyle, by nacisnąć na drugi koniec, poczuł gwałtowny ból w klatce piersiowej. Westchnął cicho i zamiast tego chwycił trzon w zęby. Próbował złamać ją siłą, ale najwidoczniej kość była za gruba, albo on za słaby. Odsunął się i chrząknął. Chwycił ją mocą i wyszarpną telekinezą spod gruzów. Cisnął nią w ścianę z dużą prędkością. Rozległ się huk, a w powietrze wzniósł się pył. Basior wszedł w chmurę i znalazł pod swoimi łapami rozbite szczątki. Uśmiechnął się i chwycił dwie największe części w zęby. Zawrócił i spojrzał na patrzącą na niego ze zdziwieniem Vallieanę. Oczyszczała właśnie żebra z resztek mięsa. Uśmiechnął się i złożył przed jej łapami swoją zdobycz.
- Szpik będzie jeszcze dobry - wyjaśnił i usiadł jakiś kawałek od niej. Zaczął wylizywać czerwoną galaretkę.
- Masz rację, jest pyszny - odparła wilczyca, wysysając swoją część. Zerknęła na niego i uśmiechnęła się. - Połamiesz jeszcze więcej?
I tak spędzili cały poranek - łamiąc kości oraz wyjadając drogocenny szpik. W końcu z sarny nie zostało nic, oprócz kupy resztek, które zostawili w jaskini. Aarved założył torbę posłańca. Odznaka jego oddziału utraciła swój blask i była cała porysowana. Kiedyś miękka, brązowa skóra zmieniła się w kilka podartych płacht ledwo trzymających się razem dzięki wytartym już szwom. Zapiął ostatni pasek i stanął przy wyjściu od jaskini. Spojrzał na towarzyszkę.
- Ruszamy?
Kiwnęła głową i zeskoczyła w dół. On podążył za nią, jednak nie bez trudów.
- Ile nam zostało do miasta? - zapytała wilczyca.
- Wydaje mi się, że około dzień - odparł po dłuższej chwili namysłu wojownik. ,,A raczej półtora", pomyślał, podkurczając tylną nogę. Będzie poruszał się na trzech.
- To niedużo. Pomyśl, niedługo będziemy w domu - westchnęła z ulgą. Wilk przytaknął jej.
- Chyba poproszę o kilka dni urlopu po tym wszystkim - mruknął Aarved, skacząc koło wadery. Był jej wdzięczny za to, że nie pędziła za szybko przed siebie.
- Nie pozwolą ci wyzdrowieć? No wiesz... Żebra i noga... - przesunęła wzrokiem z niespokojnym wyrazem twarzy po ciele samca. Ten się uśmiechnął.
- Oczywiście, że pozwolą. Pewnie dostanę urlop zdrowotny, ale myślałem o jeszcze paru dodatkowych dniach. Dwóch, może trzech - wyjaśnił. Zielarka kiwnęła głową na znak, że rozumie.
Po około pół godziny przeszli przez las, w którym polowała Vallieana zeszłego wieczoru. Minęli nawet miejsce, w którym złapała sarnę. Śnieg był czerwony od krwi i wymieszany z błotem. Nadchodząca burza wkrótce zakryje wszystkie ślady. Aarved pomyślał, że nikt nigdy nie dowie się, że ktoś kiedykolwiek tędy przechodził. Znikną. Tak jak wszyscy, którzy kiedyś zostali w tym miejscu. Być może właśnie stali na czyiś zwłokach i nie mieli o tym pojęcia.
Gdy wynurzyli się z linii drzew, oczom basiora znów ukazały się góry. Tym razem jednak były one bliżej, a same wilki weszły wyżej, niż gdy wydostali się z rozpadliny skalnej. Teraz mogli dokładnie zobaczyć dolinę. Większą jej część wypełniało srebrne, lśniące w słońcu lustro. Zamarznięte jezioro. Oko olbrzyma, zamglone lodowatymi objęciami snu. Tkwiło w oczodole, wokół którego wznosiło się szerokie, pokryte zmarszczkami szczytów czoło oraz blade policzki bez życia. Pokrywały je pnie drzew. Odcinały się wyraźnie od białego śniegu, ale las był rzadki. Ciężkie warunki nie pozwalały mu pokryć całego terenu - zupełnie jak zarost, któremu nie daje się okazji do pokrycia całej szczęki. Basior wątpił, by cokolwiek znalazło schronienie w tym pożal się Boże lesie. Nie gwarantował żadnego schronienia od tnącego niczym bicz zimnego wiatru. Nawet drzewa sprawiały wrażenie, jakby się poddały. Większość była uschnięta, tylko niektóre trzymały się nadziei rzadkimi, brązowymi igiełkami.
Ten widok zaskoczył basiora. Przystanął i obejrzał okolicę, szukając drogi na około. Wzniesienia wokół zbiornika były jednak zbyt strome i okrążenie go zajęłoby co najmniej kilka dni. Przełknął ślinę i spojrzał z niepokojem na wilczycę.
- Vallieano... Co teraz? - zapytał. Milczała, patrząc przed siebie. Jej pysk wyrażał skupienie. Czoło było zmarszczone, a kąciki ust lekko drżały. - Musimy przejść przez środek.
Potaknęła głową. Rozumiała, ale z pewnością nie była zachwycona. Rogaty też nie. Trącił ją lekko, chcąc wyrwać towarzyszkę z zamyślenia.
- Posłuchaj - zaczął. - Nie wespniemy się po tych zboczach. Taka droga zajęłaby nam kilka dni, a nie mamy żadnego schronienia. Jedyne, co chodzi po tych górach to kozice, ale one potrafią wejść na pionową ścianę.
- A co, jeśli lód pęknie? - przerwała mu.
- Najgorzej jest na brzegach, bo pokrywa lodowa jest tam najcieńsza i najszybciej topnieje. Oznacza to, że nie będzie nas dzielić zbyt dużo od dna. Jestem w stanie podnieść ziemię i stworzyć wyspę, na której bezpiecznie staniemy. W zależności od sytuacji, albo zbuduję nam pomost, albo znajdziemy taki fragment, na którym będziemy mogli bezpiecznie stanąć.
Obserwował ją uważnie, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. Czekał na werdykt. Nie chciał jej do niczego zmuszać, ale miał nadzieję, że wybierze drogę przez lód. Nie obawiał się zbytnio takiego rozwiązania. O tej porze roku temperatury nie wzrastały powyżej zera, nawet się do niego nie zbliżały. Odpoczął na tyle, że wierzył w swoje umiejętności magiczne. Poza tym, gdy myślał o wspinaczce po tych zboczach, robiło mu się niedobrze. Dumna jednak nie pozwalała mu przyznać przed wilczycą, że nie będzie w stanie przejść łańcucha górskiego i ma wrażenie, że żebra zaraz przebiją mu płuca na wylot. Wiedział, że było to głupie i powinien powiedzieć o swoim stanie waderze. Być może mogła mu dać coś przeciwbólowego, aby był w stanie się sprawnie poruszać. Został jednak nauczony, że nie może okazywać żadnej słabości i nieważne, jak boli - jedyne, na co może sobie pozwolić to przeklinanie w myślach i zaciśnięcie zębów.

<Vallieano? Idziemy się topić? :D>

Słowa: 1521

piątek, 13 marca 2020

Od Vallieany CD. Aarveda


Wpatrywała się w ogień jak zaczarowana. Była zmęczona i może trochę obolała, ale w końcu się najadła i mogła wygrzać w cieple ognia, nie miała zamiaru narzekać. Łapy co prawda nadal piekły, a mięśnie drżały, jednak w końcu były nagrzane, futro kolejno mokło od topniejącego śniegu i odparowywało. Jej lodowate oczy powoli się zamykały, a ona sama traciła kontakt z rzeczywistością. Wsłuchana w ciche, przyjemne nucenie, nawet jeśli słyszała je tylko w głowie, odcinała się do swojej krainy.
Jak więc się zdziwiła, kiedy poczuła przy tuż przy sobie duże, masywne ciało. Tak blisko…
Zbyt blisko.
- Będzie nam cieplej, gdy zgaśnie ogień. Jeśli będzie ci za ciepło, powiedz, a odsunę się- sprostował szybko basior, napotykając jej pytające spojrzenie. Wpatrywała się przez chwilę w oboje zielonych jak trawa po deszczu oczu. Zakręciło jej się lekko w głowie, więc skinęła i położyła łepek na łapach.
- Masz rację…
Rozbudziła się bardziej niż by w tamtej chwili chciała. Podsunięcie się Aarveda było jak wpadnięcie do lodowatej wody. Zastanawiała się gorączkowo co wojownik miał na myśli przez ten gest, a jej mózg jakby zaczynał parować razem z wodą z futra. Naprawdę chodziło tylko o zatrzymanie ciepła? A może jednak… Na miłość, Vall, uspokój się!- zganiła się w myślach i zakryła pysk prawą łapą, wzdychając.
Przeleżała w tej pozycji parę minut, może trochę dłużej, a kiedy zdała sobie w końcu sprawę z tego, jak daleko pogalopowały jej myśli (za dużo romansideł, dużo za dużo!) podniosła ostrożnie głowę.
Spojrzała na odprężonego we śnie wojownika, a przynajmniej wyglądał na spokojnego. Zupełnie jakby to nie jego dopadła walka z gigantycznym pająkiem, czy spacery ze złamanymi żebrami. Jego serce biło regularnie, oddech również był miarowy. W ciepłym świetle ognia łagodny pysk nabierał nowego wyrazu.
Vallieana położyła ponownie głowę na łapy, obserwując śpiącego wojownika. Przesuwała wzrokiem od jego krzywych rogów, po wzory na nosie, a zanim zapadła ostatecznie w sen, przyglądała się długiej szramie pod okiem wilka. Pomyślała o jego bracie, potem o swoich rodzicach. Powinna odwiedzić wkrótce Adrila, pewnie tęsknił…
Przez całą noc śniło jej się, że błądzi w mroku. Śnieg napierał na nią z każdej strony, razem z wiatrem zabierając dech w delikatnej piersi. Nie wiedziała gdzie jest i skąd się tam wzięła, nie wiedziała też czego szuka, więc po prostu parła naprzód z uporem maniaka.
Rano dobudzała się dosyć długo, błądząc gdzieś między jawą, a snem. Gdy była w końcu na tyle trzeźwa, że uniosła głowę, uświadomiła sobie, że w nocy ogień rzeczywiście wygasł i że rzeczywiście zrobiło się zimno. Natomiast Valli była przyciśnięta do boku znajomego basiora. Przez noc tak do niego przyległa, że prawie wepchnęła głowę pod jego pachę.
Zamrugała kilkukrotnie i cicho ziewnęła, wciągając w płuca zimne powietrze
-Dzień dobry- usłyszała mruknięcie nad swoją głową i lekko speszona spojrzała na Aaeveda, jednak zaraz się rozluźniła.
- Witam- uśmiechnęła się. Z lekkim stęknięciem przeturlała się na plecy i przeciągnęła kończyny, wyginając kręgosłup w łuk. O sobie dały znać wczorajsze kopniaki od kozła, które pewnie były efektem pięknych siniaków pod czarno-białym futrem
- Jak się spało? Mam nadzieję, że za bardzo się nie wierciłam- jej pyszczek przybrał nieco przepraszający wyraz, kiedy już podniosła się na nogi. Mimowolnie jej wzrok powędrował za martwą sarną spoczywającą na tyle jaskini.

W końcu obudziła się w miarę najedzona i w całkiem dobrym humorze. Może i chciałaby już być z powrotem w domu, jednak mogło być gorzej.


<Aarved? Wybacz że tak króciutko ;^;>

Słowa: 553

sobota, 7 marca 2020

Od Aarveda CD. Vallieany


Aarvedowi ciężko było zatrzymać wilczycę. Wyszła, zanim on zdążył się podnieść. Nie zrezygnował jednak ze swoich zamiarów i po chwili stał na drżących nogach. Rozejrzał się po jaskini. Zimna i ciemna. W dodatku wejście było przerażająco duże. Zadrżał, czując jak bolesne ssanie w żołądku odbiera mu wszystkie siły. Było jak podstępny wąż zaciskający się na jego trzewiach. Ciemna głowa podpełzła wyżej, oplatając szyję, i zaczęła szeptać: ,,Po co się starasz? Nie jesteś zmęczony? Chodź, połóż się przy tej ścianie. Chodź, połóż się i nie wstawaj. Chodź, zamknij oczy i zaśnij. Przecież wiesz, jak bardzo tego chcesz... W końcu to twoja wina, że się tu znaleźliście. Zasługujesz na...".
Wilk potrząsnął głową, odrzucając wszelkie pokusy i wyszedł z jaskini. Planował znaleźć jakieś drewno i chociaż spróbować rozpalić na nim ogień. Wątpił, żeby cokolwiek w okolicy było suche, nie chciał jednak leżeć bezczynnie i ryzykować, że zaśnie na takim chłodzie. Nie wiedział, jak długo Vallieana zamierza polować, a spanie w samotności w taką temperaturę, na gołej skale i w otwartej, niezbyt dobrze osłoniętej od wiatru jaskini, mogło okazać się fatalne w skutkach. Szczególnie, że był głodny i wyczerpany, a ciało wciąż bolało. Jeśli rzeczywiście przeznaczone jest mu zamarznąć, dziś lub jutro, to nic na to nie poradzi - nie zamierzał jednak oddać skóry tanio.
Począł przeszukiwać pobliskie zarośla, zbierając do pyska niewielkie patyki. Gdy miał ich już pełno, zawrócił i położył je na podłodze jamy. Usiadł ociężale i skupił się. Jaki jest sens zbierać cięższe kawałki drewna, tylko po to, aby okazało się, że jego plan zawiedzie? Jedynie zmarnuje cenną energię. Spróbował zebrać moc w ustach, co okazało się być bardzo wymagającym zadaniem. Magia płynęła w górę długo i była ciężka niczym płynne złoto. W końcu jednak zebrał jej na tyle, że udało mu się wydusić niewielki płomyk. Czerwona poświata padła na kamienne ściany, oblewając je krwawym blaskiem. Pająk z gatunku deinopis, najwyraźniej zupełnie niespodziewający się nagłego ataku światła, drgnął w przerażeniu, a sieć między jego odnóżami poplątała się. Wspiął się po pajęczynie i zniknął w ciemności, która zapadła kilka sekund później.
Aarved dyszał. Patyki nie zajęły się płomieniem, była jednak szansa, że za drugim lub trzecim razem, jeśli dostatecznie je wysuszy, uda mu się coś osiągnąć. Może tylko tracił energię - nie wiedział. Miał jednak pewność, że potrzebują ognia, a on zamarznie, jeśli położy się teraz przy ścianie. Próbował więc dalej - pierwszy i drugi, i trzeci raz, kurczowo trzymając się nadziei. Za każdym razem, gdy z jego pyska wylatywał płomień, a ciepło padało na jego twarz, czuł ulgę. Szybko jednak znikała, pozostawiając jednak nieznośne, bolesne pragnienie, które kazało mu próbować jeszcze raz. I drugi, i trzeci.
W końcu, gdy zaczął się poddawać, ciepło nie zniknęło od razu. Basior wyrwał się z otępienia, w które popadł i zaczerpnął gwałtownie powietrza. Serce w nim podskoczyło. Momentalnie przypadł do ziemi, chuchając delikatnie na płomyk. Osłonił go przed wiatrem i przez chwilę modlił się do wszystkich bogów o litość. Gdy ogień urósł na tyle, że nie mógł go zdusić łagodny podmuch wiatru, wilk zamknął oczy i westchnął. Przybliżył swoją twarz do ogniska, pragnąc ciepła niczym spragniona łania wody. Pił każdą jego kroplę, napawając się kolejnymi łykami. W końcu jednak z bólem oderwał się od swego źródła i wystrzelił z jaskini, nagle znajdując w sobie nową siłę. Popędził szybko (a przynajmniej na tyle, na ile pozwoliła mu ranna noga) do pobliskiego lasku. Zaczął chwytać pierwsze lepsze gałęzie, nie patrząc na wielkość czy ciężar. Pognał z nimi z powrotem, a głowa przechylała mu się na bok. Zrobił jeszcze dwa takie kursy, aż padł zdyszany na podłogę jaskini. Zdążył. Zaczął osuszać przyszły opał i dokładał suche kawałki do ognia. Wkrótce był on na tyle trwały, że wilk nie musiał się męczyć - wystarczyło włożyć mokre gałęzie i po chwili otaczały się płomieniem. Dla samca były to dobre wieści - czuł bowiem, że zaczynają opuszczać go siły, tym razem na dobre. Legł koło paleniska, napawając się widokiem skaczących i trzaskających płomieni. Nigdy w życiu nie czuł się szczęśliwszy. Powoli przysypiał, nie zważając na twarde kamienie wbijające się w ranną nogę i klatkę piersiową. Widok ognia wynagradzał mu wszystkie niewygody, ból oraz głód.
Przed snem powstrzymały go nietypowe odgłosy docierające z zewnątrz. Podniósł łeb i zmusił się do wstania. Usłyszał ryk, najprawdopodobniej kozła lub sarny. Gdy wyszedł, ujrzał Vallieanę, a koło niej ciemny zarys jej ofiary. Nie potrafił rozpoznać zwierzęcia, bowiem jego ciało zlewało się z rosnącą plamą krwi, która je otaczała. Wyszedł z jaskini, potykając się o własne kończyny i uśmiechnął się. Ślina momentalnie wypełniła mu pysk, gdy tylko poczuł delikatny zapach śmierci. Miał nadzieję, że Valli nie zauważyła, jak ściekała mu po brodzie. Podszedł do jeszcze dyszącego zwierzęcia i zatopił kły w jego szyi. Ciepła krew wlała się do pyska wilka. Powstrzymał jęk ulgi i po chwili oderwał się od kopiącego w agonii kozła. Złapał za jego kark, napiął mięśnie i zaczął ciągnąć truchło w stronę jaskni. Vallieana również chwyciła zębami jego szyję i wspólnymi siłami w końcu przeciągnęli kupę mięsa do wejścia. Wtedy zielarka przystanęła.
- Ogień? - zapytała cicho. Najwyraźniej wcześniej nie zwróciła uwagi na poblask wydobywający się z jaskini. Aarved zastanawiał się, dlaczego. Była tak wykończona, czy podczas polowania wydarzyło się coś niecodziennego?
- Udało mi się wysuszyć drewno i coś zapalić - wyjaśnił basior, bez ceregieli odrywając udo martwego kozła. Krew trysnęła na ściany i wsiąkła między kamienie. Powietrze wypełnił metaliczny zapach. Wilk podciągnął pierwszą porcję w stronę towarzyszki.
- Panie przodem. - Uśmiechnął się. Wadera kiwnęła mu głową z wdzięcznością i błyskawicznie zaczęła jeść. Ona również nie przejmowała się zasadami dobrego zachowania się podczas posiłku, rwąc mięso jak dzikie zwierzę. Aarved przewrócił zdobycz na drugi bok i oderwał w paru pociągnięciach drugą nogę. Poczuł, jak żołądek zaczyna boleśnie domagać się jedzenia, kurcząc się gwałtownie. Kilka kęsów połknął praktycznie w całości, nim uciszył swój pusty przewód pokarmowy na tyle, by móc delektować się świeżym mięsem. Godzinę temu był niemalże pewny, że nie dożyje poranka. Teraz jednak miał szansę ogrzać się i najeść.
Wkrótce z sarny zostały jedynie kości. Basior odetchnął i odsunął resztki pod ścianę. Teraz rozumiał, co głód może zrobić z wilkiem. We dwoje pochłonęli całą sarnę w kilkanaście minut. Zlizał resztki krwi z pyska i ułożył się bliżej ognia - i jednocześnie bliżej Vallieany. Obserwował ją, kładąc głowę na łapach. Może to przez ogień i światło, które padało na jej pysk, ale nagle wydała mu się bardzo obca. Sprawiała wrażenie nimfy lub ducha ; delikatnej duszy, która w każdym momencie może umknąć w sobie tylko znane miejsce i zostawić go samego na środku zlodowaciałego pustkowia. Pewnie do końca życia wspominałby tę tajemniczą istotę, która kiedyś wydała mu się po prostu urodziwą wilczycą. Zastanawiałby się, czemu wybrała jego. I czemu zniknęła.
Spojrzenie owej tajemniczej istoty również na nim spoczęło, przyprawiając rogatego samca o dreszcze. Wiedział, że jest wilkiem, tak jak i on, ale jej oczy miały jakiś szczególny wyraz. Coś sprawiało, że chciał w nie patrzeć w nieskończoność, a jednocześnie już nigdy nie skrzyżować z nimi wzorku. Może to właśnie one sprawiały, że zastanawiał się, kiedy wadera rozpłynie się w mgłę?
Porzucił swoje marzycielskie rozmnażania i uśmiechnął się.
- Nie uważasz, że to zabawne, Vallieano?
- Słucham? - zapytała zdziwiona. - Co jest zabawne?
- Ile razy w życiu zdarzyło ci się coś takiego? - zatoczył łapą wokół siebie. - Ile razy wpadłaś do dziury z jakimś obcym basiorem, walczyłaś z olbrzymim pająkiem i o mało nie zamarzłaś w jakiejś zapomnianej jaskini? Bo mi rzadko się zdarza, powiedziałbym wręcz, że nigdy. Aż do teraz.
- To prawda, nie robię takich rzeczy często - przyznała w zamyśleniu wilczyca. - I rzeczywiście, jest w tym coś zabawnego, jak się nad tym zastanowić - westchnęła. - Aarved? Mogę zmienić temat?
- Oczywiście - przytaknął wilk, zauważając, że zwróciła się do niego po imieniu.
- Myślisz, że już zaczęli nas szukać?
Basior zastanowił się przez chwilę. Ogień trzaskał, a płomienie rzucały światło na stos gałęzi. Przysunął się bliżej ognia i znalazł się bardzo blisko zielarki. Słyszał jej oddech.
- Pewnie tak, - odparł w końcu - skoro twoja konferencja miała odbyć się na dniach, a mija już druga noc. Tak, myślę, że już nas szukają. Szkoda, że nie mamy, jak się się z nimi skontaktować.
- To prawda - westchnęła. - Mogłam odmówić i do tego by nie doszło - dodała po chwili.
Wilk parsknął cicho i uśmiechnął się.
- Nie poznalibyśmy się wtedy.
Wadera spojrzała na rogatego towarzysza. Patrzył na nią, a w zielonych oczach czaiło się coś niezwykłego. Nie dostrzegła w nich speszenia, strachu czy wstydu. Ciepło. Biło od nich ciepło. Oprócz tego dostrzegła coś jeszcze, coś, co cyło skryte głęboko, ale czego nie spotkała dotąd w spojrzeniu wojownika i nie potrafiła nazwać.
Aarved zorientował się, że dotykają się łapami. Zerknął na swoją kończynę, to samo zrobiła niebieskooka. Odskoczyli od siebie jak oparzeni, śmiejąc się nerwowo. Po chwili zapadła cisza. Wojownik zastanawiał się, co go napadło. Może to zmęczenie? Jasne, zdarzało mu się zauroczyć w jakiejś przedstawicielce płci przeciwnej, ale nigdy nie wychodził z inicjatywą. Ba, najczęściej były to wilczyce poznane przez jego pracę; najczęściej, podobnie jak Valli, dzięki eskorcie. Z żadną jednak nie przeszedł na ,,ty", a co dopiero się jakiejś zwierzył... Lub leżał obok którejś tak blisko... O każdej jednak zapomniał.
Tak, pewnie gdyby nie ta dziura, to nigdy nie doszłoby to czegoś takiego między nim, a Vallieaną. Co mu szkodzi spróbować? Po powrocie do miasta, pewnie i tak rozejdą się w dwie strony, nigdy już się nie spotkają, jeśli zrezygnuje w tym momencie. A jeśli się zdecyduje, to może wyniknie z tego coś dobrego. Przecież niekoniecznie muszą od razu być parą.
Zauważył, że wadera powoli zaczyna przysypiać. On też coraz częściej łapał się na tym, że jego myśli odpływają. Postanowił więc zrobić rzecz, której nigdy by się nie podjął przy pełnej świadomości. Przysunął się do wadery, przytulając swoją obolałą klatkę piersiową do jej ciała. Była tak niewielka w stosunku do niego. Poczuł, jak jej żebra unoszą się, gdy gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Przypominała mu delikatną gołębicę, którą zapragnął chronić przed jastrzębiami.
- Będzie nam cieplej, gdy zgaśnie ogień - wytłumaczył, szukając jakiejś wymówki. - Jeśli będzie ci za ciepło, powiedz, a odsunę się.

<Valli, maj lof?>


Słowa: 1624
Layout by Netka Sidereum Graphics