Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karwiela i Spero. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karwiela i Spero. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2020

Od Karwieli CD. Spero

Karwiela w ciszy wpatrywała się w ledwo widoczny w ciemności zarys sylwetki wadery, leżącej bezwładnie po drugiej stronie jaskini. Obca raz po raz rzucała się we śnie, wydając z siebie stłumione warknięcia i sapanie wypełnione przerażeniem, jednak nie otwierała oczu, pozostawiając właścicielkę jaskini w dość niezręcznej sytuacji. Przedstawicielka rasy Lerdis przekrzywiła głowę, wbijając lekko zirytowany, ale i uważny wzrok w ciało nieznajomej, którym prawie bez ustanku wstrząsały dreszcze, lecz nie poruszyła się już więcej, chociaż bardzo pragnęła obudzić niebieską waderę z tego koszmaru, który zawładnął jej umysłem. Rozumiała jak to jest być niezdolną do ucieczki w owej krainie lęku, bólu i samotności. Rozumiała doskonale jak spowite w zło bestie próbują wydrzeć z bezsilnego ciała ostatki dobrych emocji, przyjemnych wspomnień, zakrywając je lodowatym płaszczem strachu. Rozumiała jak to jest nie móc uwolnić się od tych koszmarów, dręczących całe życie. Jednak rozumiała też, że nawet taki sen jest obcej bardzo potrzebny, o wiele bardziej niż obudzenie i chwilowa chwila oddechu od potęgi wilczego mózgu.
Karwiela machnęła ze złością odwłokiem, mając dość całej tej sytuacji. Dlaczego akurat ona musiała natchnąć się na nieznajomą, ledwo żywą waderę? Dlaczego tamta nie mogła spotkać nikogo po drodze albo najlepiej nie włóczyć się po nocy, doprowadzając się do takiego stanu? Dlaczego przyjemne otępienie, które powoli zaczęło wnikać w jej głąb tak szybko ulotniło się, gdy spotkała potrzebującą pomocy? Dlaczego senność, wywołana uczuciem bezpieczeństwa i przypomnieniem, że w końcu jest wolna tak niespodziewanie zniknęła, odstępując miejsca sztywnej podejrzliwości i całkowitemu rozbudzeniu?
Warknęła cicho, szczerząc zęby do śpiącej, lecz zaraz ukryła je i położyła pysk na łapach, spod przymrużonych powiek obserwując swoje mieszkanie, w którym na dobre zagościł mrok.
Ona sama w chwili, gdy wprowadziła nieznajomą do wnętrza swojego schronienia pogodziła się z tym, że tej nocy nie zmruży oka. Chociaż określenie "pogodziła się" nie było do końca odpowiednie. Nie miała innego wyboru, bo nawet gdyby chciała zasnąć, nie byłaby w stanie zrobić tego przy obcej waderze, z którą wymieniła zaledwie trzy zdania. Poza tym wolała być ostrożna i w pełnej gotowości, gdyby niebieskiej waderze po obudzeniu coś strzeliło do głowy.
-Ja pierdolę - z ciemności dobiegło syknięcie, które automatycznie wywołało spięcie mięśni Karwieli i uniesienie odwłoka nad głowę. Dopiero teraz zauważyła, że jaskinia, chociaż było to niemożliwe, jeszcze bardziej pogrążyła się w mroku, przez co jej mieszkanka prawie nie była w stanie dostrzec sylwetki wadery po drugiej stronie, co bardzo jej się nie spodobało. Dzwonki alarmowe rozdzwoniły się w jej głowie, a instynkt kazał wstać i trzymać się w gotowości. Tak też uczyniła, po czym powoli i jak najciszej zaczęła podążać w stronę, z której dobiegły słowa, odsłaniając kły, lecz powstrzymując domagający się uwolnienia warkot.
Wtem w ciemności błysnęła biel, a coś ze świstem przeleciało tuż przed pyskiem Karwieli, wywołując podmuch powietrza, który poruszył jej wąsami oraz powodując  natychmiastowe zatrzymanie i ocenę sytuacji. Po upewnieniu się, że nic nie trzaśnie jej znienacka w pysk jak zrobi jeden krok do przodu uczyniła to i klapki jakby opadły z jej oczu, ukazując przerażającą istotę, czającą się w mroku i szczerzącą zębiska na stojącą przed nim waderę, której oczy wypełniał strach i desperacja. Karwiela spodziewała się, że ta zaraz poderwie się, wrzaśnie coś, lecz nie zrobiła ani tego ani tego. Czyżby ten potwór był z nią w zmowie lub został przez nią zesłany? Jak jednak wytłumaczyć ten lęk w jej spojrzeniu i niezdolność do poruszenia się? Przecież zareagowałaby zupełnie inaczej, gdyby byli sojusznikami. Wyjaśnienie zatem jest jedno- bestia właśnie szykowała się na rzucenie się na nieznajomą waderę.
Rusz się do diabła!, krzyknęła w myślach Lerdis, zwężonymi oczami obserwując scenę grozy, tocząc zaciekłą walkę w swojej głowie. Istota zaraz zaatakuje, a jeżeli wadera nie raczy zrobić czegokolwiek w swojej obronie zostanie z niej krwawa miazga. A jeśli tak, to jedynym czynnikiem który może temu zapobiec jest Karwiela. Ona sama doskonale zdawała sobie z tego sprawę, lecz panika nakazywała jej pozostać w miejscu, zniewalała jej ruchy łańcuchami przerażenia. Nie z powodu przeciwnika, ponieważ walka na arenie taki strach akurat z niej wypruła. Pozostawiła jednak nowy. Jeżeli skoczy na pomoc obcej, tamta będzie obserwować walkę. Obserwować ją. Sama ta myśl wystarczyła, że w jej wnętrzu zaczęło kształtować się ogromne pragnienie, by wycofać się i zająć się bestią dopiero wtedy, gdy nieznajoma nie będzie w stanie już nigdy ponownie spojrzeć na świat. Te myśli wywołały w niej jednak tylko pogardę dla samej siebie i obrzydzenie, że w ogóle taka chęć mogła pojawić się w jej umyśle. Z jej oczu popłynęły łzy bezsilności i zdezorientowania. Co robić, na co się zdecydować?
Nie dane jej się było dłużej zastanawiać, ponieważ bestia postanowiła nie czekać dłużej i z furią rzuciła się na swoją ofiarę, obierając za cel jej gardło. Karwiela bez zastanowienia skoczyła ku niej i omijając długi, śliski ogon który trzasnął powietrze niedaleko jej ciała dopadła do istoty, która zwróciwszy pełną uwagę na, wydawać by się mogło, bezbronną waderę nie zauważyła jej i zdała sobie sprawę z jej obecności dopiero wtedy, gdy przedstawicielka rasy Lerdis odepchnęła ją, zaledwie części sekundy przed tym, jak zębiska maszkary rozorały gardło nieznajomej, która w dalszym ciągu nie raczyła się poruszyć. Karwiela po przejechaniu pazurami pa kamieniu kilkanaście centymetrów jakoś odzyskała równowagę i ponownie uniosła odwłok nad głowę, kierując kolec w stronę podnoszącej się z trudem z ziemi istoty.
Była to bestia sporej wielkości o długich, wystających zębiskach, krzywych pazurach, czarnych ślepiach bez źrenic i wydłużonym, wąskim pysku pokrytym okropnymi bliznami. Całe jej ciało okrywała czarna, matowa łuska, z której gdzieniegdzie wyłaniały się kolce, a z grzbietu wyrastała para krótkich, niemiłosiernie postrzępionych błoniastych skrzydeł, które bardziej przypominały kikuty. Chudy tułów upstrzony był przebijającymi łuski białymi kośćmi i kończył się podwójną parą masywnych nóg, których palce nieustannie się poruszały, tworząc nieprzyjemny dla ucha zgrzyt. Cienki jak bicz ogon póki co leżał na ziemi, walając się w brudnej mazi niezidentyfikowanego koloru, wypływającej z miejsc, gdzie kości stykały się z łuską.
Karwiela w końcu wypuściła z siebie niski warkot, szczerząc kły w kierunku istoty. Kątem oka dostrzegła, że obca uważnie ją obserwuje, w dalszym ciągu nie ruszając się z miejsca. Widząc to zagotowało się w niej, nie myśląc o tym, że nieznajoma może po prostu nie może zmienić pozycji, ponieważ jest zbyt słaba lub ranna... Jedyne co krzyczało jej w głowie to to, że ona ją obserwuje. Jak widz.
- Rusz dupę, do jasnej cholery! A jak nie, to zamknij oczy! - zagrzmiała pełna wściekłości na całą tę chorą sytuację, po czym nie patrząc czy wadera posłuchała jej czy nie, przypadła nisko do ziemi, wwiercając w potwora stalowe spojrzenie.

<Spero? Wybacz za ostre słowa, Karwiela jest trochę... podenerwowana i rozchwiana emocjonalnie>

Słowa: 1071 = 73 KŁ

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Od Spero CD. Karwieli

Chciałam się wzdrygnąć. Chciałam zaprotestować. Nie... Moja obecność w jaskini obcej, nietypowo wyglądającej wadery, w tym stanie, w którym się wtedy znajdowałam, była zdecydowanie lekkomyślna. Niebezpieczna dla gospodarza. Potencjalnie śmiercionośna, tym bardziej, jeśli mój organizm, potrzeba snu, wygra w końcu z umysłem, który za wszelką cenę chciał zachować mnie na jawie. Ze strachu.
Nie chciałam stać się powodem końca obcego wilka. Który nie miał ze mną nic wspólnego poza tym, że postanowił mi pomóc. Jeśli wyciągnę coś niechcący ze snu, będzie to wyglądało mniej więcej tak, jakby dostała potężnego kopniaka w pysk... Za zaoferowanie pomocy powinno się dziękować. Bycie bezinteresownym powinno się odpłacać pozytywnie. Karma wraca czy takie tam. Nie powinno się przez to, że chciało się komuś pomóc, być narażanym na śmierć... Prawdopodobnie w męczarniach.
Nie miałam jednak nawet siły, by zaprotestować. Więc nieświadoma niczego wadera skierowała się, jak podejrzewałam, w kierunku swojego miejsca zamieszkania. Ciągnąc mnie tam za sobą, nawet mimo tego, że próbowałam się jakoś opierać, wbijać pazury w ziemię, jakoś bez słów ją od tego odwieść... Ale miałam chyba za mało siły. Obca zdawała się nawet nie zauważać, że cokolwiek robię w celu utrudnienia jej roboty, a najlepiej w ogóle - zwrócenia na siebie uwagi, by na mnie spojrzała, bym mogła jakoś - wzrokiem, gestem - dać znać, że to zły pomysł.
Cóż, nie wyszło. Podwójnie, czy wręcz potrójnie nie wyszło...
Wadera dociągnęła mnie jakoś do swojej jaskini. Zaraz po tym, jak ułożyła mnie na jakimś prowizorycznym posłaniu, skleconym przez nią na szybko z kilku skór, głowa samoczynnie opadła mi bezwładnie... A ja odpłynęłam.
Nie wiem, o czym śniłam. Nie pamiętałam. A mimo to... Przytaszczyłam ze sobą koszmar.
- Ja pierdolę - syknęłam, zrywając się gwałtownie z legowiska, gdy, otworzywszy oczy, dostrzegłam przed oczami paskudny, pokryty bliznami, wydłużony pysk. Pokryty ciemną skórą. Ze śnieżnobiałymi zębami, które zaraz wyszczerzył na mnie...
Chciałam zerwać się do biegu, uciec stąd po prostu, raz w życiu po prostu stchórzyć... Wtedy jednak przypomniałam sobie, gdzie jestem.
Nie mogłam zostawić tej wadery, która mi pomogła, na pastwę losu. A raczej koszmaru. Który jej tu wyśniłam. Może nieświadomie, ale jednak nadal byłam za to odpowiedzialna.
Musiałam teraz ponieść konsekwencje.
Dostrzegłam ruch gdzieś za plecami koszmaru. W ciemności mignął mi skorpioni odwłok. Otworzyłam pysk, by wrzasnąć, ostrzec ją przed istotą, której w takich ciemnościach praktycznie nie było widać, mogła go nie zauważyć, nie zdawać sobie sprawy z zagrożenia...
Wtedy koszmar się na mnie rzucił. Próbowałam jeszcze jakoś, w akcie desperacji, inną moją mocą przejąć nad nim kontrolę... Jednak nic z tego. Byłam zbyt rozchwiana, nie radziłam sobie z emocjami, co dopiero z panowaniem nad magią.
Nie wiem, dlaczego wtedy nie przeskoczyłam, tak jak robiłam to zwykle w podobnych sytuacjach. Może na miejscu trzymała mnie myśl, że jeśli się teraz ewakuuję, wadera znajdzie się w cholernym bagnie, z którego trudno jej będzie się wydostać. Być może nie podoła i zginie z rąk istoty, którą tu sprowadziłam...
A tymczasem... Koszmar rzucił mi się do gardła. A ja nadal nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

<Karwiela? Przepraszam za jakość, ale teraz lecę na ilość ;-;>

Słowa: 494 = 29 KŁ

Od Karwieli CD. Spero

Błysk wypełnionych determinacją zimnych oczu i szyderczy uśmiech na pysku skierowany w jej stronę bez najmniejszego wstydu. Hańbiące przeciwniczkę przed licznie zebranym, ryczącym dziko tłumem uderzenie silnej łapy o piasek, posyłające ku niej falę złotego pyłu, która może i rozbiła się tuż u jej łap nie plamiąc w żaden sposób jasnej sierści, lecz prowokacyjnie pozostawiła lśniące w oczach setek zebranych maleńkie krople na jej długich pazurach. Wadera nie opuściła wzroku, doskonale zdając sobie sprawę z pogardy, jaką ma wobec niej jej rywal i jak ostentacyjnie obraził ją przed zebranymi, jednak podobna do bezdusznej, niezdolnej do okazywania uczuć rzeźby milczała wyprostowana, wypalając ślepia stojącego naprzeciw niej basiora intensywnym, wyzutym z emocji spojrzeniem. Jedynie opuszczony kolec jadowy nerwowo drgał, jednak był to ruch zbyt mały, by mogły dostrzec go spragnione widoku krwi i zaciekłej walki oczy rozentuzjazmowanej publiczności.
- Oto pierwszy z walczących, nieznający litości, siłą dorównujący niemal legendarnemu Ukkinie Karaḍi, spragniony czerwonej posoki wściekły niedźwiedź Dalekich Równin, uwielbiany i szanowany wszędzie, gdzie tylko usłyszano imię jego i jego pana! - ryk, który wypełnił przestrzeń po przedstawieniu pierwszego wojownika niemal zatrząsł budynkiem w posadach i na parę sekund zagłuszył jakiekolwiek inne dźwięki, w tym głos spikera. - Oto Raṇahaddugaḷa Yōdha, Wojownik Sępów z Watahy Wysysaczy Szpiku, prowadzonej przez Balmadura Sępa! - wiwaty mieszały się z przekleństwami, śmiechy z gniewnym wyciem, bicie w barierki z ledwo słyszalną muzyką, do której czworo wybranych niewolników tańczyło przed każdym z dwóch siedzących po obu stronach areny przywódców wymienionych watah. Stojący przed Karwielą czarny jak noc basior wyprostował się dumnie, przymykając powieki i ciesząc się hałasem, który wywołało jego imię.
- A oto i jego przeciwnik! Wystarczy tylko wypowiedzieć jej imię, by blady strach padł na wrogów jej pana, a o jej niesamowitej broni i umiejętnościach krążą legendy! Zwinna i tak samo niebezpieczna jak najjadowitszy z węży, szybka jak mgnienie, nieustępliwa jak siła natury Viṣa Cārmar, Zaklinaczka Jadu z Watahy Wędrownych Węży, na której czele stoi sam Zeta! - arenę ponownie zalała fala wiwatów, wrzasków i takiego hałasu, że Karwiela ledwo powstrzymała się od pozwolenia grymasowi wypłynąć na jej pysk. Nienawidziła tego. Nienawidziła swojego nowego imienia. Nienawidziła szaleńczych okrzyków publiczności. Nienawidziła Zety. Nienawidziła bycia zmuszaną do walki. Nienawidziła wszystkiego.
- Wojownicy, oddajcie hołd swoim panom i stawajcie! - nad skandującymi jej imię oszalałymi głowami poniósł się pełen mocy głos konferansjera, który niby płaszczem zakrył wyrywający się spod kontroli ogień wrzasków, powodując zapadnięcie pełnej wyczekiwania i napięcia ciszy. 
Wadera z zaciśniętym z obrzydzenia gardłem odwróciła się ku siedzącemu wysoko ponad nią Zecie, którego rozbawienie pomieszane z napięciem i chłodem była w stanie dostrzec nawet z ringu. Pokonując wstręt, gniew oraz dumę z wielkim trudem skłoniła przed nim głowę i w tej pozycji zastygła na przepisowe trzy sekundy, czując na sobie jego zadowolony wzrok, który napotkała od razu po uniesieniu wzroku. Nie spuściła go, zdając sobie sprawę, że jej przeciwnik już dokonał aktu i z mieszanką zniecierpliwienia i pogardy się jej przygląda. Nie spuściła, wiedząc że wlepiają się w nią setki zainteresowanych i zgorszonych oczu. Nie spuściła widząc, jak Zeta pochmurnieje, a jego lodowate spojrzenie przybiera na intensywności, sile i obietnicy surowej kary po walce, jeżeli uda jej się zwyciężyć i ujść z życiem. Wiedziała, że przywódca Węży nie podda się w tej milczącej bitwie, oznaczałoby to bowiem porażkę przed wszystkimi zebranymi członkami przestępczego światka, a na to Zeta nie mógł sobie pozwolić. Wiedziała, że przegra, lecz uczucie głębokiej satysfakcji spowodowane przez publiczne pokazanie pogardy względem jej "pana" przyćmiło gorycz i świadomość, że po raz kolejny będzie musiała ustąpić. Warknęła więc tylko cicho, dbając by wszyscy mogli zobaczyć jej kły i odwróciła się ku rozbawionemu Wojownikowi Sępów, doskonale zdającemu sobie sprawę z jej przegranej. 
- Głupi ruch, Zaklinaczko. Gdybyś miała przed sobą słabego przeciwnika, po walce nie byłoby ci tak łatwo jak dotychczas. Jednak nie dojdzie do tego, ponieważ stoję przed tobą ja, a w takim przypadku nie pozostaje nic innego jak moje zęby na twojej szyi i śmierć... Więc powinnaś być mi wdzięczna, że dzięki mnie Zeta nie będzie miał uciechy z ukarania cię.- pełen pogardy głos Raṇahaddugaḷi był doskonale słyszalny w trwającej naokoło pełnej napięcia ciszy. 
- Pycha kroczy przed upadkiem. - odparła, powoli unosząc odwłok, który zalśnił w białym świetle padającym na ring, zdając sobie sprawę jaki efekt wywołało pokazanie jej wybawienia i jednocześnie przekleństwa w pełnej krasie. 
- Zaczynajcie! - zadudnił głos spikera, powodując ponowny wybuch wrzasków i skandowania. 

Wadera gwałtownie otworzyła oczy i dysząc ciężko błyskawicznie poderwała się na nogi. Serce tłukło się w niej tak mocno, że cudem nie wyrwało jej się z piersi. Przez parę chwil stała tak, zastygła w napięciu z szeroko uniesionymi powiekami, opanowana przez niechcące ustąpić nawet na jawie wspomnienia. W końcu jednak rozluźniła mięśnie i, próbując zapanować nad oddechem, usiadła na kamiennym gruncie, opuszczając głowę i mętnym wzrokiem wpatrując się w wypełniający jaskinię mrok. Tak bardzo się bała. Tak bardzo chciała czuć spokój. Tak bardzo miała dość. 
Po paru długich minutach wyprostowała się i omiotła już bardziej przytomnym wzrokiem wnętrze swojego domu. Przez wąskie wejście oprócz przyjemnego ciepła tworzonego przez Gorące Źródła wpadało także blade światło księżyca. Spojrzała na swoje posłanie i zaraz odwróciła wzrok, czując lodowaty dreszcz spływający jej po grzbiecie. Sama myśl o ponownym zaśnięciu i wpadnięciu w koszmary na nowo, skutecznie ją odstręczyły, skłoniły do wstania i były powodem jej wyjścia z jaskini. 
Noc była piękna. Rozrzucone jak cukier na czarnym stole gwiazdy pokrywały niemal całe niebo. Jedynie te znajdujące się w pobliżu księżyca zostały przyćmione przez jego łagodną obecność i otaczającą poświatę. Przez ciepłe powietrze przedarł się mroźny oddech wiatru, powodując skłonienie się obfitej roślinności, której rośnięcie pomiędzy wieloma gorącymi źródłami wyraźne było na rękę. Z powodu kładącej się na zieleni gorącej pary to miejsce nigdy nie przykrywał śnieg, co było jedną z przyczyn osadzenia tyłka Karwieli właśnie na tym terenie. 
Ruszyła w ciemność, delektując się delikatnym smyraniem trawy i spokojem, jaki opadł na śpiącą ziemię, zatapiając się w myślach. Im dalej się zapuszczała tym bardziej ciepło zastępował chłód, zimno, a wreszcie mróz, lecz póki jej ciało było w ruchu nie przeszkadzało jej to. Przynajmniej na razie.
Wtem zobaczyła zmierzającą w jej stronę słaniającą się na nogach postać, która nagle potknęła się i zniknęła wśród traw. Karwiela przystanęła, odruchowo unosząc odwłok nad głowę, spodziewając się że nieznajomy za parę chwil podniesie się, lecz nic takiego nie nastąpiło. Marszcząc brwi podeszła i ze zdziwieniem zauważyła leżącą bez sił niebieską waderę. Ja to mam szczęście, pomyślała poirytowana, lecz przełamując niechęć stanęła nad obcą wilczycą i zaczęła jej się przyglądać.
- Wszystko w porządku? - spytała chłodno, mając nadzieję, że obcej nic się nie stało i że ich drogi od razu się rozejdą, lecz bardzo szybko prysła.
- Nie za bardzo. - odpowiedziała cicho wilczyca, wpatrując się w Karwielę zmęczonym spojrzeniem. Ta, powstrzymując głośne westchnienie, stanęła u boku spotkanej, obserwując ją intensywnie, w poszukiwaniu oznak jakiegokolwiek uczucia dyskomfortu, lecz niebieska albo była zbyt zmęczona, albo po prostu jej to nie przeszkadzało.
- Wyziębi się pani, dlatego proszę wstać i zaprowadzę panią w okolicę Gorących Źródeł, by mogła pani odpocząć. Pomogę - mimo poirytowania i ogromnego braku chęci do wzajemnego dotykania skóry, podparła bok nieznajomej, której z wielkim trudem udało się utrzymać na nogach i bardzo powoli zaczęła prowadzić ją w stronę, z której przyszła. Od czasu do czasu zatrzymywały się, by dać osłabionej odpocząć, jednak po długim czasie sapania, potykania się i poruszania łapami w końcu udało im się minąć pierwsze z parujących źródeł. Karwiela przeżywała rozdarcie. Czy ma ją zostawić przy jednym z nich, być może na pastwę niebezpiecznych zwierząt? Czy zaprowadzić ją do swojej jaskini i spędzić noc z całkowicie obcą waderą w jednym pomieszczeniu? I tak źle i tak nie dobrze. 
- Zaprowadzę cię do mojej jaskini. - westchnęła w końcu, nie kryjąc złości w głosie i poprowadziła praktycznie leżącą na niej waderę ku swojemu miejscu zamieszkania.

<Spero? Ja wiem, to zakończenie jest OKROPNE, ale już nie mogę się zmusić do choćby sprawdzenia, a co dopiero dalszego pisania>

Słowa: 1272 = 83 KŁ

środa, 17 czerwca 2020

Od Spero do Karwieli

Koszmary stawały się coraz bardziej napastliwe. Przerażające. Odbierały mi możliwość spokojnego zaśnięcia, a zatem i normalnego spania i późniejszego funkcjonowania. Bez moich eliksirów nasennych nie byłam w stanie funkcjonować. Z drugiej strony widziałam, że powoli zaczynam się do nich przyzwyczajać, a że do tej pory nie zdołałam stworzyć ani zdobyć nic o mocniejszym działaniu, byłam w kropce. Mogłam wybierać między ograniczeniem zażywania ich do niezbędnego minimum, aby organizm aż tak szybko się nie uodpornił na nie, albo korzystać z nich tak, jak do tej pory, ryzykując, że w którymś momencie po prostu przestaną działać, a ja zostanę w zasadzie pozbawiona snu do momentu, aż nie znajdzie się coś o mocniejszym działaniu. Jakimś cudem potrafiłam w tej kwestii jeszcze zachować zdrowy rozsądek i wiedziałam, że o wiele lepszą opcją będzie ta pierwsza. Bardziej przyszłościową. Choć wymagała ode mnie wykazania się sporymi pokładami silnej woli.
Dlatego nie mogłam spać. Już od przeszło tygodnia bałam się zmrużyć oczy, żeby przypadkiem nie zasnąć, by znowu nie znaleźć się w krainie koszmarów sennych, z których szponów często nie potrafiłam się wyrwać. Czułam się przez nie osaczona, bezbronna wobec tego, co ze mną robiły... Paraliżowały. W takich chwilach sięgnięcie po eliksir było niesamowicie kuszące. Trudno było się powstrzymać, przegonić natrętną myśl, że przecież nic złego się nie stanie, a może mi pomóc, ukoi moje nerwy, przywróci sen, którego mój organizm tak potrzebował...
Val potłukł wszystkie fiolki. Kilka zabrał ze sobą, gdy poleciłam mu, by dawkował mi eliksir, nie przynosząc ze sobą w pobliże mojej jaskini częściej, niż raz w tygodniu. Poleciłam mu to, gdy jeszcze myślałam trzeźwo, ale już wiedziałam, jak to się może skończyć. Że będę niczym żebrząca o swoją działkę narkomanka, będę gotowa zrobić wszystko za choć kroplę specjalnego specyfiku, który przygotowywałam w zasadzie odkąd tylko przybyłam do Królestwa. Mimo to nie mogłam się złamać, jeśli nie chciałam skończyć martwa w wyniku bezsenności.
Może się w tym momencie pojawić pytanie, dlaczego sobie tego eliksiru nie uwarzę, skoro znam recepturę. Cóż... Recepturę znam, składników nie mam. Fluorescencyjny mech, który do tego używałam, można kupić tylko od niektórych kupców, których niestety ja nie znam... Zawsze dostarczał mi go Valentine albo Sukki. A że teraz obydwojga wtajemniczyłam w moje zamiary, żadne z nich już mi go nie przynosi. Ani za żadne skarby świata nie zdradzi, u kogo mogę go kupić. Sama natomiast myślałam w tamtym momencie jeszcze do tego stopnia, by panować nad sobą i o to nie rozpytywać. Dopóki nie miałam łatwego rozwiązania na wyciągnięcie łapy łatwiej było mi sięgać po te potencjalnie trudniejsze.
Tej nocy jednak koszmary wyjątkowo dawały mi się we znaki. Strach przed wystąpieniem kolejnego nie pozwalał mi zasnąć, brak snu z kolei wpływał na sposób, w jaki docierały do mnie bodźce z otoczenia. Widziałam wszystko jakby za mgłą, nie byłam w stanie do końca łączyć faktów... Cierpiałam. Z irytacji wywołanej niewyspaniem. Coraz częściej zaczynała pojawiać się we mnie myśl, że długo tak nie pociągnę, organizm bez snu nie mógł funkcjonować tak, jak powinien. A ja cały czas nie mogłam zasnąć.
Nie widząc dla siebie innej opcji, za to postanawiając w desperacji znaleźć jakieś alternatywne sposoby na zmuszenie się do zmrużenia oka, postanowiłam wybrać się na spacer. Nocna przechadzka po lesie, możliwość zaciągnięcia się świeżym powietrzem, trochę ruchu... Może jak zmęczę ciało, wyczerpany umysł podda się i zaśnie mimo wszystko?
Taki był plan. Zmęczyć się i tak dalej... Trochę desperacki, ale innego nie miałam. Zarzuciłam więc na siebie kilka skór, żeby nie zamarznąć, gdyż temperatura nocą jeszcze bardziej spadała, stając się niemal nie do zniesienia dla wilków rasy innej, niż Sivarius. Nie zabrałam za sobą nic więcej, bo po co? Nie miałam zamiaru jakoś szczególnie się oddalać od mojej jaskini. Tylko pokręcić się po okolicy. Nie do końca mi to wyszło, ale w sumie bez znaczenia, bo sen nie nadchodził, mimo że po kilku godzinach takiego łażenia prawie nie czułam już łap. Z zima i w wyniku zmęczenia mięśni. W tej swojej wędrówce, doszedłszy w którymś momencie do wniosku, że nie mam ochoty kręcić się w kółko, ruszyłam dalej i dotarłam do lasu Darminasa, przeszłam przez niego, a potem poszłam dalej przed siebie, nieszczególnie myśląc nad tym, dokąd zmierzam. Szłam, byle iść.
I w którymś momencie, ledwo stawiając krok za krokiem, z głową ciężko zwieszoną ku ziemi, nie czując w sobie siły, by ją podnieść i się wyprostować, nie ogarniając już za bardzo rzeczywistości, natrafiłam na obcego wilka. Prawdopodobnie rasy Lerdis, choć wtedy jeszcze tego nie dostrzegłam. Przytłumiony wyczerpaniem z niewyspania umysł zamiast wilka, o nietypowym wyglądzie co prawda, bo ze skorpionim odwłokiem zamiast ogona, ale nadal wilka, zobaczył jakąś senną maszkarę... Wzdrygnęłam się odruchowo, rozejrzałam, gdzie w ogóle jestem, czy gdzieś po drodze jednak zasnęłam, czy to wciąż jawa...
- Cholera - mruknęłam. Zapatrzona w dziwną istotę, która w ograniczonym świetle księżyca wyglądała prawdopodobnie kilka razy straszniej, niż w świetle dnia... nie zauważyłam jakiejś nierówności w podłożu i się potknęłam. Zmęczenie, otępiały umysł, nie pozwoliły mi zareagować wystarczająco szybko... Przywaliłam pyskiem w śnieg, wzburzając w powietrze chmurę sypkiego puchu. Poczułam, jak do nosa, oczu i uszu wpychają mi się mikroskopijne, lodowate kryształki, które natychmiast topniały pod wpływem ciepłoty mojego ciała... Szybko, jak na moje możliwości w tamtej chwili, wyrwałam głowę ze śniegu, choć ciało nadal pozostało w pozycji leżącej. Nie mogłam znaleźć w sobie motywacji do wstania. Otrzepałam głowę ze śniegu, potem z rezygnacją ułożyłam ją na przednich łapach i tak zostałam, czekając na nieuniknione, wzrokiem śledząc, jak ten żywy koszmar zbliża się do mnie... Magią zapaliłam niewielki ognik, barwy błękitnej jak moja sierść. Dawał może lekko niepokojące światło, ale jednak światło, dzięki któremu lepiej mogłam dostrzec zbliżającą się do mnie istotę.
Która, po bliższym przyjrzeniu się jej, nie okazała się wyglądać aż tak potwornie, jak sugerowały wcześniej cienie w ciemności...
Nie odezwałam się. Patrzyłam tylko na nią, zastanawiając się, czy ma przyjazne zamiary...
- Wszystko w porządku? - zapytała po chwili. Chyba trochę zimnym tonem, ale mogło mi się wydawać. Nie byłam teraz w stanie za bardzo odczytywać wilczych emocji, to nie było zadanie na moją głowę w tamtej chwili.
- Nie za bardzo - odpowiedziałam cicho, mrugając szybko, by złapać ostrość zmęczonych oczu na pysku obcej wadery.
Bo naprawdę nie miałam siły się w tamtym momencie podnieść. Potrzebowałam snu. Jednak strach przed zaśnięciem nawet teraz nie chciał sobie pójść i dać wyczerpanemu ciału odpocząć...

<Karwiela?>

Słowa: 1038 = 71 KŁ
Layout by Netka Sidereum Graphics